Doktor Harleen Frances Quinzel przeżywa drugą młodość. Postać od jakiegoś czasu uwielbiana jest przez popkulturę i kreowana na żeński odpowiednik Deadpoola. W większej mierze przyczyniły się do tego filmy i gry, niż komiksy. Bohaterka (a właściwie antybohaterka) zadebiutowała dopiero w latach 90. ubiegłego wieku. Najpierw w serialu animowanym, w którym grała rolę zakochanej do szaleństwa asystentki Jokera, a dopiero później DC Comics włączył Harley do swego komiksowego uniwersum.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rewolucja w DC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rewolucja w DC. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 13 września 2016
piątek, 22 lipca 2016
#2183 - Jonah Hex #1: Oblicze pełne gniewu
Jonah Hex należy do uniwersum DC Comics od 1971 roku. Wychowany przez Apaczów, były żołnierz Konfederacji jest diabelnie sprawnym rewolwerowcem, który słynie z celności, małomówności, brutalności, bezwzględności, cynizmu oraz charakterystycznych blizn na twarzy. Daleko mu do szlachetnych westernowych bohaterów, to koleś raczej spod ciemnej gwiazdy, choć kierujący się niejakim kodeksem etycznym, który sprowadza się do zdania: „Miejsce złych ludzi jest w piekle, a Hex bardzo chętnie ich tam odeśle”.
Etykiety:
Ameryka,
DC Comics,
Jimmy Palmiotti,
lokalne,
Luke Ross,
mainstream,
recenzja,
Rewolucja w DC,
super-hero,
Tony DeZuniga,
western
czwartek, 21 lipca 2016
#2182 - All Star Western #1: Spluwy w Gotham
Albumem "Spluwy w Gotham" Egmont Polska poszerza swoją ofertę, w ramach eksploracji New 52, o trzecią w historii DC odsłonę serii All-Star Western. Omawiana książka składa się z czterech historii napisanych przez Justina Graya i Jimmy’ego Palmiotti. Bohaterem dwóch pierwszych jest rewolwerowiec Jonah Hex, w kolejnej na plan pierwszy wysuwa się postać El Diablo, bohaterką ostatniej jest piękna i mordercza Chinka ukrywająca się pod pseudonimem Duch z Barbary Coast.
Etykiety:
Ameryka,
DC Comics,
Jimmy Palmiotti,
Jordi Bernet,
Justin Gray,
lokalne,
mainstream,
Moritat,
Phil Winslade,
recenzja,
Rewolucja w DC,
super-hero,
western
wtorek, 7 kwietnia 2015
#1842 - Szpon #2: Upadek sów
Scott Snyder, etatowy scenarzysta przygód z Batmana w ramach The New 52, wprowadził do "mitologii" Mrocznego Rycerza kilka ciekawych elementów. Wespół z Gregiem Capullo powołał do istnienia mroczny Trybunał Sów oraz ich siepaczy – szpony. Serial "Szpon" (oryginalnie "Talon") to opowieść o jednym z nich, dokładnie o Calvinie Rose, który był jednym z najlepszych assasynów Trybunału. Szkolony do swej roli od dziecka, ostatecznie nie dał się złamać i udało mu się zachować niezależność. Cyrkowe zdolności i doświadczenie pomogły mu uciec, długo się ukrywał, ale nadszedł czas zmierzenia się ze swoim przeznaczeniem.
środa, 29 stycznia 2014
#1512 - Batman. Detective Comics #2: Techniki zastraszania
DC Comics wiele ryzykowało z zakrojoną na szeroką skalę rewolucją w swoim komiksowym uniwersum. Początkowo New 52, czyli świeży (no, prawie) start wszystkich serii okazał się olbrzymim sukcesem. Najlepszym przykładem tego był premierowy zeszyt "Justice League". Seria pisana przez Geoffa Johnsa i Jima Lee od początku była skazana na sukces, ale nikt nie spodziewał się, że będzie on aż tak spektakularny. 200 tysięcy egzemplarzy pierwszego nakładu, cztery dodruki, zainteresowanie mediów – nieśmiało zaczęto wieszczyć koniec kryzysu amerykańskiego przemysłu komiksowego.
Etykiety:
Ameryka,
Batman,
DC Comics,
Ed Benes,
Egmont,
Greg Hurwitz,
James Tynion IV,
Julio Ferreira,
lokalne,
mainstream,
Pere Perez,
recenzja,
Rewolucja w DC,
super-hero,
Szymon Kudrański,
Tony Daniel
sobota, 28 grudnia 2013
#1466 - Batman. Miasto Sów
Autorem poniższego tekstu jest Piotr Lipa. Pierwotnie został on opublikowany na blogu Coś z zupełnie innej beczki.
Przeczytałem ponad tydzień temu "Miasto Sów" i nadal zastanawiam się jak można było tak dokumentnie spartolić ten komiks. Jak po tak świetnym wstępie jakim był niewątpliwie "Trybunał Sów" można było stworzyć coś tak marnego? Cały czas siedzę i próbuję znaleźć jakieś pozytywne strony tego komiksu, ale nic nie przychodzi mi do głowy. No może poza warstwą graficzną, która jest naprawdę przyjemna dla oka i postacią Mr. Freeze`a przedstawionego tutaj w bardzo ciekawy sposób. Jednak z racji tego, że nie przychodzi mi do głowy nic więcej ponad to, rozpocznę marudzenie.
Przeczytałem ponad tydzień temu "Miasto Sów" i nadal zastanawiam się jak można było tak dokumentnie spartolić ten komiks. Jak po tak świetnym wstępie jakim był niewątpliwie "Trybunał Sów" można było stworzyć coś tak marnego? Cały czas siedzę i próbuję znaleźć jakieś pozytywne strony tego komiksu, ale nic nie przychodzi mi do głowy. No może poza warstwą graficzną, która jest naprawdę przyjemna dla oka i postacią Mr. Freeze`a przedstawionego tutaj w bardzo ciekawy sposób. Jednak z racji tego, że nie przychodzi mi do głowy nic więcej ponad to, rozpocznę marudzenie.
Etykiety:
Ameryka,
Batman,
DC Comics,
Egmont,
Greg Capullo,
lokalne,
mainstream,
recenzja,
Rewolucja w DC,
Scott Snyder,
super-hero,
występ gościnny
sobota, 23 listopada 2013
#1434 - Nowa 52: Pięć lat później
Jak to zwykle bywa finał wielkich komiksowych eventów niesie ze sobą szereg zmian, które na nowo kształtują status quo. Nie inaczej będzie w przypadku „Forever Evil”. Pierwszy, tak duży crossover DC Comics od czasu miękkiego restartu całego uniwersum mocno zachwiał fundamentami Nowej 52. Rządy łotrów, którzy przybyli z alternatywnej ziemi i podbili nasz świat potrwają do marca. Co czeka nas potem?
wtorek, 19 listopada 2013
#1425 - Batman. Trybunał Sów
Jest taka miejska legenda w Gotham City, która mówi o istnieniu Trybunału Sów. Według tego podania jest to tajne stowarzyszenie rządzące miastem już od XIX w. Nikt nie wiem kto do niego należy, czy istnieje naprawdę oraz gdzie jest ich siedziba. Jednak co jakiś czas pojawiają się informację, które mogłyby potwierdzić tą plotkę.
Etykiety:
Ameryka,
Batman,
DC Comics,
Egmont,
Greg Capullo,
lokalne,
mainstream,
recenzja,
Rewolucja w DC,
Scott Snyder,
super-hero,
występ gościnny
środa, 31 października 2012
#1173 - Rzut za 3: Finał!
W ostatniej części cyklu poświęconego komiksom Nowej 52 chciałem przyjrzeć się paru pozycjom, które w jakiś sposób wydały mi się interesujące i uznałem, że warto napisać o nich te kilka słów. W „Batman and Robin” Tomasi eksploruje relacje ojciec-syn pomiędzy Mrocznym Rycerzem, a nowym Robinem. W „Nightwingu” odkryta zostaje straszliwa tajemnica z przeszłości Dicka Graysona. Natomiast „Green Lantern Corps” to ucieleśnienie tego, co w superbohaterskim mainstreamie najgorsze.
„Batman and Robin vol. 1 – Born to Kill” (Peter J. Tomasi i Patrick Gleason)
Seria „Batman and Robin” była jedną z lepszych rzeczy, które wychodziły spod ręki Granta Morrisona ostatnimi czasy. W nowym DCU została ona podarowana Peterowi J. Tomasiemu, który dostał od Szkota tytuł, którego kołem zamachowym są relacje pomiędzy Batmanem-ojcem, a Robinem-synem. Damian Wayne według mnie jest jednym z najciekawszych dodatków Morrisona do mitologii Mrocznego Rycerza, wbrew temu, co twierdzą niektórzy fani. Owszem, bywa postacią irytującą, ale poniekąd na tym polega jego urok i sprawny scenarzysta może z niego wiele wycisnąć. Co więcej – Bruce Wayne próbujący odnaleźć się w roli ojca to tyle rzadki, co ciekawy widok. Superherosowi, który słynie z tego, że jest przygotowany na każdą sytuację, z wielkim trudem przychodzi radzenie sobie z własnym dzieckiem. Nie rozumie go, nie potrafi się z nim dogadać, popełnia błędy, ma problemy z zaufaniem, bywa po prostu bezradny – takiego Batmana chciałbym oglądać nieco częściej, niż tego, który ciągle ugania się za Jokerem. Oczywiście, „Batman and Robin” jest typową trykociarką masówką, więc najczęściej te ojcowsko-synowskie perypetie i tak prowadzą do nawalanek, ale są czymś, co wyróżnia „B&R” w natłoku innych pozycji. I mają wielki potencjał. Może kiedyś zostanie on wykorzystany przez nieco bardziej, niż Tomasi, utalentowanego scenarzystę? Co do oprawy graficznej – jest dobrze. Patrick Gleason od czasów starego „Green Lantern Corps”, z którego go pamiętam, ładnie się wyrobił. Jego dość ascetyczna, prosta kreska wreszcie nabrała elegancji, choć wciąż słabo radzi sobie z twarzami (z tego co widzę to dość częsta przypadłość w Nowej 52).
„Nightwing vol.1 – Traps and Trapezes” (Kyle Higgins i Eddy Barrows, Eduardo Pansica, Trevor McCarthy)
Nie spodziewałem się zbyt wiele po „Traps and Trapezes” i tym większe było moje zdziwienie, że od pierwszych stron historia Kyle`a Higginsa tak ładnie się klei. Widać, że opowieść o powrocie cyrku Haly`ego do czegoś zmierza. Ma jakiś punkt wyjścia, jest całkiem nieźle poprowadzona (choć parę fabularnych baboli da się wytknąć), pojawia się nawet jakieś napięcie, a na Nightwinga w Nowej 52 jest jakiś pomysł. Szkoda tylko, że można to odnieść tylko do jakiejś połowy trejda – po trzech zeszytach opowieść zaczyna się nieco rozłazić, traci swoją dynamikę, poprzez niepotrzebne namnożenie wątków. „Nightwing” wydaje mi się również pozycją bardzo przystępną dla nowych czytelników, choć boli powiązanie tego tytułu z tym, co dzieje się w „Batgirl”. Higgins wraca do cyrkowych korzeni Dicka Graysona. Udaje mi się znaleźć złoty środek pomiędzy zawsze niebezpiecznym grzebaniem w originie pierwszego Robina, a spojrzeniem na jego przyszłość w sposób odświeżający, stanowiący świetny punkt startowy dla kolejnych historii. Widać, że Higgins i Snyder nad przyszłością bat-uniwersum przegadali razem kilka nocy. Muszę przyznać, że zaplątanie kilku nowych wątków całkiem zgrabnie wyszło, choć samemu finałowi brakuje nieco mocy. Pod względem graficznym byłoby również dobrze, gdyby Eddy Barrows w całości narysował cały album. Szkoda, że niekiedy musiał być wyręczany przez grafików słabszych, ale warto „Nightwingiem” się zainteresować, bo rzecz jest także ważna w kontekście „Night of Owls”.
„Green Lantern Corps vol.1 – Fearsome” (Peter J. Tomasi i Fernando Pasarin, Geraldo Borges)
Znowu Tomasi, lecz tym razem w znacznie gorszej formie. W „Green Lantern Corps” scenarzysta zafundował nam podróż do czasów, sprzed Geoffa Johnsa, który z tak wielkim trudem odnowił legendę Zielonej Latarni. A nawet ciut wcześniej – dokładnie do momentu, w którym z Halem Jordanem nie dało się już zrobić nic sensownego, tylko zamienić go w oszalałego Paralaksa i zastąpić kolejnym Lanternem. W nawiązywaniu do najbardziej tandetnych, boleśnie uproszczonych, emanujących najtańszym kiczem, a w dodatku źle napisanych, wypranych z jakiekolwiek dramaturgii czy napięcia komiksów nie ma nic dobrego. „Fearsome” oprócz pozbawionego resztek oryginalności schematu nie ma nic od zaoferowania. No dobra, jest jedna mocna scena z Johnem Stewartem mająca pewien potencjał, ale tak naprawdę jej wymowa i konsekwencje przeniesione zostały w czasie na kolejne zeszyty i jakoś się rozmyły. Dobrą wiadomością jest to, że oprawa graficzna stoi na niezłym poziomie. Rysunki Fernando Pasarina mile rezonują staroszkolnym stylem Dave`a Gibbonsa. Proste, nienaganne pod względem warsztatu, na swój sposób eleganckie. Pozytywnego efektu nie psują nawet komputerowe kolory, co trzeba zawsze pochwalić. Geraldo Borges, gościnnie dzierżący ołówek w jednym numerze, dopasował się do poziomu Pasarina.
„Batman and Robin vol. 1 – Born to Kill” (Peter J. Tomasi i Patrick Gleason)
Seria „Batman and Robin” była jedną z lepszych rzeczy, które wychodziły spod ręki Granta Morrisona ostatnimi czasy. W nowym DCU została ona podarowana Peterowi J. Tomasiemu, który dostał od Szkota tytuł, którego kołem zamachowym są relacje pomiędzy Batmanem-ojcem, a Robinem-synem. Damian Wayne według mnie jest jednym z najciekawszych dodatków Morrisona do mitologii Mrocznego Rycerza, wbrew temu, co twierdzą niektórzy fani. Owszem, bywa postacią irytującą, ale poniekąd na tym polega jego urok i sprawny scenarzysta może z niego wiele wycisnąć. Co więcej – Bruce Wayne próbujący odnaleźć się w roli ojca to tyle rzadki, co ciekawy widok. Superherosowi, który słynie z tego, że jest przygotowany na każdą sytuację, z wielkim trudem przychodzi radzenie sobie z własnym dzieckiem. Nie rozumie go, nie potrafi się z nim dogadać, popełnia błędy, ma problemy z zaufaniem, bywa po prostu bezradny – takiego Batmana chciałbym oglądać nieco częściej, niż tego, który ciągle ugania się za Jokerem. Oczywiście, „Batman and Robin” jest typową trykociarką masówką, więc najczęściej te ojcowsko-synowskie perypetie i tak prowadzą do nawalanek, ale są czymś, co wyróżnia „B&R” w natłoku innych pozycji. I mają wielki potencjał. Może kiedyś zostanie on wykorzystany przez nieco bardziej, niż Tomasi, utalentowanego scenarzystę? Co do oprawy graficznej – jest dobrze. Patrick Gleason od czasów starego „Green Lantern Corps”, z którego go pamiętam, ładnie się wyrobił. Jego dość ascetyczna, prosta kreska wreszcie nabrała elegancji, choć wciąż słabo radzi sobie z twarzami (z tego co widzę to dość częsta przypadłość w Nowej 52).
„Nightwing vol.1 – Traps and Trapezes” (Kyle Higgins i Eddy Barrows, Eduardo Pansica, Trevor McCarthy)
Nie spodziewałem się zbyt wiele po „Traps and Trapezes” i tym większe było moje zdziwienie, że od pierwszych stron historia Kyle`a Higginsa tak ładnie się klei. Widać, że opowieść o powrocie cyrku Haly`ego do czegoś zmierza. Ma jakiś punkt wyjścia, jest całkiem nieźle poprowadzona (choć parę fabularnych baboli da się wytknąć), pojawia się nawet jakieś napięcie, a na Nightwinga w Nowej 52 jest jakiś pomysł. Szkoda tylko, że można to odnieść tylko do jakiejś połowy trejda – po trzech zeszytach opowieść zaczyna się nieco rozłazić, traci swoją dynamikę, poprzez niepotrzebne namnożenie wątków. „Nightwing” wydaje mi się również pozycją bardzo przystępną dla nowych czytelników, choć boli powiązanie tego tytułu z tym, co dzieje się w „Batgirl”. Higgins wraca do cyrkowych korzeni Dicka Graysona. Udaje mi się znaleźć złoty środek pomiędzy zawsze niebezpiecznym grzebaniem w originie pierwszego Robina, a spojrzeniem na jego przyszłość w sposób odświeżający, stanowiący świetny punkt startowy dla kolejnych historii. Widać, że Higgins i Snyder nad przyszłością bat-uniwersum przegadali razem kilka nocy. Muszę przyznać, że zaplątanie kilku nowych wątków całkiem zgrabnie wyszło, choć samemu finałowi brakuje nieco mocy. Pod względem graficznym byłoby również dobrze, gdyby Eddy Barrows w całości narysował cały album. Szkoda, że niekiedy musiał być wyręczany przez grafików słabszych, ale warto „Nightwingiem” się zainteresować, bo rzecz jest także ważna w kontekście „Night of Owls”.
„Green Lantern Corps vol.1 – Fearsome” (Peter J. Tomasi i Fernando Pasarin, Geraldo Borges)
Znowu Tomasi, lecz tym razem w znacznie gorszej formie. W „Green Lantern Corps” scenarzysta zafundował nam podróż do czasów, sprzed Geoffa Johnsa, który z tak wielkim trudem odnowił legendę Zielonej Latarni. A nawet ciut wcześniej – dokładnie do momentu, w którym z Halem Jordanem nie dało się już zrobić nic sensownego, tylko zamienić go w oszalałego Paralaksa i zastąpić kolejnym Lanternem. W nawiązywaniu do najbardziej tandetnych, boleśnie uproszczonych, emanujących najtańszym kiczem, a w dodatku źle napisanych, wypranych z jakiekolwiek dramaturgii czy napięcia komiksów nie ma nic dobrego. „Fearsome” oprócz pozbawionego resztek oryginalności schematu nie ma nic od zaoferowania. No dobra, jest jedna mocna scena z Johnem Stewartem mająca pewien potencjał, ale tak naprawdę jej wymowa i konsekwencje przeniesione zostały w czasie na kolejne zeszyty i jakoś się rozmyły. Dobrą wiadomością jest to, że oprawa graficzna stoi na niezłym poziomie. Rysunki Fernando Pasarina mile rezonują staroszkolnym stylem Dave`a Gibbonsa. Proste, nienaganne pod względem warsztatu, na swój sposób eleganckie. Pozytywnego efektu nie psują nawet komputerowe kolory, co trzeba zawsze pochwalić. Geraldo Borges, gościnnie dzierżący ołówek w jednym numerze, dopasował się do poziomu Pasarina.
Etykiety:
Batman,
DC Comics,
Eddy Barrows,
Fernando Pasarin,
importowane,
Kyle Higgins,
mainstream,
Patrick Gleason,
Peter J. Tomasi,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
super-hero
wtorek, 23 października 2012
#1162 - Wonder Woman vol. 1: Blood
Pomysł Briana Azzarello na Wonder Women można streścić w następujący sposób – trykociarką, kolorową estetykę zastępujemy mitologicznymi inspiracjami i sztafażem urban fantasy. Dokładamy do tego niewielką domieszką elementów grozy i szczyptą wątków obyczajowych. Zamiast skupiać się wyłącznie na nawalankach, fabułę podszywamy tragizmem o greckim rodowodzie.
Historia w pierwszym albumie zatytułowanym „Blood” skupia się na bezwzględnej walce o władze, zemście, zdradzie i rodzinie. Oczywiście, wszystko to musi mieścić się w ramach komiksowej pulpy, która ma być atrakcyjna dla jak największego grona odbiorców, ale Azzarello bardzo zgrabnie unika tych najbardziej wyświechtanych klisz. Nieco wbrew panującym w mainstreamie trendom, robi komiks w swoim stylu, oparty głównie na dialogach, w których dużo dzieje się poza pierwszym planem, wymagający pewnego skupienia przy lekturze. Podobnie, jak w „100 Nabojach” scenarzysta planuje fabułę na przód i pierwsza historia to tylko rozgrzewka, która na razie więcej obiecuje, niż może zaoferować.
Z wszystkich postaci to chyba właśnie Wonder Woman została najbardziej odmieniona przez relaunch. Jej origin został mocno zreformowany, a jak przypuszczam prawie wszystkie jej dotychczasowe historie z jej udziałem wypadły z kanonu. Azzowi nawet ręka nie zadrżała, kiedy wymazywał kawał historii DCU, robiąc reboot na pełną skalę, kształtując Dianę na własną modłę, choć nie sprzeniewierzył się przy tym duchowi największej kobiecej ikonie amerykańskiego komiksu. Pomysł z odejście od estetyki super-hero i zbliżenie jej przygód do tego, co można przeczytać w Vertigo to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Zabrakło jedynie radykalnej zmiany stroju głównej bohaterki, który wyraźnie odstaje od klimatu całego komiksu i wyglądu innych postaci. Ale nie można mieć wszystkiego.
Co ciekawe Diana ze swojej serii zupełnie nie przypomina siebie z on-goingu „Justice League”, choć w pewnym aspekcie są do siebie bardzo podobne. Podobnie, jak we flagowej serii Nowej 52, także i w swojej solowej serii Wonder Women, dzieli się swoim czasem antenowym z pokaźną grupą innych postaci. Obsada solowego z założenia komiksu jest bardzo duża i równie ciekawa. Kradnąca show Strife (czyli bogini Eris), sympatyczny Hermes, niepozorna Zola czy tajemniczy Lennoks zajmując tak wiele miejsca, sprawiają, że Diana wcale nie wygląd, jak gwiazda „Wonder Woman”.
Pod względem wizualnym „The Blood” prezentuje się i dobrze, i źle. Regularny rysownik Cliff Chiang to doprawdy mistrz uproszczonej, realistycznej kreski z widocznym niezależnym rodowodem. Szkoda, że nie narysował „The Blood” w całości, tylko pod koniec oddał ołówek Tonu`emu Akinsowi. Jego zastępcy zdarzają mu się dobre kadry, szczególnie w finale, ale generalnie to rysownik o klasę gorszy.
Nowej Wonder Woman zrzuceniu rajtuzów i radykalna zmiana estetyki wyszła zdecydowanie na dobre. To chyba Pierwszy trejd serii nie jest wolny od wad. Można narzekać na przegadanie, fabuła wydaje się nie do końca przemyślana, a Azzarello brakuje tego błysku, który wyróżnia jego najlepsze prace. Ale rokowania, co do następnych zeszytów są bardzo pomyślne.
Historia w pierwszym albumie zatytułowanym „Blood” skupia się na bezwzględnej walce o władze, zemście, zdradzie i rodzinie. Oczywiście, wszystko to musi mieścić się w ramach komiksowej pulpy, która ma być atrakcyjna dla jak największego grona odbiorców, ale Azzarello bardzo zgrabnie unika tych najbardziej wyświechtanych klisz. Nieco wbrew panującym w mainstreamie trendom, robi komiks w swoim stylu, oparty głównie na dialogach, w których dużo dzieje się poza pierwszym planem, wymagający pewnego skupienia przy lekturze. Podobnie, jak w „100 Nabojach” scenarzysta planuje fabułę na przód i pierwsza historia to tylko rozgrzewka, która na razie więcej obiecuje, niż może zaoferować.
Z wszystkich postaci to chyba właśnie Wonder Woman została najbardziej odmieniona przez relaunch. Jej origin został mocno zreformowany, a jak przypuszczam prawie wszystkie jej dotychczasowe historie z jej udziałem wypadły z kanonu. Azzowi nawet ręka nie zadrżała, kiedy wymazywał kawał historii DCU, robiąc reboot na pełną skalę, kształtując Dianę na własną modłę, choć nie sprzeniewierzył się przy tym duchowi największej kobiecej ikonie amerykańskiego komiksu. Pomysł z odejście od estetyki super-hero i zbliżenie jej przygód do tego, co można przeczytać w Vertigo to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Zabrakło jedynie radykalnej zmiany stroju głównej bohaterki, który wyraźnie odstaje od klimatu całego komiksu i wyglądu innych postaci. Ale nie można mieć wszystkiego.
Co ciekawe Diana ze swojej serii zupełnie nie przypomina siebie z on-goingu „Justice League”, choć w pewnym aspekcie są do siebie bardzo podobne. Podobnie, jak we flagowej serii Nowej 52, także i w swojej solowej serii Wonder Women, dzieli się swoim czasem antenowym z pokaźną grupą innych postaci. Obsada solowego z założenia komiksu jest bardzo duża i równie ciekawa. Kradnąca show Strife (czyli bogini Eris), sympatyczny Hermes, niepozorna Zola czy tajemniczy Lennoks zajmując tak wiele miejsca, sprawiają, że Diana wcale nie wygląd, jak gwiazda „Wonder Woman”.
Pod względem wizualnym „The Blood” prezentuje się i dobrze, i źle. Regularny rysownik Cliff Chiang to doprawdy mistrz uproszczonej, realistycznej kreski z widocznym niezależnym rodowodem. Szkoda, że nie narysował „The Blood” w całości, tylko pod koniec oddał ołówek Tonu`emu Akinsowi. Jego zastępcy zdarzają mu się dobre kadry, szczególnie w finale, ale generalnie to rysownik o klasę gorszy.
Nowej Wonder Woman zrzuceniu rajtuzów i radykalna zmiana estetyki wyszła zdecydowanie na dobre. To chyba Pierwszy trejd serii nie jest wolny od wad. Można narzekać na przegadanie, fabuła wydaje się nie do końca przemyślana, a Azzarello brakuje tego błysku, który wyróżnia jego najlepsze prace. Ale rokowania, co do następnych zeszytów są bardzo pomyślne.
środa, 5 września 2012
#1126 - Rzut za 3: Na krawędzi
W linii Edge prezentowane są serie, które nie mając korzenie w Vertigo znajdują się niejako poza głównym nurtem nowego uniwersum DC. W niej pomieszczono komiks wojenne, science-fiction, westerny i tytuły, które wcześniej wydawane były w ramach imprintu Wildstorm. Generalnie jest tu mrocznie, brutalnie i ekstremalnie.
„Suicide Squad vol.1 – Kicked in the Teeth” (Adam Glass i Federico Dallocchio, Scott Hanna, Ransom Getty, Andrei Bressan, Cliff Richards, Clayton Henry, IG Guara)
To chyba największe (pozytywne) zaskoczenie relaunchu. Po „Suicide Squad” nie spodziewałem się niczego poza przerysowaną brutalnością i tanią erotyką, a (oprócz tego) dostałem również całkiem sporo niezłej, peleryniarskiej rozrywki. Jeśli tylko przymknie się nieco mocniej oko na tandetni pomysł i klasyczne dla gatunku klisze, można dostrzec całkiem sprawnie napisany komiks akcji. Jest humor, są niezłe dialogi, akcja nie zwalania tempa ani na sekundę, ciekawa galeria postaci z niezłym twistami fabularnymi może się podobać. Całość trzyma fason, a czytelnika - w napięciu. Fabuła obraca się wokół Task Force X – grupy do zadań specjalnych złożonej ze superprzestępców przebywających w zakładzie Belle Reeve, potocznie nazywanej właśnie Suicide Squadem. Barwna ekipa łotrów z Deadshotem, Harley Quinn, El Diablo i King Sharkiem w składzie podejmuje się najbardziej ekstremalnych misji, licząc na złagodzenie swoich wyroków. Coś, jak „Thunderbolts” Warrena Ellisa z Marvela tylko, że niemal wyłącznie skupione na akcji, na wykonywanych przez skazańców misjach. Szkoda tylko, że przez taką konstrukcję cierpi nieco ekspozycja postaci, ale trzeba przyznać, że Adam Glass sprawnie rozegrał dość ograny pomysł. Nieco gorzej sprawa się ma z oprawą wizualną. Co kolejny zeszyt, to narysowany jest w innym stylu – nawet Dallocchio, który popełnił najwięcej stron w poszczególnych odcinkach rysuje inaczej. Jest raz lepiej, raz gorzej, ale żadne nazwisko z dość długiej listy grafików nie zapadło mi w pamięć. Ale i tak warto spróbować sięgnąć po „Kicked in the Teeth”.
„Ressurection Man vol.1 – Dead Again” (Dan Abnett, Andy Lanning i Fernando Dagnino, Fernando Blanco)
W „Ressurection Manie” Dan Abnett i Andy Lanning kluczą pomiędzy lśniącym, superbohaterskim światkiem DCU, a ciemnymi zakamarkami Vertigo. Etykieta „na krawędzi” pasuje do tego komiksu jak ulał. Bo zaczyna się od niepokojącego dreszczowca (pierwszy zeszyt), by zaraz potem przeskoczyć do klasycznej superbohaterskiej nawalanki (#3). Jest raport z zakładu Arkham (#6), a obok niego bardzo heroiczna wycieczka do Metropolis (#7). Taki konglomerat różnych, równie przerysowanych estetyk nie przeszkadza jednak fabule pozostawać spójnej i z pewnością jest świadomym wyborem duetu scenarzystów. Akcja rozwija się wartko (niekiedy nawet zbyt szybko) i w nieco zapomnianym w branży stylu. Poszczególne zeszyty stanowią mniej lub bardziej zamknięte całości, które oprócz tego, że są puzzlami, kawałkami większej całości (którą pewnie jest tajemnica Mitcha) same w sobie nie są tylko wypełnieniem pomiędzy jednym, a drugim cliffhangerem. W poszczególnych odcinkach „Resurrection Mana” jest całkiem sporo pełnokrwistej fabuły, czego (niestety) o wielu innych superbohaterskich produkcjach, nastawionych na ciągłą retardację i odwlekaniu finału, napisać się nie da. Widać, że Abnett i Lanning znają się na swojej robocie, choć mam wrażenia, że nie dali z siebie wszystkiego. „Resurrection Man” mógł być jeszcze lepszym komiksem, niż jest. Historia Mitchela wciąga, ale całość wydaje się jednak sklecona pośpiesznie, jakby Abnett i Lanning nie dali czasu swoim pomysłom, aby odpowiednio się uleżały. Za grafikę odpowiedzialny jest Fernando Dagnino, który jest okropnie nierównym rysownikiem. Niekiedy, niemal wprawiał mnie w zachwyt, a innym razem nie mogłem patrzeć na paskudne kadry jego autorstwa. Ale znowu, podobnie jak w przypadku „Suicide Squadu”, fani super-hero powinni dać szansę temu tytułowi. Szkoda, że redaktorzy sądzili inaczej i skasowali serię.
„Red Lanterns vol.1 – Blood and Rage” (Peter Milligan i Ed Benes, Diego Bernard)
Jest i drugie ostrzeżenie dla Milligana. On-going „Red Lanterns” oczywiście nie należy do linii Edge, ale z pewnych przyczyn znajduje się na owej krawędzi. Do tego tytułu przyciągnęło mnie nazwisko scenarzysty na okładce. Skoro autor „Enigmy” i „X-Statix” uznał, że w kuriozalnym korpusie Atrocitusa jest potencjał na jakąś dobrą fabułę, uznałem, że warto sięgnąć po tę serię. I, znowu, srodze się rozczarowałem. Po pierwsze, w „Blood and Rage” nie ma żadnego z motywów, za które wszyscy kochamy Milligana, ani jego specyficznej wrażliwości, a po drugie – to okropnie przeciętny superbohaterski produkcyjniak. Z kiepską narracją, przypominającą dlaczego zrezygnowano z zbytnio rozbudowanej narracji z offu, zupełnie nieprzekonującymi bohaterami, kulawo poprowadzoną akcją i graficznym powrotem do lat dziewięćdziesiątych. Czerwonymi Latarniami (nomen omen!) mogą zainteresować się jedynie tropiciele seksualnych kontekstów w historiach z superbohaterami. Jeśli są jakieś granice przyzwoitości w prezentowaniu komiksowej kombinacji seksualność i brutalności to Ed Benes (który w branży zasłynął tym kadrem) wszystkie je przekracza. Nie dość, że Bleez, główna kobieca protagonista opowieści, na każdy kadrze świeci swoją niemal nagą dupą, prężąc się i wyginając do czytelnika, to niemal każde jej spotkanie z Artocitusem, samcem alfa na Ysmault, kończy się na dotkliwym poniżeniu. Nie wiem czy Benes nie znajduje jakieś przyjemności w rysowaniu zakrwawionej, kulącej się na ziemi niebieskoskórej obcej ubranej w wyzywający, obcisły kostium, przynoszącej na myśl lateksowe wdzianka modne w środowiskach sado-maso, ale nad wyraz często takie obrazki można oglądać w „RL”.
„Suicide Squad vol.1 – Kicked in the Teeth” (Adam Glass i Federico Dallocchio, Scott Hanna, Ransom Getty, Andrei Bressan, Cliff Richards, Clayton Henry, IG Guara)
To chyba największe (pozytywne) zaskoczenie relaunchu. Po „Suicide Squad” nie spodziewałem się niczego poza przerysowaną brutalnością i tanią erotyką, a (oprócz tego) dostałem również całkiem sporo niezłej, peleryniarskiej rozrywki. Jeśli tylko przymknie się nieco mocniej oko na tandetni pomysł i klasyczne dla gatunku klisze, można dostrzec całkiem sprawnie napisany komiks akcji. Jest humor, są niezłe dialogi, akcja nie zwalania tempa ani na sekundę, ciekawa galeria postaci z niezłym twistami fabularnymi może się podobać. Całość trzyma fason, a czytelnika - w napięciu. Fabuła obraca się wokół Task Force X – grupy do zadań specjalnych złożonej ze superprzestępców przebywających w zakładzie Belle Reeve, potocznie nazywanej właśnie Suicide Squadem. Barwna ekipa łotrów z Deadshotem, Harley Quinn, El Diablo i King Sharkiem w składzie podejmuje się najbardziej ekstremalnych misji, licząc na złagodzenie swoich wyroków. Coś, jak „Thunderbolts” Warrena Ellisa z Marvela tylko, że niemal wyłącznie skupione na akcji, na wykonywanych przez skazańców misjach. Szkoda tylko, że przez taką konstrukcję cierpi nieco ekspozycja postaci, ale trzeba przyznać, że Adam Glass sprawnie rozegrał dość ograny pomysł. Nieco gorzej sprawa się ma z oprawą wizualną. Co kolejny zeszyt, to narysowany jest w innym stylu – nawet Dallocchio, który popełnił najwięcej stron w poszczególnych odcinkach rysuje inaczej. Jest raz lepiej, raz gorzej, ale żadne nazwisko z dość długiej listy grafików nie zapadło mi w pamięć. Ale i tak warto spróbować sięgnąć po „Kicked in the Teeth”.
„Ressurection Man vol.1 – Dead Again” (Dan Abnett, Andy Lanning i Fernando Dagnino, Fernando Blanco)
W „Ressurection Manie” Dan Abnett i Andy Lanning kluczą pomiędzy lśniącym, superbohaterskim światkiem DCU, a ciemnymi zakamarkami Vertigo. Etykieta „na krawędzi” pasuje do tego komiksu jak ulał. Bo zaczyna się od niepokojącego dreszczowca (pierwszy zeszyt), by zaraz potem przeskoczyć do klasycznej superbohaterskiej nawalanki (#3). Jest raport z zakładu Arkham (#6), a obok niego bardzo heroiczna wycieczka do Metropolis (#7). Taki konglomerat różnych, równie przerysowanych estetyk nie przeszkadza jednak fabule pozostawać spójnej i z pewnością jest świadomym wyborem duetu scenarzystów. Akcja rozwija się wartko (niekiedy nawet zbyt szybko) i w nieco zapomnianym w branży stylu. Poszczególne zeszyty stanowią mniej lub bardziej zamknięte całości, które oprócz tego, że są puzzlami, kawałkami większej całości (którą pewnie jest tajemnica Mitcha) same w sobie nie są tylko wypełnieniem pomiędzy jednym, a drugim cliffhangerem. W poszczególnych odcinkach „Resurrection Mana” jest całkiem sporo pełnokrwistej fabuły, czego (niestety) o wielu innych superbohaterskich produkcjach, nastawionych na ciągłą retardację i odwlekaniu finału, napisać się nie da. Widać, że Abnett i Lanning znają się na swojej robocie, choć mam wrażenia, że nie dali z siebie wszystkiego. „Resurrection Man” mógł być jeszcze lepszym komiksem, niż jest. Historia Mitchela wciąga, ale całość wydaje się jednak sklecona pośpiesznie, jakby Abnett i Lanning nie dali czasu swoim pomysłom, aby odpowiednio się uleżały. Za grafikę odpowiedzialny jest Fernando Dagnino, który jest okropnie nierównym rysownikiem. Niekiedy, niemal wprawiał mnie w zachwyt, a innym razem nie mogłem patrzeć na paskudne kadry jego autorstwa. Ale znowu, podobnie jak w przypadku „Suicide Squadu”, fani super-hero powinni dać szansę temu tytułowi. Szkoda, że redaktorzy sądzili inaczej i skasowali serię.
„Red Lanterns vol.1 – Blood and Rage” (Peter Milligan i Ed Benes, Diego Bernard)
Jest i drugie ostrzeżenie dla Milligana. On-going „Red Lanterns” oczywiście nie należy do linii Edge, ale z pewnych przyczyn znajduje się na owej krawędzi. Do tego tytułu przyciągnęło mnie nazwisko scenarzysty na okładce. Skoro autor „Enigmy” i „X-Statix” uznał, że w kuriozalnym korpusie Atrocitusa jest potencjał na jakąś dobrą fabułę, uznałem, że warto sięgnąć po tę serię. I, znowu, srodze się rozczarowałem. Po pierwsze, w „Blood and Rage” nie ma żadnego z motywów, za które wszyscy kochamy Milligana, ani jego specyficznej wrażliwości, a po drugie – to okropnie przeciętny superbohaterski produkcyjniak. Z kiepską narracją, przypominającą dlaczego zrezygnowano z zbytnio rozbudowanej narracji z offu, zupełnie nieprzekonującymi bohaterami, kulawo poprowadzoną akcją i graficznym powrotem do lat dziewięćdziesiątych. Czerwonymi Latarniami (nomen omen!) mogą zainteresować się jedynie tropiciele seksualnych kontekstów w historiach z superbohaterami. Jeśli są jakieś granice przyzwoitości w prezentowaniu komiksowej kombinacji seksualność i brutalności to Ed Benes (który w branży zasłynął tym kadrem) wszystkie je przekracza. Nie dość, że Bleez, główna kobieca protagonista opowieści, na każdy kadrze świeci swoją niemal nagą dupą, prężąc się i wyginając do czytelnika, to niemal każde jej spotkanie z Artocitusem, samcem alfa na Ysmault, kończy się na dotkliwym poniżeniu. Nie wiem czy Benes nie znajduje jakieś przyjemności w rysowaniu zakrwawionej, kulącej się na ziemi niebieskoskórej obcej ubranej w wyzywający, obcisły kostium, przynoszącej na myśl lateksowe wdzianka modne w środowiskach sado-maso, ale nad wyraz często takie obrazki można oglądać w „RL”.
Etykiety:
Adam Glass,
Andy Lanning,
Dan Abnett,
DC Comics,
Ed Benes,
Federico Dallocchio,
Fernando Dagnino,
IG Guara,
importowane,
mainstream,
Peter Milligan,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
super-hero
czwartek, 30 sierpnia 2012
#1123 - Stormwatch vol.1: The Dark Side
Super-grupa Stormwatch zadebiutowała w 1993 roku w barwach Image Comics, będąc superbohaterskim zespołem, jakich wiele na komiksowych padole. Herosi stworzeni przez Jim Lee i Brandona Choia z wysokości unoszącej się na ziemskiej orbicie stacji pilnowali porządku na naszej planecie. Ich działalność była sankcjonowani przez fikcyjną międzynarodową organizację Narodów Zjednoczonych.
I pewnie "Stormwatch" pozostałby kolejnym, ginącym w natłoku podobnych produkcji tytułem, gdyby nie przybycie Warrena Ellisa w 1996. W lipcu, wraz z numerem #37 Brytyjczyk przejął stery w serii i skierował ją na nieco inne tory. Pojawiły się motywy grozy, seria zaczęła epatować seksualnością, a do jej treści przemycane były komentarze społeczne i polityczne. Komiks zaczął mieć więcej wspólnego z tym, co działo się wtedy w Vertigo, niż z klasycznymi, trykociarskimi produkcjami, z którymi dzielił swoje pochodzenie. W sierpniu 1998 roku większość członków zespołu została zmasakrowana przez kosmiczne xenomorfy. Ci, którzy przetrwali atak, dalej kontynuowali swoją pracę pod banderą nowego on-goinga zatytułowanego „Authority”. Pozbawiani kontroli ze strony jakiegokolwiek rządu decydowali o tym, co jest dobre dla ludzkości, a co nie. Z ich kilkoma pierwszymi przygodami polski czytelnik mógł się zapoznać dzięki wydawnictwu Manzoku.
Po tym, jak uniwersum WildStorm zostało ostatecznie zaanektowane przez DC Comics, wiele fajnych postaci i interesujących pomysłów znalazło się w wydawniczym limbo. Na szczęście nie „Stormwatch”, które stało się częścią Nowej 52. Odświeżeni przez Paula Cornella funkcjonują w nowym uniwersum DC, jako superbohaterska „grupa trzymająca władzę”. Kontrolowani przez członków tajemniczego Shadow Cabinet zajmują się ochroną naszej planety przed globalnymi zagrożeniami. Przez wiele setek lat działali w ukryciu unikając rozgłosu, od którego nie stronią współcześni, ubrani w kolorowe trykoty herosi. Stormwatch są bohaterami prosto ze spiskowej teorii dziejów – niczym masoni, Żydzi albo inny pakt antycznych racjonalnych myślicieli kształtuje historię świata pod przykrywką „ochrony obywateli”. Pomysł może nie poraża oryginalnością (wypisz-wymaluje marvelowskie „S.H.I.E.L.D.”), ale stwarza mnóstwo ciekawych możliwości.
W skład zespołu wchodzą byli członkowie starego Stormwatch i Authority, a więc Jack Hawksmoor, Apollo, Midnighter, Inżynier, Jenny Quantum, ale również J`onn J`onz, czyli Martian Manhunter z JLA. Zespołem dowodzi urodzony podczas Wielkiego Wybuchu, Adam One, swoimi mocami przypominający nieco starego Doktora. Innymi, całkowicie nowymi postaciami, wymyślonymi przez Cornella są Projectionist z mocami kontrolowania mass-mediów i Harry Tanner, superbohaterski odpowiednik Nicola Machiavelliego. Fabułą pierwszego tomu zatytułowanego „Dark Side” są próby zwerbowania do zespołu Apolla, gdy zainfekowany przez obcego Księżyc zaczyna zagrażać naszej staruszce Ziemi. Ale to tylko początek, zapewniam. W komiksie dzieje się dużo i szybko – niespodziewanych zwrotów akcji nie zabraknie!
„Stormwatch” w pewien sposób ucieleśnia największy paradoks amerykańskiego przemysłu komiksowego. Teoretycznie twórcy, w przeciwieństwie do swoich kolegów z branży filmowej nie muszą przejmować się budżetem czy ograniczeniami technologicznymi. Jedynym ogranicznikiem jest ich wyobraźnia i (teoretycznie) nic nie stoi na przeszkodzenie w realizacji najbardziej śmiałych i efektownych pomysłów. Wylatujący ze słonecznego jądra heros okładający się z Księżycem zamieniony w wielkiego potwora? Proszę bardzo! Szkopuł tkwi gdzie indziej. Nad Cornellem dyszą redaktorzy ględzący ciągle o wynikach sprzedaży, straszący kasacją tytułu i nie dają mu rozwinąć skrzydeł. Po „Stormwatch” widać pewien pośpiech. Akcja rozwija się bardzo szybko. W takim tempie, że brakło miejsca na satysfakcjonującego rozwinięcie fabuły, odpowiednią ekspozycję i zarysowanie charakterów postaci, a narracja jest mocno skompresowana. Szkoda, że Cornell nie może liczyć na taki kredyt zaufania, jakim może pochwalić się Johns, który mógł dowolnie rozciągnąć fabułę swojego „Green Lanterna”.
To samo tyczy się oprawa graficznej. Szkoda, że na stanowisku grafika nie zatrudniono żadnego rysownika z pierwszej ligi. Miguel Sepulveda to wyrobnik, jakich wiele, któremu naprawdę dobre kadry zdarzają się sporadycznie. Przeważają te słabsze, choć w porównaniu z innymi tytułami relaunchu nie powinienem narzekać. Mogło być o wiele gorzej.
„Stormwatch” miało potencjał, aby stać się jednym z najlepszych tytułów Nowej 52. Po raz trzeci, wielka szkoda, że Paul Cornell, jeden z najbardziej utalentowanych scenarzystów branży jest tak cholernie nie doceniania i (kolejny raz!) nie dostał szansy, na jaką zasługiwał. Choć w porównaniu z „Authority” „The Dark Side” wypada słabiej, jest wciąż jedny, z najfajniej prezentujących się komiksów z pierwszej fali DCnU.
I pewnie "Stormwatch" pozostałby kolejnym, ginącym w natłoku podobnych produkcji tytułem, gdyby nie przybycie Warrena Ellisa w 1996. W lipcu, wraz z numerem #37 Brytyjczyk przejął stery w serii i skierował ją na nieco inne tory. Pojawiły się motywy grozy, seria zaczęła epatować seksualnością, a do jej treści przemycane były komentarze społeczne i polityczne. Komiks zaczął mieć więcej wspólnego z tym, co działo się wtedy w Vertigo, niż z klasycznymi, trykociarskimi produkcjami, z którymi dzielił swoje pochodzenie. W sierpniu 1998 roku większość członków zespołu została zmasakrowana przez kosmiczne xenomorfy. Ci, którzy przetrwali atak, dalej kontynuowali swoją pracę pod banderą nowego on-goinga zatytułowanego „Authority”. Pozbawiani kontroli ze strony jakiegokolwiek rządu decydowali o tym, co jest dobre dla ludzkości, a co nie. Z ich kilkoma pierwszymi przygodami polski czytelnik mógł się zapoznać dzięki wydawnictwu Manzoku.
Po tym, jak uniwersum WildStorm zostało ostatecznie zaanektowane przez DC Comics, wiele fajnych postaci i interesujących pomysłów znalazło się w wydawniczym limbo. Na szczęście nie „Stormwatch”, które stało się częścią Nowej 52. Odświeżeni przez Paula Cornella funkcjonują w nowym uniwersum DC, jako superbohaterska „grupa trzymająca władzę”. Kontrolowani przez członków tajemniczego Shadow Cabinet zajmują się ochroną naszej planety przed globalnymi zagrożeniami. Przez wiele setek lat działali w ukryciu unikając rozgłosu, od którego nie stronią współcześni, ubrani w kolorowe trykoty herosi. Stormwatch są bohaterami prosto ze spiskowej teorii dziejów – niczym masoni, Żydzi albo inny pakt antycznych racjonalnych myślicieli kształtuje historię świata pod przykrywką „ochrony obywateli”. Pomysł może nie poraża oryginalnością (wypisz-wymaluje marvelowskie „S.H.I.E.L.D.”), ale stwarza mnóstwo ciekawych możliwości.
W skład zespołu wchodzą byli członkowie starego Stormwatch i Authority, a więc Jack Hawksmoor, Apollo, Midnighter, Inżynier, Jenny Quantum, ale również J`onn J`onz, czyli Martian Manhunter z JLA. Zespołem dowodzi urodzony podczas Wielkiego Wybuchu, Adam One, swoimi mocami przypominający nieco starego Doktora. Innymi, całkowicie nowymi postaciami, wymyślonymi przez Cornella są Projectionist z mocami kontrolowania mass-mediów i Harry Tanner, superbohaterski odpowiednik Nicola Machiavelliego. Fabułą pierwszego tomu zatytułowanego „Dark Side” są próby zwerbowania do zespołu Apolla, gdy zainfekowany przez obcego Księżyc zaczyna zagrażać naszej staruszce Ziemi. Ale to tylko początek, zapewniam. W komiksie dzieje się dużo i szybko – niespodziewanych zwrotów akcji nie zabraknie!
„Stormwatch” w pewien sposób ucieleśnia największy paradoks amerykańskiego przemysłu komiksowego. Teoretycznie twórcy, w przeciwieństwie do swoich kolegów z branży filmowej nie muszą przejmować się budżetem czy ograniczeniami technologicznymi. Jedynym ogranicznikiem jest ich wyobraźnia i (teoretycznie) nic nie stoi na przeszkodzenie w realizacji najbardziej śmiałych i efektownych pomysłów. Wylatujący ze słonecznego jądra heros okładający się z Księżycem zamieniony w wielkiego potwora? Proszę bardzo! Szkopuł tkwi gdzie indziej. Nad Cornellem dyszą redaktorzy ględzący ciągle o wynikach sprzedaży, straszący kasacją tytułu i nie dają mu rozwinąć skrzydeł. Po „Stormwatch” widać pewien pośpiech. Akcja rozwija się bardzo szybko. W takim tempie, że brakło miejsca na satysfakcjonującego rozwinięcie fabuły, odpowiednią ekspozycję i zarysowanie charakterów postaci, a narracja jest mocno skompresowana. Szkoda, że Cornell nie może liczyć na taki kredyt zaufania, jakim może pochwalić się Johns, który mógł dowolnie rozciągnąć fabułę swojego „Green Lanterna”.
To samo tyczy się oprawa graficznej. Szkoda, że na stanowisku grafika nie zatrudniono żadnego rysownika z pierwszej ligi. Miguel Sepulveda to wyrobnik, jakich wiele, któremu naprawdę dobre kadry zdarzają się sporadycznie. Przeważają te słabsze, choć w porównaniu z innymi tytułami relaunchu nie powinienem narzekać. Mogło być o wiele gorzej.
„Stormwatch” miało potencjał, aby stać się jednym z najlepszych tytułów Nowej 52. Po raz trzeci, wielka szkoda, że Paul Cornell, jeden z najbardziej utalentowanych scenarzystów branży jest tak cholernie nie doceniania i (kolejny raz!) nie dostał szansy, na jaką zasługiwał. Choć w porównaniu z „Authority” „The Dark Side” wypada słabiej, jest wciąż jedny, z najfajniej prezentujących się komiksów z pierwszej fali DCnU.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
#1120 - Rzut za 3: Aneksja Vertigo
Powrót „synów marnotrawnych” do regularnego uniwersum DC był bardzo odważnym posunięciem. Bohaterowi, tacy jak Swamp Thing czy Animal Man fantastycznie odnaleźli się w świecie Vertigo – czy przenosiny z ich naturalnego środowiska okazały się udane? Jeff Lemire i Scott Snyder podjęli się niebywale ambitnego zadania. Musieli sprostać dokonaniom swoich poprzedników, Granta Morrisona i Alana Moore`a, którzy przy „Animal Manie” i „Swamp Thingu” ciężko pracowali na miano mistrzów komiksu. Jak się im udało? O tym za chwilę, najpierw przyjrzę się mrocznemu wcieleniu Ligi Sprawiedliwości.
„Justice League Dark vol.1 – In the Dark” (Peter Milligan i Mikel Janin, Daniel Sampere)
Pomysł wydawał się absolutnie znakomity. Wziąć śmietankę bohaterów z przeszłością w Vertigo, z Johnem Constantine`m, Shade`m i Madame Xanadu na czele, dołożyć do tego przedstawicieli mistycznej części uniwersum DC (Zatannę i Deadmana) i stworzyć komiks o przygodach zespołu antybohaterów zajmujący się problemami, z którymi zwyczajni, bardziej kolorowi bohaterowi nie potrafią sobie poradzić. Przecież to samograj, który w rękach przyzwoitego scenarzysty mógłby stać się prawdziwym przebojem. Skoro zadziałało w „Trenchcoat Brigade” czemu miałoby się nie udać w Nowej 52? Szkoda, że za „JL Dark” zabrał się Peter Milligan, który ostatnimi czasy kompletnie nie potrafi odnaleźć swojej pisarskiej formy. „In the Dark” to komiks żenująco słaby. Bohaterowie zachowują się kurczaki z poobcinanymi głowami, biegające bezsensownie tam i z powrotem. Intryga poprowadzona jest nieudolnie, zamiast fabuły dostajemy ciągłą retardację, tanie cliffhangery, przegadane dialogi. Atmosfery nie ma za grosz, a zakończeniu jest pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Na domiar złego Constantine zachowuje się jak ostatnia ciota. „JLD” nie ratuje fajnie poprowadzona postać Deadmana czy próba ucieczki od klisz charakterystycznych dla „komiksu drużynowego”. Nie udaje się to również rysownikom, Mikelowi Janinowi i Danielowi Sampere. Milligan – dostajesz ode mnie pierwsze ostrzeżenie.
„Animal Man vol.1 – The Hunt” (Jeff Lemire i Travel Foreman, Victor Ibanez, Marco Rudy)
Wstyd się przyznać, ale niestety nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z przełomowym runem Granta Morrisona, który uchodzi za jeden najambitniejszych i najciekawszych projektów komiksowych. Na przestrzeni trzech trejdów Morrison w swojej najlepszej ponoć formie postmodernizuje na potęgę. Dekonstruuje koncepcję superbohatera, jak i cały gatunek super-hero, eksperymentuje z „czwartą ścianą”, sięga po wątki metafizyczne i społeczne zaangażowane, ze szczególnym uwzględnieniem praw zwierząt. W porównaniu z dokonaniami szalonego Szkota, Jeff Lemire, autor nowej inkarnacji „Animal Mana” jest bardzo konserwatywny, szczególnie pod względem formalnym. W nowej serii przedstawia Buddy Bakera, jako człowieka spełniającego się w roli ojca i męża, a nie młodzieniaszka ganiającego superłotrów po mieście. W przeciwieństwie do innych herosów na emeryturze nie tęskni obsesyjnie do trykotu, choć jak zachodzi potrzeba, wyjmuje go z szafy. To dość nieszablonowe podejście, co trzeba pochwalić. Lemire zdecydował się na dość realistyczną konwencją, rezygnując w typowego dla komiksu superbohaterskiego przygodowo-fantastycznego sztafażu stawiając na psychologiczną wiarygodność, ale nie oznacza to, że komiks cierpi na brak akcji. Wręcz przeciwnie! „The Hunt” to rasowy horror, który, co w przypadku komiksu nie zdarza się często, trzyma w napięciu, potrafi wzbudzić obrzydzenie, a nawet przestraszyć. Z pewnością wielka w tym zasługa rysownika Travela Foremana, który swoim ascetycznym, ale bardzo szczegółowym rysunkiem potrafi doskonale oddawać różne okropieństwa. Rodzinie Bakerów, jak i całemu świata zagraża wielkie niebezpieczeństwo – świat zwierząt (reprezentowany przez Animal Mana) i roślin (Swamp Thing) musi zmierzyć się z siłą, zwaną Rot. Pierwszy trejd stanowi ledwie wstęp do większej historii opowiadającej o starciu sił natury z siłami rozkładu. Jeszcze nie wiem, jak ono się skończyło, ale on-going „Animal Mana” jest niewątpliwe jednym z najlepszych, jakie podarowała na Nowa 52.
„Swamp Thing vol.1 – Raise Them Bones” (Scott Snyder i Yanick Paquette, Marco Rudy, Sean Parsons, Micheal Lacombe)
„Justice League Dark vol.1 – In the Dark” (Peter Milligan i Mikel Janin, Daniel Sampere)
Pomysł wydawał się absolutnie znakomity. Wziąć śmietankę bohaterów z przeszłością w Vertigo, z Johnem Constantine`m, Shade`m i Madame Xanadu na czele, dołożyć do tego przedstawicieli mistycznej części uniwersum DC (Zatannę i Deadmana) i stworzyć komiks o przygodach zespołu antybohaterów zajmujący się problemami, z którymi zwyczajni, bardziej kolorowi bohaterowi nie potrafią sobie poradzić. Przecież to samograj, który w rękach przyzwoitego scenarzysty mógłby stać się prawdziwym przebojem. Skoro zadziałało w „Trenchcoat Brigade” czemu miałoby się nie udać w Nowej 52? Szkoda, że za „JL Dark” zabrał się Peter Milligan, który ostatnimi czasy kompletnie nie potrafi odnaleźć swojej pisarskiej formy. „In the Dark” to komiks żenująco słaby. Bohaterowie zachowują się kurczaki z poobcinanymi głowami, biegające bezsensownie tam i z powrotem. Intryga poprowadzona jest nieudolnie, zamiast fabuły dostajemy ciągłą retardację, tanie cliffhangery, przegadane dialogi. Atmosfery nie ma za grosz, a zakończeniu jest pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Na domiar złego Constantine zachowuje się jak ostatnia ciota. „JLD” nie ratuje fajnie poprowadzona postać Deadmana czy próba ucieczki od klisz charakterystycznych dla „komiksu drużynowego”. Nie udaje się to również rysownikom, Mikelowi Janinowi i Danielowi Sampere. Milligan – dostajesz ode mnie pierwsze ostrzeżenie.
„Animal Man vol.1 – The Hunt” (Jeff Lemire i Travel Foreman, Victor Ibanez, Marco Rudy)
Wstyd się przyznać, ale niestety nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z przełomowym runem Granta Morrisona, który uchodzi za jeden najambitniejszych i najciekawszych projektów komiksowych. Na przestrzeni trzech trejdów Morrison w swojej najlepszej ponoć formie postmodernizuje na potęgę. Dekonstruuje koncepcję superbohatera, jak i cały gatunek super-hero, eksperymentuje z „czwartą ścianą”, sięga po wątki metafizyczne i społeczne zaangażowane, ze szczególnym uwzględnieniem praw zwierząt. W porównaniu z dokonaniami szalonego Szkota, Jeff Lemire, autor nowej inkarnacji „Animal Mana” jest bardzo konserwatywny, szczególnie pod względem formalnym. W nowej serii przedstawia Buddy Bakera, jako człowieka spełniającego się w roli ojca i męża, a nie młodzieniaszka ganiającego superłotrów po mieście. W przeciwieństwie do innych herosów na emeryturze nie tęskni obsesyjnie do trykotu, choć jak zachodzi potrzeba, wyjmuje go z szafy. To dość nieszablonowe podejście, co trzeba pochwalić. Lemire zdecydował się na dość realistyczną konwencją, rezygnując w typowego dla komiksu superbohaterskiego przygodowo-fantastycznego sztafażu stawiając na psychologiczną wiarygodność, ale nie oznacza to, że komiks cierpi na brak akcji. Wręcz przeciwnie! „The Hunt” to rasowy horror, który, co w przypadku komiksu nie zdarza się często, trzyma w napięciu, potrafi wzbudzić obrzydzenie, a nawet przestraszyć. Z pewnością wielka w tym zasługa rysownika Travela Foremana, który swoim ascetycznym, ale bardzo szczegółowym rysunkiem potrafi doskonale oddawać różne okropieństwa. Rodzinie Bakerów, jak i całemu świata zagraża wielkie niebezpieczeństwo – świat zwierząt (reprezentowany przez Animal Mana) i roślin (Swamp Thing) musi zmierzyć się z siłą, zwaną Rot. Pierwszy trejd stanowi ledwie wstęp do większej historii opowiadającej o starciu sił natury z siłami rozkładu. Jeszcze nie wiem, jak ono się skończyło, ale on-going „Animal Mana” jest niewątpliwe jednym z najlepszych, jakie podarowała na Nowa 52.
„Swamp Thing vol.1 – Raise Them Bones” (Scott Snyder i Yanick Paquette, Marco Rudy, Sean Parsons, Micheal Lacombe)
Powrót Swamp Thinga do regularnego uniwersum DC był planowany od pewnego czasu. W 2010 Potwór z Bagien był ważnym elementem wielkiej sagi Geoffa Johnsa zawartej w „Blackest Night” i „Brightest Day”. Do pisania jego on-goinga przymierzany był literat China Mieville i szkoda, że z tego pomysłu nic nie wyszło, bowiem nowy on-going Potwora z Bagien prezentuje się co najwyżej przeciętnie. W przeciwieństwie do Jeffa Lemire`a, który gruntownie przemyślał koncepcję Animal Mana, Scott Snyder, jakby pochłonięty realizacją innych projektów („Amerykański Wampir”, „Batman”) nie przyłożył si odpowiednio. „Raise Them Bones” to dość konwencjonalne super-hero w klimatach grozy, pozbawione czegokolwiek, co mogłoby go wyróżnić wśród podobnych tytułów. Jedyne, za co warto go pochwalić to bardzo umiejętnie odnoszenie się do tradycji swoich wielkich poprzedników, głównie wspomnianego we wstępie Alana Moore`a. Snyder ze zręcznością i szacunkiem retconuje poplątane losy Aleca Hollanda tworząc w miarę spójną i przekonującą mitologię Potwora z Bagien. Poza tym to nieźle napisane czytadło, ze świetną oprawą wizualną, ale tylko wtedy, gdy ołówek dzierży Yanick Paquett. Jego wysmakowane, intensywne, bardzo plastyczne rysunki robią naprawdę dobrze. Kiedy jednak oddaje go któremuś ze swoich zastępców – Rudy`emu, Parsonsowi czy Lacombe`owi – mimo, że zachowują spójność stylistyczną, nie prezentują się już tak efektownie.
Etykiety:
Ameryka,
DC Comics,
importowane,
Jeff Lemire,
mainstream,
Mikel Janin,
Peter Milligan,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
Scott Snyder,
super-hero,
Travel Foreman,
Vertigo,
Yanick Paquette
środa, 8 sierpnia 2012
#1102 - Batman vol.1: Court of Owls
Przed nastaniem Nowej 52 Scott Snyder, scenarzysta znany polskiemu czytelnikowi z „Amerykańskiego Wampira” pisał skrypty do „Detective Comics”. Choć bohaterem historii „Black Mirror” nie był Bruce Wayne, tylko Dick Grayson, to Snyder pokazał, że jak mało kto w branży „czuje” postać Mrocznego Rycerza. I to jak. Na fali mojego czytelniczego entuzjazmu do „Court of Owls” wydaje mi się, że Snyder jest najlepszą rzeczą, która przytrafiła się Batmanowi od „Batman: Year 100” Paula Pope`a, a może nawet od czasów Granta i Breyfogle`a…
Historia „Court of Owls” rozpoczyna się na balu, podczas którego Bruce Wayne ogłasza serię inwestycji w „przyszłość Gotham”. Właściciel Wayne Enterprise nie chce, aby jego rodzinne miasto wciąż uchodziło za siedlisko psychopatycznych przestępców, rządzone przez mafijne rodziny, w którym ludzie boją się wychodzić na ulice po zmroku. Nie ma jednak pojęcia, że podejmując śledztwo w sprawie morderstwa dokonanego za pomocą noży z wizerunkami sów już wkrótce dopadnie go ta sama mroczna przeszłość Gotham, od której chce się odciąć. Bowiem miasto Batmana nieprzypadkowo cieszy się taką, a nie inną opinię…
Nie chcą zdradzać zbyt wiele z fabuły pierwszego trejda zresetowanego „Batmana”. Powiem tylko, że możecie po nim spodziewać się wątków, które kiedyś się już pojawiały. Motyw złamania Nietoperza, jest co najmniej tak stary, jak Bane, a przecież całkiem niedawno odkurzył go Grant Morrison. Także w jego runie przewijał się wątek tajnej, pseudo-masońskiej organizacji zza kulis pociągającej za sznurki w Gotham, a eksplorowanie mrocznej historii bat-miasta jest już przecież ograne, aż do bólu. Paranoja Batmana? Nieodkryte sekrety z jego przeszłości? Wszystko to już było. Ale Snyderowi w podejmowaniu tych i kilku innych wątków udało się uniknąć wszechobecnego w komiksie superbohaterskim schematyzmu, przyprawiającego mnie o nieznośny ból zębów. „Court of Owls” jest cholernie błyskotliwie napisane, fabuła jest precyzyjnie dopracowana. Akcja trzyma w napięciu, jak najlepszy thriller, a komiks swoją dramaturgią mogłoby obdzielić jeszcze kilka innych serii, choćby „Batman: R.I.P.”. W przeciwieństwie do Morrisona Snyder nie przedstawia Mrocznego Rycerza, jako gotowego na wszystko nadczłowieka. W pierwszym tomie „Batmana” zobaczycie Bruce`a popełniającego błędy, pobitego, który musi stawić czoło niebezpieczeństwu ponad swoje (i swoich przyjaciół) siły.
Snyder wiele ryzykuje rozbudowując bat-mitologię o sowi wątek. Grzebiąc w najgłębiej zakorzenionych motywach może skończyć jak Geoff Johns, który wspaniale odnowił legendę Zielonej Latarnii, aby potem skończyć na masowej produkcji nowych, kolorowych korpusów. Jak będzie to wyglądało w przypadku strażnika Gotham to się dopiero okaże, ale na razie wszystko poukładane jest wręcz wzorowo. Nie ma się od czego przyczepić, podobnie zresztą jest w przypadku współpracy na linii scenarzysta-rysownik. Wyraźnie czuć, że między Gregiem Capullo, a Snyderem jest komiksowa chemia. Jeśli kojarzycie styl Capullo, z tym co prezentował na łamach polskich „X-Men” („X-Cutioner Song”) czy gdy w „Spawnie” przejął pałeczkę po jego twórcy możecie się nieco zdziwić. Artysta odszedł od inspiracji style Jima Lee czy Todda McFaralane`a i poszedł własną drogą w kierunku bardziej syntetycznego, dynamicznego i uproszczonego rysunku. Ta zmiana wyszła całkiem nieźle, choć przyznam, że nie rozumem chóru zachwytów nad jego kunsztem.
Największą wadą „Court of Owls” jest to, że jako historia nie jest zamkniętą całością. Nie zdradzając chyba zbyt wiele powiem, że w finale, zamiast punktu kulminacyjnego dostajemy potężny cliffhanger będący wstępem do „Night of Owls”. Z reguły rozlewanie nawet najbardziej fantastycznej historii na wielki crossover nie kończy się dobrze. Czy Snyderowi uda się zrobić wyjątek od tej reguły? Czy jego praca będzie po latach wspominana, jako klasyka? Chętnie się o tym przekonam.
Historia „Court of Owls” rozpoczyna się na balu, podczas którego Bruce Wayne ogłasza serię inwestycji w „przyszłość Gotham”. Właściciel Wayne Enterprise nie chce, aby jego rodzinne miasto wciąż uchodziło za siedlisko psychopatycznych przestępców, rządzone przez mafijne rodziny, w którym ludzie boją się wychodzić na ulice po zmroku. Nie ma jednak pojęcia, że podejmując śledztwo w sprawie morderstwa dokonanego za pomocą noży z wizerunkami sów już wkrótce dopadnie go ta sama mroczna przeszłość Gotham, od której chce się odciąć. Bowiem miasto Batmana nieprzypadkowo cieszy się taką, a nie inną opinię…
Nie chcą zdradzać zbyt wiele z fabuły pierwszego trejda zresetowanego „Batmana”. Powiem tylko, że możecie po nim spodziewać się wątków, które kiedyś się już pojawiały. Motyw złamania Nietoperza, jest co najmniej tak stary, jak Bane, a przecież całkiem niedawno odkurzył go Grant Morrison. Także w jego runie przewijał się wątek tajnej, pseudo-masońskiej organizacji zza kulis pociągającej za sznurki w Gotham, a eksplorowanie mrocznej historii bat-miasta jest już przecież ograne, aż do bólu. Paranoja Batmana? Nieodkryte sekrety z jego przeszłości? Wszystko to już było. Ale Snyderowi w podejmowaniu tych i kilku innych wątków udało się uniknąć wszechobecnego w komiksie superbohaterskim schematyzmu, przyprawiającego mnie o nieznośny ból zębów. „Court of Owls” jest cholernie błyskotliwie napisane, fabuła jest precyzyjnie dopracowana. Akcja trzyma w napięciu, jak najlepszy thriller, a komiks swoją dramaturgią mogłoby obdzielić jeszcze kilka innych serii, choćby „Batman: R.I.P.”. W przeciwieństwie do Morrisona Snyder nie przedstawia Mrocznego Rycerza, jako gotowego na wszystko nadczłowieka. W pierwszym tomie „Batmana” zobaczycie Bruce`a popełniającego błędy, pobitego, który musi stawić czoło niebezpieczeństwu ponad swoje (i swoich przyjaciół) siły.
Snyder wiele ryzykuje rozbudowując bat-mitologię o sowi wątek. Grzebiąc w najgłębiej zakorzenionych motywach może skończyć jak Geoff Johns, który wspaniale odnowił legendę Zielonej Latarnii, aby potem skończyć na masowej produkcji nowych, kolorowych korpusów. Jak będzie to wyglądało w przypadku strażnika Gotham to się dopiero okaże, ale na razie wszystko poukładane jest wręcz wzorowo. Nie ma się od czego przyczepić, podobnie zresztą jest w przypadku współpracy na linii scenarzysta-rysownik. Wyraźnie czuć, że między Gregiem Capullo, a Snyderem jest komiksowa chemia. Jeśli kojarzycie styl Capullo, z tym co prezentował na łamach polskich „X-Men” („X-Cutioner Song”) czy gdy w „Spawnie” przejął pałeczkę po jego twórcy możecie się nieco zdziwić. Artysta odszedł od inspiracji style Jima Lee czy Todda McFaralane`a i poszedł własną drogą w kierunku bardziej syntetycznego, dynamicznego i uproszczonego rysunku. Ta zmiana wyszła całkiem nieźle, choć przyznam, że nie rozumem chóru zachwytów nad jego kunsztem.
Największą wadą „Court of Owls” jest to, że jako historia nie jest zamkniętą całością. Nie zdradzając chyba zbyt wiele powiem, że w finale, zamiast punktu kulminacyjnego dostajemy potężny cliffhanger będący wstępem do „Night of Owls”. Z reguły rozlewanie nawet najbardziej fantastycznej historii na wielki crossover nie kończy się dobrze. Czy Snyderowi uda się zrobić wyjątek od tej reguły? Czy jego praca będzie po latach wspominana, jako klasyka? Chętnie się o tym przekonam.
środa, 1 sierpnia 2012
#1096 - Rzut za 3: Mniejszosci
Dan DiDio szumnie zapowiadał, że nowe DCU będzie znacznie bardziej zróżnicowane pod każdym względem. Bohaterem po relaunchu miał móc zostać każdy – gej, lesbijka, osoba o innym, niż biały kolorze skóry, Afroamerykanin, Azjata czy Latynos. Bardzo szybko się jednak okazało, że te śmiałe deklaracje to tylko element kampanii PR`owej wydawnictwa. Dywersyfikacji płciowa, seksualna i etniczna ujęta została w sposób absolutnie stereotypowy i powierzchowny. Stały się listkiem figowym, służącym do grania na różnych frontach medialnych i robienia szumu.
„Blue Beetle vol.1 – Metamorphosis” (Tony Bedard i IG Guara)
W „Blue Beetle” widać to doskonale. Głównym bohaterem serii jest mieszkający w El Paso Jaime Reyes. Pomimo nieco ciemniejszej karnacji i rodziców posługujących się spanglishem jest dość wierną kopią Petera Parkera. Szkolnego ślamazary, dość regularnie dostającego w szkole bęcki, który przypadkiem wchodzi w posiadanie artefaktu, dzięki któremu stanie się superherosem. Cała „etniczność” tego komiksu, jak i postaci, ogranicza się do tego, że odpowiednik Flasha Thompsona w świecie Jaimiego jest blondynem, a jego Harry Osborn to członek gangu. Reszta – problemy typowe dla nastolatków, sercowe rozterki, a nawet powracająca mantra o odpowiedzialności mają bardzo uniwersalny charakter, bliski przygodom Człowieka Pająka. Tony Bedard i IG Guara prowadzą typową postkolonialną narrację ujmująca tożsamość meksykańskiej mniejszości z punktu widzenia kultury szeroko pojmowanego „zachodu”. Przebijają z niej najbardziej płytkie klisze poznawcze, ograniczające „latynoskość” do kilku, najbardziej stereotypowych cech i ujęć. Sama historia trzyma jednak niezły dla tego typu produkcji poziom – Bedard poradził sobie z fabułą znacznie lepiej, niż przypadku koszmarnych „New Guardians”, a Guara to bardzo solidny wyrobnik, który zasłużyłby sobie na jeszcze lepszą ocenę, gdyby tylko nauczył się rysować kobiece twarze. Pierwszy, originowy tom to solidna lektura, zachęcająca do zapoznania się ciągiem dalszym.
„Supergirl vol.1 – Last Daughter of Krypton” (Micheal Green, Mike Johnson i Mahmud Asrar, Bill Reinhold)
Pierwszy trejd nowego on-goinga „Supergirl” również jest typową historią o narodzinach, ale gorszej jakości. W „Last Daughter of Krypton” poznajemy pochodzenie Kary Zor-El, kuzynki Kal Ela oraz dowiadujemy się nieco więcej o tragedii, jaka spotkała Krypton. Nie można powiedzieć, że scenarzyści Micheal Green i Mike Johnson specjalnie się wysili – cała opowieść to w zasadzie jedna wielka bijatyka, przerywana strzępami dialogów. Roboty, Człowiek ze Stali, sługusy Tycho, Worldkillers – w tym zagęszczeniu promieni z dupy trudno znaleźć miejsce na uwypuklenie charakteru głównej bohaterki. Kara pozostaje jedynie marną kopią swojego sławniejszego kuzyna, a w dodatku jej kobiecość nie została w żaden sposób podkreślona. Okradzioną ją nawet z krótkiej spódniczki, w jakiś sposób definiującej jej infantylną seksualność, która prowokowała przynajmniej do dyskusji i budziła kontrowersje w pruderyjnym, amerykański społeczeństwie. W Nowej 52 Supergirl stała się wypraną z charakteru, pozbawioną jakiejkolwiek płciowości suprbohaterską matrycą. Pomysłowości Greenowi i Johnsonowi zabrakło również przy tworzeniu nowego villaina, Simona Tycho – to wypisz wymaluj młodszy Lex Luthor z włosami. Za grosz oryginalności nie ma również w kresce Mahmuda Asrara, który jest Stuartem Immonenem dla ubogich. Jego kresce brakuje tak tożsamości, jak dokładności. „Last Daughter of Krypton” narysowana jest cholernie nierówno. Asrar ma duże problemy z abecadłem komiksowego rzemieślnika – perspektywą, fizjonomią (wygląd Supermana w drugim zeszycie woła o pomstę do nieba!), anatomią, dbałością o szczegóły – po prostu ze wszystkim. Dość powiedzieć, że najlepiej narysowany jest epizod numer trzy, w który regularnego rysownika ratuje pomoc Billa Reinholda i znakomite kolory Paula Mountsa.
„Mister Terrific vol.1 – Mind Games” (Eric Wallace i Gianluca Gugliotta, Scott Clark, Olivier Nome)
Na pierwszy rzut oka jest posiadaczem jednej z największych fortun na świecie i kawalerem, w którym kochają się wszystkie kobiety. Jednak za tą fasadą kryje się superheros, którego największą bronią w świecie pełnym superistot i kosmitów jest intelekt. Nie, to nie Batman, tylko jego sobowtór z wschodniego wybrzeża – Mister Terrific. Może nie przedsiębiorca i detektyw, ale naukowiec, posiadający nie grzeszące oryginalnością odpowiedniki Bat-jaskini (T-sanktuarium) i bat-gadżetów (T-spheres). Od swojego pierwowzoru Micheal Holt różni się tylko tym, że jest czarny, a jego przygody utrzymane są w konwencji „science adventures”. Przynajmniej z założenia, bo w praktyce niczym nie różnią się zwyczajnych, superbohaterskich nawalanek. Wyjątek od tej reguły można znaleźć jedynie w zeszycie szóstym, kiedy Terrific wybiera się na Islandię. Fabularnie jest od sztancy, a oprawie graficznej szkodzi zbyt duża rotacja rysowników. Wiodącym grafikiem jest Gugliotta, który prezentuje się fatalnie. Tylko nieco lepiej jest w przypadku Nome`a, a oceną najmocniej podnosi Clark, którego styl mile kojarzy się z tym, co można oglądać na łamach „Invincible”. Oprócz tego historia jest zupełnie nieprzyjazna dla nowego czytelnika. Motywacje Holta są niejasne. Nie do końca rozumiem czemu został akurat bohaterem, czym są jego t-spheres i o co chodzi z tym „Fair Play”, a skądinąd wiem, że są to elementy kluczowe dla tej postaci. Tylko dlaczego Wallace nie zadał sobie trudu aby odpowiednio je wyeksponować? Trudno się dziwić, że seria została skasowana w pierwszym rzędzie, po zaledwie ośmiu numerach. Co w komiksie zwraca na siebie uwagę? Znakomity design stroju Terrifica, fantastyczne okładki JG Jonesa i transgenderowy wątek Py`lothi, choć został rozegrany strasznie banalnie. Prawdziwą perełką jest jednak Brianstorm, villain potrafiący między innymi wzmacniać ultra-prawicowe, konserwatywne nastroje w swoich ofiarach. Za kilka lat będzie takim samym kuriozum, jakimi dzisiaj są Rainbow Rider czy Asbestos Man.
„Blue Beetle vol.1 – Metamorphosis” (Tony Bedard i IG Guara)
W „Blue Beetle” widać to doskonale. Głównym bohaterem serii jest mieszkający w El Paso Jaime Reyes. Pomimo nieco ciemniejszej karnacji i rodziców posługujących się spanglishem jest dość wierną kopią Petera Parkera. Szkolnego ślamazary, dość regularnie dostającego w szkole bęcki, który przypadkiem wchodzi w posiadanie artefaktu, dzięki któremu stanie się superherosem. Cała „etniczność” tego komiksu, jak i postaci, ogranicza się do tego, że odpowiednik Flasha Thompsona w świecie Jaimiego jest blondynem, a jego Harry Osborn to członek gangu. Reszta – problemy typowe dla nastolatków, sercowe rozterki, a nawet powracająca mantra o odpowiedzialności mają bardzo uniwersalny charakter, bliski przygodom Człowieka Pająka. Tony Bedard i IG Guara prowadzą typową postkolonialną narrację ujmująca tożsamość meksykańskiej mniejszości z punktu widzenia kultury szeroko pojmowanego „zachodu”. Przebijają z niej najbardziej płytkie klisze poznawcze, ograniczające „latynoskość” do kilku, najbardziej stereotypowych cech i ujęć. Sama historia trzyma jednak niezły dla tego typu produkcji poziom – Bedard poradził sobie z fabułą znacznie lepiej, niż przypadku koszmarnych „New Guardians”, a Guara to bardzo solidny wyrobnik, który zasłużyłby sobie na jeszcze lepszą ocenę, gdyby tylko nauczył się rysować kobiece twarze. Pierwszy, originowy tom to solidna lektura, zachęcająca do zapoznania się ciągiem dalszym.
„Supergirl vol.1 – Last Daughter of Krypton” (Micheal Green, Mike Johnson i Mahmud Asrar, Bill Reinhold)
Pierwszy trejd nowego on-goinga „Supergirl” również jest typową historią o narodzinach, ale gorszej jakości. W „Last Daughter of Krypton” poznajemy pochodzenie Kary Zor-El, kuzynki Kal Ela oraz dowiadujemy się nieco więcej o tragedii, jaka spotkała Krypton. Nie można powiedzieć, że scenarzyści Micheal Green i Mike Johnson specjalnie się wysili – cała opowieść to w zasadzie jedna wielka bijatyka, przerywana strzępami dialogów. Roboty, Człowiek ze Stali, sługusy Tycho, Worldkillers – w tym zagęszczeniu promieni z dupy trudno znaleźć miejsce na uwypuklenie charakteru głównej bohaterki. Kara pozostaje jedynie marną kopią swojego sławniejszego kuzyna, a w dodatku jej kobiecość nie została w żaden sposób podkreślona. Okradzioną ją nawet z krótkiej spódniczki, w jakiś sposób definiującej jej infantylną seksualność, która prowokowała przynajmniej do dyskusji i budziła kontrowersje w pruderyjnym, amerykański społeczeństwie. W Nowej 52 Supergirl stała się wypraną z charakteru, pozbawioną jakiejkolwiek płciowości suprbohaterską matrycą. Pomysłowości Greenowi i Johnsonowi zabrakło również przy tworzeniu nowego villaina, Simona Tycho – to wypisz wymaluj młodszy Lex Luthor z włosami. Za grosz oryginalności nie ma również w kresce Mahmuda Asrara, który jest Stuartem Immonenem dla ubogich. Jego kresce brakuje tak tożsamości, jak dokładności. „Last Daughter of Krypton” narysowana jest cholernie nierówno. Asrar ma duże problemy z abecadłem komiksowego rzemieślnika – perspektywą, fizjonomią (wygląd Supermana w drugim zeszycie woła o pomstę do nieba!), anatomią, dbałością o szczegóły – po prostu ze wszystkim. Dość powiedzieć, że najlepiej narysowany jest epizod numer trzy, w który regularnego rysownika ratuje pomoc Billa Reinholda i znakomite kolory Paula Mountsa.
„Mister Terrific vol.1 – Mind Games” (Eric Wallace i Gianluca Gugliotta, Scott Clark, Olivier Nome)
Na pierwszy rzut oka jest posiadaczem jednej z największych fortun na świecie i kawalerem, w którym kochają się wszystkie kobiety. Jednak za tą fasadą kryje się superheros, którego największą bronią w świecie pełnym superistot i kosmitów jest intelekt. Nie, to nie Batman, tylko jego sobowtór z wschodniego wybrzeża – Mister Terrific. Może nie przedsiębiorca i detektyw, ale naukowiec, posiadający nie grzeszące oryginalnością odpowiedniki Bat-jaskini (T-sanktuarium) i bat-gadżetów (T-spheres). Od swojego pierwowzoru Micheal Holt różni się tylko tym, że jest czarny, a jego przygody utrzymane są w konwencji „science adventures”. Przynajmniej z założenia, bo w praktyce niczym nie różnią się zwyczajnych, superbohaterskich nawalanek. Wyjątek od tej reguły można znaleźć jedynie w zeszycie szóstym, kiedy Terrific wybiera się na Islandię. Fabularnie jest od sztancy, a oprawie graficznej szkodzi zbyt duża rotacja rysowników. Wiodącym grafikiem jest Gugliotta, który prezentuje się fatalnie. Tylko nieco lepiej jest w przypadku Nome`a, a oceną najmocniej podnosi Clark, którego styl mile kojarzy się z tym, co można oglądać na łamach „Invincible”. Oprócz tego historia jest zupełnie nieprzyjazna dla nowego czytelnika. Motywacje Holta są niejasne. Nie do końca rozumiem czemu został akurat bohaterem, czym są jego t-spheres i o co chodzi z tym „Fair Play”, a skądinąd wiem, że są to elementy kluczowe dla tej postaci. Tylko dlaczego Wallace nie zadał sobie trudu aby odpowiednio je wyeksponować? Trudno się dziwić, że seria została skasowana w pierwszym rzędzie, po zaledwie ośmiu numerach. Co w komiksie zwraca na siebie uwagę? Znakomity design stroju Terrifica, fantastyczne okładki JG Jonesa i transgenderowy wątek Py`lothi, choć został rozegrany strasznie banalnie. Prawdziwą perełką jest jednak Brianstorm, villain potrafiący między innymi wzmacniać ultra-prawicowe, konserwatywne nastroje w swoich ofiarach. Za kilka lat będzie takim samym kuriozum, jakimi dzisiaj są Rainbow Rider czy Asbestos Man.
Etykiety:
DC Comics,
Eric Wallace,
Gianluca Gugliotta,
IG Guara,
importowane,
Mahmud Asrar,
mainstream,
Micheal Green,
Mike Johnson,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
super-hero,
Tony Bedard
piątek, 27 lipca 2012
#1091 - Green Lantern vol.1: Sinestro
Czwarta seria „Zielonej Latarni” była jednym z ostatnich superbohaterskich tytułów, w których się zakochałem. Geoff Johns w wielkim stylu odnowił jedną z ikon DC Comics, przebojem wdzierając się do elity mainstreamowych scenarzystów. Ale po fantastycznym „Rebirth” i jeszcze lepszym „Sinestro Corps War” zaczęło się wielkie odliczanie do „Blackest Night”. Właśnie wtedy, wraz z pojawieniem się obowiązków w zarządzie DC Comics, forma Johnsa zaczęła spadać. Dramatycznie.
Ostatnią historią, którą się jeszcze, mówiąc kolokwialnie, jarałem był „Agent Orange” (choć może była to bardziej zasługa oprawy graficznej, niż skryptu), bo potem to już nie było to. „Najczarniejsza Noc” nie okazała się takim rozczarowaniem, jak chcieliby niektórzy, ale pozostawała poniżej poziomu najlepszych prac Johnsa. Czegoś w niej brakowało. Wraz z rozpoczęciem „Brightest Day” dałem sobie całkowicie spokój z Johnsem i „GL”, ale wciąż wierzyłem, że to jeszcze nie koniec. Miałem nadzieję, że Johns nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Przygody Zielonej Latarni w ramach Nowej 52 wydawały mi się dobrą okazją, żeby dać szansę Johnsowi. Odpuściłem sobie „Flash: Rebirth”, nie wierzyłem w „Aqumana”, ale po cichu liczyłem, że to będzie właśnie to – przecież to „GL”… Poza tym główną rolę w komiksie miał grać Sinestro. Po brawurowych występach w „Rebirth” i „SCW” na stale dołączył do panteonu moich najukochańszych superłotrów. Miało być dobrze, a wyszło, no cóż – jak zawsze,
Relaunch DCU w niewielkim stopniu dotknął tytuły z zielonej rodziny. Właściwie cała narracja Johnsa od czasów „Rebirth” została zachowana. Historia w pierwszym albumie rozpoczyna się w momencie, kiedy do służby w zielonym mundurze wraca największy Green Lantern w historii. Sinestro otrzymał szansę na odkupienie swoich win. Słusznie wietrzy w tym jakiś podstęp Strażników, ale dzięki pierścieniowi będzie mógł uporać się z kilkoma niedokończonymi sprawami, poczynając od Korugaru i Żółtego Korpusu. Sam nie da rady, więc prosi o pomoc Hala Jordana, który stracił uprawnienia Latarnika. Teraz, aby je odzyskać musi podpisać pakt z diabłem…
Oprócz tego, że Johns wyraźnie szykuje grunt pod kolejną wielką historia (machinacje Strażników, rozwiązanie problemu z Ganthetem, zaczątki Trzeciej Armii) to sam pomysł na oddanie zielonego pierścienia Sinestro i zdegradowanie Hala mogły stać się punktem wyjścia do co najmniej tak frapującej historii, jaką była „The Road Back”. W jaki sposób największy ziemski Lantern miałby się pogodzić z decyzją swoich kosmicznych przełożonych? Jakiej dynamiki nabrałyby stosunki pomiędzy nim, a jego najbardziej zaciekłym wrogiem? Czy Sinestro na pewno nie miał racji w swojej ocenia Jordana i czy jego sposób pilnowania porządku w galaktyce jest naprawdę taki zły? Johns nie zadał sobie trudu podjęcia tych kwestii. Zadowolił się nieprzekonującą fabułą o powrocie Hala na ziemię i smętnej walce o uwolnienie Korugaru spod żółtej tyranii. Historia jest dziurawa (jak Sinestro od tak mógł stworzyć kopię swojego pierścienia? Czemu jago plan był tak cholernie idiotyczny? Dlaczego, u diabła, Carol oczekiwała od Hala oświadczyn? – długo można by tak wymieniać), napisana bez pomysłu, nie ma w niej za grosz epickości, towarzyszącej najlepszym pracom Johnsa, słowem – nie oferuje nic ponad bardzo przeciętną superbohaterską papkę.
Kończąc tę tyradę muszę jednak pochwalić Douga Mahnkego, który nigdy do moich ulubieńców nie należał, a spisał się naprawdę przyzwoicie Jest on autorem niemal całego „Sinestro” (jeden zeszyt zilustrował Mike Choi i przez litość ten fakt wypada przemilczeć) i jego rysunki nie trącają tak sztuczności, jak w przypadku poprzednich prac. Oczywiście, daleko mu wciąż do pierwszej ligi i ma problem z twarzami, ale jego grafiki nie przeszkadza w lekturze tak bardzo, jak to bywało kiedyś.
Cieszący się statusem supergwiazdy w branży Geoff Johns może pozwolić sobie na więcej, w pisanych przez siebie seriach, niż przeciętny skryba na etacie w DC Comics. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie siedzi nad nim żaden redaktor każący mu zrobić to, a nie pozwalający na tamto. Nie musi liczyć się z wynikami sprzedaży, nie musi bać się, że jego seria zostanie zamknięta i zastąpiona inną. W przeciwieństwie do na przykłada Paula Cornella może pozwolić sobie na zdekompresowaną fabułą i leniwe rozwijanie akcji. Bo wie, że marka i nazwisko i tak nabiją sprzedaż, bez względu na jakość produktu. Ale takie są już prawa amerykańskiego rynku.
(tekst pierwotnie opublikowano na łamach serwisu DC Multiverse)
Ostatnią historią, którą się jeszcze, mówiąc kolokwialnie, jarałem był „Agent Orange” (choć może była to bardziej zasługa oprawy graficznej, niż skryptu), bo potem to już nie było to. „Najczarniejsza Noc” nie okazała się takim rozczarowaniem, jak chcieliby niektórzy, ale pozostawała poniżej poziomu najlepszych prac Johnsa. Czegoś w niej brakowało. Wraz z rozpoczęciem „Brightest Day” dałem sobie całkowicie spokój z Johnsem i „GL”, ale wciąż wierzyłem, że to jeszcze nie koniec. Miałem nadzieję, że Johns nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Przygody Zielonej Latarni w ramach Nowej 52 wydawały mi się dobrą okazją, żeby dać szansę Johnsowi. Odpuściłem sobie „Flash: Rebirth”, nie wierzyłem w „Aqumana”, ale po cichu liczyłem, że to będzie właśnie to – przecież to „GL”… Poza tym główną rolę w komiksie miał grać Sinestro. Po brawurowych występach w „Rebirth” i „SCW” na stale dołączył do panteonu moich najukochańszych superłotrów. Miało być dobrze, a wyszło, no cóż – jak zawsze,
Relaunch DCU w niewielkim stopniu dotknął tytuły z zielonej rodziny. Właściwie cała narracja Johnsa od czasów „Rebirth” została zachowana. Historia w pierwszym albumie rozpoczyna się w momencie, kiedy do służby w zielonym mundurze wraca największy Green Lantern w historii. Sinestro otrzymał szansę na odkupienie swoich win. Słusznie wietrzy w tym jakiś podstęp Strażników, ale dzięki pierścieniowi będzie mógł uporać się z kilkoma niedokończonymi sprawami, poczynając od Korugaru i Żółtego Korpusu. Sam nie da rady, więc prosi o pomoc Hala Jordana, który stracił uprawnienia Latarnika. Teraz, aby je odzyskać musi podpisać pakt z diabłem…
Oprócz tego, że Johns wyraźnie szykuje grunt pod kolejną wielką historia (machinacje Strażników, rozwiązanie problemu z Ganthetem, zaczątki Trzeciej Armii) to sam pomysł na oddanie zielonego pierścienia Sinestro i zdegradowanie Hala mogły stać się punktem wyjścia do co najmniej tak frapującej historii, jaką była „The Road Back”. W jaki sposób największy ziemski Lantern miałby się pogodzić z decyzją swoich kosmicznych przełożonych? Jakiej dynamiki nabrałyby stosunki pomiędzy nim, a jego najbardziej zaciekłym wrogiem? Czy Sinestro na pewno nie miał racji w swojej ocenia Jordana i czy jego sposób pilnowania porządku w galaktyce jest naprawdę taki zły? Johns nie zadał sobie trudu podjęcia tych kwestii. Zadowolił się nieprzekonującą fabułą o powrocie Hala na ziemię i smętnej walce o uwolnienie Korugaru spod żółtej tyranii. Historia jest dziurawa (jak Sinestro od tak mógł stworzyć kopię swojego pierścienia? Czemu jago plan był tak cholernie idiotyczny? Dlaczego, u diabła, Carol oczekiwała od Hala oświadczyn? – długo można by tak wymieniać), napisana bez pomysłu, nie ma w niej za grosz epickości, towarzyszącej najlepszym pracom Johnsa, słowem – nie oferuje nic ponad bardzo przeciętną superbohaterską papkę.
Kończąc tę tyradę muszę jednak pochwalić Douga Mahnkego, który nigdy do moich ulubieńców nie należał, a spisał się naprawdę przyzwoicie Jest on autorem niemal całego „Sinestro” (jeden zeszyt zilustrował Mike Choi i przez litość ten fakt wypada przemilczeć) i jego rysunki nie trącają tak sztuczności, jak w przypadku poprzednich prac. Oczywiście, daleko mu wciąż do pierwszej ligi i ma problem z twarzami, ale jego grafiki nie przeszkadza w lekturze tak bardzo, jak to bywało kiedyś.
Cieszący się statusem supergwiazdy w branży Geoff Johns może pozwolić sobie na więcej, w pisanych przez siebie seriach, niż przeciętny skryba na etacie w DC Comics. Oznacza to mniej więcej tyle, że nie siedzi nad nim żaden redaktor każący mu zrobić to, a nie pozwalający na tamto. Nie musi liczyć się z wynikami sprzedaży, nie musi bać się, że jego seria zostanie zamknięta i zastąpiona inną. W przeciwieństwie do na przykłada Paula Cornella może pozwolić sobie na zdekompresowaną fabułą i leniwe rozwijanie akcji. Bo wie, że marka i nazwisko i tak nabiją sprzedaż, bez względu na jakość produktu. Ale takie są już prawa amerykańskiego rynku.
(tekst pierwotnie opublikowano na łamach serwisu DC Multiverse)
wtorek, 10 lipca 2012
#1075 - Rzut za 3: Liga, Latarnie i renegaci
W pierwszym rzucie za trzy poświęconym komiksom zrealunchowanego DCU na warsztat wziąłem trzy drużynowe tytuły Nowej 52. Ułożone są w nieprzypadkowej kolejności – od tych najsłabszych, do tych (tylko nieco) lepszych.
„Green Lantern: New Guardians vol.1 – The Ring Bearer” (Tony Bedard, Tyler Kirkham i Harvey Tolibao)
Idę o zakład, że „New Guardians” powstało w ciszy redaktorskich gabinetów DC Comics. Geoff Johns namnożył tyle tych korpusów i latarników, że trzeba było stworzyć jakiś dodatkowy tytuł, aby je móc jakoś zagospodarować. Halowi Jordanowi i Sinestro dostał się „GL”, Johnowi Stewartowi, Guy`owi Gardnerowi i reszcie korpusu – „GL Corps”, Atrocitus ma on-going „Red Lanterns”, a Kyle Rayner gra pierwsze skrzypce w „GL: NG”. Punktem wyjścia historii jest moment, w którym czwarty ziemski Lantern zostaje obdarowany kompletem kolorowej biżuterii z kosmosu. Na ziemi natychmiast zjawiają się przedstawiciele wszystkich korpusów i – uwaga, niespodzianka! – ich spotkanie kończy się wielką bijatyką. Potem, cała ta kolorowa gromadka rusza na Oa, by wyjaśnić tą tajemniczą sprawą – nie zgadniecie nigdy! – dochodzi do wielkiej bijatyki. Wreszcie, gdy poznajemy tajemnicę systemu Vega i na scenę wkracza istota, odpowiedzialna za całe to zamieszanie – jak już pewnie wiecie – dochodzi do wielkiej bijatyki. Nawet lubię superbohaterskie nawalanki, ale sposób, w jaki zostały zrealizowane na łamach „The Ring Bearer” znajduje się poniżej jakiejkolwiek krytyki. Fabuła pióra Tony`ego Bedarda prezentuje poziom najbardziej żałosnych fanfików komiksowych grafomanaów. Dodatkowo fanbojów z pewnością będę irytować nieścisłości z tym, co o Czerwonym Korpusie można przeczytać u Petera Milligana. Rysunki? Tyler Kirkham to jakiś zapomniany pogrobowiec stylu Top Cow i kreski Marka Silvestriego – to chyba jeszcze gorsza zaraza, niż płascy epigoni Jima Lee. Jedyne dobre momenty tego komiksu to te, w których ołówek przejmuje Harvey Tolibao, całkiem utalentowany komiksowy artysta. To jednak zdecydowanie za mało, aby uratować ten album przed (symbolicznym) spuszczeniem w kiblu.
„Red Hood and the Outlaws vol.1 – REDemption” (Scott Lobdell i Kenneth Rocafort)
Poziom wyżej można umiejscowić pierwszy trejd serii „Red Hood and the Outlaws”. Komiks pisany przez weterana lat dziewięćdziesiątych Scotta Lobdella, trzyma poziom przeciętnej, boleśnie konwencjonalnej historyjki superbohaterskiej. Jest motyw zemsty, niewykonalne zadanie, grzechy przeszłości i inne tym podobne rekwizyty. A wszystko to utrzymane w manierze komiksowych nineties. Ma być ekstremalnie, z dużą ilością cycków, strzelania, samurajskich mieczy i kolorowych laserów, aby czytelnik, na co drugiej stronie mógł krzyczeć „cool!” i „awesome!”. Przyznam, że ta efekciarska maniera Lobdella irytowała mnie niezmiernie. Niemniej, warto zwrócić uwagę na ten album z dwóch powodów. Po pierwsze, nowa Starfire swoim wyuzdanym zachowaniem pobudziła dyskusję na temat granic i sposobu eksponowania kobiecej seksualności w komiksie. Z jednej strony jest bowiem wyzwoloną kosmitką, która gdzieś ma ziemską pruderyjność, a drugiej – cała ta jej emancypacja ogranicza się do krążenia między łóżkami Red Hooda i Arsenala. Zresztą podejście do erotyki i seksualności w Nowej 52 (zbliżenie Batmana i Catwoman czy sposób, w jaki Atrocitus traktuje Bleez w „Red Lantrns”) to rzecz absolutnie frapująca i warto się jej przyjrzeć z bliska. Po drugie – Kenneth Rocafort. Dzięki „REDemption” odkryłem artystę, który mieści się w ścisłej elicie robiących w mainstreamie rysowników. Jeden z czterech, może pięciu najlepszych artystów pracujących w DC. Prace Rocaforta są jednocześnie wysmakowane, cudownie dopieszczone, a z drugiej strony tak napakowane energię, że aż rozsadzają ramki. Co więcej – cały album narysowany jest na równym poziomie, co w przypadku amerykańskich produkcji zdarza się stosunkowo rzadko. Ale to wciąż nieco za mało, żebym komukolwiek z czystym sumieniem mógłbym polecić ten komiks.
„Justice League vol. 1 – Origin” (Geoff Johns i Jim Lee)
Dwa zespoły gwiazd – Geoff Johns z Jimem Lee oraz Batman, Superman, Wonder Woman, Green Lantern, Flash z Cyborgiem miały stać się materiałem na wielki, komiksowy przebój. Od samego początku „Justice League” pomyślane było jako flagowy tytuł relaunchu DCU, mający przynieść krociowe zyski wydawnictwo, a swoim autorom – wieczną sławę. Udało się tylko w tym jednym przypadku – „Liga Sprawiedliwości” przez kilka miesięcy królowała na listach sprzedaży, osiągając w pewnym momencie pułap sprzedaży grubo powyżej 200 tysięcy egzemplarzy. A sam komiks? Cóż, zbyt wiele o nim napisać się nie da. Geoff Johns opisując historię pierwszego spotkania największych ziemskich herosów poszedł po linii najmniejszego oporu, zadowalając się możliwie najprostszymi rozwiązaniami. Na scenie po kolei pojawiają się poszczególni bohaterowie i widząc, jakim zagrożeniem jest Darkseid łączą swoje siły, aby powstrzymać inwazję z Apokalips. Pełna laserów z dupy, umięśnionych herosów ubranych w pstrokate kostiumy, wybuchów i splaszów historia jest wymarzonym materiałem dla Jima Lee do zilustrowania. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy jeden z obecnych redaktorów DC Comics był w tak dobrej formie – oprawa wizualna stoi na naprawdę wysokim poziomie, spokojnie mieszcząc się w wśród najlepszych dokonań Lee. Tylko cóż tego, skoro tego superbohaterskiego eye-candy czytać się po prostu nie da, bo jest przeraźliwie nudne?
„Green Lantern: New Guardians vol.1 – The Ring Bearer” (Tony Bedard, Tyler Kirkham i Harvey Tolibao)
Idę o zakład, że „New Guardians” powstało w ciszy redaktorskich gabinetów DC Comics. Geoff Johns namnożył tyle tych korpusów i latarników, że trzeba było stworzyć jakiś dodatkowy tytuł, aby je móc jakoś zagospodarować. Halowi Jordanowi i Sinestro dostał się „GL”, Johnowi Stewartowi, Guy`owi Gardnerowi i reszcie korpusu – „GL Corps”, Atrocitus ma on-going „Red Lanterns”, a Kyle Rayner gra pierwsze skrzypce w „GL: NG”. Punktem wyjścia historii jest moment, w którym czwarty ziemski Lantern zostaje obdarowany kompletem kolorowej biżuterii z kosmosu. Na ziemi natychmiast zjawiają się przedstawiciele wszystkich korpusów i – uwaga, niespodzianka! – ich spotkanie kończy się wielką bijatyką. Potem, cała ta kolorowa gromadka rusza na Oa, by wyjaśnić tą tajemniczą sprawą – nie zgadniecie nigdy! – dochodzi do wielkiej bijatyki. Wreszcie, gdy poznajemy tajemnicę systemu Vega i na scenę wkracza istota, odpowiedzialna za całe to zamieszanie – jak już pewnie wiecie – dochodzi do wielkiej bijatyki. Nawet lubię superbohaterskie nawalanki, ale sposób, w jaki zostały zrealizowane na łamach „The Ring Bearer” znajduje się poniżej jakiejkolwiek krytyki. Fabuła pióra Tony`ego Bedarda prezentuje poziom najbardziej żałosnych fanfików komiksowych grafomanaów. Dodatkowo fanbojów z pewnością będę irytować nieścisłości z tym, co o Czerwonym Korpusie można przeczytać u Petera Milligana. Rysunki? Tyler Kirkham to jakiś zapomniany pogrobowiec stylu Top Cow i kreski Marka Silvestriego – to chyba jeszcze gorsza zaraza, niż płascy epigoni Jima Lee. Jedyne dobre momenty tego komiksu to te, w których ołówek przejmuje Harvey Tolibao, całkiem utalentowany komiksowy artysta. To jednak zdecydowanie za mało, aby uratować ten album przed (symbolicznym) spuszczeniem w kiblu.
„Red Hood and the Outlaws vol.1 – REDemption” (Scott Lobdell i Kenneth Rocafort)
Poziom wyżej można umiejscowić pierwszy trejd serii „Red Hood and the Outlaws”. Komiks pisany przez weterana lat dziewięćdziesiątych Scotta Lobdella, trzyma poziom przeciętnej, boleśnie konwencjonalnej historyjki superbohaterskiej. Jest motyw zemsty, niewykonalne zadanie, grzechy przeszłości i inne tym podobne rekwizyty. A wszystko to utrzymane w manierze komiksowych nineties. Ma być ekstremalnie, z dużą ilością cycków, strzelania, samurajskich mieczy i kolorowych laserów, aby czytelnik, na co drugiej stronie mógł krzyczeć „cool!” i „awesome!”. Przyznam, że ta efekciarska maniera Lobdella irytowała mnie niezmiernie. Niemniej, warto zwrócić uwagę na ten album z dwóch powodów. Po pierwsze, nowa Starfire swoim wyuzdanym zachowaniem pobudziła dyskusję na temat granic i sposobu eksponowania kobiecej seksualności w komiksie. Z jednej strony jest bowiem wyzwoloną kosmitką, która gdzieś ma ziemską pruderyjność, a drugiej – cała ta jej emancypacja ogranicza się do krążenia między łóżkami Red Hooda i Arsenala. Zresztą podejście do erotyki i seksualności w Nowej 52 (zbliżenie Batmana i Catwoman czy sposób, w jaki Atrocitus traktuje Bleez w „Red Lantrns”) to rzecz absolutnie frapująca i warto się jej przyjrzeć z bliska. Po drugie – Kenneth Rocafort. Dzięki „REDemption” odkryłem artystę, który mieści się w ścisłej elicie robiących w mainstreamie rysowników. Jeden z czterech, może pięciu najlepszych artystów pracujących w DC. Prace Rocaforta są jednocześnie wysmakowane, cudownie dopieszczone, a z drugiej strony tak napakowane energię, że aż rozsadzają ramki. Co więcej – cały album narysowany jest na równym poziomie, co w przypadku amerykańskich produkcji zdarza się stosunkowo rzadko. Ale to wciąż nieco za mało, żebym komukolwiek z czystym sumieniem mógłbym polecić ten komiks.
„Justice League vol. 1 – Origin” (Geoff Johns i Jim Lee)
Dwa zespoły gwiazd – Geoff Johns z Jimem Lee oraz Batman, Superman, Wonder Woman, Green Lantern, Flash z Cyborgiem miały stać się materiałem na wielki, komiksowy przebój. Od samego początku „Justice League” pomyślane było jako flagowy tytuł relaunchu DCU, mający przynieść krociowe zyski wydawnictwo, a swoim autorom – wieczną sławę. Udało się tylko w tym jednym przypadku – „Liga Sprawiedliwości” przez kilka miesięcy królowała na listach sprzedaży, osiągając w pewnym momencie pułap sprzedaży grubo powyżej 200 tysięcy egzemplarzy. A sam komiks? Cóż, zbyt wiele o nim napisać się nie da. Geoff Johns opisując historię pierwszego spotkania największych ziemskich herosów poszedł po linii najmniejszego oporu, zadowalając się możliwie najprostszymi rozwiązaniami. Na scenie po kolei pojawiają się poszczególni bohaterowie i widząc, jakim zagrożeniem jest Darkseid łączą swoje siły, aby powstrzymać inwazję z Apokalips. Pełna laserów z dupy, umięśnionych herosów ubranych w pstrokate kostiumy, wybuchów i splaszów historia jest wymarzonym materiałem dla Jima Lee do zilustrowania. Przyznam, że nie pamiętam, kiedy jeden z obecnych redaktorów DC Comics był w tak dobrej formie – oprawa wizualna stoi na naprawdę wysokim poziomie, spokojnie mieszcząc się w wśród najlepszych dokonań Lee. Tylko cóż tego, skoro tego superbohaterskiego eye-candy czytać się po prostu nie da, bo jest przeraźliwie nudne?
Etykiety:
DC Comics,
Geoff Johns,
Harvey Tolibao,
importowane,
Jim Lee,
Kenneth Rocafort,
mainstream,
Rewolucja w DC,
rzut za 3,
Scott Lobdell,
super-hero,
Tony Bedard,
Tyler Kirkham
piątek, 8 czerwca 2012
#1052 - Najważniejsze relaunche
Jeśli jakaś rzecz stała się trendem w amerykańskim przemyśle komiksowym, to były to relaunche.
Ciągle przepracowywanie tradycji, opowiadanie znanych historii na nowo, ciągłe modyfikowanie kanonu i chęć zaczyniania wszystkiego od nowo, z czystą kartą, jeszcze raz – to nieodłączne cechy przemysłu obrazkowego za Oceanem, a jednocześnie najprostsza definicja tego, czym jest relaunch. Próbuje znaleźć jakiś dobry odpowiednik tego terminu w języku polskim, ale nic dobrego nie przychodzi mi do głowy, więc pozostanie przy oryginalnym brzmieniu.
Relaunche, jako takie, mają różne oblicza. Często wiążą się ze zmianą numeracji, lecz nie zawsze. Niekiedy całkowicie odrzucają tradycję danego bohatera, grupy czy serii, a czasem w mniejszym lub większym stopniu zmieniając ich mitologię. Niekiedy obejmują jeden tytuł, całą rodzinę, a czasem – całe komiksowe uniwersa. Zasada pozostaje jedna bez zmian – startujemy od punktu wyjścia (na różne sposoby rozumianego).
Opierając się na zestawieniu opublikowanym na Newsaramie przygotowałem ranking 10 najważniejszych relaunchy w historii amerykańskiego komiksu. W dużej mierze tekst jest przekładem, czego nie ukrywam, ale dodałem kilka moich uwag. Dajcie znać czy chcecie czytać na Kolorowych więcej tekstów tego typu.
10) Valiant odświeża Gold Key
Dziś pewnie niewielu czytelników pamięta wydawnictwo Valiant, które jak równy z równym na początku lat dziewięćdziesiątych rywalizowało z DC Comics i Marvelem. Jego historia to doskonały przykład ciągłego przepracowywania starych pomysłów na nowo. Założone w 1989 roku przez byłego redaktora naczelnego Domu Pomysłów, Jima Shootera, odświeżyło szereg postaci z wydawnictwa Gold Key. Dzięki zaangażowaniu takich twórców, jak Barry Windsor-Smith czy Bob Layton, stworzono nowe uniwersum komiksowe. Wydawnictwo stało się poniekąd ofiarą własnego sukcesu, bo w 1996 roku zostało kupione przez znanego producenta gier komputerowych Acclaim Entertainemtn i zaliczyło kolejnego, twardego relauncha. Cała dotychczasowa historia została odesłana w niebyt, a serie z numerem jeden na okładce, zostały oddane w ręce takich tuzów, jak Warren Ellis, Mark Waid, Kurt Busiek czy Garth Ennis. Niestety, Valiant pod wodzą Fabiana Niciezy jako E-i-C nie przetrwał kryzysu lat dziewięćdziesiątych, ale w tym roku szykuje się jego kolejny powrót – podczas majowego Free Comic Book Day kolejną szansę dostali X-O Manowar, Bloodshot i Harbinger. Czy tym razem się uda?
9) Renesans Zielonej Latarni
W 2005 roku nazwisko Geoffa Johnsa kojarzyli jedynie czytelnicy „Teen Titans”, których udanie odświeżył. W tamtym czasie „Green Lantern” nie mógł marzyć nawet o statusie, jakim cieszy się dzisiaj, nie mówiąc już o sprzedaży. Wtedy Hal Jordan, z jednego z prominentnych herosów DCU stał się szalonym villainem poszukującym odkupienia i, co tu dużo pisać, brakowało na niego pomysłu. Przydzieleni go do roli Spectre`a nie mogło się utrzymać się zbyt długo. Johns przywrócił go do roli w której czuł się najlepiej. Wybielił jego kartotekę retconując zamieszanie z Parallaksem i przygotował pierwsze zręby mitologii Zielonych Latarni, a następnie przywrócił Korpus. Czwarty wolumin „Green Lanterna” okazał się wielkim sukcesem zarówno artystycznym, jak i komercyjnym, stając się w tamtym momencie najlepszą serią super-hero na rynku. Dziś, Zielona Latarni lśni nieco słabiej, ale wciąż jest bardzo silną marką na rynku. „GL” wywindował Johnsa w strukturach DC Comics, a jego praca stawiana był za wzór twórcom, którzy pracowali nad Nową 52.
8) „Star Wars” w Dark Horse Comics
Dzisiaj, naturalnym wydaje się, że za komiksową część multimedialnego imperium George`a Lucasa odpowiada Dark Horse Comics, ale jeszcze 20 lat niewielu spodziewało się, że serie spod szyldu „Star Wars” staną się tak ważnym segmentem rynku komiksowego. Wszystko zaczęło się od Marvela, który po premierze „Nowej Nadziei” nabył prawa do komiksowej adaptacji i kontynuacji filmu, który co prawda stał się przebojem, ale nie był jeszcze taką marką, jak jest teraz. Przez dziewięć lat, do 1984 roku ukazało się ponad 100 komiksów rozwijające uniwersum „Gwiezdnych Wojen” w nieco staroszkolnym duchu „Flasha Gordona”. Później, na krótko wydawnictwo Blackthorne wydało trzy trójwymiarowe zeszyty i wydawało się, że gwiezdno-wojenna franczyza została na długo pogrzebana.
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to niebywałe, ale w latach dziewięćdziesiątych świat „Star Wars” został zapomniany. Dopiero kilka, niezależnych od siebie inicjatyw przyczyniła się do renesansu gwiezdnej sagi, a wśród nich było także „Dark Empire” – sześciu-częściowa mini-serii Toma Veitcha i Cama Kennedy`ego wydana nakładem Dark Horse w 1991. Historia powrotu Imperatora okazała się wielkim sukcesem, doczekała się kontynuacji i zamieniła się w linię komiksową, obecnych na rynku od 20 lat.
7) Rycerze Marvela
Wciąż pozostajemy w trudnych dla komiksu latach dziewięćdziesiątych, ale przenosimy się bliżej nowego wieku. Marvel podniósł się już po rządach Boba Harrasa, ale nowa era Domu Pomysłu miała dopiero nadejść za sprawą Joe`go Quesady. Przepis na sukces imprintu Marvel Knights z 1998 roku był banalny w swojej prostocie – oddajemy w ręce utalentowanych scenarzystów znanych, acz ostatnio podupadłych bohaterów i nie przeszkadzamy im w pracy z wysokości redaktorskich stołków. Decyzjom Joe`go Q. zawdzięczamy drugie życie „Daredevila” (Kevin Smith i Quesada właśnie), „Punishera” (Garth Ennis i Steve Dillon), „Inhumans” (Paul Jenkins i Jae Lee) czy „Black Panther” (Christopher Priest i Mark Texeira). Największym sukcesem okazał się restart Śmiałka. Był to jeden z pierwszych tytułów, którego renowacja możliwa była dzięki wskrzeszeniu ducha lat osiemdziesiątych. A w dwa lat po relaunchu Quesada został mianowany redaktorem naczelnym Marvela i dzięki jego pracy Earth-616 wygląda dziś tak, a nie inaczej.
6) Zburzenie i odbudowanie Avengers
Dzisiaj, kiedy ledwo, co wyszliśmy z kina z seansu filmowych „Mścicieli”, a w czubie najlepiej sprzedających się komiksów z Marvela znajduje się kilka serii z Avengers w tytule, trudno uwierzyć, że w latach dziewięćdziesiątych dominującą marką Domu Pomysłów byli X-Men. Aby przywrócić blask Największym Ziemskim Bohaterom postanowiono poświęcić Capa, Thora, Iron-Mana, Fantastyczną Czwórkę i kilku innych bohaterów w walce z istotą zwaną Onslaught. Po przenosinach do innego wymiaru, mieli na nowo przeżyć swoje przygody, na łamach serii tworzonych przez kilku z ojców-założycieli Image Comics. Jim Lee, Rob Liefeld i Whilce Portacio mieli ich nowe-stare historie. Uniwersum stworzone przez Franklina Richardsa przetrwało tylko rok, bo już w 199 w ramach eventu „Heroes Reborn” wrócili do swojego rodzimego świata. A tam, czekał ich kolejny reboot – w 2004 roku scenarzysta Brian M. Bendis w crossoverze „Avengers: Dissasembled” rozwiązał drużynę tylko po to, aby Mściciele powrócili na łamach nowego on-goinga zatytułowanego „New Avengers”. W dużej mierze dzięki Bendisowi (i millarowym „Ultimates”) to właśnie Avengers są obecnie najważniejszą marką w Dom Pomysłów.
5) Definiowanie Człowieka ze Stali
Po wydaniu radykalnie zmieniającego status quo w DCU „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” przyszedł czas na opowiedzenie o początkach najważniejszych amerykańskich herosów. John Byrne na łamach sześcioczęściowej mini-serii „Superman: Man of Steel” stworzył nowy origin Supermana, czyszcząc jego mitologię z niepasujących do nowoczesnego stylu opowieści elementów rodem z Srebrnej Ery. Komiks do dziś zaskakuje oryginalnym podejściem do tematu i świeżością spojrzenia, a jednocześnie pozostaje wierny tradycji. Pomimo kolejnych re-tellingów genezy Kal Ela, dla wielu czytelników to właśnie dzieło Byrne`a zdefiniowało postać Supermana. Także dla mnie.
6) Definiowanie Mrocznego Rycerza
Powiedzieć, że tym, kim dla Supermana był John Byrne, dla Batmana stał się Frank Miller będzie grubym niedopowiedzeniem. Miller dla Mrocznego Rycerza i całej branży komiksowej był kimś znacznie ważniejszym – nie tylko odświeżył genezę Gackę, zdefiniował jego współczesne wcielenie w „Roku pierwszym”, ale również wziął na swój warsztat superbohaterski mit w „The Dark Knight Returns” i dokonał absolutnej rewolucji. Oczywiście, „Year One”, jak i „Man of Steel” już od jakiegoś czasu są poza continuity, jednak ten fakt wcale nie umniejsza ich artystycznej wartości, czy tego, że stanowią obowiązkowy punkt odniesienia dla twórców, piszących przygody Batmana i Supermana.
3) Nowa 52
Relaunch DC Comics był jednym z najbardziej ryzykownych ruchów, jakie jakiekolwiek wydawnictwo komiksowe za Oceanem miałoby odwagę uczynić. Tym bardziej zaskakujące jest to, że na taką decyzję poważył się edytor, który uchodził za bardzo konserwatywnego. Dan DiDio, Geoff Johns i Jim Lee restartując wszystkie swoje miesięczniki nie tylko wyrzuciło na śmietnik continuity (choć, jak wiadomo nie całkiem i nie we wszystkich przypadkach), ale przede wszystkim zerwało z wieloletnią tradycją, sięgającą niekiedy 70 lat wstecz. We wrześniu 2011 wszystkie tytuły DC komiks ukazały się z #1 na okładce, dały początek odświeżonemu uniwersum DC i stworzyła tak zwaną Nową 52 (od liczby serii). Choć dziś oferta uległa kilku korektom, to ta nazwa wciąż funkcjonuje. Z pewnością wpływ na decyzję DC miała coraz gorsza rynkowa koniunktura, spadająca sprzedaż i konieczność wkroczenia na arenę cyfrowej dystrybucji. Pod pewnymi względami Nową 52 trzeba uznać za sukces. Inicjatywa odbiła się szerokim echem wśród opinii publicznej, co wymiernie przełożyło się na sprzedaż i rynkowy sukces odnowionego DC. Przypuszczam, że bez „jedynek” branża na początku 2012 roku notowałaby znacznie słabsze wyniki, a Marvel nie ruszyłby z kopyta do odrabiania strat, aby doścignąć swojego konkurenta. Oczywiście, merytoryczna ocena to rzecz osobna i dyskusyjna, ale niewątpliwie rozmach całego przedsięwzięcia nie miał sobie równych w historii amerykańskiego przemysłu komiksowego.
2) Powrót X-Men
Dzisiaj trudno wyobrazić współczesną popkulturą bez X-Men. Ale czterdzieści lat temu wydawało się, że grupa mutantów, istot obdarzonych niezwykłymi mocami, okaże się jednym z najbardziej nieudanych pomysłów Stana Lee. W latach 1970-1975 „Uncanny X-Men”, sztanadarowy x-miesięcznik sprzedawał się tak źle, że Marvel ograniczył się do drukowania reprintów. Wreszcie, na łamach „Giant-Size X-Men” rozpoczynający swoją przygodę z komiksem Chris Claremont, wspomagany przez dwóch weteranów – Lena Weina i Dave Cockruma – zrobił prawdziwą rewolucję. Wprowadził nową generację mutantów, w której znaleźli się między innymi Wolverine, Storm, Colossus i Nightcrawler, którzy cieszą się dziś znacznie większą popularnością, niż niektórzy z członków oryginalnego składu. Stworzył szereg uchodzących dziś za klasyczne historii. Bez Claremonta i tego relaunchu nie byłoby dzisiaj dziesiątek x-tytułów, kilku seriali animowanych, pięciu filmów i miliardów zarobionych przez Dom Pomysłów dolarów.
1) Początek Srebrnej Ery
Nie można z dzisiejszej perspektywy nie doceniać roli niepozornego „Showcase” #4, w którym zadebiutował drugi Flash, Barry Allen. To był zaledwie kamień (jak się później okazało – kamień milowy), który spowodował późniejszą lawinę publikacji, które dziś uchodzą za klasykę Silver Age – pierwszego renesansu komiksu superbohaterskiego, który po II Wojnie Światowej stracili na swojej popularności na rzecz komiksów wojennych, kryminalnych i opowieści grozy, a także romansów. Przejście od Złotego do Srebrnego Wieku było czymś więcej niż tylko odświeżeniem originów bohaterów DC Comics, to przede wszystkim wyjściem ubranych w kolorowe kostiumu postaci z wieku dziecięcego i stworzenie podstaw współczesnego superbohaterskiego przemysłu.
Ciągle przepracowywanie tradycji, opowiadanie znanych historii na nowo, ciągłe modyfikowanie kanonu i chęć zaczyniania wszystkiego od nowo, z czystą kartą, jeszcze raz – to nieodłączne cechy przemysłu obrazkowego za Oceanem, a jednocześnie najprostsza definicja tego, czym jest relaunch. Próbuje znaleźć jakiś dobry odpowiednik tego terminu w języku polskim, ale nic dobrego nie przychodzi mi do głowy, więc pozostanie przy oryginalnym brzmieniu.
Relaunche, jako takie, mają różne oblicza. Często wiążą się ze zmianą numeracji, lecz nie zawsze. Niekiedy całkowicie odrzucają tradycję danego bohatera, grupy czy serii, a czasem w mniejszym lub większym stopniu zmieniając ich mitologię. Niekiedy obejmują jeden tytuł, całą rodzinę, a czasem – całe komiksowe uniwersa. Zasada pozostaje jedna bez zmian – startujemy od punktu wyjścia (na różne sposoby rozumianego).
Opierając się na zestawieniu opublikowanym na Newsaramie przygotowałem ranking 10 najważniejszych relaunchy w historii amerykańskiego komiksu. W dużej mierze tekst jest przekładem, czego nie ukrywam, ale dodałem kilka moich uwag. Dajcie znać czy chcecie czytać na Kolorowych więcej tekstów tego typu.
10) Valiant odświeża Gold Key
Dziś pewnie niewielu czytelników pamięta wydawnictwo Valiant, które jak równy z równym na początku lat dziewięćdziesiątych rywalizowało z DC Comics i Marvelem. Jego historia to doskonały przykład ciągłego przepracowywania starych pomysłów na nowo. Założone w 1989 roku przez byłego redaktora naczelnego Domu Pomysłów, Jima Shootera, odświeżyło szereg postaci z wydawnictwa Gold Key. Dzięki zaangażowaniu takich twórców, jak Barry Windsor-Smith czy Bob Layton, stworzono nowe uniwersum komiksowe. Wydawnictwo stało się poniekąd ofiarą własnego sukcesu, bo w 1996 roku zostało kupione przez znanego producenta gier komputerowych Acclaim Entertainemtn i zaliczyło kolejnego, twardego relauncha. Cała dotychczasowa historia została odesłana w niebyt, a serie z numerem jeden na okładce, zostały oddane w ręce takich tuzów, jak Warren Ellis, Mark Waid, Kurt Busiek czy Garth Ennis. Niestety, Valiant pod wodzą Fabiana Niciezy jako E-i-C nie przetrwał kryzysu lat dziewięćdziesiątych, ale w tym roku szykuje się jego kolejny powrót – podczas majowego Free Comic Book Day kolejną szansę dostali X-O Manowar, Bloodshot i Harbinger. Czy tym razem się uda?
9) Renesans Zielonej Latarni
W 2005 roku nazwisko Geoffa Johnsa kojarzyli jedynie czytelnicy „Teen Titans”, których udanie odświeżył. W tamtym czasie „Green Lantern” nie mógł marzyć nawet o statusie, jakim cieszy się dzisiaj, nie mówiąc już o sprzedaży. Wtedy Hal Jordan, z jednego z prominentnych herosów DCU stał się szalonym villainem poszukującym odkupienia i, co tu dużo pisać, brakowało na niego pomysłu. Przydzieleni go do roli Spectre`a nie mogło się utrzymać się zbyt długo. Johns przywrócił go do roli w której czuł się najlepiej. Wybielił jego kartotekę retconując zamieszanie z Parallaksem i przygotował pierwsze zręby mitologii Zielonych Latarni, a następnie przywrócił Korpus. Czwarty wolumin „Green Lanterna” okazał się wielkim sukcesem zarówno artystycznym, jak i komercyjnym, stając się w tamtym momencie najlepszą serią super-hero na rynku. Dziś, Zielona Latarni lśni nieco słabiej, ale wciąż jest bardzo silną marką na rynku. „GL” wywindował Johnsa w strukturach DC Comics, a jego praca stawiana był za wzór twórcom, którzy pracowali nad Nową 52.
8) „Star Wars” w Dark Horse Comics
Dzisiaj, naturalnym wydaje się, że za komiksową część multimedialnego imperium George`a Lucasa odpowiada Dark Horse Comics, ale jeszcze 20 lat niewielu spodziewało się, że serie spod szyldu „Star Wars” staną się tak ważnym segmentem rynku komiksowego. Wszystko zaczęło się od Marvela, który po premierze „Nowej Nadziei” nabył prawa do komiksowej adaptacji i kontynuacji filmu, który co prawda stał się przebojem, ale nie był jeszcze taką marką, jak jest teraz. Przez dziewięć lat, do 1984 roku ukazało się ponad 100 komiksów rozwijające uniwersum „Gwiezdnych Wojen” w nieco staroszkolnym duchu „Flasha Gordona”. Później, na krótko wydawnictwo Blackthorne wydało trzy trójwymiarowe zeszyty i wydawało się, że gwiezdno-wojenna franczyza została na długo pogrzebana.
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to niebywałe, ale w latach dziewięćdziesiątych świat „Star Wars” został zapomniany. Dopiero kilka, niezależnych od siebie inicjatyw przyczyniła się do renesansu gwiezdnej sagi, a wśród nich było także „Dark Empire” – sześciu-częściowa mini-serii Toma Veitcha i Cama Kennedy`ego wydana nakładem Dark Horse w 1991. Historia powrotu Imperatora okazała się wielkim sukcesem, doczekała się kontynuacji i zamieniła się w linię komiksową, obecnych na rynku od 20 lat.
7) Rycerze Marvela
Wciąż pozostajemy w trudnych dla komiksu latach dziewięćdziesiątych, ale przenosimy się bliżej nowego wieku. Marvel podniósł się już po rządach Boba Harrasa, ale nowa era Domu Pomysłu miała dopiero nadejść za sprawą Joe`go Quesady. Przepis na sukces imprintu Marvel Knights z 1998 roku był banalny w swojej prostocie – oddajemy w ręce utalentowanych scenarzystów znanych, acz ostatnio podupadłych bohaterów i nie przeszkadzamy im w pracy z wysokości redaktorskich stołków. Decyzjom Joe`go Q. zawdzięczamy drugie życie „Daredevila” (Kevin Smith i Quesada właśnie), „Punishera” (Garth Ennis i Steve Dillon), „Inhumans” (Paul Jenkins i Jae Lee) czy „Black Panther” (Christopher Priest i Mark Texeira). Największym sukcesem okazał się restart Śmiałka. Był to jeden z pierwszych tytułów, którego renowacja możliwa była dzięki wskrzeszeniu ducha lat osiemdziesiątych. A w dwa lat po relaunchu Quesada został mianowany redaktorem naczelnym Marvela i dzięki jego pracy Earth-616 wygląda dziś tak, a nie inaczej.
6) Zburzenie i odbudowanie Avengers
Dzisiaj, kiedy ledwo, co wyszliśmy z kina z seansu filmowych „Mścicieli”, a w czubie najlepiej sprzedających się komiksów z Marvela znajduje się kilka serii z Avengers w tytule, trudno uwierzyć, że w latach dziewięćdziesiątych dominującą marką Domu Pomysłów byli X-Men. Aby przywrócić blask Największym Ziemskim Bohaterom postanowiono poświęcić Capa, Thora, Iron-Mana, Fantastyczną Czwórkę i kilku innych bohaterów w walce z istotą zwaną Onslaught. Po przenosinach do innego wymiaru, mieli na nowo przeżyć swoje przygody, na łamach serii tworzonych przez kilku z ojców-założycieli Image Comics. Jim Lee, Rob Liefeld i Whilce Portacio mieli ich nowe-stare historie. Uniwersum stworzone przez Franklina Richardsa przetrwało tylko rok, bo już w 199 w ramach eventu „Heroes Reborn” wrócili do swojego rodzimego świata. A tam, czekał ich kolejny reboot – w 2004 roku scenarzysta Brian M. Bendis w crossoverze „Avengers: Dissasembled” rozwiązał drużynę tylko po to, aby Mściciele powrócili na łamach nowego on-goinga zatytułowanego „New Avengers”. W dużej mierze dzięki Bendisowi (i millarowym „Ultimates”) to właśnie Avengers są obecnie najważniejszą marką w Dom Pomysłów.
5) Definiowanie Człowieka ze Stali
Po wydaniu radykalnie zmieniającego status quo w DCU „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” przyszedł czas na opowiedzenie o początkach najważniejszych amerykańskich herosów. John Byrne na łamach sześcioczęściowej mini-serii „Superman: Man of Steel” stworzył nowy origin Supermana, czyszcząc jego mitologię z niepasujących do nowoczesnego stylu opowieści elementów rodem z Srebrnej Ery. Komiks do dziś zaskakuje oryginalnym podejściem do tematu i świeżością spojrzenia, a jednocześnie pozostaje wierny tradycji. Pomimo kolejnych re-tellingów genezy Kal Ela, dla wielu czytelników to właśnie dzieło Byrne`a zdefiniowało postać Supermana. Także dla mnie.
6) Definiowanie Mrocznego Rycerza
Powiedzieć, że tym, kim dla Supermana był John Byrne, dla Batmana stał się Frank Miller będzie grubym niedopowiedzeniem. Miller dla Mrocznego Rycerza i całej branży komiksowej był kimś znacznie ważniejszym – nie tylko odświeżył genezę Gackę, zdefiniował jego współczesne wcielenie w „Roku pierwszym”, ale również wziął na swój warsztat superbohaterski mit w „The Dark Knight Returns” i dokonał absolutnej rewolucji. Oczywiście, „Year One”, jak i „Man of Steel” już od jakiegoś czasu są poza continuity, jednak ten fakt wcale nie umniejsza ich artystycznej wartości, czy tego, że stanowią obowiązkowy punkt odniesienia dla twórców, piszących przygody Batmana i Supermana.
3) Nowa 52
Relaunch DC Comics był jednym z najbardziej ryzykownych ruchów, jakie jakiekolwiek wydawnictwo komiksowe za Oceanem miałoby odwagę uczynić. Tym bardziej zaskakujące jest to, że na taką decyzję poważył się edytor, który uchodził za bardzo konserwatywnego. Dan DiDio, Geoff Johns i Jim Lee restartując wszystkie swoje miesięczniki nie tylko wyrzuciło na śmietnik continuity (choć, jak wiadomo nie całkiem i nie we wszystkich przypadkach), ale przede wszystkim zerwało z wieloletnią tradycją, sięgającą niekiedy 70 lat wstecz. We wrześniu 2011 wszystkie tytuły DC komiks ukazały się z #1 na okładce, dały początek odświeżonemu uniwersum DC i stworzyła tak zwaną Nową 52 (od liczby serii). Choć dziś oferta uległa kilku korektom, to ta nazwa wciąż funkcjonuje. Z pewnością wpływ na decyzję DC miała coraz gorsza rynkowa koniunktura, spadająca sprzedaż i konieczność wkroczenia na arenę cyfrowej dystrybucji. Pod pewnymi względami Nową 52 trzeba uznać za sukces. Inicjatywa odbiła się szerokim echem wśród opinii publicznej, co wymiernie przełożyło się na sprzedaż i rynkowy sukces odnowionego DC. Przypuszczam, że bez „jedynek” branża na początku 2012 roku notowałaby znacznie słabsze wyniki, a Marvel nie ruszyłby z kopyta do odrabiania strat, aby doścignąć swojego konkurenta. Oczywiście, merytoryczna ocena to rzecz osobna i dyskusyjna, ale niewątpliwie rozmach całego przedsięwzięcia nie miał sobie równych w historii amerykańskiego przemysłu komiksowego.
2) Powrót X-Men
Dzisiaj trudno wyobrazić współczesną popkulturą bez X-Men. Ale czterdzieści lat temu wydawało się, że grupa mutantów, istot obdarzonych niezwykłymi mocami, okaże się jednym z najbardziej nieudanych pomysłów Stana Lee. W latach 1970-1975 „Uncanny X-Men”, sztanadarowy x-miesięcznik sprzedawał się tak źle, że Marvel ograniczył się do drukowania reprintów. Wreszcie, na łamach „Giant-Size X-Men” rozpoczynający swoją przygodę z komiksem Chris Claremont, wspomagany przez dwóch weteranów – Lena Weina i Dave Cockruma – zrobił prawdziwą rewolucję. Wprowadził nową generację mutantów, w której znaleźli się między innymi Wolverine, Storm, Colossus i Nightcrawler, którzy cieszą się dziś znacznie większą popularnością, niż niektórzy z członków oryginalnego składu. Stworzył szereg uchodzących dziś za klasyczne historii. Bez Claremonta i tego relaunchu nie byłoby dzisiaj dziesiątek x-tytułów, kilku seriali animowanych, pięciu filmów i miliardów zarobionych przez Dom Pomysłów dolarów.
1) Początek Srebrnej Ery
Nie można z dzisiejszej perspektywy nie doceniać roli niepozornego „Showcase” #4, w którym zadebiutował drugi Flash, Barry Allen. To był zaledwie kamień (jak się później okazało – kamień milowy), który spowodował późniejszą lawinę publikacji, które dziś uchodzą za klasykę Silver Age – pierwszego renesansu komiksu superbohaterskiego, który po II Wojnie Światowej stracili na swojej popularności na rzecz komiksów wojennych, kryminalnych i opowieści grozy, a także romansów. Przejście od Złotego do Srebrnego Wieku było czymś więcej niż tylko odświeżeniem originów bohaterów DC Comics, to przede wszystkim wyjściem ubranych w kolorowe kostiumu postaci z wieku dziecięcego i stworzenie podstaw współczesnego superbohaterskiego przemysłu.
czwartek, 26 stycznia 2012
#955 - "Druga Fala" Nowej 52 w DC Comics
DC Comics wprowadza pierwsze korekty w Nowej 52 - sześć serii wytrzymało na rynku jedynie przez osiem miesięcy. "Mister Terrific", "Static Shock", "O.M.A.C.", "Hawk And Dove", "Blackhawks" i "Men Of War" zostaną skasowane w maju, a na ich miejsce pojawi się sześć nowych on-goingów. Oczywiście bohaterowie tych serii pozostaną w DCU i będą przewijać się w innych tytułach, ale ich własne projekty nie znalazły uznania w oczach czytelników, na tyle by móc utrzymać się na zatłoczonym, amerykańskim rynku.
Powód jest prosty - serie sprzedawały się poniżej progu opłacalności, który dla DC wynosi 20 tysięcy egzemplarzy. I Dan DiDio ma gotowe alibi na zarzuty o zamknięciu tych serii, które wprowadzały nieco różnorodności w komiksowym uniwersum zdominowanym przez białych mężczyzn. Pozbawieni swoich tytułów czarnoskórzy Mister Terrific i Static Shock pozostawili na placu boju jedynie Batwinga. Do tej samej szufladki można również włożyć "O.M.A.C.a", który ma azjatyckie korzenie, choć wydawało się, że DC jednak nie ruszy ulubionej zabawki DiDio, cieszącej się w dodatku niezłym przyjęciem wśród krytyki. Sporym zaskoczeniem jest skasowanie "Hawk And Dove", bo tytuł radził sobie na rynku lepiej, niż choćby "Captain Atom". Co więcej - Rob Liefeld, oprócz tego, że zajmował się rysunkami, miał przejąć również pałeczkę scenarzysty od Sterlinga Gatesa. Dano więc wyraźny sygnał, że są długofalowe plany, co do tej serii. Podobne wrażenie można było odnieść również w przypadku "Statica" - pod wodzą Marca Bernardia seria miał obrać nowy kurs. Podobnych wątpliwości nie można mieć w przypadku dwóch ostatnich tytułów. Jednym z najbardziej zaskakujących ruchów DC w ramach rebootu było przywrócenie komiksu wojennego w postaci "Blackhawks" i "Men of War" - niestety oba sprzedały się zdecydowanie najsłabiej z całej oferty, ale one akurat zostaną zastąpione seriami o podobnym profilu. Także dlatego, że DC chce zatrzymać przy sobie prawa do klasycznych, acz nieco zapomnianych tytułów.
Podejmująca tematykę wojenną seria "G.I. Combat" będzie trochę przypominała antologię - na jej łamach będzie można przeczytać klasyczne historie spod szyldu "The War That Time Forgot" w wykonaniu J.T. Krula i Ariela Olivettiego, pojawi się nowe wcielenie "The Unknown Soldiera" pióra Justina Gray`a, Jimmy`ego Palmiottiego i ołówka Dana Panosiana, a "The Haunted Tank" przygotują John Arcudi i Scott Kolins. Wraz z debiutem "Earth 2" zostaną potwierdzone pogłoski o tym, że w nowym DCU znajdzie się miejsce dla klasycznych herosów DC ze Złotego Wieku. Jednak seria pisana przez Jamesa Robinsona z rysunkami Nicoli Scott skupi się nie tylko na Justice Society of America, ale na całym, równoległym świecie. Jeden z architektów Nowej 52, Bob Harras, wśród najważniejszych celów stawianych przed tytułami Drugiej Fali, stawia budowanie nowego świata. I "Earth 2" jest elementem takiego właśnie myślenia. W szóstce nowych tytułów znajdzie się również miejsce dla Power Girl, która wraz z Huntress będzie bohaterką on-goinga "World Finest" tworzonego przez Paula Levitza, George`a Pereza i Kevina Maguire`a. Pochodzące z Ziemi-2 postacie z jakichś przyczyn znalazły się w nowym DCU i poszukują drogi do swojego macierzystego świata. Natomiast "The Ravagers" wykłuło się niejako z wątków obecnych na łamach "Teen Titans" i "Superboy`a". Komiks pisany będzie przez kolejnego z weteranów lat dziewięćdziesiątych Howarda Mackiego (pamiętacie jego "Akty zemsty"?), a oprawą wizualną zajmie się Ian Churchill. Oczekiwanej kontynuacji doczeka się "Batman Incorporated", w który międzynarodowa organizacja kierowana przez Bruce`a Wayne`a będzie musiała zmierzyć się z przywódcą organizacji zwanej Leviathan, którego tożsamość właśnie została ujawniona. Wielka epopeja Granta Morrisona trwa dalej, a regularnym rysownikiem serii zostanie Chris Burnham.
Najciekawiej zapowiadającym się tytułem Drugiej Fali jest "Dial H", którego autorem będzie przymierzany w połowie 2010 roku do pisania nowej wersji "Swamp Thinga" China Mieville. Znany pisarz wraz z artystą Mateusem Santoluoco odświeży klasyczny koncept, w którym zwykły człowiek wybierając na telefonie konkretny numer staje się obdarzonym niezwykłymi mocami superbohaterem, ale tylko na jeden tydzień. Z jednej strony Mieville chce się skupić na psychologicznym aspekcie takiego wydarzenia, a z drugiej odczuwa dziecięcą radość w wymyślaniu nowych superherosów. To nie pierwsza próba odnowienia serii, która debiutowała w latach sześćdziesiątych – J.M. Straczynski odkurzył go w "Brave and Bold", a "H.E.R.O.", jako samodzielna seria, pojawiła się na krótko w 2003 roku. "Dial H" bardzo dobrze pasuje do linii Vertigo, ale będzie należeć do głównego uniwersum. Co ciekawe, on-going będzie edytowany właśnie przez Karen Beger, opiekującą się tytułami przyprawiającymi o zawrót głowy.
Pomimo zamknięcia "Hawk And Dove", rola Roba Liefelda w DC Comics znacznie wzrośnie. Przejmie po scenarzyście Kyle`u Higginsie i artyście Joe Bennecie prowadzenie on-goinga "Deathstroke", zajmie się scenariuszem do "The Savage Hawkmana" i "Griftera", zastępując odpowiednio Tony`ego S. Daniela i Nathana Edmondsona. Przejęcie wszystkich trzech tytułów nastąpi w maju. I to, w jaki sposób "jeden z najważniejszych artystów, który pomógł na nowo zdefiniować całą komiksową generację", reklamuje swoje plany wobec Slade`a, Cartera i Cole`a, z miejsca mnie odpychają. "Deathstroke kontra Lobo - będzie jatka!", "walka Griftera z Deamonitami w kosmicznej skali!", "Hawkman w śmiertelnym pojedynku na drugim końcu galaktyki!". Widać, że zarząd DC silnie promuje jednego z najbardziej nieudolnych rysowników, który przez bite dwadzieścia lat nie opanował trudnej techniki rysowania stóp, a ludzka anatomia to dla niego terra incognita. Ale wiadomo, że Liefeld ma w Stanach silny fan-base, który bierze z połykiem wszystko, co tylko wyjdzie spod ręki tego "wybitnego" komiksiarza.
Powód jest prosty - serie sprzedawały się poniżej progu opłacalności, który dla DC wynosi 20 tysięcy egzemplarzy. I Dan DiDio ma gotowe alibi na zarzuty o zamknięciu tych serii, które wprowadzały nieco różnorodności w komiksowym uniwersum zdominowanym przez białych mężczyzn. Pozbawieni swoich tytułów czarnoskórzy Mister Terrific i Static Shock pozostawili na placu boju jedynie Batwinga. Do tej samej szufladki można również włożyć "O.M.A.C.a", który ma azjatyckie korzenie, choć wydawało się, że DC jednak nie ruszy ulubionej zabawki DiDio, cieszącej się w dodatku niezłym przyjęciem wśród krytyki. Sporym zaskoczeniem jest skasowanie "Hawk And Dove", bo tytuł radził sobie na rynku lepiej, niż choćby "Captain Atom". Co więcej - Rob Liefeld, oprócz tego, że zajmował się rysunkami, miał przejąć również pałeczkę scenarzysty od Sterlinga Gatesa. Dano więc wyraźny sygnał, że są długofalowe plany, co do tej serii. Podobne wrażenie można było odnieść również w przypadku "Statica" - pod wodzą Marca Bernardia seria miał obrać nowy kurs. Podobnych wątpliwości nie można mieć w przypadku dwóch ostatnich tytułów. Jednym z najbardziej zaskakujących ruchów DC w ramach rebootu było przywrócenie komiksu wojennego w postaci "Blackhawks" i "Men of War" - niestety oba sprzedały się zdecydowanie najsłabiej z całej oferty, ale one akurat zostaną zastąpione seriami o podobnym profilu. Także dlatego, że DC chce zatrzymać przy sobie prawa do klasycznych, acz nieco zapomnianych tytułów.
Podejmująca tematykę wojenną seria "G.I. Combat" będzie trochę przypominała antologię - na jej łamach będzie można przeczytać klasyczne historie spod szyldu "The War That Time Forgot" w wykonaniu J.T. Krula i Ariela Olivettiego, pojawi się nowe wcielenie "The Unknown Soldiera" pióra Justina Gray`a, Jimmy`ego Palmiottiego i ołówka Dana Panosiana, a "The Haunted Tank" przygotują John Arcudi i Scott Kolins. Wraz z debiutem "Earth 2" zostaną potwierdzone pogłoski o tym, że w nowym DCU znajdzie się miejsce dla klasycznych herosów DC ze Złotego Wieku. Jednak seria pisana przez Jamesa Robinsona z rysunkami Nicoli Scott skupi się nie tylko na Justice Society of America, ale na całym, równoległym świecie. Jeden z architektów Nowej 52, Bob Harras, wśród najważniejszych celów stawianych przed tytułami Drugiej Fali, stawia budowanie nowego świata. I "Earth 2" jest elementem takiego właśnie myślenia. W szóstce nowych tytułów znajdzie się również miejsce dla Power Girl, która wraz z Huntress będzie bohaterką on-goinga "World Finest" tworzonego przez Paula Levitza, George`a Pereza i Kevina Maguire`a. Pochodzące z Ziemi-2 postacie z jakichś przyczyn znalazły się w nowym DCU i poszukują drogi do swojego macierzystego świata. Natomiast "The Ravagers" wykłuło się niejako z wątków obecnych na łamach "Teen Titans" i "Superboy`a". Komiks pisany będzie przez kolejnego z weteranów lat dziewięćdziesiątych Howarda Mackiego (pamiętacie jego "Akty zemsty"?), a oprawą wizualną zajmie się Ian Churchill. Oczekiwanej kontynuacji doczeka się "Batman Incorporated", w który międzynarodowa organizacja kierowana przez Bruce`a Wayne`a będzie musiała zmierzyć się z przywódcą organizacji zwanej Leviathan, którego tożsamość właśnie została ujawniona. Wielka epopeja Granta Morrisona trwa dalej, a regularnym rysownikiem serii zostanie Chris Burnham.
Najciekawiej zapowiadającym się tytułem Drugiej Fali jest "Dial H", którego autorem będzie przymierzany w połowie 2010 roku do pisania nowej wersji "Swamp Thinga" China Mieville. Znany pisarz wraz z artystą Mateusem Santoluoco odświeży klasyczny koncept, w którym zwykły człowiek wybierając na telefonie konkretny numer staje się obdarzonym niezwykłymi mocami superbohaterem, ale tylko na jeden tydzień. Z jednej strony Mieville chce się skupić na psychologicznym aspekcie takiego wydarzenia, a z drugiej odczuwa dziecięcą radość w wymyślaniu nowych superherosów. To nie pierwsza próba odnowienia serii, która debiutowała w latach sześćdziesiątych – J.M. Straczynski odkurzył go w "Brave and Bold", a "H.E.R.O.", jako samodzielna seria, pojawiła się na krótko w 2003 roku. "Dial H" bardzo dobrze pasuje do linii Vertigo, ale będzie należeć do głównego uniwersum. Co ciekawe, on-going będzie edytowany właśnie przez Karen Beger, opiekującą się tytułami przyprawiającymi o zawrót głowy.
Pomimo zamknięcia "Hawk And Dove", rola Roba Liefelda w DC Comics znacznie wzrośnie. Przejmie po scenarzyście Kyle`u Higginsie i artyście Joe Bennecie prowadzenie on-goinga "Deathstroke", zajmie się scenariuszem do "The Savage Hawkmana" i "Griftera", zastępując odpowiednio Tony`ego S. Daniela i Nathana Edmondsona. Przejęcie wszystkich trzech tytułów nastąpi w maju. I to, w jaki sposób "jeden z najważniejszych artystów, który pomógł na nowo zdefiniować całą komiksową generację", reklamuje swoje plany wobec Slade`a, Cartera i Cole`a, z miejsca mnie odpychają. "Deathstroke kontra Lobo - będzie jatka!", "walka Griftera z Deamonitami w kosmicznej skali!", "Hawkman w śmiertelnym pojedynku na drugim końcu galaktyki!". Widać, że zarząd DC silnie promuje jednego z najbardziej nieudolnych rysowników, który przez bite dwadzieścia lat nie opanował trudnej techniki rysowania stóp, a ludzka anatomia to dla niego terra incognita. Ale wiadomo, że Liefeld ma w Stanach silny fan-base, który bierze z połykiem wszystko, co tylko wyjdzie spod ręki tego "wybitnego" komiksiarza.
środa, 31 sierpnia 2011
#846 - Przyszłość Człowieka ze Stali
Postacią, którą dotkną największe zmiany przy okazji revampu DC, będzie Superman. Najsłynniejsza kreacja komiksowa, powszechnie uchodzi za prawodawcę całego gatunku super-hero. Człowiek ze Stali zadebiutował 18 kwietnia 1938 roku i od tamtego czasu wystąpił na kartach tysięcy kolorowych zeszytów, pojawiał się w słuchowiskach radiowych, programach telewizyjnych, filmach i grach video, stając się jedną z najbardziej rozpoznawalnych ikon popkultury.

DC Comics powierzyło Grantowi Morrisonowi misję przywrócenia blasku komiksowej legendzie. Dlaczego jemu? Bo już raz mu się to udało. Na łamach maxi-serii „All Star Superman” sięgając do korzeni Kal Ela oddał hołd nie tylko Człowiekowi ze Stali, ale również komiksowej tradycji Srebrnego Wieku. Paradoksalnie, kopiąc jeszcze głębiej, do początków Golden Age, scenarzysta chce dotrzeć do wielu zapomnianych motywów i wątków. I to ma być recepta na wydobycie potencjału tkwiącego w bohaterze wymyślonym przez Jerry`ego Siegela i Joe Shustera. Paradoksalnie, grzebanie w historiach odesłanych do lamusa przez "Kryzys na Nieskończonych Ziemiach" ma uczynić z eSa postać bardziej współczesną, interesującą, nieszablonową.
Zabranie ikonicznych gatek ubieranych na wierzch spodni to jeszcze nic. W pierwszym zeszycie Clark Kent zamiast swojego charakterystycznego kostiumu będzie nosił zwykłe dżinsy, koszulkę i robocze buty, które można kupić w każdym sklepie za rogiem. Jedynie jego niezniszczalna peleryna pochodzi z Kryptonu i do tej pory służyła mu jako... kocyk w kosmicznej kołysce, która przybył na naszą planetę. Morrison w jednym z wywiadów mówi, że Superman będzie w pewien sposób przypominał Bruce`a Springsteena.

W "Action Comics" przedstawione zostaną początki Człowieka ze Stali, oswajającego się ze swoimi możliwościami. Zamiast latać, będzie potrafił "przeskoczyć najwyższy budynek". Jego niezniszczalność i supersiła nie osiągnęły jeszcze swojego maksymalnego poziomu, a on sam znajduje się u progu superbohaterskiej kariery. Równolegle na łamach on-goinga "Superman" George Perez skupi się na jego współczesnych przygodach. Poznamy cenę, jaką należy zapłacić, aby być najpotężniejszym superherosem i zobaczymy całkowicie nowych supervillainów.
Szkocki scenarzysta zapowiada, że odrze Człowieka ze Stali z nieznośnej patriotycznej otoczki. Zauważa, że banały o prawdzie, sprawiedliwości i amerykański stylu życia zanieczyściły pierwotną ideę obrońcy uciśnionych, bliższego zwykłym ludziom i ich problemom. Morrison, podejmując wątek poruszony już przez J. Micheala Straczynskiego, dostrzega w jaki sposób wraz z kulturą i społeczeństwem zmieniał się wizerunek komiksowego superherosa. Od "socjalistycznego golema" lat czterdziestych, do "ojca rodziny" lat sześćdziesiątych. Natomiast na początku XXI wieku Morrison chce podkreślić, że Superman jest bardziej kosmitą, a nie człowiekiem. Przywiązaniem Kal Ela do kryptoniańskich tradycji można tłumaczyć zmiany w jego kostiumie - nowy trykot to model zbroi bojowej używanej na jego rodzimej planecie. Mieszkańcy Ziemi będą bali się pozaziemskiego emigranta dysponującego niemal boskimi mocami, a jego poczucie obcości zostanie pogłębione jeszcze przez wczesną stratę rodziców. Jonathan i Martha Kentowie nie zdążyli wychować swojego przybranego syna na porządnego Amerykanina z Kansas. Tym samym Morrison wraca do wersji jego biografii sprzed "Kryzysu".
Jeszcze większe zmiany dotkną życie prywatne Clarka Kenta, które będzie dalekie od ideału. Nie tylko rozejdzie się z Lois Lane, ale okaże się, że ich trwające od 1996 roku małżeństwo nigdy nie miało miejsca. Aż ciśnie się porównanie ze sławetnyn "It`s Magic!" z życia innego statecznego herosa-małżonka. Czyżby Morrison otwierał furtkę do romansu z Wonder Woman, o którym się plotkuje? Natomiast wokół przebojowej dziennikarki będzie kręcił się jej kolega z pracy, Jonathan Carrol. Ale rola Clarka nie zostanie ograniczona tylko do zapasowej tożsamości, pod która skrywa się Człowiek ze Stali. Nazwisko Kenta będzie prawie tak samo znane, jak Supermana. To społecznie zaangażowany dziennikarz, walczący z korupcją, a nie fajtłapa, co chwila poprawiający okulary.
Grant Morrison umiejętnie unika tematu Leksa Luthora, więc należy spodziewać się czegoś zupełnie niespodziewanego. W ogóle nie wspomina o czasach, kiedy Superman był Superboy`em - czyżby odesłał do lamusa to, co Geoff Johns chciał włączyć do mitologii eSa w "Secret Origin"? Wszystko na to wskazuje. Tak samo, jak to, że "Action Comics" będzie jedną z kilku naprawdę interesujących serii "Nowej 52".
Subskrybuj:
Posty (Atom)









































