Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian M. Bendis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brian M. Bendis. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 czerwca 2017

#2326 - Uncanny X-Men #3: Dobry, zły, Inhuman

Albumowe okładki serii "Uncanny X-Men" są po prostu świetne. Ilustracja jaka zdobi trójkę wygląda wspaniale. Widzimy na niej Scotta Summersa w stroju Cyklopsa, który został ukazany w typowym ujęciu popiersiowym – półpostać, przedstawienie do ramion. Głowa modela przechylona jest w kierunku prawej krawędzi ilustracji, ponieważ z drugiej strony ktoś przyciska mu lufę pistoletu. 


sobota, 4 marca 2017

#2310 - All-New X-Men #4: Tak inni

Sądzę, że wielu wielbicieli (i wielbicielek) „kolorowych zeszytów” wybierze się do kina na film "Logan: Wolverine"; sam również mam to w planach. Warto przed (lub po) sięgnąć po komiks "All-New X-Men #4: Tak inni", który kilka dni temu ukazał się w naszym kraju. Zachęcam do lektury właśnie w kontekście filmu.

piątek, 6 stycznia 2017

#2275 - Uncanny X-Men #2: Złamani

W albumie "Złamani" dostajemy dalszy ciąg opowieści o rebelii zapoczątkowanej i prowadzonej przez Cyclopsa. Uprzednia odsłona cyklu (klik! klik!) była na tyle interesująca, że na dwójkę czekałem niecierpliwie. Ciekawiło mnie w jakim kierunku Bendis popchnie akcję. Interesowała mnie odpowiedź na pytanie: czy alternatywny zespół X-Men to rewolucjoniści, czy może terroryści?



poniedziałek, 26 września 2016

#2235 - Jessica Jones: Alias

Oto Jessica Jones. Kiedyś należała do Avengers. Ubierała się w obcisły, kolorowy trykot, którego każdy dorosły człowiek zbyłby śmiechem i pod pseudonimem Jewel walczyła z superprzestępcami, ratowała świat, generalnie - robiła karierę w superbohaterskim biznesie. Z różnych powodów (o których będą traktowały kolejne tomy serii "Alias") postanowił to rzucić. Teraz na chleb zarabia jako prywatny detektyw, przy okazji próbując poukładać sobie swoje życie. 

czwartek, 21 sierpnia 2014

#1717 - Daredevil by Bendis and Maleev Book 2

Autorem poniższego tekstu jest Piotr Lipa. Pierwotnie został on opublikowany na blogu Coś z zupełnie innej beczki.

W recenzji omawiającej pierwszy tom wspomniałem o moim mocnym postanowieniu, aby zapoznać się z przygodami Daredevila. Jednak z żalem muszę przyznać, że skończyło się chyba tylko na chęciach. Zabranie się za kolejny tom zajęło mi dobre pół roku. Kawał czasu jak na jedną, w sumie nie tak długą lekturę. Niestety w moim życiu tak właśnie jest. Sporo bym chciał, a mało robię.


środa, 20 sierpnia 2014

#1715 - Daredevil by Bendis and Maleev Book 1

Autorem poniższego tekstu jest Piotr Lipa. Pierwotnie został on opublikowany na blogu Coś z zupełnie innej beczki.

Odkąd tylko pamiętam zawsze darzyłem Daredevila wielką sympatią, mimo że tak naprawdę miałem z nim bardzo znikomą styczność. Myślę, że wszystko zaczęło się od pierwszej lektury znakomitego "The Man Without Fear" wydanego u nas przez TM-Semic. Dla mnie po dziś dzień jest to jeden z najlepszych komiksów jaki czytałem, a w kategorii superbohaterów mało co może mu dorównać. 

czwartek, 28 lutego 2013

#1254 - New Avengers t.05: Wojna Domowa

Piąty tom „New Avengers” jest tie-inem „Wojny Domowej”. Brian M. Bendis pokazuje, w jaki sposób prominentni członkowie premierowej supergrupy Marvela reagują na rodzący się konflikt pomiędzy zwolennikami rejestracji, a jej przeciwnikami (choć pojawiają się inne wątki, które scenarzysta ciągnie od pierwszych numerów serii). Zobaczymy, jak Kapitan Ameryką zaczyna tworzyć ruch oporu, poznamy wątpliwości Sentry`ego, swagger Luke`a Cage`a i kłopoty, jakie Iron-Man miewa ze swoimi byłymi pracownikami.


"Marvel Civil War" było jednym z największych (jeśli nie największym!) komiksowym wydarzeniem ostatnich kilkunastu lat. O samym konflikcie, który rozdarł na pół internet i społeczność amerykańskich superherosów więcej napiszę w recenzji poświęconej kluczowemu albumowi, a w tym miejscu chciałbym się skupić na czymś innym.

Myślę, że "Wojna Domowa" jest doskonałym przykładem problemu, jaki Marvel ma z eventami, jako takimi. Aby sprzedać główną mini-serię jak największej ilości czytelników, trzeba uczynić ją przystępną i w miarę zamkniętą całością, a tie-iny i wszelkiej maści dodatki zarezerwować dla czytelników poszczególnych serii i najwierniejszych fanów. Takie schizofreniczne podejście do opowiadania odbija się najmocniej na strukturze zaplanowanej historii. Główna linia fabularna jest potraktowana zbyt skrótowo, wiele ważnych (Iron-Man), czy wręcz kluczowych (Spider-Man) dla historii wydarzeń zostaje zepchniętych do solowych tytułów. Polityka „kup kolejny zeszyt, a dowiesz się, czemu Peter postąpił tak i tak!” szkodzi samej opowieści. Wachlując kolejnymi zeszytami czy albumami gubi się gdzieś cała dramaturgię. Narracja traci swój rytm, a całość zamiast prawdziwie epicka, robi się strasznie rozlazła.

W „Civil War” wlokące się po tie-inach wątki poboczne są często kompletnie niepotrzebne i zwyczajnie słabe. Czytelnik chcąc poznać chociaż najważniejsze elementy tej olbrzymiej układanki traci orientacje w tych wszystkich wtrąceniach, doczepionych epizodach, nawale postaci i zdarzeń. Męczy się i ostatecznie znudzony po prostu rezygnuje z prób ogarnięcia tego bajzlu. Nie znaczy to, że taki koncept eventu się w ogóle nie sprawdza – bo przecież Dan Abnett i Andy Lanning w marvelowskim kosmosie potrafią znakomicie go stosują. Jak choćby w „War of Kings”, gdzie pięknie pogodzili tie-iny z główną mini-serią, aby zbudować spójną i wciągającą przygodę. W przypadku „Wojny Domowej” podobna rzecz udać się nie mogła – to był zbyt obszerny i ambitny projekt, aby mógł w pełni wypalić.

Wizualnie album prezentuje zróżnicowany poziom. Pod wieloma względami - ma lepsze i gorsze momenty, a style poszczególnych artystów są bardzo różnorodne. Howard Chaykin bardzo brzydko się starzeje. Autora klasycznego „American Flagg” trzeba policzyć w poczet amerykańskich klasyków komiksu mainstreamowego, ale podobnie, jak choćby Walt Simonson ma trudności z odnalezieniem się we współczesnej estetyce obrazkowej. Niezgrabność jego kreski podkreślają jeszcze komputerowe efekty i całość wygląda paskudnie. W przeciwieństwie do Chaykina jeszcze kilka dobrych lat przed sobą ma Marc Silvestri. Jedna z ikon komiksowych lat dziewięćdziesiątych wciąż pozostaje w formie. Kreska autora swoistego epilogu albumu dalej jest precyzyjna, dokładna i atrakcyjna. Przynajmniej dla tych, którzy kochają się w image`owski stylu, w tych erotycznie przerysowanych kobietach z ustami pełnymi silikonu, prężących swoje krągłe piersi i zgrabne (nierzadko półnagie) pupy. Można nie lubić, ale pewnego „kunsztu” i efektownego użycia komputera odmówić nie można. Coś zupełnie innego można napisać o Olivierze Coipelu. Pochodzących z Francji artysta jest jednym z najciekawszych twórców zatrudnionych na amerykańskim rynku, który w swojej pracy nie schlebia lokalnym gustom, ale swoją część „Wojny Domowej”, czyli epizod ze Spider-Woman w roli głównej, narysował chyba na kolanie.

Tylko trochę lepiej zaprezentował się Leinil Francis Yu, artysta rysujący bardzo nierównie, który miewał znacznie lepsze momenty. Najlepiej z grona grafików wypadają Pasqual Ferry i Jim Cheung. W ocenie Cheunga nie mogę być obiektywny, bo to jeden z moich ulubieńców, w którego klasycznie szlachetnej kresce odnajduje to samo, co w pracach mistrzów - Jacka Kirby`ego i Johna Byrne`a. Palce lizać. Natomiast Ferry jest kolejnym, obok Silvestriego, rysownikiem, który potrafi świetnie spożytkować możliwości, jakie oferuje komputer. W jego bardzo delikatnej i nieco surowej kresce nie ma za grosz efektu sztuczności, który tak mocno raził mnie w rysunkach wspomnianego na początku Chaykina.

To ostatni (przynajmniej na razie) album „New Avengers” wydany przez Mucha Comics. Z największymi ziemskimi bohaterami żegnamy się więc bez szczególnym fanfar, bo „Wojnę Domową” trudno zaliczyć do najlepszych albumów w dorobku Bendisa, ale żal ich kolejnych przygód. Bo następne w kolejce czekają najciekawsze (pod wieloma względami) przygody Mścicieli…

środa, 10 października 2012

#1147 - New Avengers t.04: Kolektyw

Wbrew pozorom robienie na superobohaterskim odcinku przemysłu komiksowego to ciężki kawałek chleba. Produkcje trykociarskie są bardzo silnie skonwencjonalizowane i łatwo stają się zakładnikami kilku, prostych chwytów i ogranych motywów. Trzeba uważać, aby nie popaść w nadmierny i nieznośny banał, nie poprzestawać na powielanych przez kolejnych twórców schematach, a z drugiej strony nie dać się zwieść podejrzanym eksperymentom, nierzadko wiodących na manowce.

Przy pełnej świadomości tego, czym są (i powinny być) opowiastki super-hero Brianowi M. Bendisowi udało się odnaleźć swój własny i oryginalny sposób na poradzenie sobie z tymi dylematami. Przy okazji uczynił przygody trupy Kapitana Ameryki flagowym tytułem w ofercie Marvela, długo pozostającym w czubie najlepiej sprzedających się on-goingów za Oceanem. Dla mnie najlepsze tomy „New Avengers” to te, w których scenarzysta pochodzący z Cleveland próbuje uciec (z reguły z dobrym skutkiem) od wyblakłych klisz super-hero, płacąc przy tym daninę konwencji i nie przestając być atrakcyjnym dla przeciętnego pożeracza trykociarzy. Wilk jest zatem syty, a i owca cała.

Ironiczna docinki wkładane w usta niektórych herosów w „Ucieczce” czy meta-tekstualna re-introdukcja Sentry`ego w drugim albumie to według mnie jedne z najmocniejszych momentów całej serii, które wniosły pewien powiew świeżości do Marvela. Drapanie w czwartą ścianę, machlojki z linią fabularną, bawienie się narracją, fantastyczne retardację i cliffhangery świadczą, że Bendis jest scenarzystą o dużej świadomości rzemiosła, jakie uprawia. Szkoda tylko, że sił (pomysłowości? Chęci może?) starczyło tylko na kilka tomów. W „Kolektywie” Bendis (niejako) sięgnął dna, ograniczając się do pisania trywialnej nawalanki bez polotu, jakie zalegają w sklepach komiksowych, do kupienia po kilkanaście centów. Zrobił komiks, jakiego do tej pory z całych sił unikał. Banalny, momentami głupi i zwyczajnie nudny.

Wizualnie rzecz biorąc Mike Deodato Jr., odpowiedzialny w większości za główny wątek tego tomu, dostosował się do niskiego poziomu swojego partnera od skryptu. Pochodzący z Brazylii artysta, który potrafił skutecznie przysposobić do dzisiejszych czasów „ekstremalny” styl charakterystyczny dla lat dziewięćdziesiątych nie popisał się tym razem. Początek wyszedł mu jeszcze jako tako, ale im dalej w las – tym gorzej. Szczególnie źle wygląda epizod na shieldowskim hellicarierze, sceny pojedynku Sentry`ego i Iron-Mana z Kolektywem, a także finał na Genoshy. Wygląda to tak, jakby Deodato brakowało pary, aby skończyć porządnie to, co zaczął.

Tym bardziej boleśnie dla Deodato wypada zestawienie ze znakomitym, ale operującym w zupełnie innym stylu, Steve`m McNivenem, który w „Kolektywie” zilustrował tylko pierwszy zeszyt. Gdzieś pomiędzy nimi można ulokować Oliviera Coipela. Odpowiedzialny za fragment, którym Luke Cage i Jessika Jones biorą ślub artysta pokazał się z nieco gorszej, niż w „Rodzie M”, strony, a podobnie jak Deodato, końcówka mu trochę nie wyszła. Poszczególne kadry znamionują nadmierny pośpiech, a niedokładności spowodowane są zapewne krótkimi terminami, charakterystycznymi dla amerykańskiego rynku. Na usprawiedliwienie obu panów, mogę powiedzieć, że nie tylko im doskwierają podobne bolączki.

Żeby było lepiej, musi być gorzej – Bendis jeszcze jakoś przebieduje kolejny tom (zatytułowany „Disassembled”), będący przystawką do „Civil War” Marka Millara, aby potem zaliczyć znakomity comeback. Rysowane przez znajdującego się w wybornej formie Leinila Francisa Yu „Revolution” należy do moich ulubionych albumów „New Avengers”, a kolejny – „Trust” – również daje radę. I szkoda tylko, że w „Secret Invasion” zaliczy kolejny spadek…

wtorek, 11 września 2012

#1130 - Smak tego, co ma nadejść

Nie wiadomo jeszcze, czy i w jakim kształcie na polskim rynku Hachette zaprezentują Wielką Kolekcję Komiksów Marvela, stanowiąca całkiem udany przekrój po najważniejszych, najciekawszych i najbardziej znanych opowieściach Domu Pomysłów. Spośród tych 60 wydanych na rynku brytyjskim tytułów o kilkunastu z nich pisaliśmy już na łamach Kolorowych Zeszytów. 

Poniższe zestawienie to niejako przegląd tych pozycji, które może pomóc niezdecydowanym w podjęciu decyzji kupić, czy nie kupić. Poszczególne pozycje pogrupowałem w trzech kręgach. W pierwszym z nich znalazły się pozycje obowiązkowe dla każdego fana trykociarzy, po które śmiało mogą spróbować sięgać również czytelnicy nie gustujący w konwencji super-hero. Choćby po to, by zobaczyć "z czym to się je".

"Astonishing X-Men: Obdarowani" i "Astonishing X-Men: Niebezpieczni" Jossa Whedona i Johna Cassaday`a:
Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Whedon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni".
(recenzja całego runu)
"Marvels" Kurta Busieka i Alexa Rossa: Właściwie jest to komiks przeznaczony dla odbiorcy kochającego pulpę. Nie wiem, czy czytelnik, który w swej młodości nie został zaszczepiony miłością do Spider-Mana czy X-Menów dostrzeże wartość tego utworu, będącego w gruncie rzecz sentymentalną wycieczką do krainy komiksowego dzieciństwa. Dojrzałą, jak najbardziej krytyczną, momentami frapującą, a momentami nieznośnie patetyczną.
(link do recenzji albumu)

"Planet Hulk" Grega Paka, Carlo Pagulayana i innych:
Komiks całymi garściami czerpie z schematu fabularnego „Gladiatora”. To opowieść o Zielonej Szramie, o Oku Gniewu, Niszczycielu Światów, o Harkanonie, Haargu, Holku, czyli o naszym ulubionym Hulku, Sałacie Marvela, który trafił do świata ciemiężonego przez Czerwonego Imperatora i ze zwykłego niewolnika staje się bohaterem uciśnionych i ich nadzieją na wyzwolenie.
(linka do recenzji albumu)

"Eternals" Neila Gaiaman i Johna Romity Jra:
Zadaniem Gaimana było napisanie historii, która będzie nowym początkiem, przygotowaniem gruntu pod ongoinga (który miał powstać w przypadku sukcesu mini-serii) i zapoznaniem nowych fanów Marvela z tą lekko zapomnianą supergrupą. I wywiązał się z niego znakomicie.
(link do recenzji albumu)

"Captain America: The Winter Soldier"  Eda Brubaekra i Steve`a Eptinga:
Tak po prawdzie to w „Kapitanie Ameryce” jest bardzo mało trykotów, a sam tytuł mocno ciąży ku opowieściom szpiegowskim w stylu takiego dojrzałego Bonda. Mamy zatem byłych generałów KGB knujących spiski, echa zimnej wojny, sowieckich tajnych super-agentów, neonazistów, latające samochody i znakomite reminiscencje samego Rogersa z II Wojny Światowej.
(linka do recenzji całego runu)

W drugim rzędzie wymieniłbym albumy, które powinny znaleźć się na półce każdego fanboja. To w większości co najmniej dobre pozycje, które moga okazać się nieco zbyt trykociarskie dla czytelnika "spoza".

"New X-Men: W jak Wyniszczenie" i "New X-Men: Imperial" Granta Morrisona, Franka Quitely`ego i innych:
Słowem – Morrison jedzie po bandzie, mnoży swoje dziwactwa w każdym numerze. Przeciętny miłośnik komiksów z charakterystycznym X na okładce będzie czytał „New X-Men” z zapartych tchem, dopóki nie zorientuje się, że cały koncept szkockiego pisarza polega tylko doprowadzenia do groteskowych rozmiarów wytartych przepisów na przygody mutantów.
(link do recenzji całego runu)

"Captain Britain and MI 13: Vampire State" Paula Cornella i innych:
Ostatnia, trzecia i zdecydowanie najlepsza opowieść pod tytułem „Vampire State” to kolejna napaść na Zjednoczone Królestwo, któremu tym razem przewodzi hrabia Dracula, pragnący zrobić z Wysp państwo wampirów.
(link do recenzji albumu)

"Tajna Wojna" Briana M. Bendisa i Gabriele Dell`Otto:

Na rynku komiksowym Bendis zabłysnął znakomitymi kryminałami i przyznam, że nie spodziewałem się po nim tak ciekawie pomyślanej (jak na standardy super-hero, oczywiście) opowieści sensacyjnej.  Gęsto podlanej szpiegowskim sosem, z delikatną, geopolityczną nutką. 
(link do recenzji albumu)  

"Dr. Strange: The Oath" Briana K. Vaughana i Marcosa Martina:
Pewnie, jakbym się uparł, to znalazłbym w "The Oath" kilka logicznych niedoróbek i typowo, komiksowych uproszczeń – na czele dłońmi, których potężny Sorcerer Supreme nie potrafi wyleczyć. Nie widzę jednak powodu, by to robić, bo Vaughan bierze całą historię w nawias, bawiąc się w kilku miejscach konwencją superhero, puszczając oczko swojemu czytelnikowi.
(link do recenzji albumu)

"New Avengers: Ucieczka" Briana M. Bendisa i Davida Fincha
Akurat "Ucieczka", premierowy tom serii, trzyma się jeszcze mocno tradycyjnych schematów opowieści o Mścicielach. Pojawia się już jednak charakterystyczny bendisowy humor, zabawa z konwencjonalnymi chwytami, kruszenie strasznie poważnej konwencji "epic super-hero story" szczyptą ironii i skrobaniem w czwartą ścianę.
(link do recenzji albumu)

"Wolverine: Old Man Logan" Marka Millara i Steve`a McNivena:
W komiksie aż roi się od tajemnic. Nikt nie wie, co stało się tej nocy, kiedy zginęli wszyscy bohaterowie, niewielu potrafi wyjaśnić tajemnicę znikających miast. Co przewożą Clint Barton i James Howlett przez całe Stany? (link do recenzji albumu)

I na zakończenie ostatni krąg piekieł, a więc komiksów które mnie zupełnie nie przekonują, choć w sakli uniwersum Marvela są to rzeczy z różnych powodów ważne. Tylko dla maniakalnych kolekcjonerów, którzy chcą mieć wszystko.

"Avengers: Disassembled" Briana M. Bendisa i Davida Fincha:
"Avengers: Disassembled" to kolejna, zwyczajna super-bohaterska rozwałka. Nie mogę powiedzieć, żeby Bendis się przy niej popisał, nie licząc sprawnie napisanych dialogów (choć rażących patosem) i dramatycznych zgonów bohaterów (którzy i tak za jakiś czas powrócą).
(link do recenzji albumu)

"Secret Invasion" Briana M. Bendisa i Leinila Francisa Yu:
Gdybym wyrobił się z tym wcześniej, byłoby pewnie znacznie ostrzej, bo nie ukrywam, że ogromnie mnie ta historia rozczarowała i w dużej mierze zniechęciła do głównego nurtu superhero prezentowanego przez wydawnictwo Quesady. Miało być wyjątkowo, a wyszło jak zwykle i to mimo wspomnianej na początku ilości czasu, jaką miał Bendis na dopieszczenie wszystkiego.
(link do recenzji albumu)

"Thor vol.1" J. Micheala Straczynskiego i Oliviera Coipela:
Cóż można na zakończenie napisać? Mój pierwszy, dłuższy kontakt z „Thorem” skończył się sporym zawodem. Nic nie wskazuje na to, abym w najbliższym czasie miał się wybrać do komiksowego Asgardu, skoro jest jeszcze tyle znacznie lepszych tytułów z tej samej półki.
(link do recenzji albumu)

"Ród M" Briana M. Bendisa i Oliviera Coipela:
Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.
(link do recenzji albumu)

Patrząc na listę albumów pomieszczonych w kolekcji trzeba oddać tym, którzy zajmowali się selekcją, że udało im się dobrze wyważyć proporcje między klasyką, a tytułami z ostatnich dziesięciu, piętnastu lat. Wyszła im w miarę reprezentatywne zestawienie marvelowskich komiksów z pierwszej linii, choć mnie brakuje kilku tytułów, które mogłyby urozmaicić nieco monotonię  tej wyliczanki. Brakuje mi bowiem czegoś zupełnie świeżego ("NYX", "Runaways"), czegoś nieco bardziej artystycznego ("Elektra: Assasin", "Elektra: War & Peace"), lub nieco mniej oczywistego ("Immortal Iron-Fist", "Incredible Hercules", coś z "X-Force").

czwartek, 9 sierpnia 2012

#1103 - Ród M

Prawdziwym fenomenem Marvela (i po części również DC) jest nie tyle zbudowanie komiksowego uniwersum zamieszkałego przez superbohaterską populację, ale stworzenie niekończącej się meta-narracji. O ile da się wyróżnić jakiś początek (choć wcale nie musi być on wyznaczony przez pierwsze publikacje Domu Pomysłów) i pewne „punkty startowe”, będące dogodnymi miejscami dla czytelników na wskoczenie w nurt snutej dziesiątek lat historii, to prawdopodobnie nigdy nie doczekamy się ich końca. Przynajmniej dopóki będą przynosić krociowe zyski.

Oczywiście, nie jest to żadna nowość. Wszak największe filmowe, książkowe czy growe przeboje zapuszczają w popkulturze korzenie i dają początek swoim dynastiom. Wielotomowe sagi fanasy, brytyjskie i amerykańskie seriale starsze od naszych rodziców i creme de la creme – Gwiezdne Wojny. Ale niewiele marek tego typu może równać się z Marvelem, który wygrywa pod względem ilości, skomplikowania swojego expanded universe, a i niewielu konkurentów może równać się z Domem Pomysłów pod względem stażu. Przecież oni to robią od czasów Stana Lee (a DC pewnie i dłużej)! Co więcej – nie jest tak, że owa meta-narracja składa się z mniejszych, samodzielnych części. Gdyby się dokładniej przyjrzeć poszczególnym zeszytom czy albumom da się zauważyć, że do ich w miarę satysfakcjonującej lektury trzeba zapoznać się z dziesiątkami innych pozycji, żeby wiedzieć kto z kim i gdzie i jak.

Jedne historie łączą się z następnymi, a te z kolei są zapowiedziami następnych. Fabuły rozpięte są pomiędzy cliffhangerami, które wydawcy obudowują wielkimi kampaniami promocyjnymi mającymi przekonać czytelników, że kolejny event czy crossover to naprawdę wielka rzecz. I choć fani wielokrotnie się przekonali, że to tylko marketingowa mowa trawa, to i tak sięgają po kolejne zeszyty i albumy. Kiedy wrzawa wokół danego tytułu nieco ucichnie, pojawią się znaki, że znowu coś się zbliża. Coś majaczy na horyzoncie i po pewnym czasie cały cykl się powtarza. I tak się to kręci. Ad infinitum. „Ród M” jest doskonalą realizacją takiego modelu.

Komiks Briana M. Bendisa (scenariusz) i Oliviera Coipela (rysunki) opowiada ciąg dalszy losów Scarlet Witch, których początek poznaliśmy w „Avengers: Disassembled”. Na scenie wydarzeń, obok Mścicieli pojawiają się również X-Men (tym samym dochodzi do crossoveru pomiędzy dwoma, najbardziej przebojowymi markami Marvela w tamtym czasie – „Astonishing X-Men” i „New Avengers”). Bohaterowie wspólnie muszą postanowić, co zrobić z oszalała mutantką, zdolną z mgnieniu oka zniszczyć naszą rzeczywistość. Szkoda, że brakło w tym gronie Batmana, który z pewnością byłby przygotowany taką ewentualność.

Machinacje Wandy Maximoff były brzemienne w skutkach dla świata mutantów i Ziemi 616. Jakkolwiek historia przedstawiona na kartach komiksu jest w pewien sposób zamknięta to jej ciąg dalszy przedstawiony został w „Decimation”, które dość płynnie przechodzi w „Endagered Species”. Potem jest, „Messiah CompleX”, kontynuowane przez kolejne części mesjańskiej trylogii, „Divided We Stand”, „Manifest Destiny”, „Nation X”, aż dochodzimy do „ReGenesis” i „Schism”. Gdzieś po drodze tworzą się wątki poboczne, prowadzące na przykład do „Silent War”, które potem zostają rozwinięte kosmicznym zakątku Domu Pomysłów, pączkują serie odpryskowe o różnej żywotności, począwszy od „Cable`a”, przez „X-Force”, „Generation Hope”, a skończywszy na „Uncanny X-Force”. W ten sposób, śledząc tylko losy mutantów Marvela, bo przecież podobne drzewko można przygotować dla Avengersów, dochodzimy do bieżącego eventu Domu Pomysłów, czyli „Avengers vs. X-Men”, którego twórcy i redaktorzy obiecują wreszcie rozwikłać wątki ciągnące się latami. Nie wierzyłbym w żadne obietnice finału, bo wielka superbohaterska narracja nie może się skończyć. Naturalnym stanem każdego miłośnika super-hero jest wyczekiwanie. Ciągła obietnica tego, co nadejdzie, która nigdy nie może zostać spełniona, a jeśli pojawia się jakaś satysfakcja – to jest ona chwilowa. I rozbudza kolejne pragnienia.

Dla mnie „Ród M” to jeden z najsłabszych komiksów napisanych przez Bendisa – szczególnie jeśli lektura jest ograniczona tylko do głównej mini-serii, w której maksymalnie skompresowana wątki, rozwijane w szeregu tie-inów, na łamach poszczególnych serii herosów występujących na scenie. Przez to fabułą wydaje się jeszcze bardziej skrótowa. Historia zaczyna się znakomicie od niepokojącej wyprawy do Genoshy. Bendisowi, który słynie z tego, że lepiej zaczyna, niż kończy, udało się utrzymać moje zainteresowanie do drugiego numeru, w doskonale uchwycono zagubienie Wolverine budzącego się w dziwnym miejscu (żeby zbyt wiele nie spoilerować). Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.

Z oprawą wizualną mam pewien problem. Olivier Coipel bardzo spodobał mi się w „Thorze” J. Micheala Straczynskiego. Swoją charakterną i nieco zawiadiacką kreską wyróżniał się pośród dziesiątków „artystów”, rysujących na jedno kopyto, bez krztyny jakiejkolwiek oryginalności. Coipel ze swoim specyficznym stylem rysowania postaci w bardzo przysadzisty, wręcz kwadratowy sposób pozytywne się wyróżniał. Warsztatowa sprawność połączona z wyczuciem konwencji i europejskim temperamentem (Coipel z pochodzenia jest Francuzem) dawała ciekawe efekty, ale… Właśnie, w przypadku „Rodu M” pojawia się ale, bo niektóre fragmenty wydają mi się bardzo niedopracowane, zrobione wręcz niedbale. Nie mogę z czystym sumieniem zachwycać się grafiką „Rodu M”, ale kilka scen zrobiło na mnie piorunujące wrażenie – choćby ta ze spacerującym w powietrzu Magneto nad ruinami Genoshy.

niedziela, 8 lipca 2012

#1073 - Nowy początek Marvela

W Marvelu umieją liczyć. W obliczu oszałamiających wyników sprzedaży Nowej 52 włodarze Domu Pomysłów postanowili skopiować pomysł swojej szacownej konkurencji. Zgodnie z zapowiedziami, że po zakończeniu trwającego właśnie eventu "Avengers vs. X-Men" nic nie będzie już taki samo. Pod banderą Marvel NOW! zostanie otwarty nowy rozdział w historii największego amerykańskiego wydawnictwa komiksowego. 

Wraz z finałem "Avs.X" w Domu Pomysłów rozpocznie się nowa era. W ramach Marvel NOW! krajobraz Ziemi-616 zostanie ukształtowany na nowo. Skojarzenia z Nową 52 nasuwają się same, ale Axel Alonso mocno podkreśla, że nie jest to reboot, tylko nowe otwarcie. Sięgająca lat sześćdziesiątych chronologia (wraz z póżniejszymi zmianami i mniejszymi, lub większymi retconami) ma zostać zachowana - pilnowane przez fanbojów continuity ocaleje nietknięte. Na czym zatem polegać będą zmiany? Joe Quesada mówi o redesignie kostiumów, zmianie nastawienia niektórych postaci, ale też o zupełnej zmianie charakteru innych. Przyczyną tych zmian ma być finał starcia dwóch największych "marek" Marvela. W przeciwieństwie do rewolucji w DC ocaleje numeracja niektórych tytułów (pewniakiem jest "Daredevil", a czuje, że podobnym wyjątkiem będzie choćby "The Amazing Spider-Man"), a praca żadnego z twórców nie zostanie przerwana w pół runu. Jak podkreśla Alonso wszystkie niewyjaśnione wątki od czasów "House of M" mają znaleźć swój satysfakcjonujący finał. Zmiany będą wprowadzane stopniowo - począwszy od października, aż do stycznia co tydzień będzie ukazywała się nowa seria. W sumie, według słów Toma Brevoorta ma ich być ponad 20. Żadna z obecnie wydawanych serii nie zostanie zamknięta.

Na razie oficjalnie zapowiedziano cztery nowe on-goingi z jedynką na okładce. Każdy z nich ma być idealną okazję dla nowych czytelników, aby móc rozpocząć swoją przygodę z komiksami Marvela. Brian M. Bendis opuszcza komiksową rodzinę Mścicieli, aby zająć się mutantami. Jonathan Hickman po epickim finale runu w "Fantastic Four" zajmie się Avengers, natomiast Rick Remander będzie pisał flagowy tytuł NOW!, czyli "Uncanny Avengers", którym występować będą prominentni członkowie X-Men i Avengers. Potwierdzony został udział Kapitana Ameryki, Scarlet Witch, Thora oraz Wolverine`a, Rogue i Havoka (zwróćcie uwagę - wszystkie panie noszą spodnie!). Ten ostatni, według scenarzysty, ma stać się jedną z najważniejszych postaci w nowym uniwersum Marvela. Seria rysowana przez Johna Cassaday`a ma stanowić pomost, rozpięty pomiędzy społeczeństwem mutantów, a ludzką populacją i Mścicielami. Pierwszym villainem ma być Red Skull, który w swojej nowej wersji będzie chciał zlikwidować całą mutancką rasę. "All-New X-Men" określane jest przez Bendisa jako komiksowy odpowiednik filmów Roberta Altmana. Oryginalny skład X-Men, prosto z lat sześćdziesiątych przybędzie do naszej rzeczywistości, która będzie dla nich o wiele bardziej przerażająca, niż najbardziej ponure alternatywne przyszłości, jakie znają. Oznacza to jedno - powrót Jean Grey. Będzie to jej pierwsze pojawienie się od czasów śmierci w runie Granta Morrisona w 2004 roku. "To rzecz, na którą fani X-Men czekali od zawsze - chcieli powrotu Jean Grey. Ale nie chcieli kolejnego zmartwychwstania, kolejnego taniego powrotu zza grobu tylko starą, dobrą Marvel Girl" - mówi scenarzysta. Oprawą graficzną ma zająć się Stuart Immonen.

Natomiast w "Avengers" zobaczymy zarówno duże, epickie historie, które Hickman tak bardzo lubi oraz nieco mniejsze, jednozeszytowe fabuły. Pierwsza historia będzie zatytułowana "Avengers World", skład Mścicieli będzie składał się z 18 członków i będzie mieszankę zarówno nowych postaci, marvelowskich ikon, jak i herosów z trzeciej ligi. Te wielkie, zaplanowana na pięć, sześć numerów historie będą przewijały się z krótszymi, znacznie bardziej kameralnymi opowieściami, skupionymi na poszczególnych postaciach. Na razie Hickman nic więcej nie chce zdradzić, oprócz tego, że w zespole nie braknie miejsca dla Shang-Chi. W "Avengers" będzie współpracował z Jerome Openą, potem kolejne historie narysują Adam Kubert, Dustin Weaver i Mike Deodato. Steve Epting rysował będzie natomiast nowe wcielenie "New Avengers". Kolejne z premierowych serii będą startowały w październiku ("Uncanny Avengers"), listopadzie ("All-New X-Men"), grudniu ("Avengers") i styczniu ("New Avengers"). Pewniakiem jest również restart serii "Thor", "Iron-Man" i "Captain America".

Do każdego zeszytu zostanie dołączony zostanie specjalny kod pozwalający na ściągnięcie jego cyfrowej wersji. Oprócz tego, premierowe numery zostaną wzbogacane o dodatkowe materiały, dostępne wyłącznie przez platformę Marvel AR. Pomimo tych elektronicznych wodotrysków cena papierowego zeszytu nie ulegnie zmianie, w przeciwieństwie do szaty graficznej. Jak możecie zobaczyć na ilustracji obok, okładki będą utrzymane w bardziej plakatowo-filmowym stylu, a design stanie się bardziej elegancki. Mnie się podoba. Podobnie zresztą jak zmiany kostiumów. Z wyjątkiem wyglądu Hulka (którego cybernetyczne wstawki mają zostać wyjaśnione w finale jego serii) i Cyclopsa niemal wszystkie stroje zachowują wierność klasycznym krojom i wprowadzają powiew świeżości. Czy tak właśnie będą wyglądały komiksy Marvel NOW? Po przygodzie z Nową 52, widząc co dzieje się w branży superbohaterskiej jestem raczej sceptycznie nastawiony, ale z ciekawością przyglądam się zapowiedziom Domu Pomysłów.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

#1063 - New Avengers t.03: Kłamstwa i tajemnice

Na kolejne tomy "New Avengers" czekam prawie tak, jak na kolejne zeszytówki od Semika. Brianowi Bendisowi, jak mało komu, udało uchwycić się tego samego superbohaterskiego ducha, który w swoich dziełach zaklęli Lee z Kirby`m, Claremont i Byrne`a czy spółka Micheline-McFarlane. A same albumy od Muchy pięknie pachną farbą drukarską, co jeszcze pogłębia mój nostalgiczny nastrój, Niestety, niekiedy scenarzysta z Cleveland nie potrafi stanąć na wysokości zadania. Szwankuje wykonanie, na wierzch wychodzi wychodzi pośpiech. Trzymając się tej metafory ducha, to może i on zostaje zachowany, ale litera wychodzi jakaś taka koślawa.

Na kolejny tom serii zatytułowany "Kłamstwa i tajemnice" składają się dwie historie. W pierwszej - trzyczęściowym "Roninie", Nowi Mściciele wraz z tytułowym, zamaskowanym herosem udają się do Japonii w pościg za Silverem Samuraiem. W drugiej, tytułowych "Kłamstwach i tajemnicach" pokazane zostaną skutki tej orientalnej wycieczki, a sekret powrotu Spider-Women i jej mocy zostanie wyjaśniony. Przynajmniej, w pewnym stopniu, jak się później może okazać. Wciąż ciągnie się szpiegowski wątek wielkiej konspiracji, kretów w S.H.I.E.L.D., gnijącej Hydry i zniknięcia Nicka Fury`ego, który rozpoczęty został podczas "Tajnej wojny". I będzie on jeszcze długo przewijał się w pisanych przez Bendisa (i nie tylko) komiksach. Co ciekawe, w obu tych historiach główne role odgrywają kobiety. W pierwszej reflektory skierowane są na pewną tajemniczą znajomą Daredevila, szefującą Hydrze Viper i Spider-Woman, a w drugim - pierwsze skrzypce gra znowu Jessica Drew, Ms. Marvel, a swoje momenty mają również Kat Farrel i Jessica Jones. Szkoda, że wszystkim tym dziewczynom show kradnie J. Jonah Jameson, który na łamach "Bugle`a" opisuje prezentację nowego składu Avengers. Za takie właśnie momenty kocham to, co z superbohaterszczyzną wyprawią Bendis.

Wyprawę do Japonii zilustrował David Finch, znany z pierwszego tomu "New Avengers". Pisząc o jego kresce, wypadałoby powtórzyć to, co padło przy okazji "Ucieczki". To zakorzeniona w stylistyce lat dziewięćdziesiątych, obfitująca w tusz konkretna amerykańska krecha. Monstrualne mięśnie, nienaturalnie rysowane twarze i paskudne, kolory z komputera, do których wychowani na klasykach z lat osiemdziesiątych czytelnicy, tacy jak jak, się nigdy nie przyzwyczają. Zupełnie inny styl prezentuje Frank Cho. Koreańsko-amerykański artysta operuje bardzo czystą, miękką kreską, podobną do tego, co wychodzi spod rąk Stuarta Immonena czy Steve`a McNivena. Bez bicia przyznam, że jest to jeden z moich ulubionych mainstreamowych rysowników. Także z tego powodu, że uchodzi za jednego z największych specjalistów od portretowanie kobiecych wdzięków. Ma bardzo charakterystyczną manierę rysowania kobiet - zamiast typowych dla konwencji super-hero przerysowanych, biuściastych anorektyczek, Cho rysuje obficie wyposażone panie przy kości, z pewnym elementarnym poszanowanie damskiej anatomii (na tyle, na ile to możliwe w komiksie tego typu). Przez złośliwców porównywane do wąsatych atletek z NRD, mają jednak swój nieodparty urok i co tu dużo mówić - wręcz ociekają seksualnością, wyginając się przed nastoletnim czytelnikiem w wyzywających pozach (przyjrzyjcie się dobrze Ms. Marvel podczas walki z Klawem). Co ciekawe Cho taki efekt uzyskuje nie przez deformacje i przerysowanie, ale właśnie zachowanie anatomicznych proporcji (powtórzę - na ile to takim komiksie jest wykonalne).

"Kłamstwa i tajemnice" trzymają bendisowy poziom serii. Pełnokrwiste, żywe dialogi - nikt w branży nie pisze Spider-Man i Wolverine`a, jak Bendis. Kilka niezłych linijek dostało się Kapitanowi Ameryce i Luke`owi Cagowi. Zabawy z inwersją czasową i ogólnie ze sposobem przedstawiania wydarzeń urozmaicają tok opowieści. Podobnie, jak oddanie na moment Ms. Marvel funkcji narratorki. W porównaniu z "Sentry`m" w trzecim tomie brakuje nieco tego nieszablonowego podejścia do superbohaterskich klisz, ale w komiksie, jak zresztą w całej serii, da się wyczuć pewne ironiczne zdystansowanie do całego tego ultraheroicznego, do bólu patetycznego sztafażu. 

Teraz, dla wydawnictwa Mucha Comics zaczynają się schody. Wprowadzenie Carol Danvers było związane z tym, co wydarzyło się podczas "House of M" i powiązana mocno z mitologią Avengers, ale bez znajomości jednego i drugiego dało się jakoś przełknąć ten wątek. Jednak w kolejnych trejdach zaangażowanie flagowej przecież serii Marvela w najważniejsze wydarzenia dziejące się na Ziemi-616 będzie już tylko rosło. Następny zapowiadany album - "Kolektyw" - opisuje bezpośrednie konsekwencje działań Wandy Maximoff. Oczywiście, da się ten komiks czytać bez znajomości pewnych tradycji i motywów, odłączyć je od historii, z którymi są bezpośrednio połączone, a to, co czytelnikowi niezbędne do podjęcia lektury dopowiedzieć w posłowiu.

Ale czy didaskaliami będzie się dało zatuszować nieobecność głównej mini-serii "Marvel Civil War" czy "Secret Invasion", do których w pewnym momencie "New Avengers" stają się tylko dodatkiem? Nie dość, że marvelowscy "Nowi Mściciele" są hermetyczni, jak każdy przeciętny superbohaterski komiks (czyli jak cholera) to jeszcze Musze opłaca się publikować tylko wycinek większej całości. Nie mówię, żeby wydawać wszystkie tie-iny jak leci, ale dla potencjalnego czytelnika, który jest fanbojem ("gdzie kluczowy numer tej ważnej serii, bez którego nie wiemy, dlaczego główny bohater zmienił fioletowe skarpety na czerwoną zbroje, do diaska!?") albo "zwykłego czytelnika" ("co to za cholerni, zieloni kosmici i co robią na ziemi, do diaska?") lektura serii wydawanej w tak "okrojonej" wersji może okazać się albo niemożliwa, albo niesprawiająca czytelniczej radości.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

#915 - New Avengers t.02: Sentry

Drugi tom opowiadający o losach nowego wcielenia legendarnych Avengers teoretycznie stanowi idealny komiks dla czytelników, którzy wychowywali się przy kolejnych pozycjach wydawanych przez TM-Semic. Scenarzyści proponują bowiem odbiorcy niewyszukaną, ale całkiem sentymentalną i bezpretensjonalną zabawę. Jest dowcipnie, przede wszystkim zaś autoironicznie, co stanowi największy atut "Sentry". Szkoda tylko, że w pewnym momencie robi się nazbyt poważnie, a rzecz okazuje się jakościową równią pochyłą.

To, co dzisiaj mogłoby śmieszyć niemłodych już czytelników - jak choćby ogromna naiwność opowiadanej historii i wszystkie tego konsekwencje - już na samym początku komiksu wzięte jest w cudzysłów. Scenarzyści wprowadzają zdrowy dystans, dzięki któremu lektura ich dzieła jest naprawdę zabawna i przyjemna. Wystarczy choćby spojrzeć na pozy, jakie przybierają kolejne postaci poubierane w kolorowe trykoty - ich "pomnikowość" z miejsca zostaje wyszydzona. Nie poprzez ich ewentualną karykaturalność - wszak autorzy ewidentnie darzą swoich bohaterów pozytywnymi uczuciami - lecz poprzez słowa jednej z nich. "Rety, w pozowaniu jesteście nieźli" - mówi do swoich towarzyszy Spider-Man, kiedy szykują się do starcia z pewnym złoczyńcą. Dopiero po tej kwestii bezpardonowa walka będzie mogła dojść do skutku. Zaś dzięki kolejnym nieustanne mordobicie, jakiego uświadczymy, nie będzie miało jakichkolwiek znamion wtórności czy bezsensu. Rozpierducha będzie prosta i przewidywalna, ale nie będzie to jej absolutnie w niczym ujmować. Najważniejsza jest zabawa, zaskakująco świeża.

Druga część opowiadanej historii rozpoczyna się jeszcze lepiej - oto bowiem przenosimy się do świata komiksu sprzed jakichś czterdziestu lat. Doskonała stylizacja, wreszcie nawał okropnie naiwnych sytuacji i pretensjonalnych dialogów, które dzięki ponownemu wzięciu w cudzysłów czynią ten fragment najzabawniejszym i najlepszym z całego tomu. Szkoda, że jest taki krótki. Przede wszystkim jednak szkoda, że po nim autoironii jest już stopniowo coraz mniej. Na kartach opowieści jako jedna z postaci pojawia się sam scenarzysta komiksu, Paul Jenkins, czym wprowadza nie lada zamieszanie. Kiedy sytuacja wyjaśnia się "Sentry" staje się nagle historią opowiadaną na poważnie. Staje się też najprawdziwszym wehikułem czasu mającym uczynić odbiorcę nieco młodszym, niż obecnie jest. Scenarzyści już go nie dystansują, lecz wprowadzają w sam środek akcji. Niestety, jak dla mnie, wehikuł ten okazuje się nie tyle wadliwym, co bezsensownym. Poprzez niego autorzy strzelają sobie w stopę. Pozbywają się największych plusów dzieła, zastępując je sztampą.

Historia znacznie komplikuje się, ale szybko wychodzi na jaw, iż "nie taki diabeł straszny". Problem polega na tym, że jej podstawą są liczne, a przede wszystkim bardzo, ale to bardzo dosadne dialogi, które wyjaśniają odbiorcy więcej niż trzeba. W pewnym sensie traktują go jak przygłupa. Niejako dla ożywienia sytuacji podpartej naiwną, czasem nawet graniczącą z bełkotem "psychoanalizą" tytułowego bohatera, pojawiają się krótkie sceny akcji. Nie tylko jednak wcale opowieści nie ożywiają, ale wręcz dobijają ją. Przewija się w nich cała masa postaci, ale żadna z nich nie różni się niczym od pozostałych, pomijając oczywiście sam wygląd czy super-moce. Wszystkie są nijakie, pozbawione jakiegokolwiek charakteru. To skaczące i krzyczące kukiełki, sztucznie dramatyzujące opowiadaną historię. W ten sposób "Sentry" z komiksu naprawdę dobrego robi się komiksem niezbyt interesującym, a przynajmniej dla mnie. Podczas lektury śmiałem się cały czas. Tyle że początkowo śmiałem się tam, gdzie autorzy chcieli bym się śmiał, a później zupełnie na odwrót.

wtorek, 15 listopada 2011

#900 - Dark Avengers

„Civil War” miała potencjał stać się kolejnym kamieniem milowym w historii amerykańskiego przemysłu komiksowego. Gdyby do tego doszło, Mark Millar chodziłby dziś w glorii tego, który wprowadził obrazoburcze i rewolucyjne idee Alana Moore`a do największego świata zamieszkałego przez superbohaterów. Niestety, redaktorzy Domu Pomysłów rakiem wycofali się z większości radykalnych, ale bardzo odświeżających pomysłów przedstawionych na kartach „Wojny Domowej”. Zrezygnowali z programu Inicjatywy, ożywili Steve`a Rogersa i ponownie wsadzili go w trykot Kapitana Ameryki. Wyrzucili do kosza kilka ostatnich lat z życia Tony`ego Starka i kazali zapomnieć wszystkim, kto kryje się za maską Człowieka Pająka. W jaki sposób? „It`s magic!”

Podobnie stało się z kluczowym dla fabuły „CW” pomysłem rejestracji zamaskowanych herosów, który został ordynarnie zamieciony pod dywan na początku „Heroic Age”. Nieco wcześniej Brian M. Bendis podjął ten wątek w okresie, kiedy większość komiksów Domu Pomysłów opatrzona była szyldem „Dark Reign”. Pomysł był w swojej prostocie genialny – skoro to nie moralne imperatywy sankcjonują działalność superbohaterów, tylko rządowe i demokratyczne instytucje, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby w obronie biednych i uciśnionych stawali ci, którzy skutecznie sobie z tym poradzą. Zakończenie „Secret Invasion” pokazało, że z inwazją zmiennokształtnych kosmitów, którzy chcą podbić naszą planetę, lepiej od Thora czy Iron-Mana poradzi sobie oddział trzymanych na krótkiej smyczy supervillainów z bogatą przeszłością kryminalną. Czy zatem o prawdziwym bohaterstwie może decydować skuteczność w działaniu, karność wobec przełożonych i kilku specjalistów, dbających o wizerunek w mediach, a nie pokręcony kodeks etyczny „herosów”, których wielka moc idzie w parze z wielką odpowiedzialnością? Dobre pytanie, które, jak sądziłem, Bendis spróbuje sobie zadać. Tak czy siak, pomysł na sytuację, w której wreszcie ci źli wygrywają, miał w sobie olbrzymi potencjał i stwarzał wielkie pole do popisu…

Flagowym tytułem „Mrocznych Rządów” mieli być „Dark Avengers”. Norman Osborn, jak zwykle grany przez Tommy Lee Jones`a, psychopata i przedsiębiorca, oryginalny Green Goblin, a obecnie szef Thunderbolts – grupy zreformowanych superprzestępców – podczas bitwy w nowojorskim Central Parku kilkoma strzałami ratuje ludzkość, zabijając królową Skrulli. Jego heroiczny czyn zapewnia mu stanowisko dyrektora S.H.I.E.L.D., na którym zluzował skompromitowanego Tony`ego Starka. Marzenia o władzy nad światem, które roi sobie każdy superłotr, spełniły się właśnie jemu. Wykorzystując czas, w którym najwięksi ziemscy bohaterowie przeżywają trudne chwile, nowy szef najpotężniejszej agencji wywiadowczej na świecie organizuje tajne stowarzyszenie najbardziej prominentnych supervillainów, z którymi zza kulis razem pociąga za sznurki globalnej geopolityki. To jednak ciągle mało dla największego wroga Człowieka-Pająka. Osborn zapragnął mieć swój własny zespół Mścicieli.

Z bazy Thunderboltsów w Kolorado zabrał do Nowego Jorku Mac Gargana, byłego Scorpiona, a obecnego nosiciela symbiontu Venoma oraz Moonstone, nie do końca zrównoważoną liderkę drużyny. W zespole znaleźli się również: syn Wolverine`a – Daken, Bullseye przebrany w strój Hawkeye`a, Noh-Varr udający Kapitana Marvela, a skład uzupełnili byli Mściciele – Ares i Sentry oraz funkcjonariuszka H.A.M.M.E.R. (bo tak wtedy nazywało się S.H.I.E.L.D.), Victoria Hand. Sam Osborn, grzejąc się w blasku fleszy i kamer, założył zbroję Iron Patriota i osobiście stanął na czele nowego zespołu, który ma pilnować porządku na świecie.

Niestety, akcenty na postacie zostały bardzo nierównomiernie rozłożone. Pierwsze skrzypce gra Osborn, w chórkach wtórują mu Ares i Hand, kilka niezłych one-linerów ma Bullseye, a średnio interesujący wątek Sentry`ego ciągnie się przez całą serię jak flaki z olejem. Reszta postaci stanowi jedynie kolorowe tło. W porównaniu z „Thunderboltsami” Warrena Ellisa, z którego pomysłów obficie czerpie się w „Dark Avengers”, wypada to bardzo blado. Powiem więcej – z ociekającego klaustrofobicznym klimatem, pełnego szaleństwa i perwersji komiksu, Bendis zrobił generic superhero comic book. Zwykłą, ordynarną nawalankę. W jego wykonaniu zwykle takie prace prezentują się nieco powyżej marvelowskiej przeciętnej i tak było w tym przypadku. Gołym okiem jednak widać, że scenarzysta wypracował sobie kilka schematów, które w nieco zmienionych konfiguracjach, stosuje w pisanych przez siebie komiksach. To strasznie irytująca maniera. Pisanie kilku serii równocześnie, panowanie nad całą Earth-616 i udzielanie się w animowanym oddziale Marvel Studios, nie sprzyja jakości tekstów Bendisa. Nie mnie wyrokować, czy obecny scenarzysta „Avengers” i „New Avengers” zwyczajnie się wypalił (przynajmniej na superbohaterskim poletku), ale faktem jest, że w tej roli prochu już raczej nie wymyśli.

W albumach „Assemble” (pierwszym) i „Molecule Man” (trzecim – pomiędzy nimi znajduje się jeszcze crossover „Utopia”) są potężne splashe i spektakularne walki z Morganą le Fay i Molecule Manem, a brakuje opowieści fabuły. W „Dark Avengers” mało jest komiksowego mięsa, a dużo niepotrzebnych, prowadzących ostatecznie donikąd dialogów, dużo jest podgrzewania atmosfery, efekciarskich cliffhangerów i tanich zagrywek. Balansowanie na granicy obłędu przez Osborna przypomina przemianę Anakina Skywalkera w Vadera w „Zemście Sithów”, a umierający w co drugim zeszycie Sentry to jakaś groteska. Gwoli sprawiedliwości są też momenty, gdzie Bendis pokazuje moc. Najlepszym tego przykładem telewizyjny wywiad, w którym Norman daje odpór zarzutom Clinta Bartona. Proste, świetnie rozegrane i łapiące za jaja.

Mike Deodato Jr. pasuje jak żaden inny komiksowy artysta do takiego komiksu, jak „Dark Avengers”. Brazylijski rysownik udowodnił to zresztą na łamach wspomnianych „Thunderbolts”. Często nazywa się go zaginionym, trzecim z braci Kubertów, nadużywającym tuszu i koloru czarnego, ale dla mnie to jeden z tych pogrobowców Jima Lee, którym udało się odnaleźć własny styl. Piekielnie zdolna bestia, która będąc w szczytowej formie zjada na śniadanie Davida Fincha i Leinila Francisa Yu. Tak się jednak składa, że podczas pracy nad „DA” po prostu mu nie szło. Znakomite kadry zbyt często przeplatał z ilustracjami na żenującym poziomie. Szczególnie fatalnie wychodziły mu tła i wszystkie elementy technologiczne (statki, zbroje, bronie). Nawet zabawa z przestrzennym komponowaniem kadrów nie była mu w stanie pomóc. Z kronikarskiego obowiązku wspomnę jeszcze, że w niektórych scenach w drugim trejdzie wspomagał go Greg Horn.

Mocno wierzyłem w „Mrocznych Mścicieli”. Możliwości były naprawdę olbrzymie. Osborn pod przykrywką superbohaterskiej działalności załatwiający sobie własne porachunki – czemu nie? Obraz nowego reżimu tropiącego i mordującego skrytych w podziemiu i organizujących ruch oporu herosów „starego systemu” – jak najbardziej! A wyszło, jak to zwykle wychodzi w przypadku pozycji szumnie zapowiadanych przez Marvela – pompowany kolejnymi zapowiedziami balonik oczekiwań pękł. I szkoda tylko naprawdę fajnego pomysłu, który zmarnował Bendis.

środa, 2 marca 2011

#706 - New Avengers t.01: Ucieczka

Historia sformowania się pierwszego składu "nowych" Mścicieli rozpoczyna się w pół roku po wydarzeniach przedstawionych na kartach "Avengers: Disassembled". Po najtragiczniejszym dniu w historii Największych Ziemskich Bohaterów, w którym Scarlet Witch przeżyła załamanie nerwowe i straciła kontrolę nad swoimi mocami, po śmierci Hawkeye'a i Visiona, Avengers się rozpadli. Ale jak życie nie znosi pustki, tak amerykański rynek komiksowy potrzebuje tytułu, w którym flagowi herosi Domu Herosów łączą swe siły, aby powstrzymać zagrożenie przewyższające ich indywidualne możliwości.
Pracując nad nową wizją Mścicieli Brian M. Bendis skorzystał z przepisu Granta Morrisona na Ligę Sprawiedliwości. W "JLA" szkocki autor zebrał w jednym zespole ikonicznych herosów DCU i wyszykował dla nich przygody, które do dziś porażają swoim rozmachem. Konglomerat czołowych twórców (ilustracjami do serii zajmowali się między innymi Leinil Francis Yu, Olivier Coipel czy Frank Cho), zestaw największych gwiazd (Kapitan Ameryka, Iron-Man, Spider-Man i Wolverine), wymieszany ze świeżą krwią (Luke Cage, Sentry i Spider-Woman) i nowymi pomysłami Bendisa miał zagwarantować sukces serii "New Avengers".

I rzeczywiście, ożywcza formuła się sprawdziła. Komiks niemal z miejsca stał się przebojem, zjednując sobie zastęp wiernych fanów, choć nie brakowało malkontentów, tęskniących do estetyki Srebrnej Ery. Akurat "Ucieczka", premierowy tom tej serii, trzyma się jeszcze mocno tradycyjnych schematów opowieści o Mścicielach. Pojawia się już jednak charakterystyczny bendisowy humor, zabawa z konwencjonalnymi chwytami, kruszenie strasznie poważnej konwencji "epic super-hero story" szczyptą ironii i skrobaniem w czwartą ścianę. Trudno nie mieć zdrowego dystansu do utworu, w którym grupa nadmiernie umięśnionych mężczyzn w kostiumach trafia na Antarktydę, po której biegają dinozaury, roznegliżowane dzikuski, prezentujące dopuszczalną dawkę nagości w komiksach dla młodzieży oraz mutanci, będący efektem eksperymentów genetycznych byłego jeńca hitlerowskich obozów. Hej, Marvel aż sam się prosi o podśmiechujki!

Brakuje jeszcze w "Ucieczce" tych elementów, dzięki którym "NA" wyróżniali się w zalewie przeciętnej, superbohaterskiej sieczki. Bendis wychodząc z założenia, że z opowieści o ubranych w kolorowe trykoty mięśniakach na poziomie treści zbyt wiele nie da się już wycisnąć, skupił się na formie. Burząc zwyczajny chronologiczny układ fabuły licznymi retardacjami, mnożąc retrospekcje, mieszając w strukturze przyczynowo-skutkowej, maksymalnie uatrakcyjnia superbohaterską sztampę. Świetnie będzie to widać w późniejszych tomach serii, w tym w moim ulubionym "Revolution", natomiast "Breakout" (który z kolei do moich faworytów nie należy) może się poszczycić kilkoma momentów. Efektowne wejście Marii Hill w finale, subtelnie zapowiadające pewne wątki z "Civil War", sposób, w jaki Sentry załatwił Carnage'a, któremu udało się nawet stać internetowym memem, czy większość przezabawnych wejść Człowieka Pająka to kilka z takich przebłysków Bendisa.
David Finch nigdy nie należał do moich ulubionych rysowników, ale trzeba uczciwie przyznać, że w "New Avengers" wspiął się na wyżyny swoich możliwości. Jego późniejsze prace w Marvelu, między innymi przy "Ultimatum", prezentują się blado w porównaniu z wydanym pierwotnie w połowie zeszłego dziesięciolecia albumie. Jego grubo ciosana, tęga krecha, gęsto podlano tuszem przywołuje efektowny styl najpopularniejszych rysowników lat dziewięćdziesiątych – Jima Lee czy Whilce'a Portacio.

Cieszę się, że Musze mimo wielu problemów udało się w końcu wystartować z polską wersją "New Avengers", która ucieszy wszystkich fanów super-hero (o ile jeszcze nie posiadają w swoich kolekcjach wersji oryginalnej). Zastanawiam się jednak, jak duński wydawca poradzi sobie z uwikłaniem on-goinga pisanego przez Briana M. Bendisa w największe marvelowskie wydarzenia ("Civil War", "Secret Invasion", "Siege"), które bardzo trudno czytać bez znajomości kilku innych tytułów. Co zrobi w sytuacji, kiedy "NA" będą bezpośrednio łączyć się z innymi, pokrewnymi seriami ("Mighty Avengers" i "Dark Avengers")? Obszerny komentarz i nakreślenie kontekstu raczej nie wystarczą, aby lektura pojedynczego tomu stała się satysfakcjonująca…

środa, 15 grudnia 2010

#643 - The Pulse

W tych trudnych czasach dla mediów papierowych "Daily Bugle" kiepsko się sprzedaje. Nie dość, że przegrywa konkurencję z nowymi mediami, całodobową telewizją informacyjną i internetem, to jeszcze linia programowa proponowana przez J. Jonaha Jamesona niezbyt odpowiada czytelnikom. Delikatnie mówiąc. Szkalujący na każdym kroku "masked vigilantes" tabloid nie jest chętnie kupowany przez nowojorczyków zakochanych w swoich bohaterach. Aby przetrwać na rynku "Bugle" będzie musiał dać ludziom to, czego chcą, nawet jeśli doprowadza to JJJ'a do szaleństwa. Wydawca przełykając gorzką pigułkę zgadza się na "The Pulse". Kolumną, w której superbohaterowie będą pokazywani z nieco lepszej strony, ma prowadzić Jessica Jones."The Pulse", seria licząca sobie zaledwie 14 zeszytów, zamyka się w trzech wydaniach zbiorczych i jest w pewnym sensie kontynuacją wydawanej w MAXie serii "Alias" (o której mam nadzieję w niedalekiej przyszłości również napisać). Brian M. Bendis opowiada dalsze losy Jessiki Jones, ex-superbohaterki ze stażem w Avengers, znanej jako Jewel, byłej prywatnej pani detektyw, a obecnie pozostającej na bezrobociu przyszłej matki. Desperacko poszukująca stałej posady znajduje zatrudnienie w cieszącym się fatalną opinią szmatławcu. Wraz z Benem Urichem mają dać to, czego czytelnicy "Faktu" czy "Super-Expressu" chcą najbardziej – "inside scoop" prywatnego życia super-celebrytów z nadludzkimi mocami, zobaczenia ludzkiej twarzy skrywanej za kolorową maską, skandali, usuniętych ciąż i analizy romantycznych konfiguracji w Avengers.

Trudno jest wymyślić coś nowatorskiego i świeżego w temacie superhero po Alanie Moorze i Franku Millerze, Kurcie Busieku i Marku Waidzie, Marku Millarze i Brianie K. Vaughanie. Bendis próbuje jednocześnie zobaczyć superbohaterski mit z nieco innej perspektywy (pomysł na bugle'ową kolumnę) i prezentuje nieco inny model heroizmu (czyli "working class super-hero mom" Jessika Jones). Oczywiście nie sposób uznać jego pomysłów za oryginalne, bo seria zapowiadała się na "Marvels" w odcinkach, ale potencjał "The Pulse" i tak był ogromny. I przez Bendisa został zupełnie roztrwoniony, bo komiks traktuje o czymś zupełnie innym…Pierwsza historia bardziej skupia się na odgrzebanym po raz kolejny konflikcie Spider-Mana z Normanem Osbornem, niż na zatrudnieniu Jones u Jamesona i nie mogę znaleźć innych, niż koniunkturalne, powodów na sięgnięcie po jeden z najbardziej ikonicznych wątków Marvela. "Secret War" można potraktować, jako tie-in do bendisowej "Tajnej Wojny", nic ciekawego nie wnoszący do głównego wątku. Dopiero w trzecim i ostatnim trejdzie "Fear" Ben Urich dotyka dość ciekawego motywu bohatera upadłego i skundlonego, choć historia z D-Manem nie do końca wypada przekonująco. W roli reportera śledczego musi poradzić sobie sam, bo jego partnerka zajęta jest rodzeniem dziecka. "The Pulse" zamyka pierwszy annual "New Avengers", w którym Jessica mówi sakramentalne tak i czyni z Luke'a najszczęśliwszego faceta pod słońcem. Szkoda tylko, że ta historia do całości pasuje, jak pięść do nosa.Pracą nad oprawą wizualną podzielili się artyści, z którymi Bendis lubi współpracować. Mark Bagley nigdy nie należał do moich faworytów i rysując pierwszą historię nie zmusił mnie do zmiany mojego zdania. Trudy regularnej pracy przy "Ultimate Spider-Mana" wymuszające na nim ciągły pośpiech strasznie zniekształciły jego styl, który tak dobrze wspominałem ze starego, TM-Semikowego "Pająka". Brent Anderson to przeciętniak, o którym trudno napisać coś więcej, natomiast Micheal Lark prezentuje się najlepiej w tym towarzystwie. Klasyczna, bardzo prosta, ale nie pozbawiona dynamizmu, utrzymana w szarej tonacji świetnie krecha sprawia bardzo dobre wrażenie. W podobne estetyce, co prace znanego z pracy nad "Daredevila" artysty, utrzymana jest kreska Micheala Gaydosa, ale brakuje jej mu lekkości Larka. Jego rysunki jest koślawo przerysowane, momentami wręcz brzydkie.

Brian M. Bendis bardzo mnie rozczarował "Pulsem", zarzynając tak frapująco zapowiadający się koncept. Ach, ileż można by wycisnąć ze świata superbohaterów w ujęciu prasowo-medialnym, jakiż byłby to znakomity materiał na serial! Podrzędni herosi walczący o najmniejszą wzmiankę, raporty z pierwszej linii frontu, wywiady z ekipami remontowymi odbudowującymi Nowy Jork po każdym większym starciu i wreszcie herosi ciągający po sądach pismaków wypisujących o nich same bzdury i kłamstwa. Tyle tematów, tyle możliwości, świetna obsada bohaterów z redakcji "Bugle'a" (JJJ, Ben Urich, Robbie Robertson, Kat Farrel)… Wciąż nie potrafię zrozumieć, jak to mogło nie wypalić w rękach scenarzysty odpowiedzialnego za "Powers" i "Alias"?

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

#535 - Tajna Wojna

Pomysł na fabułę „Tajnej Wojny” Brian M. Bendis zaczerpnął z opowieści byłego agenta amerykańskich służb wywiadowczych, którą usłyszał w dzieciństwie. Przynajmniej on sam tak twierdzi, a rozważanie czy tak rzeczywiście było, to już kwestia drugorzędna. Szczególnie, że udało mu się znakomicie wpleść paranoiczny nastrój rozgrywek szpiegowskich na globalną skalę, w historię, w której faceci ubrani w obcisłe kostiumy okładają się pięściami i strzelają promieniami z dupy.
Aby przybliżyć, o czym „Secret War” opowiada, nie sposób nie zdradzić nieco z jego fabuły. Dyrektor marvelowskiej agencji wywiadowczej S.H.I.E.L.D., Nick Fury, prowadzi dochodzenie w sprawie dziwnych działań trzecioligowych superprzestępców. Zastanawia się skąd podrzędne szumowiny mają dostęp do superzaawansowanej technologii. Jak się okaże, ich ataki sponsorowane są przez królestwo Latverii. Dla mniej zorientowanych w geografii – Latveria jest fikcyjnym państwem w Europie, sąsiadującym z Węgrami, Rumunią, Chorwacją i (równie wyimaginowaną) Symkarią. To ostatni bastion totalitaryzmu na Starym Kontynencie, do niedawna rządzony żelazną pięścią przez arcyłotra Marvela, Doktora Dooma. Wybryki bandy zamaskowanych psychopatów na amerykańskiej ziemi można więc potraktować, jako akty terroru, wymagające podjęcia odpowiednich działań. Niestety, Fury ma związane ręce. Rząd amerykański utrzymuje bowiem bardzo zażyłe kontakty dyplomatyczne z administracją Lucii Von Bardas. Nowa latveriańska pani premier podjęła się trudu demokratyzacji swojej ojczyzny, wydatnie korzystając przy tym z pomocy finansowej USA. Fury przypuszcza, że pieniądze brane z kieszeni amerykańskich podatników wcale nie są przeznaczane na światłe reformy, tylko na futurystyczny program zbrojeniowy. Nie waha się długo z zebraniem oddziału zaufanych herosów (Kapitan Ameryka, Spider-Man, Daredevil, Luke Cage i Wolverine) i wypowiedzeniem małej, tajnej wojny Latverii.

Czytając niektóre z ostatnich komiksów autorstwa Briana M. Bendisa zdążyłem zapomnieć, jaki jest z niego cholernie dobry scenarzysta. Miło jest sobie to przypomnieć. Przede wszystkim świetnie czuje formę amerykańskiego zeszytu, w przypadku „Tajnej Wojny”, liczącego nieco więcej, niż standardowe 24 strony. Misternie przeplata wątki, rozgrywające się w różnych momentach trwania fabuły, pozostawiając czytelnikowi przyjemność poskładania ich razem, przez co gdzieś na końcu języka kołacze się porównanie go z Guy`em Ritchie. Nie sposób również nie wspomnieć o bendisowskiej ręce do pisania dialogów i operowania cliffhangerami. Na rynku komiksowym Bendis zabłysnął znakomitymi kryminałami i przyznam, że nie spodziewałem się po nim tak ciekawie pomyślanej (jak na standardy super-hero, oczywiście) opowieści sensacyjnej. Gęsto podlanej szpiegowskim sosem, z delikatną, geopolityczną nutką. W „Tajnej Wojnie” poprzez wplątanie w agenturalne układy, ubrani w kolorowe kostiumy nadludzie, mutanci, kosmici i innej maści dziwolągi zyskują nieco na realizmie. Na tej operacji najlepiej wyszły postaci trudniące się groteskowym zawodem superprzestępcy.

Z komiksami „malarskimi” zawsze jest problem. Niekoniecznie to, co pięknie prezentuje się oprawione w ramy i powieszone na ścianie, musi sprawdzić się w komiksie. Trudno odmawiać kunsztu Alexowi Rossowi, ale jego statyczny i hiperrealistyczny styl nie zawsze pasuje do komiksowej poetyki opowiadania obrazem. Na szczęście z rysunkami Gabriele Dell`Otto, który odpowiada za oprawę wizualną „Tajnej Wojny”, nie ma tego problemu. Styl włoskiego grafika przynosi na myśl bardziej ułożonego Simona Bisleya. Mniej zdeformowany, ale w porównaniu ze wspomnianym Rossem, brudniejszy i bardziej ekspresyjny. Nie ma wątpliwości, że Dell`Otto jest bardzo mocnym atutem "Tajnej Wojny".
Pierwszy numer mini-serii „Secret War” ukazał się w kwietniu 2004 roku, a na ostatni zeszyt amerykańscy czytelnicy musieli czekać aż do grudnia 2005. Tytuł cierpiał na potworne opóźnienia i tyle dobrze, że w Polsce ukazuje się od razu w wersji albumowej. Szkoda tylko, że polskie wydanie zbiorcze zostało bardzo brutalnie okrojone z prawie stu stron dodatków. Nie wiadomo jeszcze, z jakich, bo nie trzymałem w rękach rodzimej edycji, ale w oryginale znajdowało się mnóstwo bonusowego materiału. Odautorskie komentarze, mnóstwo szkiców, projektów i niewykorzystanych grafik, galeria Dell`Otto, kartoteka przestępców występujących na kartach komiksu i wreszcie uzupełniające fabułę raporty agentów Woo i Stilwella.

Do końca roku jeszcze trochę pozostało, ale ja pokusiłbym się już o stwierdzenie, że „Tajna Wojna” Briana M. Bendisa i Gabriele Dell`Otto to najciekawsza pozycja nurtu superhero, jaka wyszła w 2010. A już z pewnością jedna z najlepszych, choć w tym roku wybór był dość mizerny.

czwartek, 15 kwietnia 2010

#422 - Avengers: Disassembled

Nie ulega wątpliwościom, że Brian M. Bendis to jeden z najciekawszych scenarzystów, którzy w ostatnich latach pojawili się w obrazkowym przemyśle za Oceanem. Tym bardziej szkoda, że jego dorobek nie jest dobrze znany polskiemu czytelnikowi. Bendis swoją karierę zaczynał od kryminałów spod znaku noir - dzięki "A.K.A. Goldfish", znakomitemu "Jinx" czy nieco późniejszemu "Torso" zwrócił na siebie uwagę Todda McFarlane'a, który załatwił mu etat w Image Comics. Od pisania "Hellspawna" czy "Sama i Twitcha" dzielił go już tylko krok od pracowania dla największych...

W 2001 roku Bendis przejął "Daredevila", nieco później wystartował z "Alias". Wraz z wydawaną najpierw w Image, a potem w Marvel ICON, serią "Powers", tworzą one tercet najwybitniejszych osiągnięć Bendisa w konwencji super-hero, stawiających go tylko o stopień niżej od Alana Moore'a - twórcy wybitnego, autora "Strażników". Obsypany nagrodami, komplementowany przez krytyków i kochany przez fanów, został oddelegowany przez szefostwa Domu Pomysłów do pracy nad tytułami z "pierwszej linii". Debiutująca w 2000 roku seria "Ultimate Spider-Man" stanowiła godny XXI wieku hołd klasycznym opowieściom super-bohaterskim z lat sześćdziesiątych i okazała się olbrzymim sukcesem. W 2004 Bendis rozpoczął swoją przygodę z Mścicielami, klasyczną grupą super-herosów Marvela, właśnie od "Avengers: Disassembled". Chyba nikt się wtedy nie spodziewał, że łysy Żyd z Cleveland do końca pierwszej dekady nowego tysiąclecia, z niewielkimi jedynie przerwami ("Marvel Civil War") będzie nadawał ton całemu uniwersum Marvela. Spod jego ręki wyszły najważniejsze serie ostatnich lat ("New Avengers", "Dark Avengers", "Mighty Avengers" czy mini-seria "NA: Illuminati"), był architektem najważniejszych wydarzeń Domu Pomysłów (właśnie "Disassembled", ale także "House of M", "Secret Invasion" czy ostatnio "Siege"), w których ukształtował świat zamieszkały przez ubranych w kolorowe trykoty herosów wedle własnych upodobań. A wszystko to zaczęło się właśnie na kartach "Avengers: Disassembled"...

Zaprezentowana przez wydawnictwo Mucha Comics czteroczęściowa historia w oryginale była fragmentem większej całości. Charakterystyczne logo "Disassembled" pojawiło się na kilku innych seriach ("Iron-Man", "Captain America", "Thor", "The Spectacular Spider-Man", "Fantastic Four" żeby wymienić tylko te najważniejsze). Polski czytelnik ma zatem okazję poznać jedynie główny wątek opowieści o upadku grupy najpotężniejszych ziemskich herosów. W komiksie dzieje się dużo i szybko - posiadłość Avengers zostaje zmieciona z powierzchni ziemi, Ant-Man zostaje zabity, ciężko poturbowana Wasp trafia do szpitala, a Iron-Man zostaje skompromitowany na arenie międzynarodowej. Jakby tego było mało, powraca jeden z największych wrogów Mścicieli, zabójczy robot Ultron, a kosmiczna rasa Kree chce podbić ziemię. Znowu. Z pomocą przychodzą niemal wszyscy herosi, którzy kiedykolwiek mieli zaszczyt należeć do zespołu. Jak się okaże w finale, za wszystkimi tymi wydarzeniami stoi jedna osoba... Tak naprawdę ostatnio opowieść o Avengers nie oznacza ich końca, tylko nowy początek, w którym da się usłyszeć zapowiedz przyszłych wydarzeń "House of M" (głośniej) i "New Avengers" (nieco ciszej).

"Avengers: Disassembled" to kolejna, zwyczajna super-bohaterska rozwałka. Nie mogę powiedzieć, żeby Bendis się przy niej popisał, nie licząc sprawnie napisanych dialogów (choć rażących patosem) i dramatycznych zgonów bohaterów (którzy i tak za jakiś czas powrócą). Patrząc na tą i na późniejsze prace autora "Powers" muszę stwierdzić, że pracując dla wydawnictwa Marvel został pożarty, przeżuty i wypluty. Utonął w szarzyźnie seryjnie produkowanych historii o super-herosach, a w jego pracy nie pozostało zbyt wiele z tego, z czego słynął w czasach niezależności. Pracując nad kilkoma tytułami równocześnie nie miał zwyczajnie czasu by dopracować szczegóły, skupić się na niuansach, bo terminy goniły. Jasne, zdarzają mu się świetne momenty, choćby w "New Avengers", ale generalnie rzadko kiedy wybija się poza trykociarską przeciętność. Jeśli chodzi zaś o oprawę graficzną, to David Finch pokazał się z bardzo korzystnej strony. Jego ciosane grubą krechę i mocno nasycone tuszem rysunki mogą się podobać. Szczególnie tym, którzy tęsknią do mistrzów z lat dziewięćdziesiątych - Whilce'a Portacio czy Adama Kuberta. Dodatkowo, w "Avengers: Finale", epilogu wydarzeń z "Disassembled", swoje umiejętności zaprezentowała śmietanka grafików Marvela (Steve McNiven, Jim Cheung, Gary Frank, Micheal Avon Oeming czy Alex Maleev).

Na zakończenie chciałbym się jeszcze nieco popastwić się nad polską edycją. Mucha Comics każe sobie bardzo słono płacić za swoje komiksy, więc czytelnik ma prawo wymagać, aby były dopracowane w najmniejszym szczególe. Niestety, korekta Muchy nie od dziś ma kłopoty z wyłapywaniem literówek i poprawnym wstawianiem przecinków tam, gdzie powinny się znaleźć. Sporo zastrzeżeń można mieć również do polskiego wstępu i biogramów twórców, które zdają się być na kolanie zerżnięte z wikipedii. Nie wygląda to zbyt dobrze.

czwartek, 3 grudnia 2009

#315 - Powers

Przez cały listopad rozpisując się o "Kapitanie Żbiku", podjąłem jakby przez przypadek temat "jak nie należy robić komiksu sensacyjnego", ponieważ prawie cała seria to antyteza dobrej komiksowej roboty. Dlatego dzisiaj, w ramach swoistego epilogu, podzielę się z Wami moimi odczuciami, jakie naszły mnie po lekturze pierwszego trejda serii "Powers", o jakże intrygującym tytule "Who Killed Retro Girl?". Nie chcę jednak zdradzać odpowiedzi na te pytanie, gdyż dzisiaj interesuje mnie bardziej czy Brian Bendis (scenariusz) i Michael Oeming (rysunek) zwyczajnie dali radę?

Świat przedstawiony w "Powers" to właściwie ten sam, który odwiedzamy za każdym razem, gdy sięgamy po "trykoty" ze stajni Marvela bądź DC. Pełen jest postaci z mocami po obu stronach barykady i "zwykłych" ludzi, którzy starają się przeżyć na ich ringu. Jednak tym razem cały ten bałagan widzimy z perspektywy policjantów, dla których - właśnie z powodu świata przepełnionego superbohaterami - jest mnóstwo roboty. I już w tym miejscu nasuwa się coś, za co można pochwalić nie tylko pierwszy trejd, lecz całą serię. A mianowicie sposób w jaki przedstawiona została policyjna robota. Dzień pracy detektywa Christiana Walkera i Deena'y Pilgrim nie jest przepełniony pościgami i strzelaninami, lecz żmudnym zadawaniem w kółko tych samych pytań i frustrującymi gierkami z podejrzanymi typami. Ta przygnębiająca monotonia bardzo rzadko przerywana jest jakąś stereotypową "akcją", lecz wtedy narracja przyspiesza jak po zastrzyku z adrenaliny i jest to odczuwalne także dla czytelnika. A kiedy serce przestaje szybciej bić, nie zawsze oznacza to dla detektywa Walkera, że zna już rozwiązanie zagadki. Czasem pozostaje mu tylko czekać na zbieg okoliczności, ponieważ niektórych zagadek nawet ekipa z "Kryminalnych Zagadek Nowego Jorku" nie jest w stanie rozwiązać. I właśnie dlatego czytając "Who Killed Retro Girl?" ma się wrażenie, że uczestniczy się w prawdziwym śledztwie.

Lecz czym byłoby "Powers" bez tytułowych mocy, czyli superbohaterów? Tu nie należy spodziewać się niczego nowego. Dewiacje, żądza sławy i pieniędzy, megalomania oraz zapędy do bycia "sędzią i katem" - to wszystko już było, więc Bendis w kreacji tych postaci niczym nie zaskakuje, podobnie jak Oeming w graficznym przedstawieniu tychże. Dlatego na stronach "Powers" ujrzeć można wariacje na temat Daredevila, Flasha czy Savage Dragona. Lecz nie zapominajmy, że tutaj trykot jest tylko tłem, więc i silenie się na oryginalność nie ma zbyt wielkiego sensu. Jednak dobór superbohaterów w pierwszym trejdzie zasługuje na podkreślenie. Po pierwsze, przez całą historię, nie licząc końcowej interwencji TripHammera (męskiej personifikacji testosteronu), przewijają się tylko kobiety w trykotach. Po drugie, tytułowa postać to damski odpowiednik Supermana, czyli tego "pierwszego" - najpotężniejszego superbohatera. Już samo imię bohaterki jest bardzo celną "interpretacją" postaci Supermana, a co dopiero fabuła "Who Killed Retro Girl", która jest ciekawą wariacją historii o śmierci Supermana - od sceny medycznych badań ciała martwej, po przyczyny i konsekwencje jej śmierci. Całe te sfeminizowanie świata peleryn jest nie tylko ciekawe, ale i żartobliwie przewrotne, dlatego podczas lektury jest czymś więcej aniżeli tylko pretekstem do śledztwa.
Jednak dla mnie największą ciekawostką w "Powers" jest strona techniczna komiksu - narracja i grafika.
 
Michael Oeming fantastycznie posługuje się realistycznym cartoonem. Kiedy chce postaci są niczym żywcem wyjęte ze standardowego komiksu o trykotach, i możemy wtedy podziwiać dopracowane kadry. Innym razem rysunki wyglądają niemal identycznie do tych, które można było zobaczyć lata temu w klasycznych kreskówkach na Cartoon Network ("Jam Łasica", "Krowa i Kurczak", "Laboratorium Dextera"). Jednak najbardziej zachwyca nie zmienność jego kreski, lecz umiejętność z jaką rozrysowuje statyczne sceny przesłuchań bądź telewizyjnych programów. Cała seria jest nimi przepełniona, więc Oeming naprawdę się napracował by nie zanudzić czytelnika.
 
To, co wyczynia Brian Bendis w "Powers", również zasługuje na pochwałę. W "Who Killed Retro Girl?" nie tylko ciekawie wprowadza na scenę główne postaci serialu, lecz również, co już wspomniałem, przekształca koncept śmierci bohatera, i trzeba przyznać, że robi to z pazurem. Najlepsze jednak z całego komiksu są dialogi. Rozpisane są tak naturalnie i ciekawie, że chłonie się je prawie jak te z filmów Tarantino. I chwała im za to, gdyż dzięki temu nie razi ich, momentami przytłaczająca, ilość. Trzeba jednak uczciwie przyznać, że te "zachmurzenie" stron komiksu jest swoistym "pęknięciem" w naprawdę dopracowanej strukturze "Powers".
Czas powrócić do pytania postawionego na samym początku. Czy "Who Killed Retro Girl?" to dobry komiks sensacyjny? Szczerze mogę napisać, że Bendis i Oeming dają radę, nie tylko z tym trejdem, ale i całą serią. Ciekawe postaci, interesujące śledztwa (nie zawsze w pełni poważne) i ta atmosfera żmudnej policyjnej roboty. Do tego wszystkiego świetne dialogi oraz zabawa z konwencją superbohaterską, dzięki czemu otrzymujemy komiks, który nadaje się do solidnego poczytania, a nie szybkiego przekartkowania....