Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve McNiven. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Steve McNiven. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lipca 2019

#2505 - Wolverine. Staruszek Logan

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy.

Gdy w 2010 roku komiks "Wolverine – Old Man Logan" miał swoją premierę, był małym ewenementem wydawniczym. Akcja tej historii opublikowano bowiem na łamach regularnej serii "Wolverine" vol. 3 opowiadającej o przygodach pazurzastego mutanta w prymarnym uniwersum Marvela. Tymczasem "Staruszek Logan" jest historią alternatywną, fabularnie i chronologicznie całkowicie oderwaną od pozostałych opowieści z tego miesięcznika. 



środa, 31 maja 2017

#2316 - Uncanny Avengers #3: Czas na Ragnarok

W albumie "Czas na Ragnarok" Uriel i Eimin, czyli Bliźnięta Apokalipsy, kontynuują realizację pokrętnego planu, który ma ocalić mutantów przed przerażającą przyszłością. Dla przypomnienia: potomstwo Warrena Worthingtona i Zarazy dobrze zna przyszłość i wie, że prezydent Red Skull zamknie wszystkich nosicieli genu X w obozach internowania, które właściwie są obozami koncentracyjnymi. Rodzeństwo miało okazję doświadczyć na własnej skórze. Komiks zaczyna się od retrospekcji, w której widzimy nieudaną próbę ucieczki.

wtorek, 23 czerwca 2015

#1894 - Death of Wolverine

Nikt z sięgających po historię zatytułowaną „Śmierć Wolverine`a” nie ma chyba najmniejszych wątpliwości, że to tylko podpucha. Chwytliwy slogan, który ma podbić sprzedaż. Głośno odbić się w komiksowym światku, wśród czytelników, na forkach. Może nawet dotrzeć do bardziej mainstreamowych mediów. Tak, żeby Axela Alonso albo Joe Quesada pojawili się w telewizji i opowiadali, jakie to komiksy Marvela są fajne i przystępne dla nowych czytelników. To gimmick. Wyrachowany PR stunt. Bo jeśli w Domu Pomysłów chcą zabić jedną ze swoich kur znoszących złote jajka, to tylko po to, żeby zarobić jeszcze więcej na rosole. A potem wrócić do handlu jajkami.


środa, 25 września 2013

#1375 - Wojna Domowa

Mark Millar pisząc „Wojnę Domową” stanął przed szansą zrobienia tego, co Alanowi Moore`owi udało się osiągnąć z całym superbohaterskim gatunkiem. W znakomitych „Strażnikach” Moore dekonstruując mit superbohaterszczyzny podniósł opowieści o ubranych w kolorowe trykoty na zupełnie nowy poziom tak realizmu, jak i artyzmu. Millar to samo (choć nie w takiej skali i tylko w pewnym stopniu) chciał zrobić z uniwersum Marvela, komiksowym światem zamieszkałym przez Iron-Mana, Avengers i Spider-Mana. Niestety, jego ambitny pomysł nigdy nie doczekał się pełnej realizacji...

Historia „Marvel Civil War” rozpoczyna się od tragicznych wydarzeń, które mają miejsce w Stamford. Poczynania grupy nieodpowiedzialnych młodych herosów doprowadzają do zniszczenia prowincjonalnego miasteczka i śmierci setek osób. Opinia publiczna zaczyna naciskać przedstawicieli władzy, aby w jakiś sposób usankcjonowali działalność zamaskowanych mścicieli, na których działalność do tej pory przymykano oczy. Dzięki wsparciu Iron-Mana opracowany zostaje Akt Rejestracyjny, który daje urzędującej administracji możliwość nie tylko rejestrowania, ale również kontrolowania herosów. Za jego sprawą ubrani w kolorowe trykoty ludzie muszą zrzec się swoich podwójnych tożsamości i znajdą się pod jurysdykcją S.H.I.E.L.D. Skojarzenia z ustawą Keane`a ze  „Strażników” nasuwają się same...

Wprowadzenie Aktu w życie dzieli dotychczasowych przyjaciół i towarzyszy broni w walce ze złem. Na czele obozu pro-rządowego staje Iron-Man, które jest przekonany, że herosi w ramach obowiązującego prawa będą w stanie zachować swoją autonomię i nie dadzą się stłamsić establishmentowi, ale jak się okaże Tony Stark jest człowiekiem, który ma plan. Z jego poglądami zgadzają się marvelowscy „intelektualiści” – Hank Pym i Reed Richards – którzy widzą olbrzymi potencjał tkwiący we współpracy z S.H.I.E.L.D. i rządem. To pragmatycy, którzy są świadomi zachodzących zmian i zdają sobie sprawę z anachroniczności dotychczasowego modelu bohaterstwa. Są gotowi zgodzić się na zdradzenie swoich sekretnych tożsamości (o ile jeszcze je posiadają) i oddanie się pod kontrolę władzy, jeśli taka ma być cena odzyskania społecznego zaufania (nie mówiąc już o sutej pensyjce, na którą połasił się Spider-Man). Wiedzą, skąd wieje wiatr historii i nawet, jeśli nie są do końca przekonania do treści Aktu, to wiedzą, że jeśli nie oni, to ktoś inny będzie sprawował nad nimi nadzór. Jakiś inny „wielki brat” będzie pilnował tych, którzy postanowili pilnować innych. Bo niby dlaczego herosi mieliby stać ponad prawem?

Po drugiej stronie barykady staje Kapitan Ameryka. Uważa, że wprowadzenie ustawy regulującej działalność herosów w imię bezpieczeństwa gwałci podstawowe prawo każdego człowieka – jego wolność. Komiksowy symbol amerykańskiego patriotyzmu nie może zgodzić się na poświecenie wartości, o którą walczył całe życie. Po jego stronie staje między innymi Luke Cage oraz Daredevil, typowi, komiksowi vigilantes. Co ciekawe społeczność mutancka stara się za wszelką cenę uniknąć zaangażowania w ten konflikt. Nie dziwi to o tyle, że mają swoje problemy, ale Emma Frost mogłaby na współpracy z rządem ugrać. Choćby PRowo. Żałuje, że temu wątkowi poświęcono tak mało miejsca (a w mutanckich tie-inach ograniczono się głównie do bijatyk).

I tak przyjaciele stają się wrogami, a gdy zaczyna brakować argumentów w dyskusji w ruch idą pięści… „Wojna domowa” to komiks superbohaterski i trzeba się po nim spodziewać epickich scen walki z udział ubranych w kolorowe stroje herosów strzelających laserami z dupy, patetycznych przemów, niespodziewanych zwrotów akcji i dużego stopnia natężenia bohaterów na centymetr kwadratowy kadru. To wszystko oczywiście w nim jest i jest naprawdę epickie, ale wymowa komiksu stanowi komentarz do polityki George`a W. Busha, do kierunku, jaki Ameryka obrała po 9/11 i Patriot Act.

Trudno oczywiście spodziewać się po tej szytej grubymi nićmi alegorii jakieś pogłębionej refleksji. Nie sposób nie zgodzić się z Tomem Spurgeonem (jednym z najwybitniejszych amerykańskich komiksowych krytyków), który mówi o tym, że nie sposób brać Kapitana Amerykę zbierającego oddział superherosów, który zaraz skopie tyłki ekipie Iron-Mana na poważnie. Etyczne dylematy ubranych w pstrokate kostiumy herosów są po prostu niewiarygodne i momentami śmieszne. Szczególnie dla osób z drugiej strony Atlantyku, Polaków choćby, których powszechna świadomość i dyskurs o wartościach był kształtowany przez tradycję wysokoartystyczną, na przykład przez poezję romantyczną, przez literaturę wysokich lotów, a nie kiczowate komiksidła.

Ale jednak potęga superbohaterskiego mitu jest wielka. Komiks w Ameryce wzbudził liczne kontrowersje. Konflikt herosów podzielił środowisko fanów kolorowych zeszytów, którzy w komiksowych sklepach, w sieci czy na konwentach spierali się o to, kto w tej walce ma racje. Rzadko bywa, aby medium, które w swoją naturę ma wręcz wpisany eskapizm, stało się nośnikiem tak żywych i aktualnych kwestii. To sytuacja fenomenalna dla specyficznego rynku komiksu masowego, będącego kulturalnym gettem, którego autorzy nie zapuszczają się zwykle w rejony zarezerwowane dla „zwykłej” sztuki i literatury. Ta bardzo uproszczona, kiczowata z punktu widzenia literatury i w wielu miejscach infantylna opowieść potrafiła niezwykle trafnie nazwać społeczne emocje. Millar z papierowych (z reguły) postaci potrafił wykroić prawdziwie przekonujących bohaterów, wyposażając niektórych w prawdziwie dramatyczne rysy – przypadek Tony`ego Starka, którego ewolucja od beztroskiego miliardera i superherosa do technokraty o faszystowskich zapędach jest szczególnie frapujący. Fabuła skonstruowana jest z poszanowanie dramaturgii i naprawdę trzyma w napięciu. Znakomicie ze swoich obowiązków wywiązał się rysownik Steve McNiven, który ze swoją bardzo klasyczną kreską wspiął się na wyżyny swojego talentu.

Niestety, wywrotowe zapędy Marka Millara zostały storpedowane przez szefów wydawnictwa Marvela. Drżący o ciągle spadające wyniki sprzedaży bossowie bali się, że tak radykalne zmiany na Ziemie-616 mogą skutecznie odstraszyć nieco młodszych czytelników od ich komiksów. Z czasem kolejni redaktorzy i twórcy w dość bezceremonialny sposób wycofywali się z odważnych zmian zaproponowanych przez autora „Wojny Domowej”, na przykład wymazując pamięć Tony`ego Starka. wrabiając Petera Parkera w umowę z Mefisto czy przywracając Kapitana Amerykę zza grobu. Dziś, z rewolucji zaproponowanej przez Millara zostały tylko wspomnienia...

środa, 10 października 2012

#1147 - New Avengers t.04: Kolektyw

Wbrew pozorom robienie na superobohaterskim odcinku przemysłu komiksowego to ciężki kawałek chleba. Produkcje trykociarskie są bardzo silnie skonwencjonalizowane i łatwo stają się zakładnikami kilku, prostych chwytów i ogranych motywów. Trzeba uważać, aby nie popaść w nadmierny i nieznośny banał, nie poprzestawać na powielanych przez kolejnych twórców schematach, a z drugiej strony nie dać się zwieść podejrzanym eksperymentom, nierzadko wiodących na manowce.

Przy pełnej świadomości tego, czym są (i powinny być) opowiastki super-hero Brianowi M. Bendisowi udało się odnaleźć swój własny i oryginalny sposób na poradzenie sobie z tymi dylematami. Przy okazji uczynił przygody trupy Kapitana Ameryki flagowym tytułem w ofercie Marvela, długo pozostającym w czubie najlepiej sprzedających się on-goingów za Oceanem. Dla mnie najlepsze tomy „New Avengers” to te, w których scenarzysta pochodzący z Cleveland próbuje uciec (z reguły z dobrym skutkiem) od wyblakłych klisz super-hero, płacąc przy tym daninę konwencji i nie przestając być atrakcyjnym dla przeciętnego pożeracza trykociarzy. Wilk jest zatem syty, a i owca cała.

Ironiczna docinki wkładane w usta niektórych herosów w „Ucieczce” czy meta-tekstualna re-introdukcja Sentry`ego w drugim albumie to według mnie jedne z najmocniejszych momentów całej serii, które wniosły pewien powiew świeżości do Marvela. Drapanie w czwartą ścianę, machlojki z linią fabularną, bawienie się narracją, fantastyczne retardację i cliffhangery świadczą, że Bendis jest scenarzystą o dużej świadomości rzemiosła, jakie uprawia. Szkoda tylko, że sił (pomysłowości? Chęci może?) starczyło tylko na kilka tomów. W „Kolektywie” Bendis (niejako) sięgnął dna, ograniczając się do pisania trywialnej nawalanki bez polotu, jakie zalegają w sklepach komiksowych, do kupienia po kilkanaście centów. Zrobił komiks, jakiego do tej pory z całych sił unikał. Banalny, momentami głupi i zwyczajnie nudny.

Wizualnie rzecz biorąc Mike Deodato Jr., odpowiedzialny w większości za główny wątek tego tomu, dostosował się do niskiego poziomu swojego partnera od skryptu. Pochodzący z Brazylii artysta, który potrafił skutecznie przysposobić do dzisiejszych czasów „ekstremalny” styl charakterystyczny dla lat dziewięćdziesiątych nie popisał się tym razem. Początek wyszedł mu jeszcze jako tako, ale im dalej w las – tym gorzej. Szczególnie źle wygląda epizod na shieldowskim hellicarierze, sceny pojedynku Sentry`ego i Iron-Mana z Kolektywem, a także finał na Genoshy. Wygląda to tak, jakby Deodato brakowało pary, aby skończyć porządnie to, co zaczął.

Tym bardziej boleśnie dla Deodato wypada zestawienie ze znakomitym, ale operującym w zupełnie innym stylu, Steve`m McNivenem, który w „Kolektywie” zilustrował tylko pierwszy zeszyt. Gdzieś pomiędzy nimi można ulokować Oliviera Coipela. Odpowiedzialny za fragment, którym Luke Cage i Jessika Jones biorą ślub artysta pokazał się z nieco gorszej, niż w „Rodzie M”, strony, a podobnie jak Deodato, końcówka mu trochę nie wyszła. Poszczególne kadry znamionują nadmierny pośpiech, a niedokładności spowodowane są zapewne krótkimi terminami, charakterystycznymi dla amerykańskiego rynku. Na usprawiedliwienie obu panów, mogę powiedzieć, że nie tylko im doskwierają podobne bolączki.

Żeby było lepiej, musi być gorzej – Bendis jeszcze jakoś przebieduje kolejny tom (zatytułowany „Disassembled”), będący przystawką do „Civil War” Marka Millara, aby potem zaliczyć znakomity comeback. Rysowane przez znajdującego się w wybornej formie Leinila Francisa Yu „Revolution” należy do moich ulubionych albumów „New Avengers”, a kolejny – „Trust” – również daje radę. I szkoda tylko, że w „Secret Invasion” zaliczy kolejny spadek…

piątek, 25 maja 2012

#1041 - Najlepsze z Avengers

Po seansie whedonowych "Avengers" wyszliście z kina. Podobało Wam się. Tak bardzo, że zastanawiacie się po jakie komiksy z Mścicielami można by sięgnąć. Dzięki sieci dostęp do historyjek obrazkowych jest właściwie nieograniczony - komiksy o Avengers można ściągać bezpośrednio zza Oceanu lub kanału La Manche, kupować z drugiej ręki lub od rodzimych importerów. Kilka albumów zostało też wydanych po polsku. No dobrze - tylko co wybrać? Na co w tym zalewie warto wydać ciężko zarobione pieniądze? Mam nadzieję, że poniższy ranking będzie choć trochę pomocna.

Lista ta jest wynikiem kompromisu pomiędzy tym, co uchodzi za kanoniczne wśród marvelowskich fanbojów, a opowieściami, które mogą trafić w gusta czytelników zielonych w temacie. Z drugiej strony trudno mówić, że jest to wyliczanka w stylu "best of", skoro na liście brakuje choćby "Avengers Forever" czy "The Fall of Hank Pym". Znakomita mini-seria Kurta Busieka i Carlosa Pacheco oprócz tego, że jest świetną historią, porządkuje poplątane marvelowe continuity i bez kilku handbooków lub chociaż gruntownej znajomości dziejów Avengers jej lektura może okazać się ciężkostrawna. Natomiast historia z Ant-Manem, w której bohater przeżywa kryzys tożsamości i pojawia się słynna scena z uderzeniem Wasp nie brałem pod uwagę, bo nigdy nie zestała zebrana w trejdzie (jako takim).

Jeśli idzie o oznaczenia w rankingu - w sumie on-going "Avengers" miał cztery wcielenia. Pierwsza, klasyczna seria wydawana było nieprzerwanie od 1963 do 1996 (na liście oznaczono ją jako vol. 1). W ramach eventu "Heroes Reborn" Mściciele po heroicznej (nomen omen) śmierci z rąk Onslaguhta przeżywali przygody w kieszonkowym uniwersum stworzonym przez Franklina Richardsa (vol.2). W lutym 1998 roku wszystko wróciło do normy, kiedy za sprawą Kurta Busieka i George`a Pereza pojawiła się trzecia inkarnacja serii, a jej bohaterowie wrócili na Ziemię-616. Ten on-going został zamknięty w styczniu 2005 wraz z numerem #503 (zbierającym numerację wszystkich serii) i zastąpiony przez "New Avengers" Briana M. Bendisa. Wreszcie, w 2010 Bendis wskrzesił klasyczny tytuł, który będzie z kolei oznaczam jako vol. 4.

I kończąc ten przydługi wstęp - mam nadzieję, że ten tekst da początek całej serii rankingów podobnej maści publikowanych regularnie w każdy piątek. Jeśli chcielibyście, żeby tak się stało, podawajcie w komentarzach propozycje ewentualnych tematów.

10) "Avengers: Disassembled" ("Avengers" vol.3 #500-503 i "Avengers Finale", 2005) - Brian M. Bendis (scenariusz) i David Finch (rysunki).
Album, który wyznaczył początek nowej ery nie tylko w świecie Mścicieli, ale również w całym uniwersum Marvela. Z autora znakomitych niezależnych powieści graficznych i kilku mniejszych projektów mainstreamowych Brian M. Bendis stał się w Marvelu kimś więcej, niż tylko kolejnym scenarzystą. Przez ponad dekadę kształtował wydarzenia na Ziemi-616 według swoje uznania, a jego oczkiem w głowie byli właśnie Avengers. Bez Bendisa Mściciele nie staliby się wiodącą marką Domu Pomysłów. "Disassembled" to typowa historia zmieniająca status quo - trup ściele się gęsto, drużyna musi zmierzyć się z wielkim kryzysem, tajemnica goni tajemnica, słowem - kładzione są fundamenty pod to, co ma nastąpić w przyszłości. Album, wydany na polskim rynku przez Muchę, stanowi idealny wstęp dla tych, którzy chcieliby śledzći współczesne przygody Avengers.

09) "New Avengers: Ucieczka" ("New Avengers" vol1 #1-6, 2006) - Brian M. Bendis (scenarius) i David Finch (rysunki).
Przyznam, że w porównaniu z klasycznymi opowieściami nowe rzeczy, czyli choćby "New Avengers" wypadają dość blado. Co wcale jednak nie oznacza, że flagowa seria Domu Pomysłów (przynajmniej swego czasu), w której do składu Mścicieli dołączają między innymi Sentry, Luke Cage, Wolverine i Spider-Man jest zła. Wręcz przeciwnie - z początku trzyma bardzo solidny poziom, aby w okolicach tomu szóstego i siódmego osiągnąć swoje apogeum. Później nie jest już tak dobrze, ale sami przekonacie się, gdy Mucha dojdzie do tych albumów. Po serię dostępną na polskim rynku warto sięgnąć również z tego powodu, że jest rysowana przez właściwie najlepszych artystów w Marvelu i pod względem graficznym prezentuje się więcej niż dobrze. "NA" jest również reader-friendly, na tyle, na ile zaangażowanie w eventy pozwala mu być pozycją przystępną dla przeciętnego czytelnika.

08) "Avengers/JLA" (mini-seria, 2004) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
Już w 1979 roku Marvel i DC zgodzili się na stworzenie komiksu, na łamach którego doszłoby do spotkania dwóch największych zespołów obu wydawnictw - JLA i Avengers. Fabuła miała być oparta na skrypcie Gerry`ego Conway`a zrealizowanym przez Roya Thomasa z rysunkami George`a Pereza. Niestety, do wydania tego komiksu nigdy nie doszło - w 1983 roku z powodu niezgody red-nacza Marvela, Jima Shootera. Temat powrócił w nowym wieku, w 2002 roku, Kurt Busiek (scenarzysta on-goinga "Avengers") i Mark Waid ("JLA") doszli do porozumienia jak taka historia ma wyglądać i wielkie spotkanie na szczycie wreszcie mogło się wydarzyć (choć Waid związany ekskluzywny kontraktem z CrossGenem nie mógł się w nie zaangażować). Skończyło się epickiem nerdgasmem, bo w komiksie było wszystko, co ucieszyło komiksowym fanów z Supermanem z młotem Thora i tarczą Kapitana Ameryki na czele.

07) "Under Siege" ("Avengers" vol.1 #270-277, 1987) - Roger Stern (scenariusz), John Buscema (rysunki).
Masters of Evil, będący przypadkową zbieranina podrzędnych superłotrów, przez lata byli pokonywani i upokarzani przez Avengers. Baron Zemo ma tego dość i przygotowuje sprytny atak na Avengers Mansion, posiadłość drużyny w sercu Nowego Jorku. Jego prosty plan uderzenia w herosów, kiedy najmniej się tego spodziewają kończy się oczywiście wielką bijatyka, która nie jest jednak pozbawiona pewnej dawki dramatyzmu. Masters niemal zabijają Herculesa, heroicznie broniącego swojego domu przed najeźdźcami, mocno ranią Jarvisa, kamerdynera Avengers. Oczywiście ostatecznie Mściciele odzyskują swoje domostwo, ale jak nigdy ich zwycięstwo zabarwione zostaje goryczą. Fabularnie rzecz nie odbiega do schematu, choć jest kilka scen, które mogą uchodzić za kultowe, a Stern bardzo ciekawie uchwycił postacie villainów. Rysunki natomiast są prawdziwym popisem Johna Buscemy. Jeśli kochacie komiksowe eighties to nad dynamiczną krechą Buscemy będziecie cmokać, jak ja cmokałem.

06) "The Korvac Saga" ("Avengers" vol.1 #167-168, #170-177, 1978) - Jim Shooter, David Michelinie, Bill Mantlo (scenariusz) i George Perez, David Wenzel (rysunki).
Kolejny klasyk na liście, który w porównaniu do "Under Siege" jest jeszcze bardziej oldschoolowy i jeszcze bardziej epicki. Tym razem Mściciele muszą pokonać dysponującego niemal boskimi mocami Micheala Korvaka, przybywaącjego z dalekiej przyszłości, ściganego przez Guardians of the Galaxy. Oprócz rozwałki na skalę kosmiczną, Jim Shooter, twórca wielu klasycznych storyline`ów, takich jak "Bride of Ultron" czy "Nefaria Trilogy", pozwolił sobie na wycieczkę w bardziej refleksyjnym kierunku, zadając pytania o istotę człowieczeństwa. To kolejna, i nie ostatnia przygoda Avengers z motywem podróży w czasie i kolejna, która cieszy oko kunsztem Pereza. Warto również dodać, że na potrzeby trade`a z 1991 roku Mark Gruenwald napisał, a Tom Morgan narysował nowy epilog, który jednak został usunięty przez Tom Brevoorta w nowym wydaniu komiksu z 2003 roku.

05) "The Kree/Skrull War" ("Avengers" vol.1 #89-97, 1972) - Roy Thomas (scenariusz) i Sal Buscema, Neal Adams i John Buscema (rysunki).
By może to właśnie kosmiczna wojna pomiędzy zmiennokształtnymi Skrullami, a wojowniczymi Kree był pierwszym, komiksowym eventem na wielką skalę. Na pewno była jedną z najwspanialszych opowieści z Avengers i jest jednocześnie najstarszym albumem na mojej liście. W międzygalaktyczny konflikt pomiędzy zwaśnionymi imperiami zostają wplątana ziemia i tylko Mściciele z oryginalnym Kapitanem Marvelem mogą ocalić naszą planetę. Dziś, ten komiks sprzed 40 lat wydaje się nieco archaiczny, ale wciąż robi wrażenie swoim rozmachem, a oprócz tego wprowadza jeden z najważniejszych wątków w dziejach Avengers - romans Scarlet Witch i Visiona. Przez krytyków "The Kree/Skrull War" uchodzi za najwybitniejsze dzieło autorskiej spółki Thomas-Adams, w którym oprócz dynamiczniej akcji nie brakuje społecznego komentarza do politycznej sytuacji Stanów na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

04) "Ultron Unlimited" ("Avengers" vol.3 #19-23, 2001) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
I kolejna perełka tandemu Busiek-Perez, w której pierwszy skrzypce gra Ultron. Stworzony przez Hanka Pyma android, który zamiast służyć swemu "ojcu" postanowił przejąć władzę/zniszczyć ludzkość. Teza, że Ultron jest największym wrogiem Avengers jest bardzo popularna i choć można z nią polemizować, to "Ultron Unlimited" jest bez najmniejszych wątpliwości najlepszą historią z jego udziałem. Oprócz, jak to zwykle bywa, epickiej bitwy, która równa z ziemią małe, europejskie państewko, Slorenię, Busiekowi znakomicie udało oddać się niemal szekspirowskie relacje pomiędzy Pymem, a Ultronem, stwórcą, a jego dziełem/synem. Wydaje mi się, że album jest również szczytem możliwości George`a Pereza, który ze swoją klasyczną i szlachetną kreskę jest zdecydowanie jednym z najsprawniejszych amerykańskich grafików tworzącym w stylistyce późnego Silver Age.

03) "Kang Dynasty" ("Avengers" vol.3 #41 - 55 i "Avengers Annual" `01, 2002) - Kurt Busiek (scenariusz) i Alan Davis, Kieron Dwyer, Ivan Reis, Manuel Garcia (rysunki).
A to opowieść, w której z kolei Busiek wspiął się na wyżyny swoich uniejętności, będąca jednocześnie jego łabędzim śpiewem w "Avengers". W kategorii epickich opowieści super-hero "Kang Dynasty" nie ma właściwie sobie równych. Kangowi Zdobywcy, klasycznemu łotrowi w zielono-fioletowej piżamie, jako pierwszemu w historii uniwersum Marvela udaje się "zdobyć władzę nad światem" i to nie na chwilę przed tym, jak pokonują go herosi, tylko na długi rok. Historia o tym, jak Avengers próbują go powstrzymać wypełniona jest absolutnie fantastycznymi momentami i choć nie brakuje kilku przegiętych i tanich zagrywek (relacja Warbird z Scarlet Centurionem choćby), ale jest to jedna z największych komiksowych przygód, jakie warto przeżyć. No i jest Kang, który po lekturze stanie się i waszym ulubionym villainem.

02) "Marvel Civil War" (mini-seria, 2007) - Mark Millar (scenariusz) i Steve McNiven (rysunki).
Jedna z najważniejszych historii superbohaterskich, po której rzeczywiście "nic nie byłoby takie same", gdyby tylko redaktorom Domu Pomysłów nie zabrakło jaj. W potężnym crossoverze obejmującym lekko licząc 23 albumy, Mark Millar wprowadza ustawę Kane`a ze "Strażników" w życie Ziemi-616, zmieniając życie właściwie każdego bohatera Marvela. Teraz, aby działać jako zamaskowany superheros trzeba mieć specjalną licencję wydawaną przez rząd. Główna mini-seria skupia się konflikcie tych, którzy popierają Superhuman Registration Act skupionych wokół Iron-Man z dowodzonymi przez Kapitana Amerykę buntownikami, którzy nie zgadzają się na rezygnację z wolności na rzecz bezpieczeństwa. Dynamika konfliktu pomiędzy Steve`m, a Tony`m, przepiękne rysunki McNivena, mnóstwo kultowych momentów i wcale niegłupi komentarz społeczny dotyczący bushowskiej Ameryki - to tylko cztery powody, żeby sięgnąć po "Civil War" nawet w tak okrojonej wersji.

01) "Ultimates" ("The Ultimates" oraz "The Ultimates 2", 2002-2007) - Mark Millar (scenariusz) i Bryan Hitch (rysunki).
Czyli godne XXI wieku wcielenie Mścicieli. Zachowując pewne proporcje "Ultimates" byli dla Avengers tym, czym "Dark Knight Returns" dla Batmana, run Franka Millera dla Daredevila albo "Strażnicy" dla komiksu superbohaterskiego. Mark Millar podjął się odpowiedzi na pytanie co by było gdyby taki zespół super-ludzi, jak Avengers istniałby naprawdę. Jakie miałoby to kulturowe, społeczne i wreszcie polityczne konsekwencje? Nasyceni komentarzami do ówczesnej amerykańskiej sytuacji geopolitycznej, "Ultimates" nie przestają być jednak tym, czym komiksowi Avengers powinni być zawsze - epickim, komiksowym blockbusterem. Tego efektu nie byłoby bez absolutnie genialnego Bryana Hitcha, który w drugim tomie "Ultimates" osiągnął życiową formę. Nigdy później, ani nigdy wcześniej nie rysował tak dobrze swoich szerokoformatowych, kinowych kadrów. Zresztą, to samo tyczy się Millara, który konstruując obfitującą w twisty, inteligentą i złożoną fabułę, pełną scen, których nie boję nazwać się (znowu) kultowymi, wspiął się na wyżyny swoich możliwości.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

#915 - New Avengers t.02: Sentry

Drugi tom opowiadający o losach nowego wcielenia legendarnych Avengers teoretycznie stanowi idealny komiks dla czytelników, którzy wychowywali się przy kolejnych pozycjach wydawanych przez TM-Semic. Scenarzyści proponują bowiem odbiorcy niewyszukaną, ale całkiem sentymentalną i bezpretensjonalną zabawę. Jest dowcipnie, przede wszystkim zaś autoironicznie, co stanowi największy atut "Sentry". Szkoda tylko, że w pewnym momencie robi się nazbyt poważnie, a rzecz okazuje się jakościową równią pochyłą.

To, co dzisiaj mogłoby śmieszyć niemłodych już czytelników - jak choćby ogromna naiwność opowiadanej historii i wszystkie tego konsekwencje - już na samym początku komiksu wzięte jest w cudzysłów. Scenarzyści wprowadzają zdrowy dystans, dzięki któremu lektura ich dzieła jest naprawdę zabawna i przyjemna. Wystarczy choćby spojrzeć na pozy, jakie przybierają kolejne postaci poubierane w kolorowe trykoty - ich "pomnikowość" z miejsca zostaje wyszydzona. Nie poprzez ich ewentualną karykaturalność - wszak autorzy ewidentnie darzą swoich bohaterów pozytywnymi uczuciami - lecz poprzez słowa jednej z nich. "Rety, w pozowaniu jesteście nieźli" - mówi do swoich towarzyszy Spider-Man, kiedy szykują się do starcia z pewnym złoczyńcą. Dopiero po tej kwestii bezpardonowa walka będzie mogła dojść do skutku. Zaś dzięki kolejnym nieustanne mordobicie, jakiego uświadczymy, nie będzie miało jakichkolwiek znamion wtórności czy bezsensu. Rozpierducha będzie prosta i przewidywalna, ale nie będzie to jej absolutnie w niczym ujmować. Najważniejsza jest zabawa, zaskakująco świeża.

Druga część opowiadanej historii rozpoczyna się jeszcze lepiej - oto bowiem przenosimy się do świata komiksu sprzed jakichś czterdziestu lat. Doskonała stylizacja, wreszcie nawał okropnie naiwnych sytuacji i pretensjonalnych dialogów, które dzięki ponownemu wzięciu w cudzysłów czynią ten fragment najzabawniejszym i najlepszym z całego tomu. Szkoda, że jest taki krótki. Przede wszystkim jednak szkoda, że po nim autoironii jest już stopniowo coraz mniej. Na kartach opowieści jako jedna z postaci pojawia się sam scenarzysta komiksu, Paul Jenkins, czym wprowadza nie lada zamieszanie. Kiedy sytuacja wyjaśnia się "Sentry" staje się nagle historią opowiadaną na poważnie. Staje się też najprawdziwszym wehikułem czasu mającym uczynić odbiorcę nieco młodszym, niż obecnie jest. Scenarzyści już go nie dystansują, lecz wprowadzają w sam środek akcji. Niestety, jak dla mnie, wehikuł ten okazuje się nie tyle wadliwym, co bezsensownym. Poprzez niego autorzy strzelają sobie w stopę. Pozbywają się największych plusów dzieła, zastępując je sztampą.

Historia znacznie komplikuje się, ale szybko wychodzi na jaw, iż "nie taki diabeł straszny". Problem polega na tym, że jej podstawą są liczne, a przede wszystkim bardzo, ale to bardzo dosadne dialogi, które wyjaśniają odbiorcy więcej niż trzeba. W pewnym sensie traktują go jak przygłupa. Niejako dla ożywienia sytuacji podpartej naiwną, czasem nawet graniczącą z bełkotem "psychoanalizą" tytułowego bohatera, pojawiają się krótkie sceny akcji. Nie tylko jednak wcale opowieści nie ożywiają, ale wręcz dobijają ją. Przewija się w nich cała masa postaci, ale żadna z nich nie różni się niczym od pozostałych, pomijając oczywiście sam wygląd czy super-moce. Wszystkie są nijakie, pozbawione jakiegokolwiek charakteru. To skaczące i krzyczące kukiełki, sztucznie dramatyzujące opowiadaną historię. W ten sposób "Sentry" z komiksu naprawdę dobrego robi się komiksem niezbyt interesującym, a przynajmniej dla mnie. Podczas lektury śmiałem się cały czas. Tyle że początkowo śmiałem się tam, gdzie autorzy chcieli bym się śmiał, a później zupełnie na odwrót.

czwartek, 12 marca 2009

#143 - Tydzień crossoverów - Ultimate Galactus Trilogy

Na „Ultimate Galactus Trilogy” składają się trzy mini-serie. Historia rozpoczyna się w „Ultimate Nightmare”. Wiadomość od potężnego telepaty o zbliżającej się zagładzie prosto z syberyjskiej tajgi powoduje komunikacyjny paraliż całej planety. Jak zwykle szlachetny Xavier chce ratować autora sygnału, za którym stoi pewnie jakaś umęczoną mutancka duszyczka. Pragmatyczny do bólu Nick Fury wysyła swoich dzielnych amerykańskich chłopców, aby pociągnęli Ruskich do odpowiedzialności. Konflikt interesów murowany i tajna radziecka placówka nuklearna będzie miejscem spotkania Ultimatesów i X-Menów. „Ultimate Secret” traktuje o nowatorskim projekcie lotów kosmicznej w obliczu pewnej „tajnej inwazji”, a pierwsze skrzypce odegrają w niej Fantastyczna Czwórka i drugi zespół Ultimatesów. W „Ultimate Extinction” ziemscy bohaterowie chwytają się wszystkich środków, aby ocalić swoją planetę przed niosącym zgubę Gah-Lak-Tusem, gdy na całej planecie w siłę rosną wyznawcy pewnego kultu o samobójczych skłonnościach. Stawkę uzupełnia dodatek „Ultimate Vision”, będący historią systemu wczesnego ostrzegania przed Galactusem, publikowany w krótkich fragmentach na łamach regularnych serii imprintu Ultimate.

Wielka szkoda, że okładka i tytuł wydania zbiorczego zdradzają, przeciwko komu przyjdzie stanąć ziemskim herosom tym razem, bo Warrenowi Ellisowi bardzo długo udawało się utrzymywać ten sekret w tajemnicy. Ultimate`owe wcielenie Galactusa w niczym nie przypomina swojego żenującego, 616-stkowego oryginału, a scenarzysta świetnie je wykoncypował. Zresztą podobnie jest w przypadku nowych wcieleń wspomnianego Visiona, Kapitana Marvela, Falcona, Carol Denvers, Sentry`ego, Silver Surfera, Misty Knight i kilku innych postaci. Ich Ultimate`owe wersje zrobione są pomysłowo, oryginalnie i mają do odegrania konkretnie role w tej historii.

Scenariusz Warrena Ellisa może spokojnie konkurować z pierwszoligowymi serialowymi czy filmowymi produkcjami science-fiction znanymi z małego, bądź dużego ekranu. „Ultimate Galactus Trilogy” to bardzo dobrze napisana, wielowątkowa opowieść o zbliżającej się zagładzie, której obdarzeni wyjątkowymi możliwościami ludzie muszą stawić czoło. Babole logiczne są w niej ograniczone do minimum, w finale scenarzysta nie wyłożył się z żadnym żałosnym deus ex machina, rozwiązaniem z dupy, historia ma swoje tempo i daje się czytać z przyjemnością. Właściwie wszyscy bohaterowie dostają swoje pięć minut i każdy z nich swoje pojawienie się na scenie świetnie wykorzystuje. W komiksie wszystko trzyma się przysłowiowej kupy, jest napięcie, dramaturgia, szczypta nerdowskiego humoru (prawdziwą perełką jest Thor z „Exctinction” z kwestią „You. Military-industrial-complex drone girl. Bring us Beer!”). Komiks będzie strawny zarówno dla miłośnika trykotów, jak dla czytelnika, który nie przepada za kolorowymi kostiumami, które nota bene zostały ograniczone właściwie do niezbędnego minimum. Jak na uniwersum Ultimate zresztą przystało.

Fajnie, że przy okazji „Ultimate Trilogy” Marvel nie próbował na boku mnożyć dziesiątek niepotrzebnych tie-inów, rozwlekać historii po seriach regularnych. Cała opowieść Warrena Ellisa zamyka się właściwie w tych trzech epizodach i dodatku. Jest to niebagatelna zaleta i służy to spójności samej historii, w czasach, kiedy aby przeczytać jakiegoś crossa, trzeba śledzić dziesiątki tytułów, w których wątki rozmieniono na drobne.

Pod względem oprawy graficznej cała saga stoi na bardzo wysokim poziomie. W „Koszmarze” na wyżyny swoich umiejętności wspiął się Trevor Hairsine, którego styl rozpięty jest gdzieś pomiędzy Stevem Eptingiem a Bryanem Hitchem. „Sekret” na spółę narysowali, jak zwykle znakomity Steve McNiven i niewiele od niego słabszy Tom Raney. W „Wymarciu” Brandon Peterson, którego nie wspominałem zbyt dobrze z polskich „X-Menów”, pokazał jak można korzystać z rastrów w komiksie super-bohaterskim. Wizualnie „Trylogia Galactusa” wypada naprawdę świetnie.

„Ultimate Galactus Trilogy” jest świetną wizytówką dla całego imprintu Ultimate. Doskonale sprawdza się jako linia komiksów, w których reinterpretowano by klasyczne motywy i historyczne przygody z kręgu super-bohaterskiego w nowoczesnym duchu Alana Moore`a. Rzecz jasna pracy Warrena Ellisa, czy dziełom Marka Millara bardzo daleko do poziomu „Strażników” pod każdym względem, ale godne pochwały jest, że najlepsi twórcy z kręgu Ultimate kroczą drogą wyznaczoną przez Moore`a właśnie.

środa, 28 stycznia 2009

#117 - „New Avengers”

Oczywistą oczywistością był zebranie na nowo Mścicieli, którzy rozpadli się w historii „Avengers: Disassembled”. Najnowszym wcieleniem grupy najpotężniejszych ziemskich bohaterów zajął się Brian M. Bendis, który pozwolił sobie skorzystać z przepisu konkurencji. Jego formuła na „Nowych Mścicieli” przypomina koncept DC na JLA, polegający na zebraniu najpopularniejszych, najciekawszych i tych, których najlepiej się pisze w jednym zespole. Trzeba przyznać, że odnowienie i unowocześnienie „Avengersów” Bendisowi wyszło świetnie.

Ze znajdującego się na Manhattanie więzienia dla super-złoczyńców, znanego jako The Raft, na wolność uciekają wszyscy osadzeni. Nowy Jork zostaje zaatakowany przez falę łotrów dysponujących nadnaturalnymi zdolnościami. Na polu bitwy staną uwięzieni w penitencjarnym kompleksie strażnik Hell`s Kitchen Daredevil, agentka S.H.I.E.L.D., Jessika Drew i Luke Cage, bohater do wynajęcie. Na pomoc pospieszą im Kapitan Ameryka z Iron-Manem, wszędobylski Spider-Man oraz tyle tajemniczy, co potężny Sentry. Ten naprędce zebrany zespół oprócz powstrzymania uciekinierów będzie musiał dorwać tego, kto jest za to odpowiedzialny.

„New Avengers” są chyba najbardziej reprezentatywnym przykładem bendisowego stylu pisania komiksów nurtu super-hero. Na kartach flagowego tytułu Marvela da się zauważyć wszystkie zasadnicze chwyty, do których scenarzysta ucieka się w swoich pracach. Po pierwsze – charakterystyczny styl budowania opowieści, oparty na trzech, że tak powiem, filarach – retrospekcjach, retardacjach i prowadzeniu dwóch, czasem trzech wątków równocześnie. Najłatwiej wyjaśnić to na jakimś przykładzie. W „Ronine” podczas infiltrowania posiadłości klanu Yoshida przez tytułowego Ronina, z retrospektywnie przywołanej rozmowy prowadzonej przez Daredevila i Kapitana Amerykę dowiadujemy się co ów zamaskowany heros robi w Japonii i dlaczego się tam wybrał. W „Revolution” autor przerywa akcję podczas pojedynku Mścicieli z armią wojowników Hand dowodzoną przez Elektrę, by cofnąć się dzień wcześniej, do starcia zwolenników i przeciwników rejestracji -to już prawdziwa esencja „bendisowatości”.

Po wtóre – mięsiste i zabawne dialogi. Nikt tak dobrze, jak Bendis nie pisze Pająką, Peter Parker w jego rękach to żywe srebro, a pogaduchy, jakie sobie urządza sobie na boku z Cage`em czy Loganem przyprawią niejednego nerda o spazmatyczny śmiech. Po trzecie i ostatnie – igranie z super-bohaterskimi kliszami, ale tylko na tyle, na ile pozwala mu konwencja. Nie spodziewajcie się w mainstreamowym tytule jakiejś poważnej dekonstrukcji, tylko Bendisa trzymającego ironiczny dystans wobec tego, co tworzy. Scenarzysta ogranicza się raczej do złośliwych podśmiechujek i puszczania oka do czytelnika, świetnie się przy tym bawiąc. Potrafi między pełną patosu rozkładówkę z pozującymi herosami a epickie starcie z super-złoczyńcami wrzucić jakiś śmieszny, ledwie niezauważalny drobiazg. Trudno nie mieć dystansu do komiksu, w którym banda mięśniaków w kostiumach, z których jeden nosi super-zbroję, drugi jest prawie nieśmiertelnym Kanadyjczykiem, a jeszcze inny kostiumu wcale nie nosi i jest zgrywającym cwaniaka czarnuchem z Harlemu w czapce, trafia na Antarktydę, po której biegają sobie dinozaury, dzikuski (prezentujące dopuszczalna dawkę nagości w komiksach dla młodzieży) oraz mutanci, którzy są efektem eksperymentów byłego hitlerowskiego jeńca. No kaman.

Bendis jest scenarzystą cholernie nierównym, obok historii bardzo dobrych trafiają się przeciętne i całkiem słabe. Gdybym silił się na złośliwość, napisałbym to niejako „po czwarte”. Najlepiej wychodzą mu historie, w których zespół się dopiero formuje (premierowe „Breakout” i „Revolution”, czyli chrzest bojowy drugiego składu), trafiają się również średnie (wspomniany „Ronin” i „Sentry”), a z reguły poziom serii spada najniżej, kiedy stają „NA” się aneksem do trwających w uniwersum Marvela crossoverów. Kiepsko wychodzi również lawirowanie między seriami, kiedy w „New Avengers” zbierają się wyjęci spod prawa herosi, nie godzący się na Superhuman Registration Act i walczą z zespołem „Mighty Avengers” grupującym zarejestrowanych bohaterów (historii „Trust”).

Marvel zadbał, żeby przy „New Avengers” pracowali najlepsi rysownicy z ich stajni. Na łamach serii przewijają się zatem prawdzie gwiazdeczki mainstreamowego światka. Na początku szaleje David Finch, który chyba nigdzie nie rysuje tak dobrze, jak w „NA”. Jest Steve McNiven, który jak zwykle ciska na wysokim poziomie i prezentuje styl idealnie trafiający w moje gusta, podobnie zresztą jak Frank Cho. Jim Cheung daje rade, incydentalnie pojawiają się Chaykin, Coipel i Maalev, a chyba przez przypadek wśród takich tuzów zaplątał się Mike Deodato, który na tle innych artystów wypada bardzo blado, choć na kartach „Dark Avengers” pokazuje, że jak chce, to potrafi. Od 27 zeszytu ołówek na dłużej przejmuje Leinil Francis Yu, którego ociekające tuszem rysunki można lubić lub nie, ale klasy odmówić mu nie można.

„New Avengers” jest znakomitą propozycją dla miłośników trykotów, gustujących w pędzącej na złamanie karku akcji, wielkiego rozpierdziu i ceniących sobie jak największą ilość bohaterów na centymetr kwadratowy panelu. Będziecie się klawo bawić.

wtorek, 27 stycznia 2009

#116 - „Old Man Logan”, czyli świat według Millara po raz czwarty

To miał być rok Marka Millara. W 2008 roku, scenarzysta „Wanted” miał w chwale komiksowej epifanii zabłysnąć na obrazkowym firmamencie za Oceanem. Redaktorzy Marvela uwierzyli w jego szczęśliwą gwiazdę i podarowali mu kilka wiodących tytułów i serii, pozostawiając przy tym mnóstwo twórczej swobody. I mieli ku temu swoje powody – po stronie jego niewątpliwych osiągnięć znajduje się mnóstwo pozycji z katalogu Domu Pomysłów. Wielki sukcesem okazało się godne XXI wieku wcielenie „Mścicieli”, czyli „Ultimates”, które po dziś dzień jest najbardziej efektownym i wciągającym komiksem czysto super-bohaterskim, przy którym wszystkie „Inwazje…” i „Kryzysy…” mogą się schować. „Ultimate X-men” to chyba ostatni komiks z mutantami, który da się czytać, „Marvel Knights Spider-Man” to pulpa na solidnym poziomie, a „Civil War” swojemu twórcy wstydu nijak nie przynosi.

Niestety, ostatnie prace Millara były wielkim rozczarowaniem. Dałem mu niewiele mniej szans, niż Joe Quesada i niestety wszystkie zostały zmarnowane. O „1985” pisałem tutaj, jego autorska wizja „Fantastic Four” (o której arcz pisał tutaj) nie porywa, a „Kick-Ass” mogę skwitować co najwyżej wzruszeniem ramion. Tak wyszło, że jego drugi run w trzeciej serii „Wolverine`a” było ostatnią okazją, w której szkocki pisarz mógł się wykazać.

Millar, wraz z Stevenem McNivenem, przejął serię od Jasona Aaarona (nawiasem mówić, to artysta, który jest na najlepszej drodze do wyrobienia sobie podobnej marki, jaką cieszył się sam Millar) w czerwcu 2008 roku. W numerze 66 „Wolverine`a” rozpoczyna się zaplanowana na osiem części historia „Old Man Logan”, w której zostajemy przeniesieni 50 lat w przyszłość. Nie jest to zwyczajna praktyka przy seriach regularnych, dla takich fikołków w alternatywne rzeczywistości z reguły zarezerwowane są mini-serie. Widać, że Millar cieszy się wielki zaufaniem swoich szefów, którzy wierzą mu na słowo, że nie zrobi wielkiego bajzlu w continuity.

W „OML” świat, który został podzielony na prowincje przez sprawujących rządy super-łotrów coraz bardziej pogrąża się w chaosie. Panuje powszechny strach, struktury społeczne uległy zniszczeniu i nie ma w nim już żadnych super-bohaterów, którzy mogliby to wszystko naprawić. Przeżyli nieliczni, w tym Logan, który nie pozwala zwracać się do siebie per Wolverine. Wolverine umarł, a pozostał jedynie stateczny farmer, którego głównym zmartwienie jest los jego ukochanej rodziny. Ale jeszcze jeden ostatni raz zostanie zmuszony do heroicznych czynów. Logan, aby spłacić swoje długi i zapewnić bezpieczny byt swojej familii będzie musiał podjąć się niewdzięcznego zadania, o które poprosi go stary znajomy, były heros i ex-Avenger, obecnie dealer – Hawkeye.

W komiksie aż roi się od tajemnic. Nikt nie wie, co stało się tej nocy, kiedy zginęli wszyscy bohaterowie, niewielu potrafi wyjaśnić tajemnicę znikających miast. Co przewożą Clint Barton i James Howlett przez całe Stany? I co było przyczyną traumy Logana, która nie pozwala mu od tych 50 lat wysunąć swoich pazurów? Te wszystkie pytania czekają w „Wolverinie” na swoje odpowiedzi.

Świat w „Old Man Logan” to sympatyczne wymieszanie klimatów trykociarskich i post-apokaliptycznych. Sama historia to podręcznikowa opowieść drogi, w której Millar idzie po najmniejszej linii oporu, pozwalając żeby fabuła właściwie sama się toczyła. Nasi bohaterowie pokonują kolejne kilometry, rozwiązują kolejne problemy, spotykają kolejnych super-łotrów i zbliżają się do celu swojej podróży. Sukcesywnie poznajemy rozwiązania kolejnych zagadek, ale Millar, tak od 2 zeszytu, zaczyna mnie nudzić i jakoś nie jestem specjalnie ciekawy zakończenia (do finału historii pozostały jeszcze trzy numery). A to bardzo poważny zarzut wobec scenariusza. Żadnych pretensji natomiast nie można mieć wobec oprawy wizualnej, bowiem Steve McNiven, jak zwykle zresztą, stanął na wysokości zadania. Znany z grafiki do „Civil War” czy „Ultimate Secret” artysta odszedł jednak od swojej czystej, wręcz sterylnej maniery i rysuje bardziej w stylu Geoffa Darrowa.

No cóż, nie był to rok Millara. Spotkałem się ze zdaniem, że pilnując filmowych adaptacji swoich prac, scenarzysta był zbyt zajęty wyrabianiem sobie stosunków w Hollywood i błaznowanie przed kamerą, względnie do mikrofonu. I niestety, czytając jego komiksy ma się wrażenie, że ich autor rzeczywiście był myślami gdzieś bardzo daleko, kiedy je pisał. „Nowe” komiksy szkockiego komiksiarza nie dorównują „starym” pod względem kompozycji fabularnej, oryginalności, dopracowania, inwencji, można chyba śmiało powiedzieć, że są zrobione na kolanie. Choć akurat w przypadku autora „Wanted” oznacza to, że są nie tyle słabe, co średnie. „Old Man Logan” mogę polecić tylko hardkorowym fanom Rosomaka i Millara.