Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurt Busiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kurt Busiek. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 lipca 2014

#1644 - Astro City

Zawsze lubiłem antologie. Co prawda dzisiaj opisywany komiks nie jest podręcznikowym przykładem takiej formy, lecz sam jej twórca tak właśnie określa swój cykl. Tytuł ten pojawił się na sklepowych półkach w 1995 roku, a w trakcie swojego istnienia przewinął się przez tyle różnych wydawców, że czytelnikowi nieraz ciężko było nadążyć. Image Comics, Homage Studios, WildStorm Signature Series, WildStorm, Vertigo. Który cykl przebył taką drogę? Mowa o "Astro City" Kurta Busieka.


sobota, 6 lipca 2013

#1322 - Superdycha (edycja amerykańska)

Przy próbie zestawienia dziesięciu najlepszych komiksowych opowieści z Supermanem w roli głównej problemem jest olbrzymia ilość pozycji do wzięcia pod uwagę. Od 1938 roku Kal El wystąpił w niezliczonej ilości serii, albumów i zeszytów – praktycznie niemożliwe jest, abym zapoznał się choćby z jakąś częścią tego gigantycznego dorobku, szczególnie, że nie wszystko jest dostępne.

Tak naprawdę przygotowując tę listę ograniczyłem się do lektur współczesnych. Datą graniczną mojego zainteresowania było pojawienie się nowej wersji Człowieka ze Stali w wersji Johna Byrne`a. Sięgam więc niecałe trzydzieści lat wstecz, choć od tej reguły czynię pewien wyjątek. Superdycha w swojej amerykańskiej wersji dotyczy praktycznie tylko Supermana Brązowego Wieku i dalej – nie mam ani możliwości, ani kompetencji, by sporządzić podobne zestawienie dotyczące Złotej i Srebrnej Ery.

Drugie zastrzeżenie, które chciałbym na wstępie uczynić – brałem pod uwagę tylko te historie, w których Superman pełni tytułową rolę (a więc regularne serie z jego udziałem, mini-serie i powieści graficzne), a ich objętość wystarcza, aby zapełnić (przynajmniej jedno!) wydanie zbiorcze. Oczywiście, także od tych reguł czynię pewne wyjątki. Arbitralną decyzją zdecydowałem się brać pod uwagę "It`s a Bird" Christiansena i Seagle`a czy "Lex Luthor: Man of Steel" Azzarello i Bermejo, a odpuścić sobie "Kingdom Come" Waida i Rossa (które znalazłoby się w czubie wczorajszego podsumowania) czy "Superman Beyond", będące tie-inem do "Final Crisis". Niektóre pozycje z wyróżnionych przeze mnie są również zbyt krótkie, aby samodzielnie zmieścić się w albumie. Gimnastykowałem się, jak tylko mogłem, aby wyróżnić najlepsze pozycje z udziałem wielkiego eSa. Zgadzacie się z moimi wyborami?

10) "Superman: Peace on Earth" (Alex Ross i Paul Dini, powieść graficzna, 1998)

Ten album został wydany w cyklu "The World's Greatest Super-Heroes", w którym Paul Dini i Alex Ross mierzą się z dziedzictwem największych bohaterów DC Comics. W "Peace on Earth" Superman nie tylko musi zmierzyć się z problemem głodu na świecie, ale również zdefiniować swoją rolę na Ziemie – czy ma stać się zbawcą ludzkości czy może wzorem, którego postępowanie stanie się przykładem dla innych? Dini unika jak tylko może taniego moralizowania i nadmiernej dydaktyki i choć wychodzi mu to z różnych skutkiem, warto docenić ten komiks. Komiks ucieszy z pewnością miłośników pięknie wydanych albumów – powiększony format, slip-case i cieszące oko fotorealistyczne rysunki Alexa Rossa sprawią, że "Pokój na Ziemi" będzie ozdobą każdej kolekcji. Dziwię się, że Egmont nie próbuje publikować tej serii na polskim rynku w "ekskluzywnym" formacie.

09) "Secret Identity" (Kurt Busiek i Stuart Immonen, mini-seria, 2004)

W świecie "Secret Identity" Superman jest tylko postacią z komiksów, a mieszkający w Kansas Clark Kent z wiadomych przyczyn nie jest zadowolony z żartu, jaki wycięli mu rodzice na chrzcie. Ale opowieść Kurta Busieka o Supermanie bez Supermana, którego znamy z kart komiksów, daje doskonały ogląd tego, kim jest przybysz z planety Krypton. W końcu Clark otrzyma moce porównywalne z tymi, które posiada "komiksowy" Człowiek ze Stali, ale w "rzeczywistym świecie" jego historia potoczy się nieco inaczej... Czytelnik śledzi losy Clarka od jego narodzin, przez spotkanie z dziewczyną imieniem Lois, miłosne perypetie i moralne rozterki, aż do późnej starości.


08) "Superman and the Legion of Super-Heroes" (Geoff Johns i Gary Frank, „Action Comics” #858-863, 2007-08)

W 2006 roku Geoff Johns wraz z Kurtem Busiekiem i Richardem Donnerem, reżyserem filmowego "Supermana", przywrócili blask Srebrnej Ery Człowiekowi ze Stali. Johns na stołku scenarzysty "Action Comics" utrzymał się najdłużej, a jego reinterpretacje klasycznych motywów mitologii wielkiego eSa należą do najlepszych rzeczy, jaki przytrafiły się temu bohaterowi i DC Comics w ostatnich latach. W trejdzie „Superman and the Legion of Super-Heroes” wraca koncept przed-kryzysowego Legionu Superbohaterów. Johns, znajdujący się w lepszej formie niż w większości pisanych przez siebie "Green Lanternów", jest gwarantem superbohaterskiego mainstreamu najwyższej klasy. A do tego znakomite rysunki Gary`ego Franka – czego chcieć więcej?

07) "What’s So Funny About Truth, Justice, and the American Way?" (Joe Kelly, Doug Mahnke, Lee Bermejo, „Action Comics” #775, 2001)

Joe Kelly nie tylko zmusza ostatniego syna planety Krypton do zmierzenia się z grupą superłotrów zwaną Elite, ale każe mu również zastanowić się nad sensownością działań, jakie podejmuje. Czy hasła prawdy, sprawiedliwości i amerykańskiego stylu życia na początku XXI wieku pasują jeszcze do nowoczesnego, postindustrialnego społeczeństwa? Czy Superman z wartościami, jakie reprezentuje jest jeszcze komukolwiek potrzebny? Oprócz prób odpowiedzi na te pytania Kelly polemizuje również z nowy modelem wyzutego z moralności bohaterstwa, które można oglądać w produkcjach Wildstorm, takich jak "Authority". "What's So Funny About Truth, Justice & the American Way?" stało się jednym z największych hitów rynku w 2001 roku – między innymi magazyn "Wizard" nazwał je najlepszym komiksem z Supermanem w historii (co było opinią mocno na wyrost). Jubileuszowy, 775. numer "AC" stał się również kanwą animowanego filmu "Superman vs. Elite" z 2012 roku.

06) "Lex Luthor: Man Of Steel" (Brian Azzarello i Lee Bermejo, mini-seria, 2005)

Lex Luthor zasłużył sobie na miano największego z wrogów Supermana, stając się jednocześnie niezwykle interesującą postacią. Przed „Jokerem” duet Brian Azzarello i Lee Bermejo biorą na warsztat właściciela Lexcorpu. Co nim tak naprawdę kieruje? W jaki sposób postrzega Człowieka ze Stali? Dlaczego nie ufa przybyszowi z obcej planety, który próbuje "ocalić" ludzkość? Frapująca, napisana z nerwem, opowieść o tym złym, brawurowo zilustrowana przez Bermejo. Najlepszy komiks, w którym Superman odgrywa zaledwie drugoplanową rolę.
05) "Brainiac" (Geoff Johns, Gary Frank, „Action Comics” #866-870, 2008)

I druga pozycja z runu Geoff Johnsa w "Action Comics", w której Kryptonijczyk stanowi jedynie tło dla frapującej kreacji Brainiaca. Z nieco cyrkowego, kosmicznego villaina Vril Dox stał się przerażającą beznamiętną siłą. Oprócz tego, że w tej historii retconowane zostają kolejne elementy dziedzictwa Srebrnej Ery (zabutelkowane miasto Kandor, pewne elementy biografii Jonathana Kenta), to "Brainiac" jest po prostu świetną historią. Pełną efektownej akcji i nie stroniącą o chwytającego za gardło dramatyzmu. Johns i Frank w wybornej formie. W DC właśnie pracują nad animowaną adaptacją tego albumu, która ma być gotowa jeszcze w tym roku.

04) "Birthright" (Mark Waid, Leinil Francis Yu, mini-seria, 2003-04)

W 2002 roku Mark Waid stanął przed zadaniem opowiedzenia o genezie Supermana w sposób godny XXI wieku. Z postawionego zadania wywiązał się znakomicie pisząc historię, która z jednej strony była bardzo przystępna dla nowych czytelników, oswojonych z Człowiekiem ze Stali znanym z serialu "Smalville", a z drugiej - fani zostali dopieszczeni retconem pewnych elementów Srebrnej Ery, które zostały usunięte przez Johna Byrne`a. I choć "Birtright" w chwili obecnej uchodzi za niekanoniczny origin, wciąż pozostaje świetnym komiksem, który doskonale uchwycił to, co w postaci Człowieka ze Stali najistotniejsze. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że Zack Snyder pracując nad swoją ekranizacją garściami czerpał z pracy Waida (za co ten nie dostał ani grosza, nawiasem mówiąc).

03) "Red Son" (Mark Millar, Dave Johnson, Killian Plunkett, mini-seria, 2003)

"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!" Nie, to nie jest żart, to wyimek z najlepszego elseworlda z udziałem Kal Ela, który odpowiada na pytanie co by było, gdyby wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Mark Millar stworzył epicką historię o tym, jak wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Superman gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma, a Dave Johnson i Killian Plunkett świetnie ją narysowali.


02) "It`s a Bird" (Teddy Christiansen i Steven T. Seagle, powieść graficzna,  2004)

Znowu nietypowo. "It`s a Bird" to autobiograficzna powieść graficzna Stevena T. Seagle`a, który opowiada o tym, jak artysta otrzymał komiksowe zlecenie na stworzenie komiksu z Supermanem. Dla każdego twórcy, który zajmuje się kadrami i dymkami to wielkie wyzwanie, ale dla głównego bohatera komiksu to również punkt wyjścia nad refleksją o wszechobecności śmierć i w jego rodzinie, którą ucieleśnia Pląsawica Huntingtona. Opowieść o ewolucji znaczeniu Człowieka ze Stali (a pośrednio - także samego komiksowego medium), jego roli we współczesnym społeczeństwie, potędze, sprawiedliwości, alienacji, cierpieniu i uciekaniu zostala fantastycznie zilustrowana przez Teddy`ego Kristiansena. Artysta za swoją pracę otrzymał Nagrodę Eisnera w 2005 roku w kategorii Best Painter/Multimedia Artist.


01) "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" (Alan Moore, Julius Schwartz, Curt Swan, George Pérez, "Superman" #423 i "Action Comics" #583, 1986)
"For the Man Who Has Everything" (Alana Moore i Dave Gibbons, "Superman Annual" #11, 1985)

Na szczycie listy – Alan Moore w dwóch wcieleniach. Nie wiedziałem, którą historii napisanych przez autora „Zagubionych Dziewcząt” i „V jak Vendetta” umieścić na miejscu pierwszym, więc postanowiłem razem pomieścić je na najwyższym stopniu podium. "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" została pomyślana, jako ostatnia historia w dziejach Człowieka ze Stali Srebrnej Ery, który wkrótce miał zostać odnowiony przez Johna Byrne`a. Moore pisząc świadomie kiczowatą, choć nie pozbawioną dramaturgii, opowieść o odchodzącym w ostatnich promieniach słońca herosie. Piękny, słodko-gorzki hołd oddany Człowiekowi Jutra, kultowy niemniej od "Zabójczego żartu". Podobnie zresztą, rzecz ma się w przypadku "For the Man Who Has Everything" opowieści, którą Moore stworzył wraz z Dave`m Gibbonsem. Pomysł dość banalny w swojej prostocie – wprowadzić villaina, który spełni najskrytsze marzenie Supermana – szybko okazał się okazją do przyjrzenia się problemowi odpowiedzialności, jaka ciąży (dosłownie) na największym z komiksowych superbohaterów.

piątek, 25 maja 2012

#1041 - Najlepsze z Avengers

Po seansie whedonowych "Avengers" wyszliście z kina. Podobało Wam się. Tak bardzo, że zastanawiacie się po jakie komiksy z Mścicielami można by sięgnąć. Dzięki sieci dostęp do historyjek obrazkowych jest właściwie nieograniczony - komiksy o Avengers można ściągać bezpośrednio zza Oceanu lub kanału La Manche, kupować z drugiej ręki lub od rodzimych importerów. Kilka albumów zostało też wydanych po polsku. No dobrze - tylko co wybrać? Na co w tym zalewie warto wydać ciężko zarobione pieniądze? Mam nadzieję, że poniższy ranking będzie choć trochę pomocna.

Lista ta jest wynikiem kompromisu pomiędzy tym, co uchodzi za kanoniczne wśród marvelowskich fanbojów, a opowieściami, które mogą trafić w gusta czytelników zielonych w temacie. Z drugiej strony trudno mówić, że jest to wyliczanka w stylu "best of", skoro na liście brakuje choćby "Avengers Forever" czy "The Fall of Hank Pym". Znakomita mini-seria Kurta Busieka i Carlosa Pacheco oprócz tego, że jest świetną historią, porządkuje poplątane marvelowe continuity i bez kilku handbooków lub chociaż gruntownej znajomości dziejów Avengers jej lektura może okazać się ciężkostrawna. Natomiast historia z Ant-Manem, w której bohater przeżywa kryzys tożsamości i pojawia się słynna scena z uderzeniem Wasp nie brałem pod uwagę, bo nigdy nie zestała zebrana w trejdzie (jako takim).

Jeśli idzie o oznaczenia w rankingu - w sumie on-going "Avengers" miał cztery wcielenia. Pierwsza, klasyczna seria wydawana było nieprzerwanie od 1963 do 1996 (na liście oznaczono ją jako vol. 1). W ramach eventu "Heroes Reborn" Mściciele po heroicznej (nomen omen) śmierci z rąk Onslaguhta przeżywali przygody w kieszonkowym uniwersum stworzonym przez Franklina Richardsa (vol.2). W lutym 1998 roku wszystko wróciło do normy, kiedy za sprawą Kurta Busieka i George`a Pereza pojawiła się trzecia inkarnacja serii, a jej bohaterowie wrócili na Ziemię-616. Ten on-going został zamknięty w styczniu 2005 wraz z numerem #503 (zbierającym numerację wszystkich serii) i zastąpiony przez "New Avengers" Briana M. Bendisa. Wreszcie, w 2010 Bendis wskrzesił klasyczny tytuł, który będzie z kolei oznaczam jako vol. 4.

I kończąc ten przydługi wstęp - mam nadzieję, że ten tekst da początek całej serii rankingów podobnej maści publikowanych regularnie w każdy piątek. Jeśli chcielibyście, żeby tak się stało, podawajcie w komentarzach propozycje ewentualnych tematów.

10) "Avengers: Disassembled" ("Avengers" vol.3 #500-503 i "Avengers Finale", 2005) - Brian M. Bendis (scenariusz) i David Finch (rysunki).
Album, który wyznaczył początek nowej ery nie tylko w świecie Mścicieli, ale również w całym uniwersum Marvela. Z autora znakomitych niezależnych powieści graficznych i kilku mniejszych projektów mainstreamowych Brian M. Bendis stał się w Marvelu kimś więcej, niż tylko kolejnym scenarzystą. Przez ponad dekadę kształtował wydarzenia na Ziemi-616 według swoje uznania, a jego oczkiem w głowie byli właśnie Avengers. Bez Bendisa Mściciele nie staliby się wiodącą marką Domu Pomysłów. "Disassembled" to typowa historia zmieniająca status quo - trup ściele się gęsto, drużyna musi zmierzyć się z wielkim kryzysem, tajemnica goni tajemnica, słowem - kładzione są fundamenty pod to, co ma nastąpić w przyszłości. Album, wydany na polskim rynku przez Muchę, stanowi idealny wstęp dla tych, którzy chcieliby śledzći współczesne przygody Avengers.

09) "New Avengers: Ucieczka" ("New Avengers" vol1 #1-6, 2006) - Brian M. Bendis (scenarius) i David Finch (rysunki).
Przyznam, że w porównaniu z klasycznymi opowieściami nowe rzeczy, czyli choćby "New Avengers" wypadają dość blado. Co wcale jednak nie oznacza, że flagowa seria Domu Pomysłów (przynajmniej swego czasu), w której do składu Mścicieli dołączają między innymi Sentry, Luke Cage, Wolverine i Spider-Man jest zła. Wręcz przeciwnie - z początku trzyma bardzo solidny poziom, aby w okolicach tomu szóstego i siódmego osiągnąć swoje apogeum. Później nie jest już tak dobrze, ale sami przekonacie się, gdy Mucha dojdzie do tych albumów. Po serię dostępną na polskim rynku warto sięgnąć również z tego powodu, że jest rysowana przez właściwie najlepszych artystów w Marvelu i pod względem graficznym prezentuje się więcej niż dobrze. "NA" jest również reader-friendly, na tyle, na ile zaangażowanie w eventy pozwala mu być pozycją przystępną dla przeciętnego czytelnika.

08) "Avengers/JLA" (mini-seria, 2004) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
Już w 1979 roku Marvel i DC zgodzili się na stworzenie komiksu, na łamach którego doszłoby do spotkania dwóch największych zespołów obu wydawnictw - JLA i Avengers. Fabuła miała być oparta na skrypcie Gerry`ego Conway`a zrealizowanym przez Roya Thomasa z rysunkami George`a Pereza. Niestety, do wydania tego komiksu nigdy nie doszło - w 1983 roku z powodu niezgody red-nacza Marvela, Jima Shootera. Temat powrócił w nowym wieku, w 2002 roku, Kurt Busiek (scenarzysta on-goinga "Avengers") i Mark Waid ("JLA") doszli do porozumienia jak taka historia ma wyglądać i wielkie spotkanie na szczycie wreszcie mogło się wydarzyć (choć Waid związany ekskluzywny kontraktem z CrossGenem nie mógł się w nie zaangażować). Skończyło się epickiem nerdgasmem, bo w komiksie było wszystko, co ucieszyło komiksowym fanów z Supermanem z młotem Thora i tarczą Kapitana Ameryki na czele.

07) "Under Siege" ("Avengers" vol.1 #270-277, 1987) - Roger Stern (scenariusz), John Buscema (rysunki).
Masters of Evil, będący przypadkową zbieranina podrzędnych superłotrów, przez lata byli pokonywani i upokarzani przez Avengers. Baron Zemo ma tego dość i przygotowuje sprytny atak na Avengers Mansion, posiadłość drużyny w sercu Nowego Jorku. Jego prosty plan uderzenia w herosów, kiedy najmniej się tego spodziewają kończy się oczywiście wielką bijatyka, która nie jest jednak pozbawiona pewnej dawki dramatyzmu. Masters niemal zabijają Herculesa, heroicznie broniącego swojego domu przed najeźdźcami, mocno ranią Jarvisa, kamerdynera Avengers. Oczywiście ostatecznie Mściciele odzyskują swoje domostwo, ale jak nigdy ich zwycięstwo zabarwione zostaje goryczą. Fabularnie rzecz nie odbiega do schematu, choć jest kilka scen, które mogą uchodzić za kultowe, a Stern bardzo ciekawie uchwycił postacie villainów. Rysunki natomiast są prawdziwym popisem Johna Buscemy. Jeśli kochacie komiksowe eighties to nad dynamiczną krechą Buscemy będziecie cmokać, jak ja cmokałem.

06) "The Korvac Saga" ("Avengers" vol.1 #167-168, #170-177, 1978) - Jim Shooter, David Michelinie, Bill Mantlo (scenariusz) i George Perez, David Wenzel (rysunki).
Kolejny klasyk na liście, który w porównaniu do "Under Siege" jest jeszcze bardziej oldschoolowy i jeszcze bardziej epicki. Tym razem Mściciele muszą pokonać dysponującego niemal boskimi mocami Micheala Korvaka, przybywaącjego z dalekiej przyszłości, ściganego przez Guardians of the Galaxy. Oprócz rozwałki na skalę kosmiczną, Jim Shooter, twórca wielu klasycznych storyline`ów, takich jak "Bride of Ultron" czy "Nefaria Trilogy", pozwolił sobie na wycieczkę w bardziej refleksyjnym kierunku, zadając pytania o istotę człowieczeństwa. To kolejna, i nie ostatnia przygoda Avengers z motywem podróży w czasie i kolejna, która cieszy oko kunsztem Pereza. Warto również dodać, że na potrzeby trade`a z 1991 roku Mark Gruenwald napisał, a Tom Morgan narysował nowy epilog, który jednak został usunięty przez Tom Brevoorta w nowym wydaniu komiksu z 2003 roku.

05) "The Kree/Skrull War" ("Avengers" vol.1 #89-97, 1972) - Roy Thomas (scenariusz) i Sal Buscema, Neal Adams i John Buscema (rysunki).
By może to właśnie kosmiczna wojna pomiędzy zmiennokształtnymi Skrullami, a wojowniczymi Kree był pierwszym, komiksowym eventem na wielką skalę. Na pewno była jedną z najwspanialszych opowieści z Avengers i jest jednocześnie najstarszym albumem na mojej liście. W międzygalaktyczny konflikt pomiędzy zwaśnionymi imperiami zostają wplątana ziemia i tylko Mściciele z oryginalnym Kapitanem Marvelem mogą ocalić naszą planetę. Dziś, ten komiks sprzed 40 lat wydaje się nieco archaiczny, ale wciąż robi wrażenie swoim rozmachem, a oprócz tego wprowadza jeden z najważniejszych wątków w dziejach Avengers - romans Scarlet Witch i Visiona. Przez krytyków "The Kree/Skrull War" uchodzi za najwybitniejsze dzieło autorskiej spółki Thomas-Adams, w którym oprócz dynamiczniej akcji nie brakuje społecznego komentarza do politycznej sytuacji Stanów na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

04) "Ultron Unlimited" ("Avengers" vol.3 #19-23, 2001) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
I kolejna perełka tandemu Busiek-Perez, w której pierwszy skrzypce gra Ultron. Stworzony przez Hanka Pyma android, który zamiast służyć swemu "ojcu" postanowił przejąć władzę/zniszczyć ludzkość. Teza, że Ultron jest największym wrogiem Avengers jest bardzo popularna i choć można z nią polemizować, to "Ultron Unlimited" jest bez najmniejszych wątpliwości najlepszą historią z jego udziałem. Oprócz, jak to zwykle bywa, epickiej bitwy, która równa z ziemią małe, europejskie państewko, Slorenię, Busiekowi znakomicie udało oddać się niemal szekspirowskie relacje pomiędzy Pymem, a Ultronem, stwórcą, a jego dziełem/synem. Wydaje mi się, że album jest również szczytem możliwości George`a Pereza, który ze swoją klasyczną i szlachetną kreskę jest zdecydowanie jednym z najsprawniejszych amerykańskich grafików tworzącym w stylistyce późnego Silver Age.

03) "Kang Dynasty" ("Avengers" vol.3 #41 - 55 i "Avengers Annual" `01, 2002) - Kurt Busiek (scenariusz) i Alan Davis, Kieron Dwyer, Ivan Reis, Manuel Garcia (rysunki).
A to opowieść, w której z kolei Busiek wspiął się na wyżyny swoich uniejętności, będąca jednocześnie jego łabędzim śpiewem w "Avengers". W kategorii epickich opowieści super-hero "Kang Dynasty" nie ma właściwie sobie równych. Kangowi Zdobywcy, klasycznemu łotrowi w zielono-fioletowej piżamie, jako pierwszemu w historii uniwersum Marvela udaje się "zdobyć władzę nad światem" i to nie na chwilę przed tym, jak pokonują go herosi, tylko na długi rok. Historia o tym, jak Avengers próbują go powstrzymać wypełniona jest absolutnie fantastycznymi momentami i choć nie brakuje kilku przegiętych i tanich zagrywek (relacja Warbird z Scarlet Centurionem choćby), ale jest to jedna z największych komiksowych przygód, jakie warto przeżyć. No i jest Kang, który po lekturze stanie się i waszym ulubionym villainem.

02) "Marvel Civil War" (mini-seria, 2007) - Mark Millar (scenariusz) i Steve McNiven (rysunki).
Jedna z najważniejszych historii superbohaterskich, po której rzeczywiście "nic nie byłoby takie same", gdyby tylko redaktorom Domu Pomysłów nie zabrakło jaj. W potężnym crossoverze obejmującym lekko licząc 23 albumy, Mark Millar wprowadza ustawę Kane`a ze "Strażników" w życie Ziemi-616, zmieniając życie właściwie każdego bohatera Marvela. Teraz, aby działać jako zamaskowany superheros trzeba mieć specjalną licencję wydawaną przez rząd. Główna mini-seria skupia się konflikcie tych, którzy popierają Superhuman Registration Act skupionych wokół Iron-Man z dowodzonymi przez Kapitana Amerykę buntownikami, którzy nie zgadzają się na rezygnację z wolności na rzecz bezpieczeństwa. Dynamika konfliktu pomiędzy Steve`m, a Tony`m, przepiękne rysunki McNivena, mnóstwo kultowych momentów i wcale niegłupi komentarz społeczny dotyczący bushowskiej Ameryki - to tylko cztery powody, żeby sięgnąć po "Civil War" nawet w tak okrojonej wersji.

01) "Ultimates" ("The Ultimates" oraz "The Ultimates 2", 2002-2007) - Mark Millar (scenariusz) i Bryan Hitch (rysunki).
Czyli godne XXI wieku wcielenie Mścicieli. Zachowując pewne proporcje "Ultimates" byli dla Avengers tym, czym "Dark Knight Returns" dla Batmana, run Franka Millera dla Daredevila albo "Strażnicy" dla komiksu superbohaterskiego. Mark Millar podjął się odpowiedzi na pytanie co by było gdyby taki zespół super-ludzi, jak Avengers istniałby naprawdę. Jakie miałoby to kulturowe, społeczne i wreszcie polityczne konsekwencje? Nasyceni komentarzami do ówczesnej amerykańskiej sytuacji geopolitycznej, "Ultimates" nie przestają być jednak tym, czym komiksowi Avengers powinni być zawsze - epickim, komiksowym blockbusterem. Tego efektu nie byłoby bez absolutnie genialnego Bryana Hitcha, który w drugim tomie "Ultimates" osiągnął życiową formę. Nigdy później, ani nigdy wcześniej nie rysował tak dobrze swoich szerokoformatowych, kinowych kadrów. Zresztą, to samo tyczy się Millara, który konstruując obfitującą w twisty, inteligentą i złożoną fabułę, pełną scen, których nie boję nazwać się (znowu) kultowymi, wspiął się na wyżyny swoich możliwości.

poniedziałek, 30 listopada 2009

#312 - Marvels

Po licznych perturbacjach i zdającemu się trwać w nieskończoność odwlekaniu premiery, na rodzimym rynku wreszcie zawitali "Marvelsi", komiks opromieniony sławą przeboju za Oceanem i cieszący się opinią jednej z najzręczniejszych interpretacji mitu amerykańskiego super-herosa. Polski czytelnik wreszcie może się przekonać ile tak naprawdę warte jest dzieło Kurta Busieka (znanego z "Arrowsmith" i "Conana", ale także z "Avengers" i "Action Comics") oraz rysownika Alexa Rossa, którego pracę zdobią "Kingdom Come".
Na fabułę "Marvels" składają się najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w komiksowym uniwersum Marvela i które trwale zapisały się w historii opowieści obrazkowych. Niektóre z nich uważane są wręcz za kluczowe w rozwoju komiksowego medium, nie tylko w jego najbardziej trykociarskiej odmianie. Pomimo tego, że w komiksie, w centrum uwagi znajdują się ubrani w kolorowe kostiumy super-herosi, Kurt Busiek pokazuje ich z zupełnie innej, ludzkiej perspektywy. Niejako zbiorowym bohaterem komiksu są przypadkowi przechodnie, uliczni sprzedawcy hot-dogów czy nowojorscy taksówkarze, będący świadkami niezwykłych wyczynów nadludzi. Ambicją scenarzysty jest próba pokazania, w jaki sposób mogłoby się zmienić społeczeństwo, kultura, obyczajowość i styl życia gdyby super-bohaterowie pojawili się naprawdę. Robi to na jednostkowym przykładzie Phila Sheldona i jego rodziny oraz w przekroju całego społeczeństwa. Phil to przeciętny mieszkaniec Wielkiego Jabłka, pracujący, jako fotograf dla dziennika "Daily Globe", który powinien być znany każdemu miłośnikowi przygód Człowieka Pająka. Jego fascynacja "Cudownymi", jak nazywa super-bohaterów, przechodzi różnie etapy – niepokoju, bezsilności, nadziei, przerażenia, radości, a wreszcie akceptacji, a cała historia stanowi próbę zrozumienia fenomenu super-herosów przez Sheldona.

Komiks podzielony jest na cztery rozdziały, liczących 48 stron każdy. Prolog traktuje o narodzinach Ludzkiej Pochodni, jednego z pierwszych super-herosów, a na pewno pierwszego z Domu Pomysłów, który będzie wraz z Namorem i grupą bohaterów z komiksowego Złotego Wieku, wiodącą postacią w pierwszym rozdziale "Marvels". Drugi stanowi hołd oddany klasycznym i najbardziej rozpoznawalnym bohaterom Srebrnej Ery, takim jak Fantastyczna Czwórka, Spider-Man, Thor czy Kapitan Ameryka, choć jego treść dotyczy głównie debiutu X-Menów, grupy mutantów, która w przeciwieństwie do innych, odzianych w pstrokate stroje mścicieli, jest znienawidzona przez społeczeństwo. Trzecia część jest właściwie w całości przeróbką klasycznej przygody Fantastycznej Czwórki (z ich regularnej serii, numery 48-50), w której na ziemię przybywa Galactus i herosi muszą stawić czoło przeciwnikowi zagrażającemu istnieniu całej planety. Była to pierwsza taka afera na międzygalaktyczną skalę, w przeciwieństwie do ostatniego, najbardziej kameralnego i tragicznego aktu komiksu. Jego osią fabularną są wydarzenia, które doprowadziły do śmierci ukochanej Człowieka Pająka, Gwen Stacy, symbolicznie zamykającej okres Silver Age.

Do rysunków Alexa Rossa zawsze żywiłem mieszane odczucia. Z jednej strony należy do elity komiksowych artystów posługujących się technikami malarskimi, dążących do uzyskania fotograficznego realizmu w swoich pracach. Trzeba przyznać, że wychodzi mu to naprawdę świetnie. Co więcej, efekt ten pozostaje w idealnej harmonii z dalekimi od jakiejkolwiek realności herosami, którzy pod rękę Rossa nabierają szlachetnych, mitycznych rysów. Nie wyglądają jak kiczowaci bohaterowie groszowych opowiastek dla dzieci, tylko jak nowoczesne wcielenia antycznych herosów. Patrząc na Thora, Galactusa, Silver Surfera czy nawet Spider-Mana, nabieram przekonania, że super-bohaterowie zostali wymyśleni, aby Ross mógł ich rysować. Z drugiej jednak strony przeszkadza mi w jego pracach zbytnia statyczność, posągowość, a w scenach portretujących ruch – brak dynamizmu. Również jego ambicja odwzorowania rzeczywistości w skali 1:1 nie pasuje do idei komiksu, jako przerysowania.

Niestety, Kurt Busiek nie zalicza się do wybitnych scenarzystów komiksowych i pewnie dlatego super-bohaterski patos obecny na kartach "Marvels" męczy, kompozycja fabuły momentami zgrzyta, a całości brak siły wyrazu. W mojej ocenie z budowaniem pomniku klasycznym super-bohaterom lepiej poszło Markowi Waidowi na łamach "Kingdom Come". Z tego powodu nie mogę postawić "Cudownych" na jednej półce z najwybitniejszymi utworami tego nurtu, takimi jak "Strażnicy" Alana Moore'a i Dave'a Gibbonsa czy "Mroczny Rycerz Powraca" Franka Millera. Praca Busieka i Rossa ląduje trochę niżej, obok na przykład "Supreme Power" J.M. Straczynskiego i Gary'ego Franka albo "Astro City", przy którym autorzy "Marvels" również wspólnie pracowali.
"Marvels" zdecydowanie wybija się na tle super-bohaterskiej młócki serwowanej za Oceanem. Nie ma wątpliwości, że jest to rzecz sprawnie napisana i świetnie narysowana, nie rażąca swojego czytelnika nielogicznościami fabuły, często zwalanymi na karb konwencji, i najtańszymi chwytami groszowej literatury obrazkowej. Ale właściwie jest to komiks przeznaczony dla odbiorcy kochającego pulpę. Nie wiem, czy czytelnik, który w swej młodości nie został zaszczepiony miłością do Spider-Mana czy X-Menów dostrzeże wartość tego utworu, będącego w gruncie rzecz sentymentalną wycieczką do krainy komiksowego dzieciństwa. Dojrzałą, jak najbardziej krytyczną, momentami frapującą, a momentami nieznośnie patetyczną.

środa, 26 sierpnia 2009

#232 - Kolorowe Zeszyty (6)

Zgodnie z obietnicą daną kilkadziesiąt wpisów temu, dzisiejszy tekst poświęcony będzie kolejnym krótkim recenzjom pojedynczych numerów. Niektórzy może już zauważyli, że brak u nas notki o numerze 231, ale uspokajamy - przez naszą mini zabawę z blogowym continuum, żaden wpis nie ucierpi i nie przepadnie, o czym będzie można przekonać się już jutro. A starsze pozycje, zapowiadane przy wspomnianej wyżej okazji, musiały mimo wszystko ustąpić miejsca nowościom. Ale ich czas jeszcze nadejdzie. Poniżej pięć zeszytów (każdy z innego wydawnictwa) ułożonych rosnąco pod względem numeracji - endżoj!

Deathklok versus The Goon (one-shot, Dark Horse 2009)
scenariusz: Eric Powell, Brandon Small
rysunki: Eric Powell

Po pracowitym roku dwa tysiące ósmym Eric Powell zwolnił nieco tempa i obecnie odpoczywa, raz na jakiś czas wydając na świat swoje nowe twory. Tym razem padło na dziwną hybrydę świata Zbira i fikcyjnej deathmetalowej kapeli Deathklok, stworzonej na potrzeby kreskówki "Metalocalypse" przez Brendona Smalla i Tommy'ego Blacha. Panowie - w sensie muzycy - są ponoć całkiem znani (mają na koncie płytę "The Dethalbum", a druga jej część jest w drodze), ale dla mnie był to pierwszy z nimi kontakt. I to bardzo nieudany. Po przeczytaniu tego zeszytu, pierwsze co powiedziałem to "Boże, co za syf". Podobnie jak w przypadku ponoć niezwykle kontrowersyjnego "Satan's Sodomy Baby" z 2007 roku, żarty o penetrowaniu odbytu i tym podobnych nie śmieszą zupełnie. A że wypełniają niemal cały komiks, to przejście przez niego jest niezwykle męczące i momentami załamujące - jeśli fabułę opiera się na tanich chwytach w stylu stosunek ze staruszką, to ja wolę jednak tego nie czytać. Jedyne co ratuje ten zeszyt przed rzuceniem w kąt to niezawodny Franky i jego pokokainowe jazdy. No i sama grafika, która jak zwykle w przypadku Powella stoi na najwyższym poziomie. Ciekaw tylko jestem, czy Eric rzeczywiście jest całkowicie za nią odpowiedzialny (tak stoi w creditsach), bo przy połączeniu świata Goona i deathmetalowców postanowiono pozostać przy obydwu sposobach rysowania, bez przeciągania którejkolwiek ze stron na bardziej malowniczy świat Zbira, czy bardziej kreskówkowy styl Dethkloka. I wygląda to tak, jakby rzeczywiście pracowało przy tym dwóch artystów. Tak czy inaczej słabiutko i nie warto zawracać sobie tym zeszytem głowy.

Bigfoot #1 (IDW 2005)
scenariusz: Steve Niles, Rob Zombie
rysunki: Richard Corben


Szybki rzut oka na nazwiska twórców tej czteroczęściowej mini-serii wystarczy, żeby mniej więcej wyczuć o czym może być ten komiks. Niles, Corben i Zombie - mistrzowie horroru z różnych dziedzin - do swojego trio dołożyli jeszcze tajemniczą Wielką Stopę, której to postanowili poświęcić nieco czasu i talentu. Pierwsza część, to szybki, nieco szablonowy wstęp do historii na który złożyły się takie elementy jak: las, drewniana chatka na odludziu, szczęśliwa rodzina szukająca kilku dni odpoczynku i Wielka Stopa kręcąca się wokół ich schronienia. Nie muszę pisać, że kiedy zapada zmrok, robi się jeszcze ciekawiej. Richard Corben - znany u nas ze średnio przyjętego "Bannera" - czuje się jak ryba w wodzie, mając okazję rysować wielkie monstra, dużo juchy i goliznę, a wszystko to w leśnych krajobrazach, które wychodzą mu fenomenalnie (jak chociażby w późniejszym "Hellboy: The Crooked Man"). Na tych dwudziestu kilku stronach scenariusz dopiero co się rozkręca i ciężko powiedzieć / przewidzieć, co też będzie miało miejsce w kolejnych trzech zeszytach (szczególnie po lekturze ostatniej strony). Niestety, pierwszy numer był dla mnie tym ostatnim i dopiero teraz, po kilku latach, znalazłem go pośród sterty innych mu podobnych. Wydanie zbiorcze jest jeszcze dostępne, ale nie powiem, żeby znajdowało się na szczycie mojej listy życzeń - przy okazji, po przecenie, można by kupić.

Ultimate Comics Avengers #1 (Marvel 2009)
scenariusz: Mark Millar
rysunki: Carlos Pacheco


"Ultimates" Loeba i Madureiry zapisało się w pamięci fanów jako jedna z najgorszych serii ostatnich miesięcy, a może i lat. I nikt się chyba nie spodziewał, że Loeb w niedługim czasie sam jeszcze bardziej podniesie poprzeczkę o nazwie "żenada i kał", tak jak to zrobił przy okazji zakończonego niedawno "Ultimatum". O obydwu tych seriach - które znacznie wpłynęły na ogromny spadek poziomu świata ultimate - wielu chciałoby szybko zapomnieć. Zapewne miał w tym pomóc twórca pierwszych "Ultimates" Mark Millar, którego ponownie sprowadzono do przygód nowocześniejszych Mścicieli. Pierwszy zeszyt "Ultimate Comics Avengers" jego autorstwa pod względem akcji nie różni się aż tak bardzo od tego co prezentował Loeb - pojedynek Capa, Hawkeye'a i debiutującego Red Skulla wypełnia niemal cały numer. Mimo to, różnica pomiędzy tym co zrobił wcześniej Jeph, a tym co robi obecnie Millar jest ogromna - na korzyść tego drugiego oczywiście. Lektura tych dwudziestu kilku stron zajmuje mniej niż dziesięć minut, ale nie pozostawia niedosytu. Nie jest to może jeszcze to co przygody Starka, Capa i spółki sprzed kilku lat, ale mam nadzieję, że w szybkim czasie poziom zrówna się z tym co było prezentowane przy "Ultimates" v1 i v2. Mangowy styl Madureiry został zastąpiony bardziej realistycznym dzięki Carlosowi Pacheco, który w przeszłości pracował już nad Mścicielami (do scenariusza Busieka) - tyle, że tymi z uniwersum 616. Jedynym minusem jest cliffhanger, który zaskoczył chyba tylko Kapitana Amerykę - tak jak w przypadku "Ultimates" Loeba wszyscy wiedzieli co naprawdę łączy Pietro i Wandę, tak i tutaj każdy ukrywał przed Rogersem wyjawioną na ostatniej stronie tajemnicę. Czytelnicy natomiast już kilka miesięcy temu mieli okazję przeczytać w jednym z "Wizardów" o co chodzi z Czerwoną Czaszką, przez co zakończenie tego numeru kompletnie nie zaskakuje. No ale taka teraz widać polityka wydawnicza - najpierw wyjawić sekrety, a dopiero później wypuścić komiks z nimi na światło dzienne. Numerze drugi - przybywaj!

Savage Dragon #151 (Image 2009)
scenariusz: Erik Larsen
rysunki: Erik Larsen


Zeszyt ten rozpoczyna drugą połowę drugiej setki przygód Dragona i podobnie jak sto numerów temu, tytułowy bohater praktycznie w nim nie występuje - co tutaj związane jest z wydarzeniami z ostatnich stron jubileuszowego #150. Swoją drogą ciekawe, czy za kolejne sto numerów Larsen podtrzyma tę tradycję? Mimo tej nieobecności, jest to jeden z lepszych ostatnio zeszytów (które i tak prezentują wysoki poziom) - akcja skupia się na dzieciakach Dragona (Malcolmie i Angel), które muszą stawić czoła rekinogłowemu Mako demolującemu ulice i przy okazji DareDevila. Standardowa superbohaterska bijatyka kończy się dosyć emocjonalnym monologiem Mako, na temat swojego fatalnego przeobrażenia w szaroskórą kreaturę i przykrych tego konsekwencji - co nie powiem, daje do myślenia. Ostatnie dwie strony wyglądają jak zapowiedź tego, co zbliża się wielkimi krokami czyli "Dragon War". Larsen w formie, Koutsis (kolory) w formie. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Superman #666 (DC 2007)
scenariusz: Kurt Busiek
rysunki: Walter Simonson


Na początek ciekawostka (może przydać się krzyżówkowiczom): lęk przed liczbą 666 to inaczej heksakosjoiheksekontaheksafobia. W październiku 2007 roku, seria z przygodami bohatera z loczkiem osiągnęła taki imponujący i budzący uznanie wynik, więc i jego tematyka musiała być iście "szatańska". W historii Kurta Busieka nawiedzony przez Phantom Strangera Clark Kent ma dosyć dziwny jak na siebie sen - nie jest on już poczciwym do-rany-przyłóż superbohaterem, a złośliwą i egoistyczną super istotą, która bierze odwet zarówno na wrogach jak i przyjaciołach, którzy przez tyle lat "wykorzystywali" jego dobrotliwość i miękkie serce i koniec końców ląduje w piekle jako (Super)Szatan. Nie jestem niestety zbyt dobrze zaznajomiony z mitologią Supermana, więc nie trafiają do mnie nawiązania do śmierci planety Krypton i pewnie kilka innych smaczków, które ze względu na moją niewiedzę mi umknęły, ale i tak czyta się to nad wyraz dobrze. Po numer ten sięgnąłem (oprócz trzech szóstek rzecz jasna) ze względu na gościnny udział obecnie nieco chyba zapomnianego Waltera Simonsona - noszonego niegdyś na rękach za to co zrobił przy okazji swojej przygody z serią "Thor" czy "Fantastic Four", a obecnie zajmującego się jak nie pisaniem scenariuszy ("World of Warcraft") to robieniem okładek dla serii klasy B ("Hawkgirl", "Vigilante"). Tutaj, na tych dwudziestukilku stronach, udowadnia, że spokojnie dałby sobie radę w mejnstrimie z XXI wieku, w jakimś hitowym tytule czy crossoverze - bez zbędnych fajerwerków odwracających uwagę od hitorii, z dynamicznymi rysunkami podrasowanymi kolorami wprost z komputera pokazuje młodziakom starą szkołę kadrów i dymków. Choćby dlatego warto nabyć ten zeszycik. No i może dla sceny zagwizdania na śmierć piegowatego Olsena. O! I może jeszcze ze względu na tyci-tyci występ Szatańskiej Ligi Sprawiedliwości!

Tyle na dziś. Kolejna porcja zeszytowych recenzji zaatakuje niespodziewanie. Uprzejmie prosi się o zachowanie czujności!