Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ongrys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ongrys. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 kwietnia 2020

#2526 - Jak pandemia koronawirusa wpłynie na polski rynek komiksowy?

W jaki sposób pandemia koronawirusa i gospodarczy zastój w kraju wpłyną na polski komiks i nasz rodzimy rynek? Czego można spodziewać się w najbliższych tygodniach, a co może wydarzyć się w dłuższej perspektywie? Czy czeka nas kryzys? Co można zrobić w obecnej sytuacji?


środa, 20 lutego 2019

#2481 - Hellboy z PRL-u

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

"Hellboy" jest zaskakująco powszechnym punktem odniesienia dla twórców polskiego komiksu z określonej generacji. Mamy bowiem Marka Oleksickiego, który w zamierzchłych czasach wydawnictwa Mandragora debiutował komiksem w treści i formie mocno na Hellboy`u wzorowanym, Kajetana Kusinę i jego "Ivana Kotowicza"… 


poniedziałek, 8 lutego 2016

#2075 - Rodryk

William Vance, a właściwie William van Cutsem, zapracował sobie na miano jednego z najlepszych współczesnych europejskich rysowników komiksów głównego nurtu. Nazwisko wyrobił sobie dzięki serii „Bruno Brazil”, pierwszym dużym sukcesem był „Bruce J. Hawker”, a dzięki cyklowi „XIII” trwale zapisał się w historii belgijskiej (i nie tylko) sztuki komiksowej. Najlepszym tego dowodem są nominacje do Haxtur Awards, Prix Saint-Michel, Eagle Awards i przyznana w 2005 Brass Adhemar za całokształt twórczości.


poniedziałek, 11 stycznia 2016

#2042 - Rok 2015 wg. wydawców (1)

Bardzo żałuje, że w roku zeszłym tradycji nie stało się zadość i na Kolorowych zabrakło cyklu tekstów, w których osoby związane z rynkiem komiksowym podsumowują minione 365 dni. Tym razem nie popełnię tego błędu - dziś rozpoczynamy kolejną fazę rozrachunków z 2015 od przepytania wydawców.


piątek, 9 października 2015

#1970 - Rzut za 3: Nowości 26. MFKiG (1)

Nie przypominam sobie, żebym w ciągu kilku ostatnich lat wrócił z Łodzi tak obładowany komiksami, jak w tym roku. Teraz dobre kilka kilogramów obrazkowej literatury piętrzy się przede mną na biurku i czeka na lekturę. O większości z nowości, które pojawiły się na MFKiG chciałbym napisać, ale nie wszystkie komiksy doczekają się pełnowymiarowych recenzji. Brakuje na to zarówno czasu, jak i sił przerobowych. Postanowiłem więc wrócić do sprawdzonej formuły Rzutu za 3, dzięki której sprawniej uda mi się ogarnąć Zaczynajmy!


sobota, 26 października 2013

#1404 - Z archiwum Jerzego Wróblewskiego t. 1 i 2

Jerzy Wróblewski z „Dziennikiem Wieczornym” współpracował przez 20 lat. Narysował blisko 70 historii, które łącznie miały 4000 odcinków. To szmat czasu i kartony papieru zarysowane komiksami. Dzisiaj to pewnie nie do pomyślenia, ale w 1959 roku, kiedy zakładano pierwszą popołudniówkę w Bydgoszczy, szukano kogoś, kto mógłby zająć się kolumną z komiksami i innymi ilustrowanymi historyjkami, żeby trafić w gusta młodych czytelników. Los chciał, że tym kimś miał stać się Wróblewski.


Jak pisze Maciej Jasiński istnieją dwie sprzeczne wersje opowieści o tym, jak Wróblewski rozpoczął współpracę z założoną przez Wiktora Malskiego gazetą. Mniejsza o to, która z nich jest prawdziwa – niezaprzeczalnym faktem jest, że urodzony w Inowrocławiu artysta swoją przygodę z komiksem zaczął jeszcze jako uczeń bydgoskiego Liceum Plastycznego (którego nota bene nigdy nie udało się ukończyć). Debiutował w wieku 17 lat historią szpiegowską zatytułowaną „Tajemnica czarnej teczki”. To właśnie na łamach „DW” przez następne dwie dekady przyszły rysownik przygód dzielnego kapitana Żbika, cyklu „Tajemnica Złotej Maczety”, autor perypetii niezapomnianego „Binio Billa” czy takich kultowych komiksów, jak „Figurki z Tilos” albo „Skradziony skarb” zdobywał swoje (nomen omen) ostrogi. Teraz, dzięki wysiłkom wydawnictwa Ongrys, Andrzeja Janickiego i Macieja Jasińskiego możemy cofnąć się w czasie i zobaczyć, nie tylko jak to się kiedyś robiło, ale także jak rozwijał się warsztat Wróblewskiego.

Dziś nikt nie powinien mieć wątpliwości, że ojciec szeryfa Rio Klawo stoi dumnie w jednym szeregu z takimi klasykami polskiego komiksu, jak Papcio Chmiel, Tadeusz Baranowski, Grzegorz Rosiński czy Janusz Christa. Moja przygoda z jego twórczością rozpoczęła się od... „Produktu”. Byłem zbyt młody, żeby załapać się na „Żbika” albo „Dziesięciu z Wielkiej Ziemi”, a kiedy swoją premierę miał „Binio Bill i skarb Pajutów” uczyłem się składać literki na pierwszym polskim „Spider-Manie”. Wróblewski dotarł do mnie za pośrednictwem tekstów Jasińskiego, Janickiego, Śledzia, Krzysztofa Mirowskiego i Marcina Jaworskiego. Zafascynowany ich opowieściami o tajemniczym „mistrzu z Bydgoszczy” ruszyłem na poszukiwanie jego prac. Na początku nowego wieku krążąc po krakowskich antykwariatach i targowiskach udało mi się skompletować niemałą kolekcję jego prac. Przyznam szczerze, że na początku nie byłem zachwycony. „Przyjaciele Roda Taylora” czy wspomniane „Figurki z Tilos” to nie było to, czego szukałem w komiksie. Ot, konwencjonalne historyjki przygodowo-sensacyjne na którym czas mocno odcisnął swoje piętno. Z czasem jednak zacząłem doceniać kunszt Wróblewskiego. Paradoksalnie dzisiaj jest chyba moim ulubionym polskim klasykiem. Ze swoją mocno zakorzenioną w amerykańskiej estetyce kreską doskonale gra na moich superbohaterskich resentymentach. Uwielbiam dyskretny urok starej szkoły, która unosi się nad jego pracami. Wciąż poraża mnie dynamika jego kadrów, wciąż zachwycają mnie detale, takie jak krój jego liternictwa (jeśli nie on wpisywał literki w dymki, to proszę o poprawę) i wciąż podkochuje się w Krystynie Korko...

Niestety (albo i stety) w obu albumach opublikowanych pod szyldem „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego” próżno szukać prac artysty w pełni ukształtowanego i dojrzałego. „James Hart”, „Nie z tej ziemi”, „Rycerze prerii” i „Tom Texas” to komiksowe juwenalia przyszłego klasyka. Najbliżej najbardziej klasycznemu Wróblewskiemu jest właśnie ta pierwsza pozycja. „James Hart” ukazywał się na łamach „Dziennika” od 1 września do 9 października 1971 roku. To dość typowa i schematyczna opowieść sensacyjna z dwójką pięknych kobiet w tle, intrygą szytą grubymi nićmi i obowiązkowymi pościgami. Jeśli idzie o to, co w tym przypadku interesuje mnie najbardziej, czyli oprawę graficzną to napisze tylko, że Wróblewski potrafi lepiej. „Nie z tej ziemi” (14.07-23.08.1965) to chyba najsłabsza pozycja w całym cyklu, choć graficznie prezentuje się dość solidnie. Nie jest żadną tajemnicą, że Wróblewski radził sobie z rysunkiem satyrycznym nie najgorzej, ale akurat w tym przypadku nieodzowny przy pracy w dzienniku pośpiech mocno odbił się na jakości ilustracji. Z fabułą tej fantastyczno-humorystycznej opowiastki jest jeszcze gorzej...

Drugi tom otwiera „Tom Texas”, który w „DW” ukazywał się przez cały kwiecień 1961 roku. Historia o lubującym się w lemoniadzie kowboju bliska jest duchowi „Lucky Luke`a”. Przygody małego ciałem, ale wielkiego duchem tytułowego bohatera to seria humorystyczno-sensacyjnych perypetii okraszonych (tu chyba nikogo nie zaskoczę) obowiązkowym happy-endem, w których Wróblewski skręca w stronę cartoonu i delikatnego slapsticku. Z całkiem niezłym skutkiem, zresztą. W przeciwieństwie do „Toma Texasa”, który był dość klasycznym komiksem z dymkami i kadrami, „Rycerze prerii” (goszczący w „DW” od 29 kwietnia do 13 lipca 1965) to raczej ilustrowane opowiadanie. Ostatni z komiksów prezentowanych w kolekcji wydaje się mieć najbardziej rozbudowaną fabułę i czytało mi się go najlepiej. Przygody trójki nieustraszonych kowbojów wędrujących po Dzikim Zachodzie najbliższe są westernowej (a więc tak przez Wróblewskiego hołubionej) konwencji. Szlachetnie rewolwerowcy Pete, Tex i Jim nie przepuszczą żadnemu zbirowi, czy to w Arizonie, czy to w Texasie. Wydaje się również, że historia skierowana jest raczej do nieco starszego czytelnika. Zarówno w „Tomie Texasie”, jak i w „Rycerzach prerii” można dostrzec sporo elementów, które zostaną później wykorzystane i rozwinięte w „Binio Billu”. Należy dodać, że całość uzupełniają różne materiały dodatkowe – ilustracje, rysunkowe konkursy i inne drobne grafiki.


Warto również zwrócić uwagę, że w komiksach zebranych w dwóch pierwszych tomach cyklu brakuje jakichkolwiek wyraźnych akcentów propagandowych. Nie jest żadną tajemnica, że w karierze bydgoskiego rysownika trafiały się zlecenia na komiksy jawnie propagandowe, traktujące o bohaterach Związku Radzieckiego i heroizmie Armii Ludowej. Na siłę można by się dopatrywać jakiś podtekstów w „Nie z tej ziemi”, ale po tym co przeczytałem w pierwszych dwóch "essentialach" wygląda na to, że komiksy z „Dziennika Wieczornego” wolne są od komunistycznej dydaktyki. 

Mnie, jako miłośnika twórczości Jerzego Wróblewskiego bardzo ucieszyła wieść o tym, że Kaczanowski, Janicki i Jasiński pogrzebali w starych rocznikach „Dziennika Wieczornego” i przygotują porządnie wydany album (a nawet dwa). Świetnie, że kolejne białe plamy historii polskiego komiksu zostają wypełnione, ale mam świadomość, że nie jest to komiks dla wszystkich. „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego” to rzecz przeznaczona zdecydowanie dla koneserów i dla najbardziej hardcore`owych fanów polskiego komiksu.

czwartek, 10 października 2013

#1385 - Saga Valty t.01

„Saga Valty” to rzecz stosunkowo świeża. Na rynku frankofońskim ukazała się w połowie 2012 roku nakładem wydawnictwa Le Lombard. Całość ma zamknąć się w dwóch tomach, ale w razie sukcesu z pewnością powstaną kolejne. Oprawę graficzną przygotował Mohamed Aouamri, kolorami zajął się Benoît Bekaert, natomiast scenariusz napisał Jean Dufaux. 

Polscy wydawcy znajdują się chyba pod wpływem jakiegoś uroku urodzonego w belgijskim Ninove twórcy i wydają jak leci komiksy jego autorstwa. Zupełnie nie rozumiem tego fenomenu – czy we Francji albo Belgii naprawdę nie ma innych scenarzystów? Żeby jeszcze spod jego ręki wychodziły wyłącznie rzeczy godne uwagi, to może i zrozumiałbym ten afekt, ale przecież tak nie jest. Na każdą„Murenę”, przypada przynajmniej jedna „Krucjata”. I choć opisywanemu komiksowi bliżej jest tej pierwszej pozycji, to nie jest to żadne arcydzieło

„Saga Valty” to utrzymana w konwencji heroic fantasy opowieść przygodowa. Jej akcja rozgrywa się w komiksowo przerysowanej krainie przypominającej skandynawskie fiordy z epoki wikingów. I nie tylko scenografia nasuwa skojarzenia z „Thorgalem”. Główny bohater Valgar syn Holgerra z Valty to wypisz wymaluje pewien szlachetny i dzielny wojownik, który ze względu na swoje bękarcie pochodzenie nie może być razem ze swoją ukochaną. Ten romansowy wątek Romea i Julii może kojarzyć się ze „Zdradzoną czarodziejką”, na co w swojej recenzji zwrócił uwagę Jakub Syty. Ukochana Valgara, Astridr, jest córką okrutnego Thorgerra, który nie dopuszcza do myśli, że byle przybłęda wżeni się do jego klanu. W tym momencie pojawia się motyw tajemniczej przeszłości głównego bohatera (brzmi znajomo?), magiczny artefakt (brzmi znajomo?), a kilka stron dalej na scenę wkracza następna kobieca protagonistka. Blondwłosej Hildegirrd (pochodzącej z Polski, nawiasem mówiąc) od razu w oko wpada pewien przystojny przybysz, który prosi jej męża o gościnę. Hildegirrd nie zawaha się przed niczym, aby zaciągnąć go do łóżka – brzmi znajomo?

Akcja, zgodnie z wymogami gatunku, prowadzona jest bardzo dynamicznie. Fabuła pełna jest pościgów, bitew i pojedynków, nie brakuje krwi, a zawiązana przez Dufauxa intryga jest całkiem zgrabna. Muszę przyznać, że spodobał mi się sposób, w jaki losy pewnego trójkąta miłosnego zostały splecione z konfliktem pomiędzy dwoma klanami. Kreacje bohaterów - choć schematyczne - są przekonujące, podobnie, jak ich motywacje. Do tego dochodzi jeszcze kilka innych, tajemniczych wątków, a całość umiejętnie pomieszczona została w jednym, standardowej pojemności albumie. Widać, że Dufaux to solidny fachura. „Krucjata” to typowy wypadek przy pracy.

Solidny fachura - to samo właściwie można powiedzieć o autorze oprawy graficznej. Mohameda Aouamriego polski czytelnik może kojarzyć z trzeciej części prequela do znakomitej serii „W poszukiwaniu Ptaka Czasu”. Może to dlatego jego klasyczna, realistyczna kreska tylko momentami ciąży ku Loiselowi?  „Saga” narysowana jest poprawnie, ale zachwycać się nie ma czym.

Bardzo zmartwił mnie Leszek Kaczanowski, który powiedział, że wydaje „Sagę Valty”, aby móc wreszcie na komiksie zarobić. Samo w sobie nie jest to niczym złym oczywiście, ale oznacza, że polski czytelnik nie jest zupełnie zainteresowany mniej znaną klasyką polskiego komiksu. Komiks Dufaux i Aouamriego niczym specjalnym nie wyróżnia się pośród innych, podobnych jemu tytułów, które ostatnio w sporej ilości ukazują się na naszym rynku,. Mogę polecić tylko zagorzałym frankofilom. 

sobota, 29 grudnia 2012

#1205 - Planeta robotów/To doprawdy kiepska sprawa...

Czy w rok 2013 zapisze się w historii polskich historyjek obrazkowych, jako początek ery komiksu dla dzieci? Wiele na to wskazuje. Już działa Centralka, będąca oddziałem poznańskiego wydawnictwa, zajmująca się ofertą dla naszych milusińskich, już wkrótce z podobnym imprintem ma ruszyć Kultura Gniewu, a nieco wcześniej w podobny segment uderzył Ongrys. Komiksowo otwiera się na coraz młodszego odbiorcę…

Jak dziwnie się plecie się ta historia. Lata dziewięćdziesiąte to zdecydowana dominacja amerykańskiego super-hero, przeznaczonego głównie dla młodszej młodzieży, a początek nowego wieku to pojawienie się na masową skalę produkcji przeznaczonych dla dorosłych. Pierwsze dziesięciolecie dojrzałego rynku w Polsce upłynęły pod znakiem powtarzanych jak mantra haseł – „komiks może być sztuką” i „komiks nie jest dla dzieci”. Teraz, pojawia się trend odwrotny – wydawcy próbują docierać do najmłodszych czytelników i tym samym wracają do korzeni medium. Przecież lwia część komiksów, które ukazywały się w naszym „złotym wieku” (czyli w PRL`u) to pozycje dla dzieciaków lub osób niewiele młodszych. I właśnie o dwóch takich pozycjach chciałbym dziś napisać... 

Jakiś czas temu Ongrys przygotował wznowienie dwóch pozycji z tego właśnie segmentu. Choć obie pochodzą „z tamtych lat” i wydane są w standardzie, do którego krakowskie wydawnictwo zdążyło nas już przyzwyczaić, różni je właściwie wszystko. „Planeta robotów” Macieja Parowskiego (scenariusz) i Jacka Skrzydlewskiego (rysunki) to pozycja utrzymana w estetyce science-fiction, natomiast Tadeusza Baranowskiego „To doprawdy kiepska sprawa, kiedy Bestia się pojawia” trzyma się dość swobodnie tradycji fantasy. Ta pierwsza pozycja przeznaczona jest dla nieco starszych (gimnazjum?), ta druga – dla nieco młodszych dzieciaków (podstawówka?).

O ile kontynuacja albumu „Jak ciotka Fru-Bęc uratowała świat przed zagładą” to rzecz dość znana i do pewnego stopnia lubiana, o tyle pierwszy tom planowanej trylogii „Sto twarzy profesora Harsmana” to album, który długo uchodził za komiks-widmo. Na swoją premierę musiał czekać dobre dwadzieścia lat. Dzieło Parowskiego i Skrzydlewskiego długo nie mogło znaleźć swojego wydawcy – do albumu przymierzała się Krajowa Agencja Wydawnicza, „Świat Młodych”, Muza czy Egmont, a ostatecznie zajął się nim Leszek Kaczanowski. I wreszcie – dziś, po upływie lat Baranowski wciąż się dobrze się broni, natomiast „Planeta robotów”- cóż...

Przede wszystkim Parowski nie potrafił odnaleźć się w pisaniu skryptu przeznaczonego dla dzieci. „Planeta robotów” razi swoją schematycznością, wtórnością fabuły i brakiem oryginalnych rozwiązań. W tym komiksie brakuje jakiejś magii, czegoś specjalnego, co w podstarzałym czytelniku budzi dziecko. Całość sklecona jest z dość oklepanych chwytów i rozwiązań, podlanych charakterystycznymi nawiązaniami do ówczesnej sytuacji w Polsce. Zagrożenie kosmiczną gorączką może kojarzyć się ze skutkami katastrofy w Czarnobylu w 1986 roku, a w profesorze Le Djazie trzeba upatrywać Janusza Zajdla. Grupa głównych bohaterów, w której skład wchodzą sprytny młodzieniec Jan Lew, jego urocza towarzyszka Hanna, kapitan Reves, osiłek o wojskowej przeszłości oraz robot Nieto, jako żywo przypomina Fantastyczną Czwórkę. To właśnie oni mają ocalić naszą planetę przed złowrogim profesorem Harsmanem, tak jak Jacek Skrzydlewski staje na wyżynach swoje talentu, aby uratować „Planetę robotów”.

Znany z publikacji na łamach „Świata Młodych” artysta operujący cartoonową kreską ma prawdziwy dynamit w łapie. Świetny warsztat karykaturzysty poparty bardzo wyrazistym, wręcz ekspresyjnym stylem zrobił na mnie wielkie wrażenie, ale w ostatecznym rozrachunku nie może uratować albumu przed nudą. Pewnego uroku „Planecie robotów” odmówić nie można, ale gdzie jej tam do Kajtka i Koka przemierzających kosmiczne rubieże!

Wydawałoby się, że Baranowski, podobnie, jak i Parowski, wychodzi od równie ogranego motywu – tym razem jest to odwieczna walka dobra ze złem. Z osady Fruwaczków porwane zostaje nasionko kwiatu zła. Złowrogi Czarny Ptaszyl, który za jego pomocą chce wprowadzić na świecie rządy ciemności, a także doprowadzić do zguby ród Fruwaczków. Cała nadzieja w Amadynce i Huzarku, który udało się ujść armii Ptaszyla i już opracowują plan ratowania przyjaciół…

Banał, prawda? A jednak w wykonaniu Baranowskiego to niepozbawiona wdzięku, specyficznego humoru i zrobiona z pewnym pazurem historia. Choć ci, którzy po albumie będą spodziewali się czegoś w stylu „Na co dybie w wielorybie czubek nosa Eskimosa” czy „Antresolki Profesorka Nerwosolka” mogą się srodze rozczarować. Baranowski w wersji dla dzieci unika zabaw komiksową fakturą i igrania ze słowem. Absurdalnego humoru jest tu tyle co nic, a wszelakiej maści mrugnięć okiem i nawiązań do PRL`owskiej rzeczywistości niewiele więcej. Baranowskie rezygnuje z graficznego wyrafinowania, na rzecz przejrzystości i prostoty (momentami ocierającej się o niechlujstwo!), a zamiast podejmować grę ze swoim czytelnikiem stawia na zabawną opowieść o bardzo uniwersalnym przesłaniu i wyraźnym morale. „Kiepska sprawa…” pokazuje zupełnie inne oblicze jednego z klasyków polskiego komiksu, do którego niektórym będzie się pewnie trudno przyzwyczaić.Ale nie warto z tego powodu dyskredytować tej pozycji, który na swój sposób jest rzeczą ciekawą i wartościową.

piątek, 13 stycznia 2012

#946 - Rok 2011 według wydawców

Wreszcie, w ostatniej odsłonie naszych podsumowań wypowiedzią się ci, dzięki którym kolejne komiksowe albumy lądują w naszych rękach – wydawcy. O minionym 2011 roku opowiadają nam Michał Słomka (Centrala),  Bartosz Kiedrzycki (imprint Dolna Półka), Radosław Bolałek (Hanami),  Szymon Holcman (Kultura Gniewu), Leszek Kaczanowski (Ongrys), Łukasz Turek (Wydawnictwo Ważka).

Tradycyjnie, zadaliśmy im cztery pytania:

1) Jaki był ten 2011 rok w Waszych oficynach?
2) Jak wypadł miniony rok dla wydawnictwa, w porównaniu z wcześniejszymi założeniami?
3) Jaki najlepszy komiks/publikację wydaliście w mijającym roku, jaki okazał się największym sukcesem?
4) Jak będzie wyglądał krajobraz komiksowa w 2012? Pogorzelisko po bitwie czy wschodzące słońce nad sielankową doliną?

Oto, jak odpowiadali w kolejności alfabetycznej:

Michał Słomka (Centrala)

1) Centrala to nie tylko wydawnictwo, ale również wystawy, warsztaty, szkolenia dla bibliotekarzy, ścisła współpraca z Biblioteką Uniwersytecką w Poznaniu. Wydaliśmy 9 publikacji i taki też mamy plan minimum na rok 2012.

Rok 2011 z naszej perspektywy był udany. Kontynuujemy założenia realizowane od 5 lat, realizujemy nowe projekty (między innymi digitalizację przedwojennych prasowych seriali obrazkowych), mamy świetny zespół ludzi i kolejne pomysły.

2) To był pierwszy rok w którym postawiliśmy mocno na działalność wydawniczą. Rozpiętość nakładów mamy i będziemy mieć różną (2000 egz. "Stuck Rubber Baby" czy 500 egz. "Silence"). Udało nam się rozpocząć zagraniczną dystrybucję publikacji związanych z festiwalem Ligatura. Ważnym założeniem nie tylko wydawniczym jest obalanie stereotypu komiksu, jako medium cenionego tylko dla formy. Staramy się pokazywać, że nie da się już lubić komiksu tylko dlatego, że jest komiksem. Chyba nam się to udaje bo sprzedaż naszych tytułów jest większa w księgarniach niż sklepach komiksowych.

3) To pytanie (przynajmniej jego pierwsza część) chyba bardziej do czytelników. Jeżeli sprzedaż jest miernikiem sukcesu to zaskoczyło nas jak szybko sprzedał się "We Włoszech wszyscy są mężczyznami", mimo tego, że w środowisku komiksowym ta książka odbierana ( czy też postrzegana bez odbierania była przez pryzmat wątku homoseksualnego, a nie jako świetny komiks historyczny. Cieszy nas, że inne tytuły zbierają dobre recenzje, że dostajemy sporo prywatnych opinii zadowolonych czytelników.

4) Nie funkcjonujemy w nim zbytnio więc i ciężko się o nim wypowiadać. Z naszej perspektywy mamy nadzieję na kontynuację zróżnicowania. Czasy się zmieniają i dochodzi do głosu pokolenie, dla którego komiks przestaje się kojarzyć z Kajkiem i Kokoszem czy Tytusem, zderzeniem lat 90-tych, czy emocjonalnym stosunkiem do medium jako takim. Ani pogorzelisko ani sielanka. Liczymy na normalną pracę.


Bartosz Biedrzycki (Dolna Półka)

1/2) W Dolnej Półce każdy kolejny rok jest w zasadzie podobny do poprzedniego - wydajemy dwa numery magazynu "Kolektyw" i trochę zeszytów. Chociaż przyznam, że tym razem było tego sporo, bo pojawił się "Człowiek bez Szyi" (jej, seria, seria!), do tego dwie odsłony "Hurra!" i zbiór wywiadów (weszliśmy na ciemną ścieżkę publicystyki). Do tego doszła także antologia "Jazda!" więc w sumie był to bardzo bogaty rok - i pod względem ilości, i pod względem różnorodności. Był on też owocny dla nas, jako redaktorów. Merytorycznie udało nam się nakreślić ramowy plan dalszego funkcjonowania Dolnej Półki, spójną wreszcie wizję "Kolektywu" i parę innych drobiazgów. Mamy też niezłe plany na przyszłość.

3) Nie wiem, co było najlepsze, ale ja lubię "Jazdę!". Za to chyba sukcesem, przynajmniej "medialnym" okazał się "CbS" Czernatowicza i Kołsuta - była masa opinii, głównie na zasadzie „kocham / nienawidzę”, ale to dobrze, jeżeli coś tak mocno polaryzuje odbiorców.

4) Polska scena komiksowa w 2012 roku będzie wyglądać tak samo, jak przez ostatnie lata - nadal będzie upadała, jak to nieskutecznie robi od wielu, wielu lat. Używając nieco landszaftowych metafor z pytania - to będzie spalona dolina, w której radośnie i bezpiecznie egzystuje sobie mały ludek, gapiący się w słońce. Będzie mniej Egmontu, a więcej DIY, o ile nie mylę się w swoich przewidywaniach i ocenie sytuacji. Dla małych wydawnictw nic się pewnie diametralnie nie zmieni. Nie będzie nowych efemeryd wydawniczych, w każdym razie nie w głównym obiegu, ale też nie przewiduję padów. Ciekaw jestem jedynie, czy ktoś pokusi się o wypełnienie niszy po "Kartonie" kolejnym magazynem w pierwszym obiegu.


Radosław Bolałek (Hanami)

1) W 2011 skupiliśmy się na seriach - zakończeniu "Suppli" i "Pitu pitu", kontynuowaniu "Ikigami" oraz rozpoczęciu (i w zasadzie doprowadzeniu do połowy) "Pluto". Do tego dorzuciliśmy dwie nietypowe rzeczy z okazji wizyty artystów podczas Bałtyckiego Festiwalu Komiksu: "Biblię" Bisley`a oraz "Czerwone króliki" RongRong Luo. Z jednej strony ograniczyliśmy ofertę w mniejszym stopniu, niż część kolegów z branży, a z drugiej strony, szkoda, że nie udało się wydać kilku dobrych jednostrzałówek. No i zabrakło Jiro Taniguchiego...

2) Wypadł lepiej i gorzej, niż zakładaliśmy. Lepiej, gdyż sprzedaż była ostatecznie ciut lepsza niż zakładaliśmy. Jednakże gorzej, bo aby to osiągnąć, musieliśmy ograniczyć jeszcze bardziej liczbę wydawanych tytułów. Spowodowane to jest z jednej strony ograniczonym portfelem kupujących, z drugiej zmianami realiów dystrybucyjnych. Od tego roku instytucja brania w konsygnację (wystawnie towaru na półki i rozliczanie się jedynie za sprzedany towar) praktycznie zniknęła, co sprawiło, że księgarze jeszcze mniej chętnie zaopatrują się w komiksy.

3) Jak co roku miałbym problem z wytypowaniem tego najlepszego. Wydaliśmy tytuły, z bardzo różnych kategorii - realizm magiczny, historie obyczajowe, political fiction czy album jednego z największych (dosłownie i w przenośni) twórców komiksowych. Osobiście najbardziej mnie cieszy ostatni tom "Suppli" (a w zasadzie tom "Extra"). Po pierwsze, dlatego że od tej serii zaczęliśmy naszą przygodę z wydawaniem komiksów i to jest dla nas zamknięcie pewnego rozdziału. Po drugie, wydawcy sporadycznie decydują się na publikacje takich smaczków, gdzie komiksy stanowią jedynie część, a reszta to tzw. materiały dodatkowe. Mam nadzieję, że nasi czytelnicy poczuli się dopieszczeni. Od strony komercyjnej top sprzedaży w tym roku wygląda następująco:

1. "Pluto"
2. "Osiedle promieniste"
3. "Balsamista"
4. "Suppli"
5. "Ikigami"

4) Ja bym powiedział, że wschodzące słońce nad krajobrazem post-nuklearnym. 2011 przetrwaliśmy (my, wydawcy) niemal w komplecie, część co prawda trochę napromieniowana, niektórym domy się zawaliły, innym ręce urwało. Hanami profilaktycznie schowało się w schronie, sporadycznie wypuszczając się na eskapady. Ale czy 2012 będzie dobry czas, żeby wyjść ze schronów i zakasać rękawy, wziąć się do roboty - zobaczymy.


Szymon Holcman (Kultura Gniewu)

1) Trudny. To chyba najwłaściwsze słowo. Nie zły, nie kryzysowy, ale trudny właśnie. Bo takie rzeczy jak wprowadzenie podatku VAT (w dodatku w sposób, który wprowadził czasowy chaos na rynku wydawniczym), jak kurcząca się na skutek rozmaitych czynników sieć sprzedaży to właśnie trudności, z którymi każdy wydawca planujący być w biznesie przez lata, a nie przez jeden modny sezon, musi sobie radzić. A jeśli radzi sobie dobrze, to w czasie istnienia swojego biznesu napotka podobne przeszkody kilkukrotnie. Skończymy już z tym mieleniem kryzysu, bo hossy, bessy, lepsza i gorsza koniunktura to rzeczy, które po prostu mają swoje cykle i trzeba się z tym liczyć. I trzeba je przejść jak świnkę, ospę i inne syfy.

Ten rok ze względów, powiedzmy, ekonomicznych był trudny. Ale chyba dużo trudniejszy był dla nas ze względów... pozawydawniczych. I to głównie one wpłynęły na mniejszą niż w ostatnich latach ilość wydanych komiksów. Przy okazji przypominam, że cały czas wydawnictwo funkcjonuje "po godzinach". Trudny był z jeszcze jednego względu. I to być może również powód zmniejszenia ilości naszych premier, bo nie aktywności przecież (mam wrażenie, że działo się u nas więcej niż kiedykolwiek). Mówię tu o dwóch komiksach dla MSZ. Jeden wywołał burzę, która zajęła nas totalnie na blisko miesiąc, ale jej echa trwały jeszcze dłużej, drugi okazał się być tak wymagający w produkcji, że wyssał z nas naprawdę dużo sił.

2) Gorzej. Ale to chyba normalne, pisał już o tym Platon i mówi w wielu wywiadach Woody Allen, że plany i założenia są dość odległe od rzeczywistości. A jak nie odległe, to na pewno inne. I tak też było z naszymi założeniami. Nie ma chyba za bardzo roztrząsać, co się miało ukazać a jednak się nie ukazało.

Najbardziej chyba żałujemy, że nie udało się wydać w roku ubiegłym "Bezrobotnego Froncka" Adama Ruska. Wielka księga zawierająca kilkaset odcinków przygód tytułowego przedwojennego bohatera plus książka Adama o tym najdłużej ukazującym się polskim komiksie prasowym. Wielki (A4, ponad 400 stron) album, który nie mam wątpliwości, będzie wydarzeniem. Rzecz jest gotowa do druku, a my czekamy tylko na decyzję o zaangażowaniu finansowym w ten projekt przez pewnego poważnego partnera. Ma się ona pojawić do końca stycznia.

3) Zawsze powtarzam to samo – każdy nasz album jest dla nas najważniejszy i kochamy je wszystkie, jak własne dzieci. "Pinokio" - bo to edytorska perełka z genialnie przygotowanym przez Alinę Składanek polskim liternictwem. Francuzi naszym wydaniem byli zachwyceni. "Berlin 2" - bo to świetny komiks, lepszy od tomu pierwszego, na który czytelnicy długo czekali. "Osiedle Swoboda" - bo to wznowienie, które musieliśmy zrobić w świetle tego, że pierwszy nakład rozszedł się w trzy miesiące. To najlepsza odpowiedź na pytanie "co z tym kryzysem"? A jeszcze lepsza jest taka, że to wznowienie sprzedaje się świetnie, czym jesteśmy lekko zaskoczeni. "Czasem" - bo to świadectwo niewiarygodnego rozwoju Marcina Podolca jako rysownika i komiksiarza, bo to pierwszy (ale nie ostatni!) komiks do scenariusza Grześka Janusza wydany u nas no i w końcu bo dla nas to jeden z najlepszych, nie tylko polskich, komiksów wydanych w tym roku. Niepokojące jest tylko, że moja starsza córa nazywa mój gabinecik (komórka gdzie stoi komputer) kanciapą. "Diefenbacha" - bo sami czekaliśmy na ten komiks blisko dekadę. Bo to Benedykt w naprawdę mistrzowskiej formie. No i w końcu dwie rzeczy dla MSZ. "Chopin New Romantic" - bo to bardzo ciekawa i niebanalna antologia, na której stronach spotkali się znakomici twórcy. No i to komiks, który przyniósł nam większy rozgłos niż wszystkie, które zrobiliśmy wcześniej. "Tymczasem" - bo to Truściński, Janusz, Ostrowski w świetnej formie, którą pokazali w bardzo trudnym zleceniu. Bo to komiks, który kosztował nas wiele wysiłku, ale jednak nie zabił (Robercie Sienicki, żyjesz?).

4) Będzie bez większych zmian. Chyba, że nastąpi coś, co nastąpić powinno już dość dawno temu: na poważnie – czytaj: regularnie i konsekwentnie – za komiks weźmie się duży wydawca mainstreamowy. Może "Logikomiks" (doskonały nota bene) sprzeda się W.A.B. tak dobrze, że pójdą za ciosem? Dotychczas nikt tego nie zrobił. Może to właściwy moment?

A poza tym my, komiksowi wydawcy, będziemy robić swoje, będą nowe i stare ziny (uwielbiam!), flirty komiksu z establishmentem (a może nawet i sztuką!), kolejne imprezy, spotkania, festiwale. Będzie fajnie.


Leszek Kaczanowski (Ongrys)

1/2) W 2011 (i końcówce 2010) Ongrys przygotował w sumie siedem albumów. Ukazały się dwa dotychczas niepublikowane komiksy sprzed lat (przygodowy "Kawaler de Lagardere" Tadeusza Raczkiewicza i fantastyczna "Planeta robotów" Macieja Parowskiego i Jacka Skrzydlewskiego - oba z początku lat 90-tych). Była antologia bardzo archiwalnej twórczości Papcia Chmiela, był pierwszy komiks wydany na licencji zagranicznej ("Spadająca gwiazda" Zbigniewa Kasprzaka), wznowienie rzadkiego albumu Tadeusza Baranowskiego (choć adresowanego do młodszych czytelników, niż kanoniczne pozycje autora), komiksowy debiut wraz z próbkami jego młodzieńczej twórczości oraz zbiór komiksowych pasków Raczkiewicza.

Wydaje mi się, że wydawnictwo realizowało swoje cele, prezentując ofertę różnorodną (w ramach przyjętych założeń oczywiście) zarówno pod względem targetu, jak i np. ceny. Niestety, od strony finansowej, jest coraz gorzej. W roku 2011 wielkość sprzedaży naszych pozycji spadła o jakieś 25%. Być może akurat te wymienione przeze mnie pozycje nie przypadły czytelnikom do gustu, a być może właśnie w tym okresie dał o sobie znać kryzys. Taki spadek przy nakładach rzędu kilkuset egzemplarzy jest bardzo odczuwalny i powoduje, że dużo trudniej odzyskać zainwestowane środki, za które można by wydać kolejne pozycje.

Od początku też ciągnie się sprawa zaległych płatności za książki sprzedane w Empikach. W tym roku pierwsze niezapłacone faktury trafiły do sądu, zapadły korzystne dla nas wyroki, a pieniędzy jak nie było, tak nie ma. Mówimy tutaj o kwocie pozwalającej na wydanie przynajmniej jednego dodatkowego albumu, a to dopiero pierwsza sprawa sądowa - w kolejce czekają następne niezapłacone faktury. Skutki tej sytuacji były widoczne na przykładzie naszych najnowszych publikacji – w przypadku "Kuśmidra i Filo" Ongrys musiał zrezygnować z przygotowania dwóch wersji albumu (tańszej oraz obszerniejszej - do wyboru czytelnika). Albumy Ongrysa nie przynoszą zysku, siłą rzeczy więc przygotowywane są "po godzinach" - po powrocie z normalnej pracy, zapewniającej utrzymanie. Niestety, nie wszystko da się zrobić w tak ograniczonym czasie. Staram się nie obniżać poziomu edytorskiego i graficznego albumów, ale brakuje już czasu i sił na zajęcie się sprzedażą czy promocją.

3) To oczywiście bardzo subiektywne odczucie. Z jednej strony komiksy Ongrysa z rzadka pojawiają się w zestawieniach typu "Najlepszy komiks roku" itp., a jeśli już, to na odległych miejscach. Ale też nie taka jest nasza rola. Zazwyczaj publikujemy pozycje archiwalne, często sprzed kilkudziesięciu lat. Nie wszystkie oparły się próbie czasu. Co więcej – najciekawsze pozycje z tamtego okresu zostały już wznowione przez inne wydawnictwa. Dla mnie każda pozycja Ongrysa jest w jakimś stopniu interesująca i nie do zastąpienia przez inne komiksy.

Pierwsze komiksy Papcia Chmiela nie są zachwycające, ale do niedawna były dostępne nielicznym. Zgromadzenie kompletu czasopism, w których się ukazywały trwałoby latami i kosztowało fortunę. Teraz w każdym sklepie komiksowym można kupić ich nowe wydanie za przystępną cenę. Czy to jest sukces? Pod względem sprzedaży z zeszłorocznych publikacji nieco lepszy początek w porównaniu z innymi pozycjami miała "Spadająca gwiazda".

4) Niestety, trudno mi być optymistą. Coraz mniej osób kupuje nasze pozycje. Kiedy maleje sprzedaż, maleją nakłady, a wtedy cena jednostkowa rośnie. Albumy Ongrysa stają się coraz bardziej elitarne, co wcale mi się nie podoba, ale mam na to niewielki wpływ. Ongrys próbował przygotowywać tanie wersje komiksów, które mogłyby być dostępne w każdej księgarni w Polsce (przy czym dla mnie pojęcie „tanie” oznacza, że album nie jest droższy od podobnego pod względem poligraficznym albumu innego wydawnictwa, najprawdopodobniej przygotowanego mniejszym kosztem i w znacznie większym nakładzie). Niestety nie zdało to egzaminu i najprawdopodobniej nie będzie już dwóch wersji do wyboru. Zarówno ze względu na ograniczenia finansowe, jak i osobiste nowe pozycje najprawdopodobniej będą się ukazywały rzadziej niż do tej pory.

Na tą chwilę nie wiem też jakie będą kolejne publikacje. W tej chwili pracuję nad zbiorczym wydaniem przygód profesorka Nerwosolka (przygotowywanym wspólnie ze sklepem Gildii) oraz dawno zapowiadanym "Tajfunem" pod tytułem "Monstrum". Obie pozycje powinny się ukazać w pierwszej połowie roku. Co będzie dalej – nie wiadomo.


Łukasz Turek (Wydawnictwo Ważka)

1) Weszliśmy na rynek dopiero od października, zatem nie ma sensu wypowiadać się na temat całego roku. Te trzy miesiące polegały głównie na przecieraniu szlaku, szukaniu dobrych kanałów sprzedaży, sondowaniu rynku, ale przede wszystkim poszukiwania komiksów do wydania w 2012. Nie było sensu wydawać niczego nowego, może jedynie poza debiutem Maćka Gierszewskiego (którego zresztą także zdecydowaliśmy się przesunąć na styczeń). Mnóstwo telefonów, mnóstwo maili i gonienia na pocztę. Właściwie każdy dzień wyglądał tak samo. Czy zatem był to udany rok?

2) Lata ubiegłe? Tutaj chyba nie ma sensu zabierać głosu, "starsi wiekiem" wydawcy mają zapewne więcej do powiedzenia w temacie.

3) Jedynym naszym komiksem była antologia "Ziniola". Pod względem komiksu na start był to strzał w dziesiątkę. Nie mogliśmy sobie wymarzyć lepszego debiutu, ale z drugiej strony ten zbiór zasługiwał/zasługuje na lepszą promocję. W nadchodzącym roku wydamy kolejną część antologii. Już teraz obiecujemy sobie, że będziemy do tego zbioru wracać. Może zrobimy wydanie exkluziv?

4) Prognozy? Jeżeli weźmiemy pod uwagę znaczny wzrost publikacji za publiczne pieniądze, komiksowych imprez, powrót zinów to uważam, że w promocji komiksu nastąpił progres. Jeżeli zaś chodzi o kwestię "sensowności prowadzenia tego biznesu" - problemem na pewno będzie kwestia dystrybucji, zwłaszcza dla małych wydawnictw. Kolejnym, będzie cena okładkowa, zawsze zbyt wysoka. Wydawcy dalej będą prowadzili politykę bezpiecznej sprzedaży, co dzieje się już od dłuższego czasu. Czytelnicy dostaną do ręki uznane nazwiska, ale krajowi zdolni, debiutanci będą mogli liczyć jedynie na niski nakład albo druk własnym sumptem. Żeby przebić się do świadomości czytelnika, jako "twórca uznany", muszą wykazać się wielką determinacją, co nie jest łatwe przy światopoglądzie, że polski komiks jest "be".

Kilka słów o komiksach za państwowe pieniądze. Chociaż jest to chyba najskuteczniejsza forma promocji komiksu, jako medium, może w konsekwencji doprowadzić do "rozleniwienia twórców". Zamiast realizować autorskie projekty, będą czekali na kolejne zlecenia (wiadomo, wynagrodzenie). Mam nadzieję, że tak się nie stanie i tylko dmucham na zimne.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

#642 - Powroty Tadeusza Raczkiewicza

Pojawienie się serii "Tajfun" na łamach "Świata Młodych" można uznać za pewnego rodzaju przełom. Do tej pory w "piśmie młodzieży harcerskiej i szkolnej" dominowały komiksy humorystyczne, często zawierające mniej lub bardziej zakamuflowany ładunek dydaktyzmu, przeznaczone raczej dla młodszego czytelnika. Kolorowe historyjki uchodzące dziś za klasykę gatunku, "Tytus, Romek i A'Tomek" Papcia Chmiela, "Kajko i Kokosz" Janusza Christy, przygody Kudłaczka i Bąbelka Tadeusza Baranowskiego czy "Binio Bill" Jerzego Wróblewskiego w myśl szkolnego założenia uczyły, bawiąc.W 1984 roku pojawił się Tajfun. Najlepszy kosmiczny agent tajnej organizacji szpiegowskiej Nino, któremu nawet najtrudniejsze zadania nie były straszne. W niczym nie odbiegał od zachodniego wzorca herosa komiksów science-fiction, jeśli nie liczyć jego imponującego słowiańskiego wąsa. Podobnie, jak jego odpowiednicy spoza żelaznej kurtyny, był mistrzem karate i doskonałym pilotem, a także ucieleśnieniem męskości, do którego potajemnie wzdychały Maar i Kriss, partnerki z agencji. Przygody Tajfuna pełne wartkiej akcji, laserowych strzelanin, galaktycznych pościgów i zmagań z zagrażającymi całemu kosmosowi terrorystami pokazały polskiemu czytelnikowi zupełnie inny typ komiksu - wolny od ideologicznego przekazu i pozbawiony zadań moralizatorskich. Porywający swoją sensacyjną akcją i spełniający eskapistyczne założenia zwyczajnego zrelaksowania się przy lekturze komiks z miejsca zdobył sobie wielką popularność. Dlaczego zatem prace Tadeusza Raczkiewicza nie doczekały się licznych wznowień i wydań albumowych w przeciwieństwie do innych komiksowych mistrzów z tamtego czasu?

Z pewnością jedną z przyczyn były zbliżające się przemiany ustrojowe. Ciągle zawirowania na rynku prasowym, problemy z przydziałem papieru, a później trudne realia raczkującego kapitalizmu z początku lat dziewięćdziesiątych nie sprzyjały wielu inicjatywom wydawniczym. Nie pomagał również fakt, że Raczkiewicz mieszkał w Gubinie i w warszawskiej redakcji "Świata Młodych" pojawiał się dość rzadko. Szykowane przez wydawnictwo Old Baron na początku lat dziewięćdziesiątych wznowienia nigdy nie doszły do skutku, gdyż oryginalne plansze i matryce do druku zaginęły i odnalazły się dopiero w listopadzie 2010 roku. "Tajfun" na swoją albumową reedycję czekał aż do 2006 roku, kiedy nakładem nieistniejącego już wydawnictwa Mandragora ukazała się zbiorcza edycja zawierająca "Zagadkę układu C-2", "Aferę Bradleya" i "Na tropie Skorpiona". Jeszcze mniej szczęścia miały inne komiksy Raczkiewicza, które na wznowienie musiały czekać aż do 2009 roku.

Najpierw, w marcu zeszłego roku ukazała się przygotowana przez fanów publikacja "Tadeusz Raczkiewicz: Komiksy nieznane". Niewielkich rozmiarów broszurka zawierała początek piątej księgi przygód kosmicznego agenta Nino, kilka niedokończonych projektów, a także mnóstwo szkiców i ilustracji. Pozycja, której nakład liczył sobie zaledwie 170 egzemplarzy rozeszła się w mgnieniu oka, niemal natychmiast zapewniając sobie status białego kruka i kolekcjonerskiego rarytasu, sięgającego zawrotnych cen na rynku wtórnym. Pokazała również jak wielkie istnieje zapotrzebowanie na komiksy Raczkiewicza. Nieco później, bo już w październiku krakowska oficyna Ongrys przygotowała reedycję znakomitej większości dzieł ojca "Tajfuna". Komiksy Raczkiewicza zostały zebrane w dwóch wersjach. Jednoalbumowej "Tajemnicy Czerwonego Teepee" (oprócz tytułowej historii zawierającej "Dwa lata wakacji" i "Piętnastoletniego Kapitana", "Zawiszę Czarnego", "Tajemnicę Kamiennego Lasu" i "Toma Monka" oraz materiały dodatkowe) i dwualbumowej, w której osobno opublikowano adaptacje powieści Juliusza Verne'a i komiksy historyczno-fantastyczne.Ten tematyczny rozrzut, od westernów począwszy ("Tajemnica Czerwonego Teepee"), przez opowieści science-fiction ("Tajemnica Kamiennego Lasu"), przez komiksy oparte na wydarzeniach historycznych ("Zawisza Czarny"), a na przygodowych opowieściach ("Piętnastoletni Kapitan") skończywszy udowadnia niezwykłą wszechstronność Raczkiewicza. Artysta czuł się dobrze w każdej z tych konwencji ze swoją dynamiczną kreską i solidnym warsztatem, choć daleko mu było do kunsztu Rosińskiego czy Wróblewskiego. Niestety, współczesnego czytelnika jego ilustracje mogą razić nieporadnymi skrótami, niedbale zarysowanym tłem czy kiepską znajomością prawideł komiksowej sztuki, choć trafiają się i takie kadry, których młodsi twórcy mogą Raczkiewiczowi pozazdrościć.

Na tym jednak historia twórczości ojca "Tajfuna" się nie kończy. Podobnie, jak Tadeusza Baranowski czy Papcio Chmiel, Raczkiewicz nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i pozostaje aktywnym twórcą. Wraz ze scenarzystą Piotrem Ponaczewnym stworzył "Farę – bramę do gwiazd", opowieść o miejskim kościele parafialnym w Gubinie utrzymaną w fantastycznej konwencji. Komiks sponsorowany, ale nie pozbawiony artystycznego pomysłu.

Ja z racji swojego młodego wieku ani "Świata Młodych", ani komiksów Raczkiewicza w swoim czasie poznać nie mogłem. Z pewnością wydawnictwa Ongrysa najbardziej ucieszą tych, którzy polowali na "ŚM", przeczesując kolejne kioski. A co z innymi, dla których sięgnięcie po "Zawiszę Czarnego" i "Dwa lata wakacji" nie będzie oznaczało podróży sentymentalnej do czasów młodości? Nie ulega wątpliwości, że czas mocno odcisnął swoje piętno na tych pozycjach i dziś, w porównaniu z obecną komiksową produkcją, wyglądają bardzo archaicznie. Nie sądzę, aby mogły zainteresować kogoś, kto nie uważa, że polską klasykę znać warto…

środa, 21 lipca 2010

#509 - Metacom

Komiksowa twórczość Jacka Widora nie jest powszechnie znana. To jeden z wielu zapomnianych komiksiarzy z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, który został przypomniany dopiero teraz, dzięki wydawnictwu Ongrys. Pochodzącego z Krakowa Widora od zawsze interesowała sztuka filmowa. Nie mogąc jednak realizować swoich pomysłów na celuloidowej taśmie, wybrał komiks, jako najbliższy ekwiwalent filmu.
Jednym z jego pierwszych projektów był właśnie "Metacom". Komiks pierwotnie publikowany w odcinkach, na łamach "Świata Młodych" w 1986 roku, opowiada historię buntów indiańskich pod wodzą tytułowego Metacoma z plemienia Wampanoagów. Koncept wydaje się świetnym materiałem na nieco romantyczną historię przygodową o walce szlachetnych czerwonoskórych w obronie ziemi, na której żyją i wartości, jakie wyznają. Jacek Widor miał jednak inne ambicje. Walki rdzennych mieszkańców Ameryki z europejskimi najeźdźcami z końca XVII wieku potraktował, jako świetny materiał na komiks paradokumentalny. "Metacom" stara się być tak bliski faktom, jak to tylko możliwie. W latach osiemdziesiątych Widor miał jednak bardzo ograniczony dostęp do jakichkolwiek opracowań i źródeł historycznych, które teraz są powszechnie dostępne. Jak skromnie przyznaje dzisiaj, w jego młodzieńczym utworze jest mnóstwo niedopatrzeń, brakuje wielu faktów i postaci, a prawda historyczna okazuje się znacznie bardziej skomplikowana. Pewne wątki wymagają dopowiedzenia, a ówczesna obyczajowość Indian szerszego nakreślenia.

Ja nie byłbym dla "Metacoma" tak surowy. Pomimo wszystkich zastrzeżeń, jakie autor zgłasza do swojego dzieła, udało mu się stworzyć bardzo przekonującą kronikę indiańskiego buntu, która w dodatku jest zajmującą lekturą. Spora ilość materiału historycznego została podana w strawnej, obrazkowej formie, która w porównaniu do dzisiejszych komiksów historycznych, prezentuje się naprawdę dobrze. Brakowało mi jedynie jakiejś dramatycznej osi, efektownie spinającej całość. Mógłby to być jakiś fikcyjny wątek lub ujęcie tematu w szerszą perspektywę (np. moralną), która zresztą pojawia się w zakończeniu.
Oprawa graficzna nie wygląda źle, więcej – prezentuje się całkiem nieźle. Oczywiście, oprawa wizualna często zdradza pewne niedostatki warsztatowe Widora, takie jak problemy z perspektywą czy kulejący dynamizm, ale nie sposób odmówić jej uroku. Po ilustracjach widać ogrom pracy, jaki włożył w nie autor, pieczołowicie odwzorowując koloryt epoki, opracowując sceny batalistyczne. Mimo pewnej archaiczności, "Metacom" może się podobać. Nie można mieć również żadnych zastrzeżeń do jakości edycji. Komiks został wydany w wysokim standardzie, a co najważniejsze – w całkiem przystępnej cenie

Ongrys przypomniał ciekawy epizod z historii polskiego komiksu z czasów, kiedy na rynku królowały komiksy o zupełnie innym charakterze. Ukazywało się mnóstwo pozycji dla dzieci, o charakterze humorystycznym, publikowano historie przygodowe, sensacyjne czy science-fiction, często zapatrzone w amerykańskie lub europejskie wzorce, trafiały się też fabuły historyczne, poświęcone głównie polskiej historii. Komiks-dokument Jacka Widora to rzecz zupełnie osobliwa na tym tle.

środa, 8 kwietnia 2009

#158 - Gapiszon i Korniszon

Bohater ubrany w charakterystyczną czarno-żółta czapę z pomponem po raz pierwszy wystąpił ponad 50 lat temu na ekranie telewizora w serialu animowanym. Dopiero w lutym 1965 roku Gapiszon pojawił się na kartach historyjek obrazkowych publikowany na łamach "Misia". Szybko zdobył sobie popularność wśród najmłodszych i stał się prawdziwą maskotką magazynu.

Gapiszon jest przedszkolakiem, który zaczyna poznawać świat, który go otacza. Skorym do pomocy, jak i do płatania figli, w których wykazuje się nie lada inwencją. Jest pełen dziecięcej werwy, ciekawski, nieco gapowaty, skąd zresztą jego imię. Ze szczególną atencją zajmuje się sadzeniem drzew i lepieniem bałwanów. W jego licznych przygodach wiernie towarzyszu mu pies, Korniszon. Komiksy z jego udziałem z albumu "Gapiszon i Korniszon" zbierającego wszystkie odcinki opublikowane w "Misiu" w latach 1991-2005 mają bardzo prosta budowę. Składają się jedynie z dwóch kadrów (rozpoczynającego i zamykającego) i w większości pozbawione są dialogów. Gapiszon jest raczej małomówny. Wielką sztuką jest zawrzeć całą treść tylko w dwóch ilustracjach i Bohdanowi Butence, będącego członkiem dość niewielkiego panteonu klasyków polskiego komiksu, zwykle się to udaje. Pod względem graficznym "Gapiszon i Korniszon" utrzymany jest w dziecięcej estetyce, ilustracje przypominają przedszkolne rysunki właśnie. Kreślone obłą kreską, pozbawione głębi, przedstawiające bohaterów głównie z profilu. Autor stara się mówić komiksowym językiem zrozumiałym dla swojego odbiorcy.

Ale historyjki obrazkowe Butenki tak naprawdę pozbawione są ograniczeń wiekowych. Polacy może nie doczekali się komiksu wybitnego, na miarę "Fistaszków" albo "Calvina i Hobbesa", ale mamy za to Gapiszona, bawiącego starych i młodych swoją bezpretensjonalnością, pogodnością i humorem. Są pełne radości, której trochę w tym dorosłym życiu brakuje. A momentami wykazują zadziwiające podobieństwo do dzieł Schulza i Wattersona, na co wskazuje choćby fascynacja wspomnianymi bałwanami. Gapiszon jako młodsza wersja Calvina? Hmm…

W przeciwieństwie do "Kubusia Piekielnego", Gapiszon, który jeszcze do niedawna pojawiał się w "Misiu", wciąż bawi swoich czytelników. Ponadto komiks Szarloty Pawel, dotykający ówczesnych spraw społeczno-politycznych dzisiaj się straszliwie zdezaktualizował, co zupełnie nie grozi dziełu Butenki uciekającemu od topornej rzeczywistości PRL-u do krainy dziecka. Co więcej, lektura komiksu jest również wskazana dla osób mniej lub bardziej dojrzałych, czego jestem najlepszym przykładem. I o ile w przypadku komiksu Kubusia mój powrót do lat dzieciństwa niezbyt się udał, o tyle dzięki Gapiszonowi i Korniszonowi myślami na pewien czas przeniosłem się do tego czasu, kiedy kochałem się w pani przedszkolance. Wypada mi jedynie podpisać się pod celną opinią Kamila Śmiałkowskiego, że Butenko rządzi. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Pozostaje tylko oczekiwać na kolejne twardookładkowe tomy zbierające kolejne perypetie Gapiszona.

wtorek, 7 kwietnia 2009

#157 - Kubuś Piekielny

Niestety, z racji mojego wieku, nie miałem styczności z komiksami publikowanymi w "Świecie Młodych". To właśnie na łamach tej "Harcerskiej Gazety Nastolatków", 12 maja 1977 roku, na ostatniej stronie ukazał się pierwszy odcinek "Piekielnego Kubusia" (tytuł został wkrótce zmieniony), który z niemałym powodzeniem ukazywał się w magazynie aż do 1990 roku.

Pomysł jego autorki, Szarloty Pawel, na obrazkową opowieść w odcinkach, z dzisiejszej perspektywy, nie wyróżnia się niczym oryginalnym. Humorystyczne perypetie typowej, nieco zwariowanej rodzinki, ich niesfornego dziecka bądź dzieci i najbliższych znajomych to temat bardzo intensywnie eksploatowany w pop-kulturze, zarówno w serialu animowanym ("The Simspons"), jak i komiksowym ("Wartości rodzinne"). W porównaniu z nim, "Kubuś Piekielny" jest mocno skonwencjonalizowany w treści i bardzo staroświecki w formie. Humor prezentowany na kartach komiksu jest bardzo poczciwy, momentami ocierający się wręcz o infantylność (urodziny u Waldka). Kubuś wraz z Malwiną bawią się w wywoływanie duchów, jadą na obóz wypoczynkowy i szaleją przed mrówkowcem, w którym mieszkają.

Pod względem graficznym komiks się zestarzał i prezentuje się archaicznie, choć nie można odmówić mu pewnej szlachetności. Jakoś zawsze nad kreskę Szarloty Pawel przekładałem rysunki Janusza Christy i chyba już tak zostanie. Najciekawszym aspektem komiksu jest jednak jego tło społeczno-polityczne. Dzieciństwo Kubusia przypada bowiem na agonalny okres PRL-u, a więc czas kiedy podłączenie telefonu było wielkim świętem, otrzymanie talonu na małego fiata marzeniem każdego mężczyzny, a modernizacje bloków z wielkiej płyty koszmarem każdego lokatora. Paradoksy rzeczywistości ludowej demokracji są oczywiście przedmiotem licznych żartów, ale humor w „Kubusiu” służy głównie rozbawieniu swojego czytelnika i pozbawiony jest satyrycznego ostrza skierowanego w komunistyczny ustrój, bo i tego ostrza mieć nie może, skoro ukazuje się w reżimowym czasopiśmie jakim był "Świat Młodych".

Wydawnictwo Ongrys iście salomonowym wyrokiem zadowoliło komiksowych koneserów, jaki i przeciętnych czytelników, oferując dwie wersji swojego tytułu do wyboru. Kolekcjonerską, wzbogaconą o pierwotne wersje komiksów, które potem zostały przerysowane na nowo oraz autograf Szarloty Pawel i podstawową, która oprócz kompletu przygód niesfornego syna państwa Piekielnych, zawiera również krótką biografię i wywiad z autorką, trochę bonusowych grafik, bibliografię wydań "Kubusia Piekielnego", reprint planu lekcji oraz obszerne komentarze. Warto postawić Ongrysa za wzór innym edytorom silącym się na ekskluzywność.

"Kubuś Piekielny" dla dzisiejszych dzieciaków wyda się nudny i nieatrakcyjny, a co gorsza – momentami niezrozumiały. Jest skazany na porażkę w starciu z tytułami z obecnej, bardzo bogatej oferty tytułów dla dzieci, jak "Kaczor Donald" czy "W.I.T.C.H." Ale wznowienie komiksu Szarloty Pawel wcale nie jest przeznaczone dla dzieci, tylko dla komiksowych kolekcjonerów, którzy pamiętają kolejki do kiosków po nowy numer "Świata Młodych". Dla nich, "Kubuś Piekielny" będzie miał wartość głównie sentymentalną, dla reszty będzie jednym z mniej interesujących rozdziałów w historii polskiego komiksu. Ot, ramotka dla hobbistów.