Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avengers. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avengers. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 12 sierpnia 2018

#2447 - Hawkeye #2: Lekkie trafienia

Choć Clint Barton (superbohaterski pseudonim: Hawkeye) nie posiada żadnych supermocy jest stałym członkiem Avengers. Jednak seria Matta Fractiona (scenariusz) i Davida Aji (rysunki) nie opowiada o wyczynach herosa, a o zupełnie prywatnych i osobistych sprawach mężczyzny, który na co dzień mieszka w jednej z kamienic w Nowym Jorku. 


sobota, 20 stycznia 2018

##2356 - New Avengers #4: Doskonały świat

"Wszystko umiera. Wy. Ja. Każdy na tej planecie" – tak brzmi mantra powtarzana przez Mister Fantastica. Ponieważ podczas inkuksji, gdy dochodzi do kolizji dwóch Ziem z różnych wymiarów. Albo obie zostaną zniszczone, albo jedna zostanie ocalona (kosztem drugiej). Jaki będzie finał epopei Jonathana Hickmana? Czy herosi z naszej ziemi podejmą tragiczną w skutkach decyzję?


środa, 5 lipca 2017

#2340 - Uncanny Avengers #4: Pomścić Ziemię

W wyniku machinacji Bliźniąt Apokalipsy doszło do całkowitego zniszczenia Ziemi. Kat Celestian wykonał wyrok: ludzkość została zgładzona. Ocaleli jedynie nosiciele genu X, których Scarlet Witch przeniosła na statek-arkę zmierzającą na Planetę X. Akcja czwartej odsłony cyklu "Uncnny X-Men" rozgrywa się w kilka lat po eksterminacji homo sapiens. Homo superior żyją sobie w dostatku, rozwijając utopijne społeczeństwo pod wodzą Eimin.


sobota, 3 czerwca 2017

#2319 - Avengers #5: Dostosuj się lub zgiń

Ziemscy Mściciele to grupa, której skład zmienia się w zależności od aktualnych potrzeb i okoliczności. Oczywiście istnieje pewien stały i nienaruszalny człon. Jedna z pierwszych scen albumu "Dostosuj się lub zgiń" rozgrywa się w wieży Avengersów, gdzie Kapitan Ameryka i Iron Man dyskutują nad tym, że ostatnie wydarzenia (starcie z Budowniczymi i próba podbicia Ziemi przez Thanosa) wymuszają rozbudowanie ekipy o nowych członków.


środa, 31 maja 2017

#2316 - Uncanny Avengers #3: Czas na Ragnarok

W albumie "Czas na Ragnarok" Uriel i Eimin, czyli Bliźnięta Apokalipsy, kontynuują realizację pokrętnego planu, który ma ocalić mutantów przed przerażającą przyszłością. Dla przypomnienia: potomstwo Warrena Worthingtona i Zarazy dobrze zna przyszłość i wie, że prezydent Red Skull zamknie wszystkich nosicieli genu X w obozach internowania, które właściwie są obozami koncentracyjnymi. Rodzeństwo miało okazję doświadczyć na własnej skórze. Komiks zaczyna się od retrospekcji, w której widzimy nieudaną próbę ucieczki.

czwartek, 25 lutego 2016

#2083 - MCU 16 - Ant-Man

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

Gdyby przed premierą "Ant-Mana" ktoś powiedziałby mi, że będzie to jeden z moich ulubionych filmów z Marvel Cinematic Universe - nie uwierzyłbym. Wielokrotnie przekładany, nękany problemami produkcyjnymi blockbuster opowiadający o superbohaterze, którego główną mocą jest zmniejszanie się (i bicie żony, ale to na szczęście pominięto w ekranizacji) wydawał mi się - delikatnie pisząc - mało zachęcający. 

wtorek, 15 września 2015

#1953 - MCU 13 - Avengers: Age of Ultron

Autorem tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.
 
"Ten film jest do dupy!" prawie wykrzyczałem w stronę Krzyśka z podcastu MyszMasz, gdy opuszczaliśmy salę kinową po seansie A"vengers: Age of Ultron". I choć od tamtego czasu minęło parę ładnych miesięcy i emocje zdążyły już opaść, moja opinia o najnowszym kinowym dokonaniu Jossa "Nie-Mam-Pomysłu-Na-Fabułę-Więc-Wrzucę-Zabawny-W-Moim-Mniemaniu-One-liner" Whedona pozostaje niezmienna - jest to bardzo słaby film nawet jak na niewygórowane standardy hollywoodzkich blockbusterów. Choć uczciwie muszę zaznaczyć, że "Age of Ultron" jest, mimo wszystko, filmem lepszym od pierwszych "Avengers". Nie, żeby było to jakieś wybitne osiągnięcie. Oczywiście „lepszy” nie oznacza w tym przypadku "dobry". 


poniedziałek, 6 lipca 2015

#1907 - All New All Different Marvel - zapowiedzi (2)

Tęgie głowy w Marvelu doszły do wniosku, że Spider-Mana nigdy dość – w ramach All New All Different ma ukazywać się aż dziewięć pajęczych tytułów. Wydaje się, że spider-linia będzie mieć dwa flagowe tytuły, którymi będą "Spider-Man" i "The Amazing Spider-Man". W tym pierwszym w głównej roli zobaczymy uchodźcę z uniwersum Ultimate Milesa Moralesa, a w drugim starego, dobrego Petera Parkera w zupełnie nowym wydaniu. W "Spider-Manie" zobaczymy klasycznego Człowieka-Pająka z sąsiedztwa. Nastolatka, zmagającego się z typowymi dla jego wieku problemami w szkole, a po lekcjach naparzającego się z kolorowymi super-łotrami. Scenariuszem serii zajmie się Brian M. Bendis, a rysunkami Sara Pichelli, a więc twórcy, którzy wymyślili postać Milesa w 2011 roku. Nowy "Ultimate Spider-Man" z miejsca zdobył serca czytelników i dorobił się dużego fan-base`u choć wciąż wielu oburza fakt, że jedna z najpopularniejszych ikon popkultury należy do rasowej mniejszości. Bendis podkreśla, że nie jest to żaden Spider-Man z gwiazdką, ale prawdziwy Spider-Man, a więc mamy do czynienia sytuacją podobną, jak w przypadku Thorzycy.  

piątek, 3 lipca 2015

#1904 - All New All Different Marvel - zapowiedzi (1)

W ciągu dwóch ostatnich tygodni Marvel stopniowo zapowiadał kolejne tytuły, które będą pod szyldem All Different All New, a pierwszego lipca ukazał się specjalny magazyn z zapowiedziami nowych serii, które trafią na rynek po zakończeniu „Secret Wars”. Do 14 ogłoszonych wcześniej serii dołączyło aż 30 kolejnych i wygląda na to, że to jeszcze nie koniec. Na liście tytułów, która przed swoją oficjalną premierą „wyciekła do sieci” brakuje kilku pozycji, które zapowiadane były wcześniej, jak choćby on-goingu „Gamora” pisanego przez autorkę skryptu do filmowych „Strażników Galaktyki”, Nicole Perlman. Już na pierwszy rzut oka widać, że w Domu Pomysłów nie próbują zbytnio kombinować i stawia się na pewniaki. W cenie są marki już sprawdzone („Invincible Iron-Man”, „The Mighty Thor”), znane z kinowego ekranu („Scarlet Witch”, „Vision”), czekające na swoje filmowe pięć minut, które nastąpi prędzej („Astonishing Ant-Man”, „Dr. Strange”,) lub później („Captain Marvel”), przeboje ostatnich miesięcy („A-Force”, „All-New Hawkeye”) i flagowe tytuły, których nie może zabraknąć w bieżącej ofercie („All New All Different Avengers”). Póki co brakuje jakichś naprawdę konkretnych niespodzianek (za taką od biedy może uchodzić „Squadron Supreme”), więc na razie zapowiedzi o dywersyfikacji, zróżnicowaniu i stawianiu na inne, niż super-hero, pozycje można włożyć między bajki.

czwartek, 28 lutego 2013

#1254 - New Avengers t.05: Wojna Domowa

Piąty tom „New Avengers” jest tie-inem „Wojny Domowej”. Brian M. Bendis pokazuje, w jaki sposób prominentni członkowie premierowej supergrupy Marvela reagują na rodzący się konflikt pomiędzy zwolennikami rejestracji, a jej przeciwnikami (choć pojawiają się inne wątki, które scenarzysta ciągnie od pierwszych numerów serii). Zobaczymy, jak Kapitan Ameryką zaczyna tworzyć ruch oporu, poznamy wątpliwości Sentry`ego, swagger Luke`a Cage`a i kłopoty, jakie Iron-Man miewa ze swoimi byłymi pracownikami.


"Marvel Civil War" było jednym z największych (jeśli nie największym!) komiksowym wydarzeniem ostatnich kilkunastu lat. O samym konflikcie, który rozdarł na pół internet i społeczność amerykańskich superherosów więcej napiszę w recenzji poświęconej kluczowemu albumowi, a w tym miejscu chciałbym się skupić na czymś innym.

Myślę, że "Wojna Domowa" jest doskonałym przykładem problemu, jaki Marvel ma z eventami, jako takimi. Aby sprzedać główną mini-serię jak największej ilości czytelników, trzeba uczynić ją przystępną i w miarę zamkniętą całością, a tie-iny i wszelkiej maści dodatki zarezerwować dla czytelników poszczególnych serii i najwierniejszych fanów. Takie schizofreniczne podejście do opowiadania odbija się najmocniej na strukturze zaplanowanej historii. Główna linia fabularna jest potraktowana zbyt skrótowo, wiele ważnych (Iron-Man), czy wręcz kluczowych (Spider-Man) dla historii wydarzeń zostaje zepchniętych do solowych tytułów. Polityka „kup kolejny zeszyt, a dowiesz się, czemu Peter postąpił tak i tak!” szkodzi samej opowieści. Wachlując kolejnymi zeszytami czy albumami gubi się gdzieś cała dramaturgię. Narracja traci swój rytm, a całość zamiast prawdziwie epicka, robi się strasznie rozlazła.

W „Civil War” wlokące się po tie-inach wątki poboczne są często kompletnie niepotrzebne i zwyczajnie słabe. Czytelnik chcąc poznać chociaż najważniejsze elementy tej olbrzymiej układanki traci orientacje w tych wszystkich wtrąceniach, doczepionych epizodach, nawale postaci i zdarzeń. Męczy się i ostatecznie znudzony po prostu rezygnuje z prób ogarnięcia tego bajzlu. Nie znaczy to, że taki koncept eventu się w ogóle nie sprawdza – bo przecież Dan Abnett i Andy Lanning w marvelowskim kosmosie potrafią znakomicie go stosują. Jak choćby w „War of Kings”, gdzie pięknie pogodzili tie-iny z główną mini-serią, aby zbudować spójną i wciągającą przygodę. W przypadku „Wojny Domowej” podobna rzecz udać się nie mogła – to był zbyt obszerny i ambitny projekt, aby mógł w pełni wypalić.

Wizualnie album prezentuje zróżnicowany poziom. Pod wieloma względami - ma lepsze i gorsze momenty, a style poszczególnych artystów są bardzo różnorodne. Howard Chaykin bardzo brzydko się starzeje. Autora klasycznego „American Flagg” trzeba policzyć w poczet amerykańskich klasyków komiksu mainstreamowego, ale podobnie, jak choćby Walt Simonson ma trudności z odnalezieniem się we współczesnej estetyce obrazkowej. Niezgrabność jego kreski podkreślają jeszcze komputerowe efekty i całość wygląda paskudnie. W przeciwieństwie do Chaykina jeszcze kilka dobrych lat przed sobą ma Marc Silvestri. Jedna z ikon komiksowych lat dziewięćdziesiątych wciąż pozostaje w formie. Kreska autora swoistego epilogu albumu dalej jest precyzyjna, dokładna i atrakcyjna. Przynajmniej dla tych, którzy kochają się w image`owski stylu, w tych erotycznie przerysowanych kobietach z ustami pełnymi silikonu, prężących swoje krągłe piersi i zgrabne (nierzadko półnagie) pupy. Można nie lubić, ale pewnego „kunsztu” i efektownego użycia komputera odmówić nie można. Coś zupełnie innego można napisać o Olivierze Coipelu. Pochodzących z Francji artysta jest jednym z najciekawszych twórców zatrudnionych na amerykańskim rynku, który w swojej pracy nie schlebia lokalnym gustom, ale swoją część „Wojny Domowej”, czyli epizod ze Spider-Woman w roli głównej, narysował chyba na kolanie.

Tylko trochę lepiej zaprezentował się Leinil Francis Yu, artysta rysujący bardzo nierównie, który miewał znacznie lepsze momenty. Najlepiej z grona grafików wypadają Pasqual Ferry i Jim Cheung. W ocenie Cheunga nie mogę być obiektywny, bo to jeden z moich ulubieńców, w którego klasycznie szlachetnej kresce odnajduje to samo, co w pracach mistrzów - Jacka Kirby`ego i Johna Byrne`a. Palce lizać. Natomiast Ferry jest kolejnym, obok Silvestriego, rysownikiem, który potrafi świetnie spożytkować możliwości, jakie oferuje komputer. W jego bardzo delikatnej i nieco surowej kresce nie ma za grosz efektu sztuczności, który tak mocno raził mnie w rysunkach wspomnianego na początku Chaykina.

To ostatni (przynajmniej na razie) album „New Avengers” wydany przez Mucha Comics. Z największymi ziemskimi bohaterami żegnamy się więc bez szczególnym fanfar, bo „Wojnę Domową” trudno zaliczyć do najlepszych albumów w dorobku Bendisa, ale żal ich kolejnych przygód. Bo następne w kolejce czekają najciekawsze (pod wieloma względami) przygody Mścicieli…

środa, 10 października 2012

#1147 - New Avengers t.04: Kolektyw

Wbrew pozorom robienie na superobohaterskim odcinku przemysłu komiksowego to ciężki kawałek chleba. Produkcje trykociarskie są bardzo silnie skonwencjonalizowane i łatwo stają się zakładnikami kilku, prostych chwytów i ogranych motywów. Trzeba uważać, aby nie popaść w nadmierny i nieznośny banał, nie poprzestawać na powielanych przez kolejnych twórców schematach, a z drugiej strony nie dać się zwieść podejrzanym eksperymentom, nierzadko wiodących na manowce.

Przy pełnej świadomości tego, czym są (i powinny być) opowiastki super-hero Brianowi M. Bendisowi udało się odnaleźć swój własny i oryginalny sposób na poradzenie sobie z tymi dylematami. Przy okazji uczynił przygody trupy Kapitana Ameryki flagowym tytułem w ofercie Marvela, długo pozostającym w czubie najlepiej sprzedających się on-goingów za Oceanem. Dla mnie najlepsze tomy „New Avengers” to te, w których scenarzysta pochodzący z Cleveland próbuje uciec (z reguły z dobrym skutkiem) od wyblakłych klisz super-hero, płacąc przy tym daninę konwencji i nie przestając być atrakcyjnym dla przeciętnego pożeracza trykociarzy. Wilk jest zatem syty, a i owca cała.

Ironiczna docinki wkładane w usta niektórych herosów w „Ucieczce” czy meta-tekstualna re-introdukcja Sentry`ego w drugim albumie to według mnie jedne z najmocniejszych momentów całej serii, które wniosły pewien powiew świeżości do Marvela. Drapanie w czwartą ścianę, machlojki z linią fabularną, bawienie się narracją, fantastyczne retardację i cliffhangery świadczą, że Bendis jest scenarzystą o dużej świadomości rzemiosła, jakie uprawia. Szkoda tylko, że sił (pomysłowości? Chęci może?) starczyło tylko na kilka tomów. W „Kolektywie” Bendis (niejako) sięgnął dna, ograniczając się do pisania trywialnej nawalanki bez polotu, jakie zalegają w sklepach komiksowych, do kupienia po kilkanaście centów. Zrobił komiks, jakiego do tej pory z całych sił unikał. Banalny, momentami głupi i zwyczajnie nudny.

Wizualnie rzecz biorąc Mike Deodato Jr., odpowiedzialny w większości za główny wątek tego tomu, dostosował się do niskiego poziomu swojego partnera od skryptu. Pochodzący z Brazylii artysta, który potrafił skutecznie przysposobić do dzisiejszych czasów „ekstremalny” styl charakterystyczny dla lat dziewięćdziesiątych nie popisał się tym razem. Początek wyszedł mu jeszcze jako tako, ale im dalej w las – tym gorzej. Szczególnie źle wygląda epizod na shieldowskim hellicarierze, sceny pojedynku Sentry`ego i Iron-Mana z Kolektywem, a także finał na Genoshy. Wygląda to tak, jakby Deodato brakowało pary, aby skończyć porządnie to, co zaczął.

Tym bardziej boleśnie dla Deodato wypada zestawienie ze znakomitym, ale operującym w zupełnie innym stylu, Steve`m McNivenem, który w „Kolektywie” zilustrował tylko pierwszy zeszyt. Gdzieś pomiędzy nimi można ulokować Oliviera Coipela. Odpowiedzialny za fragment, którym Luke Cage i Jessika Jones biorą ślub artysta pokazał się z nieco gorszej, niż w „Rodzie M”, strony, a podobnie jak Deodato, końcówka mu trochę nie wyszła. Poszczególne kadry znamionują nadmierny pośpiech, a niedokładności spowodowane są zapewne krótkimi terminami, charakterystycznymi dla amerykańskiego rynku. Na usprawiedliwienie obu panów, mogę powiedzieć, że nie tylko im doskwierają podobne bolączki.

Żeby było lepiej, musi być gorzej – Bendis jeszcze jakoś przebieduje kolejny tom (zatytułowany „Disassembled”), będący przystawką do „Civil War” Marka Millara, aby potem zaliczyć znakomity comeback. Rysowane przez znajdującego się w wybornej formie Leinila Francisa Yu „Revolution” należy do moich ulubionych albumów „New Avengers”, a kolejny – „Trust” – również daje radę. I szkoda tylko, że w „Secret Invasion” zaliczy kolejny spadek…

wtorek, 11 września 2012

#1130 - Smak tego, co ma nadejść

Nie wiadomo jeszcze, czy i w jakim kształcie na polskim rynku Hachette zaprezentują Wielką Kolekcję Komiksów Marvela, stanowiąca całkiem udany przekrój po najważniejszych, najciekawszych i najbardziej znanych opowieściach Domu Pomysłów. Spośród tych 60 wydanych na rynku brytyjskim tytułów o kilkunastu z nich pisaliśmy już na łamach Kolorowych Zeszytów. 

Poniższe zestawienie to niejako przegląd tych pozycji, które może pomóc niezdecydowanym w podjęciu decyzji kupić, czy nie kupić. Poszczególne pozycje pogrupowałem w trzech kręgach. W pierwszym z nich znalazły się pozycje obowiązkowe dla każdego fana trykociarzy, po które śmiało mogą spróbować sięgać również czytelnicy nie gustujący w konwencji super-hero. Choćby po to, by zobaczyć "z czym to się je".

"Astonishing X-Men: Obdarowani" i "Astonishing X-Men: Niebezpieczni" Jossa Whedona i Johna Cassaday`a:
Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Whedon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni".
(recenzja całego runu)
"Marvels" Kurta Busieka i Alexa Rossa: Właściwie jest to komiks przeznaczony dla odbiorcy kochającego pulpę. Nie wiem, czy czytelnik, który w swej młodości nie został zaszczepiony miłością do Spider-Mana czy X-Menów dostrzeże wartość tego utworu, będącego w gruncie rzecz sentymentalną wycieczką do krainy komiksowego dzieciństwa. Dojrzałą, jak najbardziej krytyczną, momentami frapującą, a momentami nieznośnie patetyczną.
(link do recenzji albumu)

"Planet Hulk" Grega Paka, Carlo Pagulayana i innych:
Komiks całymi garściami czerpie z schematu fabularnego „Gladiatora”. To opowieść o Zielonej Szramie, o Oku Gniewu, Niszczycielu Światów, o Harkanonie, Haargu, Holku, czyli o naszym ulubionym Hulku, Sałacie Marvela, który trafił do świata ciemiężonego przez Czerwonego Imperatora i ze zwykłego niewolnika staje się bohaterem uciśnionych i ich nadzieją na wyzwolenie.
(linka do recenzji albumu)

"Eternals" Neila Gaiaman i Johna Romity Jra:
Zadaniem Gaimana było napisanie historii, która będzie nowym początkiem, przygotowaniem gruntu pod ongoinga (który miał powstać w przypadku sukcesu mini-serii) i zapoznaniem nowych fanów Marvela z tą lekko zapomnianą supergrupą. I wywiązał się z niego znakomicie.
(link do recenzji albumu)

"Captain America: The Winter Soldier"  Eda Brubaekra i Steve`a Eptinga:
Tak po prawdzie to w „Kapitanie Ameryce” jest bardzo mało trykotów, a sam tytuł mocno ciąży ku opowieściom szpiegowskim w stylu takiego dojrzałego Bonda. Mamy zatem byłych generałów KGB knujących spiski, echa zimnej wojny, sowieckich tajnych super-agentów, neonazistów, latające samochody i znakomite reminiscencje samego Rogersa z II Wojny Światowej.
(linka do recenzji całego runu)

W drugim rzędzie wymieniłbym albumy, które powinny znaleźć się na półce każdego fanboja. To w większości co najmniej dobre pozycje, które moga okazać się nieco zbyt trykociarskie dla czytelnika "spoza".

"New X-Men: W jak Wyniszczenie" i "New X-Men: Imperial" Granta Morrisona, Franka Quitely`ego i innych:
Słowem – Morrison jedzie po bandzie, mnoży swoje dziwactwa w każdym numerze. Przeciętny miłośnik komiksów z charakterystycznym X na okładce będzie czytał „New X-Men” z zapartych tchem, dopóki nie zorientuje się, że cały koncept szkockiego pisarza polega tylko doprowadzenia do groteskowych rozmiarów wytartych przepisów na przygody mutantów.
(link do recenzji całego runu)

"Captain Britain and MI 13: Vampire State" Paula Cornella i innych:
Ostatnia, trzecia i zdecydowanie najlepsza opowieść pod tytułem „Vampire State” to kolejna napaść na Zjednoczone Królestwo, któremu tym razem przewodzi hrabia Dracula, pragnący zrobić z Wysp państwo wampirów.
(link do recenzji albumu)

"Tajna Wojna" Briana M. Bendisa i Gabriele Dell`Otto:

Na rynku komiksowym Bendis zabłysnął znakomitymi kryminałami i przyznam, że nie spodziewałem się po nim tak ciekawie pomyślanej (jak na standardy super-hero, oczywiście) opowieści sensacyjnej.  Gęsto podlanej szpiegowskim sosem, z delikatną, geopolityczną nutką. 
(link do recenzji albumu)  

"Dr. Strange: The Oath" Briana K. Vaughana i Marcosa Martina:
Pewnie, jakbym się uparł, to znalazłbym w "The Oath" kilka logicznych niedoróbek i typowo, komiksowych uproszczeń – na czele dłońmi, których potężny Sorcerer Supreme nie potrafi wyleczyć. Nie widzę jednak powodu, by to robić, bo Vaughan bierze całą historię w nawias, bawiąc się w kilku miejscach konwencją superhero, puszczając oczko swojemu czytelnikowi.
(link do recenzji albumu)

"New Avengers: Ucieczka" Briana M. Bendisa i Davida Fincha
Akurat "Ucieczka", premierowy tom serii, trzyma się jeszcze mocno tradycyjnych schematów opowieści o Mścicielach. Pojawia się już jednak charakterystyczny bendisowy humor, zabawa z konwencjonalnymi chwytami, kruszenie strasznie poważnej konwencji "epic super-hero story" szczyptą ironii i skrobaniem w czwartą ścianę.
(link do recenzji albumu)

"Wolverine: Old Man Logan" Marka Millara i Steve`a McNivena:
W komiksie aż roi się od tajemnic. Nikt nie wie, co stało się tej nocy, kiedy zginęli wszyscy bohaterowie, niewielu potrafi wyjaśnić tajemnicę znikających miast. Co przewożą Clint Barton i James Howlett przez całe Stany? (link do recenzji albumu)

I na zakończenie ostatni krąg piekieł, a więc komiksów które mnie zupełnie nie przekonują, choć w sakli uniwersum Marvela są to rzeczy z różnych powodów ważne. Tylko dla maniakalnych kolekcjonerów, którzy chcą mieć wszystko.

"Avengers: Disassembled" Briana M. Bendisa i Davida Fincha:
"Avengers: Disassembled" to kolejna, zwyczajna super-bohaterska rozwałka. Nie mogę powiedzieć, żeby Bendis się przy niej popisał, nie licząc sprawnie napisanych dialogów (choć rażących patosem) i dramatycznych zgonów bohaterów (którzy i tak za jakiś czas powrócą).
(link do recenzji albumu)

"Secret Invasion" Briana M. Bendisa i Leinila Francisa Yu:
Gdybym wyrobił się z tym wcześniej, byłoby pewnie znacznie ostrzej, bo nie ukrywam, że ogromnie mnie ta historia rozczarowała i w dużej mierze zniechęciła do głównego nurtu superhero prezentowanego przez wydawnictwo Quesady. Miało być wyjątkowo, a wyszło jak zwykle i to mimo wspomnianej na początku ilości czasu, jaką miał Bendis na dopieszczenie wszystkiego.
(link do recenzji albumu)

"Thor vol.1" J. Micheala Straczynskiego i Oliviera Coipela:
Cóż można na zakończenie napisać? Mój pierwszy, dłuższy kontakt z „Thorem” skończył się sporym zawodem. Nic nie wskazuje na to, abym w najbliższym czasie miał się wybrać do komiksowego Asgardu, skoro jest jeszcze tyle znacznie lepszych tytułów z tej samej półki.
(link do recenzji albumu)

"Ród M" Briana M. Bendisa i Oliviera Coipela:
Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.
(link do recenzji albumu)

Patrząc na listę albumów pomieszczonych w kolekcji trzeba oddać tym, którzy zajmowali się selekcją, że udało im się dobrze wyważyć proporcje między klasyką, a tytułami z ostatnich dziesięciu, piętnastu lat. Wyszła im w miarę reprezentatywne zestawienie marvelowskich komiksów z pierwszej linii, choć mnie brakuje kilku tytułów, które mogłyby urozmaicić nieco monotonię  tej wyliczanki. Brakuje mi bowiem czegoś zupełnie świeżego ("NYX", "Runaways"), czegoś nieco bardziej artystycznego ("Elektra: Assasin", "Elektra: War & Peace"), lub nieco mniej oczywistego ("Immortal Iron-Fist", "Incredible Hercules", coś z "X-Force").

czwartek, 9 sierpnia 2012

#1103 - Ród M

Prawdziwym fenomenem Marvela (i po części również DC) jest nie tyle zbudowanie komiksowego uniwersum zamieszkałego przez superbohaterską populację, ale stworzenie niekończącej się meta-narracji. O ile da się wyróżnić jakiś początek (choć wcale nie musi być on wyznaczony przez pierwsze publikacje Domu Pomysłów) i pewne „punkty startowe”, będące dogodnymi miejscami dla czytelników na wskoczenie w nurt snutej dziesiątek lat historii, to prawdopodobnie nigdy nie doczekamy się ich końca. Przynajmniej dopóki będą przynosić krociowe zyski.

Oczywiście, nie jest to żadna nowość. Wszak największe filmowe, książkowe czy growe przeboje zapuszczają w popkulturze korzenie i dają początek swoim dynastiom. Wielotomowe sagi fanasy, brytyjskie i amerykańskie seriale starsze od naszych rodziców i creme de la creme – Gwiezdne Wojny. Ale niewiele marek tego typu może równać się z Marvelem, który wygrywa pod względem ilości, skomplikowania swojego expanded universe, a i niewielu konkurentów może równać się z Domem Pomysłów pod względem stażu. Przecież oni to robią od czasów Stana Lee (a DC pewnie i dłużej)! Co więcej – nie jest tak, że owa meta-narracja składa się z mniejszych, samodzielnych części. Gdyby się dokładniej przyjrzeć poszczególnym zeszytom czy albumom da się zauważyć, że do ich w miarę satysfakcjonującej lektury trzeba zapoznać się z dziesiątkami innych pozycji, żeby wiedzieć kto z kim i gdzie i jak.

Jedne historie łączą się z następnymi, a te z kolei są zapowiedziami następnych. Fabuły rozpięte są pomiędzy cliffhangerami, które wydawcy obudowują wielkimi kampaniami promocyjnymi mającymi przekonać czytelników, że kolejny event czy crossover to naprawdę wielka rzecz. I choć fani wielokrotnie się przekonali, że to tylko marketingowa mowa trawa, to i tak sięgają po kolejne zeszyty i albumy. Kiedy wrzawa wokół danego tytułu nieco ucichnie, pojawią się znaki, że znowu coś się zbliża. Coś majaczy na horyzoncie i po pewnym czasie cały cykl się powtarza. I tak się to kręci. Ad infinitum. „Ród M” jest doskonalą realizacją takiego modelu.

Komiks Briana M. Bendisa (scenariusz) i Oliviera Coipela (rysunki) opowiada ciąg dalszy losów Scarlet Witch, których początek poznaliśmy w „Avengers: Disassembled”. Na scenie wydarzeń, obok Mścicieli pojawiają się również X-Men (tym samym dochodzi do crossoveru pomiędzy dwoma, najbardziej przebojowymi markami Marvela w tamtym czasie – „Astonishing X-Men” i „New Avengers”). Bohaterowie wspólnie muszą postanowić, co zrobić z oszalała mutantką, zdolną z mgnieniu oka zniszczyć naszą rzeczywistość. Szkoda, że brakło w tym gronie Batmana, który z pewnością byłby przygotowany taką ewentualność.

Machinacje Wandy Maximoff były brzemienne w skutkach dla świata mutantów i Ziemi 616. Jakkolwiek historia przedstawiona na kartach komiksu jest w pewien sposób zamknięta to jej ciąg dalszy przedstawiony został w „Decimation”, które dość płynnie przechodzi w „Endagered Species”. Potem jest, „Messiah CompleX”, kontynuowane przez kolejne części mesjańskiej trylogii, „Divided We Stand”, „Manifest Destiny”, „Nation X”, aż dochodzimy do „ReGenesis” i „Schism”. Gdzieś po drodze tworzą się wątki poboczne, prowadzące na przykład do „Silent War”, które potem zostają rozwinięte kosmicznym zakątku Domu Pomysłów, pączkują serie odpryskowe o różnej żywotności, począwszy od „Cable`a”, przez „X-Force”, „Generation Hope”, a skończywszy na „Uncanny X-Force”. W ten sposób, śledząc tylko losy mutantów Marvela, bo przecież podobne drzewko można przygotować dla Avengersów, dochodzimy do bieżącego eventu Domu Pomysłów, czyli „Avengers vs. X-Men”, którego twórcy i redaktorzy obiecują wreszcie rozwikłać wątki ciągnące się latami. Nie wierzyłbym w żadne obietnice finału, bo wielka superbohaterska narracja nie może się skończyć. Naturalnym stanem każdego miłośnika super-hero jest wyczekiwanie. Ciągła obietnica tego, co nadejdzie, która nigdy nie może zostać spełniona, a jeśli pojawia się jakaś satysfakcja – to jest ona chwilowa. I rozbudza kolejne pragnienia.

Dla mnie „Ród M” to jeden z najsłabszych komiksów napisanych przez Bendisa – szczególnie jeśli lektura jest ograniczona tylko do głównej mini-serii, w której maksymalnie skompresowana wątki, rozwijane w szeregu tie-inów, na łamach poszczególnych serii herosów występujących na scenie. Przez to fabułą wydaje się jeszcze bardziej skrótowa. Historia zaczyna się znakomicie od niepokojącej wyprawy do Genoshy. Bendisowi, który słynie z tego, że lepiej zaczyna, niż kończy, udało się utrzymać moje zainteresowanie do drugiego numeru, w doskonale uchwycono zagubienie Wolverine budzącego się w dziwnym miejscu (żeby zbyt wiele nie spoilerować). Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.

Z oprawą wizualną mam pewien problem. Olivier Coipel bardzo spodobał mi się w „Thorze” J. Micheala Straczynskiego. Swoją charakterną i nieco zawiadiacką kreską wyróżniał się pośród dziesiątków „artystów”, rysujących na jedno kopyto, bez krztyny jakiejkolwiek oryginalności. Coipel ze swoim specyficznym stylem rysowania postaci w bardzo przysadzisty, wręcz kwadratowy sposób pozytywne się wyróżniał. Warsztatowa sprawność połączona z wyczuciem konwencji i europejskim temperamentem (Coipel z pochodzenia jest Francuzem) dawała ciekawe efekty, ale… Właśnie, w przypadku „Rodu M” pojawia się ale, bo niektóre fragmenty wydają mi się bardzo niedopracowane, zrobione wręcz niedbale. Nie mogę z czystym sumieniem zachwycać się grafiką „Rodu M”, ale kilka scen zrobiło na mnie piorunujące wrażenie – choćby ta ze spacerującym w powietrzu Magneto nad ruinami Genoshy.

niedziela, 8 lipca 2012

#1073 - Nowy początek Marvela

W Marvelu umieją liczyć. W obliczu oszałamiających wyników sprzedaży Nowej 52 włodarze Domu Pomysłów postanowili skopiować pomysł swojej szacownej konkurencji. Zgodnie z zapowiedziami, że po zakończeniu trwającego właśnie eventu "Avengers vs. X-Men" nic nie będzie już taki samo. Pod banderą Marvel NOW! zostanie otwarty nowy rozdział w historii największego amerykańskiego wydawnictwa komiksowego. 

Wraz z finałem "Avs.X" w Domu Pomysłów rozpocznie się nowa era. W ramach Marvel NOW! krajobraz Ziemi-616 zostanie ukształtowany na nowo. Skojarzenia z Nową 52 nasuwają się same, ale Axel Alonso mocno podkreśla, że nie jest to reboot, tylko nowe otwarcie. Sięgająca lat sześćdziesiątych chronologia (wraz z póżniejszymi zmianami i mniejszymi, lub większymi retconami) ma zostać zachowana - pilnowane przez fanbojów continuity ocaleje nietknięte. Na czym zatem polegać będą zmiany? Joe Quesada mówi o redesignie kostiumów, zmianie nastawienia niektórych postaci, ale też o zupełnej zmianie charakteru innych. Przyczyną tych zmian ma być finał starcia dwóch największych "marek" Marvela. W przeciwieństwie do rewolucji w DC ocaleje numeracja niektórych tytułów (pewniakiem jest "Daredevil", a czuje, że podobnym wyjątkiem będzie choćby "The Amazing Spider-Man"), a praca żadnego z twórców nie zostanie przerwana w pół runu. Jak podkreśla Alonso wszystkie niewyjaśnione wątki od czasów "House of M" mają znaleźć swój satysfakcjonujący finał. Zmiany będą wprowadzane stopniowo - począwszy od października, aż do stycznia co tydzień będzie ukazywała się nowa seria. W sumie, według słów Toma Brevoorta ma ich być ponad 20. Żadna z obecnie wydawanych serii nie zostanie zamknięta.

Na razie oficjalnie zapowiedziano cztery nowe on-goingi z jedynką na okładce. Każdy z nich ma być idealną okazję dla nowych czytelników, aby móc rozpocząć swoją przygodę z komiksami Marvela. Brian M. Bendis opuszcza komiksową rodzinę Mścicieli, aby zająć się mutantami. Jonathan Hickman po epickim finale runu w "Fantastic Four" zajmie się Avengers, natomiast Rick Remander będzie pisał flagowy tytuł NOW!, czyli "Uncanny Avengers", którym występować będą prominentni członkowie X-Men i Avengers. Potwierdzony został udział Kapitana Ameryki, Scarlet Witch, Thora oraz Wolverine`a, Rogue i Havoka (zwróćcie uwagę - wszystkie panie noszą spodnie!). Ten ostatni, według scenarzysty, ma stać się jedną z najważniejszych postaci w nowym uniwersum Marvela. Seria rysowana przez Johna Cassaday`a ma stanowić pomost, rozpięty pomiędzy społeczeństwem mutantów, a ludzką populacją i Mścicielami. Pierwszym villainem ma być Red Skull, który w swojej nowej wersji będzie chciał zlikwidować całą mutancką rasę. "All-New X-Men" określane jest przez Bendisa jako komiksowy odpowiednik filmów Roberta Altmana. Oryginalny skład X-Men, prosto z lat sześćdziesiątych przybędzie do naszej rzeczywistości, która będzie dla nich o wiele bardziej przerażająca, niż najbardziej ponure alternatywne przyszłości, jakie znają. Oznacza to jedno - powrót Jean Grey. Będzie to jej pierwsze pojawienie się od czasów śmierci w runie Granta Morrisona w 2004 roku. "To rzecz, na którą fani X-Men czekali od zawsze - chcieli powrotu Jean Grey. Ale nie chcieli kolejnego zmartwychwstania, kolejnego taniego powrotu zza grobu tylko starą, dobrą Marvel Girl" - mówi scenarzysta. Oprawą graficzną ma zająć się Stuart Immonen.

Natomiast w "Avengers" zobaczymy zarówno duże, epickie historie, które Hickman tak bardzo lubi oraz nieco mniejsze, jednozeszytowe fabuły. Pierwsza historia będzie zatytułowana "Avengers World", skład Mścicieli będzie składał się z 18 członków i będzie mieszankę zarówno nowych postaci, marvelowskich ikon, jak i herosów z trzeciej ligi. Te wielkie, zaplanowana na pięć, sześć numerów historie będą przewijały się z krótszymi, znacznie bardziej kameralnymi opowieściami, skupionymi na poszczególnych postaciach. Na razie Hickman nic więcej nie chce zdradzić, oprócz tego, że w zespole nie braknie miejsca dla Shang-Chi. W "Avengers" będzie współpracował z Jerome Openą, potem kolejne historie narysują Adam Kubert, Dustin Weaver i Mike Deodato. Steve Epting rysował będzie natomiast nowe wcielenie "New Avengers". Kolejne z premierowych serii będą startowały w październiku ("Uncanny Avengers"), listopadzie ("All-New X-Men"), grudniu ("Avengers") i styczniu ("New Avengers"). Pewniakiem jest również restart serii "Thor", "Iron-Man" i "Captain America".

Do każdego zeszytu zostanie dołączony zostanie specjalny kod pozwalający na ściągnięcie jego cyfrowej wersji. Oprócz tego, premierowe numery zostaną wzbogacane o dodatkowe materiały, dostępne wyłącznie przez platformę Marvel AR. Pomimo tych elektronicznych wodotrysków cena papierowego zeszytu nie ulegnie zmianie, w przeciwieństwie do szaty graficznej. Jak możecie zobaczyć na ilustracji obok, okładki będą utrzymane w bardziej plakatowo-filmowym stylu, a design stanie się bardziej elegancki. Mnie się podoba. Podobnie zresztą jak zmiany kostiumów. Z wyjątkiem wyglądu Hulka (którego cybernetyczne wstawki mają zostać wyjaśnione w finale jego serii) i Cyclopsa niemal wszystkie stroje zachowują wierność klasycznym krojom i wprowadzają powiew świeżości. Czy tak właśnie będą wyglądały komiksy Marvel NOW? Po przygodzie z Nową 52, widząc co dzieje się w branży superbohaterskiej jestem raczej sceptycznie nastawiony, ale z ciekawością przyglądam się zapowiedziom Domu Pomysłów.

piątek, 8 czerwca 2012

#1052 - Najważniejsze relaunche

Jeśli jakaś rzecz stała się trendem w amerykańskim przemyśle komiksowym, to były to relaunche.

Ciągle przepracowywanie tradycji, opowiadanie znanych historii na nowo, ciągłe modyfikowanie kanonu i chęć zaczyniania wszystkiego od nowo, z czystą kartą, jeszcze raz – to nieodłączne cechy przemysłu obrazkowego za Oceanem, a jednocześnie najprostsza definicja tego, czym jest relaunch. Próbuje znaleźć jakiś dobry odpowiednik tego terminu w języku polskim, ale nic dobrego nie przychodzi mi do głowy, więc pozostanie przy oryginalnym brzmieniu.


Relaunche, jako takie, mają różne oblicza. Często wiążą się ze zmianą numeracji, lecz nie zawsze. Niekiedy całkowicie odrzucają tradycję danego bohatera, grupy czy serii, a czasem w mniejszym lub większym stopniu zmieniając ich mitologię. Niekiedy obejmują jeden tytuł, całą rodzinę, a czasem – całe komiksowe uniwersa. Zasada pozostaje jedna bez zmian – startujemy od punktu wyjścia (na różne sposoby rozumianego).

Opierając się na zestawieniu opublikowanym na Newsaramie przygotowałem ranking 10 najważniejszych relaunchy w historii amerykańskiego komiksu. W dużej mierze tekst jest przekładem, czego nie ukrywam, ale dodałem kilka moich uwag. Dajcie znać czy chcecie czytać na Kolorowych więcej tekstów tego typu.

10) Valiant odświeża Gold Key
Dziś pewnie niewielu czytelników pamięta wydawnictwo Valiant, które jak równy z równym na początku lat dziewięćdziesiątych rywalizowało z DC Comics i Marvelem. Jego historia to doskonały przykład ciągłego przepracowywania starych pomysłów na nowo. Założone w 1989 roku przez byłego redaktora naczelnego Domu Pomysłów, Jima Shootera, odświeżyło szereg postaci z wydawnictwa Gold Key. Dzięki zaangażowaniu takich twórców, jak Barry Windsor-Smith czy Bob Layton, stworzono nowe uniwersum komiksowe. Wydawnictwo stało się poniekąd ofiarą własnego sukcesu, bo w 1996 roku zostało kupione przez znanego producenta gier komputerowych Acclaim Entertainemtn i zaliczyło kolejnego, twardego relauncha. Cała dotychczasowa historia została odesłana w niebyt, a serie z numerem jeden na okładce, zostały oddane w ręce takich tuzów, jak Warren Ellis, Mark Waid, Kurt Busiek czy Garth Ennis. Niestety, Valiant pod wodzą Fabiana Niciezy jako E-i-C nie przetrwał kryzysu lat dziewięćdziesiątych, ale w tym roku szykuje się jego kolejny powrót – podczas majowego Free Comic Book Day kolejną szansę dostali X-O Manowar, Bloodshot i Harbinger. Czy tym razem się uda?

9) Renesans Zielonej Latarni
W 2005 roku nazwisko Geoffa Johnsa kojarzyli jedynie czytelnicy „Teen Titans”, których udanie odświeżył. W tamtym czasie „Green Lantern” nie mógł marzyć nawet o statusie, jakim cieszy się dzisiaj, nie mówiąc już o sprzedaży. Wtedy Hal Jordan, z jednego z prominentnych herosów DCU stał się szalonym villainem poszukującym odkupienia i, co tu dużo pisać, brakowało na niego pomysłu. Przydzieleni go do roli Spectre`a nie mogło się utrzymać się zbyt długo. Johns przywrócił go do roli w której czuł się najlepiej. Wybielił jego kartotekę retconując zamieszanie z Parallaksem i przygotował pierwsze zręby mitologii Zielonych Latarni, a następnie przywrócił Korpus. Czwarty wolumin „Green Lanterna” okazał się wielkim sukcesem zarówno artystycznym, jak i komercyjnym, stając się w tamtym momencie najlepszą serią super-hero na rynku. Dziś, Zielona Latarni lśni nieco słabiej, ale wciąż jest bardzo silną marką na rynku. „GL” wywindował Johnsa w strukturach DC Comics, a jego praca stawiana był za wzór twórcom, którzy pracowali nad Nową 52.

8) „Star Wars” w Dark Horse Comics
Dzisiaj, naturalnym wydaje się, że za komiksową część multimedialnego imperium George`a Lucasa odpowiada Dark Horse Comics, ale jeszcze 20 lat niewielu spodziewało się, że serie spod szyldu „Star Wars” staną się tak ważnym segmentem rynku komiksowego. Wszystko zaczęło się od Marvela, który po premierze „Nowej Nadziei” nabył prawa do komiksowej adaptacji i kontynuacji filmu, który co prawda stał się przebojem, ale nie był jeszcze taką marką, jak jest teraz. Przez dziewięć lat, do 1984 roku ukazało się ponad 100 komiksów rozwijające uniwersum „Gwiezdnych Wojen” w nieco staroszkolnym duchu „Flasha Gordona”. Później, na krótko wydawnictwo Blackthorne wydało trzy trójwymiarowe zeszyty i wydawało się, że gwiezdno-wojenna franczyza została na długo pogrzebana.
Z dzisiejszej perspektywy wydaje się to niebywałe, ale w latach dziewięćdziesiątych świat „Star Wars” został zapomniany. Dopiero kilka, niezależnych od siebie inicjatyw przyczyniła się do renesansu gwiezdnej sagi, a wśród nich było także „Dark Empire” – sześciu-częściowa mini-serii Toma Veitcha i Cama Kennedy`ego wydana nakładem Dark Horse w 1991. Historia powrotu Imperatora okazała się wielkim sukcesem, doczekała się kontynuacji i zamieniła się w linię komiksową, obecnych na rynku od 20 lat.

7) Rycerze Marvela
Wciąż pozostajemy w trudnych dla komiksu latach dziewięćdziesiątych, ale przenosimy się bliżej nowego wieku. Marvel podniósł się już po rządach Boba Harrasa, ale nowa era Domu Pomysłu miała dopiero nadejść za sprawą Joe`go Quesady. Przepis na sukces imprintu Marvel Knights z 1998 roku był banalny w swojej prostocie – oddajemy w ręce utalentowanych scenarzystów znanych, acz ostatnio podupadłych bohaterów i nie przeszkadzamy im w pracy z wysokości redaktorskich stołków. Decyzjom Joe`go Q. zawdzięczamy drugie życie „Daredevila” (Kevin Smith i Quesada właśnie), „Punishera” (Garth Ennis i Steve Dillon), „Inhumans” (Paul Jenkins i Jae Lee) czy „Black Panther” (Christopher Priest i Mark Texeira). Największym sukcesem okazał się restart Śmiałka. Był to jeden z pierwszych tytułów, którego renowacja możliwa była dzięki wskrzeszeniu ducha lat osiemdziesiątych. A w dwa lat po relaunchu Quesada został mianowany redaktorem naczelnym Marvela i dzięki jego pracy Earth-616 wygląda dziś tak, a nie inaczej.

6) Zburzenie i odbudowanie Avengers
Dzisiaj, kiedy ledwo, co wyszliśmy z kina z seansu filmowych „Mścicieli”, a w czubie najlepiej sprzedających się komiksów z Marvela znajduje się kilka serii z Avengers w tytule, trudno uwierzyć, że w latach dziewięćdziesiątych dominującą marką Domu Pomysłów byli X-Men. Aby przywrócić blask Największym Ziemskim Bohaterom postanowiono poświęcić Capa, Thora, Iron-Mana, Fantastyczną Czwórkę i kilku innych bohaterów w walce z istotą zwaną Onslaught. Po przenosinach do innego wymiaru, mieli na nowo przeżyć swoje przygody, na łamach serii tworzonych przez kilku z ojców-założycieli Image Comics. Jim Lee, Rob Liefeld i Whilce Portacio mieli ich nowe-stare historie. Uniwersum stworzone przez Franklina Richardsa przetrwało tylko rok, bo już w 199 w ramach eventu „Heroes Reborn” wrócili do swojego rodzimego świata. A tam, czekał ich kolejny reboot – w 2004 roku scenarzysta Brian M. Bendis w crossoverze „Avengers: Dissasembled” rozwiązał drużynę tylko po to, aby Mściciele powrócili na łamach nowego on-goinga zatytułowanego „New Avengers”. W dużej mierze dzięki Bendisowi (i millarowym „Ultimates”) to właśnie Avengers są obecnie najważniejszą marką w Dom Pomysłów.

5) Definiowanie Człowieka ze Stali
Po wydaniu radykalnie zmieniającego status quo w DCU „Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach” przyszedł czas na opowiedzenie o początkach najważniejszych amerykańskich herosów. John Byrne na łamach sześcioczęściowej mini-serii „Superman: Man of Steel” stworzył nowy origin Supermana, czyszcząc jego mitologię z niepasujących do nowoczesnego stylu opowieści elementów rodem z Srebrnej Ery. Komiks do dziś zaskakuje oryginalnym podejściem do tematu i świeżością spojrzenia, a jednocześnie pozostaje wierny tradycji. Pomimo kolejnych re-tellingów genezy Kal Ela, dla wielu czytelników to właśnie dzieło Byrne`a zdefiniowało postać Supermana. Także dla mnie.

6) Definiowanie Mrocznego Rycerza
Powiedzieć, że tym, kim dla Supermana był John Byrne, dla Batmana stał się Frank Miller będzie grubym niedopowiedzeniem. Miller dla Mrocznego Rycerza i całej branży komiksowej był kimś znacznie ważniejszym – nie tylko odświeżył genezę Gackę, zdefiniował jego współczesne wcielenie w „Roku pierwszym”, ale również wziął na swój warsztat superbohaterski mit w „The Dark Knight Returns” i dokonał absolutnej rewolucji. Oczywiście, „Year One”, jak i „Man of Steel” już od jakiegoś czasu są poza continuity, jednak ten fakt wcale nie umniejsza ich artystycznej wartości, czy tego, że stanowią obowiązkowy punkt odniesienia dla twórców, piszących przygody Batmana i Supermana.

3) Nowa 52
Relaunch DC Comics był jednym z najbardziej ryzykownych ruchów, jakie jakiekolwiek wydawnictwo komiksowe za Oceanem miałoby odwagę uczynić. Tym bardziej zaskakujące jest to, że na taką decyzję poważył się edytor, który uchodził za bardzo konserwatywnego. Dan DiDio, Geoff Johns i Jim Lee restartując wszystkie swoje miesięczniki nie tylko wyrzuciło na śmietnik continuity (choć, jak wiadomo nie całkiem i nie we wszystkich przypadkach), ale przede wszystkim zerwało z wieloletnią tradycją, sięgającą niekiedy 70 lat wstecz. We wrześniu 2011 wszystkie tytuły DC komiks ukazały się z #1 na okładce, dały początek odświeżonemu uniwersum DC i stworzyła tak zwaną Nową 52 (od liczby serii). Choć dziś oferta uległa kilku korektom, to ta nazwa wciąż funkcjonuje. Z pewnością wpływ na decyzję DC miała coraz gorsza rynkowa koniunktura, spadająca sprzedaż i konieczność wkroczenia na arenę cyfrowej dystrybucji. Pod pewnymi względami Nową 52 trzeba uznać za sukces. Inicjatywa odbiła się szerokim echem wśród opinii publicznej, co wymiernie przełożyło się na sprzedaż i rynkowy sukces odnowionego DC. Przypuszczam, że bez „jedynek” branża na początku 2012 roku notowałaby znacznie słabsze wyniki, a Marvel nie ruszyłby z kopyta do odrabiania strat, aby doścignąć swojego konkurenta. Oczywiście, merytoryczna ocena to rzecz osobna i dyskusyjna, ale niewątpliwie rozmach całego przedsięwzięcia nie miał sobie równych w historii amerykańskiego przemysłu komiksowego. 

2) Powrót X-Men
Dzisiaj trudno wyobrazić współczesną popkulturą bez X-Men. Ale czterdzieści lat temu wydawało się, że grupa mutantów, istot obdarzonych niezwykłymi mocami, okaże się jednym z najbardziej nieudanych pomysłów Stana Lee. W latach 1970-1975 „Uncanny X-Men”, sztanadarowy x-miesięcznik sprzedawał się tak źle, że Marvel ograniczył się do drukowania reprintów. Wreszcie, na łamach „Giant-Size X-Men” rozpoczynający swoją przygodę z komiksem Chris Claremont, wspomagany przez dwóch weteranów – Lena Weina i Dave Cockruma – zrobił prawdziwą rewolucję. Wprowadził nową generację mutantów, w której znaleźli się między innymi Wolverine, Storm, Colossus i Nightcrawler, którzy cieszą się dziś znacznie większą popularnością, niż niektórzy z członków oryginalnego składu. Stworzył szereg uchodzących dziś za klasyczne historii. Bez Claremonta i tego relaunchu nie byłoby dzisiaj dziesiątek x-tytułów, kilku seriali animowanych, pięciu filmów i miliardów zarobionych przez Dom Pomysłów dolarów.

1) Początek Srebrnej Ery
Nie można z dzisiejszej perspektywy nie doceniać roli niepozornego „Showcase” #4, w którym zadebiutował drugi Flash, Barry Allen. To był zaledwie kamień (jak się później okazało – kamień milowy), który spowodował późniejszą lawinę publikacji, które dziś uchodzą za klasykę Silver Age – pierwszego renesansu komiksu superbohaterskiego, który po II Wojnie Światowej stracili na swojej popularności na rzecz komiksów wojennych, kryminalnych i opowieści grozy, a także romansów. Przejście od Złotego do Srebrnego Wieku było czymś więcej niż tylko odświeżeniem originów bohaterów DC Comics, to przede wszystkim wyjściem ubranych w kolorowe kostiumu postaci z wieku dziecięcego i stworzenie podstaw współczesnego superbohaterskiego przemysłu.

środa, 30 maja 2012

#1045 - Ta piękna wojna ("Marvel`s Avengers 3D")

Seansowi "Avengersów" powinien towarzyszyć dreszczyk emocji i podniecenia. Co takiego zgotował nam Joss Whedon i spółka? Po latach oczekiwań i miesiącach spekulacji wreszcie dowiemy się wszystkiego. Teraz, zaraz, będziemy wreszcie mogli odetchnąć z ulgą. Koniec ze snuciem teorii i przypuszczeniami na temat rzekomych przeciwników i przebiegu fabuły. Stojąc przed kinem w ciepłe majowe popołudnie, nie czuję jednak podniecenia. Do seansu dzielą mnie ledwie minuty, a ja nie przestępuję nerwowo z nogi na nogę, nie wyrywam  się, choć myślałem, że nie będę mógł opanować nerwów. Nagle wszystkie te miesiące, spędzone na oczekiwaniu i analizowaniu zwiastunów i przecieków ze studia, straciły dla mnie znaczenie. Świeci słońce, na niebie nie widać nawet jednej chmurki, a ja zaraz znajdę się w gronie starych znajomych.

Ta historia rozpoczęła się w 2007 roku, gdy w maleńkiej scence na koniec "Iron Mana" Nick Fury obwieścił Tony'emu Starkowi zamiar zebrania największych ziemskich herosów w jednym zespole. Od tego czasu Marvel sukcesywnie rozbudowywał swoje uniwersum. Fury'ego zaś uczynił swoim posłańcem. Jego obecność na ekranie zawsze była swego rodzaju obietnicą - gdy wydawało się, że to już koniec, na scenie zjawiał się szef S.H.I.E.L.D i triumfalnie obwieszczał, że to dopiero początek. I rzeczywiście, "Avengers" otwierają zupełnie nowy rozdział w historii Marvel Studios. Spełnił się sen Kevina Feiga i filmowe uniwersum Marvela stoi na solidnych fundamentach i czeka na przyjęcie kolejnych bohaterów z kart komiksów. Spełnił się sen fanów, bo dostali film o jakim marzyli - "Avengersi" to w dorobku Marvela prawdziwa perła, creme de la creme.

Po wygnaniu z Asgardu Loki postanawia zaatakować Ziemię i tym samym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – ogłosić się królem i utrzeć nosa swojemu zarozumiałemu braciszkowi, który Ziemię darzy szczególnym uczuciem. Aby osiągnąć swój cel potrzebuje Tesseraktu, który jest w rękach Nicka Fury'ego. Bez kłopotu kradnie go i rozpoczyna przygotowania do inwazji na Ziemię. Fury w obliczu zagrożenia wraca do pomysłu stworzenia oddziału Mścicieli. Ten pomysł nie spotyka się z entuzjazmem ze strony zainteresowanych. Zdaje się niemożliwe, aby pogodzić ze sobą tak różne indywidualności, które na dodatek zbytnio za sobą nie przepadają - Stark jest egocentrykiem, Rogers jest zbyt dumny, Thor wyniosły. Każdy z herosów nosi w sobie jakaś skazę, która go określa. Na wojnie jednak wszyscy są równi i aby przeżyć muszą ze sobą współpracować.

Nie jesteśmy żołnierzami! - wykrzykuje cywil nad cywilami Tony Stark w twarz żołnierza idealnego - Steve'a Rogersa. Ma rację, ale czas ku takim wyznaniom nie jest odpowiedni – oto Ziemia stoi w obliczu międzygalaktycznej wojny. Część członków drużyny będzie musiało się oswoić z wojaczką, dla innych nie będzie to nic nowego. Prym w walce wiodą Kapitan Ameryka i Thor; wojna to ich żywioł. Czarna Wdowa i Hawkeye nie ustępują im na tym polu. Tylko Stark i Banner odstają od reszty. Problemem Starka jest rozbuchane ego – nie potrafi podporządkować się jak inni. Banner z kolei nie może pogodzić się z brzemieniem, które nosi. Rufallo udało się to, czego nie osiągnęli Norton i Bana - stworzył wiarygodny portret człowieka targanego wątpliwościami, udręczonego odpowiedzialnością, która na nim ciąży. Banner jest nieco safandułowaty i sprawia wrażenie nieszkodliwego, ale po błysku w oku można poznać, że doskonale wie, jaką siłą dysponuje. Jestem zawsze zły – rzuca do Kapitana Ameryki i wiemy, że nie są to czcze przechwałki. To człowiek, który naprawdę potrafi trzymać nerwy na wodzy, ale kiedy ktoś wyprowadzi go z równowagi, lepiej brać nogi za pas. Gdy zmienia się w Hulka staje się chodzącym kataklizmem. Po raz pierwszy możemy czuć potęgę zielonego giganta: od początku mówi się o nim ze strachem, ale dopiero, gdy jednym uderzeniem pośle na łopatki ogromnego kosmicznego czerwia, wiemy, że naprawdę należy się go bać. Ale nawet on w obliczu zagłady spuści z tonu i stanie w jednym szeregu z innymi.

Wojna zdaje się być czymś wyjątkowym, nawet Thor, który miał nabrać dystansu do wojaczki, w ferworze walki szczerzy zęby w uśmiechu. Whedon daleki jest jednak od jej mitologizowania. Wojna, nawet tak kolorowa i bajkowa jak ta, jest czymś koszmarnym i nieludzkim.W finale oglądamy ludzi opłakujących swoich bliskich; Clint zaraz po przebudzeniu pyta, ilu ludzi zabił, przewinienia Lokiego liczy się w ofiarach. I choć obraz żałobników zostaje wyparty przez obraz wiwatującego tłumu, to Whedon nie zapomina o ofiarach. Zwycięstwo? Owszem, ale wszystko ma swoją cenę.

Wojna u Whedona kończy się triumfem bohaterów. Na koniec rozjeżdżają się, każdy w swoją stronę, ale gdy nadejdzie taka konieczność, ponownie połączą siły. Siła Mścicieli leży w jedności, ale czy jednostka okaże się na tyle silna, aby przetrwać? Innymi słowy, jak zakończy się krucjata Bruce'a Wayne'a w "The Dark Knight Rises"? Nie tylko bohaterowie Marvela wyruszą tego lata na wojnę. Jedno jest pewne, tym razem nie będzie tak miło. Cieszmy się więc słońcem póki możemy.

piątek, 25 maja 2012

#1041 - Najlepsze z Avengers

Po seansie whedonowych "Avengers" wyszliście z kina. Podobało Wam się. Tak bardzo, że zastanawiacie się po jakie komiksy z Mścicielami można by sięgnąć. Dzięki sieci dostęp do historyjek obrazkowych jest właściwie nieograniczony - komiksy o Avengers można ściągać bezpośrednio zza Oceanu lub kanału La Manche, kupować z drugiej ręki lub od rodzimych importerów. Kilka albumów zostało też wydanych po polsku. No dobrze - tylko co wybrać? Na co w tym zalewie warto wydać ciężko zarobione pieniądze? Mam nadzieję, że poniższy ranking będzie choć trochę pomocna.

Lista ta jest wynikiem kompromisu pomiędzy tym, co uchodzi za kanoniczne wśród marvelowskich fanbojów, a opowieściami, które mogą trafić w gusta czytelników zielonych w temacie. Z drugiej strony trudno mówić, że jest to wyliczanka w stylu "best of", skoro na liście brakuje choćby "Avengers Forever" czy "The Fall of Hank Pym". Znakomita mini-seria Kurta Busieka i Carlosa Pacheco oprócz tego, że jest świetną historią, porządkuje poplątane marvelowe continuity i bez kilku handbooków lub chociaż gruntownej znajomości dziejów Avengers jej lektura może okazać się ciężkostrawna. Natomiast historia z Ant-Manem, w której bohater przeżywa kryzys tożsamości i pojawia się słynna scena z uderzeniem Wasp nie brałem pod uwagę, bo nigdy nie zestała zebrana w trejdzie (jako takim).

Jeśli idzie o oznaczenia w rankingu - w sumie on-going "Avengers" miał cztery wcielenia. Pierwsza, klasyczna seria wydawana było nieprzerwanie od 1963 do 1996 (na liście oznaczono ją jako vol. 1). W ramach eventu "Heroes Reborn" Mściciele po heroicznej (nomen omen) śmierci z rąk Onslaguhta przeżywali przygody w kieszonkowym uniwersum stworzonym przez Franklina Richardsa (vol.2). W lutym 1998 roku wszystko wróciło do normy, kiedy za sprawą Kurta Busieka i George`a Pereza pojawiła się trzecia inkarnacja serii, a jej bohaterowie wrócili na Ziemię-616. Ten on-going został zamknięty w styczniu 2005 wraz z numerem #503 (zbierającym numerację wszystkich serii) i zastąpiony przez "New Avengers" Briana M. Bendisa. Wreszcie, w 2010 Bendis wskrzesił klasyczny tytuł, który będzie z kolei oznaczam jako vol. 4.

I kończąc ten przydługi wstęp - mam nadzieję, że ten tekst da początek całej serii rankingów podobnej maści publikowanych regularnie w każdy piątek. Jeśli chcielibyście, żeby tak się stało, podawajcie w komentarzach propozycje ewentualnych tematów.

10) "Avengers: Disassembled" ("Avengers" vol.3 #500-503 i "Avengers Finale", 2005) - Brian M. Bendis (scenariusz) i David Finch (rysunki).
Album, który wyznaczył początek nowej ery nie tylko w świecie Mścicieli, ale również w całym uniwersum Marvela. Z autora znakomitych niezależnych powieści graficznych i kilku mniejszych projektów mainstreamowych Brian M. Bendis stał się w Marvelu kimś więcej, niż tylko kolejnym scenarzystą. Przez ponad dekadę kształtował wydarzenia na Ziemi-616 według swoje uznania, a jego oczkiem w głowie byli właśnie Avengers. Bez Bendisa Mściciele nie staliby się wiodącą marką Domu Pomysłów. "Disassembled" to typowa historia zmieniająca status quo - trup ściele się gęsto, drużyna musi zmierzyć się z wielkim kryzysem, tajemnica goni tajemnica, słowem - kładzione są fundamenty pod to, co ma nastąpić w przyszłości. Album, wydany na polskim rynku przez Muchę, stanowi idealny wstęp dla tych, którzy chcieliby śledzći współczesne przygody Avengers.

09) "New Avengers: Ucieczka" ("New Avengers" vol1 #1-6, 2006) - Brian M. Bendis (scenarius) i David Finch (rysunki).
Przyznam, że w porównaniu z klasycznymi opowieściami nowe rzeczy, czyli choćby "New Avengers" wypadają dość blado. Co wcale jednak nie oznacza, że flagowa seria Domu Pomysłów (przynajmniej swego czasu), w której do składu Mścicieli dołączają między innymi Sentry, Luke Cage, Wolverine i Spider-Man jest zła. Wręcz przeciwnie - z początku trzyma bardzo solidny poziom, aby w okolicach tomu szóstego i siódmego osiągnąć swoje apogeum. Później nie jest już tak dobrze, ale sami przekonacie się, gdy Mucha dojdzie do tych albumów. Po serię dostępną na polskim rynku warto sięgnąć również z tego powodu, że jest rysowana przez właściwie najlepszych artystów w Marvelu i pod względem graficznym prezentuje się więcej niż dobrze. "NA" jest również reader-friendly, na tyle, na ile zaangażowanie w eventy pozwala mu być pozycją przystępną dla przeciętnego czytelnika.

08) "Avengers/JLA" (mini-seria, 2004) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
Już w 1979 roku Marvel i DC zgodzili się na stworzenie komiksu, na łamach którego doszłoby do spotkania dwóch największych zespołów obu wydawnictw - JLA i Avengers. Fabuła miała być oparta na skrypcie Gerry`ego Conway`a zrealizowanym przez Roya Thomasa z rysunkami George`a Pereza. Niestety, do wydania tego komiksu nigdy nie doszło - w 1983 roku z powodu niezgody red-nacza Marvela, Jima Shootera. Temat powrócił w nowym wieku, w 2002 roku, Kurt Busiek (scenarzysta on-goinga "Avengers") i Mark Waid ("JLA") doszli do porozumienia jak taka historia ma wyglądać i wielkie spotkanie na szczycie wreszcie mogło się wydarzyć (choć Waid związany ekskluzywny kontraktem z CrossGenem nie mógł się w nie zaangażować). Skończyło się epickiem nerdgasmem, bo w komiksie było wszystko, co ucieszyło komiksowym fanów z Supermanem z młotem Thora i tarczą Kapitana Ameryki na czele.

07) "Under Siege" ("Avengers" vol.1 #270-277, 1987) - Roger Stern (scenariusz), John Buscema (rysunki).
Masters of Evil, będący przypadkową zbieranina podrzędnych superłotrów, przez lata byli pokonywani i upokarzani przez Avengers. Baron Zemo ma tego dość i przygotowuje sprytny atak na Avengers Mansion, posiadłość drużyny w sercu Nowego Jorku. Jego prosty plan uderzenia w herosów, kiedy najmniej się tego spodziewają kończy się oczywiście wielką bijatyka, która nie jest jednak pozbawiona pewnej dawki dramatyzmu. Masters niemal zabijają Herculesa, heroicznie broniącego swojego domu przed najeźdźcami, mocno ranią Jarvisa, kamerdynera Avengers. Oczywiście ostatecznie Mściciele odzyskują swoje domostwo, ale jak nigdy ich zwycięstwo zabarwione zostaje goryczą. Fabularnie rzecz nie odbiega do schematu, choć jest kilka scen, które mogą uchodzić za kultowe, a Stern bardzo ciekawie uchwycił postacie villainów. Rysunki natomiast są prawdziwym popisem Johna Buscemy. Jeśli kochacie komiksowe eighties to nad dynamiczną krechą Buscemy będziecie cmokać, jak ja cmokałem.

06) "The Korvac Saga" ("Avengers" vol.1 #167-168, #170-177, 1978) - Jim Shooter, David Michelinie, Bill Mantlo (scenariusz) i George Perez, David Wenzel (rysunki).
Kolejny klasyk na liście, który w porównaniu do "Under Siege" jest jeszcze bardziej oldschoolowy i jeszcze bardziej epicki. Tym razem Mściciele muszą pokonać dysponującego niemal boskimi mocami Micheala Korvaka, przybywaącjego z dalekiej przyszłości, ściganego przez Guardians of the Galaxy. Oprócz rozwałki na skalę kosmiczną, Jim Shooter, twórca wielu klasycznych storyline`ów, takich jak "Bride of Ultron" czy "Nefaria Trilogy", pozwolił sobie na wycieczkę w bardziej refleksyjnym kierunku, zadając pytania o istotę człowieczeństwa. To kolejna, i nie ostatnia przygoda Avengers z motywem podróży w czasie i kolejna, która cieszy oko kunsztem Pereza. Warto również dodać, że na potrzeby trade`a z 1991 roku Mark Gruenwald napisał, a Tom Morgan narysował nowy epilog, który jednak został usunięty przez Tom Brevoorta w nowym wydaniu komiksu z 2003 roku.

05) "The Kree/Skrull War" ("Avengers" vol.1 #89-97, 1972) - Roy Thomas (scenariusz) i Sal Buscema, Neal Adams i John Buscema (rysunki).
By może to właśnie kosmiczna wojna pomiędzy zmiennokształtnymi Skrullami, a wojowniczymi Kree był pierwszym, komiksowym eventem na wielką skalę. Na pewno była jedną z najwspanialszych opowieści z Avengers i jest jednocześnie najstarszym albumem na mojej liście. W międzygalaktyczny konflikt pomiędzy zwaśnionymi imperiami zostają wplątana ziemia i tylko Mściciele z oryginalnym Kapitanem Marvelem mogą ocalić naszą planetę. Dziś, ten komiks sprzed 40 lat wydaje się nieco archaiczny, ale wciąż robi wrażenie swoim rozmachem, a oprócz tego wprowadza jeden z najważniejszych wątków w dziejach Avengers - romans Scarlet Witch i Visiona. Przez krytyków "The Kree/Skrull War" uchodzi za najwybitniejsze dzieło autorskiej spółki Thomas-Adams, w którym oprócz dynamiczniej akcji nie brakuje społecznego komentarza do politycznej sytuacji Stanów na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

04) "Ultron Unlimited" ("Avengers" vol.3 #19-23, 2001) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
I kolejna perełka tandemu Busiek-Perez, w której pierwszy skrzypce gra Ultron. Stworzony przez Hanka Pyma android, który zamiast służyć swemu "ojcu" postanowił przejąć władzę/zniszczyć ludzkość. Teza, że Ultron jest największym wrogiem Avengers jest bardzo popularna i choć można z nią polemizować, to "Ultron Unlimited" jest bez najmniejszych wątpliwości najlepszą historią z jego udziałem. Oprócz, jak to zwykle bywa, epickiej bitwy, która równa z ziemią małe, europejskie państewko, Slorenię, Busiekowi znakomicie udało oddać się niemal szekspirowskie relacje pomiędzy Pymem, a Ultronem, stwórcą, a jego dziełem/synem. Wydaje mi się, że album jest również szczytem możliwości George`a Pereza, który ze swoją klasyczną i szlachetną kreskę jest zdecydowanie jednym z najsprawniejszych amerykańskich grafików tworzącym w stylistyce późnego Silver Age.

03) "Kang Dynasty" ("Avengers" vol.3 #41 - 55 i "Avengers Annual" `01, 2002) - Kurt Busiek (scenariusz) i Alan Davis, Kieron Dwyer, Ivan Reis, Manuel Garcia (rysunki).
A to opowieść, w której z kolei Busiek wspiął się na wyżyny swoich uniejętności, będąca jednocześnie jego łabędzim śpiewem w "Avengers". W kategorii epickich opowieści super-hero "Kang Dynasty" nie ma właściwie sobie równych. Kangowi Zdobywcy, klasycznemu łotrowi w zielono-fioletowej piżamie, jako pierwszemu w historii uniwersum Marvela udaje się "zdobyć władzę nad światem" i to nie na chwilę przed tym, jak pokonują go herosi, tylko na długi rok. Historia o tym, jak Avengers próbują go powstrzymać wypełniona jest absolutnie fantastycznymi momentami i choć nie brakuje kilku przegiętych i tanich zagrywek (relacja Warbird z Scarlet Centurionem choćby), ale jest to jedna z największych komiksowych przygód, jakie warto przeżyć. No i jest Kang, który po lekturze stanie się i waszym ulubionym villainem.

02) "Marvel Civil War" (mini-seria, 2007) - Mark Millar (scenariusz) i Steve McNiven (rysunki).
Jedna z najważniejszych historii superbohaterskich, po której rzeczywiście "nic nie byłoby takie same", gdyby tylko redaktorom Domu Pomysłów nie zabrakło jaj. W potężnym crossoverze obejmującym lekko licząc 23 albumy, Mark Millar wprowadza ustawę Kane`a ze "Strażników" w życie Ziemi-616, zmieniając życie właściwie każdego bohatera Marvela. Teraz, aby działać jako zamaskowany superheros trzeba mieć specjalną licencję wydawaną przez rząd. Główna mini-seria skupia się konflikcie tych, którzy popierają Superhuman Registration Act skupionych wokół Iron-Man z dowodzonymi przez Kapitana Amerykę buntownikami, którzy nie zgadzają się na rezygnację z wolności na rzecz bezpieczeństwa. Dynamika konfliktu pomiędzy Steve`m, a Tony`m, przepiękne rysunki McNivena, mnóstwo kultowych momentów i wcale niegłupi komentarz społeczny dotyczący bushowskiej Ameryki - to tylko cztery powody, żeby sięgnąć po "Civil War" nawet w tak okrojonej wersji.

01) "Ultimates" ("The Ultimates" oraz "The Ultimates 2", 2002-2007) - Mark Millar (scenariusz) i Bryan Hitch (rysunki).
Czyli godne XXI wieku wcielenie Mścicieli. Zachowując pewne proporcje "Ultimates" byli dla Avengers tym, czym "Dark Knight Returns" dla Batmana, run Franka Millera dla Daredevila albo "Strażnicy" dla komiksu superbohaterskiego. Mark Millar podjął się odpowiedzi na pytanie co by było gdyby taki zespół super-ludzi, jak Avengers istniałby naprawdę. Jakie miałoby to kulturowe, społeczne i wreszcie polityczne konsekwencje? Nasyceni komentarzami do ówczesnej amerykańskiej sytuacji geopolitycznej, "Ultimates" nie przestają być jednak tym, czym komiksowi Avengers powinni być zawsze - epickim, komiksowym blockbusterem. Tego efektu nie byłoby bez absolutnie genialnego Bryana Hitcha, który w drugim tomie "Ultimates" osiągnął życiową formę. Nigdy później, ani nigdy wcześniej nie rysował tak dobrze swoich szerokoformatowych, kinowych kadrów. Zresztą, to samo tyczy się Millara, który konstruując obfitującą w twisty, inteligentą i złożoną fabułę, pełną scen, których nie boję nazwać się (znowu) kultowymi, wspiął się na wyżyny swoich możliwości.