Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ed Benes. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ed Benes. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 stycznia 2014

#1512 - Batman. Detective Comics #2: Techniki zastraszania

DC Comics wiele ryzykowało z zakrojoną na szeroką skalę rewolucją w swoim komiksowym uniwersum. Początkowo New 52, czyli świeży (no, prawie) start wszystkich serii okazał się olbrzymim sukcesem. Najlepszym przykładem tego był premierowy zeszyt "Justice League". Seria pisana przez Geoffa Johnsa i Jima Lee od początku była skazana na sukces, ale nikt nie spodziewał się, że będzie on aż tak spektakularny. 200 tysięcy egzemplarzy pierwszego nakładu, cztery dodruki, zainteresowanie mediów – nieśmiało zaczęto wieszczyć koniec kryzysu amerykańskiego przemysłu komiksowego.

środa, 5 września 2012

#1126 - Rzut za 3: Na krawędzi

W linii Edge prezentowane są serie, które nie mając korzenie w Vertigo znajdują się niejako poza głównym nurtem nowego uniwersum DC. W niej pomieszczono komiks wojenne, science-fiction, westerny i tytuły, które wcześniej wydawane były w ramach imprintu Wildstorm. Generalnie jest tu mrocznie, brutalnie i ekstremalnie.

„Suicide Squad vol.1 – Kicked in the Teeth” (Adam Glass i Federico Dallocchio, Scott Hanna, Ransom Getty, Andrei Bressan, Cliff Richards, Clayton Henry, IG Guara)

To chyba największe (pozytywne) zaskoczenie relaunchu. Po „Suicide Squad” nie spodziewałem się niczego poza przerysowaną brutalnością i tanią erotyką, a (oprócz tego) dostałem również całkiem sporo niezłej, peleryniarskiej rozrywki. Jeśli tylko przymknie się nieco mocniej oko na tandetni pomysł i klasyczne dla gatunku klisze, można dostrzec całkiem sprawnie napisany komiks akcji. Jest humor, są niezłe dialogi, akcja nie zwalania tempa ani na sekundę, ciekawa galeria postaci z niezłym twistami fabularnymi może się podobać. Całość trzyma fason, a czytelnika - w napięciu. Fabuła obraca się wokół Task Force X – grupy do zadań specjalnych złożonej ze superprzestępców przebywających w zakładzie Belle Reeve, potocznie nazywanej właśnie Suicide Squadem. Barwna ekipa łotrów z Deadshotem, Harley Quinn, El Diablo i King Sharkiem w składzie podejmuje się najbardziej ekstremalnych misji, licząc na złagodzenie swoich wyroków. Coś, jak „Thunderbolts” Warrena Ellisa z Marvela tylko, że niemal wyłącznie skupione na akcji, na wykonywanych przez skazańców misjach. Szkoda tylko, że przez taką konstrukcję cierpi nieco ekspozycja postaci, ale trzeba przyznać, że Adam Glass sprawnie rozegrał dość ograny pomysł. Nieco gorzej sprawa się ma z oprawą wizualną. Co kolejny zeszyt, to narysowany jest w innym stylu – nawet Dallocchio, który popełnił najwięcej stron w poszczególnych odcinkach rysuje inaczej. Jest raz lepiej, raz gorzej, ale żadne nazwisko z dość długiej listy grafików nie zapadło mi w pamięć. Ale i tak warto spróbować sięgnąć po „Kicked in the Teeth”.

„Ressurection Man vol.1 – Dead Again” (Dan Abnett, Andy Lanning i Fernando Dagnino, Fernando Blanco)

W „Ressurection Manie” Dan Abnett i Andy Lanning kluczą pomiędzy lśniącym, superbohaterskim światkiem DCU, a ciemnymi zakamarkami Vertigo. Etykieta „na krawędzi” pasuje do tego komiksu jak ulał. Bo zaczyna się od niepokojącego dreszczowca (pierwszy zeszyt), by zaraz potem przeskoczyć do klasycznej superbohaterskiej nawalanki (#3). Jest raport z zakładu Arkham (#6), a obok niego bardzo heroiczna wycieczka do Metropolis (#7). Taki konglomerat różnych, równie przerysowanych estetyk nie przeszkadza jednak fabule pozostawać spójnej i z pewnością jest świadomym wyborem duetu scenarzystów. Akcja rozwija się wartko (niekiedy nawet zbyt szybko) i w nieco zapomnianym w branży stylu. Poszczególne zeszyty stanowią mniej lub bardziej zamknięte całości, które oprócz tego, że są puzzlami, kawałkami większej całości (którą pewnie jest tajemnica Mitcha) same w sobie nie są tylko wypełnieniem pomiędzy jednym, a drugim cliffhangerem. W poszczególnych odcinkach „Resurrection Mana” jest całkiem sporo pełnokrwistej fabuły, czego (niestety) o wielu innych superbohaterskich produkcjach, nastawionych na ciągłą retardację i odwlekaniu finału, napisać się nie da. Widać, że Abnett i Lanning znają się na swojej robocie, choć mam wrażenia, że nie dali z siebie wszystkiego. „Resurrection Man” mógł być jeszcze lepszym komiksem, niż jest. Historia Mitchela wciąga, ale całość wydaje się jednak sklecona pośpiesznie, jakby Abnett i Lanning nie dali czasu swoim pomysłom, aby odpowiednio się uleżały. Za grafikę odpowiedzialny jest Fernando Dagnino, który jest okropnie nierównym rysownikiem. Niekiedy, niemal wprawiał mnie w zachwyt, a innym razem nie mogłem patrzeć na paskudne kadry jego autorstwa. Ale znowu, podobnie jak w przypadku „Suicide Squadu”, fani super-hero powinni dać szansę temu tytułowi. Szkoda, że redaktorzy sądzili inaczej i skasowali serię.

„Red Lanterns vol.1 – Blood and Rage” (Peter Milligan i Ed Benes, Diego Bernard)

Jest i drugie ostrzeżenie dla Milligana. On-going „Red Lanterns” oczywiście nie należy do linii Edge, ale z pewnych przyczyn znajduje się na owej krawędzi. Do tego tytułu przyciągnęło mnie nazwisko scenarzysty na okładce. Skoro autor „Enigmy” i „X-Statix” uznał, że w kuriozalnym korpusie Atrocitusa jest potencjał na jakąś dobrą fabułę, uznałem, że warto sięgnąć po tę serię. I, znowu, srodze się rozczarowałem. Po pierwsze, w „Blood and Rage” nie ma żadnego z motywów, za które wszyscy kochamy Milligana, ani jego specyficznej wrażliwości, a po drugie – to okropnie przeciętny superbohaterski produkcyjniak. Z kiepską narracją, przypominającą dlaczego zrezygnowano z zbytnio rozbudowanej narracji z offu, zupełnie nieprzekonującymi bohaterami, kulawo poprowadzoną akcją i graficznym powrotem do lat dziewięćdziesiątych. Czerwonymi Latarniami (nomen omen!) mogą zainteresować się jedynie tropiciele seksualnych kontekstów w historiach z superbohaterami. Jeśli są jakieś granice przyzwoitości w prezentowaniu komiksowej kombinacji seksualność i brutalności to Ed Benes (który w branży zasłynął tym kadrem) wszystkie je przekracza. Nie dość, że Bleez, główna kobieca protagonista opowieści, na każdy kadrze świeci swoją niemal nagą dupą, prężąc się i wyginając do czytelnika, to niemal każde jej spotkanie z Artocitusem, samcem alfa na Ysmault, kończy się na dotkliwym poniżeniu. Nie wiem czy Benes nie znajduje jakieś przyjemności w rysowaniu zakrwawionej, kulącej się na ziemi niebieskoskórej obcej ubranej w wyzywający, obcisły kostium, przynoszącej na myśl lateksowe wdzianka modne w środowiskach sado-maso, ale nad wyraz często takie obrazki można oglądać w „RL”.

piątek, 15 lipca 2011

#806 - Blackest Night

Geoff Johns sprawiając, że Zielona Latarnia zajaśniała pełnią szmaragdowego blasku, przywrócił mi nadzieję w komiksy superbohaterskie. W jego "Green Lanternie" znalazłem to, za co pokochałem te niepoważne kolorowe zeszyty, a o czym tak często się zapomina – atmosferę fantastycznej przygody, większej niż życie. Do tego scenarzysta sprawiał wrażenie poważnego człowieka, szanującego intelekt swojego czytelnika – wiedział, że historia musi mieć ręce i nogi, aby mogła być uznawana za "epicką".

I dokładnie tak było w przypadku "Sinestro Corps War", najlepszego komiksowego eventu od czasu "Civil War". Nie wystarczy bowiem wrzucić dziesiątki postaci w środek wielkiej bitwy i obsłużyć fana kilkoma efekciarskimi scenami. Wszystko musi być odpowiednio skomponowane. Musi mieć swoją dramaturgię i nie urągać podstawom jakiejkolwiek logiki i zdrowemu rozsądkowi. Wtedy dopiero może się udać. Podobnie było w przypadku "Rebirth", które postawiło fundamenty pod spójną mitologię Zielonej Latarni (choć są fani, którym wizja Johnsa zupełnie nie odpowiada) i powinno być przechowywane w Sevres, jako wzorzec dla udanego ret-conu. Ekscytująca zapowiedz "Blackest Night" pojawiła się w finale "SCW" i od tamtego czasu z niecierpliwością czekałem na finałowy akt zielonej trylogii Johnsa. Gorliwie wierzyłem, że "Najciemniejsza Noc", która rozrosła się do obejmujący całe uniwersum eventu, będzie jeszcze większa i jeszcze lepsza od poprzednich "części". Trzymałem kciuki za Johnsa, żeby pokazał jak robi się wielkie crossovery spinając w jednej historii porozrzucane tu i ówdzie wątki wielkiej zielonej sagi, której początki można znaleźć w "Tales of the Green Lanterns" Alana Moore`a. Miało być wspaniale - War of the Light, misja Abina Sura i obsesja Atrocitusa, sektor 666 i planeta Ryut, a wyszło, jak w przypadku większości wielkich, wakacyjnych eventów. Rozczarowująco, irytująco i po prostu źle.

A zaczynało się naprawdę pięknie. W #43 zeszycie serii "Green Lantern" Johns w pełnej grozy opowieści przedstawia postać Williama Handa, który w walce śmierci z życiem ma do odegrania kluczową rolę. Jeszcze lepszy jest premierowy numer głównej mini-serii "Blackest Night". Herosi odwiedzający groby swoich bliskich nie wiedzą jeszcze, że niedługo to zmarli przybędą by ich odwiedzić. I nie będzie to miła wizyta. Szczególnie spotkanie Elongated Mana i Sue Dibny z Hawkmanem i Hawkgirl na długo zapada w pamięć. Johns bardzo umiejętnie buduje napięcie, zderzając kolorową konwencję superhero z nieustannym poczuciem zagrożenia tak charakterystycznym dla horrorów z zombiakami, w których śmierć może czaić się za każdym rogiem. Z kolejnymi numerami "BN" atmosfera się zagęszcza, a poziom "epickości" rośnie. Scenarzysta udanie balansuje pomiędzy wewnętrznymi sprawami latarników, a resztą uniwersum DC, obsadzając w głównych rolach Barry`ego Allena, Hala Jordana i Sinestra. Ale tak naprawdę show kradną postacie do tej pory drugoplanowe. Mera, żona Aquamana, oryginalny Atom i nowy Firestorm świetnie prezentują się w świetle reflektorów. Niestety, w okolicach czwartego zeszytu, kiedy pojawia się Nekron, zaczyna się dziać coś złego.

Tempo akcji momentalnie siada. Historia gubi swój rytm wprost proporcjonalnie do ilości superbohaterów pomieszczonych na kadrach. Umiejętnemu zawiązaniu akcji zabrakło odpowiedniego wykończenia. Pełna autentycznej grozy opowieść zamienia się w festiwal tanich zagrywek i to samo dzieje się na łamach "Green Lanterna". Właściwie od drugiego zeszytu historia zamienia się w feerię kolorowych promieni wystrzeliwanych przez członków poszczególnych korpusów (jak widać musiałem ograniczyć się tylko do dwóch albumów – "Blackest Night" i "Green Lantern: Blackest Night", odpuściwszy sobie tie-iny i trejda "Green Lantern Corps"). Johns dostaje jakiegoś niewytłumaczalnego kociokwiku i zaczyna wrzucać do swojej historii, jak do jakiejś zupy, wszystko, co tylko ma pod ręką. Dużo, naprawdę dużo kolorowych pierścieni, Parallaxa i Spectre`a, czaszkę Batmana i White Lanterna, kwestię zmartwychwstań w DCU i tajemnice Zielonych Latarni. Im więcej, tym lepiej? Nic bardziej mylnego.

"Blackest Night" cierpi również na chorobę, która trapi wszystkie wielkie crossovery. W jaki sposób poprawnie czytać tę słusznych rozmiarów opowieść? Jak uniknąć nieprzyjemnego przeplatania się wątków? Ciężko czytać albumy po kolei, bo wtedy fabuła ma dziury, jak ser szwajcarski. Próbując zachować chronologię zeszytów historia leży pod względem spójności i kompozycji. Ale jaki wariant lektury by nie wybrać, to komiks i tak znużył. Jest niepotrzebnie przeciągnięty (choć tak naprawdę to dzieje jednej, wielkiej bitwy z ucieleśnieniem śmierci), przez co pozbawiony dramaturgii, która przecież była tak mocnym punktem "Sinestro Corps War".

W przeciwieństwie do Johnsa na wysokości zadania stanął Ivan Reiss. Dzięki tym ośmiu numerom "Najciemniejszej Nocy" awansował do ścisłej pierwszej ligi mainstreamowych rysowników w Ameryce. Ze swoim szlachetnym, bliskim szkole Johna Byrne`a, stylem oddaje hołd klasycznej kresce, pamiętając jednak o lekcji udzielonej przez Jima Lee. Niechętny tendencjom do ufilmowiania komiksowej narracji i dekompresji kadrów, nawiązuje do trendów z lat osiemdziesiątych. Potrafi ładnie zagrać tempem opowieści, czuje rytm narracji obrazkowej (oczywiście w dość ograniczonych ramach konwencji) i jeśli zombiakom udaje się przestraszyć czytelnika, to właśnie za sprawą rysownika. Nieco irytuje jego zamiłowanie do splaszów, ale czuję, że sporo do powiedzenia w temacie kompozycji miał scenarzysta. Słabiej prezentuje się oprawa graficzna w "Green Lanternie". Kreska Douga Mahnkego ma w sobie coś co mnie strasznie irytuje. Szczególnie, kiedy nie ma zbyt wiele czasu na dopracowanie swoich prac. Swoje trzy grosze dorzucają również Ed Benes, Jerry Ordway i Marcos Marz.

Bardzo przykro mi to mówić, ale Geoff Johns nie stanął na wysokości zadania, które sobie założył. Zaczął dobrze i stosunkowo niewiele brakło, aby mu się udało. Zamiast ugruntować swoją pozycję w elicie mainstreamowych scenarzystów, od czasów "Blackest Night" rozpoczął swój zjazd w dół, nie tworząc od tamtego czasu właściwie żadnego komiksu wartego uwagi. Popadł w pisarską rutynę. Obowiązki pełnione w zarządzie DC i praca nad filmowym "Green Lanternem" wcale mu nie pomagają w zmianie tej sytuacji. Z coraz większym niepokojem wyczekuje jego wersji "Justice League".