Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian Azzarello. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian Azzarello. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 listopada 2015

#1993 - Luthor

Nie lubię Superman. No, może nie aż tak bardzo, ale po prostu nie przepadam za tym herosem. Jeśli miałbym podać jakiś powód, to byłby on taki: jego wiara w ludzkość jest zbyt naiwna. Pewnie dlatego trochę kibicowałem różnym realizacjom postaci Lexa Luthora. Jednak dopiero komiks Briana Azzarello i Lee Bermejo pokazuje głębię psychologiczną tej postaci, wywlekając na światło dzienne główne motywy, które kierują dawnym przyjacielem Kenta, obnażając podłoże jego nienawiści do herosa.


sobota, 6 lipca 2013

#1322 - Superdycha (edycja amerykańska)

Przy próbie zestawienia dziesięciu najlepszych komiksowych opowieści z Supermanem w roli głównej problemem jest olbrzymia ilość pozycji do wzięcia pod uwagę. Od 1938 roku Kal El wystąpił w niezliczonej ilości serii, albumów i zeszytów – praktycznie niemożliwe jest, abym zapoznał się choćby z jakąś częścią tego gigantycznego dorobku, szczególnie, że nie wszystko jest dostępne.

Tak naprawdę przygotowując tę listę ograniczyłem się do lektur współczesnych. Datą graniczną mojego zainteresowania było pojawienie się nowej wersji Człowieka ze Stali w wersji Johna Byrne`a. Sięgam więc niecałe trzydzieści lat wstecz, choć od tej reguły czynię pewien wyjątek. Superdycha w swojej amerykańskiej wersji dotyczy praktycznie tylko Supermana Brązowego Wieku i dalej – nie mam ani możliwości, ani kompetencji, by sporządzić podobne zestawienie dotyczące Złotej i Srebrnej Ery.

Drugie zastrzeżenie, które chciałbym na wstępie uczynić – brałem pod uwagę tylko te historie, w których Superman pełni tytułową rolę (a więc regularne serie z jego udziałem, mini-serie i powieści graficzne), a ich objętość wystarcza, aby zapełnić (przynajmniej jedno!) wydanie zbiorcze. Oczywiście, także od tych reguł czynię pewne wyjątki. Arbitralną decyzją zdecydowałem się brać pod uwagę "It`s a Bird" Christiansena i Seagle`a czy "Lex Luthor: Man of Steel" Azzarello i Bermejo, a odpuścić sobie "Kingdom Come" Waida i Rossa (które znalazłoby się w czubie wczorajszego podsumowania) czy "Superman Beyond", będące tie-inem do "Final Crisis". Niektóre pozycje z wyróżnionych przeze mnie są również zbyt krótkie, aby samodzielnie zmieścić się w albumie. Gimnastykowałem się, jak tylko mogłem, aby wyróżnić najlepsze pozycje z udziałem wielkiego eSa. Zgadzacie się z moimi wyborami?

10) "Superman: Peace on Earth" (Alex Ross i Paul Dini, powieść graficzna, 1998)

Ten album został wydany w cyklu "The World's Greatest Super-Heroes", w którym Paul Dini i Alex Ross mierzą się z dziedzictwem największych bohaterów DC Comics. W "Peace on Earth" Superman nie tylko musi zmierzyć się z problemem głodu na świecie, ale również zdefiniować swoją rolę na Ziemie – czy ma stać się zbawcą ludzkości czy może wzorem, którego postępowanie stanie się przykładem dla innych? Dini unika jak tylko może taniego moralizowania i nadmiernej dydaktyki i choć wychodzi mu to z różnych skutkiem, warto docenić ten komiks. Komiks ucieszy z pewnością miłośników pięknie wydanych albumów – powiększony format, slip-case i cieszące oko fotorealistyczne rysunki Alexa Rossa sprawią, że "Pokój na Ziemi" będzie ozdobą każdej kolekcji. Dziwię się, że Egmont nie próbuje publikować tej serii na polskim rynku w "ekskluzywnym" formacie.

09) "Secret Identity" (Kurt Busiek i Stuart Immonen, mini-seria, 2004)

W świecie "Secret Identity" Superman jest tylko postacią z komiksów, a mieszkający w Kansas Clark Kent z wiadomych przyczyn nie jest zadowolony z żartu, jaki wycięli mu rodzice na chrzcie. Ale opowieść Kurta Busieka o Supermanie bez Supermana, którego znamy z kart komiksów, daje doskonały ogląd tego, kim jest przybysz z planety Krypton. W końcu Clark otrzyma moce porównywalne z tymi, które posiada "komiksowy" Człowiek ze Stali, ale w "rzeczywistym świecie" jego historia potoczy się nieco inaczej... Czytelnik śledzi losy Clarka od jego narodzin, przez spotkanie z dziewczyną imieniem Lois, miłosne perypetie i moralne rozterki, aż do późnej starości.


08) "Superman and the Legion of Super-Heroes" (Geoff Johns i Gary Frank, „Action Comics” #858-863, 2007-08)

W 2006 roku Geoff Johns wraz z Kurtem Busiekiem i Richardem Donnerem, reżyserem filmowego "Supermana", przywrócili blask Srebrnej Ery Człowiekowi ze Stali. Johns na stołku scenarzysty "Action Comics" utrzymał się najdłużej, a jego reinterpretacje klasycznych motywów mitologii wielkiego eSa należą do najlepszych rzeczy, jaki przytrafiły się temu bohaterowi i DC Comics w ostatnich latach. W trejdzie „Superman and the Legion of Super-Heroes” wraca koncept przed-kryzysowego Legionu Superbohaterów. Johns, znajdujący się w lepszej formie niż w większości pisanych przez siebie "Green Lanternów", jest gwarantem superbohaterskiego mainstreamu najwyższej klasy. A do tego znakomite rysunki Gary`ego Franka – czego chcieć więcej?

07) "What’s So Funny About Truth, Justice, and the American Way?" (Joe Kelly, Doug Mahnke, Lee Bermejo, „Action Comics” #775, 2001)

Joe Kelly nie tylko zmusza ostatniego syna planety Krypton do zmierzenia się z grupą superłotrów zwaną Elite, ale każe mu również zastanowić się nad sensownością działań, jakie podejmuje. Czy hasła prawdy, sprawiedliwości i amerykańskiego stylu życia na początku XXI wieku pasują jeszcze do nowoczesnego, postindustrialnego społeczeństwa? Czy Superman z wartościami, jakie reprezentuje jest jeszcze komukolwiek potrzebny? Oprócz prób odpowiedzi na te pytania Kelly polemizuje również z nowy modelem wyzutego z moralności bohaterstwa, które można oglądać w produkcjach Wildstorm, takich jak "Authority". "What's So Funny About Truth, Justice & the American Way?" stało się jednym z największych hitów rynku w 2001 roku – między innymi magazyn "Wizard" nazwał je najlepszym komiksem z Supermanem w historii (co było opinią mocno na wyrost). Jubileuszowy, 775. numer "AC" stał się również kanwą animowanego filmu "Superman vs. Elite" z 2012 roku.

06) "Lex Luthor: Man Of Steel" (Brian Azzarello i Lee Bermejo, mini-seria, 2005)

Lex Luthor zasłużył sobie na miano największego z wrogów Supermana, stając się jednocześnie niezwykle interesującą postacią. Przed „Jokerem” duet Brian Azzarello i Lee Bermejo biorą na warsztat właściciela Lexcorpu. Co nim tak naprawdę kieruje? W jaki sposób postrzega Człowieka ze Stali? Dlaczego nie ufa przybyszowi z obcej planety, który próbuje "ocalić" ludzkość? Frapująca, napisana z nerwem, opowieść o tym złym, brawurowo zilustrowana przez Bermejo. Najlepszy komiks, w którym Superman odgrywa zaledwie drugoplanową rolę.
05) "Brainiac" (Geoff Johns, Gary Frank, „Action Comics” #866-870, 2008)

I druga pozycja z runu Geoff Johnsa w "Action Comics", w której Kryptonijczyk stanowi jedynie tło dla frapującej kreacji Brainiaca. Z nieco cyrkowego, kosmicznego villaina Vril Dox stał się przerażającą beznamiętną siłą. Oprócz tego, że w tej historii retconowane zostają kolejne elementy dziedzictwa Srebrnej Ery (zabutelkowane miasto Kandor, pewne elementy biografii Jonathana Kenta), to "Brainiac" jest po prostu świetną historią. Pełną efektownej akcji i nie stroniącą o chwytającego za gardło dramatyzmu. Johns i Frank w wybornej formie. W DC właśnie pracują nad animowaną adaptacją tego albumu, która ma być gotowa jeszcze w tym roku.

04) "Birthright" (Mark Waid, Leinil Francis Yu, mini-seria, 2003-04)

W 2002 roku Mark Waid stanął przed zadaniem opowiedzenia o genezie Supermana w sposób godny XXI wieku. Z postawionego zadania wywiązał się znakomicie pisząc historię, która z jednej strony była bardzo przystępna dla nowych czytelników, oswojonych z Człowiekiem ze Stali znanym z serialu "Smalville", a z drugiej - fani zostali dopieszczeni retconem pewnych elementów Srebrnej Ery, które zostały usunięte przez Johna Byrne`a. I choć "Birtright" w chwili obecnej uchodzi za niekanoniczny origin, wciąż pozostaje świetnym komiksem, który doskonale uchwycił to, co w postaci Człowieka ze Stali najistotniejsze. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że Zack Snyder pracując nad swoją ekranizacją garściami czerpał z pracy Waida (za co ten nie dostał ani grosza, nawiasem mówiąc).

03) "Red Son" (Mark Millar, Dave Johnson, Killian Plunkett, mini-seria, 2003)

"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!" Nie, to nie jest żart, to wyimek z najlepszego elseworlda z udziałem Kal Ela, który odpowiada na pytanie co by było, gdyby wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Mark Millar stworzył epicką historię o tym, jak wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Superman gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma, a Dave Johnson i Killian Plunkett świetnie ją narysowali.


02) "It`s a Bird" (Teddy Christiansen i Steven T. Seagle, powieść graficzna,  2004)

Znowu nietypowo. "It`s a Bird" to autobiograficzna powieść graficzna Stevena T. Seagle`a, który opowiada o tym, jak artysta otrzymał komiksowe zlecenie na stworzenie komiksu z Supermanem. Dla każdego twórcy, który zajmuje się kadrami i dymkami to wielkie wyzwanie, ale dla głównego bohatera komiksu to również punkt wyjścia nad refleksją o wszechobecności śmierć i w jego rodzinie, którą ucieleśnia Pląsawica Huntingtona. Opowieść o ewolucji znaczeniu Człowieka ze Stali (a pośrednio - także samego komiksowego medium), jego roli we współczesnym społeczeństwie, potędze, sprawiedliwości, alienacji, cierpieniu i uciekaniu zostala fantastycznie zilustrowana przez Teddy`ego Kristiansena. Artysta za swoją pracę otrzymał Nagrodę Eisnera w 2005 roku w kategorii Best Painter/Multimedia Artist.


01) "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" (Alan Moore, Julius Schwartz, Curt Swan, George Pérez, "Superman" #423 i "Action Comics" #583, 1986)
"For the Man Who Has Everything" (Alana Moore i Dave Gibbons, "Superman Annual" #11, 1985)

Na szczycie listy – Alan Moore w dwóch wcieleniach. Nie wiedziałem, którą historii napisanych przez autora „Zagubionych Dziewcząt” i „V jak Vendetta” umieścić na miejscu pierwszym, więc postanowiłem razem pomieścić je na najwyższym stopniu podium. "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" została pomyślana, jako ostatnia historia w dziejach Człowieka ze Stali Srebrnej Ery, który wkrótce miał zostać odnowiony przez Johna Byrne`a. Moore pisząc świadomie kiczowatą, choć nie pozbawioną dramaturgii, opowieść o odchodzącym w ostatnich promieniach słońca herosie. Piękny, słodko-gorzki hołd oddany Człowiekowi Jutra, kultowy niemniej od "Zabójczego żartu". Podobnie zresztą, rzecz ma się w przypadku "For the Man Who Has Everything" opowieści, którą Moore stworzył wraz z Dave`m Gibbonsem. Pomysł dość banalny w swojej prostocie – wprowadzić villaina, który spełni najskrytsze marzenie Supermana – szybko okazał się okazją do przyjrzenia się problemowi odpowiedzialności, jaka ciąży (dosłownie) na największym z komiksowych superbohaterów.

piątek, 9 listopada 2012

#1180 - Rzut za 3: Before Watchmen (05)

"Before Watchmen - Silk Spectre" #3 - Darwyn Cooke i Amanda Conner

Czyż ta okładka nie jest świetna? Amanda Conner rozkręciła się na całego. Przyznam, że byłem dość sceptycznie nastawiony do jej udziału w tym projekcie, ale nigdy nie wątpiłem w jej talent. Z każdym kolejnym numerem udowadniała, że jej styl jest naprawdę rewelacyjny, a jej wersja Komedianta (świetny epizod!) pokazuje, że czuje klimat "Strażników", jak mało kto. Jednak zastrzeżeń do fabuły mam sporo. Nie dlatego, że mi się nie podoba. Zbliżając się do końca tej mini-serii utwierdziłem się w przekonaniu, że tworzenie jej nie miało najmniejszego sensu. Historia opowiedziana przez Cooke`a i Conner nie wnosi kompletnie nic do postaci Jedwabnej Zjawy, a co gorsze - spłyca ją. Z ostateczną oceną pozwolę sobie jednak poczekać do momentu, gdy przeczytam ostatni zeszyt.
 Wracając jeszcze do kwestii plastycznej tego zeszytu (jak i poprzednich) to "Silk Spectre" jest jedyną częścią cyklu "Before Watchmen", w której na końcu danego odcinka pojawiają się cytaty z epoki. W oryginalnych "Strażnikach" Moore przywołuje między innymi bon moty z Boba Dylana, Williama Blake'a, Carla Junga, pojawia się nawet fragment Księgi Hioba. Twórcy spin-offa natomiast cytują między innymi Kena Keseya, czy też jak to się stało w tym numerze, tekst z piosenki "Transfusion" zespołu Nervous Norvus - kolejny kawałek do mini playlisty tworzącej soundtrack do tej serii. Wykorzystywane przez Moore'a muzyczne motywy były doskonałym posunięciem (patrz: OST do snyderowskich "Strażników"). W tym przypadku nie jest inaczej!

"Before Watchmen - Comedian" #3 - Brian Azzarello i JG Jones

Oczekiwałem zapachu napalmu o poranku, a w rzeczywistości w ruch poszły koktajle Mołotowa. Ogień może i jest, ale siła rażenia nie taka, jakbym tego chciał. Wybacz Brian, ale kompletnie Ci to nie wyszło. Blake jeszcze dobrze się nie zadomowił w dżungli, a już scenarzysta rzuca go w środek zamieszek w Los Angeles w 1965 (kolejna ilustracja epoki).
I wszystko byłoby okej, jeśli Azzarello nie pokusiłby się o zabawę w psychiatrę i próbę przedstawienia nam źródła zaburzeń Komedianta. Sorry, ale ja za nic w świecie nie chcę znać socjopatycznych korzeni jego psychiki. Ta postać czym bardziej jest tajemnicza, tym bardziej przerażająca. Nie chce mi się wierzyć, że Wietnam i rasistowska Ameryka lat sześćdziesiątych zepsuła Blake'a do szpiku kości. Nie tylko kontrastuje to z wizerunkiem Komedianta z "Minutemenów" Cooke'a, ale także z moim wyobrażeniem nakreślonym przez Alana Moore'a. Komediant wydaje się być klamrą całego prequela (gościnnie występuje prawie we wszystkich seriach) i ze smutkiem muszę przyznać, że jego wizerunek przedstawiony przez innych twórców bardziej mi odpowiada.
Azzarello nie radzi sobie także z krytyką ówczesnej amerykańskiej polityki. Rzecz, która wyszła tak perfekcyjnie mistrzowi z Northampton, w wykonaniu twórcy "100 naboi" jest po prostu banalna i w żaden sposób nie zmusza do refleksji. Przewidywalne także stają się relacje Komedianta z rodziną Kennedych. Próba ograniczenia Blake'a przez Bobbiego zaczyna wyznaczać prostą drogę w objęcia Nixona. Chyba nic mnie już nie zaskoczy. Co do kreski Jonesa, to poza rewelacyjną okładką nic więcej szałowego w środku komiksu nie oferuje. Szkoda, bo już zaczynałem się do niego przekonywać.

"Before Watchmen - Nite Owl" #3 - J. Micheal Straczynski, Andy Kubert i Bill Sienkiewicz

Ten komiks powinien w tytule mieć napisane Rorschach. Część zeszytu poświęcona wielbicielowi fasoli bez dwóch zdań zdominowała całą historię. Możliwe, że jest to spowodowane wprowadzeniem nowej postaci do komiksu. Lady Twilight, w której widziałem ciekawe rozwinięcie akcji, niefortunnie sprowadziła do komiksu infantylną analizę seksualności Nocnego Puchacza. Ich wspólne seksualne igraszki są najprościej w świecie głupie i naiwne. Natomiast akcja wokół Waltera jest dość sprawnie napisana. Oczywiście to dalej rzemieślnicza robota, która nie wprowadza nic do tej postaci, ale przynajmniej niezły z tego komiksowy thriller.
Podobnie, jak w przypadku Jedwabnej Zjawy, to już przedostatni odcinek tej serii. Niestety, ja już wiem jaką ocenę wystawię na jej koniec. Ważnym wydarzeniem tego zeszytu jest przejęcie pióra przez Billa Sienkiewicza, który zajął się pracą przy nakładaniu tuszu na rysunki Kuberta Jra. Rysownikowi przyszło zająć miejsce zmarłego niedawno Joe Kuberta. Zmiana jest najbardziej widoczna w mimikach twarzy bohaterów, a także w kilku wpadkach, które najprawdopodobniej były spowodowane krótkim terminem realizacji tego zeszytu. Jednym z najbardziej rażących błędów jest scena, w której nowa bohaterka oznajmia, że musi się przebrać w coś bardziej komfortowego i po kilku chwilach wraca dokładnie w tym samym stroju. Szkoda, że taką krótką serię musiały spotkać takie niedociągnięcia.

wtorek, 23 października 2012

#1162 - Wonder Woman vol. 1: Blood

Pomysł Briana Azzarello na Wonder Women można streścić w następujący sposób – trykociarką, kolorową estetykę zastępujemy mitologicznymi inspiracjami i sztafażem urban fantasy. Dokładamy do tego niewielką domieszką elementów grozy i szczyptą wątków obyczajowych. Zamiast skupiać się wyłącznie na nawalankach, fabułę podszywamy tragizmem o greckim rodowodzie.

Historia w pierwszym albumie zatytułowanym „Blood” skupia się na bezwzględnej walce o władze, zemście, zdradzie i rodzinie. Oczywiście, wszystko to musi mieścić się w ramach komiksowej pulpy, która ma być atrakcyjna dla jak największego grona odbiorców, ale Azzarello bardzo zgrabnie unika tych najbardziej wyświechtanych klisz. Nieco wbrew panującym w mainstreamie trendom, robi komiks w swoim stylu, oparty głównie na dialogach, w których dużo dzieje się poza pierwszym planem, wymagający pewnego skupienia przy lekturze. Podobnie, jak w „100 Nabojach” scenarzysta planuje fabułę na przód i pierwsza historia to tylko rozgrzewka, która na razie więcej obiecuje, niż może zaoferować.

Z wszystkich postaci to chyba właśnie Wonder Woman została najbardziej odmieniona przez relaunch. Jej origin został mocno zreformowany, a jak przypuszczam prawie wszystkie jej dotychczasowe historie z jej udziałem wypadły z kanonu. Azzowi nawet ręka nie zadrżała, kiedy wymazywał kawał historii DCU, robiąc reboot na pełną skalę, kształtując Dianę na własną modłę, choć nie sprzeniewierzył się przy tym duchowi największej kobiecej ikonie amerykańskiego komiksu. Pomysł z odejście od estetyki super-hero i zbliżenie jej przygód do tego, co można przeczytać w Vertigo to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Zabrakło jedynie radykalnej zmiany stroju głównej bohaterki, który wyraźnie odstaje od klimatu całego komiksu i wyglądu innych postaci. Ale nie można mieć wszystkiego.

Co ciekawe Diana ze swojej serii zupełnie nie przypomina siebie z on-goingu „Justice League”, choć w pewnym aspekcie są do siebie bardzo podobne. Podobnie, jak we flagowej serii Nowej 52, także i w swojej solowej serii Wonder Women, dzieli się swoim czasem antenowym z pokaźną grupą innych postaci. Obsada solowego z założenia komiksu jest bardzo duża i równie ciekawa. Kradnąca show Strife (czyli bogini Eris), sympatyczny Hermes, niepozorna Zola czy tajemniczy Lennoks zajmując tak wiele miejsca, sprawiają, że Diana wcale nie wygląd, jak gwiazda „Wonder Woman”.

Pod względem wizualnym „The Blood” prezentuje się i dobrze, i źle. Regularny rysownik Cliff Chiang to doprawdy mistrz uproszczonej, realistycznej kreski z widocznym niezależnym rodowodem. Szkoda, że nie narysował „The Blood” w całości, tylko pod koniec oddał ołówek Tonu`emu Akinsowi. Jego zastępcy zdarzają mu się dobre kadry, szczególnie w finale, ale generalnie to rysownik o klasę gorszy.

Nowej Wonder Woman zrzuceniu rajtuzów i radykalna zmiana estetyki wyszła zdecydowanie na dobre. To chyba Pierwszy trejd serii nie jest wolny od wad. Można narzekać na przegadanie, fabuła wydaje się nie do końca przemyślana, a Azzarello brakuje tego błysku, który wyróżnia jego najlepsze prace. Ale rokowania, co do następnych zeszytów są bardzo pomyślne.

niedziela, 30 września 2012

#1141 - Rzut za 3: Before Watchmen (03)

"Before Watchmen - Silk Spectre" #2 - Darwyn Cooke i Amanda Conner

Miałem spore wątpliwości po pierwszym numerze przygód Jedwabnej Zjawy. Na szczęście autorzy obrali drogę którą sam chciałem żeby się kierowali. Tak więc nasza bohaterka na własnej skórze doświadcza tego co w tamtych czasach najlepsze. Mamy sporo nagości która spełnia pierwsze przykazanie ze słynnego sloganu. Imprezy z rockową muzyką, na czele z The Cadillacs i ich kawałkiem "Peek a Boo (i'm watching you)" i zapowiedź narkotykowej jazdy której nie powstydzili by się bohaterowie filmu Rogera Cormana The Trip. Mimo, że kompletnie nie czuć w tym ducha Strażników to jednak klimat hipisowskiej komuny jest na tyle dobrze pokazany, że nie mam nic przeciwko żeby ten komiks trzymał się takiego stylu. Pocieszające jest także to, że nie ma tu tego dziewczęcego komiksu który był odczuwalny w pierwszym zeszycie. Jest lepiej, ale Cooke pokazał że stać go na więcej. Największym minusem jest słaba intryga która mimo tego że pomału zaczyna nabierać rozpędu to jakoś mnie nie porwała, natomiast ta w Minutemenach wciąga jak diabli. Ale jeśli każdy następny zeszyt będzie miał taki wzrost formy to jestem naprawdę dobrej myśli!

"Before Watchmen - Comedian" #2 - Brian Azzarello i JG Jones

Azzarello już na samym początku dał nam do zrozumienia że Comedian będzie świadkiem najważniejszych wydarzeń ameryki lat 60. Pisząc na temat pierwszego numeru, wspominałem o pewnej banalności spowodowanej wykorzystywaniem właśnie tych historycznych faktów, które jak w przypadku zabójstwa MM wszystkim się przejadły. Nr. 2 otwiera scena sławnego pojedynku Muhammada Ali z ówczesnym mistrzem Sonny Listonem. 22 letni Ali ku zaskoczeniu wszystkich (również Blake który mocno obstawiał pewny wynik) pokonuje faworyta odbierając mu tytuł mistrza. Wykrzykiwane przez Aliego słowa "I shook up the world" usłyszał cały świat. Blake nie kryje rozczarowania. Nic w tym dziwnego, bo gdyby porównać ich decyzje które podejmą w przyszłości to mimo tego, że oboje są prawdziwymi wojownikami to różnią się znacząco. Mówię o tym dlatego, że scena po walce przenosi nas razem z Blakiem do Wietnamu w którym będzie się czuł jak w domu. Ali natomiast aby nie pojechać na wojnę zaryzykował całą swoją karierę. Nie wiem czy Azzarello stwarza w tej scenie jakieś metafory, prawdopodobnie to ja doszukuje się tu jakiś ukrytych znaczeń. Ale dzięki temu zrozumiałem, że jeśli przez wszystkie numery scenarzysta będzie konsekwentny w pokazywaniu nam tego typu wydarzeń to może powstać coś naprawdę interesującego i jako całość stanie się prawdziwym portretem epoki

Drugi numer także przekonał mnie do stylu J.G. Jonesa, jego rysunki pokolorowane ciemnymi barwami prezentują się rewelacyjnie. Dlatego nocne sceny w wietnamskim buszu wyjątkowo cieszą oko. Co prawda czasem nadal mam zastrzeżenia do zbyt komputerowego wyglądu tych rysunków, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia.

Ostatnią scenę tego komiksu zamyka widok wsiadającego Comediana do wojskowej łodzi. Czyżby Blake niczym Kapitan Willard zmierzał w kierunku jądra ciemności? Jeśli tak to uważam że żółtki powinni się bać naciągającego horroru bardziej niż muzyki Wagnera.

"Before Watchmen - Nite Owl" #2 - J. Micheal Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert

Okej, miło jest się pomylić. Wspominałem w poście na temat pierwszej odsłony Nocnego Puchacza, że wiem w którym kierunku zmierza ten komiks. Na szczęście okazało się, że autorzy mają dla mnie niespodziankę. Drugi numer przynosi sporą dawkę superbohaterskiej psychologi. Echo wydarzeń z dzieciństwa wplątane w dorosłe życie dwójki Strażników to typowy watchmenowski motyw, który świetnie się sprawdza na pokazanie ludzkiej twarzy zamaskowanych bohaterów. Straczynski pomału zagęszcza intrygę, która ma predyspozycję do stworzenia bardzo dobrej historii. (doskonały pomysł wykorzystania zabójstwa Kitty Genovese). Nawet relacja Puchacza z Rorschachem nie wydaje się taka plastikowa jak było, to odczuwalne w nr pierwszym.

Podsumowując większość minusów, które wyliczyłem ostatnim razem zostały wyeliminowane. Niestety, nadal ten komiks mnie nie porywa. Akcja nadal postępuje za szybko, wiele scen sprawia wrażenie pospiesznie uciętych byśmy mogli szybko przeskoczyć do nowych wątków. Brakuje mi pewnej świeżości w podejściu do tematu, jakieś dziwne uczycie déjà vu towarzyszy mi przy czytaniu tego komiksu. Na szczęście autorzy wprowadzili nową postać do tego komiksu, a to co zwiastuje okładka nr 3 mówi mi, że ten powyższy numer, to nie jedyna niespodzianka, którą dla mnie przygotowali.

czwartek, 23 sierpnia 2012

#1115 - Rzut za 3: Before Watchmen

Już za samo czytanie komiksów pod szyldem "Before Watchmen" można zostać zlinczowanym. Mnie może się oberwać również za to, w jakiej postaci go czytam.

Przez całe życie zarzekałem się, że nigdy-przenigdy nie przeczytam komiksu w postaci cyfrowej. Zasadę tą złamałem dopiero niedawno i zrobiłem to z czystej oszczędności. Byłem tak szaleńczo ciekaw jak wyszedł restart serii z DC, że nie mogłem oprzeć się kupieniu interesujących mnie pozycji za śmieszną kwotę 0.79 euro poprzez aplikację na Ipada. Oczywiście nigdy nie przerzucę się na elektroniczne wersje komiksów, ale pewnie czasami kupię coś, co może mnie przekonać do zainwestowania w jakieś zbiorcze wydanie. Czytanie komiksu przeskakującymi powiększonymi kadrami, mobilny dostęp do swojej kolekcji dosłownie wszędzie to niezła frajda, ale przecież każdy wie, że żaden sprzęt nie zastąpi tej zmysłowej relacji między zapachem i fakturą komiksu, a jego czytelnikiem.

To, że w pewnym sensie przekonałem się do cyfrowych komiksów skłoniło mnie do tego, aby śledzić na bieżąco serię, która wywoła więcej szumu niż śmierć Supermana i klony Spidera razem wzięte. Fajnie jest czytać coś w tym samym czasie, co Amerykanie. Na wstępie zaznaczę, że w żaden sposób nie kibicuje działaniom DC i absolutnie zgadzam się z autorem tekstu. Ale jestem piekielnie ciekawy, w jaki sposób ten projekt zostanie zrealizowany. Pewne jest jedno - jeśli nie przeczytam, to się nie dowiem.

"Before Watchmen - Silk Spectre" #1 – Darwyn Cooke i Amanda Conner

Pierwszym zeszytem, który kupiłem był premierowy numer "Silk Spectre". Jakbym od razu po nim nie przeczytał "Minutemen" #1, to pewnie pożegnałbym się z "Before Watchmen" na dobre. Nie żeby to był aż tak zły komiks, ale pamiętajmy, że to komiks watchmenowski, więc trzeba mu postawić wyższe wymagania.

"Silk Spectre" sprawia wrażenie historii w zupełności oderwanej od uniwersum Strażników. To klasyczna licealna opowiastka o dojrzewaniu, problemach z matką i pierwszej miłości tylko, że tym razem z Laurie Juspeczyk w roli głównej. Nie będącej, powiedzmy sobie szczerze, typem dziewczyny the girl next door. Nixon co prawda ma zostać prezydentem dopiero za 3 lata, zegar zagłady jeszcze nie zaczął tykać, ale mimo to uważam że twórcy powinni chodź odrobinę wprowadzić nastrój orwellowski, którym tak przesiąknięci byli oryginalni "Strażnicy". Jest za wesoło, za kolorowo i za dziewczęco. A no i właśnie! Podobno taki miał być zamysł tego komiksu. W założeniach "Silk Spectre" miała być przeznaczona dla czytelników płci żeńskiej. Dobrze wiedzieć, że trzeba takie rzeczy w dzisiejszych czasach rozdzielać! Kolejny zabieg marketingowy - błagam!

Oczywiście nie można odmówić komiksowi pewnego uroku. Amanda Conner jest rewelacyjną rysowniczką, doskonale odnajdująca się w takich dziewczęcych klimatach. Co ciekawe, jak na kobietę, bardzo często sięga po styl typowy dla produkcji super-hero. W jej rysowaniu postaci kobiecych nie ma w niej odrobiny feminizmu. Są erotycznie przerysowane. Laurie w jej wykonaniu to jeszcze nastolatka, ale jeśli czas w komiksie przyspieszy, to aż boję się pomyśleć, jaki będzie wyglądała, gdy już na dobre przywdzieje strój Silk Spectre.

Mam nadzieję, że autorzy jeszcze pójdą w kierunku który już w niektórych scenach jest zauważalny. W kierunku tego, co najlepsze w latach sześćdziesiątych - seksu, narkotyków i rock&roll'a. Możliwe, że wtedy ten wprowadzający zeszyt zamieni się w coś szalonego i godnego tej postaci. Bo przecież na okładce widnieje znak Rated M, a jak na razie twórcy zaserwowali nam małomiasteczkową sielankę. Czy to cisza przed burza?

"Before Watchmen - Minutemen" #1 – Darwyn Cooke

Widzieliście kiedyś prace Darwyna Cooke'a? W Polsce można było oglądać jego rysunki w wydanym przesz Egmont albumie "Batman: Ego". Jeśli tak, to pewnie jesteście tego samego zdania, co ja. Jeśli chodzi o stworzenie klimatu komiksów ze Złotej Ery zachowując przy tym swój unikalny styl to Cooke jest w tym bezapelacyjnie najlepszy. Chyba nawet nie marzył mi się lepszy twórca do opowiedzenia historii o Minutemenach. I to właśnie jego kreska, nawiązująca do amerykańskiej klasyki będzie motorem napędowym tej serii.

Jak wiemy Golden Age przypada na lata czterdzieste-pięćdziesiąt ubiegłego wieku, a  historia genezy pierwszych zamaskowanych superbohaterów zaczyna się w 1939 roku wraz z pojawieniem się na ulicach herosa o pseudonimie Hooded Justice. Narratorem opowieści jest Hollis Mason pierwszy Nocny Puchacz, który właśnie kończy pisać swoją biografię pod tytułem "Under the Hood". W kilku krótkich opowieściach przybliża nam sylwetki wszystkich ośmiu członków tytułowej drużyny. Te historie pokazują także to, że Cooke nie tylko doskonale rysuje, ale i ma smykałkę do pisania scenariuszy. To po prostu rasowy komiksiarz. Większość z historii jest przedstawiona na dwóch stronach, ale w żadnym wypadku tak krótka forma nie wpływa na ich (wysoką) jakość. Jest wręcz przeciwnie. Te napisane z pazurem opowiastki prowadzone przez doskonałą narrację sprawiają, że apetyt rośnie z każdą przerzucaną (przesuwaną) kartką. Autor delikatnie przekracza granice fantazji poszerzając naszą wiedzę o tych bohaterach. Nie deformuję tego, co stworzył Moore, zarazem łamiąc zasadę, którą przyjął przy pisaniu scenariusza do Silk Spectre, gdzie głównej bohaterce daleko było do je pierwowzoru. Ciężko uwierzyć, że te dwa zeszyty pisała ta sama osoba. Ale to może tylko świadczyć o jego wszechstronności... Albo o sile perswazji wysoko postawionych osób w hierarchii DC.

Nie powinienem tego mówić po pierwszym numerze, ale właśnie dla czegoś takiego warto było zerwać owoc z zakazanego drzewa, które zasiał Alan Moore.

"Before Watchmen - Comedian" #1 – Brian Azzarello i JG Jones

Uwaga spoilery!

Nie jestem jakimś tam znawcą twórczości Briana Azzarello, ale znam jego twórczość na tyle, żeby mieć wyrobione zdanie i pewne oczekiwania. Wiadomość o tym, że obecny scenarzysta "Wonder Woman" i "Spaceman" ma pisać wczesne przygody Komedianta podgrzała atmosferę tego prequela bardziej, niż napalm wietnamską dżunglę. Może za mocne to będą słowa, ale wydaję mi się, że Azzarello wpłynął na współczesne opowiadanie komiksowych historii równie mocno, co sam Alan Moore. Jakby nie było jego "100 naboi" wywołało wręcz erupcję podobnych pozycji w Vertigo.

Ciężko wypowiadać się po zaledwie jednym, krótkim zeszycie, ale niestety mam obawy, że Azz nie poradził sobie z historią Komedianta. Cóż, nikt nie jest doskonały.

Dzięki temu że genezą Blake`a zajął się Darwyn Cooke na łamach "Minutemenów", Azzarello mógł spokojnie pokazać nam zaangażowane politycznie, brutalne życie Komedianta. Jak się okazuje nie mający skrupułów bohater, który zawsze sprawiał wrażenie typowego najemnika, będącego po stronie dla niego bardziej korzystnej, jest wielkim przyjacielem Kennedy`ego. Popołudniowe przepychanki przy rugby z Prezydentem i jego bratem Bobby`m, a w przerwie drink z Jackie to dla niego chleb powszedni. Tak więc powoli wyłania nam się portret Blake, jako człowieka nie do końca zepsutego. Czy na pewno tego oczekiwaliśmy?

Oczywiście, mamy również dawkę tego, w czym Komediant jest najlepszy. Ale czy scena wykonania zadania zleconego przez pierwszą damę (która jest w komiksie istnym władcą marionetek) nie jest dla wszystkich najzwyczajniej przewidywalna?

Domyślam się, że Azzarello chciał namieszać w głowach czytelników, którzy nadal przed oczami mają  sceny otwierające "Strażników" Zacka Snydera, w których Komediant strzela do JFK'a. Pewnie u większości osób obudził się mroczny pasażer, który chciał, aby z przyjaciela prezydenta Komediant przeobraził się w jego mordercę. Niestety, finał komiksu jest zupełnie inny. Autor zapomina, że Blake był w Dallas podczas zamachu, jako ochroniarz Nixona i wysyła go na akcję, która ma na celu zatrzymanie Molocha. Jego misja zostaje przerwana informacją o wydarzeniach z Dallas. Komiks kończy kadr, na którym Moloch wraz z Komediantem w rozpaczy oglądają pamiętne wydanie CBS NEWS, w którym Walter Cronkite podaję informację o śmierci prezydenta.

Uważam że to naprawdę świetna scena. Dwóch wrogów zapomina o waśniach - lubię tego typu momenty. Od razu przypomina mi się doskonałe zakończenie "Zabójczego Żartu". Niestety ostatnia scena nie podniosła mojej oceny tego zeszytu. Oczywiście, nie wiadomo jakie niespodzianki jeszcze Azzarello dla nas przygotował. Niewykluczone, że ten pierwszy zeszyt ma prowadzić do czegoś naprawdę wybuchowego. Na razie jednak otrzymaliśmy komiks mocno przeciętny, jak na możliwości głównego bohatera i scenarzysty. Do gustu także nie przypadły mi rysunki JG Jonesa, którego twórczości wcześniej nie znałem, a z tego co czytam, jest w branży bardzo wychwalany. Niestety dla mnie jego kreska wygląda jakby była zerżnięta z filmowych animacji jakiegoś "GTA".

Chyba zbytnio się czepiam.

środa, 15 sierpnia 2012

1107 - Joe Kubert RIP (1926-2012) + Sgt. Rock: Between Hell and a Hard Place

Ta krótka recenzja którą widzicie poniżej powstała kilka dni temu... Nie spodziewałem się, że ukaże się w tak smutnych okolicznościach. Po lekturze komiksu pierwszym co zanotowałem było: "Chyba dorosłem do tego, żeby zacząć powoli kompletować całą twórczość Kuberta.". Wtedy pisałem to z radością, dziś czytam to zdanie z żalem. Postanowiłem jednak nic nie zmieniać, by w tekście pozostała spontaniczna radość, którą czerpałem z podziwiania jego rzemiosła. Mam nadzieję, że nie uznacie tego za nietakt. Zresztą, dziś czuję się przybity wiadomością o śmierci Joe`go Kuberta i raczej nie zdobyłbym się na napisanie czegoś sensownego.

Sam dokładnie nie wiem, kiedy zetknąłem się pierwszy raz z jego twórczością - zapewne był to wydany przez Semika "Punisher", albo jakiś obejrzany w latach 90-tych dokument o komiksie. Dziś mam jednak wrażenie, że jego styl był ze mną od zawsze. W przeciwieństwie do prac wielu dawnych wizjonerów mainstreamowego amerykańskiego komiksu, jego dorobek nie zestarzał się do tej pory i pewnie nie zestarzeje się już nigdy.  Pociesza mnie fakt, że Kubert nie zmarł przedwcześnie i zostawił po sobie ogrom znakomitej twórczości. Wypuścił też w świat wielu absolwentów swojej szkoły plastycznej i dwóch utalentowanych synów, którzy poszli w jego ślady. Dzięki nim Joe Kubert będzie rysował zza grobu.

"Sgt. Rock: Between Hell and a Hard Place" to stworzona współcześnie wariacja na temat klasycznej amerykańskiej serii wojennej sprzed ponad pół wieku. Poza przeglądaniem grafik nie miałem kontaktu z jej wczesnym odsłonami - po kilku marvelowych essentialach trochę boję się archaicznych amerykańskich komiksów z tamtej epoki. Niemniej, zawsze wydawało mi się, że ta seria posiada ogromny potencjał, a znakomite rysunki Kuberta - który odpowiedzialny był za jej stronę graficzną od samego początku - niesamowicie współgrają z jej konwencją.

Na pomysł odświeżenia "Sgt. Rock" Vertigo wpadło  w pierwszej połowie ubiegłej dekady. Początkowo Joe Kubert miał zająć się tylko okładkami, ale redaktorka serii Karen Berger, widząc jego troskę o ten projekt, po kilku długich rozmowach zapytała go, czy sam nie chciałby jej narysować. Najpierw odmówił, ale w końcu skusiło go to, że miała to by być duża, samodzielna książka. Pracował nad nią rok. W tej samej dekadzie Kubert stworzył niesamowite graficznie pozycje, jak "Dong Xoai. Wietnam 65" i wydany również u nas "Josel", do których "Between Hell and a Hard Place"  faktycznie nie dorasta, ale warto zauważyć, że konwencja i pewne uproszczenia znakomicie wpisują się w ramy oryginalnej serii. No cóż, mimo, że nie jest to szczyt jego możliwości, to warstwa plastyczna i tak zwala z nóg. Na przekór amerykańskiemu systemowi pracy, Kubert zajął się wszystkim sam - zrobił nawet liternictwo. To świadczy o bardzo emocjonalnym stosunku do tej historii. Same rysunki pociśnięte są mazakiem i okraszone akwarelą, która podkreśla dynamikę i świetnie pasuje do batalistycznej estetyki tego komiksu. Oglądając te grafiki nietrudno dostrzec, że tworzenie tego albumu stało się dla niego okazją do sentymentalnej podróży i widać, że staruszek włożył w to kawał serca. Rysunki Kuberta są swobodne i pełne energii. W jego wybitnym rzemiośle czuć podobną magię i nonszalancję, jaka cechuje twórczość Sergio Toppiego.

Niestety, dla scenarzysty Briana Azzarello praca z Kubertem okazała się być tylko kolejną, codzienną robotą dla Vertigo. Muszę powtórzyć to, co napisałem przy okazji recenzji wydanego u nas w zeszłym roku "Jokera" - Azzarello rozmienia się na drobne, zabierając się za historie, na które tak naprawdę nie ma pomysłu. Mimo tego, że maksymalnie ułatwił sobie zadanie - bo komis dziejący się na froncie II Wojny Światowej wpisał w swoją ulubioną, kryminalną konwencję - to nie wychylił się ponad przykrą przeciętność. Jest tu co prawda kilka bardzo ładnie napisanych scen, ale dramaturgia całości kuleje i  ewidentnie widać, że nie włożył w ten komiks tyle serca, co Kubert. Oczywiście pomysły leżące u podstaw "Between Hell and a Hard Place" nie są złe, a za sprawą znakomitych dialogów, z których słynie Azzarello, czyta się ten komiks nieźle. Problemem natomiast jest to, że scenariusz nie został dopracowany i po komiksie z tak ogromnym potencjałem spodziewałem się znacznie, znacznie więcej.

Od dawna ostrzyłem sobie zęby na ten tytuł (wersja TP jest trudna do zdobycia - na rynku obecnie dostępny jest, niegodny tych grafik, dwuzeszytowy reprint z linii Vertigo Resurrected ). Kocham rysunki Joe Kuberta i to właśnie ze względu na nie chciałem mieć ten komiks na półce. Nie zawiodłem się. Mimo przeciętności scenariusza i tego, że dostałbym za ten komiks na ebaju sporo ecie pecie, to wcale nie mam zamiaru  się z nim rozstawać. Zaczynam powoli rozglądać się za showcase'ami zbierającymi wszystkie stare zeszyty "Sgt. Rock". Zresztą, chyba dorosłem do tego, żeby zacząć powoli kompletować całą twórczość Kuberta. Natomiast Azzarello (prócz brakujących mi tomów "Hellblazera") nieprędko coś kupię.

środa, 11 kwietnia 2012

#1007 - John Constantine: Hellblazer - Hard Time

W 2000 roku nieuznający kompromisów Warren Ellis na skutek "nieporozumień" z przełożonymi zrezygnował z pisania "Hellblazera", przez co wydawnictwo na gwałt potrzebowało odpowiednio wartościowego zastępstwa. Wybór padł na Briana Azzarello, scenarzystę świeżo rozsławionego autorską serią "100 Bullets". Tym samym angielski magik pierwszy raz w historii swojego istnienia doczekał się przygód spod pióra Amerykanina. Co samo w sobie automatycznie nie spodobało się części fanów, bo przecież niemożliwym było, aby jakiś Jankes mógł prawdziwie zgrabnie poruszać się po tej jakże brytyjskiej serii.


Azzarello do sprawy podszedł ostrożnie i odważnie zarazem. Całą akcję swojego niemal 30-zeszytowego runu umiejscowił w USA, zaś jego motywem przewodnim uczynił podróż przez najprzeróżniejsze tegoż kraju zakątki, z których to wiarygodnego portretowania przecież słynie. Licząca 120 stron opowieść "Hard Time" stanowi dosyć nietypowy początek tego typu wędrówki, gdyż rozgrywa się niemal wyłącznie za penitencjarnymi murami. Powody, dla których John Constantine osadzony został w więzieniu o zaostrzonym rygorze nie są czytelnikowi znane. Zresztą scenarzysta przez dłuższy czas historię prowadzi tak, jakby nie było to istotne, rezygnując nawet z jakichkolwiek sugestii. Do pewnego momentu najważniejsza jest bowiem charakterystyka więziennych realiów oraz rozmaite sytuacje wynikające z niedostosowania się bohatera. A to ktoś chce uczynić go swoją dziwką, a to ktoś chce ukarać go za lekceważącą postawę...

"- Where you from?
- A different nightmare."

Chyba najważniejszą zmianą, jaką względem swoich poprzedników poczynił Azzarello, jest sposób ujęcia Constantine'a. Oczywiście nigdy nie był on typem gentlemana i już nie raz rzesze czytelników miały okazję widzieć, jak nieprzyjemny być potrafi, tutaj jednak ciemna strona jego natury dominuje niemalże na każdym kroku. Amerykański autor czyni go miejscami prawdziwie wrednym i bezwzględnym skurwielem - a może raczej chorym błaznem, skoro ciągle trzymają się go niezdrowe żarty  - którego kolejne manipulacje nie służą już tzw. dobrym intencjom. Oczywiście tradycyjnie "on kłopotów nie szuka, on je tylko znajduje", jednak jego uzależnienie od adrenaliny neutralizowane było wcześniej niewątpliwą dobrocią serca. Czymś, co zostało mu tutaj niejako odebrane, w głównej mierze za sprawą samej narracji.

Scenarzysta podchodzi doń z pewnym dystansem. Przez długi czas nie dopuszcza odbiorcy do myśli Constantine'a, czyniąc go tym samym nieco bardziej enigmatycznym niż wcześniej. Portretuje go na zasadzie powolnego, acz konsekwentnego przechodzenia z ogółu do szczegółu - narratorem pierwszego rozdziału jest obserwujący go cwel przezwiskiem Candy, w drugim rozdziale narratorów jest kilku i są to rozmawiający o nim członkowie różnych więziennych gangów, a w trzecim dominuje już - równie wybiórcza w przedstawianiu kolejnych informacji - narracja obiektywna. Bardziej klasyczne ujęcie bohatera pojawia się dopiero w dwóch ostatnich częściach opowieści, a szczególnie, rzecz jasna, w tej finałowej.

Choć z powyższych akapitów raczej to nie wynika, "Hard Time" - mimo stale rosnącego napięcia, pewnej dozy tajemniczości, a później też czystego szaleństwa - cechuje się zaskakująco lekką tonacją. Miejscami dużo tu humoru (z reguły czarnego jak smoła), a pojawiają się też elementy satyry. Azzarello jak zwykle przekonująco portretuje kolejne odmienne środowiska, ale świat więziennej zbrodni czyni w pewnym sensie pośmiewiskiem - kolejni przestępcy to w zasadzie ofiary jego sarkazmu.


Taki właśnie charakter opowieści uwypukla jeszcze specyficzna, bardzo karykaturalna - a tym samym właśnie satyryczna - kreska legendy amerykańskiego komiksu, Richarda Corbena. Jego pełne uroku prace przejaskrawiają niemal każdy element fabuły, sceny poważne czyniąc niepoważnymi (choć nie zawsze), zaś niepoważne - prawdziwie upiornymi. Stylistyka ta może oczywiście odrzucać, szczególnie jeśli nie spotkało się z nią wcześniej, ja osobiście uważam ją za jeden z większych plusów komiksu. Nawet wtedy, kiedy Corben gubi proporcje kolejnych postaci, ciężko mi o słowa jakiejkolwiek krytyki wymierzone w jego stronę. Zresztą owa dysproporcjonalność to prawdopodobnie efekt jak najbardziej zamierzony. Tak czy siak, pasuje. Zgaduję zresztą, że scenariusz pisany był specjalnie pod rysownika, a przynajmniej do pewnego stopnia.

Nie wszystko mi się jednak w "Hard Time" podobało. Od końcówki drugiego rozdziału okazjonalnie pojawiają się bardziej naiwne rozwiązania fabularne, ale największy zgrzyt dotyczy samego finału - bardzo interesującego, ale też trochę neutralizującego wartość tych poprzednich. Problem polega na tym, iż scenarzysta przeciągając punkt ciężkości na psychologię niechcący poddaje w wątpliwość niemal wszystkie wcześniejsze wydarzenia. Dlaczego? Bo wcześniej go ona nie interesowała, przez co nie udaje mu się odpowiednio przekonująco połączyć ze sobą kolejnych elementów (w przeciwieństwie do Gartha Ennisa, któremu podobna koncepcja przyświecała w tomie "Chora miłość"). Jeśli jednak wziąć pod uwagę wspomnianą lekką tonację, liczne fragmenty wypełnione ironią czy choćby elementami satyry, to na tą psychologiczną niewiarygodność można jednak przymknąć oko. Chyba można. Ja tak zrobiłem.

piątek, 4 listopada 2011

#892 - Joker

Kolejny komiks noir ląduje w moich rękach. Tym razem nie jest niestety tak łatwy w ocenie. Gotham daje wielki wachlarz możliwości do opowiadania takich historii - i zdaje się, że to właśnie miasto interesuje scenarzystę bardziej niż postacie z uniwersum Batmana. Fabuła niestety została potraktowana po macoszemu, a sam komiks jest jedynie pretekstem do erudycyjnego popisu scenarzysty...

Porównania z "Zabójczym Żartem" Alana Moore'a są nieuniknione, ale mogą działać tylko na niekorzyść komiksu Briana Azzarello. No cóż, nie jest on twórcą tej klasy, zresztą, jak sam mówi, zdawał sobie sprawę z tego, że nie dla niego zaglądanie do głowy Jokera. I tu chyba tkwi główny problem. Scenarzysta ma niezwykle dobrą rękę do kreowania atmosfery i znakomicie opisuje echo zbrodni rozchodzące się po arteriach metropolii, ale nie czuje do Jokera tego, co czuje do samego Gotham. Nie potrafi - jak wspomniałem, nawet nie próbuje - się z nim utożsamić i zrozumieć. Wbrew temu, co wydawca pisze na okładce, nie znajdziemy tu podróży wgłąb umysłu jednego z najsłynniejszych łotrów w historii komiksu. Autor nie chce nawet wytłumaczyć, dlaczego u diabła Jokera wypuszczono nagle z Arkham... Może i tak miało być, ale to nie jest komiks posługujący się tak dużą umownością, by nie było to istotne, wręcz przeciwnie - to zbyt realistyczny twór, by można go było wcisnąć czytelnikowi jako alegoryczną bajkę o wiecznej walce dobra ze złem - a to ostatecznie próbuje Azzarello zrobić.

Spłycenie tematu, a zarazem próba wiarygodnego odrysowania świata przestępczego Gotham, nie współgra ze sobą. Nie czyni to oczywiście z "Jokera" złego komiksu, czy z Azzarello złego pisarza - to w końcu dzięki jego znakomitej narracji czyta się go jednym haustem i w trakcie lektury raczej nie zastanawiamy się nad tym rozdźwiękiem. Wszystko dlatego, że scenarzysta ustawił się w wygodnej, niezobowiązującej pozycji i obserwuje wszystko z pewnego dystansu.

Założenie było takie, że opisuje akcję oczami prostego mafijnego żołnierza będącego blisko Jokera - to pomaga w uwiarygodnieniu tej historii i uzasadnia trzymanie się z daleka od niełatwych do ugryzienia spraw. Wiemy tyle, ile on wie - a on z obawy o własny tyłek woli nie wnikać w szczegóły. A szkoda, bo gdy nasz bohater ukradkiem spostrzega Jokera łkającego u stóp Harley Quinn, nie sposób nie odnieść wrażenia, że mogło z tego wyjść coś na kształt "Złego Porucznika" Abla Ferrary... Tyle, że wtedy najprawdopodobniej nie byłby to komiks skierowany do masowego czytelnika, który może i oczekiwał demitologizacji tej postaci - ale na pewno nie takiej. W zamian dostajemy kompletnie bezcelowy karnawał przemocy, który Joker funduje miastu. W trakcie tej eskapady, bohater, będący narratorem i łącznikiem z przestępczym światem Gotham, zmienia stosunek nie tylko do swojego szefa, ale i przewartościowuje swoje życie. Niestety, nie ma tu zbyt dobrze skonstruowanej dramaturgii, bo nie jesteśmy w stanie się nikomu dokładnie przyjrzeć, nad kimś się pochylić, komuś współczuć, z kimś utożsamić. Nawet gdy nasz narrator zaczyna czuć do Jokera odrazę - my nie czujemy różnicy i po tym, co nam zaserwowano, nie widzimy już nic niezwykłego w jego czynach.


Azzarello nie pierwszy raz wziął na warsztat łotra z DC Comics. W 2005 roku napisał znakomitą miniserię z Lexem Luthorem w roli głównej. Można o tych tytułach myśleć jako o dylogii, ale z racji tego, że "Joker" to rasowe noir, to na poziomie narracyjnym jest mu bliżej do innego komiksu z bibliografii scenarzysty, do wydanego u nas w 2007 roku "Batman: Rozbite miasto". Zresztą oba cierpią na podobny problem - warstwa fabularna jest w nich najzwyczajniej pretekstowa. Sięgając po "Jokera" wiedziałem, że to nie jest opus magnum Azzarello, więc nie zawiodłem się wcale. Wręcz przeciwnie - mimo tego, że trudno jednoznacznie go ocenić, to bawiłem się dobrze i uważam go za jeden z najciekawszych komiksów, jakie ukazały się w tym roku na naszym (niestety zubożałym) rynku. Widać po nim, że scenarzysta jest świetnym pisarzem, ale niestety widać też, że rozmienia się na drobne, zabierając się za historie, na które tak naprawdę nie ma pomysłu. Wygląda na to, że Azzarello czuje się wygodnie w roli wyrobnika. Zapewne siada i pisze nawet na tematy, o których ostatecznie niewiele ma do powiedzenia - wychodzi z tego obronną ręką i efekty co prawda nie są złe, ale dostajemy w ręce twory nie do końca przemyślane. Widać to szczególnie jeśli popatrzymy na "Jokera" przez pryzmat wspomnianej znakomitej miniserii o Lexie Luthorze z którym - jak mówił podczas spotkania na MFK - łatwo było mu się utożsamić.

Przechodząc do warstwy graficznej muszę zaznaczyć, że po pobieżnym przekartkowaniu byłem nastawiony do niej dość sceptycznie. O tym, że to kawał przyzwoitego rzemiosła, przekonałem się dopiero w trakcie czytania. Po lekturze uświadomiłem sobie, że z pracami Lee Bermejo stykam się już drugi raz. Gdy czytałem "Lex Luthor: Man of Steel", jego rysunki nie zrobiły na mnie aż takiego wrażenia, ale po lekturze "Jokera" muszę powiedzieć, że jego styl idealnie pasuje do mrocznych, mainstreamowych komiksów dla dorosłych. Patrzę i myślę: "Vertigo". Jasne, że pozycje z tej stajni nie zawsze mają ilustracje najwyższych lotów, ale rysunki Bermejo są naprawdę dobre, a przy tym idealnie wpisują się w ramy tej linii wydawniczej. W trakcie lektury pomyślałem sobie, że świetnie sprawdziłby się jako rysownik Hellblazera. Jak się okazało, nie tylko ja to dostrzegłem, bo czytając listę publikacji sygnowanych jego nazwiskiem natrafiłem między innymi na dwa zeszyty przygód Johna Constantine.

W czasie pracy nad tym tekstem dużo myślałem na temat związków Azzarello z uniwersum Batmana. Zastanawia mnie, czemu nie stworzy o Gotham impresji, swoistego komiksowego Koyaanisqatsi, czegoś na kształt Joyce'owej wycieczki po Dublinie - pomysł wdzięczny, a sądząc po lekkości stylu i ewidentnym talencie do tego typu opowieści, jestem pewien, że wyszłoby mu to znakomicie. Powód jest pewnie prozaiczny i ma na sobie wydrukowane podobizny martwych prezydentów...

środa, 28 września 2011

#867 - 100 Bullets #01: First Shot, Last Call

Zbliżający się łódzki festiwal, na który zawitać mają m.in. Brian Azzarello i Eduardo Risso, to doskonały powód, aby przypomnieć sobie ich najsłynniejsze dzieło – a tym do dziś pozostaje seria „100 naboi”. Bez bicia przyznaję się, że dopiero teraz pierwszy tom tego głośnego komiksu trafił w moje łapy. I chociaż może nie potrafię zachwycić się nim tak, jak większość odbiorców, to status pozycji kultowej, jakiego się całkiem szybko doczekał, wcale mnie nie dziwi.

Całość opiera się na dosyć abstrakcyjnym pomyśle. Poznajemy ludzi, którzy z winy osób trzecich stracili wszystko to, co w życiu było dla nich najważniejsze – kochającą rodzinę, przyjaciół czy status społeczny. Ludzi tych niespodziewanie odwiedza tajemniczy człowiek przedstawiający się jako agent Graves. Przypomina im o ich życiowych porażkach, po czym przedstawia sprawców owych nieszczęść i niezbite dowody ich zbrodni. Na koniec pozostawia pistolet i tytułowe 100 naboi, których nie sposób namierzyć. „Możesz się zemścić i nie poniesiesz żadnych konsekwencji” – obiecuje nieznajomy.

Pomysł wyjściowy sam w sobie jest absurdem, jednakże osadzonym blisko tzw. szarej rzeczywistości. Niewątpliwie wiele osób, które upadło na dno nie z własnej winy, oddałoby wiele, aby zemścić na osobach za to odpowiedzialnych. Autorzy pokazują nam tutaj, jak może wyglądać ziszczenie się tego typu marzenia. Ale żeby nie było za łatwo – enigmatyczny Graves odwiedza ludzi, którzy przynajmniej w pewnym stopniu pogodzili się już ze swoim losem i wcześniej nawet nie myśleli o ewentualnym rewanżu. Gdy jednak pozostawia im walizkę zawierającą odpowiednie informacje oraz narzędzia przyszłej wendetty, ich życie musi się odmienić. Niekoniecznie na lepsze.

Autorzy dokładnie zapoznają nas ze swoimi bohaterami, zresztą skrajnie różnymi. Dizzy to 23-letnia Latynoska, która właśnie opuszcza więzienne mury. Podczas odsiadki zamordowany został jej mąż i ledwie kilkuletnie dziecko, co bohaterka niespodziewanie potraktowała jako karę wymierzoną jej przez Boga, za jej wcześniejsze występki. Wracając właśnie do rodzinnego środowiska, a to przesiąknięte jest gangsteryzmem, próbuje na nowo ułożyć swoje życie. Co, zważywszy na jej głęboką religijność, zdaje się być dosyć łatwe. Z kolei ok. 40-letni Lee stanowi jej swego rodzaju przeciwieństwo. Niegdyś dumny właściciel prestiżowej restauracji, teraz zgorzkniały barman w podrzędnej knajpie. Rodzinę i pieniądze stracił, gdy na dysku twardym jego komputera znaleziono pedofilskie zdjęcia. Zdjęcia, o których posiadaniu on sam nie miał pojęcia.

O ile dla Lee możliwość dokonania zemsty to istny dar losu, o tyle dla Dizzy stanowi niekoniecznie uzasadnioną pokusę, którą należy odrzucić. A przynajmniej teoretycznie. W obu wypadkach wszystko wraz z rozwojem akcji odpowiednio komplikuje się. Azzarello przedstawia nam wszystkie „za” i „przeciw”, dokładnie ukazując konflikty wewnętrzne toczące bohaterów, ich istotny związek ze środowiskiem, w jakim żyją, wreszcie pytając ich o zasadność ewentualnych przyszłych czynów. Czy na pewno zasłużyli na zemstę? Czy jej wykonanie będzie miało jeszcze cokolwiek wspólnego z moralnością? Czy na pewno będzie to zadośćuczynienie sprawiedliwości?
Przy całej abstrakcyjności, jaka towarzyszy niespodziewanej pomocy oferowanej przez agenta Gravesa, pozostaje w końcu zadać pytanie na ile jest on postacią tylko umowną. Czy jego pojawienie się w złamanych żywotach kolejnych jednostek to tylko pretekst dla scenarzysty, aby opowiedzieć nietuzinkową historię czy może jednak coś więcej? Oczywiście jak na tom pierwszy przystało, odnośnie przed chwilą wspomnianych pytań otrzymujemy jedynie pewne sugestie. Ciekawym dopełnieniem okazuje się za to trzecia z zawartych tu historii, ledwie kilkunastostronicowa opowieść o pewnej staruszce, która dokonała wendetty już lata wcześniej, teraz jednak karmiąc się wyrzutami sumienia, postanawia przyznać się do zbrodni.

Komiks charakteryzuje się całkiem wiarygodnymi portretami psychologicznymi, jak również bardzo przekonującym ukazaniem kolejnych, odmiennych amerykańskich społeczności. Największe wrażenie zrobiły na mnie same dialogi, które zresztą zdecydowanie dominują nad pozostałymi elementami. Oto kiedy akcja toczy się w środowisku latynoskich gangsterów, Azzarello prezentuje czytelnikowi nie tylko slang, ale i sam akcent kolejnych postaci. Sztuczka ta udaje mu się dzięki częściowemu zapisowi fonetycznemu danych wyrażeń. To samo spotyka później przedstawicieli białej klasy robotniczej, a w końcu środowisko yuppie.

Na pochwałę zasługują również rysunki autorstwa Eduardo Risso. To dzięki nim mimo nawału dialogów, komiksowi daleko jest do teoretycznie nudnej statyki. Kolejne kadry ukazują nam dane postaci z różnych punktów widzenia - aż chciałoby się napisać, że z różnych kątów ustawienia kamery, zważywszy na fakt, że Risso ciekawie bawi się tu oświetleniem danych miejsc akcji. Tak więc, jeśli w danym kadrze źródło światła znajduje się za postaciami, przedstawione są one jako zwykłe cienie. Ale już za chwilę widzimy je z boku, z twarzami częściowo oświetlonymi. Mija chwila, kolejny punkt widzenia, i widzimy je w całej okazałości. Dzięki tym zabiegom komiks staje się nie tylko bardzo ciekawy wizualnie, ale też zaskakująco dynamiczny. Kapitalnym jest też np. przedstawiony wyżej fragment, pokazujący kurczenie się jednej z postaci. Bardzo dosłowne ujęcie znanej metafory, ale w tymże medium dosłowność okazuje się strzałem w dziesiątkę.

Każda z historii zawartych w tomie „First Shot, Last Call” to zupełnie inne spojrzenie na temat zbrodni i kary, co całość czyni rzeczą bardziej złożoną i atrakcyjniejszą. Wprawdzie mocno gatunkowy charakter neutralizuje całkiem ambitną treść, ale o jakichkolwiek płyciznach mowy nie ma. To solidna porcja dającej do myślenia rozrywki, korzeniami głęboko tkwiącej w tradycji czarnego kryminału. Dla fanów noir pozycja obowiązkowa.

czwartek, 1 lipca 2010

#490 - Kryminalne Zagadki Azzarello

W "Blacksadzie" najważniejsze jest ciekawe śledztwo oraz niesamowity klimat snutej opowieści. Jordi Bernet w "Torpedo" postawił na czarny humor umiejscowiony w fascynujących czasach prohibicji i Ala Capone'a. "Sin City" natomiast to porcja wykadrowanej czystej adrenaliny, gdzie wątek kryminalny jest tylko wymówką do prężenia mięśni. Zostawmy jednak dzisiaj te klasyki komiksowego noir i skoncentrujmy się na historiach autora, który choć nie stworzył w tej dziedzinie niczego oryginalnego, to potrafi elementy składowe łączyć w taki sposób, że efekt końcowy czyta się z zapartym tchem. Mówię tu o Brianie Azzarello, którego kryminalnym zagadkom przyjrzymy się zaraz "od kuchni"....

Od razu jednak zaznaczę, że nie będę w tym miejscu rozpisywał się (ponownie!) o "100 Nabojach". Po pierwsze, seria ta jako całość bardziej jest wielką układanką aniżeli kryminałem w dosłownym tego słowa znaczeniu. A po drugie, nie chcę powielać stereotypu "Azzarello = 100 Naboi", ponieważ scenarzysta ten ma o wiele więcej do zaoferowania. Dlatego będę posiłkował się jedynie piątym trejdem serii - "Counterfifth Detective", a skoncentruję się na czteroodcinkowej mini serii "Jonny Double" (wydanej w 1998) oraz albumie "Filthy Rich" (z 2009).

"Born to trouble... Jonny Double"

Nie ma dobrej historii bez porządnie skonstruowanego bohatera. Co prawda w przypadku kryminałów częściej mowa jest o "pierwszoplanowej postaci" aniżeli "bohaterze", ale to już raczej zagadnienie etyczne, a nie literackie. Najważniejsze by był on przemyślany, konsekwentny i potrafił przykuć uwagę. Czy osiąga to poprzez podziw lub obrzydzenie, nie ma już większego znaczenia.

W historiach Azzarello nie ma problemu ze znalezieniem ciekawych postaci. Autor ma dryg do konstruowania osób "pokopanych przez życie", a takie łatwo potrafią przykuć uwagę w świecie gdzie liczy się tylko uśmiech i sukces, bo o niczym innym "nie wypada wspominać". Najlepszym tego przykładem jest Rich Junk z "Filthy Rich". Były sportowiec, który żył "amerykańskim snem", lecz po wykluczającej go ze sportu kontuzji stracił wszelką chęć do życia. Widzimy jak egzystuje w świecie, "zawieszony" w próżni jakichkolwiek oczekiwań. Ta specyficzna "asceza" bardzo trafnie została spuentowana w "Jonny Double", gdzie bohater mówi, że gdy wystarczająco długo żyje się bez pieniędzy to człowiek dochodzi do wniosku, iż tak naprawdę nie są one mu właściwie do niczego potrzebne. I trzeba przyznać, że te podejście do życia fascynuje, bo daje nadzieję, że istnieje coś więcej niż materializm "wpajany" ze wszystkich stron. Właśnie w takich momentach ich życia, Azzarello przedstawia nam swoich bohaterów.

Bohaterów, których można podziwiać za przezwyciężenie przeciwności losu, ale w żadnym wypadku nie sposób ich nazwać wzorem do naśladowania. Żaden z nich nie jest ofiarą "w złym miejscu i w złym czasie". Wszyscy, choć żyjący jakby z dala od świata, bardzo łatwo dali mu się skusić, i w jednej chwili, bez większych oporów rozpoczęli ryzykowną grę o ulotną miłostkę (Junk z "Filthy Rich"), pieniądze (Jonny Double) bądź zemstę (Milo ze "Counterfifth Detective"). Sami nie tylko sprowadzili na siebie kłopoty, ale nakręcili wokół tego spiralę, która w gruncie rzeczy przyczyniła się do ich porażki. Na domiar złego sytuacje te ujawniły, że ich alienacja nie była wyborem, lecz koniecznością, a wtedy podziw za ich nonkonformizm znika.

"Home of the so rich it doesn't pay to be famous"

Jednak ciekawy bohater bez miejskiej dżungli zdominowanej przez pieniądz, seks i przemoc to tylko półprodukt. To właśnie otoczenie nadaje tym postaciom sens i sprawia, że są tak wyraziste. U Azzarello Nowy Jork, San Francisco czy Los Angeles niczym się od siebie nie różnią. We wszystkich tych miastach by przeżyć, należy spełnić bardzo wyśrubowane wymagania. Nie tylko trzeba z wielką łatwością łamać karki i wszelkie normy społeczne, lecz - co ważniejsze - mieć odpowiednie znajomości, które pomagają upaść "na cztery łapy". Bo jak przystało na porządny kryminał, upadków jest tutaj mnóstwo.

I choć zdawać by się mogło, że na tym miejskim poligonie znaleźć można tylko cynizm i niebezpieczeństwo, to od upadków o wiele więcej jest tu uczuć i emocji - bardzo gwałtownych i spalających. I mimo że zazwyczaj jest to "tylko" pożądanie, prowadzące mniej lub bardziej prostą drogą do przegranej, to nawet tutaj zdarzają się przyjaźnie i szacunek, urastające do rangi ostatnich przebłysków człowieczeństwa.

Niestety w tym wszystkim Azzarello nie sili się nawet na odrobinę oryginalności. W jego historiach bez problemu obok Milo Garreta mógłby stanąć Philip Marlowe, i nikt by się tym crossoverem nie zdziwił. I choć w pewnym sensie łatwo zrozumieć tę zapobiegawczość w kreowaniu świata, bo przecież te "czarno-białe" miasta fascynują od lat, to brakuje w tym wszystkim chociaż odrobiny odautorskiej wizji.

"Once upon a time... is how a fairy tale begins"

Na szczęście fabularnie i narracyjnie Azzarello nie zawodzi. W jego historiach można znaleźć odrobinę czarnego humoru ("rent - worst fuckin four-letter word.... work - another four-letter word"), świetną grę drugim planem i fantastyczny klimat czarnych kryminałów. I chwała mu za to, ponieważ w gruncie rzeczy te komiksy opierają się na nastroju, nie na zagadce "do rozwiązania". Dlatego w "Counterfifth Detective" tak starannie budowane jest uczucie "osaczenia" wokół bohatera, a w "Filthy Rich" senna narracja bardzo powoli, jakby od niechcenia, prowadzi nas do kilku wstrząsów fabularnych. "Jonny Double" natomiast zabiera nas w wycieczkę gdzie nowoczesność zderza się z przeszłością, a wyrachowanie miesza się z prostą dobrodusznością. Wszystko to zostaje doprawione starym, dobrym duchem noir, gdzie starszy, przegrany facet i młoda, piękna kobieta to pewne kłopoty.

Kryminalne zagadki Azzarello nie są niczym oryginalnym. Ale w tym gatunku już od dawna panuje "stagnacja formy", której wcale nie uznaję za wadę. Poszczególni autorzy różnią się od siebie tym, w jakich proporcjach czerpią z klasyki gatunku. W tym przypadku czytelnik otrzymuje wykolejone postaci, które przez większość czasu borykają się z własnymi problemami, a ratowanie "dziewic" zostawiają innym. Opowiada to bardzo sprawnie i w nie przegadany sposób, a nie zapominajmy, że w tego typu historiach nadmiar "monologów wewnętrznych" bywa prawdziwym utrapieniem. I choć nie uważam, żeby "Jonny Double" czy "Filthy Rich" były arcydziełami gatunku, to dziwi mnie jak bardzo są one przemilkiwane, kiedy mówi się o komiksowych kryminałach. Następnym razem, gdy zapragniecie zanurzyć się w wyrachowanym i niebezpiecznym świecie noir nie zapominajcie o Brianie Azzarello. Dobra zabawa gwarantowana....

poniedziałek, 26 października 2009

#282 - 100 Naboi: konkluzje

Mówi się, że prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym jak zaczynają, ale po tym jak kończą. "100 Naboi" to komiks opowiadający o "prawdziwych mężczyznach", i choć kadry nie ociekają testosteronem jak historie Franka Millera, to każdy fan serii czekał ze zniecierpliwieniem na ostatni zeszyt, by przekonać się czy Azzarello i Risso "dali radę"....

Sto numerów w dziesięć lat to prawdziwy bieg maratoński, w którym siłą rzeczy bywały lepsze i gorsze momenty. Jednak z ostateczną oceną nawet pomniejszych wątków trzeba było się wstrzymywać do samego końca. Dwanaście zeszytów zebranych w ostatnim trejdzie "Wilt" zamyka wszystkie wątki i daje czytelnikowi możliwość obejrzenia po raz pierwszy całej układanki i jej ocenienia.

(Uwaga! Możliwe spoilery!)

O magii walizki wręczanej przez Gravesa pisałem już w swoim debiutanckim tekście na Kolorowych. Dość powiedzieć, iż znaczną część popularności jaką zyskała ta seria zawdzięcza właśnie temu konceptowi, i przyznam, że zabierając się za ostatni rozdział "100 Naboi" byłem bardzo ciekaw jak zakończy się ten wątek. Niestety, choć od lektury minęło już sporo czasu, nadal nie jestem w stanie odpowiedzieć sobie, czy Azzarello udźwignął ten motyw. Nie da się ukryć, że na przestrzeni całej serii zafundował czytelnikom istny rollercoster wrażeń. Zaczął tajemniczo, gdzie nie było wiadomo czym była ta oferta "wyrównania wszystkich rachunków". Z każdym numerem powstawało więcej pytań - kim jest Agent Graves i kogo reprezentuje, czy walizka to krwawa sprawiedliwość czy raczej chora tortura, a co najważniejsze czy istnieje jakiś klucz wedle którego wybierani są "obdarowywani" i jaką rolę odgrywają/odegrają w całej intrydze? Po tym preludium, gdy główna oś fabuły została już nakreślona, okazało się, że walizka jest "narzędziem" do przebudzenia Minutemanów i niestety aura tajemniczości opadła. Wtedy też oferta Gravesa zniknęła ze stron komiksu, pojawiając się tylko epizodycznie i to zazwyczaj w roli drugoplanowej "atrakcji". Ten stan przerwano dopiero w 91. numerze, w którym zostały odkryte wszystkie karty. I właśnie tu zaczyna się mój dylemat. Nie będę ukrywał, iż liczyłem, że walizka będzie czymś więcej niż tylko "ciekawym początkiem komiksu". Niestety okazała się wyłącznie prywatną grą Gravesa. I choć przedstawienie jak emocjonalnie podchodził on do całej tej sprawy - mimo jego opanowania i dystansu - było ciekawym doświadczeniem, to i tak czuję do teraz pewien niedosyt.

Na szczęście ten mały zawód został w pełni zrekompensowany rozwiązaniem konfliktu między Gravesem a Trustem.
Pamiętam, że od początku serii można było spotkać się z porównaniem jej do "Z Archiwum X". Nigdy tego nie rozumiałem, ponieważ nie widziałem żadnej wspólnej płaszczyzny, jednak zmieniło się to w trakcie czytania "Wilt". Sławne "Trust no one" aż bije ze stron ostatniego trejda serii. Konflikt Minutemanów ze swymi byłymi "pracodawcami" od początku przypominał partię szachów, gdzie każdy ruch był przemyślany i precyzyjny (no, pomijając Lono), ale na samym końcu gra pozorów i podstęp sięgają zenitu. Przy tak długiej serii czytelnik niejednokrotnie pisze własne "wersje" zakończeń i ma wobec niego pewne wymagania. Tymczasem zamiast ostatecznej rozgrywki między Gravesem i głowami (już tylko kilku) rodzin, twórcy zafundowali nam degustacje win w przytulnej piwniczce. Dodajmy do tej "sielankowej" sceny wyjaśnienie wydarzeń z Atlantic City, i po raz kolejny można zachwycić się maestrią z jaką Azzarello opowiadał tą historię.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że w komiksie, którego jedną z najmocniejszych stron było ciągłe zaskakiwanie, uczucie te po dłuższym czasie nie jest już takie same. Tym większe brawa należą się za finał "100 Naboi". W setnym numerze nie ma już tajemnic, podstępów i skomplikowanych sojuszy. Jest tylko wybór i jego konsekwencje. A w świecie wykreowanym przez Azzarello i Risso, gdzie narzędziem i celem jest władza, na końcu zawsze jest krew. I tylko Loop okazał się człowiekiem "nie z tej bajki". Chłopak, który od początku chciał tylko poznać swojego ojca, odwrócił się od tego świata. To jedyny happy end w tym komiksie. Poza nim jest tylko śmierć.

Czytając ostatni trejd "100 Naboi" starałem się przypomnieć sobie, kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po ten komiks. Takie długodystansowe serie sprawiają mnóstwo przyjemności - niczym uczestnictwo w maratonie. W moim przypadku cztery lata, w trakcie których poznawałem układankę Azzarello i Risso, były dla mnie bardzo satysfakcjonujące, i żałuję wręcz, że nie rozpocząłem tej przygody już w 1999 roku. Ponieważ, mimo że czekanie na kolejny zeszyt bywa mordęgą, to na końcu satysfakcja płynąca z oglądania "naturalnego rozwoju" historii jest ogromna. I w tym momencie zastanawiam się jak wielką satysfakcję muszą czerpać autorzy po dziesięciu latach pracy, widząc setny zeszyt swojego dzieła. Wiem tylko jedno - jest ona w pełni zasłużona...

środa, 12 sierpnia 2009

#217 - 100 Naboi: retrospekcje

Od paru miesięcy układanka, jaką przez ponad dziewięć lat serwowali nam Brian Azzarello i Eduardo Risso jest w końcu ułożona. Jednak przed lekturą ostatniego rozdziału "100 Naboi" proponuję małą powtórkę z rozrywki, czyli przegląd dwunastu trejdów wypełnionych po brzegi świetnymi historiami i mistrzowskimi rysunkami. Nie chcę jednak serwować "szkolnej ściągi" pomagającej ogarnąć całą skomplikowaną strukturę, jaką uraczyli nas autorzy - to zadanie dla każdego czytającego. Chciałbym raczej przypomnieć za co ta seria była i jest chwalona.
Zapraszam....


Na początku była walizka. Kiedy świat usłyszał o "100 Nabojach" mówiono tylko o jej zawartości - dowodach, broni i nienamierzalnych pociskach. Oraz co najważniejsze o wyborze i jego konsekwencjach. Wiadomo było, że Azzarello planuje coś więcej niż "tylko" historię o złamanych życiach, jednak magia walizki była silniejsza. I nic w tym dziwnego, skoro w pierwszych trejdach czytelnik najpierw przeżywał prawdziwe ludzkie tragedie, a dopiero potem uświadamiał sobie, że przedstawiane mu są pierwszoplanowe postaci pewnej większej całości. Choć opowieść o Dolanie (z "First Shot, Last Call") była tylko pretekstem do zarysowania głównej osi komiksu - konfliktu między Graves'em a Trust'em - pozostaje dla mnie jedną z najlepszych z całej serii. Podobna sytuacja jest z drugim trejdem - z całej lektury najbardziej zapadły mi w pamięć łzy matki z rozdziału "Heartbreak Sunnyside Up".

Jednak, kiedy tragizm maleje "100 Naboi" wcale nie staje się nudniejsze. Azzarello świetnie opowiada nie tylko ludzkie dramaty. "The Counterfifth Detective" to pełnokrwisty czarny kryminał, w którym nic nie jest jednoznaczne, a Milo Garret drąży raz rozpoczętą sprawę, aż do smutnego finału. Historia "Wylie Runs the Voodoo Down" z ósmego trejda dla przeciwwagi bardzo przejmująco opisuje niespełnioną miłość muzyka Gabe'a. Twórcy poświęcili tej historii tylko kilka stron, lecz zrobili to tak przekonująco, że jej zakończenie zawarte w paru kadrach jest tak dojmujące, iż śmiało porównam je do sceny zamalowywania ściany przez Rainę z "Blankets". Tylko, że tu na końcu pojawia się wystrzelony pocisk.

I tu warto wspomnieć o kolejnej zalecie serii, a mianowicie świetne graniu drugim planem. Zaryzykuje stwierdzenie, że gdyby nie historie niezwiązane bezpośrednio z głównym wątkiem, to "100 Naboi" mogłoby zmieścić się w czterdziestu zeszytach. A tak dzięki pobocznym opowieściom nie tylko możemy dłużej rozkoszować się świetnym komiksem, lecz również przeczytać wiele naprawdę ciekawych historii. We wszystkich dwunastu trejdach pojawiło się ich tak wiele, że nie ma sensu ich tu wyliczać. Nadmienię jednak, że czasem pełnią one funkcję jakby drugiej fabuły (perypetie Tino ze "Strychnine Lives"), natomiast innym razem służą tylko za element tła, dzięki któremu puenta na samym końcu nabiera dosadniejszego znaczenia (dealerzy z pierwszego zeszytu "A Foregone Tomorrow").

Mówiąc o drugim tle nie można również zapomnieć o smaczkach jakimi raczy nas Risso. Przypomina to wyłapywanie błędów w filmach, jednak w tym przypadku nie tylko sprawia czytelnikowi mnóstwo satysfakcji, lecz również dowodzi jak doskonałą konstrukcją jest ten komiks. Potrafi to być postać w tłumie, która już wcześniej przewinęła się w komiksie, a której ponowne pojawienie się dopowiada jakiś wątek całej historii. Innym razem jeden kadr potrafi powiedzieć coś, co dopiero po czasie zostanie szczegółowo opisane. Azzarello natomiast bawi czytelnika swoimi teoriami spiskowymi. Ta najpopularniejsza to oczywiście teza, iż Joe DiMaggio - mąż Marilyn Monroe - zamordował Kennedyego ("Story Arcs" z czwartego trejda). Warto jednak pamiętać, że słowo 'Croatoa', tak ważne w całej historii, i losy osadników z wyspy Roanoke (które do dnia dzisiejszego nie zostały przez historyków wytłumaczone) również zostało przez niego w odpowiedni sposób zinterpretowane.

"100 Naboi" to doskonale skonstruowana fabuła, gdzie każde słowo i kadr ma znaczenie. Jednak jego lektura jest tak świetną zabawą właśnie przez mnogość dodatkowych atrakcji. Kiedy przeczytam "Wilt" z wielką przyjemnością zabiorę się za ponowną lekturę całej serii. I postaram się napawać każdym smaczkiem jaki zafundowali nam Azzarello i Risso....