"Astonishing X-Men" rozpoczyna się tam, gdzie skończyło się "New X-Men". Joss Whedon przejmuje stery po rewolucji, jaką mutantom urządził Grant Morrison i decyduje się na powrót do korzeni. W modzie znowu są kolorowe trykoty, super-bohaterskie wyczyny, ratowanie świata przed inwazją kosmitów, a w przerwach od tego wszystkiego, w zaciszu szkolnych korytarzy w Westchester rozwijane są relację pomiędzy poszczególnymi członkami grupy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joss Whedon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Joss Whedon. Pokaż wszystkie posty
środa, 6 marca 2019
czwartek, 1 marca 2018
#2392 - MCU 26 - Agents of S.H.I.E.L.D. (sezon 4)
Autorem tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.
Kolejny rok, kolejny sezon "Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D". mógłbym napisać, przywołać ten sam zestaw zarzutów i złośliwości pod adresem ekipy produkującej najdłuższy jak dotychczas serial z Marvel Cinamtic Universe, sklecić z tego notkę i zająć się czymś przyjemniejszym. Mógłbym, ale tego nie zrobię, ponieważ czwarty sezon "Agentów" jest zarazem pierwszym, który oceniam – mimo BARDZO wielu problemów – jednoznacznie na plus.
Etykiety:
adaptacja,
Ameryka,
Jed Whedon,
Jeffrey Bell,
Joss Whedon,
mainstream,
Marvel,
Marvel Cinematic Universe,
Maurissa Tancharoen,
MCU,
nie-komiks,
publicystyka,
super-hero,
występ gościnny
wtorek, 30 stycznia 2018
#2364 - MCU 21 - Agents of S.H.I.E.L.D. (sezon 3)
Autorem tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.
Nie lubię tego serialu – nigdy tego nie ukrywałem. Drażni mnie w nim przede wszystkim fakt, że "Marvel's Agents of S.H.I.E.L.D." to produkt zaprojektowany tak, aby był fajny. By miał one-linery posiadające reprodukcyjny potencjał memetyczny. By miał gagi o takiej strukturze, by bardzo łatwo dało się je ująć w eleganckie ramy tumblrowego gifsetu. By postacie miały między sobą relacje skutkujące jak najgęstszą siecią potencjalnych pairingów eksplorowanych przez setki, jeśli nie tysiące autorek i autorów fanfików.
Etykiety:
adaptacja,
Ameryka,
Jed Whedon,
Jeffrey Bell,
Joss Whedon,
mainstream,
Marvel,
Marvel Cinematic Universe,
Maurissa Tancharoen,
MCU,
nie-komiks,
publicystyka,
super-hero,
występ gościnny
poniedziałek, 23 listopada 2015
#2003 - MCU 14 - Agents of S.H.I.E.L.D (sezon 2)
Autorem tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.
Moją opinię odnośnie pierwszego sezonu serialu "Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D." można zwięźle podsumować słowami dno i metr mułu. Po zakończeniu jego lektury moja motywacja do dalszego oglądania była bliska zeru. Drugi sezon, choć jest już zauważalnie lepszy, wciąż ma swoje problemy, które sprawiają, że nie potrafię z czystym sumieniem napisać, że jest on udany. Tym niemniej - pewien progres jest zauważalny i na dzień dzisiejszy można mieć nadzieję, że serial w końcu wyewoluuje w coś, co będzie się oglądać z prawdziwą przyjemnością.
Etykiety:
adaptacja,
Ameryka,
Jed Whedon,
Joss Whedon,
mainstream,
Marvel,
Marvel Cinematic Universe,
Maurissa Tancharoen,
MCU,
nie-komiks,
publicystyka,
super-hero,
występ gościnny
wtorek, 15 września 2015
#1953 - MCU 13 - Avengers: Age of Ultron
Autorem tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.
"Ten film jest do dupy!" prawie wykrzyczałem w stronę Krzyśka z podcastu MyszMasz, gdy opuszczaliśmy salę kinową po seansie A"vengers: Age of Ultron". I choć od tamtego czasu minęło parę ładnych miesięcy i emocje zdążyły już opaść, moja opinia o najnowszym kinowym dokonaniu Jossa "Nie-Mam-Pomysłu-Na-Fabułę-Więc-Wrzucę-Zabawny-W-Moim-Mniemaniu-One-liner" Whedona pozostaje niezmienna - jest to bardzo słaby film nawet jak na niewygórowane standardy hollywoodzkich blockbusterów. Choć uczciwie muszę zaznaczyć, że "Age of Ultron" jest, mimo wszystko, filmem lepszym od pierwszych "Avengers". Nie, żeby było to jakieś wybitne osiągnięcie. Oczywiście „lepszy” nie oznacza w tym przypadku "dobry".
Etykiety:
adaptacja,
Avengers,
Joss Whedon,
mainstream,
Marvel,
Marvel Cinematic Universe,
MCU,
nie-komiks,
publicystyka,
super-hero,
występ gościnny
środa, 20 maja 2015
#1866 - MCU 10 - Agents of S.H.I.E.L.D (sezon 1)
Autorem tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.
Seriale telewizyjne opatrzone logiem Marvela są - przynajmniej nominalnie - częścią Marvel Cinematic Univers, dlatego też postanowiłem włączyć je do mojego cyklu notek. Na pierwszy ogień idzie pierwszy sezon "Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D." - zdecydowałem się go omówić w tym miejscu, ponieważ jego akcja rozgrywa się pomiędzy "Iron Man 3" i "Captain America: The Winter Soldier". Wbrew dotychczasowej tradycji nie urządziłem sobie powtórnego seansu przed napisaniem tej notki (bo po prostu trwałoby to zbyt długo), a jedynie odświeżyłem sobie pamięć oglądając fragmenty odcinków na YouTube i czytając recapy na TvTropes.
Seriale telewizyjne opatrzone logiem Marvela są - przynajmniej nominalnie - częścią Marvel Cinematic Univers, dlatego też postanowiłem włączyć je do mojego cyklu notek. Na pierwszy ogień idzie pierwszy sezon "Marvel’s Agents of S.H.I.E.L.D." - zdecydowałem się go omówić w tym miejscu, ponieważ jego akcja rozgrywa się pomiędzy "Iron Man 3" i "Captain America: The Winter Soldier". Wbrew dotychczasowej tradycji nie urządziłem sobie powtórnego seansu przed napisaniem tej notki (bo po prostu trwałoby to zbyt długo), a jedynie odświeżyłem sobie pamięć oglądając fragmenty odcinków na YouTube i czytając recapy na TvTropes.
Etykiety:
adaptacja,
Jed Whedon,
Joss Whedon,
mainstream,
Marvel,
Marvel Cinematic Universe,
Maurissa Tancharoen,
MCU,
nie-komiks,
publicystyka,
super-hero,
występ gościnny
poniedziałek, 11 sierpnia 2014
#1703 - MCU 06 - The Avengers
„The Avengers” to film wieńczący Pierwszą Fazę kinowego uniwersum Marvela, finał sezonu zapoczątkowanego pierwszym „Iron Manem”. Widowiskowy projekt uwielbianego przez fanów Jossa Whedona, w którym spotykają się wszyscy dotychczasowi superherosi, którzy wcześniej błyszczęli w swoich solowych produkcjach. Jeden z najbardziej dochodowych obrazów w historii kina. Nienawidzę tego filmu.
wtorek, 11 września 2012
#1130 - Smak tego, co ma nadejść
Nie wiadomo jeszcze, czy i w jakim kształcie na polskim rynku Hachette zaprezentują Wielką Kolekcję Komiksów Marvela, stanowiąca całkiem udany przekrój po najważniejszych, najciekawszych i najbardziej znanych opowieściach Domu Pomysłów. Spośród tych 60 wydanych na rynku brytyjskim tytułów o kilkunastu z nich pisaliśmy już na łamach Kolorowych Zeszytów.
Poniższe zestawienie to niejako przegląd tych pozycji, które może pomóc niezdecydowanym w podjęciu decyzji kupić, czy nie kupić. Poszczególne pozycje pogrupowałem w trzech kręgach. W pierwszym z nich znalazły się pozycje obowiązkowe dla każdego fana trykociarzy, po które śmiało mogą spróbować sięgać również czytelnicy nie gustujący w konwencji super-hero. Choćby po to, by zobaczyć "z czym to się je".
"Astonishing X-Men: Obdarowani" i "Astonishing X-Men: Niebezpieczni" Jossa Whedona i Johna Cassaday`a:
Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Whedon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni".
(recenzja całego runu)
"Marvels" Kurta Busieka i Alexa Rossa: Właściwie jest to komiks przeznaczony dla odbiorcy kochającego pulpę. Nie wiem, czy czytelnik, który w swej młodości nie został zaszczepiony miłością do Spider-Mana czy X-Menów dostrzeże wartość tego utworu, będącego w gruncie rzecz sentymentalną wycieczką do krainy komiksowego dzieciństwa. Dojrzałą, jak najbardziej krytyczną, momentami frapującą, a momentami nieznośnie patetyczną.
(link do recenzji albumu)
"Astonishing X-Men: Obdarowani" i "Astonishing X-Men: Niebezpieczni" Jossa Whedona i Johna Cassaday`a:
Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Whedon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni".
(recenzja całego runu)
"Marvels" Kurta Busieka i Alexa Rossa: Właściwie jest to komiks przeznaczony dla odbiorcy kochającego pulpę. Nie wiem, czy czytelnik, który w swej młodości nie został zaszczepiony miłością do Spider-Mana czy X-Menów dostrzeże wartość tego utworu, będącego w gruncie rzecz sentymentalną wycieczką do krainy komiksowego dzieciństwa. Dojrzałą, jak najbardziej krytyczną, momentami frapującą, a momentami nieznośnie patetyczną.
(link do recenzji albumu)
"Planet Hulk" Grega Paka, Carlo Pagulayana i innych:
Komiks całymi garściami czerpie z schematu fabularnego „Gladiatora”. To opowieść o Zielonej Szramie, o Oku Gniewu, Niszczycielu Światów, o Harkanonie, Haargu, Holku, czyli o naszym ulubionym Hulku, Sałacie Marvela, który trafił do świata ciemiężonego przez Czerwonego Imperatora i ze zwykłego niewolnika staje się bohaterem uciśnionych i ich nadzieją na wyzwolenie.(linka do recenzji albumu)
"Eternals" Neila Gaiaman i Johna Romity Jra:
Zadaniem Gaimana było napisanie historii, która będzie nowym początkiem, przygotowaniem gruntu pod ongoinga (który miał powstać w przypadku sukcesu mini-serii) i zapoznaniem nowych fanów Marvela z tą lekko zapomnianą supergrupą. I wywiązał się z niego znakomicie.(link do recenzji albumu)
"Captain America: The Winter Soldier" Eda Brubaekra i Steve`a Eptinga:
Tak po prawdzie to w „Kapitanie Ameryce” jest bardzo mało trykotów, a sam tytuł mocno ciąży ku opowieściom szpiegowskim w stylu takiego dojrzałego Bonda. Mamy zatem byłych generałów KGB knujących spiski, echa zimnej wojny, sowieckich tajnych super-agentów, neonazistów, latające samochody i znakomite reminiscencje samego Rogersa z II Wojny Światowej.
(linka do recenzji całego runu)
W drugim rzędzie wymieniłbym albumy, które powinny znaleźć się na półce każdego fanboja. To w większości co najmniej dobre pozycje, które moga okazać się nieco zbyt trykociarskie dla czytelnika "spoza".
"New X-Men: W jak Wyniszczenie" i "New X-Men: Imperial" Granta Morrisona, Franka Quitely`ego i innych:
Słowem – Morrison jedzie po bandzie, mnoży swoje dziwactwa w każdym numerze. Przeciętny miłośnik komiksów z charakterystycznym X na okładce będzie czytał „New X-Men” z zapartych tchem, dopóki nie zorientuje się, że cały koncept szkockiego pisarza polega tylko doprowadzenia do groteskowych rozmiarów wytartych przepisów na przygody mutantów.
(link do recenzji całego runu)
"Captain Britain and MI 13: Vampire State" Paula Cornella i innych:Ostatnia, trzecia i zdecydowanie najlepsza opowieść pod tytułem „Vampire State” to kolejna napaść na Zjednoczone Królestwo, któremu tym razem przewodzi hrabia Dracula, pragnący zrobić z Wysp państwo wampirów.
(link do recenzji albumu)
"Tajna Wojna" Briana M. Bendisa i Gabriele Dell`Otto:
Na rynku komiksowym Bendis zabłysnął znakomitymi kryminałami i przyznam, że nie spodziewałem się po nim tak ciekawie pomyślanej (jak na standardy super-hero, oczywiście) opowieści sensacyjnej.
Gęsto podlanej szpiegowskim sosem, z delikatną, geopolityczną nutką.
(link do recenzji albumu)
"Dr. Strange: The Oath" Briana K. Vaughana i Marcosa Martina:
Pewnie, jakbym się uparł, to
znalazłbym w "The Oath" kilka logicznych niedoróbek i typowo,
komiksowych uproszczeń – na czele dłońmi, których potężny Sorcerer
Supreme nie potrafi wyleczyć. Nie widzę jednak powodu, by to robić, bo
Vaughan bierze całą historię w nawias, bawiąc się w kilku miejscach
konwencją superhero, puszczając oczko swojemu czytelnikowi.
(link do recenzji albumu)
(link do recenzji albumu)
"New Avengers: Ucieczka" Briana M. Bendisa i Davida Fincha
(link do recenzji albumu)
"Wolverine: Old Man Logan" Marka Millara i Steve`a McNivena:
I na zakończenie ostatni krąg piekieł, a więc komiksów które mnie zupełnie nie przekonują, choć w sakli uniwersum Marvela są to rzeczy z różnych powodów ważne. Tylko dla maniakalnych kolekcjonerów, którzy chcą mieć wszystko.
"Avengers: Disassembled" Briana M. Bendisa i Davida Fincha:
"Avengers: Disassembled" to kolejna, zwyczajna super-bohaterska rozwałka. Nie mogę powiedzieć, żeby Bendis się przy niej popisał, nie licząc sprawnie napisanych dialogów (choć rażących patosem) i dramatycznych zgonów bohaterów (którzy i tak za jakiś czas powrócą).
(link do recenzji albumu)
"Secret Invasion" Briana M. Bendisa i Leinila Francisa Yu:
Gdybym wyrobił się z tym wcześniej, byłoby pewnie znacznie ostrzej, bo nie ukrywam, że ogromnie mnie ta historia rozczarowała i w dużej mierze zniechęciła do głównego nurtu superhero prezentowanego przez wydawnictwo Quesady. Miało być wyjątkowo, a wyszło jak zwykle i to mimo wspomnianej na początku ilości czasu, jaką miał Bendis na dopieszczenie wszystkiego.(link do recenzji albumu)
"Thor vol.1" J. Micheala Straczynskiego i Oliviera Coipela:Cóż można na zakończenie napisać? Mój pierwszy, dłuższy kontakt z „Thorem” skończył się sporym zawodem. Nic nie wskazuje na to, abym w najbliższym czasie miał się wybrać do komiksowego Asgardu, skoro jest jeszcze tyle znacznie lepszych tytułów z tej samej półki.
(link do recenzji albumu)
"Ród M" Briana M. Bendisa i Oliviera Coipela:
Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.
(link do recenzji albumu)
Patrząc na listę albumów pomieszczonych w kolekcji trzeba oddać tym, którzy zajmowali się selekcją, że udało im się dobrze wyważyć proporcje między klasyką, a tytułami z ostatnich dziesięciu, piętnastu lat. Wyszła im w miarę reprezentatywne zestawienie marvelowskich komiksów z pierwszej linii, choć mnie brakuje kilku tytułów, które mogłyby urozmaicić nieco monotonię tej wyliczanki. Brakuje mi bowiem czegoś zupełnie świeżego ("NYX", "Runaways"), czegoś nieco bardziej artystycznego ("Elektra: Assasin", "Elektra: War & Peace"), lub nieco mniej oczywistego ("Immortal Iron-Fist", "Incredible Hercules", coś z "X-Force").
Etykiety:
Avengers,
Brian M. Bendis,
David Finch,
Ed Brubaker,
Grant Morrison,
Hachette,
John Cassaday,
John Romita Jr.,
Joss Whedon,
lokalne,
mainstream,
Marvel,
Olivier Coipel,
ranking,
super-hero,
X-Men
środa, 30 maja 2012
#1045 - Ta piękna wojna ("Marvel`s Avengers 3D")
Seansowi "Avengersów" powinien towarzyszyć dreszczyk emocji i podniecenia. Co takiego zgotował nam Joss Whedon i spółka? Po latach oczekiwań i miesiącach spekulacji wreszcie dowiemy się wszystkiego. Teraz, zaraz, będziemy wreszcie mogli odetchnąć z ulgą. Koniec ze snuciem teorii i przypuszczeniami na temat rzekomych przeciwników i przebiegu fabuły. Stojąc przed kinem w ciepłe majowe popołudnie, nie czuję jednak podniecenia. Do seansu dzielą mnie ledwie minuty, a ja nie przestępuję nerwowo z nogi na nogę, nie wyrywam się, choć myślałem, że nie będę mógł opanować nerwów. Nagle wszystkie te miesiące, spędzone na oczekiwaniu i analizowaniu zwiastunów i przecieków ze studia, straciły dla mnie znaczenie. Świeci słońce, na niebie nie widać nawet jednej chmurki, a ja zaraz znajdę się w gronie starych znajomych.
Ta historia rozpoczęła się w 2007 roku, gdy w maleńkiej scence na koniec "Iron Mana" Nick Fury obwieścił Tony'emu Starkowi zamiar zebrania największych ziemskich herosów w jednym zespole. Od tego czasu Marvel sukcesywnie rozbudowywał swoje uniwersum. Fury'ego zaś uczynił swoim posłańcem. Jego obecność na ekranie zawsze była swego rodzaju obietnicą - gdy wydawało się, że to już koniec, na scenie zjawiał się szef S.H.I.E.L.D i triumfalnie obwieszczał, że to dopiero początek. I rzeczywiście, "Avengers" otwierają zupełnie nowy rozdział w historii Marvel Studios. Spełnił się sen Kevina Feiga i filmowe uniwersum Marvela stoi na solidnych fundamentach i czeka na przyjęcie kolejnych bohaterów z kart komiksów. Spełnił się sen fanów, bo dostali film o jakim marzyli - "Avengersi" to w dorobku Marvela prawdziwa perła, creme de la creme.
Po wygnaniu z Asgardu Loki postanawia zaatakować Ziemię i tym samym upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – ogłosić się królem i utrzeć nosa swojemu zarozumiałemu braciszkowi, który Ziemię darzy szczególnym uczuciem. Aby osiągnąć swój cel potrzebuje Tesseraktu, który jest w rękach Nicka Fury'ego. Bez kłopotu kradnie go i rozpoczyna przygotowania do inwazji na Ziemię. Fury w obliczu zagrożenia wraca do pomysłu stworzenia oddziału Mścicieli. Ten pomysł nie spotyka się z entuzjazmem ze strony zainteresowanych. Zdaje się niemożliwe, aby pogodzić ze sobą tak różne indywidualności, które na dodatek zbytnio za sobą nie przepadają - Stark jest egocentrykiem, Rogers jest zbyt dumny, Thor wyniosły. Każdy z herosów nosi w sobie jakaś skazę, która go określa. Na wojnie jednak wszyscy są równi i aby przeżyć muszą ze sobą współpracować.
Nie jesteśmy żołnierzami! - wykrzykuje cywil nad cywilami Tony Stark w twarz żołnierza idealnego - Steve'a Rogersa. Ma rację, ale czas ku takim wyznaniom nie jest odpowiedni – oto Ziemia stoi w obliczu międzygalaktycznej wojny. Część członków drużyny będzie musiało się oswoić z wojaczką, dla innych nie będzie to nic nowego. Prym w walce wiodą Kapitan Ameryka i Thor; wojna to ich żywioł. Czarna Wdowa i Hawkeye nie ustępują im na tym polu. Tylko Stark i Banner odstają od reszty. Problemem Starka jest rozbuchane ego – nie potrafi podporządkować się jak inni. Banner z kolei nie może pogodzić się z brzemieniem, które nosi. Rufallo udało się to, czego nie osiągnęli Norton i Bana - stworzył wiarygodny portret człowieka targanego wątpliwościami, udręczonego odpowiedzialnością, która na nim ciąży. Banner jest nieco safandułowaty i sprawia wrażenie nieszkodliwego, ale po błysku w oku można poznać, że doskonale wie, jaką siłą dysponuje. Jestem zawsze zły – rzuca do Kapitana Ameryki i wiemy, że nie są to czcze przechwałki. To człowiek, który naprawdę potrafi trzymać nerwy na wodzy, ale kiedy ktoś wyprowadzi go z równowagi, lepiej brać nogi za pas. Gdy zmienia się w Hulka staje się chodzącym kataklizmem. Po raz pierwszy możemy czuć potęgę zielonego giganta: od początku mówi się o nim ze strachem, ale dopiero, gdy jednym uderzeniem pośle na łopatki ogromnego kosmicznego czerwia, wiemy, że naprawdę należy się go bać. Ale nawet on w obliczu zagłady spuści z tonu i stanie w jednym szeregu z innymi.
Wojna zdaje się być czymś wyjątkowym, nawet Thor, który miał nabrać dystansu do wojaczki, w ferworze walki szczerzy zęby w uśmiechu. Whedon daleki jest jednak od jej mitologizowania. Wojna, nawet tak kolorowa i bajkowa jak ta, jest czymś koszmarnym i nieludzkim.W finale oglądamy ludzi opłakujących swoich bliskich; Clint zaraz po przebudzeniu pyta, ilu ludzi zabił, przewinienia Lokiego liczy się w ofiarach. I choć obraz żałobników zostaje wyparty przez obraz wiwatującego tłumu, to Whedon nie zapomina o ofiarach. Zwycięstwo? Owszem, ale wszystko ma swoją cenę.
Wojna u Whedona kończy się triumfem bohaterów. Na koniec rozjeżdżają się, każdy w swoją stronę, ale gdy nadejdzie taka konieczność, ponownie połączą siły. Siła Mścicieli leży w jedności, ale czy jednostka okaże się na tyle silna, aby przetrwać? Innymi słowy, jak zakończy się krucjata Bruce'a Wayne'a w "The Dark Knight Rises"? Nie tylko bohaterowie Marvela wyruszą tego lata na wojnę. Jedno jest pewne, tym razem nie będzie tak miło. Cieszmy się więc słońcem póki możemy.
Etykiety:
adaptacja,
Ameryka,
Avengers,
Joss Whedon,
lokalne,
mainstream,
Marvel,
nie-komiks,
super-hero
czwartek, 25 listopada 2010
#624 - Zmutowane czwartki (2): Astonishing X-Men
Joss Wheadon przejmuje X-Menów po małej rewolucji, jaką urządził im Grant Morrison i wraca do korzeni. Na topie znowu są kolorowe trykoty, super-bohaterskie wyczyny, ratowanie świata przed inwazją kosmitów, a w przerwach zwyczajnie utarczki z super-łotrami. Scenarzysta "Buffy" bardzo wyraźnie nawiązuje do najlepszego okresu Chrisa Claremonta, puszczając oczko czytelnikom "Dark Phoenix Sagi" (Kitty w roli "It's payback time" Wolverine'a z kanałów), pisząc historię o podobnym, kosmicznym rozmachu, nawiązując do najlepszego dla tego typu opowieści schematu. Od pierwszego trejda, aż do wybuchowego finału będzie przewijał się wątek Breakworldu, przetykany licznymi, pomniejszymi przygodami.
W porównaniu z nieco przegiętym (i nie do końca dopracowanym) "New X-Men" Morrisona czy zbyt uproszczonymi (i obdartymi z tradycji) "Ultimate X-Men" Millara, Wheadon wie, co jest esencją komiksów o mutantach z super-mocami, strzelającymi promieniami z różnych części ciała. Uszczuplając drużynę, skupia się na małej grupce najbardziej interesujących postaci. Świetnie prowadzi konflikt między wspomnianą Shadowcat, a Emmą Frost, pod jego piórem Cyclops wreszcie stał się przywódcą grupy z jajami, a nie płaskim harcerzykiem. Związkom w reszcie ekipy (Beast, Collossus, weteran Logan i nieopierzona Armor) nadają nową dynamikę. Papierowe zwykle postacie pod piórem Whaedona nabierają sporo charakteru i "mięsa". Autor z respektem wraca do szacownych murów Instytutu Xaviera, które przetrwały tylu super-łotrów, co scenarzystów, którzy, podobnie jak mutanci nie wierzący w pokojową koegzystencję z ludźmi, zostawili często tylko zgliszcza i ruiny. Dla wielu fanów x-serii "Astonishing X-Men" będzie komiksem, na który z wytęsknieniem czekali od wielu, długich lat, ale dla innych może okazać się jedynie kolejną, przeciętną rajtuzową nawalanką, może nieco lepiej narysowaną i sprawnie napisaną.
"AXM" jest klasycznym komiksem super-hero, w którym nie może braknąć klasycznych elementów sztandarowego x-komiksu. Będzie zatem spektakularny powrót poległego w boju herosa i ostateczne poświęcenie w dramatycznym finale, wątek nietolerancji ludzi wobec mutantów zostanie ponownie podniesiony, nie obejdzie się bez wielkiej rządowej intrygi i licznych gościnnych występów. Wszystko to już było dziesiątki razy, ale Wheadon na każdy z tych elementów ma jakiś pomysł, dzięki czemu fabuła ma przysłowiowe ręce i nogi. A podczas nieuniknionych scen okładania się promieniami z dupy, scenarzysta potrafi nieco rozluźnić atmosferę, zażartować z konwencji i mrugnąć okiem do czytelnika.

Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Wheadon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni". Wydaje się zresztą, że trzy pierwsze trejdy to tylko przygrywka przed znakomitym finałem w "Niepowstrzymanych", rozgrywanym na Breakworldzie. Także nowi przeciwnicy (Danger i Ord) i niekoniecznie sojusznicy (fantastyczna agentka Abigail Brand i organizacja S.W.O.R.D.) znakomicie wkomponowali się w mutancką mitologię.
Nie można również przejść obojętnie wobec oprawy graficznej. Zdobywca nagrody Eisnera w 2006 roku, John Cassaday jest jednym z moich ulubionych mainstramowych rysowników. Jego styl jest prosty, pozbawiony niepotrzebnych ozdobników i detali, a przy tym bardzo realistyczny – stanowi w pewnym sensie anty-tezę kreski Jima Lee. Kobiety wreszcie wyglądają, jak kobiety (choć nieco gorzej rysownik radzi sobie z ich twarzami), a mężczyźni nie składają się wyłącznie z mięśni. Cassaday świetnie, w iście filmowy sposób prowadzi narrację – jego kadry są zdekompresowane, dynamiczne, a dzięki nim komiks "oddycha" i znakomicie się go czyta. No i te smakowite okładki!
Cóż więcej mogę dodać w ostatnim akapicie tego tekstu? Setnie się ubawiłem przy trzecim woluminie "Astonishing X-Men" autorstwa Jossa Wheadona i Johna Cassadaya. Przyznam, że czytając pierwsze tomy nie byłem zachwycony, ale kiedy po lekturze "Niepowstrzymanych" wracałem do pierwszych trejdów, w pełni doceniłem "Zadziwiających". Teraz przymierzam się do kontynuacji, do której Marvel zatrudnił samego Warrena Ellisa i Simona Bianchiego, która podobna tak dobra, jak jej poprzednik może nie jest, ale trzyma solidny poziom, wśród większości miernych x-serii.
Nie można również przejść obojętnie wobec oprawy graficznej. Zdobywca nagrody Eisnera w 2006 roku, John Cassaday jest jednym z moich ulubionych mainstramowych rysowników. Jego styl jest prosty, pozbawiony niepotrzebnych ozdobników i detali, a przy tym bardzo realistyczny – stanowi w pewnym sensie anty-tezę kreski Jima Lee. Kobiety wreszcie wyglądają, jak kobiety (choć nieco gorzej rysownik radzi sobie z ich twarzami), a mężczyźni nie składają się wyłącznie z mięśni. Cassaday świetnie, w iście filmowy sposób prowadzi narrację – jego kadry są zdekompresowane, dynamiczne, a dzięki nim komiks "oddycha" i znakomicie się go czyta. No i te smakowite okładki!
Cóż więcej mogę dodać w ostatnim akapicie tego tekstu? Setnie się ubawiłem przy trzecim woluminie "Astonishing X-Men" autorstwa Jossa Wheadona i Johna Cassadaya. Przyznam, że czytając pierwsze tomy nie byłem zachwycony, ale kiedy po lekturze "Niepowstrzymanych" wracałem do pierwszych trejdów, w pełni doceniłem "Zadziwiających". Teraz przymierzam się do kontynuacji, do której Marvel zatrudnił samego Warrena Ellisa i Simona Bianchiego, która podobna tak dobra, jak jej poprzednik może nie jest, ale trzyma solidny poziom, wśród większości miernych x-serii.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)






.jpg)




