Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sean Phillips. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sean Phillips. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lipca 2022

#2470 - Z importu 02: Incognito

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Ryszard Wojciechowski. Spiritus movens Rękopisu znalezionego w Arkham. Ostatni człowiek na Ziemi.

Sporo już na naszym rynku komiksów duetu Brubaker/Phillips. Wydawcy nadrobili stracone lata i dziś wielu polskich czytelników wali w komiksy tych autorów jak w dym, wiedząc, że to porządna firma. Jak jednak widzicie, jeszcze nie wszystko się ukazało, bo przychodzę do Was z nie lada perełką. „Incognito” to ciekawy projekt powstały w momencie sukcesu „Criminal” i gdy Bru brylował w mainstreamie, pisząc „Kapitana Amerykę”. Dla naszego ulubionego duetu było pewnikiem to w pewnym sensie koło zapasowe, które mogło osiągnąć sukces czytelniczy, ale zainteresowanie odbiorców najwyraźniej nie skupiło się na tej serii, a szkoda. 



niedziela, 25 listopada 2018

#2465 - My Heroes Have Always Been Junkies

Autorem poniższego tekstu jest Marcin Zembrzuski, który zarządza pulp zinem Kinomisja. Nie kojarzycie? No to klikajcie - na Facebooka tędy, a na stronę tędy.

"Kill or be Killed" to był dla mnie komiksowy zawód roku. Kapitalnie narysowany przez Seana Phillipsa, ale ze scenariuszem napisanym przez Eda Brubakera na autopilocie; bez tej wspaniałej świeżości cechującej wszystkie poprzednie autorskie dokonania tego mocarnego duetu.


wtorek, 28 czerwca 2016

#2168 - Fatale #5: Klątwa dla demona

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, który o komiksach piszez łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Wszystko co dobre, kiedyś musi się skończyć. Pożegnania nigdy nie są łatwe, zwłaszcza gdy bardzo mocno polubiliśmy tego, kto odchodzi. Dziś przyszło nam ostatni raz spotkać się z kobietą, która oczarowała nie tylko każdego mężczyznę, który stanął na jej drodze. Josephine, wspaniała Josephine. Jak Ed Brubaker i Sean Philips pożegnali jedną z najbardziej intrygujących bohaterek komiksowych ostatnich lat?



środa, 9 marca 2016

#2092 - Fatale #4: Modlitwa o deszcz

Autorem poniższej recenzji jest Krzysztof Tymczyński, a więcej tekstów jego autorstwa znajdziecie na jego blogu Image Comics Journal.

Po jednotomowej przerwie poświęconej na przedstawienie paru opowieści na pierwszy rzut oka niepowiązanych z główną linią fabularną, Ed Brubaker i Sean Philips powracają do niej z pełną siłą. Tym razem przenosimy się do czasów stosunkowo nieodległych. Pod koniec ubiegłego stulecia wokalista pewnej mało znanej kapeli grunge’owej postanawia napaść na bak, by zdobyć fundusze na rozwój zespołu. Udaje mu się to, lecz los stawia na jego drodze pewną piękną nieznajomą, która nie potrafi przypomnieć sobie swojej przeszłości. Wkrótce doprowadzi ona do największych tragedii w życiach muzyków, a nie tylko ona jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem.

środa, 21 października 2015

#1982 - Rzut za 3: Nowości 26. MFKiG (3)

Dzisiejsze wydanie łódzkiego Rzutu za 3 stoi pod znakiem dobrych komiksów. Wyliczankę zaczynam od albumu "Czarnobyl. Strefa", znakomitej opowieści o ludzkich losach w cieniu nuklearnej tragedii. Potem na warsztat idzie trzeci tom "Fatale", czyli kolejnej odsłonie jednej z najlepszych serii, jakie ukazują się na naszym rynku. A na koniec "KOT", najbardziej spektakularny debiut tegorocznej MFKiG w Łodzi.



piątek, 16 października 2015

#1977 - Fatale #3: Na zachód od piekła

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Kim jest tajemnicza Josephine i skąd wzięły się jej moce? To pytania, jakie zadają sobie czytelnicy serii "Fatale". Większość z nich nawet nie zauważyła, że i oni znajdują się pod wpływem czarnowłosej piękności. Według tego, co dowiedziałem się od przedstawicieli Mucha Comics na niedawnym festiwalu w Łodzi, Josephine rozkochała w sobie także polskich fanów komiksu. Jak więc poradzić sobie z recenzją trzeciego tomu jej niezwykłych przygód, jeśli jest się jednym z nich?


czwartek, 19 marca 2015

#1825 - Fatale: Diabelski interes

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

W Los Angeles lat 70-tych ubiegłego stulecia Miles jest aktorem, który nigdy nie osiągnął nic ponad granie w filmach klasy B. Wciąż jednak próbuje przekonać do siebie możnych przemysłu filmowego i w tym celu próbuje dostać się na pewną imprezę. Tam odnajduje przyjaciółkę stojącą nad ciałem członka niebezpiecznej sekty. Miles ratując jej życie trafia do posiadłości znanej z pierwszego tomu serii. Po latach ukrywania się przed światem klątwa wiecznie młodej kobiety uderza ze zdwojoną siłą...




wtorek, 4 listopada 2014

#1774 - Przybij piątkę komiksowi

Na Alei Komiksu zainaugurowano akcję "Przybij piątkę komiksowi". Wzorem popularnych łańcuszków wśród raperów (Hot16Challenge), fanów literatury pięknej, którzy na Facebooku opowiadali o najważniejszych książkach w swoim życiu czy celebrytów, charytatywnie oblewających się wodą z lodem (ALS Ice Bucket Challenge), komiksiarze również bawią się w układanie list i wyzywanie znajomych. Bawię się i ja!


środa, 22 października 2014

#1767 - Fatale: Śmierć podąża za mną

Autorem poniższego tekstu jest Przemysław Pawełek, dziennikarz radiowy i recenzent Alei Komiksu 

Przyznam na wstępie, że mam ciągły niedosyt dorosłego, amerykańskiego mainstreamu na naszym ryneczku komiksowym. Lubię klimat Vertigo, serie z nieodżałowanego Wildstorm (w tym oczywiście też z ABC), czy tych mocniejszych cykli z Dark Horse lub Image, wycelowanych w dojrzalszego odbiorcę. "Kaznodzieja" i "Sandman" są już od dawna znane, "Sin City" doczekało się już chyba trzeciego czy czwartego wydania ale przecież to nie wszystko. Cieszę się że do tej listy dołącza kolejny gracz.


czwartek, 9 października 2014

#1756 - Fatale: Śmierć podąża za mną

Autorem poniższej recenzji jest Krzysztof Tymczyński, a więcej tekstów jego autorstwa znajdziecie na jego blogu Image Comics Journal.

Pewnie teraz wyjdę na ignoranta, który się nie zna, ale z dotychczasowych wielokrotnie nagradzanych prac duetu Ed Brubaker/Sean Philips tylko oba sezony „Sleepera” utkwiły mi w głowie na tyle, by po latach chcieć wrócić do tego komiksu. Nie oznacza to jednak, że słynne „Criminal” czy „Incognito” uważam za komiksy złe. Po prostu mimo wielu prób nie udało mi się przekonać się nich na tyle, by stać się wiernym fanem każdego komiksu tego duetu. 



piątek, 19 września 2014

#1739 - Fatale: Śmierć podąża za mną

Autorem poniższej recenzji jest Jakub Górecki, a więcej tekstów jego autorstwa znajdziecie na stronie Pulp Warsaw.

Gdy przypatrzymy się sinusoidzie trendów widzimy, że Lovecraft, Poe, Wilde czy Stoker znów są czoko na rynku (w przeciwieństwie do słowa czoko, które jest wiochą i dlatego tak super się go używa). Oczywiście nie znaczy to, że jesteśmy zasypani weird fiction i gotyckim horrorem w każdym możliwym medium. Piję do faktu, że znów (choć na chwilę) dobrze jest znać „Draculę” nie tylko z filmów i twierdzić, że w twórczością Poego zaczytywało się jeszcze w liceum.


piątek, 22 sierpnia 2014

#1719 - Incognito: Bad Influences

„Incognito: Bad Influences” to powrót do Zacka Overkila, do pulpowych nawiązań i niczym nieskrepowanej rozrywki w świecie nie zawsze moralnych wyborów. Co więcej, dla Ed Brubakera i Seana Phillipsa to powrót do tematów znanych z „The Sleeper” w jeszcze większym zakresie, niż miało to miejsce w pierwszym tomie „Incognito”.

piątek, 25 lipca 2014

#1675 - Incognito

Trend na sięganie do pulpowych tradycji w komiksowym mainstreamie ciągle trwa. Dynamite Entertainment produkuje masowo tytuły ze swoimi bohaterami na licencjach w rolach głównych, jak i nie rezygnuje z bohaterów obecnych w tzw. public domain. Z większymi i mniejszymi sukcesami bawiło w to i DC („First Wave”) i Marvel („Marvels Project”, „Mystery Men”, „The Twelve”). 


piątek, 11 lipca 2014

#1658 - Sleeper

Dziś na pokładzie Kolorowych witamy Jakuba Góreckiego. Powinniście go kojarzyć z komiksowego tumblra Pulp Warsaw, a jeśli go nie znacie polecam jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy. Teksty Jakuba będą publikowane cyklicznie, w piątki, co dwa tygodnie. Co będzie ich tematem? Pulp, noir, sensacja, kryminał, super-hero - to kilka słów-kluczy. Zaczynamy od porannego przedruku z jego autorskiej strony, a popołudniem - wpis premierowy.

Nie ukrywam, że regularnie śledzę serie pisane przez Eda Brubakera, nie ważne czy te autorskie, czy robione w barwach wielkich wydawnictw. Wierzę w każdy jego tytuł, choć często zdarzają się mu gorsze momenty. Ostatni okres pisania „Captain America” rozczarował (choć winę można zrzucić na wydawnictwo, które oczekiwało od niego lżejszej wersji Kapitana już bez Bucky`ego), a jego run w „Secret Avengers” był dobry, ale nie aż tak, jak oczekiwano.



czwartek, 20 czerwca 2013

#1315 - Fatale

W swojej najnowszej serii Ed Brubaker do spółki ze swoim etatowym rysownikiem Seanem Phillipsem zaserwował czytelnikom melanż kilku gatunków. Dotychczasowy kryminał, będący specjalnością Bru, nadal jest tu obecny, osnuwa go jednak klimat noir i duszna atmosfera prozy H.P. Lovecrafta. W „Fatale” nie braknie również romansu, a wszystkie te elementy znalazły swoje miejsce w pierwszym zbiorczym tomie zatytułowanym „Death Chases Me”.


Akcja w „Fatale” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: pierwsza z nich, ujmijmy ją jako sytuację współczesną, obrazuje losy Nicholasa Lasha, dziedziczącego spadek po swoim zmarłym wuju. Na pogrzebie spotyka on Josephine, podającą się za wnuczkę kochanki zmarłego. Okazuje się, że Dominic Raines (rzeczony wuj) pozostawił po sobie kilka tajemnic, które oczywiście czekają na rozwiązanie. Pierwszą z nich jest maszynopis powieści której Dominic nigdy nie opublikował, choć napisał ją na początku swojej pisarskiej kariery. Nicholas, trafiając na ów maszynopis, pakuje się jednak w kłopoty, które kończą się próbą zamachu na jego życie. Druga perspektywa komiksu cofa czytelnika do roku 1956, kiedy Dominic Raines, jeszcze jako dziennikarz śledczy, spotyka na swojej zawodowej ścieżce piękną... Josephine – kobietę, która ma podsunąć mu dowody na skorumpowane działania oficerów policji, w tym jej kochanka, Bookera. Tymczasem "na trop" Josephine trafia Mr. Bishop - za dnia sprawia on wrażenie niepozornego urzędnika, po zmroku natomiast oddaje się makabrycznym obrzędom...

Choć fabuła w „Death Chases Me” jest pogmatwana, Brubaker zręcznie połączył ze sobą wszystkie płaszczyzny opowieści. Pomimo, że autor kilkukrotnie wędruje w czasie, wszystko jest na swoim miejscu, a z każdą kolejną stroną historia nabiera coraz większej klarowności. Centralną postacią dla serii jest Josephine, dookoła niej toczy się fabuła, a scenariusz zdradza nam jej tajemnice jedynie w małych, skutecznie dozowanych dawkach. Jak już wspomniałem, „Death Chases Me” to w sporej mierze kryminał – postacią o której warto wspomnieć w tym miejscu jest Walter Booker, oficer śledczy i życiowy partner Jo. Moralnie wątły, okazuje się być przy tym bardzo niejednoznaczny i niezmiernie interesujący literacko.

Moim zdaniem to najciekawsza sylwetka z całego grona bohaterów, których możemy spotkać w tym albumie. To zauważalny mankament komiksu – brakuje mu błyskotliwie napisanych postaci. Powinna to być Jo, ale niestety nie jest – Brubaker chciał ją pokazać jako istotę zagubioną, która swój „dar” traktuje raczej jako klątwę i źródło jej własnych problemów. I rzeczywiście tak jest, ale coś w przypadku tej postaci do końca nie zagrało. Faktem jest, że mężczyźni ulegają jej zbyt łatwo, co niejednokrotnie przypomina sceny rodem z kiepskich oper mydlanych i, jak na razie, skutkuje brakiem dobrej postaci męskiej. Z pewnością nie jest nią ani Nicholas, ani Dominic. To oczywiście dopiero pierwszy trade i liczę na to, że w kolejnych częściach Brubaker rzuci na swoich bohaterów trochę więcej lepszego światła.

Trzeba wspomnieć także o elementach grozy w komiksie. „Fatale” nikogo nie przerazi. Tajemnicza sekta, demoniczny Mr. Bishop stojący na jej czele i rozmaite krwawe rytuały to za mało na żeby poczuć gęsią skórkę podczas lektury. Spokojnie możesz, drogi czytelniku, czytać sobie ten komiks do poduszki. Groza jest tutaj obecna w ilościach śladowych, ale nie jest to w żadnym wypadku wada. Scenarzysta postawił raczej na odpowiedni, stonowany klimat, swobodną wędrówkę w kierunku prozy Lovecrafta i twórczości Mike'a Mignoli. „Fatale” zbudowany jest z wielu składowych i jako takie połączenie sprawdza się niemal idealnie, (czyt. tworzy odpowiedni ferment, potrzebny do uzyskania wystarczającej satysfakcji z lektury).

Nad oprawą graficzną czuwa Sean Phillips i robi to we właściwy dla siebie sposób. Przyzwyczajony do jego umiejętności czytelnik z pewnością zauważy, że tym razem artysta nieco przytępił swoją kreskę – chwilami jest ona mocno niedbała, na granicy poprawności. Jest trochę niechlujnie i miejscami topornie, ale przyznam że pomaga to temu komiksowi. Trudno mi sobie teraz wyobrazić, żeby „Fatale” wyglądał inaczej.

„Death Chases Me” jest doskonałym przykładem, jak można połączyć ze sobą kilka gatunków bez szkody dla opowiadanej historii. Konstrukcja, proporcje, wyczucie odpowiedniego smaku tego komiksu to coś, czego mogą się nauczyć inni twórcy. Jednocześnie nie ma tu na razie postaci, które szczególnie zapadają w pamięć. A może po prostu nie ma już dla nich miejsca? Zobaczymy co przyniesie kontynuacja serii. Póki co niezapomniany jest klimat, dlatego polecam „Fatale” każdemu kto lubi właśnie takie opowieści: przesycone atmosferą lat 50-tych, pisane w duchu gatunku noir i kina rodem ze studia Hammera.

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Pawła Szczygielskiego "Bullets Are The Beauty"

piątek, 22 marca 2013

#1264 - Criminal vol.1 Coward

Leo Patterson to prawdziwy mistrz kieszonkostwa, aczkolwiek doświadczenie ma i w przestępstwach większego kalibru. Jedni bardzo cenią sobie jego rzemiosło i profesjonalizm, drudzy natomiast postrzegają go jako zwykłego tchórza. Bo tak samo dobry jest w kradzieżach i planowaniu skoków, co w unikaniu przemocy i błyskawicznych ucieczkach w razie zagrożenia. O czym jednak wielu nie wie, wszystko to wynika z zasad, którymi postanowił się w życiu kierować. I, niespodziewanie, niektóre z nich przyjdzie mu na naszych oczach złamać. "Tym, czego potrzebowałem, była maszyna do podróży w czasie, żebym mógł wrócić i nie popełnić tych wszystkich błędów" - wspominać będzie w pewnym momencie. - "Ale z drugiej strony wtedy prawdopodobnie popełniłbym inne i byłoby tak samo źle."


"Coward", pierwsza opowieść składająca się na (rozgrywany w fikcyjnym Center City) cykl "Criminal", to już od pierwszej strony wyraźny ukłon w stronę tradycji noir. Rzecz do samego końca bardzo klasyczna, ale wyraźnie zakotwiczona we współczesności i unikająca popadania w sztampę, swoją siłę czerpie przede wszystkim z miłości, jaką scenarzysta darzy gatunek, oraz empatii, z jaką wespół z rysownikiem portretuje swoje postaci. Fabuła okazuje się być zresztą bardziej podyktowana charakterami bohaterów, niż związaną z pewnym napadem intrygą. Ci najważniejsi z nich okazują się zaś tak przekonujący, jakby komiks stanowił dokumentalny zapis żywotów prawdziwych ludzi.

Motorem napędowym opowieści jest narracja subiektywna. Napisana niezwykle lekko, bardzo prostym, ale też pięknym, czasem wręcz - za sprawą okazjonalnej aluzyjności i metafor - poetyckim językiem, lekturę dzieła czyni błyskawiczną. Na szybkość czytania niewątpliwie wpływa też prostota samej historii, choć ta jest bardziej przewrotna i niejednoznaczna, niż to się początkowo wydaje. Wszystko to za sprawą wcale przemyślanej konstrukcji scenariusza, opartej na niewidocznych początkowo niedopowiedzeniach oraz skokach czasowych. Te pierwsze służą oczywiście skutecznemu zaskakiwaniu czytelnika, te ostatnie zaś najpierw tylko dynamizują opowieść, a następnie też, poprzez nagłe retrospekcje do czasów dawno minionych, zbliżają nas jeszcze bardziej do bohatera. Czynią całość coraz to bardziej emocjonującą, aż do iście wybuchowego finału.

Narracja słowna kapitalnie uzupełnia tą obrazkową, miejscami zmierzającą w jakby zupełnie inne rejony, jak gdyby rozchodziło się o komiksowy odpowiednik kontrapunktu wizualno-dźwiękowego. Najlepszym tego przykładem jest zresztą sam początek opowieści, kiedy to z jednej strony obserwujemy nieudany, brutalnie kończący się napad na bank, a z drugiej "słuchamy" wspomnień bohatera o czasach jego dzieciństwa, jego nieżyjącym już, będącym legendą lokalnego półświatka, ojcu, a wreszcie przemyśleń na temat reguł służących bezpiecznemu życiu przestępcy. Być może największym plusem "Coward" jest jednak jego filmowość, niewątpliwie wynikająca także z faktu, iż rzecz początkowo pomyślana była właśnie jako scenariusz filmowy.


W trakcie lektury do głowy przychodziło mi niemało tytułów reprezentujących mniej czy bardziej "czarno-kryminalne" oblicze X Muzy. Cokolwiek absurdalne rysy wybranych wydarzeń w połączeniu z tematyką napadu przywodziły na myśl "Zabójstwo" Stanleya Kubricka; przygotowania do tegoż skoku w połączeniu z oddzielającymi kolejne rozdziały, wzmacniającymi dramaturgię informacjami o tym, w którym miejscu historii obecnie się znajdujemy, przypomniało mi z kolei o "Drugim oddechu" Jean-Pierre'a Melville'a. Leo okazujący się być postacią trochę inną niż wszyscy - w tym czytelnicy! - myślą, to koncept a la "Zabójstwo chińskiego bukmachera" Johna Cassavetesa, oparty o makabryczną zbrodnię punkt zwrotny, który pod koniec zmienia tory historii skojarzył mi się z "Dajcie mi głowę Alfredo Garcii" Sama Peckinpaha, a wreszcie za sprawą samego finiszu narracyjny punkt wyjścia okazał się przypominać nieco ten z "Bulwaru Zachodzącego Słońca" Billy'ego Wildera.

Sam Brubaker ujawnia zresztą swoją kinofilię wprost, kiedy ukazuje nam bohaterów bawiących się w odgadywanie cytatów filmowych. Unika przy tym jednak łopatologii i rzuca tytułami reprezentującymi zupełnie inne, niż szeroko pojmowane crime flick, gatunki (a dokładniej sexploitation i spaghetti western). Zabieg ten zdaje się też wskazywać na coś więcej - brak jakiegoś konkretnego wzorca. Nie, żeby brakowało jakichkolwiek inspiracji, acz wśród nich nie znalazł się ani jeden tytuł, o którym bym pomyślał. Przypomina to sytuację z głośnym "Drive" Nicolasa Windinga Refna, który posiłkował się głównie baśniami braci Grimm, kinem samurajskim i młodzieżowymi komediodramatami romantycznymi, podczas gdy recenzenci doszukiwali się wpływów westernu czy kina sensacyjnego lat 80. I wcale się nie mylili, skoro pewne wzorce dalekie są sobie tylko na pozór. Wystarczy nie ograniczać się odwiecznymi regułami. "Myślę, że historie tworzące 'Criminal' to ostateczne efekt wszystkich moich inspiracji" - wyjaśniał w jednym z wywiadów słynny komiksiarz. - "Połączone są z tym, co, jak mam nadzieję, jest moim własnym głosem, oraz z motywami, które zwykłem ciągle eksplorować."

Sean Phillips starał się z kolei unikać jakichkolwiek inspiracji, jeśli tylko nie liczyć tego, iż chciał, aby "Criminal" było bardziej europejskie niż amerykańskie. Śmiało rozbudowywał obmyśloną wcześniej przez scenarzystę stronę wizualną. Dodawał kolejne panele, ażby, niczym reżyser czy montażysta, rozciągać w czasie pewne sytuacje, tym samym pozwalając mocniej wybrzmieć tkwiącym w nich emocjom. Przy tym forma, choć imponująca, ani na moment nie rzuca cienia na treść. Wprost przeciwnie, jest jej na każdym kroku podporządkowana. Tyczy się to zarówno przepełnionych niemałą ilością tuszu rysunków Phillipsa (rysunków, jak trafnie opisywał je Brubaker, tyleż subtelnych, co sugestywnych), jak i kolorów nałożonych na nie przez Vala Staplesa. Te z jednej strony uwypuklają rodowód historii, ale z drugiej, jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, nie pozwalają jej uciec od realizmu, będącego jedną z największych zalet całości.

"Coward" jest nie tylko pozycją, którą świetnie się czyta. To jedna z tych rzeczy, które nawet dłuższy czas po lekturze siedzą w głowie odbiorcy, a ochota na pozbycie się jej wcale nie przychodzi. Oby tak samo było ze zbliżającą się powoli jej filmową adaptacją. Ale hej, za jej scenariusz także odpowiedzialny jest Brubaker, a więc szykuje się kawał porządnego kina. Znowu, ale tym razem na ekranie.

poniedziałek, 30 lipca 2012

#1094 - Criminal vol.3 The Dead and The Dying

Faktem jest, że w konwencji noir - i w nurtach z niej wyrosłych - zapewne niewiele nowego dziś można powiedzieć. Jednak Brubaker to niezwykle utalentowany scenarzysta, mający szerokie, bardzo mądre spojrzenie na rozwój swojej serii i jak na razie nie ma mowy o zmęczeniu materiału. Wprowadził do "Criminal" wiele ciekawych drugoplanowych postaci i teraz nie musi się specjalnie gimnastykować, by zaintrygować czytelnika - wystarczy, że odsłania karty leżące na stole. We wcześniejszych tomach sygnalizował, że przeszłość ma duże znaczenie dla jego uniwersum. Nic dziwnego, że w końcu postanowił to wykorzystać i w "The Dead and The Dying"  ze współczesności cofa się o kilka dekad do pewnego istotnego dla całej serii zdarzenia.


"Sin City" było szalonym, rozbuchanym w formie eksperymentem, dającym kopa na rozpęd zarówno medium komiksowemu, jak i konwencji neo-noir. Ale jako seria było też komiksem nierównym, wpadającym na mielizny i dryfującym w stronę pulpy o przygodach napakowanych barbarzyńców. Zestawiając dzieło Millera z "Criminal" (które jest na wielu poziomach bardzo bliskim mu tworem) zobaczymy od razu, że w porównaniu z "Sin City" jest niezwykle wyważoną, precyzyjną i przemyślaną konstrukcją. Jednak mimo tego, że obcujemy tu z czymś, co jest niezwykle spójną całością, to Brubaker nie trzyma się jednego modelu opowiadania i w każdym tomie snuje historie za pomocą odmiennych sztuczek narracyjnych. Przez co - mimo, że po dwóch trejdach czujemy się w świecie "Criminal" jak w domu - to w kolejnych odsłonach cyklu znów dostajemy do rąk coś nowego, świeżego i zaskakującego.

Szukając porównań w filmie (bo gdzieżby indziej) można przytoczyć kilka obrazów z różnych części świata. W czasie lektury same przyszły mi na myśl cztery tytuły: "Rashamon" Akiry Kurosawy,  "Człowiek na Torze" Andrzeja Munka, "Killing" Stanleya Kubricka i "Jackie Brown" Quentina Tarantino, który - ze względu na podobieństwa gatunkowe i obecne w komiksie elementy jawnie nawiązujące do kina blaxploitation - będzie chyba najbliższym skojarzeniem. Jednak nawet jeśli któryś z tych filmów był inspiracją dla "The Dead and The Dying", to w żadnym wypadku nie jest to scenariusz epigoński. Strukturę uzupełniających się opowieści Brubaker ułożył na swój sposób, a przy tym znakomicie podporządkował ją formatowi komiksowej, amerykańskiej serii. Ograniczenia i minusy comiesięcznych dwudziestokilkustronicowych wydań potraktował jako siłę, a nie ułomność i po mistrzowsku wykorzystał ich konwencję. Przedstawia wydarzenia z perspektywy trzech stron, kładąc szczególny nacisk na motywacje każdej z person zamieszanych (mniej lub bardziej) w sprawę pewnego napadu. Opowieść jednak nie snuje się wkoło owego wydarzenia czy jednej konkretnej postaci i trudno byłoby wskazać nam protagonistę.  Każdemu z bohaterów scenarzysta poświęca tyle samo uwagi - dokładnie jeden akt dramatu, czyli jeden zeszyt. Na dwudziestu kilku stronach każdego odcinka Brubaker pomieścił znakomite, naszpikowane wydarzeniami historie, które dla innych twórców mogłyby być osobną powieścią graficzną, filmem lub pełnowymiarową książką. Mimo tego, że tematyka każdej z odsłon jest odmienna - w pierwszym przypadku wszystko kręci się wokół nieszczęśliwej miłości, w drugim chodzi o próbę wydostania się z niewygodnych długów, w trzecim jest to zemsta - to wszystkie historie zazębiają się. Co ciekawe, mimo całkowitej spójności można je z powodzeniem czytać w oderwaniu od siebie, jako autonomiczne opowieści nie wymagające ani zapoznania się z poprzednimi numerami serii, ani też epizodami wchodzącymi w skład runu "The Dead and The Dying".

Sean Philips wraz z Brubakerem stworzyli duet na miarę mojego ulubionego bat-tandemu Loeb/Sale. To już trzeci tom który mam okazję recenzować i trzeci raz musiałbym wrócić do rysunków, postanowiłem więc odesłać Was po prostu do poprzednich recenzji, a skupić się na pomijanym do tej pory koloryście. Jak już wspominałem poprzednio, nie lubię komputerowych kolorów - ale trudno nie docenić pracy Vala Staplesa. Mimo tego, że przy pobieżnym kartkowaniu wszystkich części możemy uznać, że w tym aspekcie nie różnią się za nadto, to podczas lektury całości na pewno dostrzeżemy, że barwy są przemyślnie dostosowywane do charakteru danej opowieści. Staples przełamuje rysunki Philipsa, w których czerń pełni istotną role. Podkreśla też oddalanie się od ekspresjonistycznego oblicza noir, kierowanie się ku uwspółcześnionym wariacjom na temat tej konwencji. Pierwszy album miał stylistykę kina lat siedemdziesiątych, drugi utrzymany jest głównie w mrocznej atramentowej kolorystyce podkreślającej wyobcowanie w wielkiej asfaltowej dżungli, a trzeci powraca znów do jesiennych barw, które w kontekście fabuły możemy odebrać jako naśladujące estetykę charakterystyczną dla kina blaxploitation. Najciekawsze zabiegi odnajdziemy w drugim tomie ("Lawless"), gdzie w niektórych scenach przemyślna gra kolorów podyktowana miejscem akcji oświeconym migającymi światłami policyjnych lamp kojarzy się z zabiegami stosowanymi w "Zabójstwie Chińskiego Maklera" i staje się istotnym elementem dramaturgicznym.

Bartek Biedrzycki w którymś odcinku K-poka postulował, by ludziom nie obeznanym z komiksem nie dawać rozbestwionych formalnie arcydzieł, tylko takie opowiedziane w klasyczny, nienachalny sposób. To w jakiś sposób uzasadnione, ale osobiście mam inne zdanie na ten temat. Jeśli mamy wyrobionego odbiorcę kultury zarazić opowieściami obrazkowymi, to powinniśmy pokazać mu coś, co ukaże unikalność języka komiksu i sprawi, że czytelnik uzna je za medium autonomiczne - nie oszukujmy się, musi chcieć do niego wracać ze względu na sposób opowiadania - inaczej będzie sięgał po inne, tańsze formy rozrywki oferujące podobne historie. "Criminal" to chlubny wyjątek. To przystępny formalnie komiks jednocześnie będący brawurowo skonstruowanym arcydziełem deklasującym niemal wszystkie współczesne filmy w swoim gatunku  (a ze względu na precyzję konstrukcji i kondensację fabuły mógłby pewnikiem stanąć w szranki z uznanymi serialami, których cechy też przecież posiada). Jeśli znacie miłośnika opowieści gangsterskich, konwencji sensacyjnej czy noir i chcielibyście zarazić go komiksem  - wciśnijcie mu "Criminal".

Criminal: The Deluxe Edition Volume 1

Jako, że zaczęło się bardzo dobrze, a z każdym następnym tomem seria zwyżkuje, to nie boje się powiedzieć, że po zakończeniu lektury vol 1, "Criminal" stało się moim ulubionym współczesnym amerykańskim cyklem komiksowym. Trzecią odsłonę przeczytałem już w zbierającym wszystkie części twardo okładkowym Deluxe Edition. Nie zwykłem płacić tak dużych pieniędzy za komiksy, ale przedruki okładek zeszytów  (których wydanie w trejdach było pozbawione) ostatecznie przekonały mnie do zakupu. Niestety, utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że nie warto sobie jedzenia od ust odejmować. Jest to co prawda edycja oversized, ale obszerne marginesy sprawiają, że plansze nie są wiele większe. Zresztą, Philips operuje takim stylem, że jego rysunkom powiększenie nie nadało wiele uroku. Niewątpliwym plusem tego wydania jest duża ilość dodatków graficznych - obszerna galeria z obrazami Philipsa, na których znalazły się ikony kina sensacyjnego, policyjnego i gangsterskiego. Miłośników konwencji ucieszą takie rarytasy jak portrety bohaterów filmów Johnny'ego To, czy piękny obraz inspirowany mało znanym u nas filmem "Blast of Silence". Smuci natomiast fakt, że do wydania ekskluzywnego nie dostały się wstępy do pojedynczych TP i literackie dodatki, które znaleźć możemy tylko w zeszytach. Wydanie owszem, polecam - ale tylko wtedy, gdy zmuszeni jesteście zapłacić za wydania zbiorcze ceny okładkowe. Jeśli macie trochę cierpliwości, to radzę jednak polować na serwisach aukcyjnych na pojedyncze tomy, a jeśli zależy Wam na dodatkach, to najlepiej będzie zainwestować kasę w wydanie zeszytowe.

poniedziałek, 27 lutego 2012

#0976 - Criminal vol.2 Lawless

"I think family is a trap... but i figure you already know that..."

Nie jest to według mnie przypadek, że to właśnie ten tom został opatrzony wstępem Franka Millera. W przeciwieństwie do "Coward" (klik albo klik), w "Lawless" związki z jego komiksami zostały zdecydowanie uwypuklone. Kilka razy w trakcie lektury przychodziło mi na myśl, że to on mógłby coś takiego napisać, że widzę tu nawet nie "Sin City", a "Rok Pierwszy" - ale w żadnym wypadku nie nazwałbym tego komiksu epigońskim, powiedziałbym raczej, że to przemyślany ukłon w stronę najlepszych prac starszego kolegi.


Widać, że Ed Brubaker korzysta z doświadczenia Millera, ale reprezentuje już następne pokolenie. Zresztą trzeba pamiętać, że wzorce obaj mieli te same. Klasyczne (i mniej klasyczne) kino noir wydaje się być workiem bez dna dla współczesnych twórców komiksowych. Pisząc o "Criminal" nie sposób ominąć ten temat, bo w wielu aspektach to twór bardzo filmowy. Główny bohater - dezerter chcący pomścić śmierć brata - zdaje się wręcz żywcem wyjęty z klasycznego filmu z Bogartem "Dead Reckoning", a fabuła wskazuje na inspirację niedocenionymi spadkobiercami Melville'a: Walterem Hillem i Mikiem Hodgesem. Mamy tu powrót po latach i zemstę kojarzącą się ewidentnie z "Get Carter", mamy kierowcę pracującego dla szajki przestępców, co kieruje nas na "Drivera" - ale to tylko mały odsetek, w trakcie lektury w głowie mnożą się tytuły które mogły inspirować Brubakera. Brak tu jednak popowej tarantinowszczyzny czy przykładania jakiejś szczególnej wagi do cytatu. Mimo oczywistych związków* ten komiks to nie pusta zabawa formą czy gatunkiem.

W recenzji pierwszej części "Criminal" wspominałem, że to komiks, który artystycznie nie dorasta do swych filmowych odpowiedników. W drugim tomie szala się jednak przechyla. Pod pretekstem napisania komiksu kryminalnego Brubaker pragnie coś ważnego powiedzieć i zdecydowanie nie chodzi tu tylko o wiarygodny obraz środowiska przestępczego (acz to też mu się nadzwyczaj dobrze udaje), a o los człowieczy. Poprzednim razem wspominałem też, że są to przepisane na współczesność szekspirowskie tragedie. Podtrzymuję to i uważam, że nie mogłem nic trafniejszego napisać o tym komiksie. To, co robi Brubaker w jakiś sposób przypomina to, co robił angielski dramaturg - czy, sięgając dalej, to co stosowały do napędzania fabuł greckie tragedie. Wątkiem spajającym poszczególne tomy serii stają się między innymi rodziny głównych bohaterów - co bardzo istotne, to klany zatwardziałych kryminalistów, ale nie potężni bossowie czy członkowie mafii, tylko pospolita szajka rabusiów. Jego postacie, jak i uniwersum które wykreował, posiadają rozbudowaną przeszłość - nad przekonywająco napisanymi bohaterami ciąży brzemię nie tylko wcześniejszych czynów, ale i traumy z dzieciństwa, grzechy ojców i fatum, od którego nie ma ucieczki. Na tym poziomie "Criminal" jest bardzo wiarygodne, posiada cechy świetnej powieści psychologicznej i nie sposób się z tym wszystkim czytelnikowi nie utożsamić. To winduje scenariusz Brubakera ponad gatunek, ponad kryminał w klasycznym rozumieniu, a rozbudowanie elementów obyczajowych ponad noir.

Również konstrukcja scenariusza wskazuje na to, że autor nie jest byle marvelowskim wyrobnikiem. Po mistrzowsku porusza się po czasie i przestrzeni, bardzo celnie i przekonująco stosuje narracyjne sztuczki. Na przykład, by zaostrzyć dramaturgię, niektóre punkty z linii fabularnej przedstawia wcześniej. To może w jakiś sposób kojarzyć się z wyeksploatowanymi środkami narracyjnymi postmodernizmu filmowego, ale wszystko jest tu tak nienachalne, że trudno ten komiks oskarżyć o tanie efekciarstwo. Warto się za to zastanowić, czy przypadkiem tarantinowska konwencja pisania scenariusza nie zaczerpnęła pewnych rozwiązań z komiksu, które teraz wracają do niego jak bumerang. W każdym razie, kiedy w filmie takie zagrywki stały się już dawno pretensjonalne, to w "Criminal" nie słychać ani jednej fałszywej nuty. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę na "gościnne występy", które bardzo zgrabnie zespalają serię. Ten sam sposób stosował N.W. Refn budując uniwersum w swojej gangsterskiej trylogii "Pusher". Nam - czytelnikom komiksów - te sztuczki są znane od lat, spotykamy je, lepiej lub gorzej stosowane, w superbohaterskich cyklach.

Pomijając fantastyczne okładki, nie jest to seria, która od strony graficznej od razu zapiera dech w piersiach - ale muszę przyznać, że Sean Phillips już wciska się w panteon moich ulubionych rysowników. To twórca niepozorny, którego talent dostrzeżemy dopiero w trakcie lektury. Jego styl z jednej strony nawiązuje do starej szkoły komiksu amerykańskiego, z drugiej znajduję w nim coś z europejskich realistycznych rzemieślników. W jego sposobie narracji jest coś naturalnego, co przywołuje na myśl obcowanie z klasycznym, nienachalnym formalnie kinem. Mimo, że w założeniu rysuje "złych facetów z pistoletami", to nie popada w jakąś karykaturalną komiksowość - to nie millerowscy herosi z "Sin City", to zwykli ludzie, jak rysowany przez Davida Muzzucchelliego Gordon z "Roku Pierwszego". Brubaker ma szczęście - nie wyobrażam sobie, by na swej drodze mógł spotkać kogoś bardziej odpowiedniego do ilustrowania jego scenariuszy.

Kolory w "Criminal" nakłada Val Staples. Od razu mówię, że jestem przeciwnikiem komputerowego koloryzowania, ale tym razem nie mam innego wyboru, jak wypowiadać się o nich w samych superlatywach. Wygląda na to, że na przyjrzenie się bliżej jego pracy przyjdzie czas gdy skończę czytać już całe vol 1. Niemniej już w tej recenzji zaznaczę, że w drugim tomie tonacja całkowicie się zmieniła. O ile w "Coward" mieliśmy ciepłe barwy, kojarzące się z kinem lat siedemdziesiątych, to tu mamy zdecydowanie ciemne kolory - które może nie mają sięgać do ekspresjonistycznego noir, ale sprawują podobną funkcję, bo podkreślają ponurą atmosferę opowieści.

Ta seria zaczyna pretendować do miana jednej z moich ulubionych. Zresztą ten tom przypomniał mi, dlaczego czytam komiksy. Jak już wspominałem ostatnim razem, "Criminal" radzi sobie z konwencją sensacyjną lepiej, niż większość współczesnego kina. Gdy pierwszy raz otworzyłem "Lawless", miałem wypieki na twarzy - na pierwszej stronie widniał cytat z piosenki Townesa Van Zandta. Nie wiem, czy istnieje dzisiaj lepszy sposób, żeby mnie kupić. Brubaker to podstępny drań, dobrze wiedział, jaki typ człowieka sięgnie po drugi tom ... ale to też chyba trochę tak, że niektóre komiksy są nam przeznaczone.

*szczególnie ze "Wściekłymi Psami" - ale to też dlatego, że to jedyny film Tarantino w którym postacie posiadają solidnie zarysowaną głębię psychologiczną.

czwartek, 27 października 2011

#886 - Criminal vol. 01: Coward

Gdy pobieżnie przeglądamy "Criminal", z kart buchają na nas zgaszone jesienne barwy, kojarzące się z kinem lat siedemdziesiątych. To dobre skojarzenie. Gdy wgłębiamy się w lekturę, odnajdujemy silne związki choćby z "Ucieczką Gangstera" w reżyserii Sama Peckinpaha. "Takich filmów już się nie robi", chciałoby się powiedzieć. Ale zaraz wypadałoby dodać "dobrze, że tworzy się takie komiksy"...


Nie ma chyba współczesnego tworu, który tchnąłby więcej pary w noir niż "Sin City". To bardzo fajna sprawa, że gatunki filmowe przeszczepione na komiks (jak niegdyś z literatury na film), rozwijają się, żyją własnym życiem. "Criminal" w jakiś sposób również bazuje na tej tendencji, ale podąża w zupełnie innym kierunku niż komiks Franka Millera. To trochę tak, jakby z noir zdjąć całą zasłonę teatralności i skupić się na jego egzystencjalnym aspekcie. Na pewno dobrym, obrazującym istotę rzeczy stwierdzeniem będzie - nadużywane ostatnio, ale w tym przypadku trafne - porównanie z serialami ze stajni HBO. Komiks Brubakera nie stawia bowiem na szybką akcję, nie ma tu herosów z karabinem maszynowym w jednej ręce i mieczem samurajskim w drugiej. Stawia za to na spójną, przemyślaną fabułę i dobrze, wiarygodnie napisane postacie, w których istnienie jesteśmy w stanie uwierzyć.

Jest takie ćwiczenie z kreatywnego pisania - wymyślanie fabuły do najsłynniejszego obrazu Edwarda Hoppera. Zapewne powstały już tysiące opowiadań wysnutych z nostalgicznego wizerunku mężczyzny siedzącego samotnie przy barze. "Criminal", jak i kilka innych komiksów Brubakera, jest jak niezwykle udany efekt tego typu treningu. Mamy oto człowieka. Załóżmy, że przestępcę. To wyjątkowo niewdzięczny zawód, którego raczej nikt o zdrowych zmysłach nie ima się z własnego wyboru. Kryminaliści nie mają ubezpieczeń na życie, płatnych urlopów, emerytury i w razie wpadki nikt nie bierze za nich odpowiedzialności. Są zazwyczaj samotni, bo jaka kobieta wytrzymałaby presję bycia żoną bandziora? Świat kryminalistów Brubakera jest niezwykle gorzki. To nie jest środowisko wydreszonych małp, czy eleganckich psycholi wsadzonych w drogie, dobrze skrojone garnitury. Autor uzmysławia nam ważną rzecz - kryminalista to nie tylko silnoręki gangster, to również kieszonkowcy, drobni oszuści, narkomani zmuszani przez nałóg do przestępstw.

Jednak nie jest to komiks obyczajowy, próbujący być dokumentem, znakiem epoki ze starannie zarysowanym kontekstem społeczno-politycznym. Są tu wyraźnie wyczuwalne prawa i poetyka gatunku. To klisze. Przepisane na współczesność szekspirowskie tragedie. Mimo wyeksploatowania nie wydają się jednak karykaturalne i są mniej "komiksowe", niż niejeden współczesny Hollywoodzki film. To paradoks, że to, co w kinie dziś podawane jest już niemal wyłącznie jako niestrawne i bełkotliwe blockbustery, w komiksie wypada dużo wiarygodniej niż na celuloidzie.

Dużo w tym zasługi rysunków Seana Philipsa. Nie ma w nich zbędnych fajerwerków, powiedziałbym wręcz, że jest bardzo klasycznie, a narracja odnosi się właśnie do sprawdzonych, filmowych sposobów opowiadania obrazem. Ludzie za tym tęsknią - dowodem niech będzie komercyjny sukces "Drive", bazujący na nostalgii za dobrym, starym kinem sensacyjnym. Początkowo myślałem, że rysunki - w których rola czerni jest ogromna, bo często tusz nakładany jest grubym patykiem - wyglądałyby lepiej, gdyby nie babrać ich tymi komputerowymi kolorami. Potem jednak doszedłem do wniosku, że dobrze, iż plansze nasycono tymi jesiennymi barwami, bo pomaga to nam uwierzyć, że nie czytamy przejaskrawionego, ekspresjonistycznego noir.

Na początku wspomniałem o związkach z filmami Sama Peckinpaha. Jeśli idzie o ilość goryczy, połączoną z konwencją sensacyjną, trudno będzie o lepszy przykład. Pierwszy tp: "Coward" garściami czerpie zarówno z "Ucieczki Gangstera", jak i z "Przynieście mi głowę Alfredo Garcii". Co prawda wartością artystyczną nie dorasta do pierwowzorów, ale wydaje mi się, że wyszło nadzwyczaj udanie i "Criminal" z powodzeniem wejdzie do komiksowego kanonu. Pozostaje ubolewać, że tak jak w przypadku recenzowanego przez Marcina "Scalped", żaden wydawca nie jest zainteresowany opublikowaniem u nas serii tak istotnej dla współczesnego mainstreamowego komiksu.

Kiedyś inny Hopper - Dennis (świeć Panie nad jego duszą) powiedział, że Tarantino to Mark Twain naszych czasów. Według mnie Tarantino ma za mało do powiedzenia na temat - odwiecznie kiepskiej - kondycji ludzkiej. Wiem, że tym razem ja bym przesadził, mam jednak ochotę sparafrazować te słowa i powiedzieć to samo o Brubakerze...