Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Micheal Straczynski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą J. Micheal Straczynski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 9 czerwca 2018

#2427 - Superbohaterowie wyklęci

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.
 
W długiej i bogatej historii wydawnictwa komiksowego Marvel pojawiły się tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy superbohaterów – od samego początku oficyna eksperymentowała z nowymi postaciami, by wyłonić z nich te najbardziej lubiane przez czytelników i posiadające największy potencjał, aby rozwijać je i na nich zarabiać. 



sobota, 28 marca 2015

#1839 - Jak zniszczyć legendę? Dwa lata Joe`s Comics

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

W 2012 roku na konwencie w San Diego jeden z najbardziej szanowanych przeze mnie twórców komiksowych zapowiedział powrót wydawnictwa sygnowanego swoim imieniem. Pod szyldem Joe`s Comics miały ukazywać się komiksy autorstwa J.M Straczynskiego krótkie, zamknięte historie rysowane przez bardzo ciekawych artystów. Z miejsca zamówiłem komplet trzech zapowiadanych tytułów, a do całego projektu realizowanego pod skrzydłami Image Comics byłem bardzo entuzjastycznie nastawiony. Od premiery pierwszego zeszytu wydanego przez Joe`s Comics ("Ten Grand" ilustrowanego przez Bena Templesmitha) minęły niemal dwa lata. Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że odrodzenie Joe’s Comics okazało się pod niemal każdym względem niewypałem.

czwartek, 12 grudnia 2013

#1453 - Zarys historii Image Comics cz.7: Joe`s Comics i Skybound

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Dzisiejsza odsłona cyklu będzie stosunkowo krótka, ponieważ oba studia których nazwy widzicie powyżej, nie mają za sobą wielkiej historii. Skybound zadebiutowało bowiem w 2010 roku, a Joe’s Comics w obecnej formie ledwo trzy lata później, choć korzenie imprintu, którego założycielem jest John Michael Straczynski sięga nieco dawniejszych czasów...


piątek, 22 listopada 2013

#1432 - Krótki zarys historii Image Comics cz.5: Top Cow

Autorem poniższego tekstu jest Krzystof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.


Kolejny rozdział historii wydawnictwa Image rozpocznę od pewnej anegdotki. Dziś skupię się na studiu Top Cow Productions. Studio Marca Silvestriego zostało założone w 1992 i w tym samym roku ukazał się pierwszy zeszyt jego flagowej serii, czyli „Cyber Force”. Tyle tylko, że został on wydany przez... Wildstorm.



piątek, 28 grudnia 2012

#1204 - The Amazing Spider-Man: Powrót do domu

J. Micheal Straczynski zastał Pająka w fatalnej kondycji. Kiedy przejmował flagowy miesięcznik z jego udziałem, czyli „The Amazing Spider-Mana” wraz z numerem 30, musiał posprzątać bałagan, jaki narobili przed nim pozostali marvelowscy edytorzy i scenarzyści, z Howardem Mackie`m na czele i ratować sprzedaż tego uznanego tytułu.

JMS żwawo zabrał się do roboty. Wyprostował niektóre wątki, odstawił do lamusa inne i zabrał się za prawdziwą rewolucję w świecie Człowieka Pająka. Na warsztat wziął pajęczą genezę, poddając w wątpliwość coś, co od czasów Stana Lee uchodziło za niemożliwy do podważenia pewnik. A jednak Straczynski ustami Ezekiela Simsa zadając pytanie za przysłowiowy milion dolarów wywrócił do góry nogami świat Petera Parkera. Stawiając pod znakiem zapytania kwestę pochodzenia pajęczych super-mocy nadał zupełnie nową dynamikę „Amazingowi”. Majstrowanie przy originie konstytuującym daną postać zawsze wiąże się z ogromnym ryzykiem – historia komiksowa zna mnóstwa przykładów wpadek na tym polu. Ale JMS`owi udało się jej uniknąć. Dlaczego? Ponieważ wszystkie zmiany, jakie wprowadził miały organiczny charakter. Były głęboko przemyślane, oryginalne, ciekawe, przekładały się na interesujące historie i przede wszystkim – były utrzymane w pajęczym duchu. Po prostu – zostały dobrze zrobione i nie ograniczały się tylko do marketingu. Ot, cała tajemnica.

Nie ma się co oszukiwać – przynajmniej od czasów Todda McFarlane`a na Spider-Mana brakowało świeżego pomysłu. „Powrót do domu” stanowi otwarcie nowego rozdziału w życiu Petera Parkera. To moment, na który czekano od bardzo, bardzo dawna – Pajęczakowi pozwolono wreszcie dorosnąć. Postać, która od samego początku była definiowana, jako nastoletni super-bohater wreszcie dojrzała. I po wielu latach Peter dał się znowu lubić. Nie stracił nic ze swojego uroku, ale będąc doświadczonym życiowo singlem pod trzydziestkę stał się o wiele bardziej wiarygodny i interesujący. I według mnie to, a nie zabawa w „a co było pierwsze?” zdecydowało o sukcesie runu Straczynskiego w „Amazing Spider-Manie”, dzięki któremu scenarzysta złotymi zgłoskami zapisał się historii nowojorskiego ścianołaza.

Wielka szkoda, że szefowie Domu Pomysłów zrobili wszystko, aby cofnąć Petera w ewolucji do czasów pre-JMS`owych. Kontrowersyjne wątki, które pojawiły się w „One More Day” i „Brand New Day” w jednym momencie zniszczyły wszystko to, co udało się zbudować scenarzyście „Babylon 5” i jednocześnie stały się równią pochyłą, po której Spider-Man stacza się coraz niżej i niżej. I w kontekście całego zamieszania wokół 700. numeru „Amazing Spider-Mana” nic nie zapowiada, żeby ta tendencja miała się odwrócić…

Oprawę graficzną „Coming Home”, jak i sporej części runu JMS`a, przygotował John Romita Jr, jeden z autorów współczesnego wizerunku Spider-Mana. To rysownik bardzo charakterystyczny, który budzi wśród czytelników skrajne emocje. Jego rozpoznawalną na pierwszy rzut oka, bardzo oryginalną kreskę można kochać lub nienawidzić. Choć w „Amazing Spider-Manie” szczyt formy miał już za dość dawno sobą, to od czasów jego współpracy z Straczynskim nie narysował nic tak dobrego, więc rysunki wypadają zdecydowanie na plus, choć nie spodziewajcie się takich delicji, jak w „Daredevil: The Man Without Fear” czy „Punisher: Warzone”.  

Nie można nie pochwalić Hachette za edytorski standard. Okładka jest twarda, kreda pachnąca i odpowiedniej grubości, czerń jest naprawdę czarna a co najważniejsze - album wydany jest naprawdę solidnie, co ostatnio (nawet w Marvelu!) niekoniecznie jest standardem. Pod względem dodatków Hachette bije nie tylko polskich wydawców, ale również edycje oryginalne - coraz rzadziej różnej maści bonusy goszczą w zwykłych trejdach. W „Powrocie do domu” mamy zatem słowo wstępne od redaktora kolekcji, krótkie streszczenie poprzednich przygód, szkicownik J. Scotta Campbella, galerię rysowników, którzy kreowali wizerunek Człowieka-Pająku w ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat i wizerunki kilku jego przeciwników. Obrazu dopełniają krótkie noty o obu autorów i przybliżenie genezy głównego bohatera - niby nic, czego nie można by znaleźć na wikipedii, ale jako czytelnik czuje się dopieszczony. Jest jeszcze plakat, ale ze względu na dość nieumiejętne dobranie ilustracji autorstwa Leinila Francisa Yu i ogromnej wielkości piksele, nie wypada o nim wspominać. Do tej litanii zalet dochodzi jeszcze śmiesznie niska cena, lecz nie mogę nie przyczepić się do dość drewnianego tłumaczenia (to z „Dobrego Komiksu” było znacznie lepsze) i drobnych literówek.

„Powrót do domu” to znakomita pozycja nie tylko na inaugurację Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela, jak i świetny punkt startowy dla nowych czytelników na rozpoczęcie przygody z Pajączakiem. Sprawnie napisana, wciągająca i trzymająca w napięciu historia starcia z Morlunem, która zmieniła na zawsze (no, przynajmniej do czasu) życie Petera Parkera to jednak tylko początek

piątek, 9 listopada 2012

#1180 - Rzut za 3: Before Watchmen (05)

"Before Watchmen - Silk Spectre" #3 - Darwyn Cooke i Amanda Conner

Czyż ta okładka nie jest świetna? Amanda Conner rozkręciła się na całego. Przyznam, że byłem dość sceptycznie nastawiony do jej udziału w tym projekcie, ale nigdy nie wątpiłem w jej talent. Z każdym kolejnym numerem udowadniała, że jej styl jest naprawdę rewelacyjny, a jej wersja Komedianta (świetny epizod!) pokazuje, że czuje klimat "Strażników", jak mało kto. Jednak zastrzeżeń do fabuły mam sporo. Nie dlatego, że mi się nie podoba. Zbliżając się do końca tej mini-serii utwierdziłem się w przekonaniu, że tworzenie jej nie miało najmniejszego sensu. Historia opowiedziana przez Cooke`a i Conner nie wnosi kompletnie nic do postaci Jedwabnej Zjawy, a co gorsze - spłyca ją. Z ostateczną oceną pozwolę sobie jednak poczekać do momentu, gdy przeczytam ostatni zeszyt.
 Wracając jeszcze do kwestii plastycznej tego zeszytu (jak i poprzednich) to "Silk Spectre" jest jedyną częścią cyklu "Before Watchmen", w której na końcu danego odcinka pojawiają się cytaty z epoki. W oryginalnych "Strażnikach" Moore przywołuje między innymi bon moty z Boba Dylana, Williama Blake'a, Carla Junga, pojawia się nawet fragment Księgi Hioba. Twórcy spin-offa natomiast cytują między innymi Kena Keseya, czy też jak to się stało w tym numerze, tekst z piosenki "Transfusion" zespołu Nervous Norvus - kolejny kawałek do mini playlisty tworzącej soundtrack do tej serii. Wykorzystywane przez Moore'a muzyczne motywy były doskonałym posunięciem (patrz: OST do snyderowskich "Strażników"). W tym przypadku nie jest inaczej!

"Before Watchmen - Comedian" #3 - Brian Azzarello i JG Jones

Oczekiwałem zapachu napalmu o poranku, a w rzeczywistości w ruch poszły koktajle Mołotowa. Ogień może i jest, ale siła rażenia nie taka, jakbym tego chciał. Wybacz Brian, ale kompletnie Ci to nie wyszło. Blake jeszcze dobrze się nie zadomowił w dżungli, a już scenarzysta rzuca go w środek zamieszek w Los Angeles w 1965 (kolejna ilustracja epoki).
I wszystko byłoby okej, jeśli Azzarello nie pokusiłby się o zabawę w psychiatrę i próbę przedstawienia nam źródła zaburzeń Komedianta. Sorry, ale ja za nic w świecie nie chcę znać socjopatycznych korzeni jego psychiki. Ta postać czym bardziej jest tajemnicza, tym bardziej przerażająca. Nie chce mi się wierzyć, że Wietnam i rasistowska Ameryka lat sześćdziesiątych zepsuła Blake'a do szpiku kości. Nie tylko kontrastuje to z wizerunkiem Komedianta z "Minutemenów" Cooke'a, ale także z moim wyobrażeniem nakreślonym przez Alana Moore'a. Komediant wydaje się być klamrą całego prequela (gościnnie występuje prawie we wszystkich seriach) i ze smutkiem muszę przyznać, że jego wizerunek przedstawiony przez innych twórców bardziej mi odpowiada.
Azzarello nie radzi sobie także z krytyką ówczesnej amerykańskiej polityki. Rzecz, która wyszła tak perfekcyjnie mistrzowi z Northampton, w wykonaniu twórcy "100 naboi" jest po prostu banalna i w żaden sposób nie zmusza do refleksji. Przewidywalne także stają się relacje Komedianta z rodziną Kennedych. Próba ograniczenia Blake'a przez Bobbiego zaczyna wyznaczać prostą drogę w objęcia Nixona. Chyba nic mnie już nie zaskoczy. Co do kreski Jonesa, to poza rewelacyjną okładką nic więcej szałowego w środku komiksu nie oferuje. Szkoda, bo już zaczynałem się do niego przekonywać.

"Before Watchmen - Nite Owl" #3 - J. Micheal Straczynski, Andy Kubert i Bill Sienkiewicz

Ten komiks powinien w tytule mieć napisane Rorschach. Część zeszytu poświęcona wielbicielowi fasoli bez dwóch zdań zdominowała całą historię. Możliwe, że jest to spowodowane wprowadzeniem nowej postaci do komiksu. Lady Twilight, w której widziałem ciekawe rozwinięcie akcji, niefortunnie sprowadziła do komiksu infantylną analizę seksualności Nocnego Puchacza. Ich wspólne seksualne igraszki są najprościej w świecie głupie i naiwne. Natomiast akcja wokół Waltera jest dość sprawnie napisana. Oczywiście to dalej rzemieślnicza robota, która nie wprowadza nic do tej postaci, ale przynajmniej niezły z tego komiksowy thriller.
Podobnie, jak w przypadku Jedwabnej Zjawy, to już przedostatni odcinek tej serii. Niestety, ja już wiem jaką ocenę wystawię na jej koniec. Ważnym wydarzeniem tego zeszytu jest przejęcie pióra przez Billa Sienkiewicza, który zajął się pracą przy nakładaniu tuszu na rysunki Kuberta Jra. Rysownikowi przyszło zająć miejsce zmarłego niedawno Joe Kuberta. Zmiana jest najbardziej widoczna w mimikach twarzy bohaterów, a także w kilku wpadkach, które najprawdopodobniej były spowodowane krótkim terminem realizacji tego zeszytu. Jednym z najbardziej rażących błędów jest scena, w której nowa bohaterka oznajmia, że musi się przebrać w coś bardziej komfortowego i po kilku chwilach wraca dokładnie w tym samym stroju. Szkoda, że taką krótką serię musiały spotkać takie niedociągnięcia.

piątek, 2 listopada 2012

#1174 - Rzut za 3: Before Watchmen (04)

"Before Watchmen - Dr. Manhattan" #1 - J. Micheal Straczynski i Adam Hughes

Nie wiem jak inni, ale ja uważam Doktora Manhattana za najciekawszą postać wśród "Strażników". Rzecz to dziwna, bo przecież pośród członków tej grupy są bohaterowie, którzy na pierwszy rzut oka wydają się bardziej interesującymi kreacjami, niż bohater pokroju Clarka Kenta. Ale pod skorupą tych nadludzkich mocy, Jon Osterman kryje w sobie ogromną dawkę niebanalności. Sama scena na Marsie, gdzie rozprawia się ze swoją przeszłością i teraźniejszością to według mnie jedna z najlepszych sekwencji komiksowych w dziejach tego medium. W dodatku doskonale odnalazła się także na ekranie - Zack Snyder w swojej adaptacji poradził sobie z nią perfekcyjnie
Częściowy sukces pierwszej odsłony "Before Watchmen - Dr. Manhattan" oparty jest właśnie na parafrazie tej sceny, podobnie zresztą jak większość fabuły, która kurczowo trzyma się oryginału. J. Micheal Straczynski nadaje swojemu dziełu mocno filozoficzny wydźwięk, przez co Doktor staje się jeszcze bardziej skomplikowaną i frapującą postacią. Scenarzysta potrafił wczuć się w chłodny i obojętny styl narracji Manhattana. Oczywiście, można mu zarzucać, że właściwie nie robi nic więcej ponad kopiowanie mistrza, bo przecież większość komiksu to sceny dobrze przez znane.
Wydaje mi się, że nie można czepiać się wtórności, bo ostatnie strony tego zeszytu zapowiadają, że jego autorzy mają pomysł na tę serię. W przeciwieństwie do pierwszego numeru "Nocnego Puchacza", którego również napisał Straczynski. JMS lepiej rozumie postać Jona, wie, jaki ma potencjał. Czuję, że w następnym numerze otrzymamy  tyle fizyki kwantowej i perfekcyjnych zegarkowych mechanizmów, że śmiało będziemy mogli zbudować bombę wodorową!
Nie można zapominać o rysunkach. Nie znałem wcześniej Adama Hughesa, ale po tym numerze jestem bardzo ciekaw jego prac. Nie jestem pewien na ile spodobały mi się same rysunki Hughesa, a na jest to zasługa Laury Martin, która nakładała kolory. W każdym razie razem odwalili kawał dobrej roboty. Trudno spotkać podobne prace w komiksach superbohaterskich. Stworzone przez nich rysunki wyglądają jak stare fotografie, pełne ziarna i kurzu, które zostały zrekonstruowane. Przypominają pamiętne zdjęcie Jona i Janey przed wypadkiem. Naprawdę fajna sprawa!

"Before Watchmen - Ozymandias" #2 - Len Wein i Jae Lee

Zapnij pasy, Dorotko i pożegnaj się z Kansas. Drugi zeszyt "Ozymandiasza" to najprawdziwszy nokaut! Jak zwykle kreska Jae Lee jest jak studia bez dna wypełniona odniesieniami do niemal wszystkiego, co były w stanie zrodzić boginie sztuki w ciągu wieków. Ale, co ciekawe, w tym numerze na pierwszy plan wychodzi praca kolorystyki June Chung. Jej intensywne barwy przywołują na myśl obrazy Tamary Łempickiej. Przez odpowiednie zgeometryzowanie kadrów, wykorzystanie czystych jaskrawych kolorów i stylizacji na plakaty z lat dwudziestych ubiegłego wieku komiksowi blisko jest estetyce art-deco. Warto mieć na uwadze fakt, że odkrycie grobu Tutenchamona miało ogromy wpływ na rozwój tego stylu, co w przypadku opowieści o herosie, który swój pseudonim zaczerpnął z historii starożytnego Egiptu ma niebagatelne znaczenie...
W dodatku Lee układając poszczególne kadry niepotykanie często wykorzystuje... koło. Jeśli potraktujemy format komiksu jako prostokąt z wpisanym w nim kole i zerkniemy do sennika to dowiemy się, że symbol koła oznacza sferę sacrum (boska cząstka Veidta), natomiast prostokąt/kwadrat to podobno znak ziemi, świadomości i racjonalności (chyba nie muszę nic dodawać).
Możecie mówić, że oszalałem, ale w tej chwili tylko J.H Williams ze swoją wstęgą Moebiusa z "Promethei" może konkurować z Jae Lee. Drugi "Ozymandias" to prawdziwy orgazm dla zmysłów! Najlepsze jest jednak to, że tak wyrafinowana grafika w niczym nie przesłania fabuły! Czytałem, że dla niektórych ciągły monolog Adriana jest męczący, lecz dla mnie to doskonała forma narracji, która zawsze idealnie pasowała do powieści graficznych. W końcu Frank Miller wykorzystywał go z sukcesem przez długi czas. Już nie mogę doczekać się kolejnego numer, w którym zapowiedziane zostało starcie Veidta z Komediantem. Oj, będzie się działo!

"Before Watchmen - Minuteman" #3 - Darwyn Cooke

W trzecim numerze serii "Minutemen" akcja nie tylko znacząco przyspiesza, ale Darwyn Cooke podkręca również napięcie poprzez zacieśnienie więzi pomiędzy poszczególnymi członkami grupy. I tak, obok akcji wokół rozbicia szajki zajmującej się dziecięcą pornografią, na pierwszy plan wychodzi relacja między Sylwetką, a Nocnym Puchaczem. W pewnym momencie dramatyzm tego wątku mocno chwyta za serce.
Autor z hitchcockowskim zacięciem wprowadza do historii sporą dawkę suspensu co sprawiło, że nerwowo przerzuca się jego strony, aby jak najszybciej dowiedzieć się co wydarzyło się dalej. Świetnym posunięciem było wmieszanie w akcję kadrów nawiązujących do zakończenie tego zeszytu, przez co komiks nie tylko przesiąknięty jest napięciem, ale i tajemniczością. Jednym słowem Cooke udawania, że jest komiksowym geniuszem, który wie, jak wykorzystać potencjał obrazkowego tworzywa pod każdym względem. Co do rysunku, to nic się nie zmieniło od poprzednich numerów - nadal jest to kreska na najwyższym poziomie. Jedyne czym ten numer różni się od pozostałych to paleta barw - zwiększenie ilości używanych kolorów zwiększa również wymowę poszczególnych scen. Co ciekawe, "Minutemen" jako chyba jedyny wśród prequeli nawiązuje, pod względem ułożenia plansz, do kompozycji strony znanej ze "Strażników".
A, i zapomniałbym o twistowej scenie udowadniającej, że jednak Komediant to największy spośród Minutemenów kozak! Warto również wspomnieć o konsekwencji przy tworzeniu okładek. Są tak śliczne, że aż żałuje że nie mam ich w wersji papierowej.

niedziela, 30 września 2012

#1141 - Rzut za 3: Before Watchmen (03)

"Before Watchmen - Silk Spectre" #2 - Darwyn Cooke i Amanda Conner

Miałem spore wątpliwości po pierwszym numerze przygód Jedwabnej Zjawy. Na szczęście autorzy obrali drogę którą sam chciałem żeby się kierowali. Tak więc nasza bohaterka na własnej skórze doświadcza tego co w tamtych czasach najlepsze. Mamy sporo nagości która spełnia pierwsze przykazanie ze słynnego sloganu. Imprezy z rockową muzyką, na czele z The Cadillacs i ich kawałkiem "Peek a Boo (i'm watching you)" i zapowiedź narkotykowej jazdy której nie powstydzili by się bohaterowie filmu Rogera Cormana The Trip. Mimo, że kompletnie nie czuć w tym ducha Strażników to jednak klimat hipisowskiej komuny jest na tyle dobrze pokazany, że nie mam nic przeciwko żeby ten komiks trzymał się takiego stylu. Pocieszające jest także to, że nie ma tu tego dziewczęcego komiksu który był odczuwalny w pierwszym zeszycie. Jest lepiej, ale Cooke pokazał że stać go na więcej. Największym minusem jest słaba intryga która mimo tego że pomału zaczyna nabierać rozpędu to jakoś mnie nie porwała, natomiast ta w Minutemenach wciąga jak diabli. Ale jeśli każdy następny zeszyt będzie miał taki wzrost formy to jestem naprawdę dobrej myśli!

"Before Watchmen - Comedian" #2 - Brian Azzarello i JG Jones

Azzarello już na samym początku dał nam do zrozumienia że Comedian będzie świadkiem najważniejszych wydarzeń ameryki lat 60. Pisząc na temat pierwszego numeru, wspominałem o pewnej banalności spowodowanej wykorzystywaniem właśnie tych historycznych faktów, które jak w przypadku zabójstwa MM wszystkim się przejadły. Nr. 2 otwiera scena sławnego pojedynku Muhammada Ali z ówczesnym mistrzem Sonny Listonem. 22 letni Ali ku zaskoczeniu wszystkich (również Blake który mocno obstawiał pewny wynik) pokonuje faworyta odbierając mu tytuł mistrza. Wykrzykiwane przez Aliego słowa "I shook up the world" usłyszał cały świat. Blake nie kryje rozczarowania. Nic w tym dziwnego, bo gdyby porównać ich decyzje które podejmą w przyszłości to mimo tego, że oboje są prawdziwymi wojownikami to różnią się znacząco. Mówię o tym dlatego, że scena po walce przenosi nas razem z Blakiem do Wietnamu w którym będzie się czuł jak w domu. Ali natomiast aby nie pojechać na wojnę zaryzykował całą swoją karierę. Nie wiem czy Azzarello stwarza w tej scenie jakieś metafory, prawdopodobnie to ja doszukuje się tu jakiś ukrytych znaczeń. Ale dzięki temu zrozumiałem, że jeśli przez wszystkie numery scenarzysta będzie konsekwentny w pokazywaniu nam tego typu wydarzeń to może powstać coś naprawdę interesującego i jako całość stanie się prawdziwym portretem epoki

Drugi numer także przekonał mnie do stylu J.G. Jonesa, jego rysunki pokolorowane ciemnymi barwami prezentują się rewelacyjnie. Dlatego nocne sceny w wietnamskim buszu wyjątkowo cieszą oko. Co prawda czasem nadal mam zastrzeżenia do zbyt komputerowego wyglądu tych rysunków, ale to chyba kwestia przyzwyczajenia.

Ostatnią scenę tego komiksu zamyka widok wsiadającego Comediana do wojskowej łodzi. Czyżby Blake niczym Kapitan Willard zmierzał w kierunku jądra ciemności? Jeśli tak to uważam że żółtki powinni się bać naciągającego horroru bardziej niż muzyki Wagnera.

"Before Watchmen - Nite Owl" #2 - J. Micheal Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert

Okej, miło jest się pomylić. Wspominałem w poście na temat pierwszej odsłony Nocnego Puchacza, że wiem w którym kierunku zmierza ten komiks. Na szczęście okazało się, że autorzy mają dla mnie niespodziankę. Drugi numer przynosi sporą dawkę superbohaterskiej psychologi. Echo wydarzeń z dzieciństwa wplątane w dorosłe życie dwójki Strażników to typowy watchmenowski motyw, który świetnie się sprawdza na pokazanie ludzkiej twarzy zamaskowanych bohaterów. Straczynski pomału zagęszcza intrygę, która ma predyspozycję do stworzenia bardzo dobrej historii. (doskonały pomysł wykorzystania zabójstwa Kitty Genovese). Nawet relacja Puchacza z Rorschachem nie wydaje się taka plastikowa jak było, to odczuwalne w nr pierwszym.

Podsumowując większość minusów, które wyliczyłem ostatnim razem zostały wyeliminowane. Niestety, nadal ten komiks mnie nie porywa. Akcja nadal postępuje za szybko, wiele scen sprawia wrażenie pospiesznie uciętych byśmy mogli szybko przeskoczyć do nowych wątków. Brakuje mi pewnej świeżości w podejściu do tematu, jakieś dziwne uczycie déjà vu towarzyszy mi przy czytaniu tego komiksu. Na szczęście autorzy wprowadzili nową postać do tego komiksu, a to co zwiastuje okładka nr 3 mówi mi, że ten powyższy numer, to nie jedyna niespodzianka, którą dla mnie przygotowali.

środa, 29 sierpnia 2012

#1122 - Rzut za 3: Before Watchmen (02)

Pierwsza partia "Before Watchmen" została już wydana. W lipcu pojawiły się na amerykańskim rynku trzy zeszyty z nr. 2 na okładce. Miesiąc sierpień przyniósł natomiast premierowe przygody Doktora Manhattana i Rorschacha, na które czekam najbardziej. Poniżej kila słów na temat pierwszego "Ozymandiasza", "Nite Owla" i kolejnego numeru "Minutemen". Nie chcąc nikomu psuć frajdy z poznawania ich fabuł skupiłem się na kilku wątkach, które mnie najbardziej poruszyły w tych zeszytach.

"Before Watchmen - Ozymandias" #1 – Len Wein i Jae Lee

Bez zbędnego owijania w bawełnę - ten zeszyt to jedna z najlepszych krótkich historii, jakie kiedykolwiek czytałem. I nie ma w tym krztyny przesady, do której jestem skory.

Pierwszy numer originu Ozymandiasza będzie można kiedyś postawić obok takich komiksów jak "Daredevil: The Man Without Fear" czy Batman: Year One" (oba autorstwa Franka Millera). Ze wszystkich wydanych dotychczas komiksów o strażnikach ten bowiem najmocniej wpisuje się w gatunek historii o narodzinach superbohatera.

Zmęczyłem się już historiami o początkach herosów. Może dlatego, że wszystkie kinowe produkcje eksploatując ten temat, niemal zawsze kierując się tymi samymi tanimi chwytami. Najnowsza odsłona przygód Spider-mana to doskonały przykład. Mimo wielkiej chęci autorów do przedstawienia świeżej historii otrzymujemy tylko kalkę dzieła Sama Raimiego, aż do momentu założeniem kostiumu.  A przecież można w inny sposób - patrz pierwszy Batman Nolana. Na szczęście w przypadku Ozymandiasza nie można mówić o stereotypach i kliszach, bo sama postać w żadnym przypadku nie jest klasycznym bohaterem. I mimo tego, że opowieść o tym, jak najmądrzejszy człowiek na świecie przeobraża się w strażnika o pseudonimie Ozymandiasz sprawia wrażenie typowo komiksowej, to wcale taka nie jest.

Len Wein snuję historię o półbogu, który zna swoją wartość i ma świadomość swojej wyższości nad innymi ludźmi. Scenarzysta skupia się na młodości bohatera prezentując go jako wyobcowanego dzieciaka, którego inteligencja wyróżnia wśród rówieśników. To właśnie ta część jest najmocniejszą stroną komiksu, bo dzięki niej zaczynamy sympatyzować z Adrianem. Przez to że, znamy zakończenie jego dziejów, jeszcze bardziej go rozumiemy. Mimo tego, że komiks przedstawia nam nowe wątki z życia Veidta, to w żaden sposób nie obdziera go z aury tajemniczości.

Ale to, co czyni ten komiks nieprzeciętnym, jest jego forma graficzna.

Jae Lee poznałem dawno temu, przy okazji jakieś wielkiej naparzany w świecie mutantów Marvela. Powiem szczerze  - kompletnie mnie wtedy nie zachwycił. Jego styl rysownia jednak z biegiem czasu ewoluował. To, co pokazał w tym komiksie jest nie do opisania. Dosłownie każdy kadr w tym komiksie jest małym arcydziełkiem, doskonale współgrającym z boską naturą głównego bohatera. Rysunki są idealne, a duża w tym zasługa kolorów nałożonych przez June Chung, które nadają prawdziwej malarskości temu zeszytowi. Sprawiają również, że historia staje się bardziej wymowna. Gdy Adrian opowiada o wydarzeniach ze starego kontynentu dominują ciepłe kolory sepii, przywołując na myśl stare fotografię i europejski dekadentyzm, natomiast Ameryka jest pokazana w zimnych barwach odpowiednich dla metropolii i nowoczesności. Co ciekawe, całość czasem przypomina ilustrację do jakiegoś lovecraftowskiego horroru. Jeśli przypomnieć sobie zakończenie "Strażników" to nawiązania do H.P. Lovecraftem stają się jeszcze bardziej widoczne. Komiks podzielony jest na trzy rozdziały. Młodość Adriana przepełniona samotnością i bólem odmienności, wyprawa do Turcji śladami Aleksandra Macedońskiego, która jest prawdziwą podróżą w głąb siebie i powrót do Stanów gdzie nasz bohater zaczyna budować imperium Veidt Enterprises. Z każdym etapem rysunek Jae Lee ma coraz większą siłę przekazu, a wszystko dzięki szalonej mieszance steampunku, pop-artu, fin de siècle i kultury bliskiego wschodu . Piękne!

Jest w tej historii coś intrygującego i romantycznego. Coś, co obudziło we mnie uczucie, które czułem czytając moje pierwsze semicowe zeszyty – atmosfera przygody i nadprzyrodzonych mocy. Czekam na więcej!

"Before Watchmen - Nite Owl" #1 – JM Straczynski, Joe Kubert i Andy Kubert

To chyba jakiś zamierzony cel. Po każdym dobrym numerze watchmenowskiego eventu przychodzi pora na kolejny spadek formy. W przypadku "Nite Owl" ten spadek okazał się najmocniejszy. To niestety najgorszy numer z dotychczas wydanych. Sztampowy, nudny i napisany bez wyczucia tematu.

Trzy wielkie nazwiska zabrały się za tworzenie tego prequela. Kubertowska relacja - ojciec i syn - doskonale uwypuklała stosunki pierwszego Puchacza z jego następcą, Danielem Dreibergiem. Nazwisko Straczyńskiego natomiast przypominało jak bardzo klasycznie superbohaterską postacią jest Nocny Puchacz. Tak mocne trio twórców miało oznaczać, że najmniej interesujący członek Strażników nareszcie nabierze znaczeń i kolorów.

Jak się okazało po lekturze autorzy nie tylko nie mieli pomysłu na ciekawe opowiedzenie tej historii, ale także nieudolnie skopiowali pomysły Alana Moore`a. Klimat komiksu, uproszczenie historii, banalność postaci przypomina drukowane masowo komiksy z początku lat 90-tych, które za nic w świecie nie chciały iść drogą rewolucji wyznaczoną przez Moore'a. Tak więc, wykorzystując postać przez niego stworzoną, Straczyński dokonał prawdziwego zamachu na to, o co twórca "From Hell" walczy od lat. Na próżno doszukiwać się w tym komiksie ukrytych znaczeń, czy głębokich analiz kolesi w trykotach albo jakichkolwiek ciekawych treści.

Czytając ten komiks ma się jakieś dziwne wrażenie, jakby autorzy odrabiali nudne zadanie domowe i marzyli, aby jak najszybciej je skończyć. A przecież mimo tego, że Daniel wydaje się postacią nudną na tle innych bohaterów, to jest jedną z najlepiej opisanych przez Moore'a postaci. Dzięki temu autorzy mają naprawdę wielkie możliwości, aby o nim opowiedzieć. A po lekturze pierwszego zeszyty wydaje mi się, że już wiem, w jakim kierunku pójdą kolejne numery. Nie będzie tam ludzkich problemów superbohatera, lecz typowa sensacja. Jeśli miałbym ochotę czytać takie rzeczy, to na pewno nie sięgałbym po komiks umieszczony w uniwersum "Strażników".

Jedynie, co można pochwalić, to oldschoolowa kreska Andy`ego Kuberta, która idealnie pasuje do tej postaci. Szkoda, że nie pasuje do innowacyjności "Strażników"". Mimo, że fajnie się na to wszystko patrzy, to jednak chciałoby się zobaczyć coś bardziej niekonwencjonalnie i drapieżnego.
 
"Before Watchmen - Minutemen" #2 - Darwyn Cooke

Te słowa już padły, ale powtórzę się – "Minutemen" to jak na razie najlepszy tytuł prequelowskiej serii (razem z Ozymandiaszem). Drugi numer tylko to potwierdza moją opinię. Czuje, że mógłbym zawierzyć wszystkie pieniądze Darwynowi Cooke`owi i w ciemno kupować każdy stworzony przez niego komiks. On nie tylko idealnie imituje kreskę z lat 50-tych, ale wie jak odmalować urok tej epoki. Nie dziwne więc, że ubrana w gustowny trencz Sally Jupiter wygląda jakby była wyrwana z chandlerowskiego kryminału, a od grającego rolę narratora Hollisa bije urok podstarzałego Granta z filmu "Charade". Niesamowicie klimatyczna sprawa.

Można pomyśleć, że to, w co są ubrani bohaterowie komiksów to błahostka. Ale przecież to jest idealna forma zagęszczenia klimatu. Dla mnie takie szczegóły mówią o tym, jak bardzo swojej pracy poświęca się autor. Cooke w swoją robotę wkłada wiele serca. Może się to wydawać zabawne, ale podczas lektury pierwszego "Comediana" w pewnej scenie w barze bardzo przykuł moją uwagę jego strój. Jak wiemy ubranie jest w pewnym stopniu formą komunikatu mówiącego o tym, jacy jesteśmy. Widok Eddiego Blake w krawacie w czasach największego kulturalnego buntu XX wieku kompletnie mi nie pasował. To nie jest wizerunek Blake`a, jakiego znam. To albo niedbalstwo albo lenistwo autora.

Czyżby Komediant wyszedł właśnie z jakiegoś biura? Wybaczcie, ale Don Draper to nie jest. Oczywiście, jak już mówiłem to tylko szczegóły, ale w przypadku "Minutemen" to one sprawiają, że ten komiks tak dobrze się czyta. Jeśli dodać do tego podawany z wyczuciem humor, intrygę i plejadę świetnie napisanych postaci to otrzymamy coś, co szkoda przeoczyć. Szczególnie, że Cooke wie, jak opowiedzieć tę historię i wykorzystać potencjał każdego z członków Minutemenów. Wypatruje z niecierpliwością następnego numeru!

wtorek, 6 marca 2012

#0984 - Zaginienie w druku

Łukasz Mazur w znakomitym tekście „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” pisał o komiksach, które z różnych przyczyn, nigdy nie ujrzały światła dziennego. Pisał o niedokończonych projektach i pochowanych gdzieś w piwnicach szkicach, którym nigdy nie było dane trafić na sklepowe półki w formie kolorowego zeszytu. Uznałem, że temat ten jest na tyle obszerny, że warto podjąć go w kolejnym tekście, będącym niejako kontynuacją pracy, jakiej podjął się wtedy Łukasz.

Bezpośrednim impulsem do jego napisania był artykuł (część pierwsza i druga) zbierający pasujące do powyższego opisu przypadki, jaki ukazał się na serwisie CBR. Nie łudzę się nawet, że uda mi się wyczerpać temat. Wziąłem na warsztat ledwie kilka najciekawszych przypadków, za którymi kryją się ciekawe historie. A swoją wyliczankę zacznę od tych komiksów, którym od czasu publikacji tekstu Łukasza, udało się jednak ukazać. 

Doktor, który mógł zmienić historię komiksu

Choć wielu postawiło krzyżyk na „Batman: Odyssey”, Nealowi Adamsowi udało się samodzielnie zrealizować połowę z planowanej na dwanaście zeszytów autorskiej mini-serii. Na styczeń 2012 roku zaplanowana premierę 4 zeszytu drugiego woluminu. Warto wspomnieć, że komiks spotkał się z druzgoczącą krytyką wśród fanów. Po kilku latach również Frankowi Millerowi dał radę wreszcie skończyć „Holy Terror!”. Album, który został zapowiedziany w 2006, ukazał się nakładem Dark Horse Comics we wrześniu minionego roku. Jego fabuła pierwotnie miała opowiadać o Batmanie broniącym Gotham City przed atakiem terrorystów. Po rozstaniu z DC Comics Miller musiał zrezygnować z postaci Mrocznego Rycerza i zastąpić go bohaterem zwanym Fixer, ale fabularny kościeć i treść z grubsza pozostała taka sama. A jak już jesteśmy przy Batku i Millerze – już rok temu zapowiedziano, że w 2011 roku „All Star Batman & Robin, Boy Wonder”, przemianowane na „Dark Knight: The Boy Wonder”, zostanie dokończone. Ale od tamtego czasu w tym temacie panuje cisza, a Jim Lee, który był jednym z architektów rebootu DC, ma w co ręce włożyć. Nie spodziewałbym się dalszych postępów w tym temacie. Podobne rzecz ma się w przypadku pozostałych tytułów linii „All Star”, a więc tych z Batgirl (Geoffa Johnsa i J.G. Jonesa) i Wonder Woman (Adama Hughesa), które wydają się nie pasować do obecnej linii wydawniczej Dana DiDio. Choć Hughes pytany o Dianę zaprzecza, że jest martwa – znajduje się jedynie w głębokiej śpiączce, z minimalnymi szansami na przebudzenie.

A pozostając jeszcze przy Franku Millerze – obok wspomnianego już przez Łukasza projektu „Jesus”, dla Dark Horse Comics, mającym być wierną, inspirowaną tyleż Pismem Świętym, co podaniami historycznymi biografią Jezusa z Nazaretu, warto wspomnieć o innym zarzuconym komiksie, na którego realizację dziś nie ma już żadnych szans. W seriach Marvela z datą „luty 1981” na okładce pojawiła się zapowiedz, że stery w on-goingu „Doctor Strange” przejmą scenarzysta Roger Stern i właśnie Miller, który miałby się zająć ilustracjami. Stern po latach wspomina, że jego wspólna praca z jednym z największych współczesnych amerykańskich komiksiarzy przy Mistrzu Sztuk Mistycznych skończyła się jedynie na omówienie koncepcji tego, co chcieliby ze Strange`m zrobić i jednej okładce. W końcu Marshall Rogers został przydzielony Sternowi, a Miller pracując przy „Daredevilu” dołoży pierwszą cegiełkę do rewolucji komiksowej lat osiemdziesiątych. Ciekawe jakby dziś wyglądała historia amerykańskiego komiksu, gdyby wtedy zdecydował się na rysowanie Strange`a. Inny wspólny projekt spółki Stern/Miller, mini-seria z Nickiem Fury`m, nigdy nie wyszedł poza luźne rozmowy.

Strange`owi nie poszczęściło się z Millerem, nie poszczęściło się mu również z Harlanem Ellisonem. Kiedy w 2000 roku Joe Quesada przejął władzę w Marvelu zaczął szukać twórców spoza branży, których nazwiska przyciągałyby nowych czytelników. W kwietniu na WonderConie pojawiła się sensacyjna wiadomość, że Stranege`m zaopiekuje się Ellison i John Romita Jr. O współpracy z Domem Pomysłów ten znakomity pisarz science-fiction rozmawiał już wcześniej i przymierzał się do przejęcia „Silver Surfera”, ale ostatecznie miał opowiedzieć historię o śmiertelnej chorobie Dormammu, którego śmierć mogłaby przyczynić się do zagłady całego wszechświata. Strange musi ruszyć mu na ratunek. Niestety, szefostwo Marvela bardzo szybko zdementowało rewelacje młodszego Romity, który przedwcześnie wyskoczył z luźnym pomysłem, a do współpracy Domu Pomysłów z Ellisonem nigdy nie doszło.

Kino i telewizja vs. komiks

Kolejną, bardzo ciekawą komiksową historią alternatywną są losy Człowieka Pająka. W sierpniu 2002 roku Quesada w wywiadze dla magazynu „Cinescape” zapowiedział odświeżeni linii spider-komiksów. Kevin Smith i Terry Dodson mieli przejąć „Amazing Spider-Mana”, „Spider-Man” miał powędrować na ręce innego scenarzysty związanego z branżą filmową J. Micheala Straczynskiego i Johna Romity Jra, a Paul Jenkins i Humberto Ramos mieli dostać nowy tytuł. Dwie trzecie z tych planów dało się zrealizować – JMS wylądował ostatecznie w „Amazingu” i wywrócił życie Petera Parkera do góry nogami, a Jenkins i Ramos odwalili kawał dobrej roboty w „Spectacular Spider-Manie”. Skrypty Smitha do Pajęczaka może jeszcze kurzą się w jego szufladach, a być może jakaś ich cześć została wykorzystana w mini-serii „Spider-Man/Black Cat: The Evil That Men Do”, kolejnym nigdy nie ukończonym projekcie. Nieudane podejście do Spidera zaliczył również Jeph Loeb. Wraz z J. Scottem Campbellem, który w 2006 roku, jako jeden z najgorętszych rysowników podpisał ekskluzywny kontrakt z Marvelem, mieli przejąć któryś z spider-on-goingów w 2008. Potem zaczęła się huśtawka. Rok wcześniej projekt został skasowany, tylko po to aby powrócić w 2010. Niedawno Tom Brevoort zapewniał, że nad komiksem wciąż trwają prace, ciągle jest planowany, ale wciąż jest za wcześnie, aby mówić o jakichkolwiek konkretach. Nie wierzę, żeby tego Spider-Mana udało się dociągnąć do końca, podobnie, jak loebowe projekty z „kolorowego” cyklu – „Captain Amercia: White” i „ Iron-Man: Gold”. Loeb w tej chwili pracuje w telewizyjnym departamencie Domu Pomysłów i ma inne rzeczy na głowie.

Chociaż Straczynski zamknął swój run w „ASM” (choć nie bez pewnych problemów), ma na sumieniu kilka innych niedokończonych historii. „Superman” i „Wonder Woman” to dwa bardzo dobre przykłady rozpoczęcia dłuższej fabuły i zostawienia jej innemu scenarzyście/rysownikowi, aby zająć się innymi projektami (w tym przypadku rolę nowej zabawki odgrywa „Superman: Earth One”). Wciąż nie wiadomo, jaki los czeka „Samaritan X”, ogłoszonej w marcu powieści graficznej o pracy szpitala w Gotham City. JMS potwierdza, że nie zrezygnował z tego pomysłu, zajęty innymi rzeczami, nie mógł poświęcić „SX” odpowiednio dużo uwagi. Obiecuje, że już niedługo będzie o tym komiksie głośno. Kończąc wątek o związkach ze światem filmu trzeba jeszcze napisać o Bryanie Singerze. Ojciec sukcesu dwóch pierwszych części filmowych mutantów, po premierze sequela miał wraz z Danem Harrisem i Michealem Dougherty`m miał przejąć „Ultimate X-Men”, ale niestety pochłonęła go praca nad obrazem „Superman Returns”. Obecnie pomysł, po licznych zawirowaniach w ultimateverse, nie ma szans na realizację.

Złośliwość rzeczy martwych

Zaginione w druku komiksy zdarzają się nie tylko majorsom. Jednym z najciekawiej zapowiadających się projektów, na którego publikację wciąż istnieje szansa, jest „Everest: Facing The Goddess”. Dwunastoczęściowa seria miała być opatą na faktach opowieścią o zdobywaniu najwyższej góry świata. Wydawca, Oni Press, podczas Free Comic Book Day w 2004 roku opublikowało nawet kilka plansz, ale od tamtego czasu nabrało wody w usta. Autorzy tej serii, Greg Rucka i Scott Morse (ach, już widzę tej majestatyczne pejzaże dachu świata!), nie uważają sprawy za zamkniętą. Obaj spotkali się ostatnio na którymś z mniejszych konwentów i pomysł odżył. Czy uda się go skutecznie przenieść na papier?

W kategorii zapowiedzianych, ale opuszczonych skryptów prawdziwym rekordzistą jest jednak Warren Ellis. Trudno zliczyć ile pomysłów przeleciało przez jego głowę, ile pojawiło się w formie szkicu, a o ilu pojawiła się oficjalna informacja. Po częśc winna jeste temu awaria jego dysku twardego, przez którą w 2008 roku bezpowrotnie stracił kilka ze swoich scenariuszy. W cyfrowych odmętach na zawsze pogrążyła się kontynuacja powieści graficznej „Orbiter” pod tytułem „Stealth Tribes”. Komiks miał ukazać się pod koniec 2004 roku i po ciągłym odkładaniu daty premiery zwieńczonym rzeczoną awarię wypadł z planów Vertio. Ale Ellis i Colleen Doran zapewniają, że końcu ujrzy światło dzienne. Do lamusa odłożono „The Operation” dla Oni Press z rysunkmi Phila Hestera i Andego Parksa. Obszerny preview serii ukazał się „Oni Press Color Special 2002”, w którym zaprezentowano przygody grupy tajnych agentów na tropie spraw tyle paranormalnych, co dziwacznych i humorystycznych.Dla Image Comics Ellis miał przygotować scenariusz do sequela „J.U.D.G.E”, dzięki któremu Greg Horn przebił się do Marvela. Rysownik w 2000 roku zapewniał, że przygody Victorii Grace i jej radosnej bandy psychopatów miały być kontynuowane przez scenarzystę „Transmetropolitan” i „Planetary”. Z początku Horn był zachwycony tym, co wychodziło spod ręki Ellisa, ale komiks zwyczajnie zaginął w akcji i kompletnie nie wiadomo, co się z nim dzieje.

„Morning Dragons” był jednym z najwspanialszych pitchów, jakich dokonał Jim Valentino, szefujący ówcześnie Image Comics. Japonia, 1180 rok. Kiyimori, był kapłan, a obecnie samuraj przechadza się po swojej wiosce. Nagle, na tle zachodzącego słońca widzi sylwetki dwóch smoków zbliżających się do brzegu – to drakkary Wikingów… Brzmi nieźle, co? Niestety, perspektwa robienia stustronnicowej powieści graficznej ze Stevenem Lieberem na kiepskim kontrakcie nie uśmiechała się Ellisowi i zarzucił ten projekt. Natomiast w Avatarze miała wystartować seryjna antologia zatytułowana „Night Radio”, w której młodzi scenarzyści dostaliby możliwość pokazania swoich talentów i zaistnienia na rynku. Wśród jej autorów oprócz Ellisa padały również nazwiska Matta Fractiona i Antony`ego Johnstona. Był to grudzień 2001 roku i zanim cokolwiek w tym temacie się ruszyło, to Fractionowi i Johnstone`owi udało się przebić innymi drogami.

Na tą chwilę to wszystko, ale wcale nie mam zamiaru wcale podsumowywać tematu. Materiału jest jeszcze tyle, że bez problemu wystarczy na kolejny odcinek. I wcale nie są to jakieś resztki! Zapowiadane niedawno, bo w ledwie w 2009, „Multiversity” Granta Morrisona, wspólny komiks Matta Fractiona i Fabio Moona, nowa, godna XXI wieku wersja Kapitana Ameryki Chucka Dixona i Grega Landa. I wreszcie, prawdziwa wisienka na torcie - mini-seria z Punisherem i Nickiem Fury rysowana przez Jima Lee, kreską z najwcześniejszych dziewięćdziesiątych, zanim jeszcze przejął „Uncanny X-Men”. To jeszcze nie koniec…

poniedziałek, 14 lutego 2011

#697 - Superman: Earth One

Każde pokolenie potrzebuje swojego Supermana. Jeśli nie po to, żeby ucieleśniać najbardziej chwalebne amerykańskie cnoty, to choćby po to, by móc kontestować lub odkłamywać idee stojące za postacią wymyśloną przez Joe'ego Shustera i Jerry'ego Siegela. Przyglądając się ikonie przemysłu komiksowego, niczym w lustrze można obejrzeć, jak zmieniała się kultura masowa, zwyczaje społeczne czy wreszcie jak zmieniamy się my sami, nasze dążenia i marzenia.
Co pewien czas narracja o narodzinach Człowieka ze Stali jest odświeżana tak, by była bardziej adekwatna do swoich czasów. Pierwszym twórcą, który dokonał tego typu zabiegu był John Byrne, który w mini-serii "Man of Steel" ukonstytuował kanoniczny origin Kal-Ela po wydarzeniach przedstawionych na łamach "Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach". Unowocześnił, zmodernizował i przystosował na nowej rzeczywistości przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ikonę Złotej i Srebrnej Ery, symbol walki o prawdę, sprawiedliwość i amerykański styl życia, który tak doskonale uchwycił Christopher Reeves w swojej kreacji. Na przełomie 2003 i 2004 roku najbardziej rozpoznawalny z amerykańskich superherosów doczekał się jedynie kosmetycznych zmian na łamach "Superman: Birthright". Mark Waid i Leinil Francis Yu wprowadzili kilka nowych elementów do jego biografii na fali popularności serialu "Smallville", odświeżyli kryptoński design, ale starali się być wierni duchowi Byrne'a. Po zamieszaniu związanym z "Infinite Crisis" przez pewien czas Superman pozostawał bez oficjalnego originu. Dopiero w zeszłym roku, na łamach "Secret Origin" Geoff Johns i Gary Frank ustanowili obowiązującą historię pochodzenia Człowieka ze Stali, przywracając przy okazji kilka elementów Silver Age do obecnego kontinuum DC. Johns, opuszczając wątki związane z rodzimą planetą Kal Ela, eksploatował wątki dojrzewania, poznawania samego siebie i swoich możliwości, który później zostały podjęte przez J. Micheala Straczynskiego w "Superman: Earth One".

Dzięki nowej linii tytułów pod szyldem "Ziemia Jeden" DC Comics chce upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze wydawnictwo pozwala najgorętszym twórcom w branży, w tym przypadku Straczynskiemu i Geoffowi Johnsowi (wkrótce zajmie się Mrocznym Rycerzem w "Batman: Earth One") opowiedzieć na nowo i po swojemu historie ikonicznych herosów. Po drugie DiDio chce zawojować rynek nowym formatem, proponując czytelnikom pełnometrażowy album, który wcześniej nie był publikowany w zeszytach. Patrząc na liczbę sprzedanych egzemplarzy – "Superman: Earth One" należy uznać za sukces. A jak jest pod względem jakości artystycznej?

W komiksie mocno zaakcentowano moment, w który Martha Kent odsuwa się w cień i pozwala swojemu synowi zdecydować, co ma robić dalej. W "Man of Steel" czy "Secret Origin" ten moment zawahania się nie pojawiał. Brakło ogniwa łączącego nastolatka jednocześnie zafascynowanego i przerażonego swoimi możliwościami z dojrzałym mężczyzną zdecydowanym, co ma zrobić ze swoim życie i darem. Clark Kent przybywający do Metropolis jest wątły, niebaczny i rozdwojony w sobie. "To, że możesz zrobić wszystko, wcale nie oznacza, że uczyni Cię to szczęśliwym" – słowa matki ciągle brzmią w jego głowie. Przyszły Superman jest zagubiony, jak nigdy wcześniej. Brakuje mu podpory w ojcu, którego scenarzysta szybko uśmiercił, nie pozwalając tak mocno zasiać tej farmerskiej prostolinijności, przywiązania do tradycyjnych amerykańskich wartości i wykształcić absurdalnie silnego imperatywu czynienia dobra. Oczywiście targany wątpliwościami Kal El w końcu założy swoją kolorową pelerynę i rozpocznie superbohaterską karierę, ale dzięki "Earth One" można zobaczyć, jak kształtowała się jego decyzja.
Straczynski wyposaża Supermana w niepewność, pyta o powody, które dla innych twórców były oczywiste i nie zaprzątali sobie nimi głowy - punkt dla niego. Ale nie należy spodziewać się po tym albumie etycznego traktatu, wszak "Superman: Earth One" to superbohaterski komiks akcji. Na jego potrzeby wymyślono nowego łotra, który związany jest z przeszłością Clarka, a efektowny pojedynek z nim zajmuje dobrą połowę historii. Drugą podzieliły się moralne rozterki, o których pisałem powyżej oraz stopniowe wprowadzenie klasycznych elementów ze świata wielkiego Esa (spotkanie z Lois, praca w "Daily Planet" czy pierwsze bohaterskie wyczyny), które musiały się w tej historii pojawić.

Autor oprawy graficznej Shane Davies to (kolejny) klon Jima Lee, który dopiero teraz, dobre dziesięć lat za późno, opuścił swoją rodzimą fabrykę, hodowlę, czy gdzie tam się produkuje jemu podobnych. Rysownikowi, mającemu na swoim koncie takie tytuły, jak "Justice League of America: The Lightning Saga" czy "Superman/Batman: The Search for Kryptonite" nie można odmówić zaangażowania i ogromu pracy, jaką włożył stworzenie komiksu, ale efekt finalny nie robi zbyt korzystnego wrażenia. Mutacja inspiracji przepakowanym stylem nineties z mangowymi deformacjami wyszła dość pokracznie. Jednocześnie brakuje mi jakiegoś rozmachu, który powinien towarzyszyć scenom z udziałem Człowieka ze Stali. Być może jest to efekt przez artystę zamierzony?

J. Micheal Straczynski stworzył Supermana godnego tych ciekawych czasów, w których żyjemy. Herosa epoki post-9/11, doskonale pamiętającego, co Alan Moore zrobił z jego mitem, bohatera z niepokojem spoglądającego w przyszłość, która dla Amerykanów może rysować się w ciemnych barwach. Może "Superman: Earth One" nie jest komiksem wielkim, ale jak na wysokobudżetowy blockbuster wśród mainstreamowych produkcji, przemycono w nim zaskakująco wiele ciekawych treści. I za to jestem w stanie wybaczyć Straczynskiemu nawet ten nieszczęsny emo-kapturek.

wtorek, 21 kwietnia 2009

#165 - Silver Surfer: Requiem

W komiksach o super-bohaterach dominują opowieści o początkach. Kolejni scenarzyści wzbogacają genezy ubranych w kolorowe trykoty nadludzi o szczegóły, które stają się potem punktem wyjścia dla ich kolejnych przygód. W ten sposób konserwują się tryby wielkiego przemysłu obrazkowego za Oceanem.

Natomiast znacznie rzadziej powstają opowieści o ich końcach. Pomijając aspekt finansowy związany z zamknięciem serii, której główny bohater wyciągnął kopyta, dziwi trochę niewielka liczba historii tego typu, dającej, przynajmniej w teorii, duże pole do popisu dla scenarzystów.

Silver Surfer nie jest bohaterem w Polsce szczególnie rozpoznawalnym. W roli głównej wystąpił zaledwie w dwóch komiksach – w „Misji Heroldów” oraz w „Przypowieści”, powstałej w wyniku współpracy gigantów amerykańskiego (Stana Lee) i europejskiego (Moebiusa) komiksu. Również na rynku amerykańskim bohater wymyślony przez wspomnianego Stana Lee i Jacka Kirby`ego nie odgrywa dużej roli, dość powiedzieć, że w chwili obecnej nie ma nawet własnego tytułu, w którym mógłby regularnie występować. A szkoda, bo to postać nader ciekawa, której potencjał pozostaje wciąż niewykorzystany przez scenarzystów. Silver Surfer, zanim stał się kosmicznym herosem, przemierzającym galaktyki i niosącym pomoc potrzebującym, był podwładnym Galactusa. Jako zwiastun Anty-Boga, który zamiast dawać, odbierał życie, odnajdywał i wybierał kolejne ciała niebieskie przeznaczone na „posiłek” dla swego pana. Ratując swoją rodzinną planetę przed zagładą z jego rąk, poświęcił swoje życie na służbę Galactusowi, przekonany, że będzie odnajdywał tylko takie światy, na których nie będzie inteligentnego życia. Nie wiedział jednak, że jego umowa przewiduje pozbawienie go tożsamości, woli i pamięci, przez co stanie się bezwolnym wykonawcą woli swego suwerena.

Na kartach „Requiem” bohatera ze srebrną deską poznajemy w momencie, kiedy kosmiczna moc, jaką obdarzył go Galactus, zaczyna się wyczerpywać, a on sam powoli umiera. Niestety, odwrócenie tego procesu jest niemożliwe. Surfer ze spokojem przyjmuje wyrok i ostatnie tygodnie spędza ze swoimi bliskimi z Ziemi (Fantastyczną Czwórką, Spider-Manem, Dr. Strangem) i Zenn-La (ukochaną Shalla-Ball). Dokonuje ostatnich heroicznych czynów, przywracając pokój dwóm, zwaśnionym cywilizacjom i wraca na rodzinną planetę, by dokonać swego żywota.

W ostatniej opowieści o Silver Surferze panuje nastrój podniosłego smutku. Brakuje w niej rozdzierających scen rozpaczy czy wybuchów płaczu, a jeśli takie już występują, to są łagodzone przez atmosferę chłodnej, pozbawionej uczucia żałoby, z której zieje treściowa pustka. Straczynski nie wychodzi poza schemat pożegnania z przyjaciółmi, zrobienia ostatniego, dobrego uczynku i spokojnego powrotu do domu. W komiksie nie dzieje się nic ciekawego. Nic nie przerywa sielskiej atmosfery nabożnego umierania Surfera, który ginie jak postmodernistyczny, komiksowy święty, obdarzający stygmatami swoich wyznawców, których życie nie raz ocalił. Wszystko jest do bólu idealne, niczym srebrne ciało bohatera, nie skażone żadną rysą. Komiks jest przewidywalny, nie może w niczym zaskoczyć swojego czytelnika. Sam bohater w swojej bezgrzeszności i doskonałości jest odrealniony, przesadnie komiksowo przerysowany, chciałoby się wręcz powiedzieć za wieszczem „przeanielony”. Postać o kosmicznej potędze i zimnym sercu, która od ludzi nauczyła się odczuwać, na kartach „Requiem” zostaje ich pozbawiona, przez co staje się nudna, nieciekawa i sztampowa.

sobota, 28 lutego 2009

#135 - The Amazing Spider-Man: Back in Black

Parafrazując słowa Michała z poprzedniego wpisu: w uniwersum Spider-Mana dzieje się źle. Jako twarz Marvela z pierwszego rzędu u Parkera ciągle musi się coś dziać - najlepiej coś przełomowego, wielkiego i obracającego świat Pajęczarza o 180 stopni. I to co chwila! Niedługo po bardzo udanym runie Straczynskiego i Romity Jr., przyszedł czas na historię "The Other: Evolve or Die", która dała Parkerowi nowe moce pokroju noktowizji czy żądeł wysuwanych z nadgarstków. Natomiast chwilę po pajęczej ewolucji rozpoczęło się "Civil War", w której Peter najpierw przybił piątkę Iron-Manowi, następnie dostał nowy kostium oraz ujawnił całemu światu, że pod maską Spider-Mana, kryje się Peter Parker, by później przejść na drugą stronę i dołączyć do Capitana Ameryki (Boże, świeć nad jego duszą) i spółki. Historia z "Civil War" kończy się dla Parkera tragicznie - ujawniwszy swoją tożsamość, heros wystawia na łatwy cel swoich najbliższych, co skutkuje postrzeleniem May Parker przez tajemniczego snajpera (ASM#538). W tym momencie zaczyna się kolejna historia "Back in Black", która rozgrywa się w takich seriach jak "The Amazing Spider-Man", "Sensational Spider-Man" i "Friendly Neighborhood Spider-Man". Od razu powiem, że zajmę się tylko tą, która została przedstawiona w Amazingu, w którym to rozgrywa się główny wątek zemsty. W pozostałych tytułach oznaczenie "Back in Black" oznacza jedynie to, że Parker ma na sobie czarne wdzianko.

Sytuacja Petera Parkera jest nie do pozazdroszczenia - odłączając się od Iron Mana stracił wsparcie finansowe, spokojne lokum i jako taką nietykalność ze strony rządowej. Nie mówiąc już o stracie prywatności wynikającej z faktu ujawnienia się całemu światu. 'Zyskał' natomiast status poszukiwanego przestępcy i mnóstwo mniejszych lub większych problemów. Można powiedzieć, że znalazł się w ciężkiej dupie. A co złego dla Parkera, jest dobre dla czytelników, bo mają okazję przekonać się jak żartobliwy pajęczarz zareaguje na mocno ekstremalną sytuację. Za przedstawienie tego ekstremum wziął się Michael J. Straczynski i Ron Garney, który artystą z pierwszego szeregu raczej nie będzie nigdy, ale jak najbardziej można go nazwać solidnym rzemieślnikiem.


Pięcioczęściowa historia z "Amazinga" skupia się na wątku postrzelenia i ratowania cioci May oraz zemście Parkera na osobach stojących za tą tragedią. To wydarzenie, jak i poczucie klęski po "Civil War" oraz smutek po śmierci Capa sprawia, że Parker zakłada swój żałobny kostium i rusza walczyć o jako taką sprawiedliwość. I jest w tej walce bardziej bezwzględny niż do tego przywykliśmy. Żeby nie było - z jego ust nie pada też żaden zabawny komentarz, żaden żart - czarne pająki nie mają poczucia humoru. W 80% (#539-542) "Back in Black" jest solidną historia, którą czyta się nad wyraz dobrze. Posiada ona jednak błędy rzeczowe*, których przy odrobinie wysiłku można było uniknąć, ale mimo tych niedociągnięć jest jak najbardziej ok. Zdecydowanie najlepszym momentem jest konfrontacja Spider-Mana / Petera Parkera z Kingpinem, która łącznie z mową końcową, pozostaje w pamięci na długo. Pozostałe 20% to ostatni numer historii (#543), poświęcony tylko i wyłącznie ratowaniu przebywającej w śpiączce May. W najsłabszej części "Back in Black" nagle pojawia się niejaki detektyw Delint, który zaczyna węszyć w sprawie tajemniczej pacjentki szpitala, a Parker zmuszony jest złamać prawo (skrupulatnie wylicza kolejne przejawy swego zachowania - dochodzi do 9ciu nadużyć - i robi z tego taką tragedię, jakby miał co najmniej 9 trupów na swoim koncie, a nie drobne grzeszki w postaci ucieczka z miejsca przestępstwa, czy kradzież samochodu). Całość kończy się jednak w mało konkretny sposób i pozostawia dużo niedosytu.

Ostatni numer posiadał okładkę, która pozwalała sądzić, że po kilkudziesięciu latach May Parker w końcu zejdzie z tego świata i dołączy do swojego męża Bena. Nic z tego - cover ten to tylko blef, który miał podgrzać atmosferę i sprawić, że ludzie rzucą się na ten komiks jak wygłodniałe wilki. Komuś zwyczajnie zabrakło jaj, aby uśmiercić sympatyczną staruszkę i zmienić życie Parkera na zawsze. Chociaż nie - jego żywot zmieniono zaraz potem w "One More Day"! Odnoszę wrażenie, że pod koniec "Back in Black" dosyć mocno oddziaływał na tę historię Joe Quesada, który już wtedy pracował usilnie ze Straczynskim nad kolejną historią, którą wychwalał pod niebiosa i obiecywał bóg wie co. Koniec końców - "Back in Black" to jedynie miły (mimo wszystko) wstęp do "One More Day" i ciężko tę historię traktować inaczej, bo główny wątek - tragiczny stan zdrowia ciotki Parkera - nie zostaje ostatecznie rozwiązany, a jedynie przepchnięty do kolejnego rozdziału z życia Pająka.

To co zostało w mojej pamięci po tych pięciu numerach Amazinga to wspomniana świetna scena walki z Kingpinem oraz FENOMENALNA okładka do #539, która była jedną z lepszych w 2007 roku (chociaż trzeba przyznać, że większe wrażenie robi na papierze, niż na ekranie). Wygranym jest więc Ron Garney, a przegranym Straczynski, który nie potrafił postawić kropki nad 'i' (abstrahując już od domniemanej w tym 'pomocy' Quesady), przez co historia kończy się jakby w połowie.

Mimo wszystko dobrze było zobaczyć Parkera w swoim najlepszym, czarnym wdzianku, bo kolejna historia to już powrót do swoich tradycyjnych czerwono-niebieskich barw.
* z tego co wiem, sieć pająka po jakimś czasie się rozpuszcza, więc jakim cudem przyczepiony nią pod gzymsem czarny kostium utrzymał się kilka lat? Inna sprawa - May zapisana została w szpitalu pod rzekomo panieńskim nazwiskiem Fitzgerald, co jest błędem ze strony JMS, bo - jak wiadomo - jej prawdziwe nazwisko to Reilly.

piątek, 30 stycznia 2009

#119 - „Thor”

Szefowie Marvela powierzyli Joe Michealowi Straczynskiemu trudną misję przywrócenia Thora, asgardyjskiego boga piorunów i błyskawic, do świata żywych. JMS to skądinąd scenarzysta o ustalonej renomie, na którą uczciwie sobie zapracował przede wszystkim w „Spider-Manie”, a także w „Supreme Power” czy „Fantastuc Four”. Nad Pajęczakiem pracował dobre kilka lat i jako jeden z niewielu scenarzystów miał rzeczywiście oryginalną i w sumie ciekawą koncepcję na redefinicję tej postaci. Wielka szkoda, że Marvel zburzył wszystko to, co zbudował jedną, głupią odzywką Joe Quesady. Po cichu liczyłem, że w przypadku Thora będzie podobnie, wierzyłem, że Straczynski zrobi coś ciekawego z tą dosyć nudną postacią. Niestety, myliłem się.

Opowieść o powrocie boga piorunów wyszła zwyczajnie kiepsko. To strasznie płaska i liniowa historia o tym, jak Thor na nowo urządza sobie życie wśród śmiertelników, jak odnajduje swoich ziomków ze skandynawskiej mitologii i jak załatwia sprawy z Tony Starkiem, który pod jego „nieobecność” w czasie Civil War posłużył się klonem (niesławnym Clorem) nordyckiego bóstwa. W komiksie brakuje jakiegokolwiek napięcia, przeciętny czytelnik wie, co się wydarzy na następnej stronie, w kolejnym zeszycie czy nawet w drugim trejdzie. Wszystko jest kompletnie przewidywalne, historia zbudowana jest z banałów, klisz i schematów. Straczynski nie ma kompletnie żadnego pomysłu na odnowienie Thora. Wydaje się, że jego zmartwychwstanie było zwyczajnie wymuszone przez fanów, którzy nie mogli się pogodzić z tym, że ich ulubiony heros przebywa na cmentarzu. Marvel skrzętnie wykorzystał okazję do uciułania kilku dolców więcej.

A czy „Thor” ma jakieś zalety? No cóż, nowy design stroju głównego bohatera bardzo mi odpowiada… A tak na poważnie, to Straczynski bardzo ładnie rozegrał zderzenie kultury Asgardu z społecznością małego miasteczka w stanie Oklahoma, gdzie zakotwiczył Thor ze swoją wesołą gromadką. Bo czy zastanawialiście się jak w tym wspaniałym i lśniącym zamku, z którego z góry patrzą na nas boskie istoty rozwiązano problem kanalizacji? Albo co może mieć wspólnego prosty chłopak z amerykańskiego zadupia z boginką piękną jak noc gwieździsta?

Oprawa graficzna również stoi na wysokim poziomie. Przyznam, że charakterystyczne krępe sylwetki w wykonaniu Olivera Coipela przypadły mi do gustu już od czasów „House of M”. Francuski rysownik zdecydowanie daje radę. Seria ma również bardzo zacne okładki, a wśród autorów alternatywnych edycji znajdziemy takich kozaków jak Marko Djurdevic, Art Adams cz J. Scott Campbell.

Cóż można na zakończenie napisać? Mój pierwszy, dłuższy kontakt z „Thorem” skończył się sporym zawodem. Nic nie wskazuje na to, abym w najbliższym czasie miał się wybrać do komiksowego Asgardu, skoro jest jeszcze tyle znacznie lepszych tytułów z tej samej półki.