Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Snejbjerg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Peter Snejbjerg. Pokaż wszystkie posty

piątek, 9 października 2015

#1970 - Rzut za 3: Nowości 26. MFKiG (1)

Nie przypominam sobie, żebym w ciągu kilku ostatnich lat wrócił z Łodzi tak obładowany komiksami, jak w tym roku. Teraz dobre kilka kilogramów obrazkowej literatury piętrzy się przede mną na biurku i czeka na lekturę. O większości z nowości, które pojawiły się na MFKiG chciałbym napisać, ale nie wszystkie komiksy doczekają się pełnowymiarowych recenzji. Brakuje na to zarówno czasu, jak i sił przerobowych. Postanowiłem więc wrócić do sprawdzonej formuły Rzutu za 3, dzięki której sprawniej uda mi się ogarnąć Zaczynajmy!


piątek, 16 grudnia 2011

#924 - Byłem bogiem (raz drugi)

John Arcudi to scenarzysta, który od jakiegoś czasu znany jest przede wszystkim ze ścisłej współpracy z Mike'm Mignolą, z którym to regularnie pisze kolejne historie z serii "B.B.P.O.", jak również osobne przygody Abe'a Sapiena czy - obecnie - 'legendarnego' Lobstera Johnsona. "B.B.P.O." i wspomniane spin-offy to, jak wiadomo, pozycje ocierające się o nurt superhero, ostatecznie jednak wpisujące się w zgoła odmienne rejony. Być może to właśnie dzięki tej wieloletniej już przygodzie ze światem Hellboy'a umysł Arcudiego spłodził "Byłem bogiem", jeden z najambitniejszych komiksów dotyczących superhero, jakie wydane zostały w Polsce. Szkoda tylko, że samo ambitne podejście do tematu nie jest jeszcze gwarancją jakości.


Dopóki pewien pozaziemski obiekt (sic!) nie uderzy w miejsce zamieszkania jednego z bohaterów, opowieść jawi się jako stricte obyczajowa. Jednakże w momencie, gdy wspomniany Eric Forester na wskutek tajemniczej katastrofy zyska nadludzkie moce, owe obserwacje dnia codziennego nie zejdą wcale na dalszy plan. Dołączą do nich fragmenty o charakterze socjologicznym, z którymi to razem stanowić będą doskonałą przeciwwagę dla dawno wypranych ze świeżości schematów rodem z klasycznych pozycji superhero. Wszystkie te elementy stanowić będą bardzo interesującą całość, aczkolwiek w pewnym momencie zaczną oddalać się od siebie dokładnie tak, jak świeżo upieczony obrońca ludzkości zacznie oddalać się od swoich najbliższych.

Arcudi zapoznaje czytelnika z psychologią tłumu, a pewnej krytyce poddaje stymulujące masami media, specjalizujące się w wyszukiwaniu kolejnych sensacji. Ukazane zostają przeróżne konsekwencje ogromnej sławy - przede wszystkim na przykładzie rodziny Erica - jak również proces wynoszenia danej jednostki na piedestał, a następnie jej publicznego napiętnowania. Bo pan Forester staje się nie tyle superbohaterem, co swego rodzaju celebrytą. Tyle że w jego wypadku zmieszanie go przez media z błotem zdaje się być dużo bardziej na miejscu, niż gdy dzieje się to odnośnie dobrze znanych nam gwiazd. Wszakże w końcu odwraca się on przeciwko ludzkości. Zaczyna gardzić nią, a następnie niszczyć, gdyż nadludzkie moce wyolbrzymiają nie tylko jego zalety, ale i wady - egoizm, hipokryzję, zazdrość. Przyczyniają się do powstania kompleksu wyższości, który należałoby tu nazwać kompleksem superbohatera. I właśnie w tym momencie zaczynają się przysłowiowe schody.

Nietuzinkowy portret - a właściwie reinterpretacja - komiksowego herosa zmierza nagle w rejony spoza świata kolorowych zeszytów. Oto Eric Forester okazuje się nietzscheańskim nadczłowiekiem wziętym w komiksowy cudzysłów, napędzanym jednak nie charakterystyczną dla niemieckiego filozofa żelazną logiką, lecz szczątkowo ujętym fanatyzmem religijnym. Forster wierzy, iż jest następcą biblijnego Samsona, następnie określa się mianem głosu bożego, aby w końcu samemu stać się bóstwem. Autodestrukcyjna ścieżka, jaką w związku z tym podąża, przywołuje z kolei na myśl "Zbrodnię i karę" Fiodora Dostojewskiego, który to w przeciwieństwie do Nietzschego wyższości jednych jednostek nad drugimi wcale nie propagował. Ale tak, jak logiczne argumenty kontrowersyjnego Friedricha amerykański scenarzysta zastąpił ledwie nakreśloną religijnością, tak dialektyczne ujęcie tematu, jakie znamy z arcydzieła Dostojewskiego, zastąpił enigmatycznością, dzięki której cała opowieść jest zaskakująca, ale jednocześnie powierzchowna. 

Oczywiście nie chodzi o to, aby porównywać komiks do dokonań XIX-wiecznych myślicieli i na tej podstawie go oceniać. Chodzi o to, aby poprzez takie zestawienie uwypuklić jego mankamenty. Problem polega bowiem na tym, że bardzo ambitnym, zahaczającym przecież o filozofię, podejściem do superhero Arcudi rzucił się na bardzo głęboką wodę. I nagle okazuje się, że wcale nie jest pływakiem tak dobrym, jakim początkowo zdawał się być. Czy może raczej - tak dobrym, na jakiego pozował.

Podstawą akcji są niedopowiedzenia, a motorem napędowym fabuły kwestia niemożliwości zrozumienia superbohatera przez zwykłych ludzi. Pozwala to autorowi na zdystansowanie się od swojej centralnej postaci. To rozwiązanie bezpieczne - unika on w ten sposób banału czy pretensjonalności - ale nie usprawiedliwia powstałej w ten sposób ogromnej luki. Psychologia superbohatera zostaje porzucona, aby był postacią bardziej tajemniczą, co okazuje się narzędziem służącym wyłącznie dramaturgii. Szczątkowe ujęcie aspektu religijnego czyni je trywialnym i niewiarygodnym. Brakuje podłoża intelektualnego, które dowodziłoby, że Arcudiemu chodziło o coś więcej, niż tylko pusty efekt. A tak kolejne elementy ostatecznie wcale nie łączą się w nierozerwalną całość, bo wspomniane braki to składniki niezbędne, aby wszystko ze sobą zgrabnie zespolić.

Zdecydowanie lepiej jest z samą oprawą wizualną. Rysunki Petera Snejberga - a dokładniej same twarze kolejnych postaci - początkowo jawiły mi się jako zbyt "umowne", jak na tak zapowiadający się scenariusz, ale już po kilku stronach zapomniałem o swoim wcześniejszym "kręceniu nosem". Jego prace płynnie przechodzą z tego, co "ładne i grzeczne" w to, co "brzydkie, brudne i paskudne". Przy tym nawet w najbardziej brutalnych fragmentach komiksu jego kreska pozostaje tak samo estetyczna. Można powiedzieć, że to swego rodzaju "plastik", którym rysownik wpisuje się w tak jednowymiarową historię, ale mi osobiście podobało się. Trochę podobnie jest odnośnie kolorów naniesionych przez niejakiego Bjarne Hansena. Miejscami wyglądają trochę sztucznie, miejscami zaś czynią rysunki zaskakująco sugestywnymi.

"Byłem bogiem" to niecodziennie spojrzenie na superbohatera przez pryzmat jego ludzkich słabości, co niewątpliwie tego typu postać bardzo uczłowiecza. Szkoda tylko, że tam, gdzie wiarygodność jest najbardziej potrzebna, tam jest jej akurat najmniej. Nie mam wątpliwości, że komiks ten byłby do samego końca dobry, gdyby tylko scenarzysta nie mierzył tak wysoko. Wówczas nie ocierałby się o grafomanię, a komiks wolny by był od intelektualnego bełkotu, w jaki ostatecznie popada.

czwartek, 15 grudnia 2011

#923 - Byłem bogiem (po raz pierwszy)

Pewnie nie widać tego w moich tekstach - bo tak się jakoś złożyło, że zazwyczaj piszę o komiksach innego sortu - ale lubię konwencję superhero. Jak większość z Was jestem osobą wychowaną na "semickich" komiksach i - jakby pedalsko to nie brzmiało - rajtuzy to część mojej osobowości. Może nie jestem na bieżąco ze współczesnym amerykańskim mainstreamem, ale zawsze witam z otwartymi rekami każdy komiks superbohaterski z aspiracjami. Tak też witałem polskie wydanie "Byłem Bogiem"...


Gdy Alan Moore pisał "Watchmen", wychodził z dość prostego, ale jakże genialnego pomysłu - jakie konsekwencje miałoby dla ludzkości to, gdyby obdarzeni boską mocą superbohaterowie istnieli naprawdę. Od tego czasu powstały setki wariacji na ten temat i prób "uczłowieczenia" herosów w trykotach. Wychodziło różnie, a temat wbrew pozorom dalej nie jest do końca wyeksploatowany... Sięgając po "Byłem Bogiem" - właściwie chyba nieznane, ale w notkach promocyjnych chwalone przez rzeszę uznanych autorów - miałem duże nadzieje...

Historia opowiada losy zwykłego szarego człowieka, który pewnego dnia zostaje obdarzony boską mocą. Zaczyna się nią posługiwać dla dobra ludzkości, stara się chronić swoich bliskich, jednak nie radzi sobie z brzemieniem, jakim okazuje się ów dar. Któregoś dnia coś w nim pęka i zaciera mu się granica między dobrem i złem, zaczyna odczuwać niechęć do ludzi, w końcu posuwa się do nieludzkich okrucieństw. W przedstawieniu tej przemiany nie ma nic interesującego. Możemy się jedynie domyślać jaką rolę odegrały w tym jego stosunki rodzinne i plątanie się w politykę. Scenarzysta omija trudne tematy, bo najwyraźniej nie radzi sobie z nimi. Gdy dochodzi do istoty sprawy napotyka barierę, bo nie umie postawić się w sytuacji napisanej przez siebie postaci...

Dziś już się nie dziwię, że Moore boi się o losy "Watchmen". Gdyby kontynuacją miał zająć się ktoś pokroju Arcudiego, byłoby to katastrofą. Postawmy sprawę jasno: "Byłem Bogiem" to nie jest komiks zły - to komiks głupi, płytki i jedynie udający, że ma coś ważnego do powiedzenia, a przy tym pogłębiający niechlubne stereotypy na temat medium. Krzywdzi je głównie dlatego, że próbuje w swoich ramach nieudolnie zawrzeć głębsze treści - a ostatecznie nie jest niczym więcej niż efektowną nawalanką, której wydźwięk sprowadza się do niezbyt oryginalnego, łopatologicznego stwierdzenia, że świat jest niesprawiedliwy, więc jeśli Bóg istnieje, to musi być "przeklętym draniem". Zapytacie - jak tę "mądrość" przełożyć na konwencję superhero? Ano superbohater staje się "przeklętym draniem", gdy rzuca czołgami nie w tych co trzeba...

To bełkot kogoś o mikrym uduchowieniu próbującego zniżyć nas i cały świat do swojego poziomu. Autor podejmuje trudne tematy z gracją godną Kononowicza. Bohater zapytany o sens swojej zbrodni odpowiada: "Bo tak". Innym razem mówi do swojego przyjaciela: "Zło to słowo wymyślone przez człowieka, nic nie rozumiesz". No tak, ja też nic nie rozumiem. To jakieś koszmarne, dresiarskie Zen, próbujące nam wcisnąć bardzo płytkie rozumienie świata. Jak na kogoś obdarzonego boskością, tytułowa postać ma wyraźne problemy z wyartykułowaniem swojej niechęci do homo sapiens. Możliwe, że da się te "mądrości" wcisnąć przygłupim Amerykanom, może i przemawia to do ludzi będących na poziomie filmów Zacka Snydera, ale w wyrobionym komiksiarzu (a chcę wierzyć, że większość polskich czytelników nimi jest) może wywołać agresję... może scenarzysta chciał udowodnić, że komiksiarze są źli? Ja po lekturze byłem zły, wręcz wściekły... na jakimś poziomie to twór obrażający moje człowieczeństwo. To jak próba rozmowy o Bogu z kimś, kto nie wie co to metafizyka (i nie mam tu na myśli nieznajomości tego określenia, tylko brak uduchowienia)... Dorabiając tu drugie dno, w najlepszym przypadku można ten komiks interpretować jako personifikację bólu i żalu po klęskach żywiołowych, które ostatnimi latami dotykały Amerykę. Ale jeśli idzie o komiks superbohaterski, to dużo bardziej udanie wyraził ten smutek w pierwszych zeszytach swojego runu "Thora" J. Michael Straczynski, ukazując boga piorunów kręcącego się po Nowym Orleanie zmasakrowanym przez huragan Katrina.

Swojego czasu umiarkowanie chwaliłem Arcudiego za wydanego w Komiksowych Hitach "Predatora". Ale to, co wystarczyło do satysfakcji z kibelkowej lektury na nic nie pozującej pulpy za dychę, nie wystarczy, by czytelnik poczuł się kontent przy dużym, ambitnym autorskim projekcie. Może Arcudi jest przyzwoitym komiksowym rzemieślnikiem, ale pisarz - przy całym emocjonalnym bagażu tego słowa - z niego nie najlepszy. Narracja, mimo że zapewne sprawdzająca się przy typowej superbohaterskiej pulpie, nie sprawdza się w czymś, co ma nas skłonić do refleksji, w tworze udającym, że posiada jakąś głębszą treść. Sposób, w jaki był pisany ten komiks musiał się ograniczać do notek typu: "półnagi heros przez trzy następne strony walczy z wojskiem, potem pręży się na zgliszczach". To, plus trochę dialogów, to chyba cały scenariusz. To nie jest pisarstwo - to wyrobnictwo kojarzące się z najgorszymi nawykami twórców amerykańskiego mainstrememu. Więcej treści znalazłem w grindcorowym koncept albumie - Bomba W Torcie : Anarchia 666 czyli pod panowaniem doktora Jelito.

Przechodząc do rysunków, zmierzamy do meritum sprawy. Do pytania - skoro to TAKI komiks, to dlaczego go u nas wydano? W czasach, gdy na rynku wtórnym wyprzedane "Watchmen" osiąga zawrotne ceny, a w kolejce do opublikowania czeka jeszcze masa klasyków, czym sobie zasłużyliśmy na tak wyszukaną karę jak druk tego koszmaru? Odpowiedź okazuje się niezwykle prosta. Mucha to duńskie wydawnictwo, a pracujący przy rysunkach Snejbjerg jest rodowitym Duńczykiem. Od razu mówię - nie jest złym rysownikiem, radzi sobie sprawnie, ale nic poza tym. Miałkość i przeciętność jego stylu najłatwiej dostrzec patrząc na rozciągnięte do dwóch plansz plany totalne. Nie ma na nich nic, co choć na chwilę przykułoby naszą uwagę. Z czystego patriotyzmu to na pewno pozycja obowiązkowa dla jego rodaków, ale na naszym rynku będzie to komiks, który wydawnictwo albo wyprzeda za pół darmo, dołączy gratis do każdego egzemplarza "Gorzkiego Morphingu", albo zmieli robiąc miejsce w magazynie...

Gdy patrzę na rewers okładki, to zaczyna mi się wydawać, że "miziando" i klepanie się po pupciach to urok nie tylko naszego środowiska komiksowego. "Najbardziej ludzki obraz superbohatera, jaki kiedykolwiek widziałem" pisze Mike Mignola. Łże jak pies.

środa, 30 czerwca 2010

#489 - Drogi Billy

Garth Ennis nigdy nie jest pisarzem delikatnym. W jego pracach zwykle trup ściele się gęsto, krew tryska, aż miło, a wyrazy powszechnie uznawane za niecenzuralne pełną funkcję przecinków w dialogach. Nie ważne czy pisał akurat o Belfaście, wojnie, miłości, poszukiwaniu Boga, czy odkłamywał jednego z ikonicznych bohaterów Marvela, robiąc z niego owładniętego swoją świętą misją seryjnego mordercę. Autor "Kaznodziei" zawsze walił wprost, nie bawiąc się w żadne półśrodki, subtelności, nie uznając żadnych tematów tabu. Szokował, bulwersował, obrażał, budził kontrowersje, a nierzadko wręcz obrzydzenie, choćby swoim zamiłowanie do seksualnej perwersji i deformacji ludzkiego ciała.
Najnowsza pozycja irlandzkiego scenarzysty, wydana na polskim rynku przez Mucha Comics, odbiega od takiego stereotypowego "wzoru" na komiks a'la Ennis. Przynajmniej z pozoru. "Drogi Billy" to druga mini-seria opublikowana pod szyldem "Battlefields" dla niewielkiego amerykańskiego wydawnictwa Dynamite Entertainment. Podobnie, jak "Night Witches" i "Tankies" traktuje o koszmarze wojny, innym, wciąż powracającym w twórczości Ennisa temacie.

Autor oprawy graficznej, Peter Snejbjerg, rysuje w podobnej manierze, co wieloletni współpracownik Ennisa, Steve Dillon. Niestety, nie dorównuje swojemu koledze po fachu talentem. Stosuje podobną technikę, by uzyskać komiksowy realizm najmniejszym nakładem środków. Jego kreska jest nierówna – fatalnie wychodzą mu tła, nieco lepiej postacie, a efekt kładą kiepsko położone kolory.

Podczas amerykańskiej kontrofensywy na Pacyfiku, linia frontu w Azji Południowo-Wschodniej nieustannie się przesuwała. Po zdobyciu Singapuru Carrie Sutton dostała się w ręce Japończyków. Wraz z innymi kobiecymi jeńcami została zgwałcona, a potem cudem udało jej się przeżyć egzekucję. Przez pewien czas dochodziła do siebie w Kalkucie, by potem podjąć pracę pielęgniarki służby pomocniczej w pobliskim szpitalu.Garth Ennis opowiada historię o wojennych ranach, które bardzo trudno się goją. Okrutnie skrzywdzona przez wrogich żołnierzy Carrie cierpi i chce zemsty. Chce, żeby Japończycy nigdy nie przestali płacić za to, co jej uczynili. Z ofiary, zamienia się w kata, wymierzającego należną karę, pchana bezmyślnym pragnieniem odwetu i zemsty. Niestety, jednoznaczność postępowania Carrie i łatwość, w jaką zamieniła się w zimnokrwistą morderczynię odbiera wiarygodność jej postaci i tym samym całej historii. Nigdy się nie zawaha, nigdy nie zadrży jej rękę, co czyni z niej żeńskie wcielenie Punishera, a całą opowieść bierze w komiksowy nawias przerysowania i groteskowości. Wielka szkoda, bo wariacja nt. "przemoc rodzi przemoc, tylko jeszcze bardziej brutalną i bezlitosną", zapowiadała się nader ciekawie. Niestety, Ennis ślizga się jedynie po powierzchni i momentami idzie na łatwiznę, szczególnie w zakończeniu.

Nawet, jeśli w "Drogim Billy'm" brakuje obsceniczności i wulgarności, to nie da się go przeczytać bez poczucia dotknięcia czegoś brudnego, zepsutego, odrażającego. Historia kipi nienawiścią i gniewem, nie mniej, niż "Hellblazer" czy "Kaznodzieja". Co gorsza, brakuje w nim ennisowskich "wartości pozytywnych", znanych z innych jego komiksów. Nie ma tu honoru nie pozwalającego na złamanie raz danego słowa, nie pojawia się wątek prawdziwie męskiej, szorstkiej przyjaźni, której nic nie może zburzyć. Nie ma wreszcie miłości, potrafiącej przezwyciężyć dosłownie wszystko. Jest tylko dojmujące cierpienie, nastrój beznadziei i koszmar wojny, który zamienia ofiary w katów.