Łukasz Mazur stanowczo za mało i za
wolno rysuje. Komiks „Domek w środku lasu żywych trupów”
zapowiadany był przez autora najpierw na luty, potem na kwiecień, a
ostatecznie ukazał się w ubiegłym miesiącu podczas Festiwalu
Komiksowa Warszawa. Wyliczenie z poprzedniego zdania nie ma służyć
wypominaniu. Pozwoliłem sobie na enumerację tylko z powodów
informacyjnych. Ponieważ - z czytelniczego punktu znaczenia - liczy
się tylko fakt, że możemy obcować z kolejnym autorskim projektem
spod szyldu „Opowieści niestworzone”.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ATY Wydawnictwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ATY Wydawnictwo. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 20 czerwca 2016
poniedziałek, 19 października 2015
#1980 - Rzut za 3: Nowości 26. MFKiG (2)
W drugiej odsłonie łódzkiego rzutu za 3 biorę na warsztat trzy, całkowicie różne od siebie komiksy - mainstreamową produkcję, która zaczynała jako webkomiks, bliską undergroundowemu etosowi parodię super-hero i autorski album idealnie wpisujący się w pojęcie współczesnego "komiksu niezależnego". Wszystkie łączy kraj pochodzenia - Polska. Więc bez zbędnego przedłużania...
środa, 15 stycznia 2014
#1487 - Rok 2013 według wydawców (1)
Coroczny blok tekstów podsumowujących minione 365 dni kontynuujemy prezentując spojrzenie z perspektywy tych, dzięki którym kolejne komiksowe albumy lądują w naszych rękach. Muszę przyznać, że wydawcy w tym roku byli bardzo oszczędni w słowach...
Tradycyjnie, zadaliśmy im cztery pytania:
1. Jaki był ten rok 2013 w Waszych oficynach?
2. Jaki będzie rok następny - plany, marzenia, życzenia?
3. Jak wygląda sytuacja na naszym rynku - kryzys jeszcze trwa, czy już go nie ma?
4. Jaki najlepszy komiks/publikację wydaliście w mijającym roku, jaki okazał się największym/niespodziewanym sukcesem?
Oto, jak odpowiadali:
Etykiety:
ankieta,
ATY Wydawnictwo,
lokalne,
Mucha Comics,
podsumowanie,
podsumowanie 2013,
Polska,
Sine Qua Non,
Smallpress.pl,
Wydawnictwo Komiksowe
sobota, 12 października 2013
#1388 - Uowca
Tydzień temu z soboty na niedzielę śniły mi się różne bzdury, m.in. że rozdanie nagród komiksowych ma Międzynarodowym Festiwalu Komiksu i Geir za ubiegły rok miało miejsce w betonowym bunkrze „Arena”, który zakopany był w brzozowym lesie, jedynie kapelusz kopuły wystawał ponad ziemię. Kopuła obsadzona była trawą, która chyba nie chciała rosnąć, bo dodatkowo nad nią rozpięta była siatka maskująca. Byłem wewnątrz. Cały czas trwał ostrzał „Areny”. Słyszałem wybuchające gdzieś w pobliżu bomby. Konferansjer, który przebrany był za lisa (bez jednej ręki i nogi), nerwowo chodził wokół małego ołtarza. Krzyczał do mikrofonu, starając się przebić przez hałas, „Uwaga! Uwaga! Nadchodzi! Koma dwa! Przeszedł!”. I wówczas na scenę wszedł Piotr Kasiński, złapał za mikrofon i wykrzyczał: „Muszę się z Wami podzielić radosną nowiną – nagrodę dla najlepszego wydawcy otrzymuje oficyna ATY”.
Tak mi się śniło, jedynie. Choć przyznaję, że w minioną sobotę bardzo kibicowałem chłopakom z ATY i po cichu liczyłem, że to oni zgarną nagrodę. To tyle tytułem przydługiego, wstępu. Przechodząc do meritum – pierwszy zeszyt "Uowcy" to pilotażowy odcinek serialu Łukasza Muniowskiego (scenariusz) i Anny Heleny Szymborskiej (rysunki), który zaczyna się pościgiem i kończy pościgiem (ładna klamra). Ci sami kolesie, wielbiciele podręcznych piesków i zwolennicy teorii „Trawniki nie są dla ludzi. Trawinki są dla psich kupek”, gonią główną bohaterkę, która w wyniku eksperymentu przeszła transpozycję.
Zdradzę, że eksperyment się nie powiódł . Z atrakcyjnej laski przeistoczyła się w tytułową Uowcę, czyli skrzyżowanie owcy i łowcy. Gagi Łukasza Muniowskiego są grubymi nićmi szyte, domyślam się, że nie wszystkim przypadną do gustu. Miejscami obsceniczne i niesmaczne (strzelanie psim kałem), miejscami luzackie (blancik pokoju). Wyobrażam sobie, że niektórzy czytelnicy mogą uznać je za ordynarne, ale to przecież tylko "punkowa" zgrywa.
Pilotażowy odcinek to przede wszystkim popis Anny Heleny Szymborskiej. Rysowniczka (która niedawno przejęła, po Michałe Lasocie, serię "Szybki Lester", a wkrótce rysować będzie także "Białego Orła") dała się poznać z dobrej strony. Uważam, że rozplanowanie kadrów na planszy jest niezłe, dzięki zbliżeniom na postaci sprawnie przenoszona jest akcja, ma odpowiednią dynamikę. Zresztą "ruch" uzyskiwany jest także poprzez nagłą zmianę punktu spojrzenia i ukośne linie perspektywy (plansza piąta). Na plus należy zanotować, że główna bohaterka jest atrakcyjna, choć (na szczęście!) niema długich blond włosów i dużych piersi.
Dodatkowo postaci nie są do siebie podobne, nawet zgraja wikingów ma indywidualne rysy twarzy. Dopracować można ręce (brak łokci á la Agata Wawryniuk, przez co sprawiają wrażenie „prostowanych na okręgu”) oraz skróty kończyn (plansza trzecia, kadr drugi). Pod rozwagę poddaję, czy nie zastosować cieńszej kreski, ponieważ przy zeszytowym formacie szczegóły w małych kadrach zlewają się, zamazują. Uważam, że najsłabsza są plansze ósma i dziewiąta, nie podobają mi się – bez specjalnego uzasadnienia.
Po przeczytaniu, a czyta się szybko, ponieważ to tylko 28 stron, pomyślałem sobie: "Fajnie, tylko co dalej?". Liczę, że w drugim zeszycie scenarzysta bardziej zaskoczy, że będzie coś więcej niż kilka gagów połączonych razem (na siłę?) postacią głównej bohaterki, że wykorzystany zostanie koncepty "łowcy"… Zobaczy się.
środa, 20 października 2010
#589 - Biceps nr. 01, czyli "ej, zróbmy sobie zina!"
"Biceps" okrutnie mnie zaskoczył, kolejny raz udowadniając, że Kraków leży na peryferiach komiksowego środowiska. O nowym zinie redagowanym przez tercet arcz, TeO i Ystad (w skrócie – kolektyw wydawniczy ATY) musiały chodzić jakieś kawagardowe ploteczki i kto miał wiedzieć, ten i tak wiedział, ale do mnie żadne wieści nie docierały. Oczywiście Łukasz coś tam półgębkiem wspominał, że pochłonięty jest przez jakieś papierowy projekt, ale gdzieżbym się spodziewał, że do Łodzi przywiezie swój własny komiks!

Pisanie o pierwszym numerze "Bicepsa" z pewnością będzie łatwiejsze niż konwentowe spotykanie się "w realu" z Łukaszem, którego znam już od dobrych kilku (czterech? - dwóch z kawałkiem! a.) lat, a ciągle czuje się trochę niezręcznie, jak nie przymierzając Pstrąg przy Śledziu. W sensie, że taki nieśmiały jestem. W przypadku recenzji jego komiksu, którego jest współredaktorem nie ma się co krygować!
Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.
Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.
Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.
Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.
Pomysł na "Bicka" narodził się w jednej z warszawskich knajpek, którą nie była jednak osławiona Kawangarda, tylko w Bar u Flisa. Wspomniany już Łukasz Mazur, a także Mateusz Trąbiński i Jacek Jastrzębski chcieli mieć własnego zina, który wpisywałby się w piękne tradycje rodzimej xeroprasy. W dobie komiksowego kryzysu i w czasach, kiedy ziny wychodząc z podziemia, stają się głównonurtowymi magazynami (przypadki "Jeju!"/"Kartonu", "Kolektywu" i "Ziniola") wydawałoby się, że takie spontaniczne przedsięwzięcia, robione przez zapaleńców dla czystej zabawy nie mają już racji bytu. Łukasz, Mateusz i Jacek udowadniają, że wcale tak nie musi być.
Graficznie rzecz biorą "Biceps" prezentuje się pysznie. Pozbieranych z różnych rejonów Polski (i nie tylko) artystów, różniących się stażem i komiksowym stylem łączy jedno – świetnie rysują. Wojciech Stefaniec, Daniel Grzeszkiewicz, Tony Sandoval, Marcin Podolec w nowym (znakomitym!) wcieleniu i reprezentant starej szkoły, Jacek Skrzydlewski, to prawdziwa pierwsza liga. Niestety, scenariuszowo nie jest już tak różowo i tak naprawdę trudno znaleźć coś, co by się wyróżniało się z typowej, zinowej młócki robionej dla kumpla. Natomiast ekipa "B" wpadła na kilka znakomitych pomysłów z "Na chłopski rozum/Babskie gadanie", kulinarnym kącikiem czy komiksową krzyżówką na czele. Szkoda, że to tylko smakowite rodzynki, umilające smak głównego, dość nijakiego, dania. Życzyłbym sobie więcej tego typu atrakcji w kolejnych numerach.
Natomiast wszystko wskazuje na to, że mocną stroną "Bicepsa" będzie publicystyka. Redakcji udało się zebrać mocną kadrę ludzi umiejących o komiksie ciekawie pisać (Szymon Holcman, Tomasz Pstrągowski, Przemysław Pawełek oraz Andrzej Janicki w dość zaskakującej roli kulinarnego publicysty). Mam nadzieję, że do ekipy kilka piór jeszcze dołączy. Nieśmiało sugerowałbym mistrza ciętego felietonu Karola Kalinowskiego i pigułowe wcielenie Dominika Szcześniaka. Na tym tle dość niemrawo prezentują się teksty TeO i Ystada, a recenzje niepotrzebnie zajmują miejsce i powinny wylądować na stronie, albo tu, na Kolorowych Zeszytach.Po zaliczeniu pierwszego "Bicka" miałem podobne wrażenia, co po przeczytaniu premierowego "Kartonu". Bo to niby szybka, lekka i w założeniach przyjemna lektura, ale szału nie ma. Miałem spore wątpliwości, co do potencjału magazynu kultury cartoonowej, ale z czasem zostały one całkowicie rozwiane. "Karton" wyrobił sobie swój charakter, kilkoma komiksami zbudował dobrą markę i tego przede wszystkim wypada życzyć ekipie "Bicepsu" – czegoś, czym będą się wyróżniali na rynku, czym będą mogli przyciągnąć czytelników. Nie licząc kilku fajnych patentów i publicystyki na razie jest dość nijako. W perspektywie Komiksowej Warszawy, na której ma ukazać drugi numer, warto oprócz masy, wyrabiać również charakterność.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


