Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ed Brubaker. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ed Brubaker. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 lipca 2022

#2470 - Z importu 02: Incognito

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Ryszard Wojciechowski. Spiritus movens Rękopisu znalezionego w Arkham. Ostatni człowiek na Ziemi.

Sporo już na naszym rynku komiksów duetu Brubaker/Phillips. Wydawcy nadrobili stracone lata i dziś wielu polskich czytelników wali w komiksy tych autorów jak w dym, wiedząc, że to porządna firma. Jak jednak widzicie, jeszcze nie wszystko się ukazało, bo przychodzę do Was z nie lada perełką. „Incognito” to ciekawy projekt powstały w momencie sukcesu „Criminal” i gdy Bru brylował w mainstreamie, pisząc „Kapitana Amerykę”. Dla naszego ulubionego duetu było pewnikiem to w pewnym sensie koło zapasowe, które mogło osiągnąć sukces czytelniczy, ale zainteresowanie odbiorców najwyraźniej nie skupiło się na tej serii, a szkoda. 



niedziela, 25 listopada 2018

#2465 - My Heroes Have Always Been Junkies

Autorem poniższego tekstu jest Marcin Zembrzuski, który zarządza pulp zinem Kinomisja. Nie kojarzycie? No to klikajcie - na Facebooka tędy, a na stronę tędy.

"Kill or be Killed" to był dla mnie komiksowy zawód roku. Kapitalnie narysowany przez Seana Phillipsa, ale ze scenariuszem napisanym przez Eda Brubakera na autopilocie; bez tej wspaniałej świeżości cechującej wszystkie poprzednie autorskie dokonania tego mocarnego duetu.


sobota, 1 lipca 2017

#2336 - X-Men: Mordercza geneza

Pierwotnie "Deadly Genesis" publikowane było jako zamknięta w sześciu zeszytach mini-seria między styczniem, a lipcem 2006 roku. Komiks wydany został z okazji trzydziestolecia publikacji klasycznego dla dziejów mutantów "Giant Size X-Men" #1 autorstwa Lena Weina i Dave`a Cockruma. Tamten zeszyt po dziś dzień stanowi punkt zwrotny w historii X-Men. 

piątek, 3 lutego 2017

#2298 - Velvet #2: Tajne życie umarlaków

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, który o komiksach piszez łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.
 
Wyraźny sukces "Fatale" rozochocił wydawnictwo Mucha Comics, które bardzo szybko ściągnęło do naszego kraju kolejny komiks Eda Brubakera stworzony dla Image. Pierwszy tom "Velvet" – rasowej opowieści szpiegowskiej zrobił dobre wrażenie i zaintrygował. A co było dalej? Na półki sklepowe trafił już album "Tajne życie umarlaków". Czy komiks ten wart jest Waszych pieniędzy? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć w dzisiejszym tekście.

wtorek, 28 czerwca 2016

#2168 - Fatale #5: Klątwa dla demona

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, który o komiksach piszez łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Wszystko co dobre, kiedyś musi się skończyć. Pożegnania nigdy nie są łatwe, zwłaszcza gdy bardzo mocno polubiliśmy tego, kto odchodzi. Dziś przyszło nam ostatni raz spotkać się z kobietą, która oczarowała nie tylko każdego mężczyznę, który stanął na jej drodze. Josephine, wspaniała Josephine. Jak Ed Brubaker i Sean Philips pożegnali jedną z najbardziej intrygujących bohaterek komiksowych ostatnich lat?



czwartek, 16 czerwca 2016

#2156 - Velvet #1: U kresu

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, który o komiksach piszez łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam. 

Rok 2016 pod znakiem Eda Brubakera. Na polskim rynku ukazuje się coraz więcej tytułów sygnowanych jego nazwiskiem. Po "Fatale", "Gotham Central", "Catwoman" dostajemy "Velvet", tytuł najświeższy, ale przez to wcale nie najmniej warty uwagi.



środa, 9 marca 2016

#2092 - Fatale #4: Modlitwa o deszcz

Autorem poniższej recenzji jest Krzysztof Tymczyński, a więcej tekstów jego autorstwa znajdziecie na jego blogu Image Comics Journal.

Po jednotomowej przerwie poświęconej na przedstawienie paru opowieści na pierwszy rzut oka niepowiązanych z główną linią fabularną, Ed Brubaker i Sean Philips powracają do niej z pełną siłą. Tym razem przenosimy się do czasów stosunkowo nieodległych. Pod koniec ubiegłego stulecia wokalista pewnej mało znanej kapeli grunge’owej postanawia napaść na bak, by zdobyć fundusze na rozwój zespołu. Udaje mu się to, lecz los stawia na jego drodze pewną piękną nieznajomą, która nie potrafi przypomnieć sobie swojej przeszłości. Wkrótce doprowadzi ona do największych tragedii w życiach muzyków, a nie tylko ona jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem.

środa, 21 października 2015

#1982 - Rzut za 3: Nowości 26. MFKiG (3)

Dzisiejsze wydanie łódzkiego Rzutu za 3 stoi pod znakiem dobrych komiksów. Wyliczankę zaczynam od albumu "Czarnobyl. Strefa", znakomitej opowieści o ludzkich losach w cieniu nuklearnej tragedii. Potem na warsztat idzie trzeci tom "Fatale", czyli kolejnej odsłonie jednej z najlepszych serii, jakie ukazują się na naszym rynku. A na koniec "KOT", najbardziej spektakularny debiut tegorocznej MFKiG w Łodzi.



piątek, 16 października 2015

#1977 - Fatale #3: Na zachód od piekła

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Kim jest tajemnicza Josephine i skąd wzięły się jej moce? To pytania, jakie zadają sobie czytelnicy serii "Fatale". Większość z nich nawet nie zauważyła, że i oni znajdują się pod wpływem czarnowłosej piękności. Według tego, co dowiedziałem się od przedstawicieli Mucha Comics na niedawnym festiwalu w Łodzi, Josephine rozkochała w sobie także polskich fanów komiksu. Jak więc poradzić sobie z recenzją trzeciego tomu jej niezwykłych przygód, jeśli jest się jednym z nich?


czwartek, 19 marca 2015

#1825 - Fatale: Diabelski interes

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

W Los Angeles lat 70-tych ubiegłego stulecia Miles jest aktorem, który nigdy nie osiągnął nic ponad granie w filmach klasy B. Wciąż jednak próbuje przekonać do siebie możnych przemysłu filmowego i w tym celu próbuje dostać się na pewną imprezę. Tam odnajduje przyjaciółkę stojącą nad ciałem członka niebezpiecznej sekty. Miles ratując jej życie trafia do posiadłości znanej z pierwszego tomu serii. Po latach ukrywania się przed światem klątwa wiecznie młodej kobiety uderza ze zdwojoną siłą...




wtorek, 4 listopada 2014

#1774 - Przybij piątkę komiksowi

Na Alei Komiksu zainaugurowano akcję "Przybij piątkę komiksowi". Wzorem popularnych łańcuszków wśród raperów (Hot16Challenge), fanów literatury pięknej, którzy na Facebooku opowiadali o najważniejszych książkach w swoim życiu czy celebrytów, charytatywnie oblewających się wodą z lodem (ALS Ice Bucket Challenge), komiksiarze również bawią się w układanie list i wyzywanie znajomych. Bawię się i ja!


środa, 22 października 2014

#1767 - Fatale: Śmierć podąża za mną

Autorem poniższego tekstu jest Przemysław Pawełek, dziennikarz radiowy i recenzent Alei Komiksu 

Przyznam na wstępie, że mam ciągły niedosyt dorosłego, amerykańskiego mainstreamu na naszym ryneczku komiksowym. Lubię klimat Vertigo, serie z nieodżałowanego Wildstorm (w tym oczywiście też z ABC), czy tych mocniejszych cykli z Dark Horse lub Image, wycelowanych w dojrzalszego odbiorcę. "Kaznodzieja" i "Sandman" są już od dawna znane, "Sin City" doczekało się już chyba trzeciego czy czwartego wydania ale przecież to nie wszystko. Cieszę się że do tej listy dołącza kolejny gracz.


czwartek, 9 października 2014

#1756 - Fatale: Śmierć podąża za mną

Autorem poniższej recenzji jest Krzysztof Tymczyński, a więcej tekstów jego autorstwa znajdziecie na jego blogu Image Comics Journal.

Pewnie teraz wyjdę na ignoranta, który się nie zna, ale z dotychczasowych wielokrotnie nagradzanych prac duetu Ed Brubaker/Sean Philips tylko oba sezony „Sleepera” utkwiły mi w głowie na tyle, by po latach chcieć wrócić do tego komiksu. Nie oznacza to jednak, że słynne „Criminal” czy „Incognito” uważam za komiksy złe. Po prostu mimo wielu prób nie udało mi się przekonać się nich na tyle, by stać się wiernym fanem każdego komiksu tego duetu. 



piątek, 19 września 2014

#1739 - Fatale: Śmierć podąża za mną

Autorem poniższej recenzji jest Jakub Górecki, a więcej tekstów jego autorstwa znajdziecie na stronie Pulp Warsaw.

Gdy przypatrzymy się sinusoidzie trendów widzimy, że Lovecraft, Poe, Wilde czy Stoker znów są czoko na rynku (w przeciwieństwie do słowa czoko, które jest wiochą i dlatego tak super się go używa). Oczywiście nie znaczy to, że jesteśmy zasypani weird fiction i gotyckim horrorem w każdym możliwym medium. Piję do faktu, że znów (choć na chwilę) dobrze jest znać „Draculę” nie tylko z filmów i twierdzić, że w twórczością Poego zaczytywało się jeszcze w liceum.


piątek, 22 sierpnia 2014

#1719 - Incognito: Bad Influences

„Incognito: Bad Influences” to powrót do Zacka Overkila, do pulpowych nawiązań i niczym nieskrepowanej rozrywki w świecie nie zawsze moralnych wyborów. Co więcej, dla Ed Brubakera i Seana Phillipsa to powrót do tematów znanych z „The Sleeper” w jeszcze większym zakresie, niż miało to miejsce w pierwszym tomie „Incognito”.

piątek, 25 lipca 2014

#1675 - Incognito

Trend na sięganie do pulpowych tradycji w komiksowym mainstreamie ciągle trwa. Dynamite Entertainment produkuje masowo tytuły ze swoimi bohaterami na licencjach w rolach głównych, jak i nie rezygnuje z bohaterów obecnych w tzw. public domain. Z większymi i mniejszymi sukcesami bawiło w to i DC („First Wave”) i Marvel („Marvels Project”, „Mystery Men”, „The Twelve”). 


piątek, 11 lipca 2014

#1658 - Sleeper

Dziś na pokładzie Kolorowych witamy Jakuba Góreckiego. Powinniście go kojarzyć z komiksowego tumblra Pulp Warsaw, a jeśli go nie znacie polecam jak najszybciej zmienić ten stan rzeczy. Teksty Jakuba będą publikowane cyklicznie, w piątki, co dwa tygodnie. Co będzie ich tematem? Pulp, noir, sensacja, kryminał, super-hero - to kilka słów-kluczy. Zaczynamy od porannego przedruku z jego autorskiej strony, a popołudniem - wpis premierowy.

Nie ukrywam, że regularnie śledzę serie pisane przez Eda Brubakera, nie ważne czy te autorskie, czy robione w barwach wielkich wydawnictw. Wierzę w każdy jego tytuł, choć często zdarzają się mu gorsze momenty. Ostatni okres pisania „Captain America” rozczarował (choć winę można zrzucić na wydawnictwo, które oczekiwało od niego lżejszej wersji Kapitana już bez Bucky`ego), a jego run w „Secret Avengers” był dobry, ale nie aż tak, jak oczekiwano.



czwartek, 20 czerwca 2013

#1315 - Fatale

W swojej najnowszej serii Ed Brubaker do spółki ze swoim etatowym rysownikiem Seanem Phillipsem zaserwował czytelnikom melanż kilku gatunków. Dotychczasowy kryminał, będący specjalnością Bru, nadal jest tu obecny, osnuwa go jednak klimat noir i duszna atmosfera prozy H.P. Lovecrafta. W „Fatale” nie braknie również romansu, a wszystkie te elementy znalazły swoje miejsce w pierwszym zbiorczym tomie zatytułowanym „Death Chases Me”.


Akcja w „Fatale” rozgrywa się na dwóch płaszczyznach czasowych: pierwsza z nich, ujmijmy ją jako sytuację współczesną, obrazuje losy Nicholasa Lasha, dziedziczącego spadek po swoim zmarłym wuju. Na pogrzebie spotyka on Josephine, podającą się za wnuczkę kochanki zmarłego. Okazuje się, że Dominic Raines (rzeczony wuj) pozostawił po sobie kilka tajemnic, które oczywiście czekają na rozwiązanie. Pierwszą z nich jest maszynopis powieści której Dominic nigdy nie opublikował, choć napisał ją na początku swojej pisarskiej kariery. Nicholas, trafiając na ów maszynopis, pakuje się jednak w kłopoty, które kończą się próbą zamachu na jego życie. Druga perspektywa komiksu cofa czytelnika do roku 1956, kiedy Dominic Raines, jeszcze jako dziennikarz śledczy, spotyka na swojej zawodowej ścieżce piękną... Josephine – kobietę, która ma podsunąć mu dowody na skorumpowane działania oficerów policji, w tym jej kochanka, Bookera. Tymczasem "na trop" Josephine trafia Mr. Bishop - za dnia sprawia on wrażenie niepozornego urzędnika, po zmroku natomiast oddaje się makabrycznym obrzędom...

Choć fabuła w „Death Chases Me” jest pogmatwana, Brubaker zręcznie połączył ze sobą wszystkie płaszczyzny opowieści. Pomimo, że autor kilkukrotnie wędruje w czasie, wszystko jest na swoim miejscu, a z każdą kolejną stroną historia nabiera coraz większej klarowności. Centralną postacią dla serii jest Josephine, dookoła niej toczy się fabuła, a scenariusz zdradza nam jej tajemnice jedynie w małych, skutecznie dozowanych dawkach. Jak już wspomniałem, „Death Chases Me” to w sporej mierze kryminał – postacią o której warto wspomnieć w tym miejscu jest Walter Booker, oficer śledczy i życiowy partner Jo. Moralnie wątły, okazuje się być przy tym bardzo niejednoznaczny i niezmiernie interesujący literacko.

Moim zdaniem to najciekawsza sylwetka z całego grona bohaterów, których możemy spotkać w tym albumie. To zauważalny mankament komiksu – brakuje mu błyskotliwie napisanych postaci. Powinna to być Jo, ale niestety nie jest – Brubaker chciał ją pokazać jako istotę zagubioną, która swój „dar” traktuje raczej jako klątwę i źródło jej własnych problemów. I rzeczywiście tak jest, ale coś w przypadku tej postaci do końca nie zagrało. Faktem jest, że mężczyźni ulegają jej zbyt łatwo, co niejednokrotnie przypomina sceny rodem z kiepskich oper mydlanych i, jak na razie, skutkuje brakiem dobrej postaci męskiej. Z pewnością nie jest nią ani Nicholas, ani Dominic. To oczywiście dopiero pierwszy trade i liczę na to, że w kolejnych częściach Brubaker rzuci na swoich bohaterów trochę więcej lepszego światła.

Trzeba wspomnieć także o elementach grozy w komiksie. „Fatale” nikogo nie przerazi. Tajemnicza sekta, demoniczny Mr. Bishop stojący na jej czele i rozmaite krwawe rytuały to za mało na żeby poczuć gęsią skórkę podczas lektury. Spokojnie możesz, drogi czytelniku, czytać sobie ten komiks do poduszki. Groza jest tutaj obecna w ilościach śladowych, ale nie jest to w żadnym wypadku wada. Scenarzysta postawił raczej na odpowiedni, stonowany klimat, swobodną wędrówkę w kierunku prozy Lovecrafta i twórczości Mike'a Mignoli. „Fatale” zbudowany jest z wielu składowych i jako takie połączenie sprawdza się niemal idealnie, (czyt. tworzy odpowiedni ferment, potrzebny do uzyskania wystarczającej satysfakcji z lektury).

Nad oprawą graficzną czuwa Sean Phillips i robi to we właściwy dla siebie sposób. Przyzwyczajony do jego umiejętności czytelnik z pewnością zauważy, że tym razem artysta nieco przytępił swoją kreskę – chwilami jest ona mocno niedbała, na granicy poprawności. Jest trochę niechlujnie i miejscami topornie, ale przyznam że pomaga to temu komiksowi. Trudno mi sobie teraz wyobrazić, żeby „Fatale” wyglądał inaczej.

„Death Chases Me” jest doskonałym przykładem, jak można połączyć ze sobą kilka gatunków bez szkody dla opowiadanej historii. Konstrukcja, proporcje, wyczucie odpowiedniego smaku tego komiksu to coś, czego mogą się nauczyć inni twórcy. Jednocześnie nie ma tu na razie postaci, które szczególnie zapadają w pamięć. A może po prostu nie ma już dla nich miejsca? Zobaczymy co przyniesie kontynuacja serii. Póki co niezapomniany jest klimat, dlatego polecam „Fatale” każdemu kto lubi właśnie takie opowieści: przesycone atmosferą lat 50-tych, pisane w duchu gatunku noir i kina rodem ze studia Hammera.

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu Pawła Szczygielskiego "Bullets Are The Beauty"

piątek, 22 marca 2013

#1264 - Criminal vol.1 Coward

Leo Patterson to prawdziwy mistrz kieszonkostwa, aczkolwiek doświadczenie ma i w przestępstwach większego kalibru. Jedni bardzo cenią sobie jego rzemiosło i profesjonalizm, drudzy natomiast postrzegają go jako zwykłego tchórza. Bo tak samo dobry jest w kradzieżach i planowaniu skoków, co w unikaniu przemocy i błyskawicznych ucieczkach w razie zagrożenia. O czym jednak wielu nie wie, wszystko to wynika z zasad, którymi postanowił się w życiu kierować. I, niespodziewanie, niektóre z nich przyjdzie mu na naszych oczach złamać. "Tym, czego potrzebowałem, była maszyna do podróży w czasie, żebym mógł wrócić i nie popełnić tych wszystkich błędów" - wspominać będzie w pewnym momencie. - "Ale z drugiej strony wtedy prawdopodobnie popełniłbym inne i byłoby tak samo źle."


"Coward", pierwsza opowieść składająca się na (rozgrywany w fikcyjnym Center City) cykl "Criminal", to już od pierwszej strony wyraźny ukłon w stronę tradycji noir. Rzecz do samego końca bardzo klasyczna, ale wyraźnie zakotwiczona we współczesności i unikająca popadania w sztampę, swoją siłę czerpie przede wszystkim z miłości, jaką scenarzysta darzy gatunek, oraz empatii, z jaką wespół z rysownikiem portretuje swoje postaci. Fabuła okazuje się być zresztą bardziej podyktowana charakterami bohaterów, niż związaną z pewnym napadem intrygą. Ci najważniejsi z nich okazują się zaś tak przekonujący, jakby komiks stanowił dokumentalny zapis żywotów prawdziwych ludzi.

Motorem napędowym opowieści jest narracja subiektywna. Napisana niezwykle lekko, bardzo prostym, ale też pięknym, czasem wręcz - za sprawą okazjonalnej aluzyjności i metafor - poetyckim językiem, lekturę dzieła czyni błyskawiczną. Na szybkość czytania niewątpliwie wpływa też prostota samej historii, choć ta jest bardziej przewrotna i niejednoznaczna, niż to się początkowo wydaje. Wszystko to za sprawą wcale przemyślanej konstrukcji scenariusza, opartej na niewidocznych początkowo niedopowiedzeniach oraz skokach czasowych. Te pierwsze służą oczywiście skutecznemu zaskakiwaniu czytelnika, te ostatnie zaś najpierw tylko dynamizują opowieść, a następnie też, poprzez nagłe retrospekcje do czasów dawno minionych, zbliżają nas jeszcze bardziej do bohatera. Czynią całość coraz to bardziej emocjonującą, aż do iście wybuchowego finału.

Narracja słowna kapitalnie uzupełnia tą obrazkową, miejscami zmierzającą w jakby zupełnie inne rejony, jak gdyby rozchodziło się o komiksowy odpowiednik kontrapunktu wizualno-dźwiękowego. Najlepszym tego przykładem jest zresztą sam początek opowieści, kiedy to z jednej strony obserwujemy nieudany, brutalnie kończący się napad na bank, a z drugiej "słuchamy" wspomnień bohatera o czasach jego dzieciństwa, jego nieżyjącym już, będącym legendą lokalnego półświatka, ojcu, a wreszcie przemyśleń na temat reguł służących bezpiecznemu życiu przestępcy. Być może największym plusem "Coward" jest jednak jego filmowość, niewątpliwie wynikająca także z faktu, iż rzecz początkowo pomyślana była właśnie jako scenariusz filmowy.


W trakcie lektury do głowy przychodziło mi niemało tytułów reprezentujących mniej czy bardziej "czarno-kryminalne" oblicze X Muzy. Cokolwiek absurdalne rysy wybranych wydarzeń w połączeniu z tematyką napadu przywodziły na myśl "Zabójstwo" Stanleya Kubricka; przygotowania do tegoż skoku w połączeniu z oddzielającymi kolejne rozdziały, wzmacniającymi dramaturgię informacjami o tym, w którym miejscu historii obecnie się znajdujemy, przypomniało mi z kolei o "Drugim oddechu" Jean-Pierre'a Melville'a. Leo okazujący się być postacią trochę inną niż wszyscy - w tym czytelnicy! - myślą, to koncept a la "Zabójstwo chińskiego bukmachera" Johna Cassavetesa, oparty o makabryczną zbrodnię punkt zwrotny, który pod koniec zmienia tory historii skojarzył mi się z "Dajcie mi głowę Alfredo Garcii" Sama Peckinpaha, a wreszcie za sprawą samego finiszu narracyjny punkt wyjścia okazał się przypominać nieco ten z "Bulwaru Zachodzącego Słońca" Billy'ego Wildera.

Sam Brubaker ujawnia zresztą swoją kinofilię wprost, kiedy ukazuje nam bohaterów bawiących się w odgadywanie cytatów filmowych. Unika przy tym jednak łopatologii i rzuca tytułami reprezentującymi zupełnie inne, niż szeroko pojmowane crime flick, gatunki (a dokładniej sexploitation i spaghetti western). Zabieg ten zdaje się też wskazywać na coś więcej - brak jakiegoś konkretnego wzorca. Nie, żeby brakowało jakichkolwiek inspiracji, acz wśród nich nie znalazł się ani jeden tytuł, o którym bym pomyślał. Przypomina to sytuację z głośnym "Drive" Nicolasa Windinga Refna, który posiłkował się głównie baśniami braci Grimm, kinem samurajskim i młodzieżowymi komediodramatami romantycznymi, podczas gdy recenzenci doszukiwali się wpływów westernu czy kina sensacyjnego lat 80. I wcale się nie mylili, skoro pewne wzorce dalekie są sobie tylko na pozór. Wystarczy nie ograniczać się odwiecznymi regułami. "Myślę, że historie tworzące 'Criminal' to ostateczne efekt wszystkich moich inspiracji" - wyjaśniał w jednym z wywiadów słynny komiksiarz. - "Połączone są z tym, co, jak mam nadzieję, jest moim własnym głosem, oraz z motywami, które zwykłem ciągle eksplorować."

Sean Phillips starał się z kolei unikać jakichkolwiek inspiracji, jeśli tylko nie liczyć tego, iż chciał, aby "Criminal" było bardziej europejskie niż amerykańskie. Śmiało rozbudowywał obmyśloną wcześniej przez scenarzystę stronę wizualną. Dodawał kolejne panele, ażby, niczym reżyser czy montażysta, rozciągać w czasie pewne sytuacje, tym samym pozwalając mocniej wybrzmieć tkwiącym w nich emocjom. Przy tym forma, choć imponująca, ani na moment nie rzuca cienia na treść. Wprost przeciwnie, jest jej na każdym kroku podporządkowana. Tyczy się to zarówno przepełnionych niemałą ilością tuszu rysunków Phillipsa (rysunków, jak trafnie opisywał je Brubaker, tyleż subtelnych, co sugestywnych), jak i kolorów nałożonych na nie przez Vala Staplesa. Te z jednej strony uwypuklają rodowód historii, ale z drugiej, jakkolwiek dziwacznie by to nie brzmiało, nie pozwalają jej uciec od realizmu, będącego jedną z największych zalet całości.

"Coward" jest nie tylko pozycją, którą świetnie się czyta. To jedna z tych rzeczy, które nawet dłuższy czas po lekturze siedzą w głowie odbiorcy, a ochota na pozbycie się jej wcale nie przychodzi. Oby tak samo było ze zbliżającą się powoli jej filmową adaptacją. Ale hej, za jej scenariusz także odpowiedzialny jest Brubaker, a więc szykuje się kawał porządnego kina. Znowu, ale tym razem na ekranie.

wtorek, 11 września 2012

#1130 - Smak tego, co ma nadejść

Nie wiadomo jeszcze, czy i w jakim kształcie na polskim rynku Hachette zaprezentują Wielką Kolekcję Komiksów Marvela, stanowiąca całkiem udany przekrój po najważniejszych, najciekawszych i najbardziej znanych opowieściach Domu Pomysłów. Spośród tych 60 wydanych na rynku brytyjskim tytułów o kilkunastu z nich pisaliśmy już na łamach Kolorowych Zeszytów. 

Poniższe zestawienie to niejako przegląd tych pozycji, które może pomóc niezdecydowanym w podjęciu decyzji kupić, czy nie kupić. Poszczególne pozycje pogrupowałem w trzech kręgach. W pierwszym z nich znalazły się pozycje obowiązkowe dla każdego fana trykociarzy, po które śmiało mogą spróbować sięgać również czytelnicy nie gustujący w konwencji super-hero. Choćby po to, by zobaczyć "z czym to się je".

"Astonishing X-Men: Obdarowani" i "Astonishing X-Men: Niebezpieczni" Jossa Whedona i Johna Cassaday`a:
Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Whedon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni".
(recenzja całego runu)
"Marvels" Kurta Busieka i Alexa Rossa: Właściwie jest to komiks przeznaczony dla odbiorcy kochającego pulpę. Nie wiem, czy czytelnik, który w swej młodości nie został zaszczepiony miłością do Spider-Mana czy X-Menów dostrzeże wartość tego utworu, będącego w gruncie rzecz sentymentalną wycieczką do krainy komiksowego dzieciństwa. Dojrzałą, jak najbardziej krytyczną, momentami frapującą, a momentami nieznośnie patetyczną.
(link do recenzji albumu)

"Planet Hulk" Grega Paka, Carlo Pagulayana i innych:
Komiks całymi garściami czerpie z schematu fabularnego „Gladiatora”. To opowieść o Zielonej Szramie, o Oku Gniewu, Niszczycielu Światów, o Harkanonie, Haargu, Holku, czyli o naszym ulubionym Hulku, Sałacie Marvela, który trafił do świata ciemiężonego przez Czerwonego Imperatora i ze zwykłego niewolnika staje się bohaterem uciśnionych i ich nadzieją na wyzwolenie.
(linka do recenzji albumu)

"Eternals" Neila Gaiaman i Johna Romity Jra:
Zadaniem Gaimana było napisanie historii, która będzie nowym początkiem, przygotowaniem gruntu pod ongoinga (który miał powstać w przypadku sukcesu mini-serii) i zapoznaniem nowych fanów Marvela z tą lekko zapomnianą supergrupą. I wywiązał się z niego znakomicie.
(link do recenzji albumu)

"Captain America: The Winter Soldier"  Eda Brubaekra i Steve`a Eptinga:
Tak po prawdzie to w „Kapitanie Ameryce” jest bardzo mało trykotów, a sam tytuł mocno ciąży ku opowieściom szpiegowskim w stylu takiego dojrzałego Bonda. Mamy zatem byłych generałów KGB knujących spiski, echa zimnej wojny, sowieckich tajnych super-agentów, neonazistów, latające samochody i znakomite reminiscencje samego Rogersa z II Wojny Światowej.
(linka do recenzji całego runu)

W drugim rzędzie wymieniłbym albumy, które powinny znaleźć się na półce każdego fanboja. To w większości co najmniej dobre pozycje, które moga okazać się nieco zbyt trykociarskie dla czytelnika "spoza".

"New X-Men: W jak Wyniszczenie" i "New X-Men: Imperial" Granta Morrisona, Franka Quitely`ego i innych:
Słowem – Morrison jedzie po bandzie, mnoży swoje dziwactwa w każdym numerze. Przeciętny miłośnik komiksów z charakterystycznym X na okładce będzie czytał „New X-Men” z zapartych tchem, dopóki nie zorientuje się, że cały koncept szkockiego pisarza polega tylko doprowadzenia do groteskowych rozmiarów wytartych przepisów na przygody mutantów.
(link do recenzji całego runu)

"Captain Britain and MI 13: Vampire State" Paula Cornella i innych:
Ostatnia, trzecia i zdecydowanie najlepsza opowieść pod tytułem „Vampire State” to kolejna napaść na Zjednoczone Królestwo, któremu tym razem przewodzi hrabia Dracula, pragnący zrobić z Wysp państwo wampirów.
(link do recenzji albumu)

"Tajna Wojna" Briana M. Bendisa i Gabriele Dell`Otto:

Na rynku komiksowym Bendis zabłysnął znakomitymi kryminałami i przyznam, że nie spodziewałem się po nim tak ciekawie pomyślanej (jak na standardy super-hero, oczywiście) opowieści sensacyjnej.  Gęsto podlanej szpiegowskim sosem, z delikatną, geopolityczną nutką. 
(link do recenzji albumu)  

"Dr. Strange: The Oath" Briana K. Vaughana i Marcosa Martina:
Pewnie, jakbym się uparł, to znalazłbym w "The Oath" kilka logicznych niedoróbek i typowo, komiksowych uproszczeń – na czele dłońmi, których potężny Sorcerer Supreme nie potrafi wyleczyć. Nie widzę jednak powodu, by to robić, bo Vaughan bierze całą historię w nawias, bawiąc się w kilku miejscach konwencją superhero, puszczając oczko swojemu czytelnikowi.
(link do recenzji albumu)

"New Avengers: Ucieczka" Briana M. Bendisa i Davida Fincha
Akurat "Ucieczka", premierowy tom serii, trzyma się jeszcze mocno tradycyjnych schematów opowieści o Mścicielach. Pojawia się już jednak charakterystyczny bendisowy humor, zabawa z konwencjonalnymi chwytami, kruszenie strasznie poważnej konwencji "epic super-hero story" szczyptą ironii i skrobaniem w czwartą ścianę.
(link do recenzji albumu)

"Wolverine: Old Man Logan" Marka Millara i Steve`a McNivena:
W komiksie aż roi się od tajemnic. Nikt nie wie, co stało się tej nocy, kiedy zginęli wszyscy bohaterowie, niewielu potrafi wyjaśnić tajemnicę znikających miast. Co przewożą Clint Barton i James Howlett przez całe Stany? (link do recenzji albumu)

I na zakończenie ostatni krąg piekieł, a więc komiksów które mnie zupełnie nie przekonują, choć w sakli uniwersum Marvela są to rzeczy z różnych powodów ważne. Tylko dla maniakalnych kolekcjonerów, którzy chcą mieć wszystko.

"Avengers: Disassembled" Briana M. Bendisa i Davida Fincha:
"Avengers: Disassembled" to kolejna, zwyczajna super-bohaterska rozwałka. Nie mogę powiedzieć, żeby Bendis się przy niej popisał, nie licząc sprawnie napisanych dialogów (choć rażących patosem) i dramatycznych zgonów bohaterów (którzy i tak za jakiś czas powrócą).
(link do recenzji albumu)

"Secret Invasion" Briana M. Bendisa i Leinila Francisa Yu:
Gdybym wyrobił się z tym wcześniej, byłoby pewnie znacznie ostrzej, bo nie ukrywam, że ogromnie mnie ta historia rozczarowała i w dużej mierze zniechęciła do głównego nurtu superhero prezentowanego przez wydawnictwo Quesady. Miało być wyjątkowo, a wyszło jak zwykle i to mimo wspomnianej na początku ilości czasu, jaką miał Bendis na dopieszczenie wszystkiego.
(link do recenzji albumu)

"Thor vol.1" J. Micheala Straczynskiego i Oliviera Coipela:
Cóż można na zakończenie napisać? Mój pierwszy, dłuższy kontakt z „Thorem” skończył się sporym zawodem. Nic nie wskazuje na to, abym w najbliższym czasie miał się wybrać do komiksowego Asgardu, skoro jest jeszcze tyle znacznie lepszych tytułów z tej samej półki.
(link do recenzji albumu)

"Ród M" Briana M. Bendisa i Oliviera Coipela:
Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.
(link do recenzji albumu)

Patrząc na listę albumów pomieszczonych w kolekcji trzeba oddać tym, którzy zajmowali się selekcją, że udało im się dobrze wyważyć proporcje między klasyką, a tytułami z ostatnich dziesięciu, piętnastu lat. Wyszła im w miarę reprezentatywne zestawienie marvelowskich komiksów z pierwszej linii, choć mnie brakuje kilku tytułów, które mogłyby urozmaicić nieco monotonię  tej wyliczanki. Brakuje mi bowiem czegoś zupełnie świeżego ("NYX", "Runaways"), czegoś nieco bardziej artystycznego ("Elektra: Assasin", "Elektra: War & Peace"), lub nieco mniej oczywistego ("Immortal Iron-Fist", "Incredible Hercules", coś z "X-Force").