Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott Snyder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Scott Snyder. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 21 sierpnia 2018

#2451 - All-Star Batman tom 1: Mój największy wróg

Dla The New 52 Scott Snyder napisał sporą ilość fabuł z udziałem Batmana, które w większości wypadków zostały dobrze przyjęte przez czytelników. Pewnie dlatego włodarze DC Comisc w ramach Odrodzenia dali pisarzowi wolną rękę w prowadzeniu cyklu "All-Star Batman". Jego run liczy sobie czternaście zeszytów, które tworzą trzy zbiorcze tomy. Pierwszy, o podtytule "Mój największy wróg", jest już dostępny w Polsce.


niedziela, 26 lutego 2017

#2308 - Amerykański Wampir #8

Od siódmego zbiorczego tomu serii "Amerykański Wampir" prezentowany jest drugi cykl wydawniczy wielkiego eposu pisanego przez Scotta Snydera. Pierwszy, do piątego tomu, był interesującą mieszanką horroru i obyczajowego dreszczowca. W krótkim epizodzie pomieszczonym w piątce pojawia się postać Szarego Kupca, który od siódemki zyskuje na znaczeniu. Kupiec jest na wskroś złą bestią, obdarzoną ogromną siłą. W bezpośrednim starciu nawet Skinnerowi Sweetowi i Pearl Jones nie udało się go pokonać. Blady strach padł na nieumarłych oraz niedobitków grupy Wasali Gwiazdy Zarannej.

wtorek, 8 grudnia 2015

#2018 - Amerykański wampir #5

Właściwie to było do przewidzenia, że w wielowątkowej fabule Scotta Snydera kiedyś będzie musiał pojawić się ojciec rumuńskich wampirów, czyli sam Dracula. Jemu poświęcona jest pierwsza, najdłuższa, opowieść pomieszczona w piątym tomie "Amerykańskiego Wampira". Finał, jak można domniemywać, w niedalekiej przyszłości będzie miał niebagatelne konsekwencje dla całej grupy agentów Wasali Gwiazdy Zarannej. 


piątek, 18 września 2015

#1954 - Amerykański wampir #4

Kilka miesięcy temu oficyna Egmont Polska ogłosiła, że w ramach rozszerzenia współpracy z DC Comics oraz imprintem Vertigo ponownie (po trzech latach!) rusza z serią "Amerykański wampir". Bardzo mnie ta wiadomość podniosła na duchu. Żaden wielbiciel kolorowych zeszytów nie lubi, gdy rodzimy wydawca przerywa publikację po kilku tomach. Można to jeszcze zrozumieć, gdy komiks nie jest dobry, ale w wypadku produkcji panów Scotta Snydera i Rafaela Albuquerque za ówczesną decyzją zawieszenia serii stały czynniki ekonomiczne, a nie artystyczne.

piątek, 24 lipca 2015

#1918 - Wytches #1

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Scott Snyder przez lata swojej pracy dla DC Comics i Image wyrobił sobie solidną markę, ale przylgnęła do niego opinia scenarzysty, który doskonale prowadzi swoje fabuły, lecz ma wyraźne problemy z ich odpowiednim zakończeniem. Właściwie każdy z jego komiksów wydanych w Polsce (szczególnie "Severed: Pożeracz marzeń", "Przebudzenie", "Batman: Śmierć Rodziny" czy "Batman: Trybunał Sów") w finale rozczarowywał. Jak będzie w przypadku jego kolejnego albumu, czyli "Wytches"?


środa, 8 kwietnia 2015

#1843 - Przebudzenie

Autorem tekstu jest Przemek Pawełek, który o komiksie (i nie tylko) bloguje na Nas tu nie chce być.

Nie miałem dotąd jakoś przekonania do komiksów Scotta Snydera. "Amerykański Wampir" fajnie się rozpoczynał i narobił mi smaku na więcej, ale po drugim tomie nie żałowałem, że polski wydawca nie śpieszy się z jego kontynuacją. Jego "Batman" zaczyna się ciekawym, innym niż dotąd spojrzeniem na Gotham, ale też w końcu zawiódł mnie rozwinięciem i kolejne tomy czytam z umiarkowanym entuzjazmem. Do trzech razy sztuka. W końcu udało mi się przeczytać coś spod jego ręki, do czego nie mam większych zastrzeżeń.




czwartek, 10 kwietnia 2014

#1570 - Severed

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Na samym początku tej recenzji chciałbym podkreślić, że poniższa recenzja powstała po lekturze oryginalnego wydania „Severed” w wersji z miękką okładką. Oczywiście nawiążę do wydanej niedawno przez Muchę polskiej wersji tego komiksu (pod sam koniec), a w recenzji pojawiają się delikatne spoilery.


sobota, 28 grudnia 2013

#1466 - Batman. Miasto Sów

Autorem poniższego tekstu jest Piotr Lipa. Pierwotnie został on opublikowany na blogu Coś z zupełnie innej beczki.

Przeczytałem ponad tydzień temu "Miasto Sów" i nadal zastanawiam się jak można było tak dokumentnie spartolić ten komiks. Jak po tak świetnym wstępie jakim był niewątpliwie "Trybunał Sów" można było stworzyć coś tak marnego? Cały czas siedzę i próbuję znaleźć jakieś pozytywne strony tego komiksu, ale nic nie przychodzi mi do głowy. No może poza warstwą graficzną, która jest naprawdę przyjemna dla oka i postacią Mr. Freeze`a przedstawionego tutaj w bardzo ciekawy sposób. Jednak z racji tego, że nie przychodzi mi do głowy nic więcej ponad to, rozpocznę marudzenie.



wtorek, 19 listopada 2013

#1425 - Batman. Trybunał Sów

Jest taka miejska legenda w Gotham City, która mówi o istnieniu Trybunału Sów. Według tego podania jest to tajne stowarzyszenie rządzące miastem już od XIX w. Nikt nie wiem kto do niego należy, czy istnieje naprawdę oraz gdzie jest ich siedziba. Jednak co jakiś czas pojawiają się informację, które mogłyby potwierdzić tą plotkę. 



poniedziałek, 27 sierpnia 2012

#1120 - Rzut za 3: Aneksja Vertigo

Powrót „synów marnotrawnych” do regularnego uniwersum DC był bardzo odważnym posunięciem. Bohaterowi, tacy jak Swamp Thing czy Animal Man fantastycznie odnaleźli się w świecie Vertigo – czy przenosiny z ich naturalnego środowiska okazały się udane? Jeff Lemire i Scott Snyder podjęli się niebywale ambitnego zadania. Musieli sprostać dokonaniom swoich poprzedników, Granta Morrisona i Alana Moore`a, którzy przy „Animal Manie” i „Swamp Thingu” ciężko pracowali na miano mistrzów komiksu. Jak się im udało? O tym za chwilę, najpierw przyjrzę się mrocznemu wcieleniu Ligi Sprawiedliwości.

„Justice League Dark vol.1 – In the Dark” (Peter Milligan i Mikel Janin, Daniel Sampere)

Pomysł wydawał się absolutnie znakomity. Wziąć śmietankę bohaterów z przeszłością w Vertigo, z Johnem Constantine`m, Shade`m i Madame Xanadu na czele, dołożyć do tego przedstawicieli mistycznej części uniwersum DC (Zatannę i Deadmana) i stworzyć komiks o przygodach zespołu antybohaterów zajmujący się problemami, z którymi zwyczajni, bardziej kolorowi bohaterowi nie potrafią sobie poradzić. Przecież to samograj, który w rękach przyzwoitego scenarzysty mógłby stać się prawdziwym przebojem. Skoro zadziałało w „Trenchcoat Brigade” czemu miałoby się nie udać w Nowej 52? Szkoda, że za „JL Dark” zabrał się Peter Milligan, który ostatnimi czasy kompletnie nie potrafi odnaleźć swojej pisarskiej formy. „In the Dark” to komiks żenująco słaby. Bohaterowie zachowują się kurczaki z poobcinanymi głowami, biegające bezsensownie tam i z powrotem. Intryga poprowadzona jest nieudolnie, zamiast fabuły dostajemy ciągłą retardację, tanie cliffhangery, przegadane dialogi. Atmosfery nie ma za grosz, a zakończeniu jest pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Na domiar złego Constantine zachowuje się jak ostatnia ciota. „JLD” nie ratuje fajnie poprowadzona postać Deadmana czy próba ucieczki od klisz charakterystycznych dla „komiksu drużynowego”. Nie udaje się to również rysownikom, Mikelowi Janinowi i Danielowi Sampere. Milligan – dostajesz ode mnie pierwsze ostrzeżenie.

„Animal Man vol.1 – The Hunt” (Jeff Lemire i Travel Foreman, Victor Ibanez, Marco Rudy)

Wstyd się przyznać, ale niestety nie miałem jeszcze okazji zapoznać się z przełomowym runem Granta Morrisona, który uchodzi za jeden najambitniejszych i najciekawszych projektów komiksowych. Na przestrzeni trzech trejdów Morrison w swojej najlepszej ponoć formie postmodernizuje na potęgę. Dekonstruuje koncepcję superbohatera, jak i cały gatunek super-hero, eksperymentuje z „czwartą ścianą”, sięga po wątki metafizyczne i społeczne zaangażowane, ze szczególnym uwzględnieniem praw zwierząt. W porównaniu z dokonaniami szalonego Szkota, Jeff Lemire, autor nowej inkarnacji „Animal Mana” jest bardzo konserwatywny, szczególnie pod względem formalnym. W nowej serii przedstawia Buddy Bakera, jako człowieka spełniającego się w roli ojca i męża, a nie młodzieniaszka ganiającego superłotrów po mieście. W przeciwieństwie do innych herosów na emeryturze nie tęskni obsesyjnie do trykotu, choć jak zachodzi potrzeba, wyjmuje go z szafy. To dość nieszablonowe podejście, co trzeba pochwalić. Lemire zdecydował się na dość realistyczną konwencją, rezygnując w typowego dla komiksu superbohaterskiego przygodowo-fantastycznego sztafażu stawiając na psychologiczną wiarygodność, ale nie oznacza to, że komiks cierpi na brak akcji. Wręcz przeciwnie! „The Hunt” to rasowy horror, który, co w przypadku komiksu nie zdarza się często, trzyma w napięciu, potrafi wzbudzić obrzydzenie, a nawet przestraszyć. Z pewnością wielka w tym zasługa rysownika Travela Foremana, który swoim ascetycznym, ale bardzo szczegółowym rysunkiem potrafi doskonale oddawać różne okropieństwa. Rodzinie Bakerów, jak i całemu świata zagraża wielkie niebezpieczeństwo – świat zwierząt (reprezentowany przez Animal Mana) i roślin (Swamp Thing) musi zmierzyć się z siłą, zwaną Rot. Pierwszy trejd stanowi ledwie wstęp do większej historii opowiadającej o starciu sił natury z siłami rozkładu.  Jeszcze nie wiem, jak ono się skończyło, ale on-going „Animal Mana” jest niewątpliwe jednym z najlepszych, jakie podarowała na Nowa 52.

„Swamp Thing vol.1 – Raise Them Bones” (Scott Snyder i Yanick Paquette, Marco Rudy, Sean Parsons, Micheal Lacombe)

Powrót Swamp Thinga do regularnego uniwersum DC był planowany od pewnego czasu. W 2010 Potwór z Bagien był ważnym elementem wielkiej sagi Geoffa Johnsa zawartej w „Blackest Night” i „Brightest Day”. Do pisania jego on-goinga przymierzany był literat China Mieville i szkoda, że z tego pomysłu nic nie wyszło, bowiem nowy on-going Potwora z Bagien prezentuje się co najwyżej przeciętnie. W przeciwieństwie do Jeffa Lemire`a, który gruntownie przemyślał koncepcję Animal Mana, Scott Snyder, jakby pochłonięty realizacją innych projektów („Amerykański Wampir”, „Batman”) nie przyłożył si odpowiednio. „Raise Them Bones” to dość konwencjonalne super-hero w klimatach grozy, pozbawione czegokolwiek, co mogłoby go wyróżnić wśród podobnych tytułów. Jedyne, za co warto go pochwalić to bardzo umiejętnie odnoszenie się do tradycji swoich wielkich poprzedników, głównie wspomnianego we wstępie Alana Moore`a. Snyder ze zręcznością i szacunkiem retconuje poplątane losy Aleca Hollanda tworząc w miarę spójną i przekonującą mitologię Potwora z Bagien. Poza tym to nieźle napisane czytadło, ze świetną oprawą wizualną, ale tylko wtedy, gdy ołówek dzierży Yanick Paquett. Jego wysmakowane, intensywne, bardzo plastyczne rysunki robią naprawdę dobrze. Kiedy jednak oddaje go któremuś ze swoich zastępców – Rudy`emu, Parsonsowi czy Lacombe`owi – mimo, że zachowują spójność stylistyczną, nie prezentują się już tak efektownie.

środa, 8 sierpnia 2012

#1102 - Batman vol.1: Court of Owls

Przed nastaniem Nowej 52 Scott Snyder, scenarzysta znany polskiemu czytelnikowi z „Amerykańskiego Wampira” pisał skrypty do „Detective Comics”. Choć bohaterem historii „Black Mirror” nie był Bruce Wayne, tylko Dick Grayson, to Snyder pokazał, że jak mało kto w branży „czuje” postać Mrocznego Rycerza. I to jak. Na fali mojego czytelniczego entuzjazmu do „Court of Owls” wydaje mi się, że Snyder jest najlepszą rzeczą, która przytrafiła się Batmanowi od „Batman: Year 100” Paula Pope`a, a może nawet od czasów Granta i Breyfogle`a…

Historia „Court of Owls” rozpoczyna się na balu, podczas którego Bruce Wayne ogłasza serię inwestycji w „przyszłość Gotham”. Właściciel Wayne Enterprise nie chce, aby jego rodzinne miasto wciąż uchodziło za siedlisko psychopatycznych przestępców, rządzone przez mafijne rodziny, w którym ludzie boją się wychodzić na ulice po zmroku. Nie ma jednak pojęcia, że podejmując śledztwo w sprawie morderstwa dokonanego za pomocą noży z wizerunkami sów już wkrótce dopadnie go ta sama mroczna przeszłość Gotham, od której chce się odciąć. Bowiem miasto Batmana nieprzypadkowo cieszy się taką, a nie inną opinię…

Nie chcą zdradzać zbyt wiele z fabuły pierwszego trejda zresetowanego „Batmana”. Powiem tylko, że możecie po nim spodziewać się wątków, które kiedyś się już pojawiały. Motyw złamania Nietoperza, jest co najmniej tak stary, jak Bane, a przecież całkiem niedawno odkurzył go Grant Morrison. Także w jego runie przewijał się wątek tajnej, pseudo-masońskiej organizacji zza kulis pociągającej za sznurki w Gotham, a eksplorowanie mrocznej historii bat-miasta jest już przecież ograne, aż do bólu. Paranoja Batmana? Nieodkryte sekrety z jego przeszłości? Wszystko to już było. Ale Snyderowi w podejmowaniu tych i kilku innych wątków udało się uniknąć wszechobecnego w komiksie superbohaterskim schematyzmu, przyprawiającego mnie o nieznośny ból zębów. „Court of Owls” jest cholernie błyskotliwie napisane, fabuła jest precyzyjnie dopracowana. Akcja trzyma w napięciu, jak najlepszy thriller, a komiks swoją dramaturgią mogłoby obdzielić jeszcze kilka innych serii, choćby „Batman: R.I.P.”. W przeciwieństwie do Morrisona Snyder nie przedstawia Mrocznego Rycerza, jako gotowego na wszystko nadczłowieka. W pierwszym tomie „Batmana” zobaczycie Bruce`a popełniającego błędy, pobitego, który musi stawić czoło niebezpieczeństwu ponad swoje (i swoich przyjaciół) siły.

Snyder wiele ryzykuje rozbudowując bat-mitologię o sowi wątek. Grzebiąc w najgłębiej zakorzenionych motywach może skończyć jak Geoff Johns, który wspaniale odnowił legendę Zielonej Latarnii, aby potem skończyć na masowej produkcji nowych, kolorowych korpusów. Jak będzie to wyglądało w przypadku strażnika Gotham to się dopiero okaże, ale na razie wszystko poukładane jest wręcz wzorowo. Nie ma się od czego przyczepić, podobnie zresztą jest w przypadku współpracy na linii scenarzysta-rysownik. Wyraźnie czuć, że między Gregiem Capullo, a Snyderem jest komiksowa chemia. Jeśli kojarzycie styl Capullo, z tym co prezentował na łamach polskich „X-Men” („X-Cutioner Song”) czy gdy w „Spawnie” przejął pałeczkę po jego twórcy możecie się nieco zdziwić. Artysta odszedł od inspiracji style Jima Lee czy Todda McFaralane`a i poszedł własną drogą w kierunku bardziej syntetycznego, dynamicznego i uproszczonego rysunku. Ta zmiana wyszła całkiem nieźle, choć przyznam, że nie rozumem chóru zachwytów nad jego kunsztem.

Największą wadą „Court of Owls” jest to, że jako historia nie jest zamkniętą całością. Nie zdradzając chyba zbyt wiele powiem, że w finale, zamiast punktu kulminacyjnego dostajemy potężny cliffhanger będący wstępem do „Night of Owls”. Z reguły rozlewanie nawet najbardziej fantastycznej historii na wielki crossover nie kończy się dobrze. Czy Snyderowi uda się zrobić wyjątek od tej reguły? Czy jego praca będzie po latach wspominana, jako klasyka? Chętnie się o tym przekonam.

poniedziałek, 18 lipca 2011

#809 - Amerykański wampir

Po "Amerykańskim Wampirze" spodziewałem się bardzo wiele. Debiutująca w marcu 2010 roku seria szybko zdobyła sobie uznanie czytelników, którzy swoimi portfelami wynieśli ją na listę bestsellerów "New York Timesa" (choć przypuszczam, że nazwisko pewnego autora poczytnych powieści grozy na okładce miało na to jakiś wpływ). Cieszący się przychylnością krytyków tytuł niemal od początku zbierał dobre noty i opinie, czego ukoronowaniem były nominacje do prestiżowych nagród Eisnera i Harvey`a. I nawet Egmont, narzekający na trudne dla komiksu czasy ustami Tomasza Kołodziejczaka, wzbraniający się przed publikowaniem nowych pozycji, postanowił dać szansę świeżej serii, która dobiła ledwie do 15. zeszytu.

Zarówno na poziomie autorskich deklaracji, jak i samej treści, autorzy "American Vampire" biją ile sił w rozpowszechniony w kulturze masowej wizerunek wampira ugrzecznionego, z fryzurą spod ręki stylisty-homoseksualisty, ubranego według najnowszych modowych trendów. Wraz z powieściami Anny Rice mit budzącego grozę monstrum został zastąpiony przez postać zmęczonego swoją nieśmiertelnością wrażliwca, elegancika głęboko przeżywającego swoje egzystencjalne położenie, a wkrótce potem, za sprawą między innymi Stephanie Meyer stał się parodią samego siebie. Nastały czasy wegetariańskich wampirów uwodzących nastoletnie podlotki z liceum, będących chodzącą pochwałą seksualnej wstrzemięźliwości. Klasyczny, zapomniany krwiopijca w guście Nosferatu odradza się w postaci Skinnera Sweeta, głównego bohatera "Amerykańskiego Wampira". Dzikiego, nieprzewidywalnego potwora, którego nic nie jest w stanie powstrzymać. Budzącego grozę nie tylko wśród innych ludzi, ale także wśród swoich pobratymców.

W pierwszym tomie serii scenarzyści Scott Snyder i Stephen King przygotowali ekspozycję konfliktu dwóch wampirycznych ras. Urodzony na amerykańskiej ziemi Sweet reprezentuje kolejny szczebel w ewolucji pijących krew istot. Odporny na działanie promieni słonecznych, lepiej przystosowany do mordowania, ma gdzieś zwyczaje starodawnych europejskich rodów. Pierwszy akt konfliktu poznajemy z dwóch perspektyw. King opowiada o narodzinach Sweeta na przełomie XIX i XX wieku, a Snyder opisuje losy Pearl Jones, pracującej na trzy etaty dziewczynie z prowincji w przededniu Wielkiego Kryzysu w Ameryce. Snyder i King nie ograniczają się tylko do horroru, zmieniając konwencję i dekoracje, jak w kalejdoskopie. Pojawia się zatem estetyka westernowa, widać wyraźne wpływy kryminału w stylu noir, a nawet elementy humorystyczne. Sama historia, choć rozbita na dwa wątki, rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych, tworzy jedną, zazębiającą się wspólnie całość, co podkreślone zostało ręką Rafeala Albequerque`go, autora oprawa graficznej.


Młody brazylijski artysta spisał się świetnie. Myślałem, że ze swoim kreślonym grubą krechą, na wskroś nowoczesny stylem, mocno zakorzenionym w cartoonowej tradycji, nie będzie pasował do mrocznej i brutalnej opowieści o wampirach. Myliłem się. Wizualnie komiks wygląda świetnie – tryska energią, jest efektowny, ale nie efekciarski i po prostu cieszy oko.

W komiksie równie bezwzględnym, jak wampiry, jest rodzący się na preriach Dzikiego Zachodu kapitalizm (wątek Kinga) i raczkujący przemysł rozrywkowy, karmiący się marzeniami naiwnych dziewczyn, marzących o karierze na wielkim ekranie (wątek Snydera). Amerykańska historia, przemiany społeczno-obyczajowe nie stanowią jedynie ładnego tła dla fabuły, są jej integralną częścią, podobnie jak w przypadku "Kaznodziei" Gartha Ennisa. Co więcej, bardzo wyraźnie zarysowany jest konflikt "starej" Europy z Nowym Światem. Wampiryczny antagonizm można odczytywać, jako metaforę starcia dwóch cywilizacji. Sweet to pełen energii zakapior zdobywający sobie coraz większe wpływy za pomocą brutalnej siły, zupełnie nie przejmujący się konwenansami przychodzącymi zza Oceanu. Czyste wcielenie amerykańskości, buty, arogancji i dezynwoltury. Natomiast przedstawiciele starej rasy są wierni starym obyczajom. Nie mogą pogodzić się, że stare czasy się zmieniły, a oni sami do nich przestają pasować.

Trudno jest mi coś konkretnego zarzucić "Amerykańskiemu wampirowi", ale nie potrafię się do niego przekonać, nie umiem się nim zachwycić. Snyder, przynajmniej na razie, pod względem warsztatu w niczym Kingowi nie ustępuje, choć po prawdzie obaj w swoich opowieściach nie wychodzą poza dość prosty schemat. Od koronowanego króla horroru i jednego z (podobno) jeden z najzdolniejszych komiksiarzy młodego pokolenia spodziewam się jednak czegoś więcej, niż tylko poprawnie napisanej historii.