Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Moore. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Alan Moore. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

#2524 - Przestańcie szanować Rorschacha

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy. Niniejszy tekst jest lekko przeredagowanym transkryptem scenariusza videoeseju jego autorstwa. Filmik można obejrzeć w tym miejscu. Zachęcamy do subskrypcji kanału  Mistycyzm Popkulturowyna YouTube.

Spójrzcie na maskę Rorschacha. Na jego „twarz”, jak on sam by to ujął. Jej charakterystyczną cechą jest minimalizm – czarna plama na białym tle. Plama nieustannie zmienia swoje kształty, przemieszcza się i dryfuje po powierzchni maski, ale czerń i biel nigdy się nie mieszają – zawsze pozostają odcięte wyraźną linią.


niedziela, 7 lipca 2019

#2506 - W obronie gigantycznej zmutowanej psycho-ośmiornicy

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy.

"Watchmen" – dwunastoczęściowa komiksowa miniseria autorstw Alana Moore’a i Dave’a Gibbonsa, dziś sprzedawana na ogół w pojedynczym wydaniu zbiorczym – jest jednym z najważniejszych tekstów kultury popularnej w historii. Fabuła skupia się na grupie głównie emerytowanych superbohaterów żyjących w alternatywnej wersji USA lat osiemdziesiątych, w trakcie zimnowojennych napięć posuwających świat w kierunku nuklearnej zagłady. 


czwartek, 13 sierpnia 2015

#1931 - Ballada o Halo Jones

Autorem poniższego tekstu jest Jakub Górecki, a więcej tekstów jego autorstwa znajdziecie na stronie Pulp Warsaw.

Jest taki numer „Hellblazera” pisanego przez Jamiego Delano, w którym John musi rozliczyć się z duchami wojny. Dosłownie. To właśnie największa siła numerów z pierwszych lat tej znakomitej serii: komentarz społeczny i polityczny ukryty pod płaszczykiem urban fantasy i horroru. Niezbyt subtelna, ale niezwykle celna satyra na naszą codzienność. Pokochałem tego wczesnego „Hellblazera” i jego specyficzny brytyjski klimat, jak i wiele innych tytułów pisanych przez Brytyjczyków w tamtym okresie z podobną dozą komentarza do naszej rzeczywistości.



piątek, 19 września 2014

#1738 - Violator vs Badrock

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam

Poprzednie odsłony rubryki Z archiwum Image poświęciłem komiksom, które czasami być może nie były doskonałe, ale mimo tego podczas ich lektury bawiłem się na tyle dobrze, że z czystym sumieniem mogłem je polecać. Dziś pierwszy raz skupię się na pozycjach przed którymi chce Was ostrzec. Moim zadaniem dziś jest sprawienie, by żadne z Was nie sięgnęło ani po mini-serię „Violator” ani tym bardziej po jej kontynuację, czyli komiks pod tytułem „Violator vs Badrock”.


środa, 13 listopada 2013

#1421 - Krótki zarys historii Image Comics cz.4: Rob Liefeld

Dzisiejszy tekst poświęcony zostanie nie tyle jednemu ze studiów Image Comics, co osobie ją reprezentującej. W amerykańskim komiksowie Rob Liefeld to postać, obok której nie można przejść obojętnie. Z jednej strony od lat cieszy się ślepym uwielbieniem wśród swoich fanów, z drugiej - jest jednym z najczęściej wyśmiewanych i hejtowanych twórców. Czy słusznie uchodzi za jednego z najgorszych artystów komiksowych i kiepskiego biznesmena? W swoim tekście spróbuje odpowiedzieć na to pytanie.


Jak już wspomniałem przy okazji pierwszej części mojej opowieści o historii Image, to Rob Liefeld i Todd McFarlane byli uważani za liderów grupy "buntowników", która żądała od Marvela większej swobody twórczej i praw autorskich do wymyślanych przez siebie postaci. Już wtedy rysownik był przekonany o własnej wielkości, choć pośród wszystkich ojców-założycieli jego dorobek nie prezentował się zbyt pokaźnie. Spory sukces, jaki osiągnął dzięki rysunkom do "X-Force" vol. 1 wystarczył, aby uznać go za wschodząca gwiazdę komiksowe rynku. Sam Liefeld wciąż myśli, że nią jest i dziś, ale o tym trochę później...

Po odejściu z Marvela i założeniu Image Comics, Liefeld z wielką pompą otwiera studio Extreme i zabiera się do pracy. Ostatecznie jego "Youngblood" #1 został pierwszym w historii komiksem z wielkim "i" na okładce, a także pierwszym w pełni niezależnym komiksem (spoza DC i Marvela), który zameldował się na szczycie comiesięcznych list sprzedaży. Sukces? Tak, ale jak Liefeld przyznaje po latach, nawet on nie był zadowolony ze swojego dzieła, ponieważ powstawał on naprędce i z pewnymi problemami, ale twórca koniecznie chciał być "tym pierwszym". Obiecał również, że przy okazji wznowienia pierwszego zeszyty "Youngblood" scenariusz zostanie poprawiony, ale nie dotrzymał słowa. Poprawiona wersja nigdy się nie ukazała...

Sukces (rynkowy) został odniesiony i Extreme Studios, jako pierwsze rozwinęło swoją ofertę. Gdy pozostali twórcy powoli, lecz konsekwentnie starali się budować swoje marki, Liefeld już na samym początku uwierzył że potrafi sprzedać wszystko. Oprócz kolejnych numerów „Youngblood”, w katalogu jego studia szybko pojawiały się zapowiedzi kolejnych tytułów. Były to między innymi „Prophet”, „Glory”, „Brigade” czy „Badrock”. O ile oferta wczesnego Image charakteryzowała się tym, że komiksy nie stały na najwyższym poziomie opowiadanej historii, o tyle przedstawiciele studia Extreme w większości przypadków ocierali się wręcz o fabularne dno. Nic w tym dziwnego, skoro za scenariusze odpowiadał albo sam Liefeld, albo wyłowieni przez niego anonimowi twórcy, o których słuch dziś już zaginął. Słupki sprzedaży wciąż utrzymywały się dość wysoko, a reszta założycieli wydawnictwa nominowała go na naczelnego, co utwierdzało Liefelda w przekonaniu, że jest wielki i pisane jest mu usadowienie się na samym szczycie. Dlaczego więc będąc taką gwiazdą, koniecznie trzymać się jedynie Image?


Przełom lat 1993/1994 przyniósł światu narodziny Maximum Press. Było to nowe, niezależne do Image wydawnictwo założone przez Roba Liefelda. Tam publikował on komiksy, które nie pasowały do charaktery uniwersum Extreme. Swój dom znalazły tam między innymi „Avengelyne”, „Warchild” czy licencjonowany „Battlestar Galactica”. Oczywiście krok ten nie podobał się reszcie włodarzy wydawnictwa Image, lecz ostatecznie nie to stało się powodem wyrzucenia Liefelda z Image.

Zresztą, oficjalnie twórca nie został wyrzucony, lecz sam odszedł. Swoją rezygnację złożył na kwadrans przed podjęciem decyzji o usunięciu go ze struktur Image Comics. Stało się to w 1996, a powodem były nieczyste praktyki stosowane przez Liefelda. Innym ojcom-założycielom nie podobało się to, że artysta, który nie umie rysować stóp próbował podkradać twórców z innych studiów. Wpadł podczas prób przekonania Micheala Turnera, aby opuścił Top Cow i przeszedł do Extreme Studios. Michael Silvestri z Top Cow mocno urażony tym faktem postanowił odłączyć się od Image. Reszta szefów zgodziła się, że Liefeld przekroczył uprawnienia, jakie posiadał będąc naczelnym i postanowiło go usunąć.

Dla Liefelda był to spory cios. Być może go to otrzeźwiło, ponieważ zaczął działać z sensem. Połączył Extreme Studios z Maximum Press i utworzył Awesome Entertainment. Skromna nazwa, prawda? Będąc kompletnie niezależnym, Liefeld kontynuował prace nad tytułami znanymi z poprzednich dwóch wydawnictw, lecz tym razem nie stawiał na anonimowych twórców. Przekonał on Jepha Loeba i Alana Moore’a, by współpracowali wraz z nim. Tylko dzięki tej dwójce, Awesome utrzymało się kilka lat na rynku.


Końcówka poprzedniego stulecia była katastrofalna dla rynku komiksowego. Upadły wydawnictwa Malibu czy Valiant, bliski swojego końca był Marvel, ogromne straty generowało DC, a Image Comics utraciło swój rozpęd i wplątało się w konflikt ze sklepami komiksowymi. Liefeld uparcie twierdził, że jest na rynku miejsce dla nowego gracza i powoływał się na przykład wydawnictwa Dark Horse, które przez te ciężkie czasy przeszło praktycznie bez zawirowań. Na wszelki wypadek zatrudnił dwóch uznanych twórców, którzy mieli zapewnić mu wysoką sprzedaż. Alan Moore zajął się największymi markami Liefelda, a więc „Youngblood”, „Glory” i przede wszystkim „Supreme”. Jeph Loeb z kolei pisał scenariusze do serii „Coven” i „Lionheart”, a sam Liefeld zakupił prawa do postaci Fighting Americana i planował nową serię. Co więc poszło nie tak?

Komiksy wydawnictwa Awesome nie sprzedawały się źle. Wykończyły je koszty produkcji i... koszta sądowe. Liefeld uznawał bowiem, że wydanie komiksu w jedenastu wariantach okładkowych (!!!) to coś całkowicie normalnego, natomiast Marvel Comics uznało, że Fighting American to nic innego, ja nieco przerobiony Kapitan Ameryka. Sklepy komiksowe w końcu przestały zamawiać poszczególne alternatywne covery, co dobiło „Youngblood” i „Glory”. Jeph Loeb po zakończeniu własnych serii przyjął ofertę DC Comics i odszedł, a Rob Liefeld został zablokowany przez sąd i nie mógł wydać w planowanej formie "Fighting Americana". W latach 1999-2000 Awesome Comics wydało jedynie 13 komiksów (w tym jeden handbook i jeden reprint), aż w końcu Liefeld ogłosił śmierć swojego wydawnictwa.

Myślicie że czegoś go to nauczyło? Skądże znowu! Niedługo potem Liefeld zakłada Arcade Comics, gdzie chce raz jeszcze przywrócić światu markę „Youngblood”. Twórca zaplanował trzy projekty z tymi bohaterami i przyciągnął do współpracy głośne nazwiska. Efekt? Ukazały się jeden zeszyt serii „Bloodsport” (scen. Mark Millar), dwa numery cyklu „Genesis” (scen. Kurt Busiek, rys. Eric Walker) oraz jedna odsłona „Imperial” (scen. Robert Kirkman). Żaden z nich nie został dokończony, a Arcade Comics zniknęło z komiksowej mapy USA i dziś mało kto o nim pamięta.


Niespodziewanie, w lipcu 2007 roku Image Comics ogłasza, że Rob Liefeld powraca w szeregi wydawnictwa, które współtworzył. Nie zajmuje on w wydawnictwie żadnej poważnej roli, lecz kolejny raz próbuje odświeżyć nieco swoje własne dzieła. W pierwszej kolejności stawia na... tak, tak, zgadliście. „Youngblood” #1 ukazuje się w styczniu 2008 roku i po raz pierwszy w historii Liefeld nie przyłożył ręki do procesu produkcji komiksu. Przynajmniej początkowo, ponieważ szybko zmienił zdanie i samodzielnie stworzył #9 – ostatni zeszyt cyklu. Kolejne lata przynoszą nowe woluminy „Avengelyne” oraz „Brigade”, które trwają odpowiednio osiem i... jeden numer. Rok 2011 miał wszystko zmienić, gdy Robert Kirkman zaprosił Liefelda do współtworzenia serii „Infinite” dla studia Skybound. Jednak na skutek „twórczych różnic” cykl przetrwał jedynie dwa numery. Dodajmy jeszcze, że w międzyczasie twórca nawiązywał współpracę z Marvelem i DC, która także kończyła się hucznym odejściem.

Wreszcie w 2012 roku Image, zupełnie nie wiedzieć dlaczego, postanawia dać Liefeldowi kolejną szansę i ogłasza zmartwychwstanie studia Extreme. Oficjalnie, istnieje ono do dziś, ale... przyjrzyjmy się temu nieco bliżej. „Bloodstrike” startuje od numeru 26, chociaż #24-25 nigdy się nie ukazały. Scenarzysta Tim Seeley kontynuuje wątki z poprzednich serii, lecz cykl notuje najsłabsze wyniki spośród wszystkich ze studia Extreme i po ośmiu numerach następuje kasacja. Zakończenie można określić jako pół-otwarte. Dzieło Alana Moore`a, czyli „Supreme” kontynuuje Erik Larsen, korzystając ze skryptów genialnego scenarzysty. Komiks startuje od #63 i wytrzymuje sześć zeszytów, po których Larsen znów poświęca całą swoją uwagę serii „The Savage Dragon”. #68 ukazał się w styczniu 2013 roku i po kilku miesiącach otrzymuje off-panelową kasację. Zakończenie jest jak najbardziej otwarte.

Chyba nikogo nie dziwi, że kolejną szansę dostaje „Youngblood”. Seria rusza od numeru 71, chociaż znów nie wiadomo skąd wzięła się ta liczba (powinna wynosić 68). Za scenariusz odpowiedzialny jest debiutant John McLaughlin, który wytrzymuje na stanowisku zaledwie sześć zeszytów, po czym zastępuje go sam Liefeld. Od tego czasu ukazują się jedynie dwa numery, z czego ostatni w lipcu 2013 roku. Seria wciąż jednak widoczna jest na stronie Image Comics jako aktualna, więc jej kasacja nie została oficjalnie potwierdzona. Z kolei „Glory” to najbardziej niedoceniona seria odrestaurowanego studia Extreme. Joe Keatinge rusza od zeszytu #23 i całkowicie odmienia główną bohaterkę. Krytycy biją brawo za odwagę i przestawioną fabułę, czytelnicy kręcą nosem. Ostatecznie tytuł kończy się po dwunastu numerach, spójnym i jednoznacznym zakończeniem. Natomiast „Prophet” to największy hit nowego studia. Scenarzysta Brandon Graham tak mocno odcina się od poprzednich odsłon przygód tego bohatera, że tworzy z serii kandydata do nagrody Eisnera. Cykl rusza od numeru 21, a zapowiedziany na styczeń 2014 roku „Prophet #45” będzie jednocześnie ostatnim zeszytem. Zapewne także z konkretnym zakończeniem.

Jak więc widać odrestaurowanie studia Extreme nie okazało się sukcesem. Czy jest więc kolejnym gwoździem do trumny Roba Liefelda? Chyba nie, skoro twórca niedawno zbierał na Kickstarterze pieniądze na nową odsłonę serii „Brigade”.

poniedziałek, 11 listopada 2013

#1418 - Krótki zarys historii Image Comics cz.2: Wildstorm

Jest druga połowa września 2010 roku, gdy Dan DiDio, szef wydawnictwa DC Comics, ogłasza, że wraz z końcem roku przestaje istnieć Wildstorm Productions. Tym samym kończy się historia imprintu, który przeżył 18 lat i pod swoim szyldem wydał wiele ciekawych komiksów. A to, że te niemal dwie dekady obfitowały w wiele dobrych tytułów i udanych inicjatyw, postaram się udowodnić opowiadając historię Wildstormu.


Lata w Image Comics

Omawiane wydawnictwo zostaje zamknięte przez szefa DC, ale do życia powołano go wraz z uruchomieniem pięciu innych studiów, wchodzących w skład Image Comics – nowego gracza na komiksowym rynku z 1992 roku, który rzucił rękawicę ówczesnym gigantom Za jego powstanie odpowiedzialny jest jeden człowiek: Jim Lee. Przebojowy rysownik, który do dziś dzierży rekord sprzedanych egzemplarzy pojedynczego komiksu. Skłócony z poprzednim szefostwem Marveka, Lee przyjął ofertę Todda McFarlane’a oraz kilku innych uznanych twórców i rozpoczął budowanie rynkowej siły, która mogłyby konkurować "wielką dwójką". Jim Lee ochoczo zabrał się do roboty. Nie sam, bo u jego boku pojawili się młodzi i uzdolnieni komiksowi twórcy z Brandonem Choi`em, Scottem Campbellem i niedoszłym właścicielem własnego studia w Image – Whilce`m Portacio na czele. To właśnie oni stoją za wielkim sukcesem, który wkrótce potem odniosły tytuły z Wildstormu.

Za oficjalny początek życia Wildstormu należy uznać rok 1992, gdy na półki sklepowe trafiły premierowe numery serii „WildC.A.T.S.” i „Gen13”. Były to pierwsze, ale jednocześnie najważniejsze wyniki współpracy Jima Lee i Brandona Choi`a. Oba te tytuły nie tylko odniosły sukces, ale wywołały spory szum na rynku. Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim zawartych w komiksach postaci kobiecych. Rysowane przez Jima Lee bohaterki „WildC.A.T.S.” charakteryzowały się tym, iż były możliwie minimalnie odziane i prezentowane w pozach, które eksponowały najbardziej ich „atuty”. Niemal te same oskarżenia dotykały serię „Gen13”, lecz tu sprawa była znacznie poważniejsza. Tytuł ten opowiadał o grupie kilku nastolatków obdarzonych supermocami, a wraz z kolejnymi przygodami kolejni rysownicy uparcie odbierali im kolejne części garderoby. Oberwało się również Choi`owi, który napisał do jednego z zeszytów dość „mocną”, jak na ówczesny komiks dla nastolatków, scenę miłosną pomiędzy dwoma dziewczynami.

Jak nietrudno się domyślić, kontrowersje te nie zaszkodziły wspomnianym tytułom, a wręcz przeciwnie - wywindowały je w górę w comiesięcznej liście sprzedaży. Sukces ten nie mógł przejść niezauważony, dlatego Lee i jego ekipa poszli za ciosem. W latach 1993-95 powstają takie tytuły jak „Stormwatch” (gdzie rysunkami zajmowali się między innymi Brett Booth czy Matt Broome), „Deathblow” czy „Wetworks” (którego współtwórcą był Whilce Portacio), a „WildC.A.T.S.” i Gen13” są z powodzeniem kontynuowane. Na rynku panuje wciąż dobra koniunktura, Wildstorm poczyna sobie coraz śmielej.


Aby wykorzystać niewątpliwy sukces przedsięwzięcia, Lee postanawia oddzielić swoje tytuły od reszty Imageverse. Tak powstaje projekt o nazwie „Wildstorm Rising”, który okazuje się pierwszym w historii wydawnictwa crossoverem. W tym wydarzeniu brały udział jedynie te tytuły, których twórcą był Jim lub jego najbliżsi współpracownicy. Po jego zakończeniu, Wildstorm staje się oficjalnie autonomicznym edytorem w ramach Image. By zdobyć jak najwięcej nowych odbiorców, wkrótce powstają dwa animowane projekty. Niestety, kreskówkowe „WildC.A.T.S.” zostaje szybko skasowane, a „Gen13” nie doczekuje nawet emisji pierwszego odcinka. Porażkę w tym polu wydawnictwo powetowało sobie dość dużą i na pewno bardzo niespodziewaną popularnością fabularnej gry karcianej osadzonej w realiach Wildstorm Universe.

Rok 1995 przynosi debiut pierwszego imprintu Wildstorm. Homage Comics skupia się na autorskich projektach wielu uznanych komiksowych twórców, nie mających jednak nic wspólnego z głównym uniwersum. I projekt ten okazuje się być kolejnym strzałem w przysłowiową dziesiątkę, gdyż przynosi wiele doskonałych tytułów. To właśnie pod szyldem Homage wydane zostają takie komiksy jak „Astro City” Kurta Busieka, „Strangers In the Paradise” Terry’ego Moore’a, „Red” Warrena Ellisa czy „The Maxx” i „Zero Girl” Sama Kietha. Imprint ten przetrwał do roku 2004, gdy tytuły wchodzące w jego skład zostały włączone do tworu zwanego Wildstorm Signature Series.

Niemal dokładnie dwa lata później Wildstorm Productions sprowadza na świat swoje drugie dziecko. Cliffhanger, bo o tym malutkim wydawnictwie mowa, założony został przez Joego Madureirę, J. Scotta Campbella i Humberto Ramosa. Panowie ci również stworzyli kilka udanych tytułów, takich jak „Battle Chasers”, „Steampunk” czy wydany i w naszym kraju „Arrowsmith”. Podobnie jak Homage, również i Cliffhanger stał się później częścią Signature Series, które połączyło oba te imprinty w jeden.


Rok 1997 okazał się przełomem dla Wildstormu. To właśnie wtedy zdecydowano się oddać wszystkie główne serie wydawcy w ręce nowych, pierwszoligowych scenarzystów i rysowników. Przykładowo, Alan Moore dostał za zadanie zakończyć z klasą pierwszy wolumin „WildC.A.T.S.”, a Joe Casey i Sean Phillips rozpoczęli pracę nad drugim. Adam Warren przejął pisanie „Gen13” vol. 2 i całkowicie zmienił oblicze tej serii. Największe i najważniejsze były jednak zmiany, których sprawcą został Warren Ellis. Scenarzysta ten zajął się odświeżeniem nieco podupadłej serii „Stormwatch”, a także wprowadził do Wildstorm Universe grupę bohaterów nazywających się DV8. Z obu tych zadań wywiązał się znakomicie, bo oba te tytuły, wraz z nowymi „WildCats”, stały się rynkowymi przebojami.

Niestety, kryzys, który dotknął branżę komiksową pod koniec XX wieku uderzył zwłaszcza w mniejszych edytorów. Zauważając malejące słupki sprzedaży, Jim Lee zaczął szukać sposobu, który sprawiłby, że twórcy związani Wildstormu mogliby spokojnie realizować swoje projekty. Gwarancją tego miało się stać wykupienie WS od Image Comics przez jednego z wydawniczej „wielkiej dwójki”. W 1998 Wildstorm przeniosło się do DC Comics, stając się tym razem imprintem tego edytora, nie tylko potężnie uderzając w komiksowe uniwersum Image, lecz też w samo wydawnictwo.



Lata w DC

Dziecko Jima Lee rozpoczęło działalność w nowym domu od mocnego uderzenia. Ellis, który odpowiednio wcześniej doprowadził do zamknięcia swojego „Stormwatch” vol. 2, zaatakował półki sklepowe dziełem kontrowersyjnym i zmieniającym wówczas podejście do kwestii superbohaterów. „The Authority”, bo o tej serii mowa, wraz z końcem XX wieku wprowadza do tego typu komiksów nieco świeżości. Postacie w niej występujące metodami działania są dalecy od ideału: nie boją się zabijać, są brutalni, a swoją działalność opierają na zastraszaniu i groźbach. Jeśli dodamy do tego homoseksualne wersje Batmana i Supermana, to mamy przepis na medialny szum i… murowany sukces. Ale to nie wszystko, bowiem wraz z Johnem Cassaday`em Ellis stworzył „Planetary” – serię opowiadającą o tajnej organizacji zrzeszającej post-ludzi (czyli osobników z nadprzyrodzonymi mocami), która zajmowała się poznawaniem tajemnic, jakie stoją za powstaniem świata. Pomimo ciągłych opóźnień, seria ta była jedną z najchętniej kupowanych pozycji z logiem Wildstormu aż do jej zakończenia w 2009 roku.

Rok 1999 wart jest jednak odnotowania z jeszcze jednego powodu – powstania trzeciego już imprintu w strukturach Wildstormu. Tym razem na jego czele stanęła jedna osoba i był nią sam Alan Moore. America`s Best Comics (niezbyt skromna nazwa, nieprawdaż?) startuje z takimi tytułami jak „Liga Niezwykłych Gentlemanów”, „Top 10” czy „Tom Strong”. Jako ciekawostkę dodam, że ABC formalnie nadal istniało do końca 2010 roku, choć już od ładnych paru lat nie wypuszczano więcej niż jeden tytuł rocznie (2009 – „Top Ten” vol.2, 2010 – „Tom Strong and the Robots of Doom”). Sam Alan Moore odszedł pod koniec 2008 roku, by ponownie pisać komiksy niezależne, a jedyny tytuł z ABC, jaki przy nim pozostał, to „Liga…”, której nowe przygody wydaje już Top Shelf.

Kolejną wartą odnotowania datą jest z pewnością rok 2001, gdy zdecydowano się na krok, który stał się pierwszym w kierunku zniszczenia Wildstormu. Tytuły dotąd związane z głównym uniwersum tego wydawcy dostały na okładkach znaczek „Eye of the Storm” i przemianowane zostały na komiksy dla dorosłego czytelnika (za wyjątkiem „Gen13” vol.2). Ruszają takie serie jak „The Authority” vol.2 Robbiego Morrisona, „Stormwatch: Team Achilles”, „Sleeper” Eda Brubakera i wreszcie „WildCats 3.0” Joego Casey`a. O ile dwie pierwsze nie zostały przez fanów przyjęte zbyt ciepło, o tyle kolejne aspirowały do miana najlepszych tytułów w historii Wildstormu. Żeby to udowodnić, wystarczy wspomnieć, że seria „WildCats 3.0” została uznana jedną z dziesięciu najlepszych comiesięcznych pozycji komiksowych lat 2001-2010. Niestety, całą wymienioną powyżej czwórkę łączyło jedno – sprzedaż znacznie poniżej oczekiwanych wyników. Kilka miesięcy po crossoverze „Coup D’Etat” wszystkie te serie zostały skasowane. Najbardziej uderzyło to w Joego Casey`a, który zrealizował jedynie nieco ponad połowę tego, co chciał pokazać w trzeciej serii o przygodach „Dzikich Kotów”.


Niepowodzenie to sprawiło, że serie spod szyldu Wildstorm Universe zaczęły być traktowane jako spory problem. Dlatego w latach 2004-2007 ciężko było doszukiwać się jakiejś porażającej ilości nowych propozycji. Z tego okresu, czytelnicy pamiętają w zasadzie jedynie „The Authority Revolution” Eda Brubakera, wydawane zaledwie rok „Gen13” vol.2 i promowanego nawet w regularnym DC „Majestica”. Oprócz tego pojawiło się kilka mini-serii, jednak żadna z nich nie odniosła spektakularnego sukcesu. Próbowano jednak odbić sobie tę porażkę poprzez reorganizację imprintów. Rok 2004 przynosi wspomniane już narodziny Wildstorm Signature Series, gdzie debiutują przykładowo znakomita „Ex Machina” Brian K. Vaughana, „Desolation Jones” Warrena Ellisa czy „Albion” napisany przez córkę Alana Moore’a. Jednakże już w 2006 znaczek W:SS zniknął z okładek komiksów, a sama ich liczba została drastycznie ograniczona.

Droga ku zagładzie

Ponieważ liczby nie kłamią, szefostwo Wildstormu zauważyło, że niemal wszystkie ich propozycje sprzedają się słabo. Postanowiono ratować jakoś finanse wydawnictwa i zrobiono to w najgorszy możliwy sposób. Dwa kroki, które postawiono, doprowadziły do tego, że wraz z końcem 2010 roku edytor przestał istnieć. Prześledźmy je.

Po pierwsze: by przyciągnąć nowych odbiorców, wydawca zaczął wydawać komiksy na licencjach znanych marek. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, jeśli wybierze się odpowiedni produkt i wyda go na dobrym poziomie. Niestety, po sukcesie serii „World of Warcraft” – jednej z pierwszych, które Wildstorm wydał na licencji - szefowie uwierzyli w to, że wszystko, co wydadzą, przyniesie spory zysk. Od tego momentu rozpoczyna się zalewanie rynku rozmaitymi pozycjami, które prześcigały się w tym, która z nich będzie gorsza. Przez cztery lata tytuły licencjonowane sukcesywnie wypierały projekty autorskie, jednak o jakimkolwiek sukcesie można mówić tylko w przypadku trzech. Zarobiły na siebie i nie raziły głupotą wspomniany wyżej „WoW” i oparte na innych grach, czyli „Gears of War” oraz „God of War”.


Po drugie: w 2006 roku postanowiono dać jeszcze jedną szansę Wildstorm Universe. Uniwersum to zostało oficjalnie uznane za Ziemię-50 w świecie DC (co dało przykładowo możliwość konfrontowania Authority z Justice League of America), a następnie zatrudniono najlepszych scenarzystów, by przywrócili blask poszczególnym tytułom. Akcja znana pod nazwą „Worldstorm” zupełnie jednak nie wypaliła. Murowane hity, jakimi miały być „WildCats” vol.4 i „The Authority” vol.3, zostały skasowane po odpowiednio jednym i dwóch numerach. Powód? Scenarzysta obu tytułów, którym był Grant Morrison, zerwał kontrakt z Wildstormem, gdyż nie umiał porozumieć się z Jimem Lee w sprawie losów obu serii. Nieoficjalnie mówi się, że denerwowały go wieczne opóźnienia w pracach rysowników obu pozycji, a w końcu za stronę graficzną nowych „WildCats” odpowiadał sam założyciel wydawnictwa.

Inne tytuły również okazały się niewypałem, tym razem jednak pod względem finansowym. Nadmienić trzeba też jednak, że Brian Azzarello („Deathblow” vol.2) i Mike Carey („Wetworks” vol.2) stworzyli chyba najsłabsze dzieła w swych karierach. Z całego Worldstormu z życiem wyszły jedynie „Gen13” vol.4 i „StormWatch PHD”, które to zostało skasowane po numerze dwunastym, ale decyzję zmieniono i pół roku później wydano kolejny zeszyt.

W 2008 roku postacie z Wildstormverse uczestniczyły w kolejnym crossoverze, którego reperkusje dawały nadzieje na lepsze jutro. Trzy, następujące po sobie historie: „Wildstorm: Armageddon”, „Wildstorm: Revolutions” i „Number of the Beast” sprawiły, że Ziemia-50 została niemal zupełnie zniszczona w wyniku ataku post-ludzi, a 90% ludzkości zginęło. Głównym zajęciem bohaterów staje się ochrona tych, którym udało się przetrwać i zapewnienie im bytu, a także próba uratowania planety, która powoli zmienia się w martwą pustynię. Tu, do wspomnianych wyżej dwóch tytułów dołączają kolejne odsłony „The Authority” i „WildCats” i choć okres ten przynosi kilka naprawdę dobrych historii (z dobrej strony pokazał się zwłaszcza Ian Edginton w „StormWatch PHD”), to jednak słupki sprzedaży zatrzymały się w okolicach 6-8 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, co nie mogło nikogo zadowalać.


Początek roku 2010 przynosi kolejne ciosy – zakończone zostają najbardziej dochodowe serie, czyli „Ex Machina” i „World of Warcraft”, a Kurt Busiek ogłasza, że jego „Astro City” udaje się na kilkumiesięczny odpoczynek. Dodatkowo, ponieważ ostro promowane „DV8: Gods and Monsters” Briana Wooda i „Victorian Undead” Iana Edgintona nie okazały się być nadzwyczajnym sukcesem finansowym wiadomym było, że nad Wildstormem zbierają się ciemne chmury. W końcu, wrzesień 2010 przynosi wiadomość o likwidacji imprintu.

Tak wyglądała historia wydawnictwa, które przeszło długą drogę, ocierając się zarówno o bramy komiksowego nieba, kończąc jednak w ekonomicznym piekle. Życzę jednak Wam i sobie, by tytuły tego edytora zostały na długo zapamiętane. Z pewnością niektóre są tego warte.

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

sobota, 6 lipca 2013

#1322 - Superdycha (edycja amerykańska)

Przy próbie zestawienia dziesięciu najlepszych komiksowych opowieści z Supermanem w roli głównej problemem jest olbrzymia ilość pozycji do wzięcia pod uwagę. Od 1938 roku Kal El wystąpił w niezliczonej ilości serii, albumów i zeszytów – praktycznie niemożliwe jest, abym zapoznał się choćby z jakąś częścią tego gigantycznego dorobku, szczególnie, że nie wszystko jest dostępne.

Tak naprawdę przygotowując tę listę ograniczyłem się do lektur współczesnych. Datą graniczną mojego zainteresowania było pojawienie się nowej wersji Człowieka ze Stali w wersji Johna Byrne`a. Sięgam więc niecałe trzydzieści lat wstecz, choć od tej reguły czynię pewien wyjątek. Superdycha w swojej amerykańskiej wersji dotyczy praktycznie tylko Supermana Brązowego Wieku i dalej – nie mam ani możliwości, ani kompetencji, by sporządzić podobne zestawienie dotyczące Złotej i Srebrnej Ery.

Drugie zastrzeżenie, które chciałbym na wstępie uczynić – brałem pod uwagę tylko te historie, w których Superman pełni tytułową rolę (a więc regularne serie z jego udziałem, mini-serie i powieści graficzne), a ich objętość wystarcza, aby zapełnić (przynajmniej jedno!) wydanie zbiorcze. Oczywiście, także od tych reguł czynię pewne wyjątki. Arbitralną decyzją zdecydowałem się brać pod uwagę "It`s a Bird" Christiansena i Seagle`a czy "Lex Luthor: Man of Steel" Azzarello i Bermejo, a odpuścić sobie "Kingdom Come" Waida i Rossa (które znalazłoby się w czubie wczorajszego podsumowania) czy "Superman Beyond", będące tie-inem do "Final Crisis". Niektóre pozycje z wyróżnionych przeze mnie są również zbyt krótkie, aby samodzielnie zmieścić się w albumie. Gimnastykowałem się, jak tylko mogłem, aby wyróżnić najlepsze pozycje z udziałem wielkiego eSa. Zgadzacie się z moimi wyborami?

10) "Superman: Peace on Earth" (Alex Ross i Paul Dini, powieść graficzna, 1998)

Ten album został wydany w cyklu "The World's Greatest Super-Heroes", w którym Paul Dini i Alex Ross mierzą się z dziedzictwem największych bohaterów DC Comics. W "Peace on Earth" Superman nie tylko musi zmierzyć się z problemem głodu na świecie, ale również zdefiniować swoją rolę na Ziemie – czy ma stać się zbawcą ludzkości czy może wzorem, którego postępowanie stanie się przykładem dla innych? Dini unika jak tylko może taniego moralizowania i nadmiernej dydaktyki i choć wychodzi mu to z różnych skutkiem, warto docenić ten komiks. Komiks ucieszy z pewnością miłośników pięknie wydanych albumów – powiększony format, slip-case i cieszące oko fotorealistyczne rysunki Alexa Rossa sprawią, że "Pokój na Ziemi" będzie ozdobą każdej kolekcji. Dziwię się, że Egmont nie próbuje publikować tej serii na polskim rynku w "ekskluzywnym" formacie.

09) "Secret Identity" (Kurt Busiek i Stuart Immonen, mini-seria, 2004)

W świecie "Secret Identity" Superman jest tylko postacią z komiksów, a mieszkający w Kansas Clark Kent z wiadomych przyczyn nie jest zadowolony z żartu, jaki wycięli mu rodzice na chrzcie. Ale opowieść Kurta Busieka o Supermanie bez Supermana, którego znamy z kart komiksów, daje doskonały ogląd tego, kim jest przybysz z planety Krypton. W końcu Clark otrzyma moce porównywalne z tymi, które posiada "komiksowy" Człowiek ze Stali, ale w "rzeczywistym świecie" jego historia potoczy się nieco inaczej... Czytelnik śledzi losy Clarka od jego narodzin, przez spotkanie z dziewczyną imieniem Lois, miłosne perypetie i moralne rozterki, aż do późnej starości.


08) "Superman and the Legion of Super-Heroes" (Geoff Johns i Gary Frank, „Action Comics” #858-863, 2007-08)

W 2006 roku Geoff Johns wraz z Kurtem Busiekiem i Richardem Donnerem, reżyserem filmowego "Supermana", przywrócili blask Srebrnej Ery Człowiekowi ze Stali. Johns na stołku scenarzysty "Action Comics" utrzymał się najdłużej, a jego reinterpretacje klasycznych motywów mitologii wielkiego eSa należą do najlepszych rzeczy, jaki przytrafiły się temu bohaterowi i DC Comics w ostatnich latach. W trejdzie „Superman and the Legion of Super-Heroes” wraca koncept przed-kryzysowego Legionu Superbohaterów. Johns, znajdujący się w lepszej formie niż w większości pisanych przez siebie "Green Lanternów", jest gwarantem superbohaterskiego mainstreamu najwyższej klasy. A do tego znakomite rysunki Gary`ego Franka – czego chcieć więcej?

07) "What’s So Funny About Truth, Justice, and the American Way?" (Joe Kelly, Doug Mahnke, Lee Bermejo, „Action Comics” #775, 2001)

Joe Kelly nie tylko zmusza ostatniego syna planety Krypton do zmierzenia się z grupą superłotrów zwaną Elite, ale każe mu również zastanowić się nad sensownością działań, jakie podejmuje. Czy hasła prawdy, sprawiedliwości i amerykańskiego stylu życia na początku XXI wieku pasują jeszcze do nowoczesnego, postindustrialnego społeczeństwa? Czy Superman z wartościami, jakie reprezentuje jest jeszcze komukolwiek potrzebny? Oprócz prób odpowiedzi na te pytania Kelly polemizuje również z nowy modelem wyzutego z moralności bohaterstwa, które można oglądać w produkcjach Wildstorm, takich jak "Authority". "What's So Funny About Truth, Justice & the American Way?" stało się jednym z największych hitów rynku w 2001 roku – między innymi magazyn "Wizard" nazwał je najlepszym komiksem z Supermanem w historii (co było opinią mocno na wyrost). Jubileuszowy, 775. numer "AC" stał się również kanwą animowanego filmu "Superman vs. Elite" z 2012 roku.

06) "Lex Luthor: Man Of Steel" (Brian Azzarello i Lee Bermejo, mini-seria, 2005)

Lex Luthor zasłużył sobie na miano największego z wrogów Supermana, stając się jednocześnie niezwykle interesującą postacią. Przed „Jokerem” duet Brian Azzarello i Lee Bermejo biorą na warsztat właściciela Lexcorpu. Co nim tak naprawdę kieruje? W jaki sposób postrzega Człowieka ze Stali? Dlaczego nie ufa przybyszowi z obcej planety, który próbuje "ocalić" ludzkość? Frapująca, napisana z nerwem, opowieść o tym złym, brawurowo zilustrowana przez Bermejo. Najlepszy komiks, w którym Superman odgrywa zaledwie drugoplanową rolę.
05) "Brainiac" (Geoff Johns, Gary Frank, „Action Comics” #866-870, 2008)

I druga pozycja z runu Geoff Johnsa w "Action Comics", w której Kryptonijczyk stanowi jedynie tło dla frapującej kreacji Brainiaca. Z nieco cyrkowego, kosmicznego villaina Vril Dox stał się przerażającą beznamiętną siłą. Oprócz tego, że w tej historii retconowane zostają kolejne elementy dziedzictwa Srebrnej Ery (zabutelkowane miasto Kandor, pewne elementy biografii Jonathana Kenta), to "Brainiac" jest po prostu świetną historią. Pełną efektownej akcji i nie stroniącą o chwytającego za gardło dramatyzmu. Johns i Frank w wybornej formie. W DC właśnie pracują nad animowaną adaptacją tego albumu, która ma być gotowa jeszcze w tym roku.

04) "Birthright" (Mark Waid, Leinil Francis Yu, mini-seria, 2003-04)

W 2002 roku Mark Waid stanął przed zadaniem opowiedzenia o genezie Supermana w sposób godny XXI wieku. Z postawionego zadania wywiązał się znakomicie pisząc historię, która z jednej strony była bardzo przystępna dla nowych czytelników, oswojonych z Człowiekiem ze Stali znanym z serialu "Smalville", a z drugiej - fani zostali dopieszczeni retconem pewnych elementów Srebrnej Ery, które zostały usunięte przez Johna Byrne`a. I choć "Birtright" w chwili obecnej uchodzi za niekanoniczny origin, wciąż pozostaje świetnym komiksem, który doskonale uchwycił to, co w postaci Człowieka ze Stali najistotniejsze. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że Zack Snyder pracując nad swoją ekranizacją garściami czerpał z pracy Waida (za co ten nie dostał ani grosza, nawiasem mówiąc).

03) "Red Son" (Mark Millar, Dave Johnson, Killian Plunkett, mini-seria, 2003)

"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!" Nie, to nie jest żart, to wyimek z najlepszego elseworlda z udziałem Kal Ela, który odpowiada na pytanie co by było, gdyby wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Mark Millar stworzył epicką historię o tym, jak wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Superman gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma, a Dave Johnson i Killian Plunkett świetnie ją narysowali.


02) "It`s a Bird" (Teddy Christiansen i Steven T. Seagle, powieść graficzna,  2004)

Znowu nietypowo. "It`s a Bird" to autobiograficzna powieść graficzna Stevena T. Seagle`a, który opowiada o tym, jak artysta otrzymał komiksowe zlecenie na stworzenie komiksu z Supermanem. Dla każdego twórcy, który zajmuje się kadrami i dymkami to wielkie wyzwanie, ale dla głównego bohatera komiksu to również punkt wyjścia nad refleksją o wszechobecności śmierć i w jego rodzinie, którą ucieleśnia Pląsawica Huntingtona. Opowieść o ewolucji znaczeniu Człowieka ze Stali (a pośrednio - także samego komiksowego medium), jego roli we współczesnym społeczeństwie, potędze, sprawiedliwości, alienacji, cierpieniu i uciekaniu zostala fantastycznie zilustrowana przez Teddy`ego Kristiansena. Artysta za swoją pracę otrzymał Nagrodę Eisnera w 2005 roku w kategorii Best Painter/Multimedia Artist.


01) "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" (Alan Moore, Julius Schwartz, Curt Swan, George Pérez, "Superman" #423 i "Action Comics" #583, 1986)
"For the Man Who Has Everything" (Alana Moore i Dave Gibbons, "Superman Annual" #11, 1985)

Na szczycie listy – Alan Moore w dwóch wcieleniach. Nie wiedziałem, którą historii napisanych przez autora „Zagubionych Dziewcząt” i „V jak Vendetta” umieścić na miejscu pierwszym, więc postanowiłem razem pomieścić je na najwyższym stopniu podium. "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" została pomyślana, jako ostatnia historia w dziejach Człowieka ze Stali Srebrnej Ery, który wkrótce miał zostać odnowiony przez Johna Byrne`a. Moore pisząc świadomie kiczowatą, choć nie pozbawioną dramaturgii, opowieść o odchodzącym w ostatnich promieniach słońca herosie. Piękny, słodko-gorzki hołd oddany Człowiekowi Jutra, kultowy niemniej od "Zabójczego żartu". Podobnie zresztą, rzecz ma się w przypadku "For the Man Who Has Everything" opowieści, którą Moore stworzył wraz z Dave`m Gibbonsem. Pomysł dość banalny w swojej prostocie – wprowadzić villaina, który spełni najskrytsze marzenie Supermana – szybko okazał się okazją do przyjrzenia się problemowi odpowiedzialności, jaka ciąży (dosłownie) na największym z komiksowych superbohaterów.

piątek, 18 stycznia 2013

#1223 - Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecie

Należący do krakowskiego odłamu kultu twórczości Mistrza Moore`a Jerzy Łanuszewski bierze na swój recenzencki warsztat "Ligę Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecie".

Skończył się wiek XIX, nadeszło nowe stulecie. Także skład Ligi Niezwykłych Dżentelmenów uległ zmianie - wprawdzie na jej czele wciąż stoi Mina Murray, a drugie skrzypce gra Allan Quatermain (magicznie odmłodzony i udający własnego syna), jednak reszta drużyny to zupełnie nowi bohaterowie: wiekowy, lecz wciąż młody, raz za razem zmieniający płeć Orlando, okultystyczny detektyw Thomas Carnacki i arcyzłodziej A. J. Raffles. 

Bohaterowie wędrują przez wiek przeżywając niesamowite i bardziej przyziemne przygody. Szpiegują okultystów, ścierają się raz po raz ze złowrogim magiem, Olivierem Haddo, walczą z piratami, próbują powstrzymać apokalipsę, spotykają tajemniczego „więźnia Londynu”, biorą udział w koncercie rockowym/rytuale czarnomagicznym, by w końcu stanąć oko w oko z przepowiadanym Antychrystem.

Po pierwszych dwóch częściach byłem sceptycznie nastawiony do „Stulecia”. Szybkość i sposób prowadzenia narracji sprawiły, że opowieść wydała się dość chaotyczna. Moore bardzo skakał między wydarzeniami, początkowo mniej skupiał się na głównych, zdawałoby się bohaterach, sporo miejsca poświęcając pobocznym wątkom, m. in. historii córki kapitana Nemo. Jednak po lekturze całości muszę stwierdzić, że to wszystko jak najbardziej miało sens, a „Stulecie” znakomitym komiksem jest i basta. Mnożenie wątków i postaci to bardzo ryzykowna gra, wielu dobrych scenarzystów się w ten sposób zapętliło. Na szczęście Moore jest wybitny. Cała historia jest dokładnie przemyślana i starannie poprowadzona. Żaden element nie jest zbędny, a przeskoki między scenami dają pełny obraz całej opowieści wraz z przyległościami. Czarownik z Notrhampton zgrabnie pozamykał wiele wątków, jednocześnie tworząc multum furtek do potencjalnych kolejnych opowieści, dziejących się w jego patchworkowym uniwersum.

Pisząc o „Lidze Niezwykłych Dżentelmenów” nie można nie wspomnieć o warstwie graficznej. Kevin O’Neill jest z serią od samego początku i trudno by było sobie wyobrazić innego artystę na jego stołku. Jego charakterystyczna kreska i szczegółowe rysunki bardzo dobrze przedstawiają drugie plany, gdzie dzieje się tak wiele. Bogactwo jego grafik przepysznie oddaje klimat każdej sceny - czy będzie to wywołujący uczucie niesmaku spacer wśród biedoty londyńskiej dzielnicy portowej, wyniosła tajemniczość klubu dla okultystów, czy szaleństwo tłumu hipisów wymieszane z panicznymi halucynacjami.

Wielka szkoda, że Egmont nie opublikował wcześniejszego tomu: „Black Dossier” - mam wrażenie, że czytający „Stulecie” bez znajomości tego tomu mogą w pewnych miejscach poczuć się zagubieni. Większa część akcji „Black Dossier” dzieje się między wydarzeniami z pierwszego i drugiego tomu „Stulecia”, kilku bohaterów jest tam szerzej przedstawionych,. Ale cóż, czasami po prostu nie możemy mieć wszystkiego.

„Stulecie” można odczytywać na kliku płaszczyznach. Jak zawsze w przypadku „Ligi…” jest to postmodernistyczna zabawa, szalona mozaika nawiązań, zmuszająca czytelnika do uporczywego tropienia, wyszukiwania elementów znanych z kultury i popkultury - literatury, malarstwa, muzyki, sztuki użytkowej oraz historii współczesnej. W „Stuleciu” Moore podniósł poziom trudności w tej kwestii. Dzielny czytelnik, chcący odnaleźć wszystkie nawiązania natknie się na dzieła bardzo niszowe, przedwojenną brytyjską pulpę, opowiadania okultystyczne czy utwory znane Brytyjczykom, które niekoniecznie są popularne poza wyspami. Tym razem Moore nie ograniczył się do literatury - w XX wieku inne media doszły do głosu, tako więc i w „Lidze…” znajdzie się nawiązania do seriali, filmów, muzyki, a także do „Opery za trzy grosze”. Fragmenty utworu Brechta i Weilla pojawiają się w każdej części „Stulecia” - początkowo śpiewane przez postaci tła, w ostatnim w tej formie przedstawiony jest dialog Miny i Quatermaina. Można by pomyśleć, że taki komiksowy musical może być średnio strawny. Nic bardziej mylnego. Partie muzyczne zgrabnie wpasowują się w akcję i ładnie współgrają z resztą komiksu.

Moore, jako znany mag, często w swoich komiksach zawiera odniesienia do teorii oraz praktyk magicznych. „Stulecie” tymi znakami jest nasycone. Wspomniany wcześniej Haddo jest literackim odpowiednikiem najsłynniejszego dwudziestowiecznego okultysty, Aleistera Crowleya. Jest to postać z powieści „The Magician”, W. Somerseta Maughama. W komiksie Moore’a i O’Neilla ten „najbardziej zdeprawowany człowiek świata” stara się stworzyć Księżycowe Dziecko, mające być zwiastunem nowego eonu, Ery Wodnika. Czyli, w rozumieniu sił przeciwnych magowi - Antychrysta. Nawiązań do postaci ojca Thelemy jest więcej. Jednym z pomocników Haddo jest Simon Iff, bohater literacki stworzony przez samego Crowleya - występował w książce „Moonchild” oraz cyklu opowiadań kryminalnych. Odniesień do postaci angielskiego maga, nie tylko literackich, pojawia się jeszcze kilka.

Daty 1910, 1969 i 2009 można odczytywać jako okresy wzmożonego zainteresowania ludzkości magią. Pierwszy tom przedstawia czas rozkwitu wszelakiej maści towarzystw okultystycznych i ezoterycznych, lat działalności m. in. Crowleya, Ordo Templi Orientis czy Rudolfa Steinera. Drugi prezentuje epokę dzieci-kwiatów i fascynację magią wśród gwiazd rocka. Ostatni tom, to czasy współczesne, kiedy myślenie o magii zostało ograniczone do popkultury. Początek XXI wieku jest przedstawiony jako doba upadku magii jako dziedziny traktowanej poważnie. Świat czarodziejski istnieje gdzieś obok, ignorowany przez większość społeczeństwa.

„Stulecie” to też bardzo ostra krytyka XX wieku. Krocząc przez kolejne lata wraz niezwykłymi dżentelmenami, obserwujemy cywilizację postępującego regresu. Ostatnia część „Ligi…” (podobnie jak Black Dossier) jest dużo mroczniejsza, bardziej ponura od pierwszych dwóch tomów. Owszem, one też nie oszczędzały bohaterów - Moore od początku traktował bohaterów literackich jak żywych ludzi, z bagażem doświadczeń, wad i słabości. Jednak atmosfera belle epoque, przełomu wieków, odkryć i steampunkowych wynalazków dawała nadzieję. XX wiek pogrzebał te sny o wielkości. Wojny światowe, rządy Wielkiego Brata, zamachy terrorystyczne i upadek kultury - z każdą częścią „Stulecia” świat wygląda coraz gorzej, zmierza ku upadkowi, a bohaterowie razem z nim - ulegają swoim słabościom, tracą wiarę w sens swoich działań. Paradoksalnie, epoka wiktoriańska przedstawiona we wcześniejszych komiksach wypadła o wiele korzystniej od czasów współczesnych.

Panowie Moore i O’Neill po raz kolejny stworzyli fascynującą opowieść - pasjonującą, a przy tym wymagającą przygodę, która wciągnie waszego wewnętrznego dzieciaka, a także zaspokoi intelektualne pretensje.

piątek, 16 listopada 2012

#1182 - Potwór z Bagien: Święto Wiosny (#34)

Tak naprawdę to chciałem napisać recenzję drugiego tomu "Sagi o Potworze z Bagien" pod tytułem "Miłość i Śmierć", lecz zdałem sobie sprawę z tego, że wiele kwestii, które chciałbym poruszyć zawarł w recenzji pierwszego tomu Marcin Zembrzuski. Nie chcąc powielać spostrzeżeń zdecydowałem na analizę zeszytu numer 34, który to zamyka zbiorczy drugi tom. Według mnie zeszyt ten zdominował cały ten album.

Kolejny raz przenosimy się w czasie, a DeLorean zabiera nas równy rok przed szokiem wywołanym "Strażnikami" i millerowskim Batmanem. Fani komiksów co prawda śnią po nocach o rewolucji, ale nie na tyle mocno, żeby wyobrazić sobie gaimanów i ennisów. Cenzura nadal mocno trzyma łapy na komiksowym medium, tylko młode undergroudowe wydawnictwa czasem pozwolą sobie wydać coś mocniejszego. Wielka dwójka powoli zaczyna zmieniać swoje podejście do opowiadania historii, ale nadal robi to małymi kroczkami. Zatrudnienie Alana Moore'a na stanowisko scenarzysty "Swamp Thinga" okaże się pierwszym większym krokiem do rewolucje w obrębie medium.

I to jakim krokiem! Nie wiem jak to możliwe, że szefostwo DC Comics pozwoliło Brytyjczykowi stworzyć zeszyt w całości poświęcony stosunkowi seksualnemu rośliny z człowiekiem. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało. Alec Holland nie jest już istotą ludzką, jest roślinnym monstrum zachowującym resztkę swojego człowieczeństwa. Akt miłości między nim, a Abby przedstawiony przez Moore'a może nie jest seksem w sferze cielesnej, ale w zmysłowej - na pewno. A sposób przedstawienia tego zbliżenia myślę jest w stanie onieśmielić nie jednego surrealistycznego artystę.

Swamp Thing aby przypieczętować miłość do Abby postanawia poczęstować ją bulwą wyrastającą z jego ciała. Chce jej udowodnić, że mimo tego, że nie będzie jej w stanie dać ludzkiego zbliżenia może ofiarować jej miłość na zupełnie innej płaszczyźnie. Nie wiem, co na to cenzura, ale dla mnie to najczystsza forma propagująca używki halucynogenne pochodzenia roślinnego. Wizję, które przyjdzie nam zobaczyć oczami Abby wyglądają jak jazda po kwasie albo innym ciekawym specyfiku. Fantasmagoryczne obrazy perfekcyjnie przedstawione przez Stephena Bissette'a to podróż po najciemniejszych i najjaśniejszych stronach fauny i flory. Widać, że rysownik przez całe dwa albumu ostrożnie dawkował swój styl, żeby nie kontrastować z fabułą lecz w tym zeszycie puszcza wodze talentu i pozwala sobie na niesamowity wybuch formy. Bissette kradnie wszystko, co najlepsze z plakatów w stylu Psychodelic Art. Tworzy od groma spirali i kalejdoskopowych wzorów, które mają na celu zilustrować zaburzenia wzroku występujące przy halucynacji. Z hiperdokładnością skupia się na detalach. Co najlepsze - wykorzystuje także motyw Horror Vacui, to znaczy w całości zagospodarowuje kadry nie pozostawiający pustego tła. Całość jego prac doskonale pokolorowała Tatjana Wood i bez jej pomocy psychodeliczny wygląd całego komiksu byłby uboższy. Kolorystka wykorzystuje od groma róży, pomarańczy, błękitów i czerwieni. Wszystkie jasne barwy zestawia z ciemnymi kolorami dokładnie tak, jak robił to na swoich pracach, chociażby genialny Mati Klarwein (twórca bodajże najlepszych muzycznych okładek - "Bitches Brew" Milesa Davisa i "Abraxas" Santany).

Rysunkom oczywiście wtóruje tekst Alana Moore'a. Sam autor (cytując wstęp do albumu napisany przez Neila Gaimana) "napisał, że był to w zasadzie poemat prozą: halucynogenne spełnienie pomiędzy ponad dwumetrową bryłą roślinności i imigrantką z Bałkanów". Faktycznie, twórca "Strażników" doskonale wypełnił kadry komiksową poezją, nie ocierając się przy tym o kicz i banalność. Narracja Abby po jej erotyczno-roślinnych wizjach jeszcze bardziej pogłębia psychodeliczność tego zeszytu. Myślę, że tym tekstem nie pogardziłby sam Allen Ginsberg. Nie możemy też zapomnieć o tytule tego epizodu - "Święto Wiosny". Widać, że Moore bardzo lubi balet Strawińskiego, bo w "Zagubionych Dziewczętach" z niego również korzysta. To może taki paradoks, że Strawiński 70 lat wcześniej stwarza coś, co w zupełności ma zrewolucjonizować współczesną muzykę i taniec, dokładnie tak, jak w kilka dekad później dzieła Brytyjczyka odmieniają świat kolorowych zeszytów. Oczywiście, nawiązanie do Strawińskiego jest tutaj bardzo proste, w końcu Święto Wiosny opowiada o rytuale zjednoczenia ludzi z naturą.

34 zeszyt "Potwora z Bagień" to jeden z moich ulubionych komiksów. Przecierający szlaki do postrzegania komiksu, jako dzieła sztuki. Z taką łatwością łączący komiksowych superbohaterów z poezją i psychodeliczną sztuką lat sześćdziesiątych. Nieziemsko pięknie zilustrowany, podniecający i cholernie niebanalny.

piątek, 9 listopada 2012

#1180 - Rzut za 3: Before Watchmen (05)

"Before Watchmen - Silk Spectre" #3 - Darwyn Cooke i Amanda Conner

Czyż ta okładka nie jest świetna? Amanda Conner rozkręciła się na całego. Przyznam, że byłem dość sceptycznie nastawiony do jej udziału w tym projekcie, ale nigdy nie wątpiłem w jej talent. Z każdym kolejnym numerem udowadniała, że jej styl jest naprawdę rewelacyjny, a jej wersja Komedianta (świetny epizod!) pokazuje, że czuje klimat "Strażników", jak mało kto. Jednak zastrzeżeń do fabuły mam sporo. Nie dlatego, że mi się nie podoba. Zbliżając się do końca tej mini-serii utwierdziłem się w przekonaniu, że tworzenie jej nie miało najmniejszego sensu. Historia opowiedziana przez Cooke`a i Conner nie wnosi kompletnie nic do postaci Jedwabnej Zjawy, a co gorsze - spłyca ją. Z ostateczną oceną pozwolę sobie jednak poczekać do momentu, gdy przeczytam ostatni zeszyt.
 Wracając jeszcze do kwestii plastycznej tego zeszytu (jak i poprzednich) to "Silk Spectre" jest jedyną częścią cyklu "Before Watchmen", w której na końcu danego odcinka pojawiają się cytaty z epoki. W oryginalnych "Strażnikach" Moore przywołuje między innymi bon moty z Boba Dylana, Williama Blake'a, Carla Junga, pojawia się nawet fragment Księgi Hioba. Twórcy spin-offa natomiast cytują między innymi Kena Keseya, czy też jak to się stało w tym numerze, tekst z piosenki "Transfusion" zespołu Nervous Norvus - kolejny kawałek do mini playlisty tworzącej soundtrack do tej serii. Wykorzystywane przez Moore'a muzyczne motywy były doskonałym posunięciem (patrz: OST do snyderowskich "Strażników"). W tym przypadku nie jest inaczej!

"Before Watchmen - Comedian" #3 - Brian Azzarello i JG Jones

Oczekiwałem zapachu napalmu o poranku, a w rzeczywistości w ruch poszły koktajle Mołotowa. Ogień może i jest, ale siła rażenia nie taka, jakbym tego chciał. Wybacz Brian, ale kompletnie Ci to nie wyszło. Blake jeszcze dobrze się nie zadomowił w dżungli, a już scenarzysta rzuca go w środek zamieszek w Los Angeles w 1965 (kolejna ilustracja epoki).
I wszystko byłoby okej, jeśli Azzarello nie pokusiłby się o zabawę w psychiatrę i próbę przedstawienia nam źródła zaburzeń Komedianta. Sorry, ale ja za nic w świecie nie chcę znać socjopatycznych korzeni jego psychiki. Ta postać czym bardziej jest tajemnicza, tym bardziej przerażająca. Nie chce mi się wierzyć, że Wietnam i rasistowska Ameryka lat sześćdziesiątych zepsuła Blake'a do szpiku kości. Nie tylko kontrastuje to z wizerunkiem Komedianta z "Minutemenów" Cooke'a, ale także z moim wyobrażeniem nakreślonym przez Alana Moore'a. Komediant wydaje się być klamrą całego prequela (gościnnie występuje prawie we wszystkich seriach) i ze smutkiem muszę przyznać, że jego wizerunek przedstawiony przez innych twórców bardziej mi odpowiada.
Azzarello nie radzi sobie także z krytyką ówczesnej amerykańskiej polityki. Rzecz, która wyszła tak perfekcyjnie mistrzowi z Northampton, w wykonaniu twórcy "100 naboi" jest po prostu banalna i w żaden sposób nie zmusza do refleksji. Przewidywalne także stają się relacje Komedianta z rodziną Kennedych. Próba ograniczenia Blake'a przez Bobbiego zaczyna wyznaczać prostą drogę w objęcia Nixona. Chyba nic mnie już nie zaskoczy. Co do kreski Jonesa, to poza rewelacyjną okładką nic więcej szałowego w środku komiksu nie oferuje. Szkoda, bo już zaczynałem się do niego przekonywać.

"Before Watchmen - Nite Owl" #3 - J. Micheal Straczynski, Andy Kubert i Bill Sienkiewicz

Ten komiks powinien w tytule mieć napisane Rorschach. Część zeszytu poświęcona wielbicielowi fasoli bez dwóch zdań zdominowała całą historię. Możliwe, że jest to spowodowane wprowadzeniem nowej postaci do komiksu. Lady Twilight, w której widziałem ciekawe rozwinięcie akcji, niefortunnie sprowadziła do komiksu infantylną analizę seksualności Nocnego Puchacza. Ich wspólne seksualne igraszki są najprościej w świecie głupie i naiwne. Natomiast akcja wokół Waltera jest dość sprawnie napisana. Oczywiście to dalej rzemieślnicza robota, która nie wprowadza nic do tej postaci, ale przynajmniej niezły z tego komiksowy thriller.
Podobnie, jak w przypadku Jedwabnej Zjawy, to już przedostatni odcinek tej serii. Niestety, ja już wiem jaką ocenę wystawię na jej koniec. Ważnym wydarzeniem tego zeszytu jest przejęcie pióra przez Billa Sienkiewicza, który zajął się pracą przy nakładaniu tuszu na rysunki Kuberta Jra. Rysownikowi przyszło zająć miejsce zmarłego niedawno Joe Kuberta. Zmiana jest najbardziej widoczna w mimikach twarzy bohaterów, a także w kilku wpadkach, które najprawdopodobniej były spowodowane krótkim terminem realizacji tego zeszytu. Jednym z najbardziej rażących błędów jest scena, w której nowa bohaterka oznajmia, że musi się przebrać w coś bardziej komfortowego i po kilku chwilach wraca dokładnie w tym samym stroju. Szkoda, że taką krótką serię musiały spotkać takie niedociągnięcia.

piątek, 2 listopada 2012

#1174 - Rzut za 3: Before Watchmen (04)

"Before Watchmen - Dr. Manhattan" #1 - J. Micheal Straczynski i Adam Hughes

Nie wiem jak inni, ale ja uważam Doktora Manhattana za najciekawszą postać wśród "Strażników". Rzecz to dziwna, bo przecież pośród członków tej grupy są bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka wydają się bardziej interesującymi kreacjami, niż bohater pokroju Clarka Kenta. Ale pod skorupą tych nadludzkich mocy, Jon Osterman kryje w sobie ogromną dawkę niebanalności. Sama scena na Marsie, gdzie rozprawia się ze swoją przeszłością i teraźniejszością to według mnie jedna z najlepszych sekwencji komiksowych w dziejach tego medium. W dodatku doskonale odnalazła się także na ekranie - Zack Snyder w swojej adaptacji poradził sobie z nią perfekcyjnie
Częściowy sukces pierwszej odsłony "Before Watchmen - Dr. Manhattan" oparty jest właśnie na parafrazie tej sceny, podobnie zresztą jak większość fabuły, która kurczowo trzyma się oryginału. J. Micheal Straczynski nadaje swojemu dziełu mocno filozoficzny wydźwięk, przez co Doktor staje się jeszcze bardziej skomplikowaną i frapującą postacią. Scenarzysta potrafił wczuć się w chłodny i obojętny styl narracji Manhattana. Oczywiście, można mu zarzucać, że właściwie nie robi nic więcej ponad kopiowanie mistrza, bo przecież większość komiksu to sceny dobrze przez znane.
Wydaje mi się, że nie można czepiać się wtórności, bo ostatnie strony tego zeszytu zapowiadają, że jego autorzy mają pomysł na tę serię. W przeciwieństwie do pierwszego numeru "Nocnego Puchacza", którego również napisał Straczynski. JMS lepiej rozumie postać Jona, wie, jaki ma potencjał. Czuję, że w następnym numerze otrzymamy  tyle fizyki kwantowej i perfekcyjnych zegarkowych mechanizmów, że śmiało będziemy mogli zbudować bombę wodorową!
Nie można zapominać o rysunkach. Nie znałem wcześniej Adama Hughesa, ale po tym numerze jestem bardzo ciekaw jego prac. Nie jestem pewien na ile spodobały mi się same rysunki Hughesa, a na jest to zasługa Laury Martin, która nakładała kolory. W każdym razie razem odwalili kawał dobrej roboty. Trudno spotkać podobne prace w komiksach superbohaterskich. Stworzone przez nich rysunki wyglądają jak stare fotografie, pełne ziarna i kurzu, które zostały zrekonstruowane. Przypominają pamiętne zdjęcie Jona i Janey przed wypadkiem. Naprawdę fajna sprawa!

"Before Watchmen - Ozymandias" #2 - Len Wein i Jae Lee

Zapnij pasy, Dorotko i pożegnaj się z Kansas. Drugi zeszyt "Ozymandiasza" to najprawdziwszy nokaut! Jak zwykle kreska Jae Lee jest jak studia bez dna wypełniona odniesieniami do niemal wszystkiego, co były w stanie zrodzić boginie sztuki w ciągu wieków. Ale, co ciekawe, w tym numerze na pierwszy plan wychodzi praca kolorystyki June Chung. Jej intensywne barwy przywołują na myśl obrazy Tamary Łempickiej. Przez odpowiednie zgeometryzowanie kadrów, wykorzystanie czystych jaskrawych kolorów i stylizacji na plakaty z lat dwudziestych ubiegłego wieku komiksowi blisko jest estetyce art-deco. Warto mieć na uwadze fakt, że odkrycie grobu Tutenchamona miało ogromy wpływ na rozwój tego stylu, co w przypadku opowieści o herosie, który swój pseudonim zaczerpnął z historii starożytnego Egiptu ma niebagatelne znaczenie...
W dodatku Lee układając poszczególne kadry niepotykanie często wykorzystuje... koło. Jeśli potraktujemy format komiksu jako prostokąt z wpisanym w nim kole i zerkniemy do sennika to dowiemy się, że symbol koła oznacza sferę sacrum (boska cząstka Veidta), natomiast prostokąt/kwadrat to podobno znak ziemi, świadomości i racjonalności (chyba nie muszę nic dodawać).
Możecie mówić, że oszalałem, ale w tej chwili tylko J.H Williams ze swoją wstęgą Moebiusa z "Promethei" może konkurować z Jae Lee. Drugi "Ozymandias" to prawdziwy orgazm dla zmysłów! Najlepsze jest jednak to, że tak wyrafinowana grafika w niczym nie przesłania fabuły! Czytałem, że dla niektórych ciągły monolog Adriana jest męczący, lecz dla mnie to doskonała forma narracji, która zawsze idealnie pasowała do powieści graficznych. W końcu Frank Miller wykorzystywał go z sukcesem przez długi czas. Już nie mogę doczekać się kolejnego numer, w którym zapowiedziane zostało starcie Veidta z Komediantem. Oj, będzie się działo!

"Before Watchmen - Minuteman" #3 - Darwyn Cooke

W trzecim numerze serii "Minutemen" akcja nie tylko znacząco przyspiesza, ale Darwyn Cooke podkręca również napięcie poprzez zacieśnienie więzi pomiędzy poszczególnymi członkami grupy. I tak, obok akcji wokół rozbicia szajki zajmującej się dziecięcą pornografią, na pierwszy plan wychodzi relacja między Sylwetką, a Nocnym Puchaczem. W pewnym momencie dramatyzm tego wątku mocno chwyta za serce.
Autor z hitchcockowskim zacięciem wprowadza do historii sporą dawkę suspensu co sprawiło, że nerwowo przerzuca się jego strony, aby jak najszybciej dowiedzieć się co wydarzyło się dalej. Świetnym posunięciem było wmieszanie w akcję kadrów nawiązujących do zakończenie tego zeszytu, przez co komiks nie tylko przesiąknięty jest napięciem, ale i tajemniczością. Jednym słowem Cooke udawania, że jest komiksowym geniuszem, który wie, jak wykorzystać potencjał obrazkowego tworzywa pod każdym względem. Co do rysunku, to nic się nie zmieniło od poprzednich numerów - nadal jest to kreska na najwyższym poziomie. Jedyne czym ten numer różni się od pozostałych to paleta barw - zwiększenie ilości używanych kolorów zwiększa również wymowę poszczególnych scen. Co ciekawe, "Minutemen" jako chyba jedyny wśród prequeli nawiązuje, pod względem ułożenia plansz, do kompozycji strony znanej ze "Strażników".
A, i zapomniałbym o twistowej scenie udowadniającej, że jednak Komediant to największy spośród Minutemenów kozak! Warto również wspomnieć o konsekwencji przy tworzeniu okładek. Są tak śliczne, że aż żałuje że nie mam ich w wersji papierowej.

niedziela, 30 września 2012

#1141 - Rzut za 3: Before Watchmen (03)

"Before Watchmen - Silk Spectre" #2 - Darwyn Cooke i Amanda Conner

Miałem spore wątpliwości po pierwszym numerze przygód Jedwabnej Zjawy. Na szczęście autorzy obrali drogę którą sam chciałem żeby się kierowali. Tak więc nasza bohaterka na własnej skórze doświadcza tego co w tamtych czasach najlepsze. Mamy sporo nagości która spełnia pierwsze przykazanie ze słynnego sloganu. Imprezy z rockową muzyką, na czele z The Cadillacs i ich kawałkiem "Peek a Boo (i'm watching you)" i zapowiedź narkotykowej jazdy której nie powstydzili by się bohaterowie filmu Rogera Cormana The Trip. Mimo, że kompletnie nie czuć w tym ducha Strażników to jednak klimat hipisowskiej komuny jest na tyle dobrze pokazany, że nie mam nic przeciwko żeby ten komiks trzymał się takiego stylu. Pocieszające jest także to, że nie ma tu tego dziewczęcego komiksu który był odczuwalny w pierwszym zeszycie. Jest lepiej, ale Cooke pokazał że stać go na więcej. Największym minusem jest słaba intryga która mimo tego że pomału zaczyna nabierać rozpędu to jakoś mnie nie porwała, natomiast ta w Minutemenach wciąga jak diabli. Ale jeśli każdy następny zeszyt będzie miał taki wzrost formy to jestem naprawdę dobrej myśli!

"Before Watchmen - Comedian" #2 - Brian Azzarello i JG Jones

Azzarello już na samym początku dał nam do zrozumienia że Comedian będzie świadkiem najważniejszych wydarzeń ameryki lat 60. Pisząc na temat pierwszego numeru, wspominałem o pewnej banalności spowodowanej wykorzystywaniem właśnie tych historycznych faktów, które jak w przypadku zabójstwa MM wszystkim się przejadły. Nr. 2 otwiera scena sławnego pojedynku Muhammada Ali z ówczesnym mistrzem Sonny Listonem. 22 letni Ali ku zaskoczeniu wszystkich (również Blake który mocno obstawiał pewny wynik) pokonuje faworyta odbierając mu tytuł mistrza. Wykrzykiwane przez Aliego słowa "I shook up the world" usłyszał cały świat. Blake nie kryje rozczarowania. Nic w tym dziwnego, bo gdyby porównać ich decyzje które podejmą w przyszłości to mimo tego, że oboje są prawdziwymi wojownikami to różnią się znacząco. Mówię o tym dlatego, że scena po walce przenosi nas razem z Blakiem do Wietnamu w którym będzie się czuł jak w domu. Ali natomiast aby nie pojechać na wojnę zaryzykował całą swoją karierę. Nie wiem czy Azzarello stwarza w tej scenie jakieś metafory, prawdopodobnie to ja doszukuje się tu jakiś ukrytych znaczeń. Ale dzięki temu zrozumiałem, że jeśli przez wszystkie numery scenarzysta będzie konsekwentny w pokazywaniu nam tego typu wydarzeń to może powstać coś naprawdę interesującego i jako całość stanie się prawdziwym portretem epoki

Drugi numer także przekonał mnie do stylu J.G. Jonesa, jego rysunki pokolorowane ciemnymi barwami prezentują się rewelacyjnie. Dlatego nocne sceny w wietnamskim buszu wyjątkowo cieszą oko. Co prawda czasem nadal mam zastrzeżenia do zbyt komputerowego wyglądu tych rysunków, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia.

Ostatnią scenę tego komiksu zamyka widok wsiadającego Comediana do wojskowej łodzi. Czyżby Blake niczym Kapitan Willard zmierzał w kierunku jądra ciemności? Jeśli tak to uważam że żółtki powinni się bać naciągającego horroru bardziej niż muzyki Wagnera.

"Before Watchmen - Nite Owl" #2 - J. Micheal Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert

Okej, miło jest się pomylić. Wspominałem w poście na temat pierwszej odsłony Nocnego Puchacza, że wiem w którym kierunku zmierza ten komiks. Na szczęście okazało się, że autorzy mają dla mnie niespodziankę. Drugi numer przynosi sporą dawkę superbohaterskiej psychologi. Echo wydarzeń z dzieciństwa wplątane w dorosłe życie dwójki Strażników to typowy watchmenowski motyw, który świetnie się sprawdza na pokazanie ludzkiej twarzy zamaskowanych bohaterów. Straczynski pomału zagęszcza intrygę, która ma predyspozycję do stworzenia bardzo dobrej historii. (doskonały pomysł wykorzystania zabójstwa Kitty Genovese). Nawet relacja Puchacza z Rorschachem nie wydaje się taka plastikowa jak było, to odczuwalne w nr pierwszym.

Podsumowując większość minusów, które wyliczyłem ostatnim razem zostały wyeliminowane. Niestety, nadal ten komiks mnie nie porywa. Akcja nadal postępuje za szybko, wiele scen sprawia wrażenie pospiesznie uciętych byśmy mogli szybko przeskoczyć do nowych wątków. Brakuje mi pewnej świeżości w podejściu do tematu, jakieś dziwne uczycie déjà vu towarzyszy mi przy czytaniu tego komiksu. Na szczęście autorzy wprowadzili nową postać do tego komiksu, a to co zwiastuje okładka nr 3 mówi mi, że ten powyższy numer, to nie jedyna niespodzianka, którą dla mnie przygotowali.

środa, 29 sierpnia 2012

#1122 - Rzut za 3: Before Watchmen (02)

Pierwsza partia "Before Watchmen" została już wydana. W lipcu pojawiły się na amerykańskim rynku trzy zeszyty z nr. 2 na okładce. Miesiąc sierpień przyniósł natomiast premierowe przygody Doktora Manhattana i Rorschacha, na które czekam najbardziej. Poniżej kila słów na temat pierwszego "Ozymandiasza", "Nite Owla" i kolejnego numeru "Minutemen". Nie chcąc nikomu psuć frajdy z poznawania ich fabuł skupiłem się na kilku wątkach, które mnie najbardziej poruszyły w tych zeszytach.

"Before Watchmen - Ozymandias" #1 – Len Wein i Jae Lee

Bez zbędnego owijania w bawełnę - ten zeszyt to jedna z najlepszych krótkich historii, jakie kiedykolwiek czytałem. I nie ma w tym krztyny przesady, do której jestem skory.

Pierwszy numer originu Ozymandiasza będzie można kiedyś postawić obok takich komiksów jak "Daredevil: The Man Without Fear" czy Batman: Year One" (oba autorstwa Franka Millera). Ze wszystkich wydanych dotychczas komiksów o strażnikach ten bowiem najmocniej wpisuje się w gatunek historii o narodzinach superbohatera.

Zmęczyłem się już historiami o początkach herosów. Może dlatego, że wszystkie kinowe produkcje eksploatując ten temat, niemal zawsze kierując się tymi samymi tanimi chwytami. Najnowsza odsłona przygód Spider-mana to doskonały przykład. Mimo wielkiej chęci autorów do przedstawienia świeżej historii otrzymujemy tylko kalkę dzieła Sama Raimiego, aż do momentu założeniem kostiumu.  A przecież można w inny sposób - patrz pierwszy Batman Nolana. Na szczęście w przypadku Ozymandiasza nie można mówić o stereotypach i kliszach, bo sama postać w żadnym przypadku nie jest klasycznym bohaterem. I mimo tego, że opowieść o tym, jak najmądrzejszy człowiek na świecie przeobraża się w strażnika o pseudonimie Ozymandiasz sprawia wrażenie typowo komiksowej, to wcale taka nie jest.

Len Wein snuję historię o półbogu, który zna swoją wartość i ma świadomość swojej wyższości nad innymi ludźmi. Scenarzysta skupia się na młodości bohatera prezentując go jako wyobcowanego dzieciaka, którego inteligencja wyróżnia wśród rówieśników. To właśnie ta część jest najmocniejszą stroną komiksu, bo dzięki niej zaczynamy sympatyzować z Adrianem. Przez to że, znamy zakończenie jego dziejów, jeszcze bardziej go rozumiemy. Mimo tego, że komiks przedstawia nam nowe wątki z życia Veidta, to w żaden sposób nie obdziera go z aury tajemniczości.

Ale to, co czyni ten komiks nieprzeciętnym, jest jego forma graficzna.

Jae Lee poznałem dawno temu, przy okazji jakieś wielkiej naparzany w świecie mutantów Marvela. Powiem szczerze  - kompletnie mnie wtedy nie zachwycił. Jego styl rysownia jednak z biegiem czasu ewoluował. To, co pokazał w tym komiksie jest nie do opisania. Dosłownie każdy kadr w tym komiksie jest małym arcydziełkiem, doskonale współgrającym z boską naturą głównego bohatera. Rysunki są idealne, a duża w tym zasługa kolorów nałożonych przez June Chung, które nadają prawdziwej malarskości temu zeszytowi. Sprawiają również, że historia staje się bardziej wymowna. Gdy Adrian opowiada o wydarzeniach ze starego kontynentu dominują ciepłe kolory sepii, przywołując na myśl stare fotografię i europejski dekadentyzm, natomiast Ameryka jest pokazana w zimnych barwach odpowiednich dla metropolii i nowoczesności. Co ciekawe, całość czasem przypomina ilustrację do jakiegoś lovecraftowskiego horroru. Jeśli przypomnieć sobie zakończenie "Strażników" to nawiązania do H.P. Lovecraftem stają się jeszcze bardziej widoczne. Komiks podzielony jest na trzy rozdziały. Młodość Adriana przepełniona samotnością i bólem odmienności, wyprawa do Turcji śladami Aleksandra Macedońskiego, która jest prawdziwą podróżą w głąb siebie i powrót do Stanów gdzie nasz bohater zaczyna budować imperium Veidt Enterprises. Z każdym etapem rysunek Jae Lee ma coraz większą siłę przekazu, a wszystko dzięki szalonej mieszance steampunku, pop-artu, fin de siècle i kultury bliskiego wschodu . Piękne!

Jest w tej historii coś intrygującego i romantycznego. Coś, co obudziło we mnie uczucie, które czułem czytając moje pierwsze semicowe zeszyty – atmosfera przygody i nadprzyrodzonych mocy. Czekam na więcej!

"Before Watchmen - Nite Owl" #1 – JM Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert

To chyba jakiś zamierzony cel. Po każdym dobrym numerze watchmenowskiego eventu przychodzi pora na kolejny spadek formy. W przypadku "Nite Owl" ten spadek okazał się najmocniejszy. To niestety najgorszy numer z dotychczas wydanych. Sztampowy, nudny i napisany bez wyczucia tematu.

Trzy wielkie nazwiska zabrały się za tworzenie tego prequela. Kubertowska relacja - ojciec i syn - doskonale uwypuklała stosunki pierwszego Puchacza z jego następcą, Danielem Dreibergiem. Nazwisko Straczyńskiego natomiast przypominało jak bardzo klasycznie superbohaterską postacią jest Nocny Puchacz. Tak mocne trio twórców miało oznaczać, że najmniej interesujący członek Strażników nareszcie nabierze znaczeń i kolorów.

Jak się okazało po lekturze autorzy nie tylko nie mieli pomysłu na ciekawe opowiedzenie tej historii, ale także nieudolnie skopiowali pomysły Alana Moore`a. Klimat komiksu, uproszczenie historii, banalność postaci przypomina drukowane masowo komiksy z początku lat 90-tych, które za nic w świecie nie chciały iść drogą rewolucji wyznaczoną przez Moore'a. Tak więc, wykorzystując postać przez niego stworzoną, Straczyński dokonał prawdziwego zamachu na to, o co twórca "From Hell" walczy od lat. Na próżno doszukiwać się w tym komiksie ukrytych znaczeń, czy głębokich analiz kolesi w trykotach albo jakichkolwiek ciekawych treści.

Czytając ten komiks ma się jakieś dziwne wrażenie, jakby autorzy odrabiali nudne zadanie domowe i marzyli, aby jak najszybciej je skończyć. A przecież mimo tego, że Daniel wydaje się postacią nudną na tle innych bohaterów, to jest jedną z najlepiej opisanych przez Moore'a postaci. Dzięki temu autorzy mają naprawdę wielkie możliwości, aby o nim opowiedzieć. A po lekturze pierwszego zeszyty wydaje mi się, że już wiem, w jakim kierunku pójdą kolejne numery. Nie będzie tam ludzkich problemów superbohatera, lecz typowa sensacja. Jeśli miałbym ochotę czytać takie rzeczy, to na pewno nie sięgałbym po komiks umieszczony w uniwersum "Strażników".

Jedynie, co można pochwalić, to oldschoolowa kreska Andy`ego Kuberta, która idealnie pasuje do tej postaci. Szkoda, że nie pasuje do innowacyjności "Strażników"". Mimo, że fajnie się na to wszystko patrzy, to jednak chciałoby się zobaczyć coś bardziej niekonwencjonalnie i drapieżnego.
 
"Before Watchmen - Minutemen" #2 - Darwyn Cooke

Te słowa już padły, ale powtórzę się – "Minutemen" to jak na razie najlepszy tytuł prequelowskiej serii (razem z Ozymandiaszem). Drugi numer tylko to potwierdza moją opinię. Czuje, że mógłbym zawierzyć wszystkie pieniądze Darwynowi Cooke`owi i w ciemno kupować każdy stworzony przez niego komiks. On nie tylko idealnie imituje kreskę z lat 50-tych, ale wie jak odmalować urok tej epoki. Nie dziwne więc, że ubrana w gustowny trencz Sally Jupiter wygląda jakby była wyrwana z chandlerowskiego kryminału, a od grającego rolę narratora Hollisa bije urok podstarzałego Granta z filmu "Charade". Niesamowicie klimatyczna sprawa.

Można pomyśleć, że to, w co są ubrani bohaterowie komiksów to błahostka. Ale przecież to jest idealna forma zagęszczenia klimatu. Dla mnie takie szczegóły mówią o tym, jak bardzo swojej pracy poświęca się autor. Cooke w swoją robotę wkłada wiele serca. Może się to wydawać zabawne, ale podczas lektury pierwszego "Comediana" w pewnej scenie w barze bardzo przykuł moją uwagę jego strój. Jak wiemy ubranie jest w pewnym stopniu formą komunikatu mówiącego o tym, jacy jesteśmy. Widok Eddiego Blake w krawacie w czasach największego kulturalnego buntu XX wieku kompletnie mi nie pasował. To nie jest wizerunek Blake`a, jakiego znam. To albo niedbalstwo albo lenistwo autora.

Czyżby Komediant wyszedł właśnie z jakiegoś biura? Wybaczcie, ale Don Draper to nie jest. Oczywiście, jak już mówiłem to tylko szczegóły, ale w przypadku "Minutemen" to one sprawiają, że ten komiks tak dobrze się czyta. Jeśli dodać do tego podawany z wyczuciem humor, intrygę i plejadę świetnie napisanych postaci to otrzymamy coś, co szkoda przeoczyć. Szczególnie, że Cooke wie, jak opowiedzieć tę historię i wykorzystać potencjał każdego z członków Minutemenów. Wypatruje z niecierpliwością następnego numeru!