Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jim Lee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jim Lee. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lipca 2026

#2545 - 4000 znaków... O okładce "Batman: H2SH" Joanny Karpowicz i decyzjach Egmontu

Na San Diego Comic Con 2026, w ramach panelu "Jim Lee & Friends" zapowiedziano zbiorcze wydanie "Batman: H2SH". Historia autorstwa Jepha Loeba (scenariusz), Jima Lee (rysunek), Scotta Williamsa (tusz) i Alexa Sinclaira (kolor) jest sequelem przebojowego "Batman: Hush", a więc historii, która od października 2002 do września 2003 ukazywała się na łamach on-goinga "Batman" (vol.1). Całość zamknęła się w 11 zeszytach, były to konkretnie numery #608-619. W Polsce pierwszy "Hush" ukazał się nakładem Egmontu w dwóch albumach, które ukazały się w 2005 i 2006 roku. 

Dodajmy, że "Batman: H2SH" pozostaje historią nieskończoną. Tylko jej pierwsza część znalazła swój "szokujący finał" na łamach "Batmana" #163 (vol.3). Zeszyt ten, który ukazał się 27 maja 2026, miał swoją premierę w 16 miesięcy po pierwotnie planowanej dacie premiery. Sięgające kilku miesięcy opóźnienia w publikacji tej historii były normą, a ich skala była - delikatnie mówiąc - znacząca. Dość powiedzieć, że drugi najważniejszych on-going z Mrocznym Rycerzem w roli głównej zdążył zostać zrestartowany, zanim pierwszy akt "Hush 2" dobiegł końca. 

We wrześniu zeszłego roku Matt Fraction z Jorge`m Jimenezem ruszyli z "Batman" vol.4, a więc jeszcze gdy poprzedni cykl nie został domknięty. Doszło zatem do kuriozalnej sytuacji, w której "Batman" #162 (vol. 3) ukazał się tydzień po tym, jak w sklepach pojawi się trzeci numer "Batmana" oznaczonego, jako vol. 4. Nie jest to jednak pierwszy raz, gdy Lee z Loebem mają problemy z trzymaniem się harmonogramu wydawniczego. Gdy wychodził oryginalny "Hush" to zmagał się dokładnie z tymi samymi kłopotami. 



sobota, 3 maja 2014

#1587 - Deathblow

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Dziś startuje z nową rubryką. W swoich założeniach „Z archiwum Image” ma być cyklem limitowanym (w planach mam 5-6 odsłon), poświęconym komiksom z początków istnienia wydawnictwa. Będę chciał wyławiać perełki, które pozytywnie wyróżniały się na tle innych tytułów, których fabuła ocierała się o dno, a rysunki wołały o pomstę do nieba. Oczywiście, jeśli zechcecie, mogę rozszerzyć tę rubrykę o komiksy słabe i jeszcze gorsze, charakterystyczne dla „wczesnego Image”, co przedłużyłoby jej istnienie. Wasze opinie zostawiajcie w komentarzach, ale dopiero po lekturze poniższego tekstu, którego bohaterem będzie „Deathblow”.

wtorek, 7 stycznia 2014

#1476 - Zarys historii Image Comics cz.8: Image nie w komiksie

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach jego bloga poświęconego wydawnictwu Image Comics.

Dzisiejsza odsłona cyklu poświęconego dziejom Image Comics skupi się nie na komiksach, a na markach wydawnictwa, którym udało się wyjść poza ich karty. Ten wpis, ponownie, będzie dość długi i wzbogacony o materiał poglądowy. Tak więc dziś będziecie mogli nie tylko coś poczytać, ale także i pooglądać. 

niedziela, 1 grudnia 2013

#1444 - "Liefeld to najgorszy rysownik we wszechświecie" - wywiad z Marcinem Rusteckim

Rozmowa z Marcinem Rusteckim, redaktorem naczelnym TM-Semic była pierwszy wywiadem, jaki pojawił się na łamach bloga Image Comics Journal. Krzysztof Tymczyński wypytuje o kulisy importu marek Image i Top Cow do naszego kraju, o negocjacje z Toddem McFarlane`m i plany Mucha Comics w kontekście największego z niezależnych amerykańskich wydawnictw. 


piątek, 22 listopada 2013

#1432 - Krótki zarys historii Image Comics cz.5: Top Cow

Autorem poniższego tekstu jest Krzystof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.


Kolejny rozdział historii wydawnictwa Image rozpocznę od pewnej anegdotki. Dziś skupię się na studiu Top Cow Productions. Studio Marca Silvestriego zostało założone w 1992 i w tym samym roku ukazał się pierwszy zeszyt jego flagowej serii, czyli „Cyber Force”. Tyle tylko, że został on wydany przez... Wildstorm.



wtorek, 12 listopada 2013

#1419 - Krótki zarys historii Image Comics cz.3: Highbrow i Shadowline

Dziś na „historyczną” rozkładówkę biorę nie jedno, ale aż dwa studia Image Comics, ale poniższy tekst i tak będzie najkrótszy w cyklu. Dlaczego? Zarówno Highbrow Entertainment, jak i Shadowline przez lata robiły po prostu swoje, wydając komiksy. Ich historia obyła się bez większych skandali i innych tego typu wydarzeń.


Studio założone przez Erika Larsena, czyli Highbrow Entertainment jest obecnie najspokojniejszym „zakątkiem” Image. Pierwotnie twórca ten planował stworzyć całe uniwersum w swojej części wydawnictwa i początkowo nawet mu się to udawało. Do Image Larsen sprowadził swoje postacie, które stworzył dla krótko istniejącego Megaton Comics, a byli to Savage Dragon i Vanguard. Po dużym sukcesie mini-serii z tym pierwszym herosem, Highbrow oficjalnie ruszyło z kopyta w 1992 roku. W ofercie imprintu znalazł się wydawany do dziś „The Savage Dragon”, a także serie „Vanguard”, „Freak Force”, „Star” czy „Super Patriot”. W obliczu początkowego sukcesu wydawało się, że każde z nich zdobędzie sporą popularność i na dłużej zadomowi się w ofercie Image, lecz z czasem wyniki sprzedaży zweryfikowały te śmiało założenia. Komiksy z  Highbrow były tymi, które najmocniej ucierpiały na nieporozumieniach ze sklepami komiksowymi. Po 1996 roku Larsen tylko dwukrotnie zdecydował się na opublikowanie czegoś poza kolejnymi przygodami Dragona, ale bohaterowie wszystkich spośród wyżej wymienionych serii nie zostali zapomniani. Każde z nich do dziś okazyjnie pojawia się w kolejnych numerach „The Savage Dragon”. Vanguard był nawet częścią planowanego na 2006 rok przez Roba Liefelda odrestaurowania „Youngblood”, lecz krótki żywot tej serii poskutkował powrotem do gościnnych występów w autorskiej serii Larsena.

Sam twórca wsławił się tym, że jako pierwszy pośród założycieli Image Comics opowiedział się przeciwko ścisłemu, komiksowemu uniwersum w charakterystycznym dla Marvela albo DC stylu. Powodem takiej postawy było to, co stało się na łamach "WildC.A.T.S." vol.1 #14, gdzie gościnnie wystąpili Freak Force i Savage Dragon. Studio Highbrow próbowało zaistnieć również na małym ekranie. Podobnie, jak Spawn i WildC.A.T.S., Savage Dragon został w 1995 bohaterem serialu animowanego, ale nie odniósł zbyt wielkiego sukcesu. Powstało jedynie 26 odcinków.

Aż do 2004 roku Erik Larsen po cichu funkcjonował sobie na boku wydawnictwa Image, ograniczając się do tworzeniach kolejnych przygód swojego zielonoskórego bohatera. W tym czasie został też nominowany na naczelnego Image Comics, ale nie można powiedzieć, że jako editor-in-chief miał jakiś znaczący wpływ na rozwój wydawnictwa. Nie powstrzymał on powolnych spadków wyników sprzedaży, a dziś zapamiętany zostanie pewnie z tego powodu, że to on pozwolił powrócić na łamy Image Robowi Liefeldowi. W końcu, nie mogąc pogodzić obowiązków naczelnego z tworzeniem „The Savage Dragon”, Larsen zrezygnował z posady, co okazało się świetną decyzją. Jego następca – Eric Stephenson – znów uczynił z Image trzecią siłę na rynku.


Pod koniec 2013 roku Highbrow Entertainment wydaje jedynie kolejne numery „The Savage Dragon”, który pomału zbliża się do 200 numeru. Larsen próbował jeszcze reanimować „Supreme” dla studia Extreme, ale o tym dowiecie się więcej z kolejnych wpisów. 

Jak już mogliście dowiedzieć się z poprzednich wpisów, Shadowline jest studiem założonym przez Jima Valentino. Oficjalnie powstało ono w grudniu 1992 roku, gdy małe, lecz znane do dziś logo, pojawiło się na wewnętrznej stronie okładki komiksu „Shadowhawk” #3. Właśnie ten tytuł miał być wiodącą pozycją imprintu, oczywiście tworzoną przez samego Valentino. Jakież musiało być zdziwienie twórcy, gdy okazało się, że jego flagowa kreacja okazała się jednym z najgorszych (pod względem wyników sprzedaży) tytułów w ofercie Image. „Shadowhawk” w krótkim odstępie czasu zaliczył trzy krótkie serie (łącznie osiemnaście numerów), po czym odszedł w zapomnienie.

Valentino publikował także prace innych twórców, ale w były one w większości przypadków po prostu kiepskie. W końcu przyszedł rok 1997, gdy twórca wymyślił sposób na ratowanie swojego tworu. Oficjalnie ogłoszono, że Shadowline przestaje istnieć, a w jego miejscu pojawi się „Non-line” – zarządzany przez Valentino imprint, nie będąca osobnym studiem, który publikować będzie wybrane komiksy zdolnych twórców, a od czasu do czasu sam twórca coś napisze i narysuje. Oznaczało to również kres istnienie uniwersum Shadowline i od tamtego czasu każda seria istnieje „sama dla siebie”, bez powiązań z innymi tytułami. Może Non-line nie odniosło spektakularnego sukcesu, ale jego założenie pozwoliło jednemu z założycieli Image przetrwać.


Jim Valentino jednak nie był zbyt zadowolony z tego, co osiągnął w wydawnictwie. Gdy w 1999 roku nominowano go na naczelnego Image, Non-line jako osobny twór de facto przestaje istnieć. Owszem, wciąż ukazywały się komiksy „bez studia”, lecz nie było jednej osoby sprawującej nad nimi pieczę. Spekuluje się nawet, że Valentino został naczelnym, by ponownie poczuć się ważnym w Image, skoro większość jego kolegów-współzałożycieli odnosiło zdecydowanie większe sukcesy. Miał on ogromnego pecha, ponieważ na samym początku to właśnie jemu przyszło posprzątać po odejściu Jima Lee, gdy ten przeniósł Wildstorm do DC Comics. Cała kadencja twórcy polegała na tym, by ustabilizować pozycję wydawnictwa po zdarzeniu, które rozwaliło wspólne uniwersum Image. Efekt rządów Valentino jest widoczny do dziś, ponieważ to właśnie za jego czasów wydawnictwo przebranżowiło się i otwarło na autorskie projekty młodych, zdolnych twórców. W 2004 roku, Jim zostaje zastąpiony przez Erika Larsena.

W tym też okresie dwudzieste urodziny obchodził Normalman – jeden z herosów stworzonych przez Valentino. Specjalny komiks z jego udziałem był jednocześnie odrodzeniem się Shadowline. W 2005 roku pojawia się pierwszy zeszyt, który znów posiada charakterystyczne logo na okładce. Jest nim (oczywiście) „Shadowhawk” vol. 2 #1. Tradycji stało się jednak zadość i seria nie przetrwała zbyt długo (tym razem 15 numerów), lecz pociągnęła za sobą całą falę tytułów do scenariusza swojego twórcy. Gdy ta przeszła, Shadowline skupiło się na publikacji 3-5 tytułów miesięcznie, za powstanie których rzadko kiedy odpowiada sam Valentino. Tak studio funkcjonuje do dziś, wydając między innymi takie hity jak „Peter Panzerfaust” czy „Rebel Blood”. Na zakończenie warto jeszcze wspomnieć o Silverline – założonej przez Valentino linii wydającej od czasu do czasu powieści graficzne.

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 11 listopada 2013

#1418 - Krótki zarys historii Image Comics cz.2: Wildstorm

Jest druga połowa września 2010 roku, gdy Dan DiDio, szef wydawnictwa DC Comics, ogłasza, że wraz z końcem roku przestaje istnieć Wildstorm Productions. Tym samym kończy się historia imprintu, który przeżył 18 lat i pod swoim szyldem wydał wiele ciekawych komiksów. A to, że te niemal dwie dekady obfitowały w wiele dobrych tytułów i udanych inicjatyw, postaram się udowodnić opowiadając historię Wildstormu.


Lata w Image Comics

Omawiane wydawnictwo zostaje zamknięte przez szefa DC, ale do życia powołano go wraz z uruchomieniem pięciu innych studiów, wchodzących w skład Image Comics – nowego gracza na komiksowym rynku z 1992 roku, który rzucił rękawicę ówczesnym gigantom Za jego powstanie odpowiedzialny jest jeden człowiek: Jim Lee. Przebojowy rysownik, który do dziś dzierży rekord sprzedanych egzemplarzy pojedynczego komiksu. Skłócony z poprzednim szefostwem Marveka, Lee przyjął ofertę Todda McFarlane’a oraz kilku innych uznanych twórców i rozpoczął budowanie rynkowej siły, która mogłyby konkurować "wielką dwójką". Jim Lee ochoczo zabrał się do roboty. Nie sam, bo u jego boku pojawili się młodzi i uzdolnieni komiksowi twórcy z Brandonem Choi`em, Scottem Campbellem i niedoszłym właścicielem własnego studia w Image – Whilce`m Portacio na czele. To właśnie oni stoją za wielkim sukcesem, który wkrótce potem odniosły tytuły z Wildstormu.

Za oficjalny początek życia Wildstormu należy uznać rok 1992, gdy na półki sklepowe trafiły premierowe numery serii „WildC.A.T.S.” i „Gen13”. Były to pierwsze, ale jednocześnie najważniejsze wyniki współpracy Jima Lee i Brandona Choi`a. Oba te tytuły nie tylko odniosły sukces, ale wywołały spory szum na rynku. Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim zawartych w komiksach postaci kobiecych. Rysowane przez Jima Lee bohaterki „WildC.A.T.S.” charakteryzowały się tym, iż były możliwie minimalnie odziane i prezentowane w pozach, które eksponowały najbardziej ich „atuty”. Niemal te same oskarżenia dotykały serię „Gen13”, lecz tu sprawa była znacznie poważniejsza. Tytuł ten opowiadał o grupie kilku nastolatków obdarzonych supermocami, a wraz z kolejnymi przygodami kolejni rysownicy uparcie odbierali im kolejne części garderoby. Oberwało się również Choi`owi, który napisał do jednego z zeszytów dość „mocną”, jak na ówczesny komiks dla nastolatków, scenę miłosną pomiędzy dwoma dziewczynami.

Jak nietrudno się domyślić, kontrowersje te nie zaszkodziły wspomnianym tytułom, a wręcz przeciwnie - wywindowały je w górę w comiesięcznej liście sprzedaży. Sukces ten nie mógł przejść niezauważony, dlatego Lee i jego ekipa poszli za ciosem. W latach 1993-95 powstają takie tytuły jak „Stormwatch” (gdzie rysunkami zajmowali się między innymi Brett Booth czy Matt Broome), „Deathblow” czy „Wetworks” (którego współtwórcą był Whilce Portacio), a „WildC.A.T.S.” i Gen13” są z powodzeniem kontynuowane. Na rynku panuje wciąż dobra koniunktura, Wildstorm poczyna sobie coraz śmielej.


Aby wykorzystać niewątpliwy sukces przedsięwzięcia, Lee postanawia oddzielić swoje tytuły od reszty Imageverse. Tak powstaje projekt o nazwie „Wildstorm Rising”, który okazuje się pierwszym w historii wydawnictwa crossoverem. W tym wydarzeniu brały udział jedynie te tytuły, których twórcą był Jim lub jego najbliżsi współpracownicy. Po jego zakończeniu, Wildstorm staje się oficjalnie autonomicznym edytorem w ramach Image. By zdobyć jak najwięcej nowych odbiorców, wkrótce powstają dwa animowane projekty. Niestety, kreskówkowe „WildC.A.T.S.” zostaje szybko skasowane, a „Gen13” nie doczekuje nawet emisji pierwszego odcinka. Porażkę w tym polu wydawnictwo powetowało sobie dość dużą i na pewno bardzo niespodziewaną popularnością fabularnej gry karcianej osadzonej w realiach Wildstorm Universe.

Rok 1995 przynosi debiut pierwszego imprintu Wildstorm. Homage Comics skupia się na autorskich projektach wielu uznanych komiksowych twórców, nie mających jednak nic wspólnego z głównym uniwersum. I projekt ten okazuje się być kolejnym strzałem w przysłowiową dziesiątkę, gdyż przynosi wiele doskonałych tytułów. To właśnie pod szyldem Homage wydane zostają takie komiksy jak „Astro City” Kurta Busieka, „Strangers In the Paradise” Terry’ego Moore’a, „Red” Warrena Ellisa czy „The Maxx” i „Zero Girl” Sama Kietha. Imprint ten przetrwał do roku 2004, gdy tytuły wchodzące w jego skład zostały włączone do tworu zwanego Wildstorm Signature Series.

Niemal dokładnie dwa lata później Wildstorm Productions sprowadza na świat swoje drugie dziecko. Cliffhanger, bo o tym malutkim wydawnictwie mowa, założony został przez Joego Madureirę, J. Scotta Campbella i Humberto Ramosa. Panowie ci również stworzyli kilka udanych tytułów, takich jak „Battle Chasers”, „Steampunk” czy wydany i w naszym kraju „Arrowsmith”. Podobnie jak Homage, również i Cliffhanger stał się później częścią Signature Series, które połączyło oba te imprinty w jeden.


Rok 1997 okazał się przełomem dla Wildstormu. To właśnie wtedy zdecydowano się oddać wszystkie główne serie wydawcy w ręce nowych, pierwszoligowych scenarzystów i rysowników. Przykładowo, Alan Moore dostał za zadanie zakończyć z klasą pierwszy wolumin „WildC.A.T.S.”, a Joe Casey i Sean Phillips rozpoczęli pracę nad drugim. Adam Warren przejął pisanie „Gen13” vol. 2 i całkowicie zmienił oblicze tej serii. Największe i najważniejsze były jednak zmiany, których sprawcą został Warren Ellis. Scenarzysta ten zajął się odświeżeniem nieco podupadłej serii „Stormwatch”, a także wprowadził do Wildstorm Universe grupę bohaterów nazywających się DV8. Z obu tych zadań wywiązał się znakomicie, bo oba te tytuły, wraz z nowymi „WildCats”, stały się rynkowymi przebojami.

Niestety, kryzys, który dotknął branżę komiksową pod koniec XX wieku uderzył zwłaszcza w mniejszych edytorów. Zauważając malejące słupki sprzedaży, Jim Lee zaczął szukać sposobu, który sprawiłby, że twórcy związani Wildstormu mogliby spokojnie realizować swoje projekty. Gwarancją tego miało się stać wykupienie WS od Image Comics przez jednego z wydawniczej „wielkiej dwójki”. W 1998 Wildstorm przeniosło się do DC Comics, stając się tym razem imprintem tego edytora, nie tylko potężnie uderzając w komiksowe uniwersum Image, lecz też w samo wydawnictwo.



Lata w DC

Dziecko Jima Lee rozpoczęło działalność w nowym domu od mocnego uderzenia. Ellis, który odpowiednio wcześniej doprowadził do zamknięcia swojego „Stormwatch” vol. 2, zaatakował półki sklepowe dziełem kontrowersyjnym i zmieniającym wówczas podejście do kwestii superbohaterów. „The Authority”, bo o tej serii mowa, wraz z końcem XX wieku wprowadza do tego typu komiksów nieco świeżości. Postacie w niej występujące metodami działania są dalecy od ideału: nie boją się zabijać, są brutalni, a swoją działalność opierają na zastraszaniu i groźbach. Jeśli dodamy do tego homoseksualne wersje Batmana i Supermana, to mamy przepis na medialny szum i… murowany sukces. Ale to nie wszystko, bowiem wraz z Johnem Cassaday`em Ellis stworzył „Planetary” – serię opowiadającą o tajnej organizacji zrzeszającej post-ludzi (czyli osobników z nadprzyrodzonymi mocami), która zajmowała się poznawaniem tajemnic, jakie stoją za powstaniem świata. Pomimo ciągłych opóźnień, seria ta była jedną z najchętniej kupowanych pozycji z logiem Wildstormu aż do jej zakończenia w 2009 roku.

Rok 1999 wart jest jednak odnotowania z jeszcze jednego powodu – powstania trzeciego już imprintu w strukturach Wildstormu. Tym razem na jego czele stanęła jedna osoba i był nią sam Alan Moore. America`s Best Comics (niezbyt skromna nazwa, nieprawdaż?) startuje z takimi tytułami jak „Liga Niezwykłych Gentlemanów”, „Top 10” czy „Tom Strong”. Jako ciekawostkę dodam, że ABC formalnie nadal istniało do końca 2010 roku, choć już od ładnych paru lat nie wypuszczano więcej niż jeden tytuł rocznie (2009 – „Top Ten” vol.2, 2010 – „Tom Strong and the Robots of Doom”). Sam Alan Moore odszedł pod koniec 2008 roku, by ponownie pisać komiksy niezależne, a jedyny tytuł z ABC, jaki przy nim pozostał, to „Liga…”, której nowe przygody wydaje już Top Shelf.

Kolejną wartą odnotowania datą jest z pewnością rok 2001, gdy zdecydowano się na krok, który stał się pierwszym w kierunku zniszczenia Wildstormu. Tytuły dotąd związane z głównym uniwersum tego wydawcy dostały na okładkach znaczek „Eye of the Storm” i przemianowane zostały na komiksy dla dorosłego czytelnika (za wyjątkiem „Gen13” vol.2). Ruszają takie serie jak „The Authority” vol.2 Robbiego Morrisona, „Stormwatch: Team Achilles”, „Sleeper” Eda Brubakera i wreszcie „WildCats 3.0” Joego Casey`a. O ile dwie pierwsze nie zostały przez fanów przyjęte zbyt ciepło, o tyle kolejne aspirowały do miana najlepszych tytułów w historii Wildstormu. Żeby to udowodnić, wystarczy wspomnieć, że seria „WildCats 3.0” została uznana jedną z dziesięciu najlepszych comiesięcznych pozycji komiksowych lat 2001-2010. Niestety, całą wymienioną powyżej czwórkę łączyło jedno – sprzedaż znacznie poniżej oczekiwanych wyników. Kilka miesięcy po crossoverze „Coup D’Etat” wszystkie te serie zostały skasowane. Najbardziej uderzyło to w Joego Casey`a, który zrealizował jedynie nieco ponad połowę tego, co chciał pokazać w trzeciej serii o przygodach „Dzikich Kotów”.


Niepowodzenie to sprawiło, że serie spod szyldu Wildstorm Universe zaczęły być traktowane jako spory problem. Dlatego w latach 2004-2007 ciężko było doszukiwać się jakiejś porażającej ilości nowych propozycji. Z tego okresu, czytelnicy pamiętają w zasadzie jedynie „The Authority Revolution” Eda Brubakera, wydawane zaledwie rok „Gen13” vol.2 i promowanego nawet w regularnym DC „Majestica”. Oprócz tego pojawiło się kilka mini-serii, jednak żadna z nich nie odniosła spektakularnego sukcesu. Próbowano jednak odbić sobie tę porażkę poprzez reorganizację imprintów. Rok 2004 przynosi wspomniane już narodziny Wildstorm Signature Series, gdzie debiutują przykładowo znakomita „Ex Machina” Brian K. Vaughana, „Desolation Jones” Warrena Ellisa czy „Albion” napisany przez córkę Alana Moore’a. Jednakże już w 2006 znaczek W:SS zniknął z okładek komiksów, a sama ich liczba została drastycznie ograniczona.

Droga ku zagładzie

Ponieważ liczby nie kłamią, szefostwo Wildstormu zauważyło, że niemal wszystkie ich propozycje sprzedają się słabo. Postanowiono ratować jakoś finanse wydawnictwa i zrobiono to w najgorszy możliwy sposób. Dwa kroki, które postawiono, doprowadziły do tego, że wraz z końcem 2010 roku edytor przestał istnieć. Prześledźmy je.

Po pierwsze: by przyciągnąć nowych odbiorców, wydawca zaczął wydawać komiksy na licencjach znanych marek. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, jeśli wybierze się odpowiedni produkt i wyda go na dobrym poziomie. Niestety, po sukcesie serii „World of Warcraft” – jednej z pierwszych, które Wildstorm wydał na licencji - szefowie uwierzyli w to, że wszystko, co wydadzą, przyniesie spory zysk. Od tego momentu rozpoczyna się zalewanie rynku rozmaitymi pozycjami, które prześcigały się w tym, która z nich będzie gorsza. Przez cztery lata tytuły licencjonowane sukcesywnie wypierały projekty autorskie, jednak o jakimkolwiek sukcesie można mówić tylko w przypadku trzech. Zarobiły na siebie i nie raziły głupotą wspomniany wyżej „WoW” i oparte na innych grach, czyli „Gears of War” oraz „God of War”.


Po drugie: w 2006 roku postanowiono dać jeszcze jedną szansę Wildstorm Universe. Uniwersum to zostało oficjalnie uznane za Ziemię-50 w świecie DC (co dało przykładowo możliwość konfrontowania Authority z Justice League of America), a następnie zatrudniono najlepszych scenarzystów, by przywrócili blask poszczególnym tytułom. Akcja znana pod nazwą „Worldstorm” zupełnie jednak nie wypaliła. Murowane hity, jakimi miały być „WildCats” vol.4 i „The Authority” vol.3, zostały skasowane po odpowiednio jednym i dwóch numerach. Powód? Scenarzysta obu tytułów, którym był Grant Morrison, zerwał kontrakt z Wildstormem, gdyż nie umiał porozumieć się z Jimem Lee w sprawie losów obu serii. Nieoficjalnie mówi się, że denerwowały go wieczne opóźnienia w pracach rysowników obu pozycji, a w końcu za stronę graficzną nowych „WildCats” odpowiadał sam założyciel wydawnictwa.

Inne tytuły również okazały się niewypałem, tym razem jednak pod względem finansowym. Nadmienić trzeba też jednak, że Brian Azzarello („Deathblow” vol.2) i Mike Carey („Wetworks” vol.2) stworzyli chyba najsłabsze dzieła w swych karierach. Z całego Worldstormu z życiem wyszły jedynie „Gen13” vol.4 i „StormWatch PHD”, które to zostało skasowane po numerze dwunastym, ale decyzję zmieniono i pół roku później wydano kolejny zeszyt.

W 2008 roku postacie z Wildstormverse uczestniczyły w kolejnym crossoverze, którego reperkusje dawały nadzieje na lepsze jutro. Trzy, następujące po sobie historie: „Wildstorm: Armageddon”, „Wildstorm: Revolutions” i „Number of the Beast” sprawiły, że Ziemia-50 została niemal zupełnie zniszczona w wyniku ataku post-ludzi, a 90% ludzkości zginęło. Głównym zajęciem bohaterów staje się ochrona tych, którym udało się przetrwać i zapewnienie im bytu, a także próba uratowania planety, która powoli zmienia się w martwą pustynię. Tu, do wspomnianych wyżej dwóch tytułów dołączają kolejne odsłony „The Authority” i „WildCats” i choć okres ten przynosi kilka naprawdę dobrych historii (z dobrej strony pokazał się zwłaszcza Ian Edginton w „StormWatch PHD”), to jednak słupki sprzedaży zatrzymały się w okolicach 6-8 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, co nie mogło nikogo zadowalać.


Początek roku 2010 przynosi kolejne ciosy – zakończone zostają najbardziej dochodowe serie, czyli „Ex Machina” i „World of Warcraft”, a Kurt Busiek ogłasza, że jego „Astro City” udaje się na kilkumiesięczny odpoczynek. Dodatkowo, ponieważ ostro promowane „DV8: Gods and Monsters” Briana Wooda i „Victorian Undead” Iana Edgintona nie okazały się być nadzwyczajnym sukcesem finansowym wiadomym było, że nad Wildstormem zbierają się ciemne chmury. W końcu, wrzesień 2010 przynosi wiadomość o likwidacji imprintu.

Tak wyglądała historia wydawnictwa, które przeszło długą drogę, ocierając się zarówno o bramy komiksowego nieba, kończąc jednak w ekonomicznym piekle. Życzę jednak Wam i sobie, by tytuły tego edytora zostały na długo zapamiętane. Z pewnością niektóre są tego warte.

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

środa, 6 listopada 2013

#1413 - Krótki zarys historii Image Comics

Na początku było... wydawnictwo Marvel Comics. Historia Image Comics rozpoczyna się w 1991 roku, gdy do biura Terry’ego Stewarda – ówczesnego prezydenta Domu Pomysłów – przychodzi grupka twórców niezadowolonych z tego, w jaki sposób są traktowani przez swoich szefów. W większości rysownicy mają pretensje o to, że ich prace traktowane są jako taśmowy wyrób, nie mają żadnego wpływu na proces twórczy, a najbardziej chyba boli ich fakt, że nie posiadają praw autorskich do stworzonych przez siebie postaci i historii.


Na czele grupy, która domagała się zmian w funkcjonowaniu Marvela stali Todd McFarlane oraz Rob Liefeld, twórcy w tamtym czasie z absolutnego topu. Niestety, Steward pozostał głuchy na ich prośby, więc obaj panowie postanowili odejść z wydawnictwa. Przy okazji pociągnęli za sobą innych niezadowolonych - Jima Lee, Erika Larsena, Marca Silvestriego, Jima Valentino, Whilce`go Portacio oraz Chrisa Claremonta. Rok później ósemka uciekinierów ogłosiła otwarcie wydawnictwa Image Comics. Nowa, założona przez artystów oficyna miała przede wszystkim zapewnić pełną wolność twórczą. Nikt już nie mógł powiedzieć Jimowi Lee, żeby kolejne numery pisanej przez niego serii mają być częścią większego crossovera. Kolejny fundamentem Image miało być to, że prawa autorskie do wszystkiego, co stworzyli poszczególni twórcy miały zostać w ich rękach. Jedyną „częścią” wydawnictwa będącą jego własnością okazało się znane już od dwudziestu lat logo, stworzone przez Hanka Kanalza

Od początku głównym założeniem twórców Image Comics było stworzenie osobnych studiów dla każdego z nich, aby w jego ramach mogli realizować swoje własne, nie narzucane przez nikogo, komiksowe pomysły. I tak każdy z twórców zrzeszonych w wydawnictwie stworzył swoją markę. Wyjątkami byli Chris Claremont, który wolał pozostać freelancerem i przeżywający w tym czasie zawirowania rodzinne Whilce Portacio. Ostatecznie Image dorobiło się sześciu imprintów:

Extreme Studios – założone przez Roba Liefelda. Tu publikowano takie tytuły jak „Youngblood”, „Prophet” czy „Supreme”.

Highbrow Entertainment
– którego twórcą był Erik Larsen, twórca „The Savage Dragon” oraz „Freak Force”.

Shadowline – stworzone przez Jima Valentino. Na początku największym hitem studia była seria „Shadowhawk”.

Todd McFarlane Productions – tu raczej nie trzeba pisać kto był założycielem, prawda? W tym studiu powstał „Spawn”.

Top Cow Productions – „dziecko” Marca Silvestriego i dom takich serii jak „Witchblade” czy „The Darkness”

Wildstorm Productions – gdzie swój dom znalazły wszystkie pomysły Jima Lee, na czele z „WildC.A.T.S.” oraz „StormWatch”.

Losy każdego z tych studiów, a także tych, które powstały w późniejszym okresie, zasługują na osobne notki. Ale wróćmy do Image. Na samym początku swojego funkcjonowania, nowy gracz na rynku podczepił się pod wydawnictwo Malibu Comics i korzystał z jego kanałów dystrybucji, marketingu oraz administracji. Trwało to tylko do 1993, ponieważ Image bardzo szybko stało się poważnym graczem na rynku i mogło się już ostatecznie usamodzielnić. Jak do tego doszło? Niemal każdy z opublikowanych przez nowe wydawnictwo komiksów stawał się rynkowym hitem. Tak było z historycznie pierwszą pozycją od Image – „Youngblood” #1, a także właściwie z każdym kolejnym komiksem. Przykładowo, „Spawn” #1” sprzedał się w nakładzie 1.7 miliona egzemplarzy, co do dziś jest rekordem wśród komiksów spoza Marvela i DC. Część spośród ojców-założycieli uznało, że warto stworzyć coś na kształt uniwersum Image i, przy zachowaniu swobody twórczej, niektóre serie zaczęły się przenikać. Dzięki temu czytelnicy mogli być świadkami team-upu Spawna z Youngblood czy Wild C.A.T.S. z Savage Dragonem. Erik Larsen oraz Jim Valentino obawiali się, że doprowadzi to do przekształcenia Image w korporację podobną do tej, którą z hukiem opuścili i z czasem zaczęli się wycofywać ze idei wspólnego uniwersum.

Stereotypowo wyobrażenie o komiksach z wczesnego Image równa się zbiorowi wszystkiego, co najgorsze w komiksie superbohaterskim lat dziewięćdziesiątych, ale pamiętać należy, że wydawnictwo nie publikowało jedynie pozycji napakowanych nawalankami kolorowych trykociarzy. Przejrzyste zasady funkcjonowania i stawianie artystów na pierwszym miejscu zaczęło stopniowo przyciągać kolejnych twórców, którzy chcieli stworzyć coś całkowicie po swojemu. I tak wkrótce Image zaczęło publikować takie tytuły jak „The Maxx” Sama Kietha, „Pitt” Dale’a Keowna czy „Astro City” Kurta Busieka oraz Alexa Rossa. Ale już wkrótce sielanka miała się skończyć...

Pierwsze kłopoty Image Comics pojawiły się w połowie lat 90-tych, gdy sklepy komiksowe dość mocno okroiły ilość zamawianych u wydawcy komiksów. Wszystko ze względu na dość niekorzystne dla nich zasad współpracy, przez które sprzedawcy zostawali z ogromną ilością komiksów, których nikt nie chciał kupować. To zabolało poszczególne studia, zwłaszcza pod względem finansowym. Rozwiązaniem okazało się zatrudnienie Larry’ego Mardera, który nawiązał nowe kontakty z poszczególnymi dostawcami komiksów i ustalił  jasne oraz korzystne zasady dla obu stron. Po jakimś czasie zamówienia na komiksy od Image znów zaczęły wzrastać, a kolejne serie pokroju „Witchblade” czy „Gen13” znowu lądowały na liście bestsellerów. Image wyprzedzając upadające już Malibu Comics oraz Valiant Comics stało się trzecią siłą na rynku, sadowiąc się tuż za plecami wielkiej dwójki.

Niestety, gdzie kucharek sześć tam... spore kłopoty. Jak to zwykle bywa sukces okazał się przyczyną upadku. Jak to się potocznie mówi, sodówka uderzyła do głowy. Pomiędzy ojcami-założycielami projektu, zaczęły pojawiać się spięcia. Rob Liefeld został naczelnym całości wydawnictwa i zaczął wykorzystywać swoją pozycję do promowania Maximum Press – autorskiego wydawnictwa komiksowego, którego nie włączył w struktury Image. Jako pierwszy zaprotestował Marc Silvestri, któremu nie podobały się próby podkupienia Michaela Turnera z jego studia przez Liefelda. Pierwszym odszczepieńcem okazało się Top Cow. Te wydarzenia odbiły się na całym Image. Po wielu naradach w 1996 roku postanowiono wyrzucić twórcę „Youngblood” z wydawnictwa. Ten zabrał ze sobą całość studia Extreme, połączył z Maximum Press i przekształcił w wydawnictwo Awesome Comics. Silvestri w reakcji na te wydarzenie powrócił z Top Cow w struktury Image. Gdy wydawało się, że nastały spokojniejsze czasy, w 1998 roku prawdziwą bombę zrzucił Jim Lee. Jego WildStorm zostało sprzedane DC Comics i można powiedzieć, że w tym momencie nastąpił faktyczny koniec „uniwersum Image”, co sprawiło sporo kłopotów poszczególnym twórcom i ich komiksom. Już odejście Liefelda sprawiło, że Todd McFarlane musiał dość poważnie zmienić origin Spawna, lecz zniknięcie WildStormu wpłynęło na takie serie jak „Cyber Force”, „Hunter Killer”, a także na miesięcznik, którego bohaterem był Al Simmons.

Wraz z odejściem Lee, poszczególne studia zmieniły nieco taktykę wydawniczą. Komiksy z Top Cow stały się praktycznie osobnym uniwersum, podobnie jak wspomniane już prace McFarlane’a. Erik Larsen skupił się wyłącznie na „The Savage Dragon”, co zresztą robi do dziś, a Shadowline zostało zamknięte. W 1999 roku z pracy odszedł Larry Marder, a zastąpił go Jim Valentino. Od tego czasu Image postanowiło zdywersyfikować swoją ofertę i skupić się na publikowaniu komiksów określanych jako „non-studio”, oczywiście nie zabraniając poszczególnym twórcom publikować pod własnym szyldem. Valentino ustąpił w 2004 roku, zastąpiony przez Erika Larsena. Ten nie wsławił się niczym, ponieważ kontynuował dzieło swojego poprzednika. Nie był to najlepszy okres dla Image, które osiągało coraz gorsze wyniki sprzedaży i musiało rywalizować z Dark Horse Comics oraz IDW Publishing o miano trzeciej siły na rynku. Wszystko miało zmienić się jednak w 2008 roku.

Wtedy też w Image pojawił się Eric Stephenson. Nie tylko namówił on Jima Valentino do wskrzeszenia Shadowline, ale przede wszystkim postawił na scenarzystę, który nazywał się Robert Kirkman. Chyba bez przesady można powiedzieć, że to właśnie ojciec „The Walking Dead” oraz „Invincible” uratował Image przed popadnięciem w całkowitą przeciętność i (być może) rychłym upadkiem. Komiksy Kirkmana wpłynęły na zmianę profilu wydawnictwa – superherosi zeszli na bok, a w cenie zaczęły być komiksy o znacznie bardziej różnorodnej tematyce. Niesamowitym przebojem okazały się „Żywe trupy”, ale znowu – ich fenomen to materiał na osobną notkę.

W Image znów wzrosła rola poszczególnych studiów, lecz komiksy „non-studio” nie straciły na swojej ważności. Dziś można śmiało powiedzieć, że aktualna oferta Image to w połowie pozycje studyjne, a w połowie komiksy wydawane pod wspólnym szyldem. W połowie 2010 roku Kirkman zakłada własny imprint Skybound, a w 2012 roku John Michael Straczynski reaktywuje Joe’s Comics. Wcześniej była to mała część Top Cow, dziś pełnoprawne studio Image. Wspomnieć należy także, że w 2007 roku do Image wraca Rob Liefeld. Próbuje on reanimować markę „Youngblood”, a w 2012 roku ze średnim skutkiem przywraca do życia studio Extreme.

Pomimo tego, rok 2012 ogólnie był pasmem sukcesów wydawnictwa. Z okazji dwudziestolecia istnienia Image, nie tylko przyciągnięto masę uznanych twórców, ale także ruszono ze sporą ilością nowych pozycji. Wśród nich „Saga”, „The Manhattan Project” czy „Fatale”. Image odzyskało pozycję trzeciej siły na rynku, a rok 2013 pokazał, że na tym wydawnictwo nie ma zamiaru poprzestać.

Autorem powyższego tekstu jest Krzysztof "Lokus" Tymczyński. Pierwotnie ukazał się on na  ostatnio założonym przez niego blogu poświęconym Image Comics. Wpadajcie tam, jak chcecie poczytać coś fajnego o wydawnictwie, które wydaje Spawna, Żywe trupy i przygody pewnego zielonego smoka.  

wtorek, 10 lipca 2012

#1075 - Rzut za 3: Liga, Latarnie i renegaci

W pierwszym rzucie za trzy poświęconym komiksom zrealunchowanego DCU na warsztat wziąłem trzy drużynowe tytuły Nowej 52. Ułożone są w nieprzypadkowej kolejności – od tych najsłabszych, do tych (tylko nieco) lepszych.

„Green Lantern: New Guardians vol.1 – The Ring Bearer” (Tony Bedard, Tyler Kirkham i Harvey Tolibao)

Idę o zakład, że „New Guardians” powstało w ciszy redaktorskich gabinetów DC Comics. Geoff Johns namnożył tyle tych korpusów i latarników, że trzeba było stworzyć jakiś dodatkowy tytuł, aby je móc jakoś zagospodarować. Halowi Jordanowi i Sinestro dostał się „GL”, Johnowi Stewartowi, Guy`owi Gardnerowi i reszcie korpusu – „GL Corps”, Atrocitus ma on-going „Red Lanterns”, a Kyle Rayner gra pierwsze skrzypce w „GL: NG”. Punktem wyjścia historii jest moment, w którym czwarty ziemski Lantern zostaje obdarowany kompletem kolorowej biżuterii z kosmosu. Na ziemi natychmiast zjawiają się przedstawiciele wszystkich korpusów i – uwaga, niespodzianka! – ich spotkanie kończy się wielką bijatyką. Potem, cała ta kolorowa gromadka rusza na Oa, by wyjaśnić tą tajemniczą sprawą – nie zgadniecie nigdy! – dochodzi do wielkiej bijatyki. Wreszcie, gdy poznajemy tajemnicę systemu Vega i na scenę wkracza istota, odpowiedzialna za całe to zamieszanie – jak już pewnie wiecie – dochodzi do wielkiej bijatyki. Nawet lubię superbohaterskie nawalanki, ale sposób, w jaki zostały zrealizowane na łamach „The Ring Bearer” znajduje się poniżej jakiejkolwiek krytyki. Fabuła pióra Tony`ego Bedarda prezentuje poziom najbardziej żałosnych fanfików komiksowych grafomanaów. Dodatkowo fanbojów z pewnością będę irytować nieścisłości z tym, co o Czerwonym Korpusie można przeczytać u Petera Milligana. Rysunki? Tyler Kirkham to jakiś zapomniany pogrobowiec stylu Top Cow i kreski Marka Silvestriego – to chyba jeszcze gorsza zaraza, niż płascy epigoni Jima Lee. Jedyne dobre momenty tego komiksu to te, w których ołówek przejmuje Harvey Tolibao, całkiem utalentowany komiksowy artysta. To jednak zdecydowanie za mało, aby uratować ten album przed (symbolicznym) spuszczeniem w kiblu.

„Red Hood and the Outlaws vol.1 – REDemption” (Scott Lobdell i Kenneth Rocafort)

Poziom wyżej można umiejscowić pierwszy trejd serii „Red Hood and the Outlaws”. Komiks pisany przez weterana lat dziewięćdziesiątych Scotta Lobdella, trzyma poziom przeciętnej, boleśnie konwencjonalnej historyjki superbohaterskiej. Jest motyw zemsty, niewykonalne zadanie, grzechy przeszłości i inne tym podobne rekwizyty. A wszystko to utrzymane w manierze komiksowych nineties. Ma być ekstremalnie, z dużą ilością cycków, strzelania, samurajskich mieczy i kolorowych laserów, aby czytelnik, na co drugiej stronie mógł krzyczeć „cool!” i „awesome!”. Przyznam, że ta efekciarska maniera Lobdella irytowała mnie niezmiernie. Niemniej, warto zwrócić uwagę na ten album z dwóch powodów. Po pierwsze, nowa Starfire swoim wyuzdanym zachowaniem pobudziła dyskusję na temat granic i sposobu eksponowania kobiecej seksualności w komiksie. Z jednej strony jest bowiem wyzwoloną kosmitką, która gdzieś ma ziemską pruderyjność, a drugiej – cała ta jej emancypacja ogranicza się do krążenia między łóżkami Red Hooda i Arsenala. Zresztą podejście do erotyki i seksualności w Nowej 52 (zbliżenie Batmana i Catwoman czy sposób, w jaki Atrocitus traktuje Bleez w „Red Lantrns”) to rzecz absolutnie frapująca i warto się jej przyjrzeć z bliska. Po drugie – Kenneth Rocafort. Dzięki „REDemption” odkryłem artystę, który mieści się w ścisłej elicie robiących w mainstreamie rysowników. Jeden z czterech, może pięciu najlepszych artystów pracujących w DC. Prace Rocaforta są jednocześnie wysmakowane, cudownie dopieszczone, a z drugiej strony tak napakowane energię, że aż rozsadzają ramki. Co więcej – cały album narysowany jest na równym poziomie, co w przypadku amerykańskich produkcji zdarza się stosunkowo rzadko. Ale to wciąż nieco za mało, żebym komukolwiek z czystym sumieniem mógłbym polecić ten komiks.

„Justice League vol. 1 – Origin” (Geoff Johns i Jim Lee)

Dwa zespoły gwiazd – Geoff Johns z Jimem Lee oraz Batman, Superman, Wonder Woman, Green Lantern, Flash z Cyborgiem miały stać się materiałem na wielki, komiksowy przebój. Od samego początku „Justice League” pomyślane było jako flagowy tytuł relaunchu DCU, mający przynieść krociowe zyski wydawnictwo, a swoim autorom – wieczną sławę. Udało się tylko w tym jednym przypadku – „Liga Sprawiedliwości” przez kilka miesięcy królowała na listach sprzedaży, osiągając w pewnym momencie pułap sprzedaży grubo powyżej 200 tysięcy egzemplarzy. A sam komiks? Cóż, zbyt wiele o nim napisać się nie da. Geoff Johns opisując historię pierwszego spotkania największych ziemskich herosów poszedł po linii najmniejszego oporu, zadowalając się możliwie najprostszymi rozwiązaniami. Na scenie po kolei pojawiają się poszczególni bohaterowie i widząc, jakim zagrożeniem jest Darkseid łączą swoje siły, aby powstrzymać inwazję z Apokalips. Pełna laserów z dupy, umięśnionych herosów ubranych w pstrokate kostiumy, wybuchów i splaszów historia jest wymarzonym materiałem dla Jima Lee do zilustrowania. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy jeden z obecnych redaktorów DC Comics był w tak dobrej formie – oprawa wizualna stoi na naprawdę wysokim poziomie, spokojnie mieszcząc się w wśród najlepszych dokonań Lee. Tylko cóż tego, skoro tego superbohaterskiego eye-candy czytać się po prostu nie da, bo jest przeraźliwie nudne?

sobota, 4 czerwca 2011

#773 - (R)ewolucji w DC Comics ciąg dalszy

Nikt nie potrafił dostrzec pierwszych znaków nowego. Wracający podczas "Brightest Day" do uniwersum DC Aquaman dostaje nowy miesięcznik pisany przez Geoffa Johnsa z rysunkami Ivana Reisa. Barry Allen, który ledwo co wrócił do roli Najszybszego Żyjącego Człowieka, zdążył pocieszyć się swoim własnym tytułem tylko przez dwanaście numerów. Oczywistym było, że status quo po "Flashpoint" ulegnie pewnym zmianom, ale nikt chyba nie spodziewał się, że będą one miały taką skalę. Inna sprawa, że redaktorzy i twórcy nawet nie zająknęli się, że te przetasowania będą częścią czegoś większego. Znacznie większego.

DC Comics wciąż wzbrania się przed terminem "reboot", który oznaczałby całkowicie nowy początek dla świata zamieszkałego przez Batmana, Supermana i resztę ferajny. Zamiast drugiego "Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach" planowany jest "revamp" - głęboka rekonstrukacja, odnowienie i odremontowanie uniwersum DC. Na razie oficjalnie zaprezentowano pierwsze dziesięć nowych tytułów, które zapewne pojawią się w pierwszą wrześniową środę. Do zapowiedzianego już podczas Wonder-Conu "Aquamana" pisanego przez Geoffa Johnsa z rysunkami Ivana Reisa dołączy "Wonder Woman". Na początku wydawało się, że redaktorzy DC pozwolą, aby J. Micheal Straczynski wprowadził wojowniczą amazonkę w XXI wiek w swoim stylu, ale ostatecznie tytuł dostał się samemu Brianowi Azzarello, wspomaganego przez artystę Cliffa Chianga. I właściwie przyszły gość łódzkiego festiwalu to jedyny twórca z absolutnego topu wśród ostatnio ogłoszonych nazwisk.

Nowym on-goingiem "Flasha" zajmie się Francis Manapul, który będzie odpowiadał za oprawę wizualną, jak i za scenariusz, a asystował mu będzie Brian Buccellato. Niestety, informacje o tym, że Brian Clevinger, autor znakomitego "Atomic Robo" zabierze się za serię "Firestorm" okazały się nieprawdziwie. Nową serię z tym bohaterem będą tworzyć Ethan Van Sciver i Gail Simone, jako scenarzyści oraz Yildiray Cinar, który zajmie się rysunkami. Jest to niejako potwierdzenie tego, że Simone nie będzie pisała nowych "Birds of Prey". Inny z bohaterów przywróconych podczas "Najjaśniejszego Dnia", czyli Człowiek-Jastrząb będzie grał główne skrzypce w "The Savage Hawkman" autorstwa Tony`ego Daniela (skrypt) i Phillipa Tana (grafika). Na scenarzystę tego tytułu typowano natomiast Jamesa Robinsona.

"Green Arrowem" troskliwie zajmą się JT Krul i świetnie znany polskim czytelnikom Dan Jurgens, którzy wrócą do korzeni tej postaci. Olivier Queen znowu będzie ekscentrycznym milionerem, który w walce z przestępczym półświatkiem będzie korzystał z zielonego łuku i kołczana pełnego strzał. Jurgens również będzie trzymał pieczę nad "Justice League International", w czym dzielnie sekundował będzie mu Aaron Lopresti. Okładka pierwszego zeszytu każe przypuszczać, że w "nowym" DC znajdzie się jednak miejsce dla dwóch Batmanów. Krój nietoperzastej peleryny Mrocznego Rycerza z tego covera przypomina model, który obecnie nosi Dick Grayson. Sporym zaskoczeniem jest, że "Mr. Terrific" dostanie własny tytuł, którym zajmować się będą Eric Wallace i Roger Robinson. Nieco mniejszym - solowa seria z Kapitanem Atomem robiona przez Krula i Freddiego Williamsa II. Stawkę pierwszego rzutu zamyka "DC Universe Presents", zupełnie nowa seria, który skupi się na klikuczęściowych opowieściach przedstawiających bohaterów, którzy nie są na tyle popularni, by utrzymać własne tytuły. Pierwszą taką fabułą będzie historia z Deadmanem, którzy wcześniej przymierzany był do głównej roli w "Adventure Comics". Pisze Paul Jenkins, a rysuje Bernard Chang.

Opórcz tych tytułów, wśród pewniaków znajduje się rzecz jasna nowe wcielenie "Justice League" zawiadywane przez Geoffa Johnsa z rysunkami Jima Lee. Artyści z najwyższego mainstreamowego topu mają sprawić, że Liga Sprawiedliwości będzie czołowym tytułem w ofercie wydawnictwa i wywinduje serię na szczyt list przebojów. Oprócz tego Johns dalej będzie pisał "Green Lanterna", rysowanego przez Douga Mahnkego. Oprócz ukazywać się będą jeszcze trzy inne tytuły z Latarnikami. Do "Green Lantern Corps" powraca Peter Tomasi w towarzystwie Fernando Pasarina, a główne role w komiksie mają grać Guy Gardner i John Stewart. "Green Lantern: The New Guardians" będzie całkiem nowym tytułem, w którym pojawiać się będą reprezentanci wszystkich Korpusów pod przywództwem Kyle Raynora (?). Tony Bedard pisze, Tyler Kirkham rysuje. DC nie zapomniało również o zapowiedzianym nieco wcześniej "Red Lanterns" Petera Milligana i Eda Benesa. Wygląda na to, że jednak wszystkie ziemskie latarnie przetrwają "Flashpoint", czego nie można powiedzieć o serii "Green Lantern: Emerald Warriors".


Nadal nie wiadomo co z dwoma największymi ikonami DC Comics, Batmanem oraz Supermanen, i z ich miesięcznikami, "Action Comics" i "Detective Comics", które sukcesywanie zbliżały się do 1000 i 900 numeru. Wśród potencjalnych rysowników tego pierwszego tytułu wymienia się Ragsa Moralesa. Prawdopodobnie jeden z miesięczników Człowieka ze Stali powędruje w ręce Granta Morrisona, który w "All Star Supermanem" udowodnił, że świetnie "czuje" Kale Ela. Jeśli idzie o Mrocznego Rycerza to Jock i Greg Capullo zdażyli pochwalić się okładkami do nowych serii, a wśród scenarzystów pada nazwisko Duane`a Swierczynskiego. W rodzinie bat-tytułów z pewnością pojawi się "Batwoman", jeśli tylko J.H. Williams wyrobi się z pracą nad kolejnymi numerami - teoria o tym, że artysta umyślnie przeciągał pracę na swoim dziełem, aby zdążyć akurat na restart uniwersum, wydają mi się całkiem sensowna. Powrócić ma również "Nightwing", choć nie wiadomo, czy w tej roli nie wystąpi trzeci z Cudownych Chłopców, Tim Drake, w zastępstwie za Dicka. Największe zmiany mają dotknąć jednak Barbarę Gordon, która ma powrócić do roli "Batgirl"! Byłaby pierwsza, tak radykalna zmiana w continuity, być może wykreślająca "Killing Joke" z kanonu i stawiająca przyszłość serii "Birds of Prey", w której Barbara wciela się w Oracle, pod wielkim znakiem zapytania.

Pojawiły się również plotki, że kilka marek z imprintu Wildstorm może dostać swoją kolejną szansę. Wymienia się "Wild C.A.T.S.", "Authority", "Gen 13", a także... "Griftera". Dużo zamieszania było wokół nowego wcielenia "Teen Titans". Najpierw mieli być pisani przez Fabiana Niciezę, lecz później okazało się, że w tej roli pojawi się jednak Scott Lobdell. Niemal pewnym jest, że inna super-grupa, "Justice Society of America", również dostanie swój miesięcznik, ale prawdopodbnie bez Marca Guggenheima na pokładzie. Legion Superbohaterów ma również mieć swoje miejsce w uniwersum DC, a ich on-going łączony jest z nazwiskami Dana Abnetta i Andy`ego Lanninga. "OMAC" Scotta Kolinsa, "Vigilante" Darwyna Cooke`a? To na razie tylko spekulacje. Prawdopodobnie 13 czerwca ekipa Dana DiDio dostarczy jeszcze więcej informacji o zmianach w swojej ofercie i przypuszczam, że będą one dotyczyły Człowieka ze Stali i Mrocznego Rycerza. Natomiast na dzień dzisiejszy zarys nowego DCU wygląda mniej więcej tak...

czwartek, 2 czerwca 2011

#771 - Początek nowej ery DC Comics

Na samym początku "Flashpoint" miała być dużą opowieścią dotyczącą Flasha i rodziny tytułów z nim związanych. Myślałem, że będzie to lokalny event, o skali porównywalnej do greenlanternowego "Sinestro Corps War". Z czasem okazało się, że historia pisana przez Geoffa Johnsa (scenarzystę takich serii, jak "Green Lantern", "Flash", "Action Comics" i głównego architekta "Blackest Night) i z rysunkami Andy`ego Kuberta (świetnie znanego w Polsce, z takich albumów jak "Batman vs. Predator", "Batman i Syn", "Wolverine: Origin", "Marvel 1602") rozrośnie się do rozmiarów eventu, po którym już nic nie będzie nigdy takie samo. A dosłownie "wszystko zmieni się w mgnieniu oka". Oczywiście nikt nie brał tych zapowiedzi dosłownie - "Flashpoint" wyglądało po prostu na kolejny, wakacyjny wyciągacz pieniędzy z czytelniczych kieszeni, obrośnięty mrowiem tie-inów, one-shotów i spin-offów. Okazuje się jednak, że kiedy opadnie kurz, wszystko rzeczywiście się zmieni…

DC Comics bardzo długo odmawiało komentarzy odnośnie tego, co będzie działo się po "Flashpoint". Było to o tyle dziwne, że redaktorom wydawnictwa nagminnie zdarzało się zdradzić zakończenie trwającej jeszcze historii i przy okazji zapowiedzieć kolejny event. Pierwszego czerwca klauzula „nie mówimy o tym, co stanie się po wakacjach" przestała obowiązywać. Wczoraj oficjalnie zapowiedziano, że od września wszystkie tytuły z superbohaterskiej linii DC ukażą się z numerem 1 na okładce. W każdym tygodniu ukaże się 13 nowych tytułów, a więc w miesiącu będzie ich w sumie 52. Nowe-stare serie wprowadzą nowy status quo w odświeżonym świecie DC.

Plotki o wprowadzeniu nowej numeracji okazały się zatem prawdziwe, natomiast re-boot całego uniwersum jeszcze nie do końca, bowiem nigdzie taka informacja nie jest podana wprost, choć wiele na nią wskazuje. "To świetne miejsce na start, ale nie od samego początku" - enigmatycznie mówi DiDio. A Bob Wayne, inny przedstawiciel zarządu wydawnictwa, mówi - "zeszyty oznaczone pierwszym numerem wprowadzą czytelników do bardziej nowoczesnego, bardziej zróżnicowanego uniwersum DC". Niektórzy z bohaterów dostaną odświeżone originy, w przypadku innych skończy się jedynie na jakichś kosmetycznych korektach, niemniej zmiany mają dotknąć wszystkie postacie. Ich zasięg ma być globalny. Do tej pory bardzo często poszczególni twórcy, szczególnie ci z dużymi nazwiskami, grzebali przy biografii najważniejszych herosów. Grant Morrison przywrócił do legendy Mrocznego Rycerza sporo elementów ze Srebrnej i Złotej Ery, Geoff Johns retconnując Hala Jordana w dużym stopniu przemodelował mitologię Zielonej Latarnii. Również przy okazji najróżniejszych kryzysów wprowadzano mniejsze i większe poprawki w originach najważniejszych postaci. Tak stało się na łamach "One Year Later", a w "Infinite Crisis" przywrócono koncept wieloświata, który został zarzucony podczas przełomowego "Crisis on Infinite Earths".

Piastujący stanowisko Co-Publisher w zarządzie DC, Jim Lee przygotował odświeżony image ponad pięćdziesięciu herosów, zabierając między innymi charakterystyczne czerwone majtki Człowiekowi ze Stali. Trzeba wiedzieć, że była to część garderoby, do której Superman był przywiązany od 73 lat, nieodłączny fragment jego ikonicznego wizerunku. Lee przyznaje, że pracując nad nowymi designami chciał zachować wszystkie kluczowe elementy wizerunku poszczególnych herosów, a jednocześnie odświeżyć je i unowocześnić. Drugim architektem zmian w DCU będzie oczywiście Geoff Johns, Chief Creative Officer. Wraz z Lee będą pracowali nad nową wersją "Justice League", której premierowy numer ukaże się 31 sierpnia i będzie jedynym, obok finału "Flashpoint" komiksem ze stajni DC, który ujrzy światło dzienne tamtego dnia. Będzie to pierwszy komiks nowej ery. W składzie flagowego zespołu DC mają pojawić się wszyscy najważniejsi bohaterowie, a więc Superman, Batman (jak przypuszczam Bruce Wayne), Wonder Woman, The Flash, Green Lantern (Hal Jordan) oraz odrodzony Aquaman. Stałym członkiem ma być również czarnoskóry Cyborg oraz nowy, hiszpański (czy raczej latynoamerykański) Blue Beetle, pełniący funkcję listka figowego politycznej poprawności. W drużynie ma się w sumie przewijać około czternastu postaci. Johns zapewnia, że będzie chciał skupić się na relacjach pomiędzy poszczególnymi członkami Ligi. "Chce pokazać ich ludzki aspekt, kryjący się za maską i peleryną" - jak zapewnia uznany scenarzysta.

Oprócz samych komiksów, zmieni się również sposób ich publikacji. DC Comics jako pierwsze tak duże wydawnictwo i w tak wielkiej skali stawia na format cyfrowy. Równocześnie ze środową dostawą świeżo wydrukowanych zeszytów, wszystkie komiksy z gwiezdnej oficyny będą dostępne również w wersji gotowej do pobrania na elektroniczne czytniki. Szefowie są przekonani, że możliwość ściągnięcia historyjki obrazkowej za pomocą jednego kliknięcia sprawi, że komiksy dotrą do nowego czytelnika, który do tej pory nie potrafił trafić do sklepu komiksowego. Cyfrowa rewolucja dzieje się na naszych oczach?

DC Comics ryzykuje bardzo dużo. Na kurczącym się amerykańskim ryku komiksowym liczy się twardy elektorat, trwający przy swoich ulubionych tytułach i bohaterach bez względu na wszystko, często siłą przyzwyczajenia. Tak gruntowne i radykalne zmiany całej komiksowej oferty mają sprawić, że po kolorowe zeszyty sięgną nowi czytelnicy. Dzięki "jedynkom" ich inicjacja w superbohaterskie uniwersum ma przebiec względnie bezboleśnie. A szemrający pod nosem i złorzeczący na dramatyczne zmiany w continuity fani i tak sięgną po nowe-stare tytuły. Jestem przekonany, że na początku sprzedaż pozycji DC poszybuje w górę i wydawnictwo odbije sobie straty, które poniosło pozwalając, aby ich komiksy kosztowały ledwo trzy dolary. Wiadomo, najlepiej sprzedają się małe liczby i numery jubileuszowe. Ale co dalej?

Na początku przyszłego tygodnia w kolejnym tekście postaram się napisać o zmianach, jakie dotkną poszczególne tytuły. Spodziewam się prawdziwej nawałnicy newsów, plotek i niepotwierdzonych informacji o tym, jak świat DC będzie wyglądał po "Flashpoint".

czwartek, 31 grudnia 2009

#337 - Kolorowe Zeszyty (7)

Odchodzący w niepamięć rok 2009 postanowiłem pożegnać kolejną odsłoną niezwykle popularnego i wyczekiwanego z utęsknieniem cyklu, w którym na warsztat biorę kilka kolorowych zeszytów z ostatnich miesięcy. Dzisiaj pomaga mi w tym Janusz, który z kolei - dla urozmaicenia - w zwięzłej recenzji nie zaprezentuje ani nic kolorowego, ani nic zeszytowego. Korzystając z okazji, życzymy wszystkim czytelnikom udanego roku 2010 - niech będzie lepszy od poprzednika, nawet jeśli ten wydawał się najlepszy i nie możliwy do pobicia! A wszystkim nam życzymy również, aby te nadchodzące 12 miesięcy obfitych było w możliwie jak najwięcej pozytywnych wrażeń jeśli chodzi o sprawy komiksowe! Czuj duch!

All Star Batman and Robin, The Boy Wonder #10 (DC Comics)
scenariusz: Frank Miller
rysunki: Jim Lee


W jakiś czas po lekturze wypuszczonego niedawno przez Egmont zbiorczego wydania dziewięciu pierwszych zeszytów serii, przypomniałem sobie o posiadanej od dłuższego czasu dziesiątej odsłonie "Cholernego Batmana" i nie bez oporów zabrałem się za jej lekturę. Nie oczekiwałem, że nagle tytuł ten stanie się w chociażby małej części strawny, ale to co dostałem jeszcze bardziej pogrążyło w moich oczach kolejną odsłonę przygód millerowatego Nietoperza. Główny zarzut jest następujący: jest przeraźliwie nudno (nadal). Przebrnięcie przez monologi komisarza Gordona jest nie lada torturą, a sceny akcji nawet w drobnej mierze nie sprawiają, że puls zacznie bić nieco szybciej i nie ratują tego zeszyciku w żadnym stopniu. Batman zachwyca się swoim nowym podwładnym, a młodziutka Batgirl rusza do boju, który nie kończy się dla niej zbyt szczęśliwie. Gdzieś tam jeszcze miga poobijana Catwoman i to wszystko co udało mi się zapamiętać po lekturze tej póki co ostatniej odsłony serii. Lee i Miller co jakiś czas obiecują, że kolejne części już niebawem, ale ciężko w to wierzyć, kiedy słyszy się o następnych projektach komiksowo-filmowych twórcy "Powrotu Mrocznego Rycerza". Nie napiszę, że gorzej być nie może, bo coś czuję, że lektura kolejnej części ze zdwojoną siłą udowodni mi, że właśnie jednak może. (a.)

Goon #33 (Dark Horse)
scenariusz i rysunki: Eric Powell

Po kilku miesiącach przerwy fani Zbira i Franky'ego dostali kolejną część ich przygód. Po ciężkawej kilkunastoczęsciowej historii zaprezentowanej w roku 2008, "chrystusowy" zeszyt przynosi nieco odprężenia. Jest on o tyle ciekawy, że nie występuje w nim ani jedno słowo, a wszelkie potrzebne do zaprezentowania myśli bohaterów są wrysowane w dymki. O samej historii nie ma co się rozpisywać, tym bardziej, że jest to lektura na jakieś trzy minuty, ale mimo tego warto się z tym niepozornym zeszytem zapoznać, żeby móc podziwiać kunszt pracy pana Powella. Całość utrzymana jest w odcieniach szarości z minimalną ilością koloru (zwykle czerwieni) i jak to ostatnio bywa w przygodach "Zbira", typowo komiksowa stylistyka z pierwszych zeszytów (wydanych i u nas), zastąpiona została przyciągającymi uwagę malunkami. Po fatalnym one-shocie z Deathklokiem, śmiało można powiedzieć, że "Zbir" wrócił na właściwe sobie tory. Oby jeszcze czas oczekiwania na następny zeszyt był nieco krótszy. (a.)

Green Lantern #43 (DC Comics)
scenariusz: Geoff Johns
rysunki: Doug Mahnke


Umiłowani w komiksach - ten niepozorny zeszycik będący prologiem do "Najczarniejszej Nocy" w moim osobistym odczuciu jest najlepszym z tych, które dane mi było przeczytać na przestrzeni ostatnich 365 dni. Geoff Johns i Doug Mahnke na dwudziestu kilku stronach prezentują narodziny pierwszego z Czarnych Latarników - Black Handa (William Hand). Znając życie, dziewięciu na dziesięciu scenarzystów przy próbie wiarygodnej kreacji postaci, poślizgnęli by się gdzieś pomiędzy demonstrowaniem zamiłowań młodego Williama, tworzeniem przez niego kostiumu z worka na zwłoki, odpoczywaniu w świeżym grobie a ogólnym zamiłowaniem do śmierci. Wyszłoby to pewnie żałośnie łamane przez śmiesznie. Ale nie w tym przypadku - Johnsowi udało się na tej niewielkiej przestrzeni wiarygodnie przedstawić postać Black Handa, jego pogardę dla życia i zamiłowanie do tak zwanego mroku. Wysokiej formie scenarzysty wtóruje rysownik Doug Mahnke, który właśnie od tego zeszytu rozpoczął swoją przygodę z serią "Green Lantern". Póki co jest to jedyna rzecz z "Blackest Night" w mojej kolekcji i mam nadzieję, że wydarzenia z głównej serii stoją na równie dobrym poziomie co ten jeden zeszycik. Ale o tym przekonam się dopiero przy okazji jakiegoś sympatycznego trejda. (a.)

Invincible Presents: Atom Eve (Image Comics)
scenariusz: Benito Cereno
rysunki: Nate Bellegarde


Atomowa Ewa to jedna z głównych drugoplanowych postaci serii "Invincible" Roberta Kirkmana, z originem której można się zapoznać dzięki tej odpryskowej mini-mini-serii (#1-2). Jej pochodzenie nie jest jakieś szczególne jak na standardy komiksów superhero - ot, Samantha Eve Wilkins to nic innego jak efekt eksperymentów tajnej jednostki przynależącej do Pentagonu (tej samej, która chce sklonować Brita), która to przed długie lata nie wiedziała, że efekt badań przeżył narodziny. Sprawcą tego był Dr. Elias Brandyworth, prawdziwy ojciec i stwórca Eve, który po wydaleniu z rządowej agencji (po rzekomej śmierci Eve przy narodzinach) przez lata obserwował dorastanie swojego najdoskonalszego dzieła. Kiedy Ewa odkrywa swoje niecodzienne zdolności (możliwość manipulacji atomami) i na własną rękę zaczyna wymierzać sprawiedliwość, zwraca na siebie uwagę Złych Ludzi z Rządu, którzy rozpoznają w niej swój dawny eksperyment. Dalszy przebieg akcji jest łatwy do przewidzenia. Scenarzystą komiksu jest niejaki Benito Cereno, ale czuć w tym wszystkim rękę Kirkmana, który nadzorował projekt. Grafika jest natomiast dziełem solidnego rzemieślnika Nate'a Bellegarde'a, który w scenach pojedynków daje mocno do pieca i pokazuje, że zna się na swojej robocie. Z tego co wiem, obie części mini-serii nie weszły w skład żadnego TP, więc edycja sprzed kilku miesięcy (zbierająca je w jeden, gruby zeszyt) jest obecnie jedyną możliwością na zapoznanie się z początkami Atom Eve. Do czego zachęcam, ale raczej tych, którzy mają już na koncie przygodę z "Niezwyciężonym". Dla innych będzie to raczej mało znaczący i szybki do zapomnienia komiksowy epizodzik. (a.)

The Walking Dead, volume 11: Fear the Hunters (Image Comics)
scenariusz: Robert Kirkman
rysunki: Charlie Adlard


Była już zdrada, samobójstwa, gwałty, wyłupywanie oka łyżeczką i inne wymyślne tortury. W końcu była też utrata najbliższych i pogranicze szaleństwa. Ale tego co zafundował Robert Kirkman w jedenastym już trejdzie "The Walking Dead" w ogóle się nie spodziewałem. Zaczęło się od "ostrzeżenia" pokroju "The dead do not hunt... but we do", i przyznaję, że obawiałem się, iż twórcy zafundują nam powtórkę z Woodbury. Ale ich plany okazały się zupełnie inne. W "Fear the Hunters" bohaterowie nie bez powodu spotykają na swojej drodze księdza. Co prawda w świecie opanowanym przez zombie nie mówi się wiele o zbawieniu, ale za to potępienie jest tam bardzo popularnym tematem. Dlatego też pojawienie się kapłana jest świetnym "punktem odniesienia" do zastanowienia się nad moralnością ocalałych bohaterów. A jest nad czym się zastanawiać, bo Kirkman puścił wszystkie postaci swojej opowieści po bardzo stromej równi pochyłej. Pisząc o "Fear the Hunters" nie sposób nie wspomnieć o Charliem Adlardzie, bo zakończenie tej historii znajduje się nie w słowach, lecz twarzach. Zdecydowanych i skupionych na przeżyciu, przerażonych i osłupiałych wobec otaczającego świata i tych pełnych z bezsilności łez wobec własnych uczynków. Kirkman zaskoczył tym trejdem, gdyż skierował historię na zupełnie inne tory niż mogło się to z początku zdawać. Mogę szczerze napisać, że wielokrotnie byłem zszokowany podczas lektury "The Walking Dead", ale dopiero teraz po raz pierwszy byłem przerażony. Dla tych czytających polskie wydanie mam dwa słowa: warto czekać. (t.)

Najlepszego w 2010!

wtorek, 22 grudnia 2009

#330 - All Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec

W roku 2005 wydawnictwo DC Comics, podążając ścieżką przetartą przez Marvela, swojego odwiecznego konkurenta na komiksowym rynku za Oceanem, uruchomiło linię tytułów All-Star. Wzorem marvelowego imprintu Ultimate oddało swoich najpopularniejszych super-bohaterów w ręce najzdolniejszych scenarzystów i rysowników w branży. Najlepsi z najlepszymi – prosty, acz genialny przepis na obrazkowe arcydzieło sprawdził się w przypadku „All-Star Supermana” autorstwa Granta Morrisona ("Azyl Arkham", "Misterium", "Batman i Syn") i Franka Quitely'ego (robione wraz z Grantem – "New X-Men", "JLA – Ziemia 2" i "New X-Men"). Na polską edycję najnowszego wcielenia Człowieka ze Stali zapewne jeszcze poczekamy, na razie na naszym rynku ukazał się "All Star Batman and Robin, the Boy Wonder".

Magnesem przyciągającym twórców do All-Starów miała być całkowita swoboda w reinterpretowaniu największych ikon amerykańskiego komiksu, nieskrępowana ograniczeniami, jakie nakłada praca nad standardową serią z redaktorem prowadzącym na karku i koniecznością trzymania się kontinuum. Mroczny Rycerz ze swoim nastoletnim pomocnikiem został oddany Frankowi Millerowi i Jimowi Lee, twórcom, którzy nie wypadli sroce spod ogona. Miller na łamach marvelowego Daredevila udowodnił, że comiesięczna orka komiksowa nie musi oznaczać wyzbycia się artystycznych ambicji i tym samym przygotował grunt dla piszących obecnie przygody Śmiałka, Briana M. Bendisa i Eda Brubakera (nawiasem mówiąc, robiących to znakomicie). W "Roku Pierwszym" na nowo zdefiniował Batmana, tylko po to, żeby w "Powrocie Mrocznego Rycerza" zdekonstruować mit super-herosa. Zaraz po świetnie przyjętej serii "Miasto Grzechu" i "300", Miller zajął się ekranizowaniem swoich prac, a później także kręceniem filmów. Ze zmiennym szczęściem, jak pokazuje przykład Spirita. Lee był rysownikiem jednego z najpopularniejszych (jeśli nie najpopularniejszego) tytułu super-hero lat dziewięćdziesiątych, jakim był X-Men i twórcą charakterystycznego stylu, który znalazł potem setki naśladowców. Następnie, z różnym powodzeniem pracował nad autorskim projektami w ramach wydawnictw Image i Wildstrom, by wreszcie osiąść w DC Comics i rysować przygody Batmana ("Hush") i Supermana ("For Tomorrow").

W swoich założeniach "All Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec" miał połączyć historię młodego ("Rok Pierwszy") i powracającego z emerytury ("Powrót") Mrocznego Rycerza w jedną, spójną opowieść. Miller w swoim scenariuszu skupia się na relacjach Zamaskowanego Mściciela z jego nastoletnim pomagierem, Robinem. Główny trzon historii o osieroconym akrobacie i jego opiekunie pozostał niezmieniony, scenarzysta więcej uwagi poświęcił głównym bohaterom dramatu. Podjął kolejną, tyle śmiałą, co ryzykowną, próbę reinterpretacji postaci Batmana.

W nowej wizji Millera niewiele pozostało z klasycznego, gothamskiego pogromcy zbrodni. Zamiast słynącego ze swoich detektywistycznych zdolności, znikającego w cieniu i opanowanego herosa dostajemy bezwzględnego i impulsywnego brutala, przedkładającego skuteczność nad etykę w zwalczaniu przestępczości. "Nowy" Batman uwielbia rozprawiać się z przestępcami w ciemnych zaułkach, bijąc ich tak długo, aż zaczną dławić się własnymi zębami i uczyni ich kalekami do końca życia. Prowadzona w ten sposób walka jest upojnym przeżyciem, a nie smutną krucjatą, którą Bruce Wayne przysięgał prowadzić nad grobem swoich rodziców. Rozkoszne nocne polowania na oprychów i skakanie po dachach w blasku księżyca sprawiają, że "uwielbia być tym cholernym Batmanem!". Daleko mu do elegancji swojego pierwowzoru. Jest arogantem, nabuzowanym testosteronem pozerem, uwielbiającym robić wrażenie na kobietach, czego zwykle "normalny" Batman unikał. Z niepozbawionego romantycznych rysów super-bohatera stał się rozjątrzonym egomaniakiem, skłóconym z całym światem, brutalnie dążącym do własnych celów. Trudno dziwić się głosom, że Miller sprzeniewierzył się legendzie, którą sam współtworzył w swoich komiksach.

Takiej interpretacji Batmana znacznie bliżej do psychopatów z "Miasta Grzechu", niż klasycznego modelu super-herosa. Niestety, Miller, podobnie jak w przypadku Spirita, przesadził z przerysowaniem, które balansuje na krawędzi już nie groteski, ale śmieszności. Postać Mrocznego Rycerza jest wyraźnie przeszarżowana, niedopracowana i pełna nieścisłości, rażących nawet przy założeniu pewnej umowności komiksowych realiów.

Niestety, podobnie rzecz ma się z scenariuszem – neurotyczna narracja irytuje swoją chaotycznością, lekturze ciągle towarzyszy niedoparte wrażenie, że akcja zmierza w nieokreślonym kierunku. Fabuła zdaje się zbitkiem mniej lub bardziej udanych scen, urywa się w najdziwniejszych momentach, nie dotyczy jej żadna logika przyczynowo-skutkowa. Dialogi zostały zastąpione bufonadą, a jakąkolwiek psychologiczną wiarygodność swoich bohaterów Miller ma głęboko w nosie. Ta wrzaskliwość fabuły pozostaje w brutalnym kontraście z formalnym mistrzostwem "Powrotu" i "Roku Pierwszego", ale daje wielkie pole do popisu Jimowi Lee. Historia zdaje się być podporządkowana wizualnemu efekciarstwu. Każdy z poszczególnym numerów składających się na album ma co najmniej jeden splash page i kilka kadrów, zajmujących przynajmniej połowę strony. W komiksie dominują dwa motywy – seksu i przemocy. W pierwszym zeszycie pięć stron poświęcono na garderobę reporterki Vicky Vale, która przygotowując się do randki z Bruce'm Wayne'm lata półnaga po pokoju w poszukiwaniu odpowiedniej sukienki. W trzecim barowa rozróba z dekoltem i kabaretkami Black Canary w rolach głównych zajmuje stron piętnaście, w tym pięć paneli całostronicowych i jeden podwójny splash page. To tylko dwa przykłady z brzegu, kiedy wydarzenia zupełnie dla fabuły nieistotne prezentuje się tylko po to, aby Lee mógł narysować niemożliwie długie nogi i wielkie cycki.

To, co Millerowi udało się w "Sin City", czyli stworzenie maksymalnie przerysowanego i ikonicznego uniwersum, kompletnie nie wypaliło w przypadku Mrocznego Rycerza. Gotham pełne ponętnych suczy, przekupnych gliniarzy, strzeżone przez wariata w kostiumie nietoperza może i by mnie jakoś przekonała, gdyby komiks nie emanował tandetnym erotyzmem i bezrozumną brutalnością. Niestety, nie mogę zaliczyć "All Star Batmana i Robina, Cudownego Chłopca" (tytuł równie śmieszni brzmi po polsku, co po angielsku) do pozycji udanych.