Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dustin Weaver. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dustin Weaver. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 kwietnia 2018

#2412 - S.H.I.E.L.D.

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

Komiksowa seria "S.H.I.E.L.D." to pod wieloma względami projekt ambitny i unikalny – Jonathan Hickman podjął się rekontekstualizacji słynnej marvelowskiej agencji szpiegowskiej zajmującej się różnymi kryzysowymi problemami związanymi z aktywnością superludzi, zwalczaniem międzynarodowego terroryzmu i… właściwie czymkolwiek, czego w danym momencie wymaga imperatyw narracyjny, wpisując jej pochodzenie w pseudokabalistyczną narrację rodem z powieści Dana Browna. 


sobota, 20 stycznia 2018

##2356 - New Avengers #4: Doskonały świat

"Wszystko umiera. Wy. Ja. Każdy na tej planecie" – tak brzmi mantra powtarzana przez Mister Fantastica. Ponieważ podczas inkuksji, gdy dochodzi do kolizji dwóch Ziem z różnych wymiarów. Albo obie zostaną zniszczone, albo jedna zostanie ocalona (kosztem drugiej). Jaki będzie finał epopei Jonathana Hickmana? Czy herosi z naszej ziemi podejmą tragiczną w skutkach decyzję?


czwartek, 10 marca 2011

#712 - Rzut za 3: Gwiezdne Wojny

"Star Wars: Wektor" nr.01
(Mick Harrison, John Jakcson Miller, Scott Hepburn, Douglas Wheatley)

Dwutomowa historia "Wektor" to nietypowo opowieść, która w jednej, spójnej fabule łączy wątki czterech seriali ze świata "Gwiezdnych Wojen". Mick Harrison i John Jackson Miller bardzo sprytnie zinterpretowali ideę komiksowego crossovera. W każdej z poszczególnych serii pojawia się wątek śpiącej Jedi Celesty Murne i przeklętego talizmanu Karnessa Muura, a przynajmniej w dwóch z nich pełni wręcz kluczową rolę i naprawdę zmienia status quo. Slogan, że nic naprawdę nie będzie takie samo ucieleśnił się w "Mrocznych czasach" i w "Dziedziectwie".

"Wektor" można czytać wszerz, chronologicznie, śledząc historię od "Rycerzy Starej Republiki" (pikarejskie przygody niezdarnego Zayne`a Carricka), przez "Mroczne czasy" (okres zaprowadzania w galaktyce porządku przez Vadera) i "Rebelię" (początki walki przeciwko Imperium), aż po "Dziedzictwo" (kiedy Sithowie przejęli władzę). Można czytać go również wzdłuż, to znaczy skupiają się tylko na swoim ulubionym on-goingu, nie interesując się tym, co stało się w sąsiednich seriach. Redaktorzy i scenarzyści DC i Marvela powinni uczyć się od ludzi z Dark Horse, jak należy konstruować crossy w sposób zgrabny i zazębiać poszczególne elementy, aby wszystko do siebie pasowało.

I jeszcze słówko o oprawie graficznej, bo w pierwszej części "Wektora" jest ona dość ciekawie skontrastowana. Rysunki w "KoTORze" autorstwa Scotta Hepburna są bardzo mocno zdeformowane, momentami aż do granic czytelności. Nie prezentuje się to zbytnio korzystnie, w przeciwieństwie do roboty Douglasa Wheatley`a mocno przywiązanego do realistycznej ortodoksji. Obok Weavera to drugie nazwisko wśród rysowników SW naprawdę godne zapamiętania.

"Star Wars: Dziedzictwo" nr.02 – "Kawałki"
(John Ostrander, Adam DeKraker, Travel Foreman, Colin Wilson, Jan Duursema)

W "Kawałkach" pojawia się ten sam chwyt, co w drugim tomie "KoTORa" – wątek główny schodzi na dalszy plan, a mocniej wyeksponowane zostało ogólne tło fabuły, pojawiają się nowe również nowe wątki i postacie, charaktery postaci zostają pogłębione (choćby przez retrospektywne przywołanie ich biografii). Losy Cade`a Skywalkera zostawiono nieco na boku, a fabuła skupiła się bardziej na rozgrywkach pomiędzy trzema głównymi siłami walczącymi o polityczne wpływy w galaktyce w ponad 130 lat po "Nowej Nadziei". Wierni Roanowi Felowi spadkobiercy Imperium badają możliwości zawarcia przymierza z niedobitkami Sojuszu, by wspólnie usunąć z Coruscant podstępnych Sithów. Obok rycerzy Jedi, którzy na razie kryją się w cieniu, swoją rolę będą mieli również do odegrania Yuuzhan Vongowie, którzy dość niespodziewanie pojawili się na Ossusie. Na scenie pojawia się również matka Cade`a i mieszająca wszystkim szyki szef imperialnego wywiadu Nyna Calixte. Dla mnie wielkim atutem "Dziedzictwa" jest brak jednoznacznego podziału na dobrych i złych, bo każdej z tych postaci, które kierują się różnymi pobudkami, nie można powiedzieć czy stoją po jasnej, czy po ciemnej stronie Mocy. Oni po prostu realizują swoje interesy. Nawet szlachetni Jedi, aby odbudować Zakon gotowi posunąć się do bardzo niebezpiecznych i moralnie dwuznacznych czynów.

W przeciwieństwie do tomu poprzedniego, pracą nad oprawą graficzną podzieliło się kilku artystów. Na ich tle nie wypada nie doceniać porządnej roboty, jaką regularnie wykonuje Jan Duursema, choć na dłuższą metę jej styl strasznie męczy moje oczy. Na podobnym poziomie i w dość podobny stylu rysuje Adam DeKraker, natomiast mocno uproszczona, ciążąca ku cartoonowi kreską dysponuje Travel Foreman. Colin Wilson ze swoim niedbałym, nieciekawym i ociekającym niepotrzebny tuszem odstaje nieco od reszty stawki.

"Star Wars: Rycerze Starej Republiki" nr.04 – "Zaślepieni nienawiścią/Rycerze cierpienia"
(John Jackson Miller, Bong Dazo, Dustin Weaver)

Na dobrą sprawę powinienem być ukontentowany zawartością dwupaku "Zaślepionych nienawiścią/ Rycerzy cierpienia", bo w sumie dostałem to, czego chciałem. Mandalorianie atakuję Taris, Zayne stawia czoło mistrzowi Lucienowi, comeback zalicza Rohlan, dzieje się dużo i szybko. Ale wszystko to jakieś takie wyprane z emocji, bez smaku, nie angażujące czytelnika, pozostawiające go obojętnego. Choć tradycyjnie, całkiem dobrze narysowane. Bong Dazo wypracowuje swój styl (zgoła nieoryginalny, choć rozpoznawalny), który może się podobać. Redaktorom Marvela musiał się on przypaść do gustu, skoro jego nazwisko przewija się na liście płac Domu Pomysłów. Dustin Weaver wciąż robi na mnie wrażenie swoją wycyzelowaną kreską i wydaje mi się, że rysuje jeszcze lepiej, niż w początkowych tomach. Wszystko wydaje się więc w porządku, ale...

Wraz z lektura czwartego tomu "Rycerzy Starej Republiki" na dłuższą chwilę zakończyła moją przygodę z komiksami ze świata "Gwiezdnych Wojen". Osiągnąłem swój limit tolerancji dla korzystania z niemożliwie zużytych klisz, wytartych schematów, uciekaniu się do konwencjonalnych chwytów, ciągle eksploatowanych w kolejnych albumach i seriach. Więcej wchłonąć nie mogę. Kolejni chałturzący autorzy opowiadają na dobrą sprawę kilka tych samych historii w różnych dekoracjach, z różnymi postaciami, nieznacznie zmieniając jakieś na dobrą sprawę nieistotne szczegóły lub dodając jakiś motyw od siebie. Ciągle przerabia się te same wątki, tylko w innych konfiguracjach. Na razie mam dość. I tak się zastanawiam nad "drobnymi" detalami – czy technologia w odległej galaktyce od kilku tysięcy lat swoi w miejscu, zupełnie się nie zmieniając? Czy świat wymyślony przez Lucasa musi być ciągle rozrywany przez jakieś wojny i konflikty, czy nie da się napisać dobrej, innej fabuły traktującej o nieco mniej "ciekawych" czasach? Czy w ogóle nie da się opowiedzieć historii, w której nie padłby ani jeden wystrzał z blastera?

środa, 9 marca 2011

#711 - Rzut za 3: Różności z Egmontu

"Star Wars: Dziedzictwo" nr.01 - "Złamany"
(Johna Ostrander, Jan Duursema)

Przez trzydzieści lat od premiery "Nowej Nadziei" uniwersum Gwiezdnych Wojen rozrosło się do niebotycznych rozmiarów. Liczba gier komputerowych, książek, komiksów, a ostatnio także seriali, przyrasta w takim tempie, że trudno je wszystkie ogarnąć. W wielkiej opowieści sięgającej tysiące lat wstecz i dziesiątki lat po pamiętnej Bitwie o Yavin (swoisty punkt zero starwarsowej historii) pozostało coraz mniej białych plam do wypełnienia. Seria "Legacy" zabiera nas najdalej w przyszłość, prawie 125 lat po "Powrocie Jedi", kiedy w Expand Universe wydarzyło się bardzo wiele. Po wyczerpującej i długotrwałej wojnie z Yuuzhan Vongami (seria książek "Nowa Era Jedi"), odrodzony zakon Sithów wykorzystując słabość Galaktycznego Sojuszu i sprzymierzając się z admiralicją lojalną wobec idei imperialanej, przejął władzę w kosmosie Lucasa. Historia przedstawiona na kartach komiksu rozpoczyna się w momencie wstąpienia Dartha Krayta na imperatorski tron…

"Dziedzictwo" niemal w całości zostało stworzone przez Johna Ostrandera (scenariusz) i Jan Duursemę (rysunek), która w kilku numerach oddaje ołówek innym ilustratorom. Duet mający na swoim koncie dziesiątki komiksów ze świata SW (razem pracowali między innymi przy on-goingu "Republika" czy cyklu mini-serii "Star Wars: Jedi") dobrze wie, jak pisać opowieści rodem z odległej galaktyki. I biorąc pod uwagę standardy gwiezdnowojenne, komiks opisujący przygody Cade'a Skywalkera, dalekiego potomka Luke'a, zapowiada się na całkiem porządną opowieść. Choć wątek rozgrywek o władzę jest bardzo uproszczony, relacje pomiędzy bohaterami rażą naiwnością, a fabuła jest do bólu sztampowa, to i tak "Dziedzictwo" podoba mi się bardziej od "KoTORa", który znacznie lepiej prezentuje się jedynie pod względem graficznym. Jeśli miałbym polecić komuś, kto nie pamięta, jaki kolor miał miecz świetlny Luke'a Skywalkera w starej Trylogii, komiks ze świata SW, to wybrałbym właśnie tę serię.

"Fantasy Komiks" nr.08
(Christophe Arleston, Adrien Floch, Ulrig Godderidge, Eric Cartier)

Mniej stron, wyższa cena, nieco gorszy standard edytorski, węższa dystrybucja, rzadsza częstotliwość publikacji, ale przynajmniej twardsza, lakierowana okładka – tak w największym skrócie można opisać ósmy numer "Fantasy Komiksu".

W magazynie niespodziewanie korzystnie prezentują się "Rozbitkowie z Ythaq", których w poprzednim tekście skazałem na równię pochyłą. Jak widać, pochopnie. Arleston zgrabnie wybrnął z plątaniny nagromadzonych wątków, wyprowadził historię na prostą i dał nadzieję na wielki finał w najbliższych tomach. Jak zwykle Adrien Floch trzyma fasonm choć nieco słabiej zaprezentował się w "Sloce". O historii napisanej przez Ulriga Godderidge'a oprócz tego, że kojarzy się z "Avatarem" i fabularnie jest dość podobna do "Rozbitków", ciężko jest jeszcze coś konkretnego napisać. W ósemce zadebiutowały również dwie nowe pozycje. "Krasnoludy" to seria humorystycznych stripów, która godnie zastąpiła "Barboka i Blondelle" i "Gobliny", a "Wyprawa Alunysa" to kolejna opowieść ze świata Troy, zamykające się w jednym albumie (podzielonym przez Egmont na dwie połówki). Jak widać Arleston musi dysponować jakąś linią produkcyjną, skoro z taką regularnością wypluwa kolejne komiksy swojego autorstwa. W tym przypadku zawiodła jednak kontrola jakości, bo komiks prezentuje się mizernie, nawet na standardy arlestonowskie. Ot, kolejna, schematyczna opowiastka przygodowa, doprawiona sporą dawką humoru. Pod względem graficznym prezentuje się słabo – czyżby na francuskim rynku brakowało dobrych cartoonistów? Z Polski kilku możemy dosłać…

"Star Wars: Rycerze Starej Republiki" nr.03 – "Dni strachu/ Noce gniewu"
(John Jackson Miller, Dustin Weaver, Brian Ching i Harvey Tolibao)

W trzecim tomie "Rycerzy Nowej Republiki", w którym Zayne i Gryph żegnają się z Jarael i Camperem, historia dzieli się na dwa wątki. Przygody niezdarnego padawana i obrotnego gangstera w ogarniętym konfliktem z Mandalorianami kosmosie coraz mocniej przypominają mi gwiezdnowojenną wersję powieści łotrzykowskiej, choć nie brak jej elementów poważnych. Niestety, należą one do najsłabszych momentów „Dni strachu” i nie mogą równać się z przysmakami trandoshanskiej kuchni serwowanej przez Johna Jacksona Millera. Natomiast w "Nocach gniewu" scenarzysta wplątuje dwójkę przemytników w intrygę Lorda Adaski, nowego, ważnego gracza na geopolitycznej mapie starwarsowej galaktyki. Chyba tylko w amerykańskich komiksach jest możliwe łączenie naiwnej metafory rasizmu, segregacji rasowej i niebezpieczeństw związanych z manipulacjami genetycznymi z totalnie kiczowatym wątkiem kosmicznymi ślimakami pożerającymi całe systemu słoneczne rodem z campowego science-fiction lat sześćdziesiątych.

Oprawa graficzna, autorstwa tercetu Weaver-Ching-Tolibao wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie, a ja wciąż czekam, kiedy na poważnie zacznie się wątek wojen mandaloriańskich. Niby do jakichś potyczek dochodzi, niby jakieś działania wojenne są prowadzone, ale to wszystko tak naprawdę nie jest godne przodków Boby Fetta. Najsłabszy tom z cyklu.

piątek, 4 marca 2011

#707 - Rzut za 3: Egmontowe rozmaitości

"Fantasy Komiks" nr.07
(Christopher Arleston, Adrien Floch, Jean Charles Gaudin, Frederic Peynet, Phillipe Pellet)

Listopadowy numer "Fantasy Komiks" był ostatnim wydanym w formule trzech tomów pomniejszonego formatu upchniętych w jednym albumie, dostępnym co miesiąc, w każdym kiosku, za przystępną ceną (wtedy jeszcze wolną do podatku VAT). W takiej formie periodykowi określanemu, jako "ostatnia nadzieja zeszytówek", udało się przetrwać ponad pół roku. To całkiem niezły wynik, jak na nasze trudne, rynkowe warunki. Sprzedaż było podobno na tyle dobra, że niewiele brakło, aby dało się utrzymać magazyn w ówczesnej cenie i objętości. Kiedy siódmy numer "FK" był dostępny w sprzedaży, wiadomo już było, że za kolejny numer, odchudzony o 30 stron, trzeba będzie zapłacić 10 złotych więcej. Co gorsza, zniknął on z kiosków i miał być dostępny jedynie w salonikach prasowych i sklepach specjalistycznych. Chce wierzyć, że Egmont, znający przecież od podszewki realia wydawnicze, zrobił wszystko, co w było w jego mocy, aby "Fantasy Komiks" miał szanse stać się sukcesem…

Zawartość siódemki prezentuje się dość mizernie. To jeden z najsłabszych tomów cyklicznej antologii fantasy, jaki miał okazję ujrzeć światło dziennie. Moi ulubieni "Rozbitkowie z Ythaq" gonią w piętkę. Scenariuszowo Arleston dotarł do momentu, gdzie czytelnika męczą już kolejne perypetie, mnożenie zakulisowych machinacji i fabularnych twistów, a oczekuje satysfakcjonującego rozwiązania. Kiedy go nie dostaje, tak jak ja, traci żywe zainteresowanie serią. Tocząca się we własnym, wolnym tempie przez trzy kolejne tomy "Zaraza" zaczyna wiać nudą. Natomiast ostatnie tomy "Lasów Opalu" zacierają fatalne pierwsze wrażenie, jakie zrobiła na mnie seria Arlestona i Pelleta. Z rażącej sztampą historii awansowała na co najwyżej przeciętną opowieść utrzymaną w klimacie heroic fantasy. I jest najjaśniejszym punktem "FK #7"...

"Star Wars: Rycerze Starej Republiki" nr.02 - "Flashpoint"
(John Jackson Miller, Dustin Weaver, Brian Ching i Harvey Tolibao)

Po pełnym akcji pierwszym tomie "Rycerzy Starej Republiki", w jego kontynuacji akcja wyraźnie zwalania, a zwarta fabuła rozłazi się na zaplanowanego na dziesiątki numerów on-goinga. Z tomu na tom Zayne Carrick nagle przestaje być najbardziej poszukiwanym przestępcą w galaktyce, z czym zapewne może mieć związek atak Mandalorian na Starą Republikę. Niemniej nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że John Jackson Miller ma skłonność do zapominania o wątkach poruszonych w poprzednich zeszytach. To samo zresztą powtarza się przy okazji "Dni strachu i nicy gniewu", kolejnym albumie z serii. Mnie taka rozlazła kompozycja nie przekonuje przynajmniej od czasów, kiedy na tym samym, w latach dziewięćdziesiątych, potknął się Marvel. Brakuje mi również odpowiedniej ekspozycji nowych wątków. Jak sądzę wynika to z autorskiego założenia, że potencjalny czytelnik będzie dobrze zorientowany w gwiezdno-wojennych realiach, kodeks Mando nie ma dla niego żadnych tajemnic,podobnie jak zwyczaje Ithorian. Nie jest żadnym problemem zlokalizowanie potrzebnych informacji w Bibliotece Ossus lub Wookiepedii, niemniej komiks wydaje się przez to jeszcze bardziej hermetyczny i niepełnowartościowy, skoro w jego zrozumieniu trzeba posiłkować się tego typu brykami. Przeciwwagą dla tych niedoróbek jest oprawa graficzna, która jest niewątpliwym atutem "KOTORa". Brian Ching znajduje się ścisłej czołówce grafików pracujących przy tytułach "Star Wars", a Dustin Weaver w niczym mu nie ustępuje. Patrząc na jego prace nie można się dziwić Domu Pomysłów, który zatrudnił go do pracy przy ambitnym projekcie Jonathana Hickmana "S.H.I.E.L.D.". Niestety rysunki i humorystyczne wstawki, które występuje w jeszcze większym natężeniu, niż w poprzednim trejdzie, nie są w stanie uratować "Flashpoint", który komiksem jest bardzo przeciętnym.

"Komiksowe Hity" nr.01 – "Mass Effect: Odkupienie"
(Mac Walters, John Jackson Miller, Omar Francia)

I kolejny komiks oparty na motywach produkcji studia BioWare, w dodatku napisany przez tego samego scenarzystę. I o ile Miller przy okazji "Gwiezdnych Wojen" poradził sobie całkiem całkiem, o tyle jego skrypt do "Odkupienia", aż prosi się o nazwanie go miałką historyjką, godną co najwyżej gry komputerowej. Kiepskiej gry komputerowej. Fabułę można zamknąć w prymitywnym schemacie "wyeliminuj wrogów, wykaż się zręcznością mijając pułapki i przeszkody, przetrwaj do kolejnej cut-scenki, którą i tak przewiniesz, bo kogo interesuje historia w grze?". Komiksowy "Mass Effect" razie niepoprawnie skonstruowaną intrygą i papierowymi bohaterami, kierującymi się kompletnie nieprzekonującymi motywacjami. Przynajmniej tak to wygląda dla mnie, nie mającego przyjemności zmierzenia się z grą. Niewiele więcej dobrego da się powiedzieć o oprawie graficznej, która dorasta do średniego poziomu mainstreamowych produkcji, ale jest bardzo męcząca podczas lektury. Małe zróżnicowanie planów, momentami kulejąca kompozycja, „przegadane” kadry i kreska pozbawiona błysku sprawiają, że trudno dobrnąć do ostatniej strony prequela "Mass Effect 2".