sobota, 3 czerwca 2017
#2319 - Avengers #5: Dostosuj się lub zgiń
środa, 31 maja 2017
#2316 - Uncanny Avengers #3: Czas na Ragnarok
sobota, 16 stycznia 2016
#2048 - Rzut za 3: Star Wars
W 2013 roku Dark Horse wystartowało z serią, która miała stać się flagowcem ich odnowionej gwiezdnowojennej franszyzy. Akcja on-goinga zatytułowanego po prostu „Star Wars” rozgrywa się w chyba najciekawszych okresie sagi – tuż po bitwie o Yavin, a przed akcją „Imperium Kontratakuje”. Na stanowisku scenarzysty zatrudniono Briana Wooda, twórcy z dorobkiem (autorskie „DMZ”, „Demo”, „Northlanders”, praca przy między innymi „X-Men” i „Moon Knight” dla Marvela), o jakim większość rzemieślników pracujących przy komiksach z logo „SW” może pomarzyć. Oprawą graficzną zajął się Carlos D`Anda, a rysunki Alexa Rossa zdobiły okładki – prawdziwy dream team, przynajmniej w skali Dark Horse.
czwartek, 11 sierpnia 2011
#831 - X-Men według Petera Milligana


wtorek, 29 czerwca 2010
#488 - Iron Man: Pięć Koszmarów
Oprócz tego, że jest playboyem, milionerem, superbohaterem i do niedawna szefuje największej organizacji militarnej na świecie, Tony Stark jest przede wszystkim genialnym wynalazcą. Czerwono-złota zbroja Iron Mana stanowi najlepszy dowód jego niezwykłego talentu. Cały świat może odetchnąć z ulgą, mając prezesa Stark Enterprises stojącego po stronie "tych dobrych". Jak każdy szanujący się kapitalista i miłośnik wolności, Tony stoi na straży międzynarodowego porządku i demokracji, przy okazji zarabiając krocie. Niestety, nie ten porządek nie wszystkim się podoba. Taką osobą jest Ezekiel Stane, syn Obadiaha Stane'a, zaciekłego wroga Iron Mana. Żądny zemsty, zrobi wszystko by doprowadzić Tony'ego Starka do upadku.Scenarzysta Matt Fraction jest obecnie bardzo hołubiony w Marvelu. Dom Pomysłów oddał w jego ręce kilka serii z absolutnego topu. Wciąż pisze ciągle "gorącego" "Invincible Iron Mana" i flagowy miesięcznik z mutantami w roli głównej, czyli "Uncanny X-Men". Wkrótce przejmie "Thora", który czeka właśnie na swoją kinową adaptację, planowaną na maj przyszłego roku. Nie wiem, co widzą w Fractionie redaktorzy i krytycy, którzy nagrodzili jego pracę nad "Żelaźniakiem" prestiżową nagrodę Eisnera. "Pięć Koszmarów" nie porywa. To kolejna, masowo tłoczona, choć sprawnie napisana historia z superherosem w trykocie, a właściwie w futurystycznej zbroi, w roli głównej. Nie rozgrzewa miłośnika amerykańskie pulpy tak dobrze, jak choćby "Extremis", będący odświeżonym originem Tony'ego Starka pióra znakomitego Warrena Ellisa. Nota bene Fraction nie wykorzystał możliwości, jakie niesie ze sobą najnowsza wersja wdzianka Iron Mana, którą teraz trudno nazwać zwykłym pancerzem. Tony jest z nią połączony na poziomie genetycznym i zapewnia mu ona szereg przeróżnych możliwości. Zresztą, co tam zbroja, skoro Fraction nie pokusił się na wykorzystanie potencjału tkwiącego w samym Iron Manie.
Tony Stark w wykonaniu Matta Fractiona nie jest tym samym rozkosznym łobuziakiem granym na ekranie przez Roberta Downey'a Jra, którego pokochały tłumy. W niczym też nie przypomina zdeterminowanego oportunisty z lekko despotycznym rysem, gotowego poświęcić wszystko i każdego, by tylko osiągnąć upragniony cel, znanym między innymi z "Civil War". A tamta kreacja powinna najbardziej rzutować na "Pięć Koszmarów", które rozgrywają się już po wydarzeniach związanych w wielkim rozłamem wśród marvelowych super-herosów. Iron Man był głównym orędownikiem idei usankcjonowania działalności super-herosów i oddania ich pod rządową kuratelę. Jego argumentom trudno było momentami odmówić racji, a jego działaniom skuteczności. Na "Wojnie Domowej" wyszedł najlepiej – stanął na czele S.H.I.E.L.D., międzynarodowej organizacji szpiegowskiej pilnującej porządku na świecie, a jego korporacje podpisały miliardowe kontrakty na dostawy najnowocześniejszego sprzętu dla wojska i innych organizacji militarnych. Ale przede wszystkim stał się interesującą postacią. Stark pod piórem między innymi Marka Millara, J. Micheala Straczynskiego i Briana M. Bendisa ewoluował w zdecydowanie najciekawszą postać Domu Pomysłów na początku XXI wieku. Fraction potrafił zrobić z niego zwykłego, papierowego herosa, który rozpacza z powodu kilku skradzionych gadżetów.
Salvadora Larrocę polscy czytelnicy mogą pamiętać z albumu "Heroes Reborn", wydanego swego czasu przez wydawnictwo TM-Semic. Jego prace z tamtego czasu charakteryzowały się dużym dynamizmem i widocznymi mangowymi wpływami, wówczas dość modnymi w amerykańskim mainstreamie. Od tamtego czasu pochodzący z Hiszpanii autor zwrócił się w stronę komiksowego realizmu. Z początku wychodziło mu to całkiem nieźle, czego najlepszym (i chyba szczytowym osiągnięciem) dowodem byli "X-Treme X-Men". Niestety, oprawa graficzna w "Pięciu koszmarach" prezentuje się słabo. O ile błyszczące zbroje i dynamiczne pojedynki wyglądają w porządku, o tyle Larroca nadużywa komputerowych efektów, szczególnie rysując twarze. Lica bohaterów wyglądają jak nienaturalnie wycieniowane ziemniaki, a nie ludzkie oblicza. Mimika leży, czasem nie sposób rozpoznać rasy danej postaci, nie mówiąc już o emocjach. Znakomitych rysowników za Oceanem jest dosłownie na pęczki i trudno wyróżniać wśród nich kogoś, kto robi takie błędy.Jeśli idzie o polską wersję to wszystko zdaje się być w najlepszym porządku. Do grubego papieru i twardej okładki duńska oficyna zdążyła już nas przyzwyczaić (i każe sobie za to słono płacić), ale jakoś tłumaczenie często pozostawiało sporo do życzenia. Przekładowi Sidorkiewicza bardzo trudno jest coś zarzucić, a wyłapywanie literówek idzie jak grudzie. Nawet to, że Tony jest Naczelnikiem S.H.I.E.L.D., a nie Dyrektorem (w oryginale stoi "Director"), jest bardzo sprawnie umotywowane.
"Iron Man: Pięć koszmarów" powinno zaspokoić głód czytelników tęskniących za przygodami amerykańskich superbohaterów. Wytrawnym daniem komiks Fractiona i Larrocy nie jest, ale można się nim zapchać. Tematyka z pewnością wynagrodzi im pewne braki i niedociągnięcia, które mogą być nie do przeskoczenia dla innych czytelników. No, jeśli tylko przeżyją tą fatalną oprawę graficzną, powinni być usatysfakcjonowani.
środa, 6 maja 2009
#172 - Rzut za Trzy: Dark Reign
Panowanie Normana Osborna w uniwersum Marvela stało się faktem. Ukazuje się coraz więcej zeszytów z charakterystycznym logiem „Dark Reign” na okładce, w których ci źli, pokonują tych dobrych. Nie podejmę się trudu przebrnięcia przez wszystkie tytuły, a do dzisiejszej „Trójki” wybrałem, nieco egoistycznie, trzy serie, które mnie najbardziej interesują.
„New Avengers”
Scen.: Brian M. Bendis
Rys.: Billy Tan
Czytając „New Avengers” wróciłem do czasów, kiedy z utęsknieniem wpatrywałem się w kioskowe witryny, wyszukując nowych numerów „X-Menów” czy „Spider-Mana”. Znowu poczułem to samo podekscytowanie i to niecierpliwe drżenie rąk przy przewracaniu kartek w zeszycie za przysłowiowego „piątaka”, a obecnie za „trójkę”. Brian M. Bendis bezbłędnie potrafił wykorzystać mój sentyment i super-bohaterskie wychowanie komiksowe.
Położenie Nowych Mścicieli jest nie do pozazdroszczenia. H.A.M.M.E.R. Osborna nie będzie tak pobłażliwy jak S.H.I.E.L.D. Starka w polowaniu na niezarejestrowanych herosów, a możliwości manewru drużyny Ronina i nowego Kapitana Ameryki są znacznie ograniczone po zniknięciu Dra Strange`a. Co gorsza, podczas ostatecznego starcia ze Skrullami dziecko Luke`a Cage i Jessiki Jones zostało porwane przez najeźdźców, a jego rodzice będą gotowi podpisać pakt z samym diabłem (czytaj – Osbornem) byle tylko odzyskać swoją pociechę.Na dobrą sprawę w „NA” zrezygnowano z budowania fabuły opartej na permanentnej nawalance, szybkiej akcji i epickich, wielkopanelowych starciach między herosami. Niech ci, którzy oczekiwali szybkiej konfrontacji „Nowych” z „Mrocznymi” Mścicielami już w jubileuszowym, pięćdziesiątym numerze, przygotują się na niespodziankę.
Bohaterowie bardzo rzadko opuszczają mieszkanie Capa, pozostawiając mnóstwo możliwości Bendisowi na robienie tego, w czym jest najlepszy, czyli w rozwijaniu relacji interpersonalnych. Zamiast tłuc się z super-łotrami, bohaterowie pół numeru spędzają na złośliwym komentowaniu telewizyjnego występu Mścicieli Osborna. Peter Parker „ponowne” ujawnia swoją tożsamość, na światło dzienne wychodzi szkolny sekret Spider-Mana i Mockingbird. Nie braknie również mięsistych dialogów i celnych one-linerów, no i Logana, który w wydaniu Bendisa jest chyba najlepiej prowadzonym Wolverinem w obecnej ofercie Marvela.W „New Avengers” najbardziej zawiodłem się na grafice. Regularny rysownik Billy Tan (nie mylić z Phillipem, który robi w DC) ma ten charakterystyczny, mainstreamowy sznyt, ale warsztatowe niedociągnięcia i niechlujna kreska psują ostateczny efekt.
„Dark Avengers”
Scen.: Brian M. Bendis
Rys.: Mike Deodato Jr.
„Dark” jest komiksem poniekąd komplementarnym do „New”. Pierwsze przygody zespołu Normana Osborna to zebranie do kupy nowej ekipy (pierwszy numer i kawałek drugiego) i potężna nawalanka (kawałek drugiego i trzeci). Podczas bitwy z Morganą La Fey w Latverii dzieje się dużo, efektownie i nierzadko dowcipnie, bo w roli dyżurnych wesołków występują Venom i Bullseye.
Jak żadna z serii dark-reign`owych „Mroczni Mściciele” mają potencjał stać się świetnym i choć trochę nowatorskim komiksem. Bo cóż więcej chcieć może miłośnik trykotów od zespołu swoich ulubionych villainów (byłego Green Goblina, wcielającego się w mieszankę Iron-Mana i Kapitana Ameryki, Bullseye`a podszywającego się pod Hawkeye`a, nowego Venoma udającego Spider-Mana, a do tego zawsze skorego do bitki Aresa) odgrywających rolę najpotężniejszych i najpopularniejszych herosów uniwersum Marvela? Tylko tego, żeby zabrał się za to Bendis.Mike Deodato może nie jest wybitnym rysownikiem, ale trzyma fason. W porównaniu z Tanem i Larroccą, o którym poniżej, wypada naprawdę korzystnie. Jego ilustrację da się oglądać z pewną przyjemnością, choć słabiej wychodzą mu covery. Ogólnie – raczej na plus.
Na razie „Dark Avengers” są średni. Wyraźnie widać, że Bendis dopiero nabiera rozpędu i powoli skleja poszczególne wątki w jakąś fabułę, a niektórzy z bohaterów wciąż czekają na swoje przysłowiowe pięć minut (Sentry). Seria prezentuje się słabiej od „New Avengers”, ale i tak jest warta lektury.
„The Invincible Iron-Man”
Scen.: Matt Fraction
Rys.: Salvador Larocca
Po „Secret Invasion” Tony Stark stał się wrogiem publicznym numer jeden. Obarczony odpowiedzialnością za inwazję Skrulli i niezapewnienie mieszkańcom Ziemi bezpieczeństwa, a przez wielu uważany wręcz za zdrajcę ludzkiej rasy, ma stanąć przed sądem wojennym zorganizowanym przez Normana Osborna. Bohatera dnia, dla którego wielka porażka Iron-Mana będzie trampoliną do własnej kariery. Teraz, po utracie pozycji szefa S.H.I.E.L.D, po niepowodzeniu Inicjatywy, bankructwie Stark Industries i wykradnięciu danych wszystkich zarejestrowanych bohaterów, za Starkiem wysłano list gończy.
Pomysł Matta Fractiona na historię „World`s Most Wanted” jest naprawdę interesujący i szkoda tym bardziej, że jego wykonanie tak strasznie kuleje. Fabuła, jak na opowieść o pościgu za najbardziej poszukiwanym zbiegiem wszech czasów, rozwija się ślamazarnie, pełna jest dialogów skutecznie wynudzających czytelnika, brakuje jej dynamiki i spójności. Również rysunki Salvadora Larocki należą do słabych punktów serii. Znałem tego artystę ze starannej, nieco zdeformowanej krechy z „Uncanny X-Men”, a na kartach „Iron-Mana” Larocca sili się realistyczną estetykę, dość nieporadnie posiłkując się komputerem. I efekt wygląda fatalnie. Komiks w moich oczach doszczętnie skompromitował dialog, w którym Stark przywołuje los nazistowskiego oprawcy Adolfa Eichmanna, w kontekście Hanny Arendt (skądinąd słusznym) i pozwala mi traktować spokojnie Fractiona jak amerykańskiego półgłówka.
Jedynym, interesującym motywem, który pojawia się w „The Invincible Iron-Man” jest wizerunkowa kampania na konferencje prasowa toczona przez szefa H.A.M.M.E.R.a. Element ten obecny jest także w innych tytułów okraszonych szyldem „Dark Reign”, lecz właśnie w serii Fractiona i Larocki odgrywa jedną z kluczowych ról i jest najjaśniejszą stroną komiksu.
Oprócz wyżej wymienionych w dalszej kolejności warto się zapoznać z trzecim komiksem z „Mścicielami” w tytule, czyli „Mighty Avengers”, w którym Dan Slott pokazuje jak wiele można wycisnąć z drugoplanowych postaci i jak powinno się robić fabularne twisty oraz z „Secret Warriors” Jonathana Hickmana, ze świetnymi rysunkami Stefano Caselliego i kozaczącym Nickiem Fury`m w roli głównej.


