Wraz z finałem ostatniego z tomów „Wież Bois-Maury” średniowieczna saga wcale nie dobiegła końca. Dzieła dopisania ciągu dalszego do jednej z klasycznych pozycji komiksu europejskiego podjął się Yves Huppen, syn Hermanna. Nie tylko więc musi zmierzyć się z dziełem wybitnym, ale również z dziedzictwem swojego własnego ojca.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzut za 3. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzut za 3. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 stycznia 2016
sobota, 16 stycznia 2016
#2048 - Rzut za 3: Star Wars
„W cieniu Yavina” (Brian Wood, Carlos D`Anda)
W 2013 roku Dark Horse wystartowało z serią, która miała stać się flagowcem ich odnowionej gwiezdnowojennej franszyzy. Akcja on-goinga zatytułowanego po prostu „Star Wars” rozgrywa się w chyba najciekawszych okresie sagi – tuż po bitwie o Yavin, a przed akcją „Imperium Kontratakuje”. Na stanowisku scenarzysty zatrudniono Briana Wooda, twórcy z dorobkiem (autorskie „DMZ”, „Demo”, „Northlanders”, praca przy między innymi „X-Men” i „Moon Knight” dla Marvela), o jakim większość rzemieślników pracujących przy komiksach z logo „SW” może pomarzyć. Oprawą graficzną zajął się Carlos D`Anda, a rysunki Alexa Rossa zdobiły okładki – prawdziwy dream team, przynajmniej w skali Dark Horse.
W 2013 roku Dark Horse wystartowało z serią, która miała stać się flagowcem ich odnowionej gwiezdnowojennej franszyzy. Akcja on-goinga zatytułowanego po prostu „Star Wars” rozgrywa się w chyba najciekawszych okresie sagi – tuż po bitwie o Yavin, a przed akcją „Imperium Kontratakuje”. Na stanowisku scenarzysty zatrudniono Briana Wooda, twórcy z dorobkiem (autorskie „DMZ”, „Demo”, „Northlanders”, praca przy między innymi „X-Men” i „Moon Knight” dla Marvela), o jakim większość rzemieślników pracujących przy komiksach z logo „SW” może pomarzyć. Oprawą graficzną zajął się Carlos D`Anda, a rysunki Alexa Rossa zdobiły okładki – prawdziwy dream team, przynajmniej w skali Dark Horse.
Etykiety:
Ameryka,
Brian Wood,
Carlos D`Anda,
Dark Horse Comics,
Egmont,
Jim Hall,
John Ostrander,
Kieron Gillen,
lokalne,
mainstream,
Marvel,
rzut za 3,
Salvador Larocca,
Science-Fiction,
Star Wars,
Star Wars Legendy
środa, 21 października 2015
#1982 - Rzut za 3: Nowości 26. MFKiG (3)
Dzisiejsze wydanie łódzkiego Rzutu za 3 stoi pod znakiem dobrych komiksów. Wyliczankę zaczynam od albumu "Czarnobyl. Strefa", znakomitej opowieści o ludzkich losach w cieniu nuklearnej tragedii. Potem na warsztat idzie trzeci tom "Fatale", czyli kolejnej odsłonie jednej z najlepszych serii, jakie ukazują się na naszym rynku. A na koniec "KOT", najbardziej spektakularny debiut tegorocznej MFKiG w Łodzi.
poniedziałek, 19 października 2015
#1980 - Rzut za 3: Nowości 26. MFKiG (2)
W drugiej odsłonie łódzkiego rzutu za 3 biorę na warsztat trzy, całkowicie różne od siebie komiksy - mainstreamową produkcję, która zaczynała jako webkomiks, bliską undergroundowemu etosowi parodię super-hero i autorski album idealnie wpisujący się w pojęcie współczesnego "komiksu niezależnego". Wszystkie łączy kraj pochodzenia - Polska. Więc bez zbędnego przedłużania...
piątek, 9 października 2015
#1970 - Rzut za 3: Nowości 26. MFKiG (1)
Nie przypominam sobie, żebym w ciągu kilku ostatnich lat wrócił z Łodzi tak obładowany komiksami, jak w tym roku. Teraz dobre kilka kilogramów obrazkowej literatury piętrzy się przede mną na biurku i czeka na lekturę. O większości z nowości, które pojawiły się na MFKiG chciałbym napisać, ale nie wszystkie komiksy doczekają się pełnowymiarowych recenzji. Brakuje na to zarówno czasu, jak i sił przerobowych. Postanowiłem więc wrócić do sprawdzonej formuły Rzutu za 3, dzięki której sprawniej uda mi się ogarnąć Zaczynajmy!
sobota, 12 kwietnia 2014
#1571 - Rzut za 3: UE, komiksowa poezja i Dem
Dawno już nie próbowaliśmy na Kolorowych trafiać zza łuku - nasz ostatnia "trójka" miała miejsce grubo ponad rok temu gdy Bartek Basista pisał o trzech kolejnych zeszytach z cyklu "Before Watchmen". W kilka dni po tym, jak JR Smith pobił rekord NBA w oddanych rzutach z odległości 7.24 metra, postanowiłem sam spróbować trafić za trzy.
Unia Europejska prowadzi Polskę ku lepszej przyszłości! Bez wsparcia finansowego 28 krajów członkowskich nasz wspaniały naród nie miałby szans dokonać skoku cywilizacyjnego, który w ciągu ostatnich lat dzieje się na naszych oczach! Fundusze unijne zapewniają Polsce stabilny i dynamiczny rozwój infrastruktury, szkół czy modernizację rolnictwa, ale to jeszcze nie wszystko! Dzięki środkom w ramach Narodowej Strategii Spójności możliwe jest realizowanie różnych ambitnych projektów mających na celu poprawianie świadomości polskiego społeczeństwa. Przykładem takiego działania jest akcja "Równy komiks", będąca ogólnopolską kampanią na rzecz równego dostępu do zatrudnia, która została zrealizowana ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego oraz krajowego wkładu publicznego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki 2007-2013. Jednym z owoców tej akcji jest jest komiks "Równy komiks" będący kwintesencją tego, jak nie robić "komiksów na zamówienie", "służących zacnej idei" czy "z cudzych pieniędzy".
Unia Europejska prowadzi Polskę ku lepszej przyszłości! Bez wsparcia finansowego 28 krajów członkowskich nasz wspaniały naród nie miałby szans dokonać skoku cywilizacyjnego, który w ciągu ostatnich lat dzieje się na naszych oczach! Fundusze unijne zapewniają Polsce stabilny i dynamiczny rozwój infrastruktury, szkół czy modernizację rolnictwa, ale to jeszcze nie wszystko! Dzięki środkom w ramach Narodowej Strategii Spójności możliwe jest realizowanie różnych ambitnych projektów mających na celu poprawianie świadomości polskiego społeczeństwa. Przykładem takiego działania jest akcja "Równy komiks", będąca ogólnopolską kampanią na rzecz równego dostępu do zatrudnia, która została zrealizowana ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego oraz krajowego wkładu publicznego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki 2007-2013. Jednym z owoców tej akcji jest jest komiks "Równy komiks" będący kwintesencją tego, jak nie robić "komiksów na zamówienie", "służących zacnej idei" czy "z cudzych pieniędzy".
Etykiety:
antologia,
artystowskie,
Biuro Literackie,
Bogumił Nowicki,
humor,
Jakub Dębski,
Joanna Nowicka,
lokalne,
Polska,
rzut za 3,
Tomasz Kleszcz
piątek, 9 listopada 2012
#1180 - Rzut za 3: Before Watchmen (05)
"Before Watchmen - Silk Spectre" #3 - Darwyn Cooke i Amanda Conner
Czyż ta okładka nie jest świetna? Amanda Conner rozkręciła się na całego. Przyznam, że byłem dość sceptycznie nastawiony do jej udziału w tym projekcie, ale nigdy nie wątpiłem w jej talent. Z każdym kolejnym numerem udowadniała, że jej styl jest naprawdę rewelacyjny, a jej wersja Komedianta (świetny epizod!) pokazuje, że czuje klimat "Strażników", jak mało kto. Jednak zastrzeżeń do fabuły mam sporo. Nie dlatego, że mi się nie podoba. Zbliżając się do końca tej mini-serii utwierdziłem się w przekonaniu, że tworzenie jej nie miało najmniejszego sensu. Historia opowiedziana przez Cooke`a i Conner nie wnosi kompletnie nic do postaci Jedwabnej Zjawy, a co gorsze - spłyca ją. Z ostateczną oceną pozwolę sobie jednak poczekać do momentu, gdy przeczytam ostatni zeszyt.
Wracając jeszcze do kwestii plastycznej tego zeszytu (jak i poprzednich) to "Silk Spectre" jest jedyną częścią cyklu "Before Watchmen", w której na końcu danego odcinka pojawiają się cytaty z epoki. W oryginalnych "Strażnikach" Moore przywołuje między innymi bon moty z Boba Dylana, Williama Blake'a, Carla Junga, pojawia się nawet fragment Księgi Hioba. Twórcy spin-offa natomiast cytują między innymi Kena Keseya, czy też jak to się stało w tym numerze, tekst z piosenki "Transfusion" zespołu Nervous Norvus - kolejny kawałek do mini playlisty tworzącej soundtrack do tej serii. Wykorzystywane przez Moore'a muzyczne motywy były doskonałym posunięciem (patrz: OST do snyderowskich "Strażników"). W tym przypadku nie jest inaczej!
"Before Watchmen - Comedian" #3 - Brian Azzarello i JG Jones
Oczekiwałem zapachu napalmu o poranku, a w rzeczywistości w ruch poszły koktajle Mołotowa. Ogień może i jest, ale siła rażenia nie taka, jakbym tego chciał. Wybacz Brian, ale kompletnie Ci to nie wyszło. Blake jeszcze dobrze się nie zadomowił w dżungli, a już scenarzysta rzuca go w środek zamieszek w Los Angeles w 1965 (kolejna ilustracja epoki).
I wszystko byłoby okej, jeśli Azzarello nie pokusiłby się o zabawę w psychiatrę i próbę przedstawienia nam źródła zaburzeń Komedianta. Sorry, ale ja za nic w świecie nie chcę znać socjopatycznych korzeni jego psychiki. Ta postać czym bardziej jest tajemnicza, tym bardziej przerażająca. Nie chce mi się wierzyć, że Wietnam i rasistowska Ameryka lat sześćdziesiątych zepsuła Blake'a do szpiku kości. Nie tylko kontrastuje to z wizerunkiem Komedianta z "Minutemenów" Cooke'a, ale także z moim wyobrażeniem nakreślonym przez Alana Moore'a. Komediant wydaje się być klamrą całego prequela (gościnnie występuje prawie we wszystkich seriach) i ze smutkiem muszę przyznać, że jego wizerunek przedstawiony przez innych twórców bardziej mi odpowiada.
Azzarello nie radzi sobie także z krytyką ówczesnej amerykańskiej polityki. Rzecz, która wyszła tak perfekcyjnie mistrzowi z Northampton, w wykonaniu twórcy "100 naboi" jest po prostu banalna i w żaden sposób nie zmusza do refleksji. Przewidywalne także stają się relacje Komedianta z rodziną Kennedych. Próba ograniczenia Blake'a przez Bobbiego zaczyna wyznaczać prostą drogę w objęcia Nixona. Chyba nic mnie już nie zaskoczy. Co do kreski Jonesa, to poza rewelacyjną okładką nic więcej szałowego w środku komiksu nie oferuje. Szkoda, bo już zaczynałem się do niego przekonywać.
Czyż ta okładka nie jest świetna? Amanda Conner rozkręciła się na całego. Przyznam, że byłem dość sceptycznie nastawiony do jej udziału w tym projekcie, ale nigdy nie wątpiłem w jej talent. Z każdym kolejnym numerem udowadniała, że jej styl jest naprawdę rewelacyjny, a jej wersja Komedianta (świetny epizod!) pokazuje, że czuje klimat "Strażników", jak mało kto. Jednak zastrzeżeń do fabuły mam sporo. Nie dlatego, że mi się nie podoba. Zbliżając się do końca tej mini-serii utwierdziłem się w przekonaniu, że tworzenie jej nie miało najmniejszego sensu. Historia opowiedziana przez Cooke`a i Conner nie wnosi kompletnie nic do postaci Jedwabnej Zjawy, a co gorsze - spłyca ją. Z ostateczną oceną pozwolę sobie jednak poczekać do momentu, gdy przeczytam ostatni zeszyt.
Wracając jeszcze do kwestii plastycznej tego zeszytu (jak i poprzednich) to "Silk Spectre" jest jedyną częścią cyklu "Before Watchmen", w której na końcu danego odcinka pojawiają się cytaty z epoki. W oryginalnych "Strażnikach" Moore przywołuje między innymi bon moty z Boba Dylana, Williama Blake'a, Carla Junga, pojawia się nawet fragment Księgi Hioba. Twórcy spin-offa natomiast cytują między innymi Kena Keseya, czy też jak to się stało w tym numerze, tekst z piosenki "Transfusion" zespołu Nervous Norvus - kolejny kawałek do mini playlisty tworzącej soundtrack do tej serii. Wykorzystywane przez Moore'a muzyczne motywy były doskonałym posunięciem (patrz: OST do snyderowskich "Strażników"). W tym przypadku nie jest inaczej!
"Before Watchmen - Comedian" #3 - Brian Azzarello i JG Jones
Oczekiwałem zapachu napalmu o poranku, a w rzeczywistości w ruch poszły koktajle Mołotowa. Ogień może i jest, ale siła rażenia nie taka, jakbym tego chciał. Wybacz Brian, ale kompletnie Ci to nie wyszło. Blake jeszcze dobrze się nie zadomowił w dżungli, a już scenarzysta rzuca go w środek zamieszek w Los Angeles w 1965 (kolejna ilustracja epoki).
I wszystko byłoby okej, jeśli Azzarello nie pokusiłby się o zabawę w psychiatrę i próbę przedstawienia nam źródła zaburzeń Komedianta. Sorry, ale ja za nic w świecie nie chcę znać socjopatycznych korzeni jego psychiki. Ta postać czym bardziej jest tajemnicza, tym bardziej przerażająca. Nie chce mi się wierzyć, że Wietnam i rasistowska Ameryka lat sześćdziesiątych zepsuła Blake'a do szpiku kości. Nie tylko kontrastuje to z wizerunkiem Komedianta z "Minutemenów" Cooke'a, ale także z moim wyobrażeniem nakreślonym przez Alana Moore'a. Komediant wydaje się być klamrą całego prequela (gościnnie występuje prawie we wszystkich seriach) i ze smutkiem muszę przyznać, że jego wizerunek przedstawiony przez innych twórców bardziej mi odpowiada.
Azzarello nie radzi sobie także z krytyką ówczesnej amerykańskiej polityki. Rzecz, która wyszła tak perfekcyjnie mistrzowi z Northampton, w wykonaniu twórcy "100 naboi" jest po prostu banalna i w żaden sposób nie zmusza do refleksji. Przewidywalne także stają się relacje Komedianta z rodziną Kennedych. Próba ograniczenia Blake'a przez Bobbiego zaczyna wyznaczać prostą drogę w objęcia Nixona. Chyba nic mnie już nie zaskoczy. Co do kreski Jonesa, to poza rewelacyjną okładką nic więcej szałowego w środku komiksu nie oferuje. Szkoda, bo już zaczynałem się do niego przekonywać.
"Before Watchmen - Nite Owl" #3 - J. Micheal Straczynski, Andy Kubert i Bill Sienkiewicz
Ten komiks powinien w tytule mieć napisane Rorschach. Część zeszytu poświęcona wielbicielowi fasoli bez dwóch zdań zdominowała całą historię. Możliwe, że jest to spowodowane wprowadzeniem nowej postaci do komiksu. Lady Twilight, w której widziałem ciekawe rozwinięcie akcji, niefortunnie sprowadziła do komiksu infantylną analizę seksualności Nocnego Puchacza. Ich wspólne seksualne igraszki są najprościej w świecie głupie i naiwne. Natomiast akcja wokół Waltera jest dość sprawnie napisana. Oczywiście to dalej rzemieślnicza robota, która nie wprowadza nic do tej postaci, ale przynajmniej niezły z tego komiksowy thriller.
Podobnie, jak w przypadku Jedwabnej Zjawy, to już przedostatni odcinek tej serii. Niestety, ja już wiem jaką ocenę wystawię na jej koniec. Ważnym wydarzeniem tego zeszytu jest przejęcie pióra przez Billa Sienkiewicza, który zajął się pracą przy nakładaniu tuszu na rysunki Kuberta Jra. Rysownikowi przyszło zająć miejsce zmarłego niedawno Joe Kuberta. Zmiana jest najbardziej widoczna w mimikach twarzy bohaterów, a także w kilku wpadkach, które najprawdopodobniej były spowodowane krótkim terminem realizacji tego zeszytu. Jednym z najbardziej rażących błędów jest scena, w której nowa bohaterka oznajmia, że musi się przebrać w coś bardziej komfortowego i po kilku chwilach wraca dokładnie w tym samym stroju. Szkoda, że taką krótką serię musiały spotkać takie niedociągnięcia.
piątek, 2 listopada 2012
#1174 - Rzut za 3: Before Watchmen (04)
"Before Watchmen - Dr. Manhattan" #1 - J. Micheal Straczynski i Adam Hughes
Nie wiem jak inni, ale ja uważam Doktora Manhattana za najciekawszą postać wśród "Strażników". Rzecz to dziwna, bo przecież pośród członków tej grupy są bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka wydają się bardziej interesującymi kreacjami, niż bohater pokroju Clarka Kenta. Ale pod skorupą tych nadludzkich mocy, Jon Osterman kryje w sobie ogromną dawkę niebanalności. Sama scena na Marsie, gdzie rozprawia się ze swoją przeszłością i teraźniejszością to według mnie jedna z najlepszych sekwencji komiksowych w dziejach tego medium. W dodatku doskonale odnalazła się także na ekranie - Zack Snyder w swojej adaptacji poradził sobie z nią perfekcyjnie
Częściowy sukces pierwszej odsłony "Before Watchmen - Dr. Manhattan" oparty jest właśnie na parafrazie tej sceny, podobnie zresztą jak większość fabuły, która kurczowo trzyma się oryginału. J. Micheal Straczynski nadaje swojemu dziełu mocno filozoficzny wydźwięk, przez co Doktor staje się jeszcze bardziej skomplikowaną i frapującą postacią. Scenarzysta potrafił wczuć się w chłodny i obojętny styl narracji Manhattana. Oczywiście, można mu zarzucać, że właściwie nie robi nic więcej ponad kopiowanie mistrza, bo przecież większość komiksu to sceny dobrze przez znane.
Wydaje mi się, że nie można czepiać się wtórności, bo ostatnie strony tego zeszytu zapowiadają, że jego autorzy mają pomysł na tę serię. W przeciwieństwie do pierwszego numeru "Nocnego Puchacza", którego również napisał Straczynski. JMS lepiej rozumie postać Jona, wie, jaki ma potencjał. Czuję, że w następnym numerze otrzymamy tyle fizyki kwantowej i perfekcyjnych zegarkowych mechanizmów, że śmiało będziemy mogli zbudować bombę wodorową!
Nie można zapominać o rysunkach. Nie znałem wcześniej Adama Hughesa, ale po tym numerze jestem bardzo ciekaw jego prac. Nie jestem pewien na ile spodobały mi się same rysunki Hughesa, a na jest to zasługa Laury Martin, która nakładała kolory. W każdym razie razem odwalili kawał dobrej roboty. Trudno spotkać podobne prace w komiksach superbohaterskich. Stworzone przez nich rysunki wyglądają jak stare fotografie, pełne ziarna i kurzu, które zostały zrekonstruowane. Przypominają pamiętne zdjęcie Jona i Janey przed wypadkiem. Naprawdę fajna sprawa!
"Before Watchmen - Ozymandias" #2 - Len Wein i Jae Lee
Zapnij pasy, Dorotko i pożegnaj się z Kansas. Drugi zeszyt "Ozymandiasza" to najprawdziwszy nokaut! Jak zwykle kreska Jae Lee jest jak studia bez dna wypełniona odniesieniami do niemal wszystkiego, co były w stanie zrodzić boginie sztuki w ciągu wieków. Ale, co ciekawe, w tym numerze na pierwszy plan wychodzi praca kolorystyki June Chung. Jej intensywne barwy przywołują na myśl obrazy Tamary Łempickiej. Przez odpowiednie zgeometryzowanie kadrów, wykorzystanie czystych jaskrawych kolorów i stylizacji na plakaty z lat dwudziestych ubiegłego wieku komiksowi blisko jest estetyce art-deco. Warto mieć na uwadze fakt, że odkrycie grobu Tutenchamona miało ogromy wpływ na rozwój tego stylu, co w przypadku opowieści o herosie, który swój pseudonim zaczerpnął z historii starożytnego Egiptu ma niebagatelne znaczenie...
W dodatku Lee układając poszczególne kadry niepotykanie często wykorzystuje... koło. Jeśli potraktujemy format komiksu jako prostokąt z wpisanym w nim kole i zerkniemy do sennika to dowiemy się, że symbol koła oznacza sferę sacrum (boska cząstka Veidta), natomiast prostokąt/kwadrat to podobno znak ziemi, świadomości i racjonalności (chyba nie muszę nic dodawać).
Możecie mówić, że oszalałem, ale w tej chwili tylko J.H Williams ze swoją wstęgą Moebiusa z "Promethei" może konkurować z Jae Lee. Drugi "Ozymandias" to prawdziwy orgazm dla zmysłów! Najlepsze jest jednak to, że tak wyrafinowana grafika w niczym nie przesłania fabuły! Czytałem, że dla niektórych ciągły monolog Adriana jest męczący, lecz dla mnie to doskonała forma narracji, która zawsze idealnie pasowała do powieści graficznych. W końcu Frank Miller wykorzystywał go z sukcesem przez długi czas. Już nie mogę doczekać się kolejnego numer, w którym zapowiedziane zostało starcie Veidta z Komediantem. Oj, będzie się działo!
"Before Watchmen - Minuteman" #3 - Darwyn Cooke
W trzecim numerze serii "Minutemen" akcja nie tylko znacząco przyspiesza, ale Darwyn Cooke podkręca również napięcie poprzez zacieśnienie więzi pomiędzy poszczególnymi członkami grupy. I tak, obok akcji wokół rozbicia szajki zajmującej się dziecięcą pornografią, na pierwszy plan wychodzi relacja między Sylwetką, a Nocnym Puchaczem. W pewnym momencie dramatyzm tego wątku mocno chwyta za serce.
Autor z hitchcockowskim zacięciem wprowadza do historii sporą dawkę suspensu co sprawiło, że nerwowo przerzuca się jego strony, aby jak najszybciej dowiedzieć się co wydarzyło się dalej. Świetnym posunięciem było wmieszanie w akcję kadrów nawiązujących do zakończenie tego zeszytu, przez co komiks nie tylko przesiąknięty jest napięciem, ale i tajemniczością. Jednym słowem Cooke udawania, że jest komiksowym geniuszem, który wie, jak wykorzystać potencjał obrazkowego tworzywa pod każdym względem. Co do rysunku, to nic się nie zmieniło od poprzednich numerów - nadal jest to kreska na najwyższym poziomie. Jedyne czym ten numer różni się od pozostałych to paleta barw - zwiększenie ilości używanych kolorów zwiększa również wymowę poszczególnych scen. Co ciekawe, "Minutemen" jako chyba jedyny wśród prequeli nawiązuje, pod względem ułożenia plansz, do kompozycji strony znanej ze "Strażników".
A, i zapomniałbym o twistowej scenie udowadniającej, że jednak Komediant to największy spośród Minutemenów kozak! Warto również wspomnieć o konsekwencji przy tworzeniu okładek. Są tak śliczne, że aż żałuje że nie mam ich w wersji papierowej.
Nie wiem jak inni, ale ja uważam Doktora Manhattana za najciekawszą postać wśród "Strażników". Rzecz to dziwna, bo przecież pośród członków tej grupy są bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka wydają się bardziej interesującymi kreacjami, niż bohater pokroju Clarka Kenta. Ale pod skorupą tych nadludzkich mocy, Jon Osterman kryje w sobie ogromną dawkę niebanalności. Sama scena na Marsie, gdzie rozprawia się ze swoją przeszłością i teraźniejszością to według mnie jedna z najlepszych sekwencji komiksowych w dziejach tego medium. W dodatku doskonale odnalazła się także na ekranie - Zack Snyder w swojej adaptacji poradził sobie z nią perfekcyjnie
Częściowy sukces pierwszej odsłony "Before Watchmen - Dr. Manhattan" oparty jest właśnie na parafrazie tej sceny, podobnie zresztą jak większość fabuły, która kurczowo trzyma się oryginału. J. Micheal Straczynski nadaje swojemu dziełu mocno filozoficzny wydźwięk, przez co Doktor staje się jeszcze bardziej skomplikowaną i frapującą postacią. Scenarzysta potrafił wczuć się w chłodny i obojętny styl narracji Manhattana. Oczywiście, można mu zarzucać, że właściwie nie robi nic więcej ponad kopiowanie mistrza, bo przecież większość komiksu to sceny dobrze przez znane.
Wydaje mi się, że nie można czepiać się wtórności, bo ostatnie strony tego zeszytu zapowiadają, że jego autorzy mają pomysł na tę serię. W przeciwieństwie do pierwszego numeru "Nocnego Puchacza", którego również napisał Straczynski. JMS lepiej rozumie postać Jona, wie, jaki ma potencjał. Czuję, że w następnym numerze otrzymamy tyle fizyki kwantowej i perfekcyjnych zegarkowych mechanizmów, że śmiało będziemy mogli zbudować bombę wodorową!
Nie można zapominać o rysunkach. Nie znałem wcześniej Adama Hughesa, ale po tym numerze jestem bardzo ciekaw jego prac. Nie jestem pewien na ile spodobały mi się same rysunki Hughesa, a na jest to zasługa Laury Martin, która nakładała kolory. W każdym razie razem odwalili kawał dobrej roboty. Trudno spotkać podobne prace w komiksach superbohaterskich. Stworzone przez nich rysunki wyglądają jak stare fotografie, pełne ziarna i kurzu, które zostały zrekonstruowane. Przypominają pamiętne zdjęcie Jona i Janey przed wypadkiem. Naprawdę fajna sprawa!
"Before Watchmen - Ozymandias" #2 - Len Wein i Jae Lee
Zapnij pasy, Dorotko i pożegnaj się z Kansas. Drugi zeszyt "Ozymandiasza" to najprawdziwszy nokaut! Jak zwykle kreska Jae Lee jest jak studia bez dna wypełniona odniesieniami do niemal wszystkiego, co były w stanie zrodzić boginie sztuki w ciągu wieków. Ale, co ciekawe, w tym numerze na pierwszy plan wychodzi praca kolorystyki June Chung. Jej intensywne barwy przywołują na myśl obrazy Tamary Łempickiej. Przez odpowiednie zgeometryzowanie kadrów, wykorzystanie czystych jaskrawych kolorów i stylizacji na plakaty z lat dwudziestych ubiegłego wieku komiksowi blisko jest estetyce art-deco. Warto mieć na uwadze fakt, że odkrycie grobu Tutenchamona miało ogromy wpływ na rozwój tego stylu, co w przypadku opowieści o herosie, który swój pseudonim zaczerpnął z historii starożytnego Egiptu ma niebagatelne znaczenie...
W dodatku Lee układając poszczególne kadry niepotykanie często wykorzystuje... koło. Jeśli potraktujemy format komiksu jako prostokąt z wpisanym w nim kole i zerkniemy do sennika to dowiemy się, że symbol koła oznacza sferę sacrum (boska cząstka Veidta), natomiast prostokąt/kwadrat to podobno znak ziemi, świadomości i racjonalności (chyba nie muszę nic dodawać).
Możecie mówić, że oszalałem, ale w tej chwili tylko J.H Williams ze swoją wstęgą Moebiusa z "Promethei" może konkurować z Jae Lee. Drugi "Ozymandias" to prawdziwy orgazm dla zmysłów! Najlepsze jest jednak to, że tak wyrafinowana grafika w niczym nie przesłania fabuły! Czytałem, że dla niektórych ciągły monolog Adriana jest męczący, lecz dla mnie to doskonała forma narracji, która zawsze idealnie pasowała do powieści graficznych. W końcu Frank Miller wykorzystywał go z sukcesem przez długi czas. Już nie mogę doczekać się kolejnego numer, w którym zapowiedziane zostało starcie Veidta z Komediantem. Oj, będzie się działo!
"Before Watchmen - Minuteman" #3 - Darwyn Cooke
W trzecim numerze serii "Minutemen" akcja nie tylko znacząco przyspiesza, ale Darwyn Cooke podkręca również napięcie poprzez zacieśnienie więzi pomiędzy poszczególnymi członkami grupy. I tak, obok akcji wokół rozbicia szajki zajmującej się dziecięcą pornografią, na pierwszy plan wychodzi relacja między Sylwetką, a Nocnym Puchaczem. W pewnym momencie dramatyzm tego wątku mocno chwyta za serce.
Autor z hitchcockowskim zacięciem wprowadza do historii sporą dawkę suspensu co sprawiło, że nerwowo przerzuca się jego strony, aby jak najszybciej dowiedzieć się co wydarzyło się dalej. Świetnym posunięciem było wmieszanie w akcję kadrów nawiązujących do zakończenie tego zeszytu, przez co komiks nie tylko przesiąknięty jest napięciem, ale i tajemniczością. Jednym słowem Cooke udawania, że jest komiksowym geniuszem, który wie, jak wykorzystać potencjał obrazkowego tworzywa pod każdym względem. Co do rysunku, to nic się nie zmieniło od poprzednich numerów - nadal jest to kreska na najwyższym poziomie. Jedyne czym ten numer różni się od pozostałych to paleta barw - zwiększenie ilości używanych kolorów zwiększa również wymowę poszczególnych scen. Co ciekawe, "Minutemen" jako chyba jedyny wśród prequeli nawiązuje, pod względem ułożenia plansz, do kompozycji strony znanej ze "Strażników".
A, i zapomniałbym o twistowej scenie udowadniającej, że jednak Komediant to największy spośród Minutemenów kozak! Warto również wspomnieć o konsekwencji przy tworzeniu okładek. Są tak śliczne, że aż żałuje że nie mam ich w wersji papierowej.
Etykiety:
Adam Hughes,
Alan Moore,
Ameryka,
Darwyn Cooke,
DC Comics,
importowane,
J. Micheal Straczynski,
Jae Lee,
Len Wein,
mainstream,
rzut za 3,
super-hero
środa, 31 października 2012
#1173 - Rzut za 3: Finał!
W ostatniej części cyklu poświęconego komiksom Nowej 52 chciałem przyjrzeć się paru pozycjom, które w jakiś sposób wydały mi się interesujące i uznałem, że warto napisać o nich te kilka słów. W „Batman and Robin” Tomasi eksploruje relacje ojciec-syn pomiędzy Mrocznym Rycerzem, a nowym Robinem. W „Nightwingu” odkryta zostaje straszliwa tajemnica z przeszłości Dicka Graysona. Natomiast „Green Lantern Corps” to ucieleśnienie tego, co w superbohaterskim mainstreamie najgorsze.
„Batman and Robin vol. 1 – Born to Kill” (Peter J. Tomasi i Patrick Gleason)
Seria „Batman and Robin” była jedną z lepszych rzeczy, które wychodziły spod ręki Granta Morrisona ostatnimi czasy. W nowym DCU została ona podarowana Peterowi J. Tomasiemu, który dostał od Szkota tytuł, którego kołem zamachowym są relacje pomiędzy Batmanem-ojcem, a Robinem-synem. Damian Wayne według mnie jest jednym z najciekawszych dodatków Morrisona do mitologii Mrocznego Rycerza, wbrew temu, co twierdzą niektórzy fani. Owszem, bywa postacią irytującą, ale poniekąd na tym polega jego urok i sprawny scenarzysta może z niego wiele wycisnąć. Co więcej – Bruce Wayne próbujący odnaleźć się w roli ojca to tyle rzadki, co ciekawy widok. Superherosowi, który słynie z tego, że jest przygotowany na każdą sytuację, z wielkim trudem przychodzi radzenie sobie z własnym dzieckiem. Nie rozumie go, nie potrafi się z nim dogadać, popełnia błędy, ma problemy z zaufaniem, bywa po prostu bezradny – takiego Batmana chciałbym oglądać nieco częściej, niż tego, który ciągle ugania się za Jokerem. Oczywiście, „Batman and Robin” jest typową trykociarką masówką, więc najczęściej te ojcowsko-synowskie perypetie i tak prowadzą do nawalanek, ale są czymś, co wyróżnia „B&R” w natłoku innych pozycji. I mają wielki potencjał. Może kiedyś zostanie on wykorzystany przez nieco bardziej, niż Tomasi, utalentowanego scenarzystę? Co do oprawy graficznej – jest dobrze. Patrick Gleason od czasów starego „Green Lantern Corps”, z którego go pamiętam, ładnie się wyrobił. Jego dość ascetyczna, prosta kreska wreszcie nabrała elegancji, choć wciąż słabo radzi sobie z twarzami (z tego co widzę to dość częsta przypadłość w Nowej 52).
„Nightwing vol.1 – Traps and Trapezes” (Kyle Higgins i Eddy Barrows, Eduardo Pansica, Trevor McCarthy)
Nie spodziewałem się zbyt wiele po „Traps and Trapezes” i tym większe było moje zdziwienie, że od pierwszych stron historia Kyle`a Higginsa tak ładnie się klei. Widać, że opowieść o powrocie cyrku Haly`ego do czegoś zmierza. Ma jakiś punkt wyjścia, jest całkiem nieźle poprowadzona (choć parę fabularnych baboli da się wytknąć), pojawia się nawet jakieś napięcie, a na Nightwinga w Nowej 52 jest jakiś pomysł. Szkoda tylko, że można to odnieść tylko do jakiejś połowy trejda – po trzech zeszytach opowieść zaczyna się nieco rozłazić, traci swoją dynamikę, poprzez niepotrzebne namnożenie wątków. „Nightwing” wydaje mi się również pozycją bardzo przystępną dla nowych czytelników, choć boli powiązanie tego tytułu z tym, co dzieje się w „Batgirl”. Higgins wraca do cyrkowych korzeni Dicka Graysona. Udaje mi się znaleźć złoty środek pomiędzy zawsze niebezpiecznym grzebaniem w originie pierwszego Robina, a spojrzeniem na jego przyszłość w sposób odświeżający, stanowiący świetny punkt startowy dla kolejnych historii. Widać, że Higgins i Snyder nad przyszłością bat-uniwersum przegadali razem kilka nocy. Muszę przyznać, że zaplątanie kilku nowych wątków całkiem zgrabnie wyszło, choć samemu finałowi brakuje nieco mocy. Pod względem graficznym byłoby również dobrze, gdyby Eddy Barrows w całości narysował cały album. Szkoda, że niekiedy musiał być wyręczany przez grafików słabszych, ale warto „Nightwingiem” się zainteresować, bo rzecz jest także ważna w kontekście „Night of Owls”.
„Green Lantern Corps vol.1 – Fearsome” (Peter J. Tomasi i Fernando Pasarin, Geraldo Borges)
Znowu Tomasi, lecz tym razem w znacznie gorszej formie. W „Green Lantern Corps” scenarzysta zafundował nam podróż do czasów, sprzed Geoffa Johnsa, który z tak wielkim trudem odnowił legendę Zielonej Latarni. A nawet ciut wcześniej – dokładnie do momentu, w którym z Halem Jordanem nie dało się już zrobić nic sensownego, tylko zamienić go w oszalałego Paralaksa i zastąpić kolejnym Lanternem. W nawiązywaniu do najbardziej tandetnych, boleśnie uproszczonych, emanujących najtańszym kiczem, a w dodatku źle napisanych, wypranych z jakiekolwiek dramaturgii czy napięcia komiksów nie ma nic dobrego. „Fearsome” oprócz pozbawionego resztek oryginalności schematu nie ma nic od zaoferowania. No dobra, jest jedna mocna scena z Johnem Stewartem mająca pewien potencjał, ale tak naprawdę jej wymowa i konsekwencje przeniesione zostały w czasie na kolejne zeszyty i jakoś się rozmyły. Dobrą wiadomością jest to, że oprawa graficzna stoi na niezłym poziomie. Rysunki Fernando Pasarina mile rezonują staroszkolnym stylem Dave`a Gibbonsa. Proste, nienaganne pod względem warsztatu, na swój sposób eleganckie. Pozytywnego efektu nie psują nawet komputerowe kolory, co trzeba zawsze pochwalić. Geraldo Borges, gościnnie dzierżący ołówek w jednym numerze, dopasował się do poziomu Pasarina.
„Batman and Robin vol. 1 – Born to Kill” (Peter J. Tomasi i Patrick Gleason)
Seria „Batman and Robin” była jedną z lepszych rzeczy, które wychodziły spod ręki Granta Morrisona ostatnimi czasy. W nowym DCU została ona podarowana Peterowi J. Tomasiemu, który dostał od Szkota tytuł, którego kołem zamachowym są relacje pomiędzy Batmanem-ojcem, a Robinem-synem. Damian Wayne według mnie jest jednym z najciekawszych dodatków Morrisona do mitologii Mrocznego Rycerza, wbrew temu, co twierdzą niektórzy fani. Owszem, bywa postacią irytującą, ale poniekąd na tym polega jego urok i sprawny scenarzysta może z niego wiele wycisnąć. Co więcej – Bruce Wayne próbujący odnaleźć się w roli ojca to tyle rzadki, co ciekawy widok. Superherosowi, który słynie z tego, że jest przygotowany na każdą sytuację, z wielkim trudem przychodzi radzenie sobie z własnym dzieckiem. Nie rozumie go, nie potrafi się z nim dogadać, popełnia błędy, ma problemy z zaufaniem, bywa po prostu bezradny – takiego Batmana chciałbym oglądać nieco częściej, niż tego, który ciągle ugania się za Jokerem. Oczywiście, „Batman and Robin” jest typową trykociarką masówką, więc najczęściej te ojcowsko-synowskie perypetie i tak prowadzą do nawalanek, ale są czymś, co wyróżnia „B&R” w natłoku innych pozycji. I mają wielki potencjał. Może kiedyś zostanie on wykorzystany przez nieco bardziej, niż Tomasi, utalentowanego scenarzystę? Co do oprawy graficznej – jest dobrze. Patrick Gleason od czasów starego „Green Lantern Corps”, z którego go pamiętam, ładnie się wyrobił. Jego dość ascetyczna, prosta kreska wreszcie nabrała elegancji, choć wciąż słabo radzi sobie z twarzami (z tego co widzę to dość częsta przypadłość w Nowej 52).
„Nightwing vol.1 – Traps and Trapezes” (Kyle Higgins i Eddy Barrows, Eduardo Pansica, Trevor McCarthy)
Nie spodziewałem się zbyt wiele po „Traps and Trapezes” i tym większe było moje zdziwienie, że od pierwszych stron historia Kyle`a Higginsa tak ładnie się klei. Widać, że opowieść o powrocie cyrku Haly`ego do czegoś zmierza. Ma jakiś punkt wyjścia, jest całkiem nieźle poprowadzona (choć parę fabularnych baboli da się wytknąć), pojawia się nawet jakieś napięcie, a na Nightwinga w Nowej 52 jest jakiś pomysł. Szkoda tylko, że można to odnieść tylko do jakiejś połowy trejda – po trzech zeszytach opowieść zaczyna się nieco rozłazić, traci swoją dynamikę, poprzez niepotrzebne namnożenie wątków. „Nightwing” wydaje mi się również pozycją bardzo przystępną dla nowych czytelników, choć boli powiązanie tego tytułu z tym, co dzieje się w „Batgirl”. Higgins wraca do cyrkowych korzeni Dicka Graysona. Udaje mi się znaleźć złoty środek pomiędzy zawsze niebezpiecznym grzebaniem w originie pierwszego Robina, a spojrzeniem na jego przyszłość w sposób odświeżający, stanowiący świetny punkt startowy dla kolejnych historii. Widać, że Higgins i Snyder nad przyszłością bat-uniwersum przegadali razem kilka nocy. Muszę przyznać, że zaplątanie kilku nowych wątków całkiem zgrabnie wyszło, choć samemu finałowi brakuje nieco mocy. Pod względem graficznym byłoby również dobrze, gdyby Eddy Barrows w całości narysował cały album. Szkoda, że niekiedy musiał być wyręczany przez grafików słabszych, ale warto „Nightwingiem” się zainteresować, bo rzecz jest także ważna w kontekście „Night of Owls”.
„Green Lantern Corps vol.1 – Fearsome” (Peter J. Tomasi i Fernando Pasarin, Geraldo Borges)
Znowu Tomasi, lecz tym razem w znacznie gorszej formie. W „Green Lantern Corps” scenarzysta zafundował nam podróż do czasów, sprzed Geoffa Johnsa, który z tak wielkim trudem odnowił legendę Zielonej Latarni. A nawet ciut wcześniej – dokładnie do momentu, w którym z Halem Jordanem nie dało się już zrobić nic sensownego, tylko zamienić go w oszalałego Paralaksa i zastąpić kolejnym Lanternem. W nawiązywaniu do najbardziej tandetnych, boleśnie uproszczonych, emanujących najtańszym kiczem, a w dodatku źle napisanych, wypranych z jakiekolwiek dramaturgii czy napięcia komiksów nie ma nic dobrego. „Fearsome” oprócz pozbawionego resztek oryginalności schematu nie ma nic od zaoferowania. No dobra, jest jedna mocna scena z Johnem Stewartem mająca pewien potencjał, ale tak naprawdę jej wymowa i konsekwencje przeniesione zostały w czasie na kolejne zeszyty i jakoś się rozmyły. Dobrą wiadomością jest to, że oprawa graficzna stoi na niezłym poziomie. Rysunki Fernando Pasarina mile rezonują staroszkolnym stylem Dave`a Gibbonsa. Proste, nienaganne pod względem warsztatu, na swój sposób eleganckie. Pozytywnego efektu nie psują nawet komputerowe kolory, co trzeba zawsze pochwalić. Geraldo Borges, gościnnie dzierżący ołówek w jednym numerze, dopasował się do poziomu Pasarina.
Etykiety:
Batman,
DC Comics,
Eddy Barrows,
Fernando Pasarin,
importowane,
Kyle Higgins,
mainstream,
Patrick Gleason,
Peter J. Tomasi,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
super-hero
niedziela, 30 września 2012
#1141 - Rzut za 3: Before Watchmen (03)
"Before Watchmen - Silk Spectre" #2 - Darwyn Cooke i Amanda Conner
Miałem spore wątpliwości po pierwszym numerze przygód Jedwabnej Zjawy. Na szczęście autorzy obrali drogę którą sam chciałem żeby się kierowali. Tak więc nasza bohaterka na własnej skórze doświadcza tego co w tamtych czasach najlepsze. Mamy sporo nagości która spełnia pierwsze przykazanie ze słynnego sloganu. Imprezy z rockową muzyką, na czele z The Cadillacs i ich kawałkiem "Peek a Boo (i'm watching you)" i zapowiedź narkotykowej jazdy której nie powstydzili by się bohaterowie filmu Rogera Cormana The Trip. Mimo, że kompletnie nie czuć w tym ducha Strażników to jednak klimat hipisowskiej komuny jest na tyle dobrze pokazany, że nie mam nic przeciwko żeby ten komiks trzymał się takiego stylu. Pocieszające jest także to, że nie ma tu tego dziewczęcego komiksu który był odczuwalny w pierwszym zeszycie. Jest lepiej, ale Cooke pokazał że stać go na więcej. Największym minusem jest słaba intryga która mimo tego że pomału zaczyna nabierać rozpędu to jakoś mnie nie porwała, natomiast ta w Minutemenach wciąga jak diabli. Ale jeśli każdy następny zeszyt będzie miał taki wzrost formy to jestem naprawdę dobrej myśli!
"Before Watchmen - Comedian" #2 - Brian Azzarello i JG Jones
Azzarello już na samym początku dał nam do zrozumienia że Comedian będzie świadkiem najważniejszych wydarzeń ameryki lat 60. Pisząc na temat pierwszego numeru, wspominałem o pewnej banalności spowodowanej wykorzystywaniem właśnie tych historycznych faktów, które jak w przypadku zabójstwa MM wszystkim się przejadły. Nr. 2 otwiera scena sławnego pojedynku Muhammada Ali z ówczesnym mistrzem Sonny Listonem. 22 letni Ali ku zaskoczeniu wszystkich (również Blake który mocno obstawiał pewny wynik) pokonuje faworyta odbierając mu tytuł mistrza. Wykrzykiwane przez Aliego słowa "I shook up the world" usłyszał cały świat. Blake nie kryje rozczarowania. Nic w tym dziwnego, bo gdyby porównać ich decyzje które podejmą w przyszłości to mimo tego, że oboje są prawdziwymi wojownikami to różnią się znacząco. Mówię o tym dlatego, że scena po walce przenosi nas razem z Blakiem do Wietnamu w którym będzie się czuł jak w domu. Ali natomiast aby nie pojechać na wojnę zaryzykował całą swoją karierę. Nie wiem czy Azzarello stwarza w tej scenie jakieś metafory, prawdopodobnie to ja doszukuje się tu jakiś ukrytych znaczeń. Ale dzięki temu zrozumiałem, że jeśli przez wszystkie numery scenarzysta będzie konsekwentny w pokazywaniu nam tego typu wydarzeń to może powstać coś naprawdę interesującego i jako całość stanie się prawdziwym portretem epoki
Drugi numer także przekonał mnie do stylu J.G. Jonesa, jego rysunki pokolorowane ciemnymi barwami prezentują się rewelacyjnie. Dlatego nocne sceny w wietnamskim buszu wyjątkowo cieszą oko. Co prawda czasem nadal mam zastrzeżenia do zbyt komputerowego wyglądu tych rysunków, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia.
Ostatnią scenę tego komiksu zamyka widok wsiadającego Comediana do wojskowej łodzi. Czyżby Blake niczym Kapitan Willard zmierzał w kierunku jądra ciemności? Jeśli tak to uważam że żółtki powinni się bać naciągającego horroru bardziej niż muzyki Wagnera.
"Before Watchmen - Nite Owl" #2 - J. Micheal Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert
Okej, miło jest się pomylić. Wspominałem w poście na temat pierwszej odsłony Nocnego Puchacza, że wiem w którym kierunku zmierza ten komiks. Na szczęście okazało się, że autorzy mają dla mnie niespodziankę. Drugi numer przynosi sporą dawkę superbohaterskiej psychologi. Echo wydarzeń z dzieciństwa wplątane w dorosłe życie dwójki Strażników to typowy watchmenowski motyw, który świetnie się sprawdza na pokazanie ludzkiej twarzy zamaskowanych bohaterów. Straczynski pomału zagęszcza intrygę, która ma predyspozycję do stworzenia bardzo dobrej historii. (doskonały pomysł wykorzystania zabójstwa Kitty Genovese). Nawet relacja Puchacza z Rorschachem nie wydaje się taka plastikowa jak było, to odczuwalne w nr pierwszym.
Podsumowując większość minusów, które wyliczyłem ostatnim razem zostały wyeliminowane. Niestety, nadal ten komiks mnie nie porywa. Akcja nadal postępuje za szybko, wiele scen sprawia wrażenie pospiesznie uciętych byśmy mogli szybko przeskoczyć do nowych wątków. Brakuje mi pewnej świeżości w podejściu do tematu, jakieś dziwne uczycie déjà vu towarzyszy mi przy czytaniu tego komiksu. Na szczęście autorzy wprowadzili nową postać do tego komiksu, a to co zwiastuje okładka nr 3 mówi mi, że ten powyższy numer, to nie jedyna niespodzianka, którą dla mnie przygotowali.
Miałem spore wątpliwości po pierwszym numerze przygód Jedwabnej Zjawy. Na szczęście autorzy obrali drogę którą sam chciałem żeby się kierowali. Tak więc nasza bohaterka na własnej skórze doświadcza tego co w tamtych czasach najlepsze. Mamy sporo nagości która spełnia pierwsze przykazanie ze słynnego sloganu. Imprezy z rockową muzyką, na czele z The Cadillacs i ich kawałkiem "Peek a Boo (i'm watching you)" i zapowiedź narkotykowej jazdy której nie powstydzili by się bohaterowie filmu Rogera Cormana The Trip. Mimo, że kompletnie nie czuć w tym ducha Strażników to jednak klimat hipisowskiej komuny jest na tyle dobrze pokazany, że nie mam nic przeciwko żeby ten komiks trzymał się takiego stylu. Pocieszające jest także to, że nie ma tu tego dziewczęcego komiksu który był odczuwalny w pierwszym zeszycie. Jest lepiej, ale Cooke pokazał że stać go na więcej. Największym minusem jest słaba intryga która mimo tego że pomału zaczyna nabierać rozpędu to jakoś mnie nie porwała, natomiast ta w Minutemenach wciąga jak diabli. Ale jeśli każdy następny zeszyt będzie miał taki wzrost formy to jestem naprawdę dobrej myśli!
"Before Watchmen - Comedian" #2 - Brian Azzarello i JG Jones
Azzarello już na samym początku dał nam do zrozumienia że Comedian będzie świadkiem najważniejszych wydarzeń ameryki lat 60. Pisząc na temat pierwszego numeru, wspominałem o pewnej banalności spowodowanej wykorzystywaniem właśnie tych historycznych faktów, które jak w przypadku zabójstwa MM wszystkim się przejadły. Nr. 2 otwiera scena sławnego pojedynku Muhammada Ali z ówczesnym mistrzem Sonny Listonem. 22 letni Ali ku zaskoczeniu wszystkich (również Blake który mocno obstawiał pewny wynik) pokonuje faworyta odbierając mu tytuł mistrza. Wykrzykiwane przez Aliego słowa "I shook up the world" usłyszał cały świat. Blake nie kryje rozczarowania. Nic w tym dziwnego, bo gdyby porównać ich decyzje które podejmą w przyszłości to mimo tego, że oboje są prawdziwymi wojownikami to różnią się znacząco. Mówię o tym dlatego, że scena po walce przenosi nas razem z Blakiem do Wietnamu w którym będzie się czuł jak w domu. Ali natomiast aby nie pojechać na wojnę zaryzykował całą swoją karierę. Nie wiem czy Azzarello stwarza w tej scenie jakieś metafory, prawdopodobnie to ja doszukuje się tu jakiś ukrytych znaczeń. Ale dzięki temu zrozumiałem, że jeśli przez wszystkie numery scenarzysta będzie konsekwentny w pokazywaniu nam tego typu wydarzeń to może powstać coś naprawdę interesującego i jako całość stanie się prawdziwym portretem epoki
Drugi numer także przekonał mnie do stylu J.G. Jonesa, jego rysunki pokolorowane ciemnymi barwami prezentują się rewelacyjnie. Dlatego nocne sceny w wietnamskim buszu wyjątkowo cieszą oko. Co prawda czasem nadal mam zastrzeżenia do zbyt komputerowego wyglądu tych rysunków, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia.
Ostatnią scenę tego komiksu zamyka widok wsiadającego Comediana do wojskowej łodzi. Czyżby Blake niczym Kapitan Willard zmierzał w kierunku jądra ciemności? Jeśli tak to uważam że żółtki powinni się bać naciągającego horroru bardziej niż muzyki Wagnera.
"Before Watchmen - Nite Owl" #2 - J. Micheal Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert
Okej, miło jest się pomylić. Wspominałem w poście na temat pierwszej odsłony Nocnego Puchacza, że wiem w którym kierunku zmierza ten komiks. Na szczęście okazało się, że autorzy mają dla mnie niespodziankę. Drugi numer przynosi sporą dawkę superbohaterskiej psychologi. Echo wydarzeń z dzieciństwa wplątane w dorosłe życie dwójki Strażników to typowy watchmenowski motyw, który świetnie się sprawdza na pokazanie ludzkiej twarzy zamaskowanych bohaterów. Straczynski pomału zagęszcza intrygę, która ma predyspozycję do stworzenia bardzo dobrej historii. (doskonały pomysł wykorzystania zabójstwa Kitty Genovese). Nawet relacja Puchacza z Rorschachem nie wydaje się taka plastikowa jak było, to odczuwalne w nr pierwszym.
Podsumowując większość minusów, które wyliczyłem ostatnim razem zostały wyeliminowane. Niestety, nadal ten komiks mnie nie porywa. Akcja nadal postępuje za szybko, wiele scen sprawia wrażenie pospiesznie uciętych byśmy mogli szybko przeskoczyć do nowych wątków. Brakuje mi pewnej świeżości w podejściu do tematu, jakieś dziwne uczycie déjà vu towarzyszy mi przy czytaniu tego komiksu. Na szczęście autorzy wprowadzili nową postać do tego komiksu, a to co zwiastuje okładka nr 3 mówi mi, że ten powyższy numer, to nie jedyna niespodzianka, którą dla mnie przygotowali.
środa, 5 września 2012
#1126 - Rzut za 3: Na krawędzi
W linii Edge prezentowane są serie, które nie mając korzenie w Vertigo znajdują się niejako poza głównym nurtem nowego uniwersum DC. W niej pomieszczono komiks wojenne, science-fiction, westerny i tytuły, które wcześniej wydawane były w ramach imprintu Wildstorm. Generalnie jest tu mrocznie, brutalnie i ekstremalnie.
„Suicide Squad vol.1 – Kicked in the Teeth” (Adam Glass i Federico Dallocchio, Scott Hanna, Ransom Getty, Andrei Bressan, Cliff Richards, Clayton Henry, IG Guara)
To chyba największe (pozytywne) zaskoczenie relaunchu. Po „Suicide Squad” nie spodziewałem się niczego poza przerysowaną brutalnością i tanią erotyką, a (oprócz tego) dostałem również całkiem sporo niezłej, peleryniarskiej rozrywki. Jeśli tylko przymknie się nieco mocniej oko na tandetni pomysł i klasyczne dla gatunku klisze, można dostrzec całkiem sprawnie napisany komiks akcji. Jest humor, są niezłe dialogi, akcja nie zwalania tempa ani na sekundę, ciekawa galeria postaci z niezłym twistami fabularnymi może się podobać. Całość trzyma fason, a czytelnika - w napięciu. Fabuła obraca się wokół Task Force X – grupy do zadań specjalnych złożonej ze superprzestępców przebywających w zakładzie Belle Reeve, potocznie nazywanej właśnie Suicide Squadem. Barwna ekipa łotrów z Deadshotem, Harley Quinn, El Diablo i King Sharkiem w składzie podejmuje się najbardziej ekstremalnych misji, licząc na złagodzenie swoich wyroków. Coś, jak „Thunderbolts” Warrena Ellisa z Marvela tylko, że niemal wyłącznie skupione na akcji, na wykonywanych przez skazańców misjach. Szkoda tylko, że przez taką konstrukcję cierpi nieco ekspozycja postaci, ale trzeba przyznać, że Adam Glass sprawnie rozegrał dość ograny pomysł. Nieco gorzej sprawa się ma z oprawą wizualną. Co kolejny zeszyt, to narysowany jest w innym stylu – nawet Dallocchio, który popełnił najwięcej stron w poszczególnych odcinkach rysuje inaczej. Jest raz lepiej, raz gorzej, ale żadne nazwisko z dość długiej listy grafików nie zapadło mi w pamięć. Ale i tak warto spróbować sięgnąć po „Kicked in the Teeth”.
„Ressurection Man vol.1 – Dead Again” (Dan Abnett, Andy Lanning i Fernando Dagnino, Fernando Blanco)
W „Ressurection Manie” Dan Abnett i Andy Lanning kluczą pomiędzy lśniącym, superbohaterskim światkiem DCU, a ciemnymi zakamarkami Vertigo. Etykieta „na krawędzi” pasuje do tego komiksu jak ulał. Bo zaczyna się od niepokojącego dreszczowca (pierwszy zeszyt), by zaraz potem przeskoczyć do klasycznej superbohaterskiej nawalanki (#3). Jest raport z zakładu Arkham (#6), a obok niego bardzo heroiczna wycieczka do Metropolis (#7). Taki konglomerat różnych, równie przerysowanych estetyk nie przeszkadza jednak fabule pozostawać spójnej i z pewnością jest świadomym wyborem duetu scenarzystów. Akcja rozwija się wartko (niekiedy nawet zbyt szybko) i w nieco zapomnianym w branży stylu. Poszczególne zeszyty stanowią mniej lub bardziej zamknięte całości, które oprócz tego, że są puzzlami, kawałkami większej całości (którą pewnie jest tajemnica Mitcha) same w sobie nie są tylko wypełnieniem pomiędzy jednym, a drugim cliffhangerem. W poszczególnych odcinkach „Resurrection Mana” jest całkiem sporo pełnokrwistej fabuły, czego (niestety) o wielu innych superbohaterskich produkcjach, nastawionych na ciągłą retardację i odwlekaniu finału, napisać się nie da. Widać, że Abnett i Lanning znają się na swojej robocie, choć mam wrażenia, że nie dali z siebie wszystkiego. „Resurrection Man” mógł być jeszcze lepszym komiksem, niż jest. Historia Mitchela wciąga, ale całość wydaje się jednak sklecona pośpiesznie, jakby Abnett i Lanning nie dali czasu swoim pomysłom, aby odpowiednio się uleżały. Za grafikę odpowiedzialny jest Fernando Dagnino, który jest okropnie nierównym rysownikiem. Niekiedy, niemal wprawiał mnie w zachwyt, a innym razem nie mogłem patrzeć na paskudne kadry jego autorstwa. Ale znowu, podobnie jak w przypadku „Suicide Squadu”, fani super-hero powinni dać szansę temu tytułowi. Szkoda, że redaktorzy sądzili inaczej i skasowali serię.
„Red Lanterns vol.1 – Blood and Rage” (Peter Milligan i Ed Benes, Diego Bernard)
Jest i drugie ostrzeżenie dla Milligana. On-going „Red Lanterns” oczywiście nie należy do linii Edge, ale z pewnych przyczyn znajduje się na owej krawędzi. Do tego tytułu przyciągnęło mnie nazwisko scenarzysty na okładce. Skoro autor „Enigmy” i „X-Statix” uznał, że w kuriozalnym korpusie Atrocitusa jest potencjał na jakąś dobrą fabułę, uznałem, że warto sięgnąć po tę serię. I, znowu, srodze się rozczarowałem. Po pierwsze, w „Blood and Rage” nie ma żadnego z motywów, za które wszyscy kochamy Milligana, ani jego specyficznej wrażliwości, a po drugie – to okropnie przeciętny superbohaterski produkcyjniak. Z kiepską narracją, przypominającą dlaczego zrezygnowano z zbytnio rozbudowanej narracji z offu, zupełnie nieprzekonującymi bohaterami, kulawo poprowadzoną akcją i graficznym powrotem do lat dziewięćdziesiątych. Czerwonymi Latarniami (nomen omen!) mogą zainteresować się jedynie tropiciele seksualnych kontekstów w historiach z superbohaterami. Jeśli są jakieś granice przyzwoitości w prezentowaniu komiksowej kombinacji seksualność i brutalności to Ed Benes (który w branży zasłynął tym kadrem) wszystkie je przekracza. Nie dość, że Bleez, główna kobieca protagonista opowieści, na każdy kadrze świeci swoją niemal nagą dupą, prężąc się i wyginając do czytelnika, to niemal każde jej spotkanie z Artocitusem, samcem alfa na Ysmault, kończy się na dotkliwym poniżeniu. Nie wiem czy Benes nie znajduje jakieś przyjemności w rysowaniu zakrwawionej, kulącej się na ziemi niebieskoskórej obcej ubranej w wyzywający, obcisły kostium, przynoszącej na myśl lateksowe wdzianka modne w środowiskach sado-maso, ale nad wyraz często takie obrazki można oglądać w „RL”.
„Suicide Squad vol.1 – Kicked in the Teeth” (Adam Glass i Federico Dallocchio, Scott Hanna, Ransom Getty, Andrei Bressan, Cliff Richards, Clayton Henry, IG Guara)
To chyba największe (pozytywne) zaskoczenie relaunchu. Po „Suicide Squad” nie spodziewałem się niczego poza przerysowaną brutalnością i tanią erotyką, a (oprócz tego) dostałem również całkiem sporo niezłej, peleryniarskiej rozrywki. Jeśli tylko przymknie się nieco mocniej oko na tandetni pomysł i klasyczne dla gatunku klisze, można dostrzec całkiem sprawnie napisany komiks akcji. Jest humor, są niezłe dialogi, akcja nie zwalania tempa ani na sekundę, ciekawa galeria postaci z niezłym twistami fabularnymi może się podobać. Całość trzyma fason, a czytelnika - w napięciu. Fabuła obraca się wokół Task Force X – grupy do zadań specjalnych złożonej ze superprzestępców przebywających w zakładzie Belle Reeve, potocznie nazywanej właśnie Suicide Squadem. Barwna ekipa łotrów z Deadshotem, Harley Quinn, El Diablo i King Sharkiem w składzie podejmuje się najbardziej ekstremalnych misji, licząc na złagodzenie swoich wyroków. Coś, jak „Thunderbolts” Warrena Ellisa z Marvela tylko, że niemal wyłącznie skupione na akcji, na wykonywanych przez skazańców misjach. Szkoda tylko, że przez taką konstrukcję cierpi nieco ekspozycja postaci, ale trzeba przyznać, że Adam Glass sprawnie rozegrał dość ograny pomysł. Nieco gorzej sprawa się ma z oprawą wizualną. Co kolejny zeszyt, to narysowany jest w innym stylu – nawet Dallocchio, który popełnił najwięcej stron w poszczególnych odcinkach rysuje inaczej. Jest raz lepiej, raz gorzej, ale żadne nazwisko z dość długiej listy grafików nie zapadło mi w pamięć. Ale i tak warto spróbować sięgnąć po „Kicked in the Teeth”.
„Ressurection Man vol.1 – Dead Again” (Dan Abnett, Andy Lanning i Fernando Dagnino, Fernando Blanco)
W „Ressurection Manie” Dan Abnett i Andy Lanning kluczą pomiędzy lśniącym, superbohaterskim światkiem DCU, a ciemnymi zakamarkami Vertigo. Etykieta „na krawędzi” pasuje do tego komiksu jak ulał. Bo zaczyna się od niepokojącego dreszczowca (pierwszy zeszyt), by zaraz potem przeskoczyć do klasycznej superbohaterskiej nawalanki (#3). Jest raport z zakładu Arkham (#6), a obok niego bardzo heroiczna wycieczka do Metropolis (#7). Taki konglomerat różnych, równie przerysowanych estetyk nie przeszkadza jednak fabule pozostawać spójnej i z pewnością jest świadomym wyborem duetu scenarzystów. Akcja rozwija się wartko (niekiedy nawet zbyt szybko) i w nieco zapomnianym w branży stylu. Poszczególne zeszyty stanowią mniej lub bardziej zamknięte całości, które oprócz tego, że są puzzlami, kawałkami większej całości (którą pewnie jest tajemnica Mitcha) same w sobie nie są tylko wypełnieniem pomiędzy jednym, a drugim cliffhangerem. W poszczególnych odcinkach „Resurrection Mana” jest całkiem sporo pełnokrwistej fabuły, czego (niestety) o wielu innych superbohaterskich produkcjach, nastawionych na ciągłą retardację i odwlekaniu finału, napisać się nie da. Widać, że Abnett i Lanning znają się na swojej robocie, choć mam wrażenia, że nie dali z siebie wszystkiego. „Resurrection Man” mógł być jeszcze lepszym komiksem, niż jest. Historia Mitchela wciąga, ale całość wydaje się jednak sklecona pośpiesznie, jakby Abnett i Lanning nie dali czasu swoim pomysłom, aby odpowiednio się uleżały. Za grafikę odpowiedzialny jest Fernando Dagnino, który jest okropnie nierównym rysownikiem. Niekiedy, niemal wprawiał mnie w zachwyt, a innym razem nie mogłem patrzeć na paskudne kadry jego autorstwa. Ale znowu, podobnie jak w przypadku „Suicide Squadu”, fani super-hero powinni dać szansę temu tytułowi. Szkoda, że redaktorzy sądzili inaczej i skasowali serię.
„Red Lanterns vol.1 – Blood and Rage” (Peter Milligan i Ed Benes, Diego Bernard)
Jest i drugie ostrzeżenie dla Milligana. On-going „Red Lanterns” oczywiście nie należy do linii Edge, ale z pewnych przyczyn znajduje się na owej krawędzi. Do tego tytułu przyciągnęło mnie nazwisko scenarzysty na okładce. Skoro autor „Enigmy” i „X-Statix” uznał, że w kuriozalnym korpusie Atrocitusa jest potencjał na jakąś dobrą fabułę, uznałem, że warto sięgnąć po tę serię. I, znowu, srodze się rozczarowałem. Po pierwsze, w „Blood and Rage” nie ma żadnego z motywów, za które wszyscy kochamy Milligana, ani jego specyficznej wrażliwości, a po drugie – to okropnie przeciętny superbohaterski produkcyjniak. Z kiepską narracją, przypominającą dlaczego zrezygnowano z zbytnio rozbudowanej narracji z offu, zupełnie nieprzekonującymi bohaterami, kulawo poprowadzoną akcją i graficznym powrotem do lat dziewięćdziesiątych. Czerwonymi Latarniami (nomen omen!) mogą zainteresować się jedynie tropiciele seksualnych kontekstów w historiach z superbohaterami. Jeśli są jakieś granice przyzwoitości w prezentowaniu komiksowej kombinacji seksualność i brutalności to Ed Benes (który w branży zasłynął tym kadrem) wszystkie je przekracza. Nie dość, że Bleez, główna kobieca protagonista opowieści, na każdy kadrze świeci swoją niemal nagą dupą, prężąc się i wyginając do czytelnika, to niemal każde jej spotkanie z Artocitusem, samcem alfa na Ysmault, kończy się na dotkliwym poniżeniu. Nie wiem czy Benes nie znajduje jakieś przyjemności w rysowaniu zakrwawionej, kulącej się na ziemi niebieskoskórej obcej ubranej w wyzywający, obcisły kostium, przynoszącej na myśl lateksowe wdzianka modne w środowiskach sado-maso, ale nad wyraz często takie obrazki można oglądać w „RL”.
Etykiety:
Adam Glass,
Andy Lanning,
Dan Abnett,
DC Comics,
Ed Benes,
Federico Dallocchio,
Fernando Dagnino,
IG Guara,
importowane,
mainstream,
Peter Milligan,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
super-hero
środa, 29 sierpnia 2012
#1122 - Rzut za 3: Before Watchmen (02)
Pierwsza partia "Before Watchmen" została już wydana. W lipcu pojawiły się na amerykańskim rynku trzy zeszyty z nr. 2 na okładce. Miesiąc sierpień przyniósł natomiast premierowe przygody Doktora Manhattana i Rorschacha, na które czekam najbardziej. Poniżej kila słów na temat pierwszego "Ozymandiasza", "Nite Owla" i kolejnego numeru "Minutemen". Nie chcąc nikomu psuć frajdy z poznawania ich fabuł skupiłem się na kilku wątkach, które mnie najbardziej poruszyły w tych zeszytach.
"Before Watchmen - Ozymandias" #1 – Len Wein i Jae Lee
Bez zbędnego owijania w bawełnę - ten zeszyt to jedna z najlepszych krótkich historii, jakie kiedykolwiek czytałem. I nie ma w tym krztyny przesady, do której jestem skory.
Pierwszy numer originu Ozymandiasza będzie można kiedyś postawić obok takich komiksów jak "Daredevil: The Man Without Fear" czy Batman: Year One" (oba autorstwa Franka Millera). Ze wszystkich wydanych dotychczas komiksów o strażnikach ten bowiem najmocniej wpisuje się w gatunek historii o narodzinach superbohatera.
Zmęczyłem się już historiami o początkach herosów. Może dlatego, że wszystkie kinowe produkcje eksploatując ten temat, niemal zawsze kierując się tymi samymi tanimi chwytami. Najnowsza odsłona przygód Spider-mana to doskonały przykład. Mimo wielkiej chęci autorów do przedstawienia świeżej historii otrzymujemy tylko kalkę dzieła Sama Raimiego, aż do momentu założeniem kostiumu. A przecież można w inny sposób - patrz pierwszy Batman Nolana. Na szczęście w przypadku Ozymandiasza nie można mówić o stereotypach i kliszach, bo sama postać w żadnym przypadku nie jest klasycznym bohaterem. I mimo tego, że opowieść o tym, jak najmądrzejszy człowiek na świecie przeobraża się w strażnika o pseudonimie Ozymandiasz sprawia wrażenie typowo komiksowej, to wcale taka nie jest.
Len Wein snuję historię o półbogu, który zna swoją wartość i ma świadomość swojej wyższości nad innymi ludźmi. Scenarzysta skupia się na młodości bohatera prezentując go jako wyobcowanego dzieciaka, którego inteligencja wyróżnia wśród rówieśników. To właśnie ta część jest najmocniejszą stroną komiksu, bo dzięki niej zaczynamy sympatyzować z Adrianem. Przez to że, znamy zakończenie jego dziejów, jeszcze bardziej go rozumiemy. Mimo tego, że komiks przedstawia nam nowe wątki z życia Veidta, to w żaden sposób nie obdziera go z aury tajemniczości.
Ale to, co czyni ten komiks nieprzeciętnym, jest jego forma graficzna.
Jae Lee poznałem dawno temu, przy okazji jakieś wielkiej naparzany w świecie mutantów Marvela. Powiem szczerze - kompletnie mnie wtedy nie zachwycił. Jego styl rysownia jednak z biegiem czasu ewoluował. To, co pokazał w tym komiksie jest nie do opisania. Dosłownie każdy kadr w tym komiksie jest małym arcydziełkiem, doskonale współgrającym z boską naturą głównego bohatera. Rysunki są idealne, a duża w tym zasługa kolorów nałożonych przez June Chung, które nadają prawdziwej malarskości temu zeszytowi. Sprawiają również, że historia staje się bardziej wymowna. Gdy Adrian opowiada o wydarzeniach ze starego kontynentu dominują ciepłe kolory sepii, przywołując na myśl stare fotografię i europejski dekadentyzm, natomiast Ameryka jest pokazana w zimnych barwach odpowiednich dla metropolii i nowoczesności. Co ciekawe, całość czasem przypomina ilustrację do jakiegoś lovecraftowskiego horroru. Jeśli przypomnieć sobie zakończenie "Strażników" to nawiązania do H.P. Lovecraftem stają się jeszcze bardziej widoczne. Komiks podzielony jest na trzy rozdziały. Młodość Adriana przepełniona samotnością i bólem odmienności, wyprawa do Turcji śladami Aleksandra Macedońskiego, która jest prawdziwą podróżą w głąb siebie i powrót do Stanów gdzie nasz bohater zaczyna budować imperium Veidt Enterprises. Z każdym etapem rysunek Jae Lee ma coraz większą siłę przekazu, a wszystko dzięki szalonej mieszance steampunku, pop-artu, fin de siècle i kultury bliskiego wschodu . Piękne!
Jest w tej historii coś intrygującego i romantycznego. Coś, co obudziło we mnie uczucie, które czułem czytając moje pierwsze semicowe zeszyty – atmosfera przygody i nadprzyrodzonych mocy. Czekam na więcej!
"Before Watchmen - Nite Owl" #1 – JM Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert
To chyba jakiś zamierzony cel. Po każdym dobrym numerze watchmenowskiego eventu przychodzi pora na kolejny spadek formy. W przypadku "Nite Owl" ten spadek okazał się najmocniejszy. To niestety najgorszy numer z dotychczas wydanych. Sztampowy, nudny i napisany bez wyczucia tematu.
Trzy wielkie nazwiska zabrały się za tworzenie tego prequela. Kubertowska relacja - ojciec i syn - doskonale uwypuklała stosunki pierwszego Puchacza z jego następcą, Danielem Dreibergiem. Nazwisko Straczyńskiego natomiast przypominało jak bardzo klasycznie superbohaterską postacią jest Nocny Puchacz. Tak mocne trio twórców miało oznaczać, że najmniej interesujący członek Strażników nareszcie nabierze znaczeń i kolorów.
Jak się okazało po lekturze autorzy nie tylko nie mieli pomysłu na ciekawe opowiedzenie tej historii, ale także nieudolnie skopiowali pomysły Alana Moore`a. Klimat komiksu, uproszczenie historii, banalność postaci przypomina drukowane masowo komiksy z początku lat 90-tych, które za nic w świecie nie chciały iść drogą rewolucji wyznaczoną przez Moore'a. Tak więc, wykorzystując postać przez niego stworzoną, Straczyński dokonał prawdziwego zamachu na to, o co twórca "From Hell" walczy od lat. Na próżno doszukiwać się w tym komiksie ukrytych znaczeń, czy głębokich analiz kolesi w trykotach albo jakichkolwiek ciekawych treści.
Czytając ten komiks ma się jakieś dziwne wrażenie, jakby autorzy odrabiali nudne zadanie domowe i marzyli, aby jak najszybciej je skończyć. A przecież mimo tego, że Daniel wydaje się postacią nudną na tle innych bohaterów, to jest jedną z najlepiej opisanych przez Moore'a postaci. Dzięki temu autorzy mają naprawdę wielkie możliwości, aby o nim opowiedzieć. A po lekturze pierwszego zeszyty wydaje mi się, że już wiem, w jakim kierunku pójdą kolejne numery. Nie będzie tam ludzkich problemów superbohatera, lecz typowa sensacja. Jeśli miałbym ochotę czytać takie rzeczy, to na pewno nie sięgałbym po komiks umieszczony w uniwersum "Strażników".
Jedynie, co można pochwalić, to oldschoolowa kreska Andy`ego Kuberta, która idealnie pasuje do tej postaci. Szkoda, że nie pasuje do innowacyjności "Strażników"". Mimo, że fajnie się na to wszystko patrzy, to jednak chciałoby się zobaczyć coś bardziej niekonwencjonalnie i drapieżnego.
"Before Watchmen - Minutemen" #2 - Darwyn Cooke
Te słowa już padły, ale powtórzę się – "Minutemen" to jak na razie najlepszy tytuł prequelowskiej serii (razem z Ozymandiaszem). Drugi numer tylko to potwierdza moją opinię. Czuje, że mógłbym zawierzyć wszystkie pieniądze Darwynowi Cooke`owi i w ciemno kupować każdy stworzony przez niego komiks. On nie tylko idealnie imituje kreskę z lat 50-tych, ale wie jak odmalować urok tej epoki. Nie dziwne więc, że ubrana w gustowny trencz Sally Jupiter wygląda jakby była wyrwana z chandlerowskiego kryminału, a od grającego rolę narratora Hollisa bije urok podstarzałego Granta z filmu "Charade". Niesamowicie klimatyczna sprawa.
Można pomyśleć, że to, w co są ubrani bohaterowie komiksów to błahostka. Ale przecież to jest idealna forma zagęszczenia klimatu. Dla mnie takie szczegóły mówią o tym, jak bardzo swojej pracy poświęca się autor. Cooke w swoją robotę wkłada wiele serca. Może się to wydawać zabawne, ale podczas lektury pierwszego "Comediana" w pewnej scenie w barze bardzo przykuł moją uwagę jego strój. Jak wiemy ubranie jest w pewnym stopniu formą komunikatu mówiącego o tym, jacy jesteśmy. Widok Eddiego Blake w krawacie w czasach największego kulturalnego buntu XX wieku kompletnie mi nie pasował. To nie jest wizerunek Blake`a, jakiego znam. To albo niedbalstwo albo lenistwo autora.
Czyżby Komediant wyszedł właśnie z jakiegoś biura? Wybaczcie, ale Don Draper to nie jest. Oczywiście, jak już mówiłem to tylko szczegóły, ale w przypadku "Minutemen" to one sprawiają, że ten komiks tak dobrze się czyta. Jeśli dodać do tego podawany z wyczuciem humor, intrygę i plejadę świetnie napisanych postaci to otrzymamy coś, co szkoda przeoczyć. Szczególnie, że Cooke wie, jak opowiedzieć tę historię i wykorzystać potencjał każdego z członków Minutemenów. Wypatruje z niecierpliwością następnego numeru!
"Before Watchmen - Ozymandias" #1 – Len Wein i Jae Lee
Bez zbędnego owijania w bawełnę - ten zeszyt to jedna z najlepszych krótkich historii, jakie kiedykolwiek czytałem. I nie ma w tym krztyny przesady, do której jestem skory.
Pierwszy numer originu Ozymandiasza będzie można kiedyś postawić obok takich komiksów jak "Daredevil: The Man Without Fear" czy Batman: Year One" (oba autorstwa Franka Millera). Ze wszystkich wydanych dotychczas komiksów o strażnikach ten bowiem najmocniej wpisuje się w gatunek historii o narodzinach superbohatera.
Zmęczyłem się już historiami o początkach herosów. Może dlatego, że wszystkie kinowe produkcje eksploatując ten temat, niemal zawsze kierując się tymi samymi tanimi chwytami. Najnowsza odsłona przygód Spider-mana to doskonały przykład. Mimo wielkiej chęci autorów do przedstawienia świeżej historii otrzymujemy tylko kalkę dzieła Sama Raimiego, aż do momentu założeniem kostiumu. A przecież można w inny sposób - patrz pierwszy Batman Nolana. Na szczęście w przypadku Ozymandiasza nie można mówić o stereotypach i kliszach, bo sama postać w żadnym przypadku nie jest klasycznym bohaterem. I mimo tego, że opowieść o tym, jak najmądrzejszy człowiek na świecie przeobraża się w strażnika o pseudonimie Ozymandiasz sprawia wrażenie typowo komiksowej, to wcale taka nie jest.
Len Wein snuję historię o półbogu, który zna swoją wartość i ma świadomość swojej wyższości nad innymi ludźmi. Scenarzysta skupia się na młodości bohatera prezentując go jako wyobcowanego dzieciaka, którego inteligencja wyróżnia wśród rówieśników. To właśnie ta część jest najmocniejszą stroną komiksu, bo dzięki niej zaczynamy sympatyzować z Adrianem. Przez to że, znamy zakończenie jego dziejów, jeszcze bardziej go rozumiemy. Mimo tego, że komiks przedstawia nam nowe wątki z życia Veidta, to w żaden sposób nie obdziera go z aury tajemniczości.
Ale to, co czyni ten komiks nieprzeciętnym, jest jego forma graficzna.
Jae Lee poznałem dawno temu, przy okazji jakieś wielkiej naparzany w świecie mutantów Marvela. Powiem szczerze - kompletnie mnie wtedy nie zachwycił. Jego styl rysownia jednak z biegiem czasu ewoluował. To, co pokazał w tym komiksie jest nie do opisania. Dosłownie każdy kadr w tym komiksie jest małym arcydziełkiem, doskonale współgrającym z boską naturą głównego bohatera. Rysunki są idealne, a duża w tym zasługa kolorów nałożonych przez June Chung, które nadają prawdziwej malarskości temu zeszytowi. Sprawiają również, że historia staje się bardziej wymowna. Gdy Adrian opowiada o wydarzeniach ze starego kontynentu dominują ciepłe kolory sepii, przywołując na myśl stare fotografię i europejski dekadentyzm, natomiast Ameryka jest pokazana w zimnych barwach odpowiednich dla metropolii i nowoczesności. Co ciekawe, całość czasem przypomina ilustrację do jakiegoś lovecraftowskiego horroru. Jeśli przypomnieć sobie zakończenie "Strażników" to nawiązania do H.P. Lovecraftem stają się jeszcze bardziej widoczne. Komiks podzielony jest na trzy rozdziały. Młodość Adriana przepełniona samotnością i bólem odmienności, wyprawa do Turcji śladami Aleksandra Macedońskiego, która jest prawdziwą podróżą w głąb siebie i powrót do Stanów gdzie nasz bohater zaczyna budować imperium Veidt Enterprises. Z każdym etapem rysunek Jae Lee ma coraz większą siłę przekazu, a wszystko dzięki szalonej mieszance steampunku, pop-artu, fin de siècle i kultury bliskiego wschodu . Piękne!
Jest w tej historii coś intrygującego i romantycznego. Coś, co obudziło we mnie uczucie, które czułem czytając moje pierwsze semicowe zeszyty – atmosfera przygody i nadprzyrodzonych mocy. Czekam na więcej!
"Before Watchmen - Nite Owl" #1 – JM Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert
To chyba jakiś zamierzony cel. Po każdym dobrym numerze watchmenowskiego eventu przychodzi pora na kolejny spadek formy. W przypadku "Nite Owl" ten spadek okazał się najmocniejszy. To niestety najgorszy numer z dotychczas wydanych. Sztampowy, nudny i napisany bez wyczucia tematu.
Trzy wielkie nazwiska zabrały się za tworzenie tego prequela. Kubertowska relacja - ojciec i syn - doskonale uwypuklała stosunki pierwszego Puchacza z jego następcą, Danielem Dreibergiem. Nazwisko Straczyńskiego natomiast przypominało jak bardzo klasycznie superbohaterską postacią jest Nocny Puchacz. Tak mocne trio twórców miało oznaczać, że najmniej interesujący członek Strażników nareszcie nabierze znaczeń i kolorów.
Jak się okazało po lekturze autorzy nie tylko nie mieli pomysłu na ciekawe opowiedzenie tej historii, ale także nieudolnie skopiowali pomysły Alana Moore`a. Klimat komiksu, uproszczenie historii, banalność postaci przypomina drukowane masowo komiksy z początku lat 90-tych, które za nic w świecie nie chciały iść drogą rewolucji wyznaczoną przez Moore'a. Tak więc, wykorzystując postać przez niego stworzoną, Straczyński dokonał prawdziwego zamachu na to, o co twórca "From Hell" walczy od lat. Na próżno doszukiwać się w tym komiksie ukrytych znaczeń, czy głębokich analiz kolesi w trykotach albo jakichkolwiek ciekawych treści.
Czytając ten komiks ma się jakieś dziwne wrażenie, jakby autorzy odrabiali nudne zadanie domowe i marzyli, aby jak najszybciej je skończyć. A przecież mimo tego, że Daniel wydaje się postacią nudną na tle innych bohaterów, to jest jedną z najlepiej opisanych przez Moore'a postaci. Dzięki temu autorzy mają naprawdę wielkie możliwości, aby o nim opowiedzieć. A po lekturze pierwszego zeszyty wydaje mi się, że już wiem, w jakim kierunku pójdą kolejne numery. Nie będzie tam ludzkich problemów superbohatera, lecz typowa sensacja. Jeśli miałbym ochotę czytać takie rzeczy, to na pewno nie sięgałbym po komiks umieszczony w uniwersum "Strażników".
Jedynie, co można pochwalić, to oldschoolowa kreska Andy`ego Kuberta, która idealnie pasuje do tej postaci. Szkoda, że nie pasuje do innowacyjności "Strażników"". Mimo, że fajnie się na to wszystko patrzy, to jednak chciałoby się zobaczyć coś bardziej niekonwencjonalnie i drapieżnego.
"Before Watchmen - Minutemen" #2 - Darwyn Cooke
Te słowa już padły, ale powtórzę się – "Minutemen" to jak na razie najlepszy tytuł prequelowskiej serii (razem z Ozymandiaszem). Drugi numer tylko to potwierdza moją opinię. Czuje, że mógłbym zawierzyć wszystkie pieniądze Darwynowi Cooke`owi i w ciemno kupować każdy stworzony przez niego komiks. On nie tylko idealnie imituje kreskę z lat 50-tych, ale wie jak odmalować urok tej epoki. Nie dziwne więc, że ubrana w gustowny trencz Sally Jupiter wygląda jakby była wyrwana z chandlerowskiego kryminału, a od grającego rolę narratora Hollisa bije urok podstarzałego Granta z filmu "Charade". Niesamowicie klimatyczna sprawa.
Można pomyśleć, że to, w co są ubrani bohaterowie komiksów to błahostka. Ale przecież to jest idealna forma zagęszczenia klimatu. Dla mnie takie szczegóły mówią o tym, jak bardzo swojej pracy poświęca się autor. Cooke w swoją robotę wkłada wiele serca. Może się to wydawać zabawne, ale podczas lektury pierwszego "Comediana" w pewnej scenie w barze bardzo przykuł moją uwagę jego strój. Jak wiemy ubranie jest w pewnym stopniu formą komunikatu mówiącego o tym, jacy jesteśmy. Widok Eddiego Blake w krawacie w czasach największego kulturalnego buntu XX wieku kompletnie mi nie pasował. To nie jest wizerunek Blake`a, jakiego znam. To albo niedbalstwo albo lenistwo autora.
Czyżby Komediant wyszedł właśnie z jakiegoś biura? Wybaczcie, ale Don Draper to nie jest. Oczywiście, jak już mówiłem to tylko szczegóły, ale w przypadku "Minutemen" to one sprawiają, że ten komiks tak dobrze się czyta. Jeśli dodać do tego podawany z wyczuciem humor, intrygę i plejadę świetnie napisanych postaci to otrzymamy coś, co szkoda przeoczyć. Szczególnie, że Cooke wie, jak opowiedzieć tę historię i wykorzystać potencjał każdego z członków Minutemenów. Wypatruje z niecierpliwością następnego numeru!
Etykiety:
Alan Moore,
Ameryka,
Andy Kubert,
Darwyn Cooke,
DC Comics,
importowane,
J. Micheal Straczynski,
Jae Lee,
Joe Kubert,
Len Wein,
mainstream,
rzut za 3,
super-hero
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
#1120 - Rzut za 3: Aneksja Vertigo
Powrót „synów marnotrawnych” do regularnego uniwersum DC był bardzo odważnym posunięciem. Bohaterowi, tacy jak Swamp Thing czy Animal Man fantastycznie odnaleźli się w świecie Vertigo – czy przenosiny z ich naturalnego środowiska okazały się udane? Jeff Lemire i Scott Snyder podjęli się niebywale ambitnego zadania. Musieli sprostać dokonaniom swoich poprzedników, Granta Morrisona i Alana Moore`a, którzy przy „Animal Manie” i „Swamp Thingu” ciężko pracowali na miano mistrzów komiksu. Jak się im udało? O tym za chwilę, najpierw przyjrzę się mrocznemu wcieleniu Ligi Sprawiedliwości.
„Justice League Dark vol.1 – In the Dark” (Peter Milligan i Mikel Janin, Daniel Sampere)
Pomysł wydawał się absolutnie znakomity. Wziąć śmietankę bohaterów z przeszłością w Vertigo, z Johnem Constantine`m, Shade`m i Madame Xanadu na czele, dołożyć do tego przedstawicieli mistycznej części uniwersum DC (Zatannę i Deadmana) i stworzyć komiks o przygodach zespołu antybohaterów zajmujący się problemami, z którymi zwyczajni, bardziej kolorowi bohaterowi nie potrafią sobie poradzić. Przecież to samograj, który w rękach przyzwoitego scenarzysty mógłby stać się prawdziwym przebojem. Skoro zadziałało w „Trenchcoat Brigade” czemu miałoby się nie udać w Nowej 52? Szkoda, że za „JL Dark” zabrał się Peter Milligan, który ostatnimi czasy kompletnie nie potrafi odnaleźć swojej pisarskiej formy. „In the Dark” to komiks żenująco słaby. Bohaterowie zachowują się kurczaki z poobcinanymi głowami, biegające bezsensownie tam i z powrotem. Intryga poprowadzona jest nieudolnie, zamiast fabuły dostajemy ciągłą retardację, tanie cliffhangery, przegadane dialogi. Atmosfery nie ma za grosz, a zakończeniu jest pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Na domiar złego Constantine zachowuje się jak ostatnia ciota. „JLD” nie ratuje fajnie poprowadzona postać Deadmana czy próba ucieczki od klisz charakterystycznych dla „komiksu drużynowego”. Nie udaje się to również rysownikom, Mikelowi Janinowi i Danielowi Sampere. Milligan – dostajesz ode mnie pierwsze ostrzeżenie.
„Animal Man vol.1 – The Hunt” (Jeff Lemire i Travel Foreman, Victor Ibanez, Marco Rudy)
Wstyd się przyznać, ale niestety nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z przełomowym runem Granta Morrisona, który uchodzi za jeden najambitniejszych i najciekawszych projektów komiksowych. Na przestrzeni trzech trejdów Morrison w swojej najlepszej ponoć formie postmodernizuje na potęgę. Dekonstruuje koncepcję superbohatera, jak i cały gatunek super-hero, eksperymentuje z „czwartą ścianą”, sięga po wątki metafizyczne i społeczne zaangażowane, ze szczególnym uwzględnieniem praw zwierząt. W porównaniu z dokonaniami szalonego Szkota, Jeff Lemire, autor nowej inkarnacji „Animal Mana” jest bardzo konserwatywny, szczególnie pod względem formalnym. W nowej serii przedstawia Buddy Bakera, jako człowieka spełniającego się w roli ojca i męża, a nie młodzieniaszka ganiającego superłotrów po mieście. W przeciwieństwie do innych herosów na emeryturze nie tęskni obsesyjnie do trykotu, choć jak zachodzi potrzeba, wyjmuje go z szafy. To dość nieszablonowe podejście, co trzeba pochwalić. Lemire zdecydował się na dość realistyczną konwencją, rezygnując w typowego dla komiksu superbohaterskiego przygodowo-fantastycznego sztafażu stawiając na psychologiczną wiarygodność, ale nie oznacza to, że komiks cierpi na brak akcji. Wręcz przeciwnie! „The Hunt” to rasowy horror, który, co w przypadku komiksu nie zdarza się często, trzyma w napięciu, potrafi wzbudzić obrzydzenie, a nawet przestraszyć. Z pewnością wielka w tym zasługa rysownika Travela Foremana, który swoim ascetycznym, ale bardzo szczegółowym rysunkiem potrafi doskonale oddawać różne okropieństwa. Rodzinie Bakerów, jak i całemu świata zagraża wielkie niebezpieczeństwo – świat zwierząt (reprezentowany przez Animal Mana) i roślin (Swamp Thing) musi zmierzyć się z siłą, zwaną Rot. Pierwszy trejd stanowi ledwie wstęp do większej historii opowiadającej o starciu sił natury z siłami rozkładu. Jeszcze nie wiem, jak ono się skończyło, ale on-going „Animal Mana” jest niewątpliwe jednym z najlepszych, jakie podarowała na Nowa 52.
„Swamp Thing vol.1 – Raise Them Bones” (Scott Snyder i Yanick Paquette, Marco Rudy, Sean Parsons, Micheal Lacombe)
„Justice League Dark vol.1 – In the Dark” (Peter Milligan i Mikel Janin, Daniel Sampere)
Pomysł wydawał się absolutnie znakomity. Wziąć śmietankę bohaterów z przeszłością w Vertigo, z Johnem Constantine`m, Shade`m i Madame Xanadu na czele, dołożyć do tego przedstawicieli mistycznej części uniwersum DC (Zatannę i Deadmana) i stworzyć komiks o przygodach zespołu antybohaterów zajmujący się problemami, z którymi zwyczajni, bardziej kolorowi bohaterowi nie potrafią sobie poradzić. Przecież to samograj, który w rękach przyzwoitego scenarzysty mógłby stać się prawdziwym przebojem. Skoro zadziałało w „Trenchcoat Brigade” czemu miałoby się nie udać w Nowej 52? Szkoda, że za „JL Dark” zabrał się Peter Milligan, który ostatnimi czasy kompletnie nie potrafi odnaleźć swojej pisarskiej formy. „In the Dark” to komiks żenująco słaby. Bohaterowie zachowują się kurczaki z poobcinanymi głowami, biegające bezsensownie tam i z powrotem. Intryga poprowadzona jest nieudolnie, zamiast fabuły dostajemy ciągłą retardację, tanie cliffhangery, przegadane dialogi. Atmosfery nie ma za grosz, a zakończeniu jest pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Na domiar złego Constantine zachowuje się jak ostatnia ciota. „JLD” nie ratuje fajnie poprowadzona postać Deadmana czy próba ucieczki od klisz charakterystycznych dla „komiksu drużynowego”. Nie udaje się to również rysownikom, Mikelowi Janinowi i Danielowi Sampere. Milligan – dostajesz ode mnie pierwsze ostrzeżenie.
„Animal Man vol.1 – The Hunt” (Jeff Lemire i Travel Foreman, Victor Ibanez, Marco Rudy)
Wstyd się przyznać, ale niestety nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z przełomowym runem Granta Morrisona, który uchodzi za jeden najambitniejszych i najciekawszych projektów komiksowych. Na przestrzeni trzech trejdów Morrison w swojej najlepszej ponoć formie postmodernizuje na potęgę. Dekonstruuje koncepcję superbohatera, jak i cały gatunek super-hero, eksperymentuje z „czwartą ścianą”, sięga po wątki metafizyczne i społeczne zaangażowane, ze szczególnym uwzględnieniem praw zwierząt. W porównaniu z dokonaniami szalonego Szkota, Jeff Lemire, autor nowej inkarnacji „Animal Mana” jest bardzo konserwatywny, szczególnie pod względem formalnym. W nowej serii przedstawia Buddy Bakera, jako człowieka spełniającego się w roli ojca i męża, a nie młodzieniaszka ganiającego superłotrów po mieście. W przeciwieństwie do innych herosów na emeryturze nie tęskni obsesyjnie do trykotu, choć jak zachodzi potrzeba, wyjmuje go z szafy. To dość nieszablonowe podejście, co trzeba pochwalić. Lemire zdecydował się na dość realistyczną konwencją, rezygnując w typowego dla komiksu superbohaterskiego przygodowo-fantastycznego sztafażu stawiając na psychologiczną wiarygodność, ale nie oznacza to, że komiks cierpi na brak akcji. Wręcz przeciwnie! „The Hunt” to rasowy horror, który, co w przypadku komiksu nie zdarza się często, trzyma w napięciu, potrafi wzbudzić obrzydzenie, a nawet przestraszyć. Z pewnością wielka w tym zasługa rysownika Travela Foremana, który swoim ascetycznym, ale bardzo szczegółowym rysunkiem potrafi doskonale oddawać różne okropieństwa. Rodzinie Bakerów, jak i całemu świata zagraża wielkie niebezpieczeństwo – świat zwierząt (reprezentowany przez Animal Mana) i roślin (Swamp Thing) musi zmierzyć się z siłą, zwaną Rot. Pierwszy trejd stanowi ledwie wstęp do większej historii opowiadającej o starciu sił natury z siłami rozkładu. Jeszcze nie wiem, jak ono się skończyło, ale on-going „Animal Mana” jest niewątpliwe jednym z najlepszych, jakie podarowała na Nowa 52.
„Swamp Thing vol.1 – Raise Them Bones” (Scott Snyder i Yanick Paquette, Marco Rudy, Sean Parsons, Micheal Lacombe)
Powrót Swamp Thinga do regularnego uniwersum DC był planowany od pewnego czasu. W 2010 Potwór z Bagien był ważnym elementem wielkiej sagi Geoffa Johnsa zawartej w „Blackest Night” i „Brightest Day”. Do pisania jego on-goinga przymierzany był literat China Mieville i szkoda, że z tego pomysłu nic nie wyszło, bowiem nowy on-going Potwora z Bagien prezentuje się co najwyżej przeciętnie. W przeciwieństwie do Jeffa Lemire`a, który gruntownie przemyślał koncepcję Animal Mana, Scott Snyder, jakby pochłonięty realizacją innych projektów („Amerykański Wampir”, „Batman”) nie przyłożył si odpowiednio. „Raise Them Bones” to dość konwencjonalne super-hero w klimatach grozy, pozbawione czegokolwiek, co mogłoby go wyróżnić wśród podobnych tytułów. Jedyne, za co warto go pochwalić to bardzo umiejętnie odnoszenie się do tradycji swoich wielkich poprzedników, głównie wspomnianego we wstępie Alana Moore`a. Snyder ze zręcznością i szacunkiem retconuje poplątane losy Aleca Hollanda tworząc w miarę spójną i przekonującą mitologię Potwora z Bagien. Poza tym to nieźle napisane czytadło, ze świetną oprawą wizualną, ale tylko wtedy, gdy ołówek dzierży Yanick Paquett. Jego wysmakowane, intensywne, bardzo plastyczne rysunki robią naprawdę dobrze. Kiedy jednak oddaje go któremuś ze swoich zastępców – Rudy`emu, Parsonsowi czy Lacombe`owi – mimo, że zachowują spójność stylistyczną, nie prezentują się już tak efektownie.
Etykiety:
Ameryka,
DC Comics,
importowane,
Jeff Lemire,
mainstream,
Mikel Janin,
Peter Milligan,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
Scott Snyder,
super-hero,
Travel Foreman,
Vertigo,
Yanick Paquette
czwartek, 23 sierpnia 2012
#1115 - Rzut za 3: Before Watchmen
Już za samo czytanie komiksów pod szyldem "Before Watchmen" można zostać zlinczowanym. Mnie może się oberwać również za to, w jakiej postaci go czytam.
Przez całe życie zarzekałem się, że nigdy-przenigdy nie przeczytam komiksu w postaci cyfrowej. Zasadę tą złamałem dopiero niedawno i zrobiłem to z czystej oszczędności. Byłem tak szaleńczo ciekaw jak wyszedł restart serii z DC, że nie mogłem oprzeć się kupieniu interesujących mnie pozycji za śmieszną kwotę 0.79 euro poprzez aplikację na Ipada. Oczywiście nigdy nie przerzucę się na elektroniczne wersje komiksów, ale pewnie czasami kupię coś, co może mnie przekonać do zainwestowania w jakieś zbiorcze wydanie. Czytanie komiksu przeskakującymi powiększonymi kadrami, mobilny dostęp do swojej kolekcji dosłownie wszędzie to niezła frajda, ale przecież każdy wie, że żaden sprzęt nie zastąpi tej zmysłowej relacji między zapachem i fakturą komiksu, a jego czytelnikiem.
To, że w pewnym sensie przekonałem się do cyfrowych komiksów skłoniło mnie do tego, aby śledzić na bieżąco serię, która wywoła więcej szumu niż śmierć Supermana i klony Spidera razem wzięte. Fajnie jest czytać coś w tym samym czasie, co Amerykanie. Na wstępie zaznaczę, że w żaden sposób nie kibicuje działaniom DC i absolutnie zgadzam się z autorem tekstu. Ale jestem piekielnie ciekawy, w jaki sposób ten projekt zostanie zrealizowany. Pewne jest jedno - jeśli nie przeczytam, to się nie dowiem.
"Before Watchmen - Silk Spectre" #1 – Darwyn Cooke i Amanda Conner
Pierwszym zeszytem, który kupiłem był premierowy numer "Silk Spectre". Jakbym od razu po nim nie przeczytał "Minutemen" #1, to pewnie pożegnałbym się z "Before Watchmen" na dobre. Nie żeby to był aż tak zły komiks, ale pamiętajmy, że to komiks watchmenowski, więc trzeba mu postawić wyższe wymagania.
"Silk Spectre" sprawia wrażenie historii w zupełności oderwanej od uniwersum Strażników. To klasyczna licealna opowiastka o dojrzewaniu, problemach z matką i pierwszej miłości tylko, że tym razem z Laurie Juspeczyk w roli głównej. Nie będącej, powiedzmy sobie szczerze, typem dziewczyny the girl next door. Nixon co prawda ma zostać prezydentem dopiero za 3 lata, zegar zagłady jeszcze nie zaczął tykać, ale mimo to uważam że twórcy powinni chodź odrobinę wprowadzić nastrój orwellowski, którym tak przesiąknięci byli oryginalni "Strażnicy". Jest za wesoło, za kolorowo i za dziewczęco. A no i właśnie! Podobno taki miał być zamysł tego komiksu. W założeniach "Silk Spectre" miała być przeznaczona dla czytelników płci żeńskiej. Dobrze wiedzieć, że trzeba takie rzeczy w dzisiejszych czasach rozdzielać! Kolejny zabieg marketingowy - błagam!
Oczywiście nie można odmówić komiksowi pewnego uroku. Amanda Conner jest rewelacyjną rysowniczką, doskonale odnajdująca się w takich dziewczęcych klimatach. Co ciekawe, jak na kobietę, bardzo często sięga po styl typowy dla produkcji super-hero. W jej rysowaniu postaci kobiecych nie ma w niej odrobiny feminizmu. Są erotycznie przerysowane. Laurie w jej wykonaniu to jeszcze nastolatka, ale jeśli czas w komiksie przyspieszy, to aż boję się pomyśleć, jaki będzie wyglądała, gdy już na dobre przywdzieje strój Silk Spectre.
Mam nadzieję, że autorzy jeszcze pójdą w kierunku który już w niektórych scenach jest zauważalny. W kierunku tego, co najlepsze w latach sześćdziesiątych - seksu, narkotyków i rock&roll'a. Możliwe, że wtedy ten wprowadzający zeszyt zamieni się w coś szalonego i godnego tej postaci. Bo przecież na okładce widnieje znak Rated M, a jak na razie twórcy zaserwowali nam małomiasteczkową sielankę. Czy to cisza przed burza?
"Before Watchmen - Minutemen" #1 – Darwyn Cooke
Widzieliście kiedyś prace Darwyna Cooke'a? W Polsce można było oglądać jego rysunki w wydanym przesz Egmont albumie "Batman: Ego". Jeśli tak, to pewnie jesteście tego samego zdania, co ja. Jeśli chodzi o stworzenie klimatu komiksów ze Złotej Ery zachowując przy tym swój unikalny styl to Cooke jest w tym bezapelacyjnie najlepszy. Chyba nawet nie marzył mi się lepszy twórca do opowiedzenia historii o Minutemenach. I to właśnie jego kreska, nawiązująca do amerykańskiej klasyki będzie motorem napędowym tej serii.
Jak wiemy Golden Age przypada na lata czterdzieste-pięćdziesiąt ubiegłego wieku, a historia genezy pierwszych zamaskowanych superbohaterów zaczyna się w 1939 roku wraz z pojawieniem się na ulicach herosa o pseudonimie Hooded Justice. Narratorem opowieści jest Hollis Mason pierwszy Nocny Puchacz, który właśnie kończy pisać swoją biografię pod tytułem "Under the Hood". W kilku krótkich opowieściach przybliża nam sylwetki wszystkich ośmiu członków tytułowej drużyny. Te historie pokazują także to, że Cooke nie tylko doskonale rysuje, ale i ma smykałkę do pisania scenariuszy. To po prostu rasowy komiksiarz. Większość z historii jest przedstawiona na dwóch stronach, ale w żadnym wypadku tak krótka forma nie wpływa na ich (wysoką) jakość. Jest wręcz przeciwnie. Te napisane z pazurem opowiastki prowadzone przez doskonałą narrację sprawiają, że apetyt rośnie z każdą przerzucaną (przesuwaną) kartką. Autor delikatnie przekracza granice fantazji poszerzając naszą wiedzę o tych bohaterach. Nie deformuję tego, co stworzył Moore, zarazem łamiąc zasadę, którą przyjął przy pisaniu scenariusza do Silk Spectre, gdzie głównej bohaterce daleko było do je pierwowzoru. Ciężko uwierzyć, że te dwa zeszyty pisała ta sama osoba. Ale to może tylko świadczyć o jego wszechstronności... Albo o sile perswazji wysoko postawionych osób w hierarchii DC.
Nie powinienem tego mówić po pierwszym numerze, ale właśnie dla czegoś takiego warto było zerwać owoc z zakazanego drzewa, które zasiał Alan Moore.
Przez całe życie zarzekałem się, że nigdy-przenigdy nie przeczytam komiksu w postaci cyfrowej. Zasadę tą złamałem dopiero niedawno i zrobiłem to z czystej oszczędności. Byłem tak szaleńczo ciekaw jak wyszedł restart serii z DC, że nie mogłem oprzeć się kupieniu interesujących mnie pozycji za śmieszną kwotę 0.79 euro poprzez aplikację na Ipada. Oczywiście nigdy nie przerzucę się na elektroniczne wersje komiksów, ale pewnie czasami kupię coś, co może mnie przekonać do zainwestowania w jakieś zbiorcze wydanie. Czytanie komiksu przeskakującymi powiększonymi kadrami, mobilny dostęp do swojej kolekcji dosłownie wszędzie to niezła frajda, ale przecież każdy wie, że żaden sprzęt nie zastąpi tej zmysłowej relacji między zapachem i fakturą komiksu, a jego czytelnikiem.
To, że w pewnym sensie przekonałem się do cyfrowych komiksów skłoniło mnie do tego, aby śledzić na bieżąco serię, która wywoła więcej szumu niż śmierć Supermana i klony Spidera razem wzięte. Fajnie jest czytać coś w tym samym czasie, co Amerykanie. Na wstępie zaznaczę, że w żaden sposób nie kibicuje działaniom DC i absolutnie zgadzam się z autorem tekstu. Ale jestem piekielnie ciekawy, w jaki sposób ten projekt zostanie zrealizowany. Pewne jest jedno - jeśli nie przeczytam, to się nie dowiem.
"Before Watchmen - Silk Spectre" #1 – Darwyn Cooke i Amanda Conner
Pierwszym zeszytem, który kupiłem był premierowy numer "Silk Spectre". Jakbym od razu po nim nie przeczytał "Minutemen" #1, to pewnie pożegnałbym się z "Before Watchmen" na dobre. Nie żeby to był aż tak zły komiks, ale pamiętajmy, że to komiks watchmenowski, więc trzeba mu postawić wyższe wymagania.
"Silk Spectre" sprawia wrażenie historii w zupełności oderwanej od uniwersum Strażników. To klasyczna licealna opowiastka o dojrzewaniu, problemach z matką i pierwszej miłości tylko, że tym razem z Laurie Juspeczyk w roli głównej. Nie będącej, powiedzmy sobie szczerze, typem dziewczyny the girl next door. Nixon co prawda ma zostać prezydentem dopiero za 3 lata, zegar zagłady jeszcze nie zaczął tykać, ale mimo to uważam że twórcy powinni chodź odrobinę wprowadzić nastrój orwellowski, którym tak przesiąknięci byli oryginalni "Strażnicy". Jest za wesoło, za kolorowo i za dziewczęco. A no i właśnie! Podobno taki miał być zamysł tego komiksu. W założeniach "Silk Spectre" miała być przeznaczona dla czytelników płci żeńskiej. Dobrze wiedzieć, że trzeba takie rzeczy w dzisiejszych czasach rozdzielać! Kolejny zabieg marketingowy - błagam!
Oczywiście nie można odmówić komiksowi pewnego uroku. Amanda Conner jest rewelacyjną rysowniczką, doskonale odnajdująca się w takich dziewczęcych klimatach. Co ciekawe, jak na kobietę, bardzo często sięga po styl typowy dla produkcji super-hero. W jej rysowaniu postaci kobiecych nie ma w niej odrobiny feminizmu. Są erotycznie przerysowane. Laurie w jej wykonaniu to jeszcze nastolatka, ale jeśli czas w komiksie przyspieszy, to aż boję się pomyśleć, jaki będzie wyglądała, gdy już na dobre przywdzieje strój Silk Spectre.
Mam nadzieję, że autorzy jeszcze pójdą w kierunku który już w niektórych scenach jest zauważalny. W kierunku tego, co najlepsze w latach sześćdziesiątych - seksu, narkotyków i rock&roll'a. Możliwe, że wtedy ten wprowadzający zeszyt zamieni się w coś szalonego i godnego tej postaci. Bo przecież na okładce widnieje znak Rated M, a jak na razie twórcy zaserwowali nam małomiasteczkową sielankę. Czy to cisza przed burza?
"Before Watchmen - Minutemen" #1 – Darwyn Cooke
Widzieliście kiedyś prace Darwyna Cooke'a? W Polsce można było oglądać jego rysunki w wydanym przesz Egmont albumie "Batman: Ego". Jeśli tak, to pewnie jesteście tego samego zdania, co ja. Jeśli chodzi o stworzenie klimatu komiksów ze Złotej Ery zachowując przy tym swój unikalny styl to Cooke jest w tym bezapelacyjnie najlepszy. Chyba nawet nie marzył mi się lepszy twórca do opowiedzenia historii o Minutemenach. I to właśnie jego kreska, nawiązująca do amerykańskiej klasyki będzie motorem napędowym tej serii.
Jak wiemy Golden Age przypada na lata czterdzieste-pięćdziesiąt ubiegłego wieku, a historia genezy pierwszych zamaskowanych superbohaterów zaczyna się w 1939 roku wraz z pojawieniem się na ulicach herosa o pseudonimie Hooded Justice. Narratorem opowieści jest Hollis Mason pierwszy Nocny Puchacz, który właśnie kończy pisać swoją biografię pod tytułem "Under the Hood". W kilku krótkich opowieściach przybliża nam sylwetki wszystkich ośmiu członków tytułowej drużyny. Te historie pokazują także to, że Cooke nie tylko doskonale rysuje, ale i ma smykałkę do pisania scenariuszy. To po prostu rasowy komiksiarz. Większość z historii jest przedstawiona na dwóch stronach, ale w żadnym wypadku tak krótka forma nie wpływa na ich (wysoką) jakość. Jest wręcz przeciwnie. Te napisane z pazurem opowiastki prowadzone przez doskonałą narrację sprawiają, że apetyt rośnie z każdą przerzucaną (przesuwaną) kartką. Autor delikatnie przekracza granice fantazji poszerzając naszą wiedzę o tych bohaterach. Nie deformuję tego, co stworzył Moore, zarazem łamiąc zasadę, którą przyjął przy pisaniu scenariusza do Silk Spectre, gdzie głównej bohaterce daleko było do je pierwowzoru. Ciężko uwierzyć, że te dwa zeszyty pisała ta sama osoba. Ale to może tylko świadczyć o jego wszechstronności... Albo o sile perswazji wysoko postawionych osób w hierarchii DC.
Nie powinienem tego mówić po pierwszym numerze, ale właśnie dla czegoś takiego warto było zerwać owoc z zakazanego drzewa, które zasiał Alan Moore.
"Before Watchmen - Comedian" #1 – Brian Azzarello i JG Jones
Uwaga spoilery!
Nie jestem jakimś tam znawcą twórczości Briana Azzarello, ale znam jego twórczość na tyle, żeby mieć wyrobione zdanie i pewne oczekiwania. Wiadomość o tym, że obecny scenarzysta "Wonder Woman" i "Spaceman" ma pisać wczesne przygody Komedianta podgrzała atmosferę tego prequela bardziej, niż napalm wietnamską dżunglę. Może za mocne to będą słowa, ale wydaję mi się, że Azzarello wpłynął na współczesne opowiadanie komiksowych historii równie mocno, co sam Alan Moore. Jakby nie było jego "100 naboi" wywołało wręcz erupcję podobnych pozycji w Vertigo.
Ciężko wypowiadać się po zaledwie jednym, krótkim zeszycie, ale niestety mam obawy, że Azz nie poradził sobie z historią Komedianta. Cóż, nikt nie jest doskonały.
Dzięki temu że genezą Blake`a zajął się Darwyn Cooke na łamach "Minutemenów", Azzarello mógł spokojnie pokazać nam zaangażowane politycznie, brutalne życie Komedianta. Jak się okazuje nie mający skrupułów bohater, który zawsze sprawiał wrażenie typowego najemnika, będącego po stronie dla niego bardziej korzystnej, jest wielkim przyjacielem Kennedy`ego. Popołudniowe przepychanki przy rugby z Prezydentem i jego bratem Bobby`m, a w przerwie drink z Jackie to dla niego chleb powszedni. Tak więc powoli wyłania nam się portret Blake, jako człowieka nie do końca zepsutego. Czy na pewno tego oczekiwaliśmy?
Oczywiście, mamy również dawkę tego, w czym Komediant jest najlepszy. Ale czy scena wykonania zadania zleconego przez pierwszą damę (która jest w komiksie istnym władcą marionetek) nie jest dla wszystkich najzwyczajniej przewidywalna?
Domyślam się, że Azzarello chciał namieszać w głowach czytelników, którzy nadal przed oczami mają sceny otwierające "Strażników" Zacka Snydera, w których Komediant strzela do JFK'a. Pewnie u większości osób obudził się mroczny pasażer, który chciał, aby z przyjaciela prezydenta Komediant przeobraził się w jego mordercę. Niestety, finał komiksu jest zupełnie inny. Autor zapomina, że Blake był w Dallas podczas zamachu, jako ochroniarz Nixona i wysyła go na akcję, która ma na celu zatrzymanie Molocha. Jego misja zostaje przerwana informacją o wydarzeniach z Dallas. Komiks kończy kadr, na którym Moloch wraz z Komediantem w rozpaczy oglądają pamiętne wydanie CBS NEWS, w którym Walter Cronkite podaję informację o śmierci prezydenta.
Uważam że to naprawdę świetna scena. Dwóch wrogów zapomina o waśniach - lubię tego typu momenty. Od razu przypomina mi się doskonałe zakończenie "Zabójczego Żartu". Niestety ostatnia scena nie podniosła mojej oceny tego zeszytu. Oczywiście, nie wiadomo jakie niespodzianki jeszcze Azzarello dla nas przygotował. Niewykluczone, że ten pierwszy zeszyt ma prowadzić do czegoś naprawdę wybuchowego. Na razie jednak otrzymaliśmy komiks mocno przeciętny, jak na możliwości głównego bohatera i scenarzysty. Do gustu także nie przypadły mi rysunki JG Jonesa, którego twórczości wcześniej nie znałem, a z tego co czytam, jest w branży bardzo wychwalany. Niestety dla mnie jego kreska wygląda jakby była zerżnięta z filmowych animacji jakiegoś "GTA".
Chyba zbytnio się czepiam.
Etykiety:
Alan Moore,
Amand Conner,
Ameryka,
Brian Azzarello,
Darwyn Cooke,
DC Comics,
importowane,
J.G. Jones,
mainstream,
rzut za 3,
super-hero
środa, 1 sierpnia 2012
#1096 - Rzut za 3: Mniejszosci
Dan DiDio szumnie zapowiadał, że nowe DCU będzie znacznie bardziej zróżnicowane pod każdym względem. Bohaterem po relaunchu miał móc zostać każdy – gej, lesbijka, osoba o innym, niż biały kolorze skóry, Afroamerykanin, Azjata czy Latynos. Bardzo szybko się jednak okazało, że te śmiałe deklaracje to tylko element kampanii PR`owej wydawnictwa. Dywersyfikacji płciowa, seksualna i etniczna ujęta została w sposób absolutnie stereotypowy i powierzchowny. Stały się listkiem figowym, służącym do grania na różnych frontach medialnych i robienia szumu.
„Blue Beetle vol.1 – Metamorphosis” (Tony Bedard i IG Guara)
W „Blue Beetle” widać to doskonale. Głównym bohaterem serii jest mieszkający w El Paso Jaime Reyes. Pomimo nieco ciemniejszej karnacji i rodziców posługujących się spanglishem jest dość wierną kopią Petera Parkera. Szkolnego ślamazary, dość regularnie dostającego w szkole bęcki, który przypadkiem wchodzi w posiadanie artefaktu, dzięki któremu stanie się superherosem. Cała „etniczność” tego komiksu, jak i postaci, ogranicza się do tego, że odpowiednik Flasha Thompsona w świecie Jaimiego jest blondynem, a jego Harry Osborn to członek gangu. Reszta – problemy typowe dla nastolatków, sercowe rozterki, a nawet powracająca mantra o odpowiedzialności mają bardzo uniwersalny charakter, bliski przygodom Człowieka Pająka. Tony Bedard i IG Guara prowadzą typową postkolonialną narrację ujmująca tożsamość meksykańskiej mniejszości z punktu widzenia kultury szeroko pojmowanego „zachodu”. Przebijają z niej najbardziej płytkie klisze poznawcze, ograniczające „latynoskość” do kilku, najbardziej stereotypowych cech i ujęć. Sama historia trzyma jednak niezły dla tego typu produkcji poziom – Bedard poradził sobie z fabułą znacznie lepiej, niż przypadku koszmarnych „New Guardians”, a Guara to bardzo solidny wyrobnik, który zasłużyłby sobie na jeszcze lepszą ocenę, gdyby tylko nauczył się rysować kobiece twarze. Pierwszy, originowy tom to solidna lektura, zachęcająca do zapoznania się ciągiem dalszym.
„Supergirl vol.1 – Last Daughter of Krypton” (Micheal Green, Mike Johnson i Mahmud Asrar, Bill Reinhold)
Pierwszy trejd nowego on-goinga „Supergirl” również jest typową historią o narodzinach, ale gorszej jakości. W „Last Daughter of Krypton” poznajemy pochodzenie Kary Zor-El, kuzynki Kal Ela oraz dowiadujemy się nieco więcej o tragedii, jaka spotkała Krypton. Nie można powiedzieć, że scenarzyści Micheal Green i Mike Johnson specjalnie się wysili – cała opowieść to w zasadzie jedna wielka bijatyka, przerywana strzępami dialogów. Roboty, Człowiek ze Stali, sługusy Tycho, Worldkillers – w tym zagęszczeniu promieni z dupy trudno znaleźć miejsce na uwypuklenie charakteru głównej bohaterki. Kara pozostaje jedynie marną kopią swojego sławniejszego kuzyna, a w dodatku jej kobiecość nie została w żaden sposób podkreślona. Okradzioną ją nawet z krótkiej spódniczki, w jakiś sposób definiującej jej infantylną seksualność, która prowokowała przynajmniej do dyskusji i budziła kontrowersje w pruderyjnym, amerykański społeczeństwie. W Nowej 52 Supergirl stała się wypraną z charakteru, pozbawioną jakiejkolwiek płciowości suprbohaterską matrycą. Pomysłowości Greenowi i Johnsonowi zabrakło również przy tworzeniu nowego villaina, Simona Tycho – to wypisz wymaluj młodszy Lex Luthor z włosami. Za grosz oryginalności nie ma również w kresce Mahmuda Asrara, który jest Stuartem Immonenem dla ubogich. Jego kresce brakuje tak tożsamości, jak dokładności. „Last Daughter of Krypton” narysowana jest cholernie nierówno. Asrar ma duże problemy z abecadłem komiksowego rzemieślnika – perspektywą, fizjonomią (wygląd Supermana w drugim zeszycie woła o pomstę do nieba!), anatomią, dbałością o szczegóły – po prostu ze wszystkim. Dość powiedzieć, że najlepiej narysowany jest epizod numer trzy, w który regularnego rysownika ratuje pomoc Billa Reinholda i znakomite kolory Paula Mountsa.
„Mister Terrific vol.1 – Mind Games” (Eric Wallace i Gianluca Gugliotta, Scott Clark, Olivier Nome)
Na pierwszy rzut oka jest posiadaczem jednej z największych fortun na świecie i kawalerem, w którym kochają się wszystkie kobiety. Jednak za tą fasadą kryje się superheros, którego największą bronią w świecie pełnym superistot i kosmitów jest intelekt. Nie, to nie Batman, tylko jego sobowtór z wschodniego wybrzeża – Mister Terrific. Może nie przedsiębiorca i detektyw, ale naukowiec, posiadający nie grzeszące oryginalnością odpowiedniki Bat-jaskini (T-sanktuarium) i bat-gadżetów (T-spheres). Od swojego pierwowzoru Micheal Holt różni się tylko tym, że jest czarny, a jego przygody utrzymane są w konwencji „science adventures”. Przynajmniej z założenia, bo w praktyce niczym nie różnią się zwyczajnych, superbohaterskich nawalanek. Wyjątek od tej reguły można znaleźć jedynie w zeszycie szóstym, kiedy Terrific wybiera się na Islandię. Fabularnie jest od sztancy, a oprawie graficznej szkodzi zbyt duża rotacja rysowników. Wiodącym grafikiem jest Gugliotta, który prezentuje się fatalnie. Tylko nieco lepiej jest w przypadku Nome`a, a oceną najmocniej podnosi Clark, którego styl mile kojarzy się z tym, co można oglądać na łamach „Invincible”. Oprócz tego historia jest zupełnie nieprzyjazna dla nowego czytelnika. Motywacje Holta są niejasne. Nie do końca rozumiem czemu został akurat bohaterem, czym są jego t-spheres i o co chodzi z tym „Fair Play”, a skądinąd wiem, że są to elementy kluczowe dla tej postaci. Tylko dlaczego Wallace nie zadał sobie trudu aby odpowiednio je wyeksponować? Trudno się dziwić, że seria została skasowana w pierwszym rzędzie, po zaledwie ośmiu numerach. Co w komiksie zwraca na siebie uwagę? Znakomity design stroju Terrifica, fantastyczne okładki JG Jonesa i transgenderowy wątek Py`lothi, choć został rozegrany strasznie banalnie. Prawdziwą perełką jest jednak Brianstorm, villain potrafiący między innymi wzmacniać ultra-prawicowe, konserwatywne nastroje w swoich ofiarach. Za kilka lat będzie takim samym kuriozum, jakimi dzisiaj są Rainbow Rider czy Asbestos Man.
„Blue Beetle vol.1 – Metamorphosis” (Tony Bedard i IG Guara)
W „Blue Beetle” widać to doskonale. Głównym bohaterem serii jest mieszkający w El Paso Jaime Reyes. Pomimo nieco ciemniejszej karnacji i rodziców posługujących się spanglishem jest dość wierną kopią Petera Parkera. Szkolnego ślamazary, dość regularnie dostającego w szkole bęcki, który przypadkiem wchodzi w posiadanie artefaktu, dzięki któremu stanie się superherosem. Cała „etniczność” tego komiksu, jak i postaci, ogranicza się do tego, że odpowiednik Flasha Thompsona w świecie Jaimiego jest blondynem, a jego Harry Osborn to członek gangu. Reszta – problemy typowe dla nastolatków, sercowe rozterki, a nawet powracająca mantra o odpowiedzialności mają bardzo uniwersalny charakter, bliski przygodom Człowieka Pająka. Tony Bedard i IG Guara prowadzą typową postkolonialną narrację ujmująca tożsamość meksykańskiej mniejszości z punktu widzenia kultury szeroko pojmowanego „zachodu”. Przebijają z niej najbardziej płytkie klisze poznawcze, ograniczające „latynoskość” do kilku, najbardziej stereotypowych cech i ujęć. Sama historia trzyma jednak niezły dla tego typu produkcji poziom – Bedard poradził sobie z fabułą znacznie lepiej, niż przypadku koszmarnych „New Guardians”, a Guara to bardzo solidny wyrobnik, który zasłużyłby sobie na jeszcze lepszą ocenę, gdyby tylko nauczył się rysować kobiece twarze. Pierwszy, originowy tom to solidna lektura, zachęcająca do zapoznania się ciągiem dalszym.
„Supergirl vol.1 – Last Daughter of Krypton” (Micheal Green, Mike Johnson i Mahmud Asrar, Bill Reinhold)
Pierwszy trejd nowego on-goinga „Supergirl” również jest typową historią o narodzinach, ale gorszej jakości. W „Last Daughter of Krypton” poznajemy pochodzenie Kary Zor-El, kuzynki Kal Ela oraz dowiadujemy się nieco więcej o tragedii, jaka spotkała Krypton. Nie można powiedzieć, że scenarzyści Micheal Green i Mike Johnson specjalnie się wysili – cała opowieść to w zasadzie jedna wielka bijatyka, przerywana strzępami dialogów. Roboty, Człowiek ze Stali, sługusy Tycho, Worldkillers – w tym zagęszczeniu promieni z dupy trudno znaleźć miejsce na uwypuklenie charakteru głównej bohaterki. Kara pozostaje jedynie marną kopią swojego sławniejszego kuzyna, a w dodatku jej kobiecość nie została w żaden sposób podkreślona. Okradzioną ją nawet z krótkiej spódniczki, w jakiś sposób definiującej jej infantylną seksualność, która prowokowała przynajmniej do dyskusji i budziła kontrowersje w pruderyjnym, amerykański społeczeństwie. W Nowej 52 Supergirl stała się wypraną z charakteru, pozbawioną jakiejkolwiek płciowości suprbohaterską matrycą. Pomysłowości Greenowi i Johnsonowi zabrakło również przy tworzeniu nowego villaina, Simona Tycho – to wypisz wymaluj młodszy Lex Luthor z włosami. Za grosz oryginalności nie ma również w kresce Mahmuda Asrara, który jest Stuartem Immonenem dla ubogich. Jego kresce brakuje tak tożsamości, jak dokładności. „Last Daughter of Krypton” narysowana jest cholernie nierówno. Asrar ma duże problemy z abecadłem komiksowego rzemieślnika – perspektywą, fizjonomią (wygląd Supermana w drugim zeszycie woła o pomstę do nieba!), anatomią, dbałością o szczegóły – po prostu ze wszystkim. Dość powiedzieć, że najlepiej narysowany jest epizod numer trzy, w który regularnego rysownika ratuje pomoc Billa Reinholda i znakomite kolory Paula Mountsa.
„Mister Terrific vol.1 – Mind Games” (Eric Wallace i Gianluca Gugliotta, Scott Clark, Olivier Nome)
Na pierwszy rzut oka jest posiadaczem jednej z największych fortun na świecie i kawalerem, w którym kochają się wszystkie kobiety. Jednak za tą fasadą kryje się superheros, którego największą bronią w świecie pełnym superistot i kosmitów jest intelekt. Nie, to nie Batman, tylko jego sobowtór z wschodniego wybrzeża – Mister Terrific. Może nie przedsiębiorca i detektyw, ale naukowiec, posiadający nie grzeszące oryginalnością odpowiedniki Bat-jaskini (T-sanktuarium) i bat-gadżetów (T-spheres). Od swojego pierwowzoru Micheal Holt różni się tylko tym, że jest czarny, a jego przygody utrzymane są w konwencji „science adventures”. Przynajmniej z założenia, bo w praktyce niczym nie różnią się zwyczajnych, superbohaterskich nawalanek. Wyjątek od tej reguły można znaleźć jedynie w zeszycie szóstym, kiedy Terrific wybiera się na Islandię. Fabularnie jest od sztancy, a oprawie graficznej szkodzi zbyt duża rotacja rysowników. Wiodącym grafikiem jest Gugliotta, który prezentuje się fatalnie. Tylko nieco lepiej jest w przypadku Nome`a, a oceną najmocniej podnosi Clark, którego styl mile kojarzy się z tym, co można oglądać na łamach „Invincible”. Oprócz tego historia jest zupełnie nieprzyjazna dla nowego czytelnika. Motywacje Holta są niejasne. Nie do końca rozumiem czemu został akurat bohaterem, czym są jego t-spheres i o co chodzi z tym „Fair Play”, a skądinąd wiem, że są to elementy kluczowe dla tej postaci. Tylko dlaczego Wallace nie zadał sobie trudu aby odpowiednio je wyeksponować? Trudno się dziwić, że seria została skasowana w pierwszym rzędzie, po zaledwie ośmiu numerach. Co w komiksie zwraca na siebie uwagę? Znakomity design stroju Terrifica, fantastyczne okładki JG Jonesa i transgenderowy wątek Py`lothi, choć został rozegrany strasznie banalnie. Prawdziwą perełką jest jednak Brianstorm, villain potrafiący między innymi wzmacniać ultra-prawicowe, konserwatywne nastroje w swoich ofiarach. Za kilka lat będzie takim samym kuriozum, jakimi dzisiaj są Rainbow Rider czy Asbestos Man.
Etykiety:
DC Comics,
Eric Wallace,
Gianluca Gugliotta,
IG Guara,
importowane,
Mahmud Asrar,
mainstream,
Micheal Green,
Mike Johnson,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
super-hero,
Tony Bedard
wtorek, 10 lipca 2012
#1075 - Rzut za 3: Liga, Latarnie i renegaci
W pierwszym rzucie za trzy poświęconym komiksom zrealunchowanego DCU na warsztat wziąłem trzy drużynowe tytuły Nowej 52. Ułożone są w nieprzypadkowej kolejności – od tych najsłabszych, do tych (tylko nieco) lepszych.
„Green Lantern: New Guardians vol.1 – The Ring Bearer” (Tony Bedard, Tyler Kirkham i Harvey Tolibao)
Idę o zakład, że „New Guardians” powstało w ciszy redaktorskich gabinetów DC Comics. Geoff Johns namnożył tyle tych korpusów i latarników, że trzeba było stworzyć jakiś dodatkowy tytuł, aby je móc jakoś zagospodarować. Halowi Jordanowi i Sinestro dostał się „GL”, Johnowi Stewartowi, Guy`owi Gardnerowi i reszcie korpusu – „GL Corps”, Atrocitus ma on-going „Red Lanterns”, a Kyle Rayner gra pierwsze skrzypce w „GL: NG”. Punktem wyjścia historii jest moment, w którym czwarty ziemski Lantern zostaje obdarowany kompletem kolorowej biżuterii z kosmosu. Na ziemi natychmiast zjawiają się przedstawiciele wszystkich korpusów i – uwaga, niespodzianka! – ich spotkanie kończy się wielką bijatyką. Potem, cała ta kolorowa gromadka rusza na Oa, by wyjaśnić tą tajemniczą sprawą – nie zgadniecie nigdy! – dochodzi do wielkiej bijatyki. Wreszcie, gdy poznajemy tajemnicę systemu Vega i na scenę wkracza istota, odpowiedzialna za całe to zamieszanie – jak już pewnie wiecie – dochodzi do wielkiej bijatyki. Nawet lubię superbohaterskie nawalanki, ale sposób, w jaki zostały zrealizowane na łamach „The Ring Bearer” znajduje się poniżej jakiejkolwiek krytyki. Fabuła pióra Tony`ego Bedarda prezentuje poziom najbardziej żałosnych fanfików komiksowych grafomanaów. Dodatkowo fanbojów z pewnością będę irytować nieścisłości z tym, co o Czerwonym Korpusie można przeczytać u Petera Milligana. Rysunki? Tyler Kirkham to jakiś zapomniany pogrobowiec stylu Top Cow i kreski Marka Silvestriego – to chyba jeszcze gorsza zaraza, niż płascy epigoni Jima Lee. Jedyne dobre momenty tego komiksu to te, w których ołówek przejmuje Harvey Tolibao, całkiem utalentowany komiksowy artysta. To jednak zdecydowanie za mało, aby uratować ten album przed (symbolicznym) spuszczeniem w kiblu.
„Red Hood and the Outlaws vol.1 – REDemption” (Scott Lobdell i Kenneth Rocafort)
Poziom wyżej można umiejscowić pierwszy trejd serii „Red Hood and the Outlaws”. Komiks pisany przez weterana lat dziewięćdziesiątych Scotta Lobdella, trzyma poziom przeciętnej, boleśnie konwencjonalnej historyjki superbohaterskiej. Jest motyw zemsty, niewykonalne zadanie, grzechy przeszłości i inne tym podobne rekwizyty. A wszystko to utrzymane w manierze komiksowych nineties. Ma być ekstremalnie, z dużą ilością cycków, strzelania, samurajskich mieczy i kolorowych laserów, aby czytelnik, na co drugiej stronie mógł krzyczeć „cool!” i „awesome!”. Przyznam, że ta efekciarska maniera Lobdella irytowała mnie niezmiernie. Niemniej, warto zwrócić uwagę na ten album z dwóch powodów. Po pierwsze, nowa Starfire swoim wyuzdanym zachowaniem pobudziła dyskusję na temat granic i sposobu eksponowania kobiecej seksualności w komiksie. Z jednej strony jest bowiem wyzwoloną kosmitką, która gdzieś ma ziemską pruderyjność, a drugiej – cała ta jej emancypacja ogranicza się do krążenia między łóżkami Red Hooda i Arsenala. Zresztą podejście do erotyki i seksualności w Nowej 52 (zbliżenie Batmana i Catwoman czy sposób, w jaki Atrocitus traktuje Bleez w „Red Lantrns”) to rzecz absolutnie frapująca i warto się jej przyjrzeć z bliska. Po drugie – Kenneth Rocafort. Dzięki „REDemption” odkryłem artystę, który mieści się w ścisłej elicie robiących w mainstreamie rysowników. Jeden z czterech, może pięciu najlepszych artystów pracujących w DC. Prace Rocaforta są jednocześnie wysmakowane, cudownie dopieszczone, a z drugiej strony tak napakowane energię, że aż rozsadzają ramki. Co więcej – cały album narysowany jest na równym poziomie, co w przypadku amerykańskich produkcji zdarza się stosunkowo rzadko. Ale to wciąż nieco za mało, żebym komukolwiek z czystym sumieniem mógłbym polecić ten komiks.
„Justice League vol. 1 – Origin” (Geoff Johns i Jim Lee)
Dwa zespoły gwiazd – Geoff Johns z Jimem Lee oraz Batman, Superman, Wonder Woman, Green Lantern, Flash z Cyborgiem miały stać się materiałem na wielki, komiksowy przebój. Od samego początku „Justice League” pomyślane było jako flagowy tytuł relaunchu DCU, mający przynieść krociowe zyski wydawnictwo, a swoim autorom – wieczną sławę. Udało się tylko w tym jednym przypadku – „Liga Sprawiedliwości” przez kilka miesięcy królowała na listach sprzedaży, osiągając w pewnym momencie pułap sprzedaży grubo powyżej 200 tysięcy egzemplarzy. A sam komiks? Cóż, zbyt wiele o nim napisać się nie da. Geoff Johns opisując historię pierwszego spotkania największych ziemskich herosów poszedł po linii najmniejszego oporu, zadowalając się możliwie najprostszymi rozwiązaniami. Na scenie po kolei pojawiają się poszczególni bohaterowie i widząc, jakim zagrożeniem jest Darkseid łączą swoje siły, aby powstrzymać inwazję z Apokalips. Pełna laserów z dupy, umięśnionych herosów ubranych w pstrokate kostiumy, wybuchów i splaszów historia jest wymarzonym materiałem dla Jima Lee do zilustrowania. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy jeden z obecnych redaktorów DC Comics był w tak dobrej formie – oprawa wizualna stoi na naprawdę wysokim poziomie, spokojnie mieszcząc się w wśród najlepszych dokonań Lee. Tylko cóż tego, skoro tego superbohaterskiego eye-candy czytać się po prostu nie da, bo jest przeraźliwie nudne?
„Green Lantern: New Guardians vol.1 – The Ring Bearer” (Tony Bedard, Tyler Kirkham i Harvey Tolibao)
Idę o zakład, że „New Guardians” powstało w ciszy redaktorskich gabinetów DC Comics. Geoff Johns namnożył tyle tych korpusów i latarników, że trzeba było stworzyć jakiś dodatkowy tytuł, aby je móc jakoś zagospodarować. Halowi Jordanowi i Sinestro dostał się „GL”, Johnowi Stewartowi, Guy`owi Gardnerowi i reszcie korpusu – „GL Corps”, Atrocitus ma on-going „Red Lanterns”, a Kyle Rayner gra pierwsze skrzypce w „GL: NG”. Punktem wyjścia historii jest moment, w którym czwarty ziemski Lantern zostaje obdarowany kompletem kolorowej biżuterii z kosmosu. Na ziemi natychmiast zjawiają się przedstawiciele wszystkich korpusów i – uwaga, niespodzianka! – ich spotkanie kończy się wielką bijatyką. Potem, cała ta kolorowa gromadka rusza na Oa, by wyjaśnić tą tajemniczą sprawą – nie zgadniecie nigdy! – dochodzi do wielkiej bijatyki. Wreszcie, gdy poznajemy tajemnicę systemu Vega i na scenę wkracza istota, odpowiedzialna za całe to zamieszanie – jak już pewnie wiecie – dochodzi do wielkiej bijatyki. Nawet lubię superbohaterskie nawalanki, ale sposób, w jaki zostały zrealizowane na łamach „The Ring Bearer” znajduje się poniżej jakiejkolwiek krytyki. Fabuła pióra Tony`ego Bedarda prezentuje poziom najbardziej żałosnych fanfików komiksowych grafomanaów. Dodatkowo fanbojów z pewnością będę irytować nieścisłości z tym, co o Czerwonym Korpusie można przeczytać u Petera Milligana. Rysunki? Tyler Kirkham to jakiś zapomniany pogrobowiec stylu Top Cow i kreski Marka Silvestriego – to chyba jeszcze gorsza zaraza, niż płascy epigoni Jima Lee. Jedyne dobre momenty tego komiksu to te, w których ołówek przejmuje Harvey Tolibao, całkiem utalentowany komiksowy artysta. To jednak zdecydowanie za mało, aby uratować ten album przed (symbolicznym) spuszczeniem w kiblu.
„Red Hood and the Outlaws vol.1 – REDemption” (Scott Lobdell i Kenneth Rocafort)
Poziom wyżej można umiejscowić pierwszy trejd serii „Red Hood and the Outlaws”. Komiks pisany przez weterana lat dziewięćdziesiątych Scotta Lobdella, trzyma poziom przeciętnej, boleśnie konwencjonalnej historyjki superbohaterskiej. Jest motyw zemsty, niewykonalne zadanie, grzechy przeszłości i inne tym podobne rekwizyty. A wszystko to utrzymane w manierze komiksowych nineties. Ma być ekstremalnie, z dużą ilością cycków, strzelania, samurajskich mieczy i kolorowych laserów, aby czytelnik, na co drugiej stronie mógł krzyczeć „cool!” i „awesome!”. Przyznam, że ta efekciarska maniera Lobdella irytowała mnie niezmiernie. Niemniej, warto zwrócić uwagę na ten album z dwóch powodów. Po pierwsze, nowa Starfire swoim wyuzdanym zachowaniem pobudziła dyskusję na temat granic i sposobu eksponowania kobiecej seksualności w komiksie. Z jednej strony jest bowiem wyzwoloną kosmitką, która gdzieś ma ziemską pruderyjność, a drugiej – cała ta jej emancypacja ogranicza się do krążenia między łóżkami Red Hooda i Arsenala. Zresztą podejście do erotyki i seksualności w Nowej 52 (zbliżenie Batmana i Catwoman czy sposób, w jaki Atrocitus traktuje Bleez w „Red Lantrns”) to rzecz absolutnie frapująca i warto się jej przyjrzeć z bliska. Po drugie – Kenneth Rocafort. Dzięki „REDemption” odkryłem artystę, który mieści się w ścisłej elicie robiących w mainstreamie rysowników. Jeden z czterech, może pięciu najlepszych artystów pracujących w DC. Prace Rocaforta są jednocześnie wysmakowane, cudownie dopieszczone, a z drugiej strony tak napakowane energię, że aż rozsadzają ramki. Co więcej – cały album narysowany jest na równym poziomie, co w przypadku amerykańskich produkcji zdarza się stosunkowo rzadko. Ale to wciąż nieco za mało, żebym komukolwiek z czystym sumieniem mógłbym polecić ten komiks.
„Justice League vol. 1 – Origin” (Geoff Johns i Jim Lee)
Dwa zespoły gwiazd – Geoff Johns z Jimem Lee oraz Batman, Superman, Wonder Woman, Green Lantern, Flash z Cyborgiem miały stać się materiałem na wielki, komiksowy przebój. Od samego początku „Justice League” pomyślane było jako flagowy tytuł relaunchu DCU, mający przynieść krociowe zyski wydawnictwo, a swoim autorom – wieczną sławę. Udało się tylko w tym jednym przypadku – „Liga Sprawiedliwości” przez kilka miesięcy królowała na listach sprzedaży, osiągając w pewnym momencie pułap sprzedaży grubo powyżej 200 tysięcy egzemplarzy. A sam komiks? Cóż, zbyt wiele o nim napisać się nie da. Geoff Johns opisując historię pierwszego spotkania największych ziemskich herosów poszedł po linii najmniejszego oporu, zadowalając się możliwie najprostszymi rozwiązaniami. Na scenie po kolei pojawiają się poszczególni bohaterowie i widząc, jakim zagrożeniem jest Darkseid łączą swoje siły, aby powstrzymać inwazję z Apokalips. Pełna laserów z dupy, umięśnionych herosów ubranych w pstrokate kostiumy, wybuchów i splaszów historia jest wymarzonym materiałem dla Jima Lee do zilustrowania. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy jeden z obecnych redaktorów DC Comics był w tak dobrej formie – oprawa wizualna stoi na naprawdę wysokim poziomie, spokojnie mieszcząc się w wśród najlepszych dokonań Lee. Tylko cóż tego, skoro tego superbohaterskiego eye-candy czytać się po prostu nie da, bo jest przeraźliwie nudne?
Etykiety:
DC Comics,
Geoff Johns,
Harvey Tolibao,
importowane,
Jim Lee,
Kenneth Rocafort,
mainstream,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
Scott Lobdell,
super-hero,
Tony Bedard,
Tyler Kirkham
czwartek, 10 marca 2011
#712 - Rzut za 3: Gwiezdne Wojny
"Star Wars: Wektor" nr.01(Mick Harrison, John Jakcson Miller, Scott Hepburn, Douglas Wheatley)
Dwutomowa historia "Wektor" to nietypowo opowieść, która w jednej, spójnej fabule łączy wątki czterech seriali ze świata "Gwiezdnych Wojen". Mick Harrison i John Jackson Miller bardzo sprytnie zinterpretowali ideę komiksowego crossovera. W każdej z poszczególnych serii pojawia się wątek śpiącej Jedi Celesty Murne i przeklętego talizmanu Karnessa Muura, a przynajmniej w dwóch z nich pełni wręcz kluczową rolę i naprawdę zmienia status quo. Slogan, że nic naprawdę nie będzie takie samo ucieleśnił się w "Mrocznych czasach" i w "Dziedziectwie".
"Wektor" można czytać wszerz, chronologicznie, śledząc historię od "Rycerzy Starej Republiki" (pikarejskie przygody niezdarnego Zayne`a Carricka), przez "Mroczne czasy" (okres zaprowadzania w galaktyce porządku przez Vadera) i "Rebelię" (początki walki przeciwko Imperium), aż po "Dziedzictwo" (kiedy Sithowie przejęli władzę). Można czytać go również wzdłuż, to znaczy skupiają się tylko na swoim ulubionym on-goingu, nie interesując się tym, co stało się w sąsiednich seriach. Redaktorzy i scenarzyści DC i Marvela powinni uczyć się od ludzi z Dark Horse, jak należy konstruować crossy w sposób zgrabny i zazębiać poszczególne elementy, aby wszystko do siebie pasowało.
I jeszcze słówko o oprawie graficznej, bo w pierwszej części "Wektora" jest ona dość ciekawie skontrastowana. Rysunki w "KoTORze" autorstwa Scotta Hepburna są bardzo mocno zdeformowane, momentami aż do granic czytelności. Nie prezentuje się to zbytnio korzystnie, w przeciwieństwie do roboty Douglasa Wheatley`a mocno przywiązanego do realistycznej ortodoksji. Obok Weavera to drugie nazwisko wśród rysowników SW naprawdę godne zapamiętania.

"Star Wars: Dziedzictwo" nr.02 – "Kawałki"
(John Ostrander, Adam DeKraker, Travel Foreman, Colin Wilson, Jan Duursema)
W "Kawałkach" pojawia się ten sam chwyt, co w drugim tomie "KoTORa" – wątek główny schodzi na dalszy plan, a mocniej wyeksponowane zostało ogólne tło fabuły, pojawiają się nowe również nowe wątki i postacie, charaktery postaci zostają pogłębione (choćby przez retrospektywne przywołanie ich biografii). Losy Cade`a Skywalkera zostawiono nieco na boku, a fabuła skupiła się bardziej na rozgrywkach pomiędzy trzema głównymi siłami walczącymi o polityczne wpływy w galaktyce w ponad 130 lat po "Nowej Nadziei". Wierni Roanowi Felowi spadkobiercy Imperium badają możliwości zawarcia przymierza z niedobitkami Sojuszu, by wspólnie usunąć z Coruscant podstępnych Sithów. Obok rycerzy Jedi, którzy na razie kryją się w cieniu, swoją rolę będą mieli również do odegrania Yuuzhan Vongowie, którzy dość niespodziewanie pojawili się na Ossusie. Na scenie pojawia się również matka Cade`a i mieszająca wszystkim szyki szef imperialnego wywiadu Nyna Calixte. Dla mnie wielkim atutem "Dziedzictwa" jest brak jednoznacznego podziału na dobrych i złych, bo każdej z tych postaci, które kierują się różnymi pobudkami, nie można powiedzieć czy stoją po jasnej, czy po ciemnej stronie Mocy. Oni po prostu realizują swoje interesy. Nawet szlachetni Jedi, aby odbudować Zakon gotowi posunąć się do bardzo niebezpiecznych i moralnie dwuznacznych czynów.
W przeciwieństwie do tomu poprzedniego, pracą nad oprawą graficzną podzieliło się kilku artystów. Na ich tle nie wypada nie doceniać porządnej roboty, jaką regularnie wykonuje Jan Duursema, choć na dłuższą metę jej styl strasznie męczy moje oczy. Na podobnym poziomie i w dość podobny stylu rysuje Adam DeKraker, natomiast mocno uproszczona, ciążąca ku cartoonowi kreską dysponuje Travel Foreman. Colin Wilson ze swoim niedbałym, nieciekawym i ociekającym niepotrzebny tuszem odstaje nieco od reszty stawki.

"Star Wars: Rycerze Starej Republiki" nr.04 – "Zaślepieni nienawiścią/Rycerze cierpienia"
(John Jackson Miller, Bong Dazo, Dustin Weaver)
Na dobrą sprawę powinienem być ukontentowany zawartością dwupaku "Zaślepionych nienawiścią/ Rycerzy cierpienia", bo w sumie dostałem to, czego chciałem. Mandalorianie atakuję Taris, Zayne stawia czoło mistrzowi Lucienowi, comeback zalicza Rohlan, dzieje się dużo i szybko. Ale wszystko to jakieś takie wyprane z emocji, bez smaku, nie angażujące czytelnika, pozostawiające go obojętnego. Choć tradycyjnie, całkiem dobrze narysowane. Bong Dazo wypracowuje swój styl (zgoła nieoryginalny, choć rozpoznawalny), który może się podobać. Redaktorom Marvela musiał się on przypaść do gustu, skoro jego nazwisko przewija się na liście płac Domu Pomysłów. Dustin Weaver wciąż robi na mnie wrażenie swoją wycyzelowaną kreską i wydaje mi się, że rysuje jeszcze lepiej, niż w początkowych tomach. Wszystko wydaje się więc w porządku, ale...
Wraz z lektura czwartego tomu "Rycerzy Starej Republiki" na dłuższą chwilę zakończyła moją przygodę z komiksami ze świata "Gwiezdnych Wojen". Osiągnąłem swój limit tolerancji dla korzystania z niemożliwie zużytych klisz, wytartych schematów, uciekaniu się do konwencjonalnych chwytów, ciągle eksploatowanych w kolejnych albumach i seriach. Więcej wchłonąć nie mogę. Kolejni chałturzący autorzy opowiadają na dobrą sprawę kilka tych samych historii w różnych dekoracjach, z różnymi postaciami, nieznacznie zmieniając jakieś na dobrą sprawę nieistotne szczegóły lub dodając jakiś motyw od siebie. Ciągle przerabia się te same wątki, tylko w innych konfiguracjach. Na razie mam dość. I tak się zastanawiam nad "drobnymi" detalami – czy technologia w odległej galaktyce od kilku tysięcy lat swoi w miejscu, zupełnie się nie zmieniając? Czy świat wymyślony przez Lucasa musi być ciągle rozrywany przez jakieś wojny i konflikty, czy nie da się napisać dobrej, innej fabuły traktującej o nieco mniej "ciekawych" czasach? Czy w ogóle nie da się opowiedzieć historii, w której nie padłby ani jeden wystrzał z blastera?
środa, 9 marca 2011
#711 - Rzut za 3: Różności z Egmontu

"Star Wars: Dziedzictwo" nr.01 - "Złamany"
(Johna Ostrander, Jan Duursema)
Przez trzydzieści lat od premiery "Nowej Nadziei" uniwersum Gwiezdnych Wojen rozrosło się do niebotycznych rozmiarów. Liczba gier komputerowych, książek, komiksów, a ostatnio także seriali, przyrasta w takim tempie, że trudno je wszystkie ogarnąć. W wielkiej opowieści sięgającej tysiące lat wstecz i dziesiątki lat po pamiętnej Bitwie o Yavin (swoisty punkt zero starwarsowej historii) pozostało coraz mniej białych plam do wypełnienia. Seria "Legacy" zabiera nas najdalej w przyszłość, prawie 125 lat po "Powrocie Jedi", kiedy w Expand Universe wydarzyło się bardzo wiele. Po wyczerpującej i długotrwałej wojnie z Yuuzhan Vongami (seria książek "Nowa Era Jedi"), odrodzony zakon Sithów wykorzystując słabość Galaktycznego Sojuszu i sprzymierzając się z admiralicją lojalną wobec idei imperialanej, przejął władzę w kosmosie Lucasa. Historia przedstawiona na kartach komiksu rozpoczyna się w momencie wstąpienia Dartha Krayta na imperatorski tron…
"Dziedzictwo" niemal w całości zostało stworzone przez Johna Ostrandera (scenariusz) i Jan Duursemę (rysunek), która w kilku numerach oddaje ołówek innym ilustratorom. Duet mający na swoim koncie dziesiątki komiksów ze świata SW (razem pracowali między innymi przy on-goingu "Republika" czy cyklu mini-serii "Star Wars: Jedi") dobrze wie, jak pisać opowieści rodem z odległej galaktyki. I biorąc pod uwagę standardy gwiezdnowojenne, komiks opisujący przygody Cade'a Skywalkera, dalekiego potomka Luke'a, zapowiada się na całkiem porządną opowieść. Choć wątek rozgrywek o władzę jest bardzo uproszczony, relacje pomiędzy bohaterami rażą naiwnością, a fabuła jest do bólu sztampowa, to i tak "Dziedzictwo" podoba mi się bardziej od "KoTORa", który znacznie lepiej prezentuje się jedynie pod względem graficznym. Jeśli miałbym polecić komuś, kto nie pamięta, jaki kolor miał miecz świetlny Luke'a Skywalkera w starej Trylogii, komiks ze świata SW, to wybrałbym właśnie tę serię.

"Fantasy Komiks" nr.08
(Christophe Arleston, Adrien Floch, Ulrig Godderidge, Eric Cartier)
Mniej stron, wyższa cena, nieco gorszy standard edytorski, węższa dystrybucja, rzadsza częstotliwość publikacji, ale przynajmniej twardsza, lakierowana okładka – tak w największym skrócie można opisać ósmy numer "Fantasy Komiksu".
W magazynie niespodziewanie korzystnie prezentują się "Rozbitkowie z Ythaq", których w poprzednim tekście skazałem na równię pochyłą. Jak widać, pochopnie. Arleston zgrabnie wybrnął z plątaniny nagromadzonych wątków, wyprowadził historię na prostą i dał nadzieję na wielki finał w najbliższych tomach. Jak zwykle Adrien Floch trzyma fasonm choć nieco słabiej zaprezentował się w "Sloce". O historii napisanej przez Ulriga Godderidge'a oprócz tego, że kojarzy się z "Avatarem" i fabularnie jest dość podobna do "Rozbitków", ciężko jest jeszcze coś konkretnego napisać. W ósemce zadebiutowały również dwie nowe pozycje. "Krasnoludy" to seria humorystycznych stripów, która godnie zastąpiła "Barboka i Blondelle" i "Gobliny", a "Wyprawa Alunysa" to kolejna opowieść ze świata Troy, zamykające się w jednym albumie (podzielonym przez Egmont na dwie połówki). Jak widać Arleston musi dysponować jakąś linią produkcyjną, skoro z taką regularnością wypluwa kolejne komiksy swojego autorstwa. W tym przypadku zawiodła jednak kontrola jakości, bo komiks prezentuje się mizernie, nawet na standardy arlestonowskie. Ot, kolejna, schematyczna opowiastka przygodowa, doprawiona sporą dawką humoru. Pod względem graficznym prezentuje się słabo – czyżby na francuskim rynku brakowało dobrych cartoonistów? Z Polski kilku możemy dosłać…

"Star Wars: Rycerze Starej Republiki" nr.03 – "Dni strachu/ Noce gniewu"
(John Jackson Miller, Dustin Weaver, Brian Ching i Harvey Tolibao)
W trzecim tomie "Rycerzy Nowej Republiki", w którym Zayne i Gryph żegnają się z Jarael i Camperem, historia dzieli się na dwa wątki. Przygody niezdarnego padawana i obrotnego gangstera w ogarniętym konfliktem z Mandalorianami kosmosie coraz mocniej przypominają mi gwiezdnowojenną wersję powieści łotrzykowskiej, choć nie brak jej elementów poważnych. Niestety, należą one do najsłabszych momentów „Dni strachu” i nie mogą równać się z przysmakami trandoshanskiej kuchni serwowanej przez Johna Jacksona Millera. Natomiast w "Nocach gniewu" scenarzysta wplątuje dwójkę przemytników w intrygę Lorda Adaski, nowego, ważnego gracza na geopolitycznej mapie starwarsowej galaktyki. Chyba tylko w amerykańskich komiksach jest możliwe łączenie naiwnej metafory rasizmu, segregacji rasowej i niebezpieczeństw związanych z manipulacjami genetycznymi z totalnie kiczowatym wątkiem kosmicznymi ślimakami pożerającymi całe systemu słoneczne rodem z campowego science-fiction lat sześćdziesiątych.
Oprawa graficzna, autorstwa tercetu Weaver-Ching-Tolibao wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, a ja wciąż czekam, kiedy na poważnie zacznie się wątek wojen mandaloriańskich. Niby do jakichś potyczek dochodzi, niby jakieś działania wojenne są prowadzone, ale to wszystko tak naprawdę nie jest godne przodków Boby Fetta. Najsłabszy tom z cyklu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



























