Jeśli po egmontowskim "Astonishing X-Men" spodziewacie się tego, co po wydanych przez Mucha Comics komiksów pod tym samym, to muszę was rozczarować - te pozycje w zasadzie nie mają ze sobą nic wspólnego. Poza tytułem, rzecz jasna. Wyjątkowość runu Jossa Whedona (i po części też Warrena Ellisa) polegała na tym, że redaktorzy Domu Pomysłów dali im pełną swobodę w pisaniu i dużą kontrolę nad serią, nie zmuszając do udziału w eventach, które ówcześnie kształtowały rzeczywistość całego świata Marvela.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X-Men. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą X-Men. Pokaż wszystkie posty
sobota, 28 marca 2020
sobota, 6 lipca 2019
#2505 - Wolverine. Staruszek Logan
Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy.
Gdy w 2010 roku komiks "Wolverine – Old Man Logan" miał swoją premierę, był małym ewenementem wydawniczym. Akcja tej historii opublikowano bowiem na łamach regularnej serii "Wolverine" vol. 3 opowiadającej o przygodach pazurzastego mutanta w prymarnym uniwersum Marvela. Tymczasem "Staruszek Logan" jest historią alternatywną, fabularnie i chronologicznie całkowicie oderwaną od pozostałych opowieści z tego miesięcznika.
Etykiety:
Ameryka,
Egmont,
lokalne,
mainstream,
Mark Millar,
Marvel,
Michał Ochnik,
recenzja,
Steve McNiven,
super-hero,
Wolverine,
występ gościnny,
X-Men
środa, 6 marca 2019
#2484 - Astonishing X-Men
"Astonishing X-Men" rozpoczyna się tam, gdzie skończyło się "New X-Men". Joss Whedon przejmuje stery po rewolucji, jaką mutantom urządził Grant Morrison i decyduje się na powrót do korzeni. W modzie znowu są kolorowe trykoty, super-bohaterskie wyczyny, ratowanie świata przed inwazją kosmitów, a w przerwach od tego wszystkiego, w zaciszu szkolnych korytarzy w Westchester rozwijane są relację pomiędzy poszczególnymi członkami grupy.
środa, 5 lipca 2017
#2340 - Uncanny Avengers #4: Pomścić Ziemię
W wyniku machinacji Bliźniąt Apokalipsy doszło do całkowitego zniszczenia Ziemi. Kat Celestian wykonał wyrok: ludzkość została zgładzona. Ocaleli jedynie nosiciele genu X, których Scarlet Witch przeniosła na statek-arkę zmierzającą na Planetę X. Akcja czwartej odsłony cyklu "Uncnny X-Men" rozgrywa się w kilka lat po eksterminacji homo sapiens. Homo superior żyją sobie w dostatku, rozwijając utopijne społeczeństwo pod wodzą Eimin.
sobota, 1 lipca 2017
#2336 - X-Men: Mordercza geneza
Pierwotnie "Deadly Genesis" publikowane było jako zamknięta w sześciu zeszytach mini-seria między styczniem, a lipcem 2006 roku. Komiks wydany został z okazji trzydziestolecia publikacji klasycznego dla dziejów mutantów "Giant Size X-Men" #1 autorstwa Lena Weina i Dave`a Cockruma. Tamten zeszyt po dziś dzień stanowi punkt zwrotny w historii X-Men.
sobota, 17 czerwca 2017
#2326 - Uncanny X-Men #3: Dobry, zły, Inhuman
Albumowe okładki serii "Uncanny X-Men" są po prostu świetne. Ilustracja jaka zdobi trójkę wygląda wspaniale. Widzimy na niej Scotta Summersa w stroju Cyklopsa, który został ukazany w typowym ujęciu popiersiowym – półpostać, przedstawienie do ramion. Głowa modela przechylona jest w kierunku prawej krawędzi ilustracji, ponieważ z drugiej strony ktoś przyciska mu lufę pistoletu.
środa, 31 maja 2017
#2316 - Uncanny Avengers #3: Czas na Ragnarok
W albumie "Czas na Ragnarok" Uriel i Eimin, czyli Bliźnięta Apokalipsy, kontynuują realizację pokrętnego planu, który ma ocalić mutantów przed przerażającą przyszłością. Dla przypomnienia: potomstwo Warrena Worthingtona i Zarazy dobrze zna przyszłość i wie, że prezydent Red Skull zamknie wszystkich nosicieli genu X w obozach internowania, które właściwie są obozami koncentracyjnymi. Rodzeństwo miało okazję doświadczyć na własnej skórze. Komiks zaczyna się od retrospekcji, w której widzimy nieudaną próbę ucieczki.
Etykiety:
Ameryka,
Avengers,
Daniel Acuna,
Egmont,
lokalne,
mainstream,
Marvel,
recenzja,
Rick Remender,
Salvador Larocca,
Steve McNiven,
super-hero,
X-Men
sobota, 4 marca 2017
#2310 - All-New X-Men #4: Tak inni
Sądzę, że wielu wielbicieli (i wielbicielek) „kolorowych zeszytów” wybierze się do kina na film "Logan: Wolverine"; sam również mam to w planach. Warto przed (lub po) sięgnąć po komiks "All-New X-Men #4: Tak inni", który kilka dni temu ukazał się w naszym kraju. Zachęcam do lektury właśnie w kontekście filmu.
piątek, 6 stycznia 2017
#2275 - Uncanny X-Men #2: Złamani
W albumie "Złamani" dostajemy dalszy ciąg opowieści o rebelii zapoczątkowanej i prowadzonej przez Cyclopsa. Uprzednia odsłona cyklu (klik! klik!) była na tyle interesująca, że na dwójkę czekałem niecierpliwie. Ciekawiło mnie w jakim kierunku Bendis popchnie akcję. Interesowała mnie odpowiedź na pytanie: czy alternatywny zespół X-Men to rewolucjoniści, czy może terroryści?
sobota, 10 grudnia 2016
#2267 - Nowa era w dziejach X-Men: czym będzie ResurrXion?
Slogany o „kolejnej erze w dziejach” i „nowej generacji” nadzwyczaj często pojawiają się w marvelowskich x-komiksach. W ostatnich latach wywracanie statusu quo w świecie mutantów urosło do rangi… statusu quo. Słynny cytat, który wielokrotnie pojawiał się na kartach „X-Men” mówiący o tym, że im bardziej coś się zmienia, tym bardziej pozostaje takie samo w obliczu nadchodzących zmian nabiera zupełnie nowego znaczenia.
wtorek, 7 lipca 2015
#1909 - All New All Different Marvel - zapowiedzi (3)
Wygląda na to, że Hulk
będzie jednym z bohaterów, którego czekają spore zmiany po
zakończeniu „Secret Wars”. W nowej serii z zielonym olbrzymem
wymownie zatytułowanej „The Totally Awesome Hulk” pod kupą
napromieniowanych promieniami gamma mięśni ma kryć się ktoś
inny, niż Bruce Banner. Kim jest „totalnie zajebisty” Hulk? Już
sam tytuł napakowany jest pychą i przesadą, co doskonale pasuje do
tego, kim nowy Hulk jest. Więcej nie mogę powiedzieć! – mówi
Greg Pak, scenarzysta serii. Ale autorzy nie zamierzają długo
trzymać w niepewności swoich czytelników - tożsamość bohatera
zdradzona zostanie już w premierowym numerze, na pierwszej stronie,
a ujawnienie tej tajemnicy będzie napędzać akcję w kolejnych
numerach. Dla Paka seria ta będzie powrotem do pisania przygód
zielonego giganta po prawie czteroletniej przerwie, ale nowy Hulka ma się
bardzo różnić od swojej „starej wersji”. Ma mieć inną
motywację do działania, zupełnie inną historię i przede
wszystkim będzie uwielbiał swoje „potworne” wcielenie. Pak
zdecydował usunąć się klasyczny motyw konfliktu między Bannerem,
a jego drugim ja, co wydaje się zabiegiem bardzo odważnym. W
pierwszej historii na gościnnych występach pojawią się Spider-Man
i She-Hulk, a oprawą graficzną ma zająć się Frank Cho.
wtorek, 23 czerwca 2015
#1894 - Death of Wolverine
Nikt z sięgających po historię zatytułowaną „Śmierć Wolverine`a” nie ma chyba najmniejszych wątpliwości, że to tylko podpucha. Chwytliwy slogan, który ma podbić sprzedaż. Głośno odbić się w komiksowym światku, wśród czytelników, na forkach. Może nawet dotrzeć do bardziej mainstreamowych mediów. Tak, żeby Axela Alonso albo Joe Quesada pojawili się w telewizji i opowiadali, jakie to komiksy Marvela są fajne i przystępne dla nowych czytelników. To gimmick. Wyrachowany PR stunt. Bo jeśli w Domu Pomysłów chcą zabić jedną ze swoich kur znoszących złote jajka, to tylko po to, żeby zarobić jeszcze więcej na rosole. A potem wrócić do handlu jajkami.
wtorek, 12 sierpnia 2014
#1704 - Wolverine: Logan
Pamiętacie czasy, kiedy Wolverine był interesującą postacią? Kiedy był czymś więcej, niż tylko redaktorskich narzędziem do podbijania wyników serii szorujących dno? Kiedy jako jeden z niewielu x-harcerzyków był bohaterem z potencjałem na ciekawą historię, czego najlepszym przykładem były kolejne on-goingi, który utrzymywał na swoich barkach? Och, to były dobre czasy! Logan był wtedy typem chodzącego własnymi ścieżkami samotnika. Postacią na swój sposób tragiczną z chwytliwym antybohaterskim rysem i wyrazistą, a nie tylko przerysowaną, osobowością. Ale to był zanim w Domu Pomysłów nie zafundowano mu orchidektomi i zrównano zresztą ubranego w kolorowe trykoty tałatajstwa.
środa, 25 września 2013
#1375 - Wojna Domowa
Mark Millar pisząc „Wojnę Domową” stanął przed szansą zrobienia tego, co Alanowi Moore`owi udało się osiągnąć z całym superbohaterskim gatunkiem. W znakomitych „Strażnikach” Moore dekonstruując mit superbohaterszczyzny podniósł opowieści o ubranych w kolorowe trykoty na zupełnie nowy poziom tak realizmu, jak i artyzmu. Millar to samo (choć nie w takiej skali i tylko w pewnym stopniu) chciał zrobić z uniwersum Marvela, komiksowym światem zamieszkałym przez Iron-Mana, Avengers i Spider-Mana. Niestety, jego ambitny pomysł nigdy nie doczekał się pełnej realizacji...
Historia „Marvel Civil War” rozpoczyna się od tragicznych wydarzeń, które mają miejsce w Stamford. Poczynania grupy nieodpowiedzialnych młodych herosów doprowadzają do zniszczenia prowincjonalnego miasteczka i śmierci setek osób. Opinia publiczna zaczyna naciskać przedstawicieli władzy, aby w jakiś sposób usankcjonowali działalność zamaskowanych mścicieli, na których działalność do tej pory przymykano oczy. Dzięki wsparciu Iron-Mana opracowany zostaje Akt Rejestracyjny, który daje urzędującej administracji możliwość nie tylko rejestrowania, ale również kontrolowania herosów. Za jego sprawą ubrani w kolorowe trykoty ludzie muszą zrzec się swoich podwójnych tożsamości i znajdą się pod jurysdykcją S.H.I.E.L.D. Skojarzenia z ustawą Keane`a ze „Strażników” nasuwają się same...
Wprowadzenie Aktu w życie dzieli dotychczasowych przyjaciół i towarzyszy broni w walce ze złem. Na czele obozu pro-rządowego staje Iron-Man, które jest przekonany, że herosi w ramach obowiązującego prawa będą w stanie zachować swoją autonomię i nie dadzą się stłamsić establishmentowi, ale jak się okaże Tony Stark jest człowiekiem, który ma plan. Z jego poglądami zgadzają się marvelowscy „intelektualiści” – Hank Pym i Reed Richards – którzy widzą olbrzymi potencjał tkwiący we współpracy z S.H.I.E.L.D. i rządem. To pragmatycy, którzy są świadomi zachodzących zmian i zdają sobie sprawę z anachroniczności dotychczasowego modelu bohaterstwa. Są gotowi zgodzić się na zdradzenie swoich sekretnych tożsamości (o ile jeszcze je posiadają) i oddanie się pod kontrolę władzy, jeśli taka ma być cena odzyskania społecznego zaufania (nie mówiąc już o sutej pensyjce, na którą połasił się Spider-Man). Wiedzą, skąd wieje wiatr historii i nawet, jeśli nie są do końca przekonania do treści Aktu, to wiedzą, że jeśli nie oni, to ktoś inny będzie sprawował nad nimi nadzór. Jakiś inny „wielki brat” będzie pilnował tych, którzy postanowili pilnować innych. Bo niby dlaczego herosi mieliby stać ponad prawem?
Po drugiej stronie barykady staje Kapitan Ameryka. Uważa, że wprowadzenie ustawy regulującej działalność herosów w imię bezpieczeństwa gwałci podstawowe prawo każdego człowieka – jego wolność. Komiksowy symbol amerykańskiego patriotyzmu nie może zgodzić się na poświecenie wartości, o którą walczył całe życie. Po jego stronie staje między innymi Luke Cage oraz Daredevil, typowi, komiksowi vigilantes. Co ciekawe społeczność mutancka stara się za wszelką cenę uniknąć zaangażowania w ten konflikt. Nie dziwi to o tyle, że mają swoje problemy, ale Emma Frost mogłaby na współpracy z rządem ugrać. Choćby PRowo. Żałuje, że temu wątkowi poświęcono tak mało miejsca (a w mutanckich tie-inach ograniczono się głównie do bijatyk).
I tak przyjaciele stają się wrogami, a gdy zaczyna brakować argumentów w dyskusji w ruch idą pięści… „Wojna domowa” to komiks superbohaterski i trzeba się po nim spodziewać epickich scen walki z udział ubranych w kolorowe stroje herosów strzelających laserami z dupy, patetycznych przemów, niespodziewanych zwrotów akcji i dużego stopnia natężenia bohaterów na centymetr kwadratowy kadru. To wszystko oczywiście w nim jest i jest naprawdę epickie, ale wymowa komiksu stanowi komentarz do polityki George`a W. Busha, do kierunku, jaki Ameryka obrała po 9/11 i Patriot Act.
Trudno oczywiście spodziewać się po tej szytej grubymi nićmi alegorii jakieś pogłębionej refleksji. Nie sposób nie zgodzić się z Tomem Spurgeonem (jednym z najwybitniejszych amerykańskich komiksowych krytyków), który mówi o tym, że nie sposób brać Kapitana Amerykę zbierającego oddział superherosów, który zaraz skopie tyłki ekipie Iron-Mana na poważnie. Etyczne dylematy ubranych w pstrokate kostiumy herosów są po prostu niewiarygodne i momentami śmieszne. Szczególnie dla osób z drugiej strony Atlantyku, Polaków choćby, których powszechna świadomość i dyskurs o wartościach był kształtowany przez tradycję wysokoartystyczną, na przykład przez poezję romantyczną, przez literaturę wysokich lotów, a nie kiczowate komiksidła.
Ale jednak potęga superbohaterskiego mitu jest wielka. Komiks w Ameryce wzbudził liczne kontrowersje. Konflikt herosów podzielił środowisko fanów kolorowych zeszytów, którzy w komiksowych sklepach, w sieci czy na konwentach spierali się o to, kto w tej walce ma racje. Rzadko bywa, aby medium, które w swoją naturę ma wręcz wpisany eskapizm, stało się nośnikiem tak żywych i aktualnych kwestii. To sytuacja fenomenalna dla specyficznego rynku komiksu masowego, będącego kulturalnym gettem, którego autorzy nie zapuszczają się zwykle w rejony zarezerwowane dla „zwykłej” sztuki i literatury. Ta bardzo uproszczona, kiczowata z punktu widzenia literatury i w wielu miejscach infantylna opowieść potrafiła niezwykle trafnie nazwać społeczne emocje. Millar z papierowych (z reguły) postaci potrafił wykroić prawdziwie przekonujących bohaterów, wyposażając niektórych w prawdziwie dramatyczne rysy – przypadek Tony`ego Starka, którego ewolucja od beztroskiego miliardera i superherosa do technokraty o faszystowskich zapędach jest szczególnie frapujący. Fabuła skonstruowana jest z poszanowanie dramaturgii i naprawdę trzyma w napięciu. Znakomicie ze swoich obowiązków wywiązał się rysownik Steve McNiven, który ze swoją bardzo klasyczną kreską wspiął się na wyżyny swojego talentu.
Niestety, wywrotowe zapędy Marka Millara zostały storpedowane przez szefów wydawnictwa Marvela. Drżący o ciągle spadające wyniki sprzedaży bossowie bali się, że tak radykalne zmiany na Ziemie-616 mogą skutecznie odstraszyć nieco młodszych czytelników od ich komiksów. Z czasem kolejni redaktorzy i twórcy w dość bezceremonialny sposób wycofywali się z odważnych zmian zaproponowanych przez autora „Wojny Domowej”, na przykład wymazując pamięć Tony`ego Starka. wrabiając Petera Parkera w umowę z Mefisto czy przywracając Kapitana Amerykę zza grobu. Dziś, z rewolucji zaproponowanej przez Millara zostały tylko wspomnienia...
Historia „Marvel Civil War” rozpoczyna się od tragicznych wydarzeń, które mają miejsce w Stamford. Poczynania grupy nieodpowiedzialnych młodych herosów doprowadzają do zniszczenia prowincjonalnego miasteczka i śmierci setek osób. Opinia publiczna zaczyna naciskać przedstawicieli władzy, aby w jakiś sposób usankcjonowali działalność zamaskowanych mścicieli, na których działalność do tej pory przymykano oczy. Dzięki wsparciu Iron-Mana opracowany zostaje Akt Rejestracyjny, który daje urzędującej administracji możliwość nie tylko rejestrowania, ale również kontrolowania herosów. Za jego sprawą ubrani w kolorowe trykoty ludzie muszą zrzec się swoich podwójnych tożsamości i znajdą się pod jurysdykcją S.H.I.E.L.D. Skojarzenia z ustawą Keane`a ze „Strażników” nasuwają się same...
Wprowadzenie Aktu w życie dzieli dotychczasowych przyjaciół i towarzyszy broni w walce ze złem. Na czele obozu pro-rządowego staje Iron-Man, które jest przekonany, że herosi w ramach obowiązującego prawa będą w stanie zachować swoją autonomię i nie dadzą się stłamsić establishmentowi, ale jak się okaże Tony Stark jest człowiekiem, który ma plan. Z jego poglądami zgadzają się marvelowscy „intelektualiści” – Hank Pym i Reed Richards – którzy widzą olbrzymi potencjał tkwiący we współpracy z S.H.I.E.L.D. i rządem. To pragmatycy, którzy są świadomi zachodzących zmian i zdają sobie sprawę z anachroniczności dotychczasowego modelu bohaterstwa. Są gotowi zgodzić się na zdradzenie swoich sekretnych tożsamości (o ile jeszcze je posiadają) i oddanie się pod kontrolę władzy, jeśli taka ma być cena odzyskania społecznego zaufania (nie mówiąc już o sutej pensyjce, na którą połasił się Spider-Man). Wiedzą, skąd wieje wiatr historii i nawet, jeśli nie są do końca przekonania do treści Aktu, to wiedzą, że jeśli nie oni, to ktoś inny będzie sprawował nad nimi nadzór. Jakiś inny „wielki brat” będzie pilnował tych, którzy postanowili pilnować innych. Bo niby dlaczego herosi mieliby stać ponad prawem?
Po drugiej stronie barykady staje Kapitan Ameryka. Uważa, że wprowadzenie ustawy regulującej działalność herosów w imię bezpieczeństwa gwałci podstawowe prawo każdego człowieka – jego wolność. Komiksowy symbol amerykańskiego patriotyzmu nie może zgodzić się na poświecenie wartości, o którą walczył całe życie. Po jego stronie staje między innymi Luke Cage oraz Daredevil, typowi, komiksowi vigilantes. Co ciekawe społeczność mutancka stara się za wszelką cenę uniknąć zaangażowania w ten konflikt. Nie dziwi to o tyle, że mają swoje problemy, ale Emma Frost mogłaby na współpracy z rządem ugrać. Choćby PRowo. Żałuje, że temu wątkowi poświęcono tak mało miejsca (a w mutanckich tie-inach ograniczono się głównie do bijatyk).
I tak przyjaciele stają się wrogami, a gdy zaczyna brakować argumentów w dyskusji w ruch idą pięści… „Wojna domowa” to komiks superbohaterski i trzeba się po nim spodziewać epickich scen walki z udział ubranych w kolorowe stroje herosów strzelających laserami z dupy, patetycznych przemów, niespodziewanych zwrotów akcji i dużego stopnia natężenia bohaterów na centymetr kwadratowy kadru. To wszystko oczywiście w nim jest i jest naprawdę epickie, ale wymowa komiksu stanowi komentarz do polityki George`a W. Busha, do kierunku, jaki Ameryka obrała po 9/11 i Patriot Act.
Trudno oczywiście spodziewać się po tej szytej grubymi nićmi alegorii jakieś pogłębionej refleksji. Nie sposób nie zgodzić się z Tomem Spurgeonem (jednym z najwybitniejszych amerykańskich komiksowych krytyków), który mówi o tym, że nie sposób brać Kapitana Amerykę zbierającego oddział superherosów, który zaraz skopie tyłki ekipie Iron-Mana na poważnie. Etyczne dylematy ubranych w pstrokate kostiumy herosów są po prostu niewiarygodne i momentami śmieszne. Szczególnie dla osób z drugiej strony Atlantyku, Polaków choćby, których powszechna świadomość i dyskurs o wartościach był kształtowany przez tradycję wysokoartystyczną, na przykład przez poezję romantyczną, przez literaturę wysokich lotów, a nie kiczowate komiksidła.
Ale jednak potęga superbohaterskiego mitu jest wielka. Komiks w Ameryce wzbudził liczne kontrowersje. Konflikt herosów podzielił środowisko fanów kolorowych zeszytów, którzy w komiksowych sklepach, w sieci czy na konwentach spierali się o to, kto w tej walce ma racje. Rzadko bywa, aby medium, które w swoją naturę ma wręcz wpisany eskapizm, stało się nośnikiem tak żywych i aktualnych kwestii. To sytuacja fenomenalna dla specyficznego rynku komiksu masowego, będącego kulturalnym gettem, którego autorzy nie zapuszczają się zwykle w rejony zarezerwowane dla „zwykłej” sztuki i literatury. Ta bardzo uproszczona, kiczowata z punktu widzenia literatury i w wielu miejscach infantylna opowieść potrafiła niezwykle trafnie nazwać społeczne emocje. Millar z papierowych (z reguły) postaci potrafił wykroić prawdziwie przekonujących bohaterów, wyposażając niektórych w prawdziwie dramatyczne rysy – przypadek Tony`ego Starka, którego ewolucja od beztroskiego miliardera i superherosa do technokraty o faszystowskich zapędach jest szczególnie frapujący. Fabuła skonstruowana jest z poszanowanie dramaturgii i naprawdę trzyma w napięciu. Znakomicie ze swoich obowiązków wywiązał się rysownik Steve McNiven, który ze swoją bardzo klasyczną kreską wspiął się na wyżyny swojego talentu.
Niestety, wywrotowe zapędy Marka Millara zostały storpedowane przez szefów wydawnictwa Marvela. Drżący o ciągle spadające wyniki sprzedaży bossowie bali się, że tak radykalne zmiany na Ziemie-616 mogą skutecznie odstraszyć nieco młodszych czytelników od ich komiksów. Z czasem kolejni redaktorzy i twórcy w dość bezceremonialny sposób wycofywali się z odważnych zmian zaproponowanych przez autora „Wojny Domowej”, na przykład wymazując pamięć Tony`ego Starka. wrabiając Petera Parkera w umowę z Mefisto czy przywracając Kapitana Amerykę zza grobu. Dziś, z rewolucji zaproponowanej przez Millara zostały tylko wspomnienia...
czwartek, 17 stycznia 2013
#1222 - Najlepsze z Semika: część druga
Kontynuując moje odliczanie najlepszych semicowych pozycji, warto również zwrócić uwagę na jedną rzecz. Komplementując Semica za to, że udało mu się stworzyć masowy rynek opowieści obrazkowych, często zapomina się, że Marcin Rustecki i Arkadiusz Wróblewski sięgali po utwory takich twórców, jak Neil Gaiman, Warren Ellis, Peter Milligan, Alan Moore, Frank Miller, Mike Mignola, John Romita Jr., Mike Zeck, J.M. DeMatteis, Simon Bisley, Alan Grant, Norm Breyfogle czy Barry Windsor-Smith i wielu innych, którzy dziś cieszą się statusem autorów wybitnych, a w kilku przypadkach uchodzą za klasyków amerykańskiego komiksu. Często był to rzeczy autentycznie znakomite, do dziś uchodzące za kultowe, a niekiedy nawet - ocierające się o genialność i arcydzielność.
13. "Wojownicze Żółwie Ninja" ("Teenage Mutant Ninja Turtles" #1/93; Kevin Eastman i Peter Laird)
Przyznaje się bez bicia, że na początku po prostu zapomniałem o tej pozycji, podobnie zresztą jak większość układających podobne rankingi. Mój błąd na szczęście naprawił Paweł Deptuch zwracając uwagę, że na liście powinien znaleźć się jeden z najważniejszych tytułów we współczesnej historii komiksu, który zapoczątkował (a potem jako jeden z niewielu przetrwał) modę na przygody antropomorficznych bohaterów. "Teenage Mutant Ninja Turtles" Eastmana i Lairda, bo o tej pozycji mowa, niestety nie przyjął się na polskim rynku. Na fali popularności serialu animowanego Semikowi udało się wydać zaledwiejeden trzy zeszyty oryginalnej serii o czwórce zmutowanych żółwi mieszkających w nowojorskich kanałach.
12. "Batman: Sanctum" ("Batman" #12/94; Dan Raspler i Mike Mignola)
Komiks, którym Mike Mignola zadebiutował na polskim rynku. Pewnie wtedy, w 1994 roku nikt nie spodziewał się, że rysownik śmiało operujący ograniczoną paletą kolorów i dość prostą kreską, stanie się jednym z najważniejszych amerykańskich twórców ostatnich dekad. Już wkrótce, zabłyśnie jako autor pewnego niezależnego projektu, który potem przekształci się w regularne uniwersum. I właściwie "Sanctum" stanowi przymiarkę do przygód "Piekielnego Chłopca", bo w historii pojawiają się wszystkie charakterystyczne mignolowskie motywy. Nikt tak efektownie nie łączy horrorowej estetyki z postacią Batmana, jak Mignola i aż dziw bierze, że teraz DC nie próbuje nakłonić go jeśli nie na serię, to chociaż na jakiś one-shot. Genialna okładka!
11. "Batman: Mroczny Rycerz Mrocznego Miasta" ("Batman" #8/91; Peter Milligan i Kieron Dwyer)
Czyli pojedynek Batmana z Riddlerem podany w konwencji dynamicznego i mrocznego thrillera. Mroczny Rycerz w pogoni za Riddlerem - który pod piórem Petera Milligana może być stawiany na równi z najlepszymi kreacjami villainów w historii komiksu - aby go powstrzymać musi stawić czoło przygotowanym przez Edwarda Nygmę zagadkom. 68 stron lektury z zapartym tchem, nerwowego przewracania kartek. A kiedy już dowiecie się czy i przede wszystkim jak udało się powstrzymać łotra, zatrzymajcie się na chwilę i docencie gotycki klimat całości oraz miasto Gotham, jako pełnoprawnego bohatera opowieści.
10. "Gren Lantern: Szmaragdowy Świt" ("Green Lantern" #1/92-2/93; Keith Giffen, Gerard Jones i M.D. Bright)
Originowa historia Hala Jordana, drugiego z ziemskich Zielonych Latarni. "Szmaragdowy Świt", podobnie jak i "Człowiek ze Stali", jest historią, która wydarzyło się po "Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach". Do czasu pojawienia się Geoffa Johnsa, stanowiła kanoniczną opowieść o początkach kariery strażnika sektora 2814 - dla wielu fanów po dziś dzień jedyną. Giffenowi i Jonesowi znakomicie udało się połączyć wypełniony po brzegi akcją komiks z historią o dojrzewaniu do odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą użytkowanie zielonego pierścienia mocy. A wszystko to w pięknych, choć nie robiących już dziś takiego wrażenia, kosmicznych dekoracjach. Nie licząc "Zabójczego żartu", historii trudnej i nietypowej, trudno wyobrazić sobie lepszy start dla nowej serii.
9. "Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena" ("Spider-Man" #1-3/94; J.M. DeMatteis i Mike Zeck)
Od samego początku reklamowany przez wydawcę, jako "klasyk", typowy "musiszmieć", historia, „której nie wolno było przegapić”. O dziwo, tak było w rzeczywistości – dzieło DeMatteisa i Zecka według mnie dystansuje najlepsze dokonania Todda McFarlane`a, takie jak "Torment" czy "Maski". Historia, która ukazała się w 1987 roku wpisuje się w okres wielkiego przełomu w komiksie superbohaterskim drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Nasycona atmosferą grozy opowieść o śmierci, zmartwychwstaniu i ponownych narodzinach bohatera kryjącego się za pajęczą maską. Duszne od afrykańskiego upału, pełne poetyckiej metafizyki, wspartej cytatami z Williama Blake`a, "Łowy" stały się dla Człowieka Pająka tym, czym było "Born Again" dla Daredevila. O ile narracja, mocno oparta na monologu i obszernym komentarzu może wydawać się nico archaiczna, o tyle klasyczna kreska Mike`a Zecka nic, a nic się nie zestarzała.
8. "Superman: Człowiek ze Stali" ("Superman" #1/90-4/91; John Byrne)
Z zadania napisania nowego originu dla największego komiksowego herosa wszechczasów John Byrne wywiązał się znakomicie. Oprócz tego, że w 1986 roku powstały komiksy dekonstruujące superbohaterów, DC Comics przedstawiło nowe, postkryzysowe originy swoich najważniejszych bohaterów, które tchnęły nowe życie w mity Batmana czy Supermana. Dziś, wśród licznych opowieści o pochodzeniu Kal Ela właśnie mini-seria "Człowiek ze Stali" pozostają dla mnie najlepszą i jedyną słuszną, choć znajdującą się obecnie poza oficjalną continuity. Prawdziwy popis komiksowej wirtuozerii Johna Byrne`a, który dla polskich czytelników stał się tym, kim jest Jack Kirby dla Amerykanów.
7. "Aliens vs. Predator" ("Wydanie Specjalne" #3/94; Randy Stradley, Chris Warner i Phil Norwood)
O ile się nie mylę to komiks, który do dziś dzierży rekord największej ilości stron wśród produkcji Semica – w sumie jest ich 148 (w oryginale miał jeszcze więcej, bo aż 178). I pierwszy nie wyprodukowany przez Marvela albo DC Comics. Do dziś pamiętam jeden z listów do redakcji opublikowanych na stronach klubowych, napisany przez starszego już czytelnika, który nie do końca przepadał za superbohaterskimi komiksami. Ale pewnego bezsennego, bladego poranka sięgnął po komiks opowiadający o starciu Predatorów z Obcymi i był zachwycony. Nie ma się co dziwić, bo to absolutnie znakomita opowieść, poprowadzona w iście filmowym stylu.
6. "Weapon X" ("Mega Marvel" #4/94; Barry Windsor-Smith)
Pierwszy, klasyczny origin Wolverine`a, wyjaśniający jak Logan wszedł w posiadanie swoich nasyconych adamantium pazurów i stał się prawdziwą maszyną do zabijania. Jako scenarzysta Barry Windsor-Smith nie umiał może wyjść poza schemat opowieści o walce Logana z rodzącą się w nim bestią i o okrucieństwie, jakiego dopuszczali się naukowcy w pracy nad Bronią X, ale jako grafik udowodnił, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych artystów komiksowych. Tak, jak "Weapon X" jest prawdziwą perełką wśród innych, w zasadzie bardzo do siebie podobnych x-komiksów, tak BWS to artysta pełną gębą, a nie żaden komiksowy wyrobnik, jakich wielu wśród rysujących przygody X-Menów. Cacuszko!
5. "The Dark Phoenix Saga" ("X-Men" #1/92-1/93; Chris Claremont i John Byrne)
Oto historia, w której Chris Claremont i John Byrne, dwóch klasyków amerykańskiego komiksu superbohaterskiego lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wznieśli się na wyżyny swoich nieprzeciętnych talentów. W dość typową superbohaterską opowieść o ratowaniu wszechświata w pysznych, retrofuturystycznych dekoracjach udało się wpleść ładunek dramatyzmu godny greckich tragedii. Niebywałe, że "Dark Phoenix Saga" wielkiemu, poruszającemu, sentymentalnemu melodramatowi z ubranymi w kolorowe kostiumy mutantami udało się uniknąć otarcia o kicz. Najlepszy wydany w Polsce komiks z charakterystycznym x`em na okładce, od którego Semic rozpoczął wydawanie serii "X-Men".
4. "Batman: Black and White" ("Wydanie Specjalne" #1-2/97; różni autorzy)
I kolejny "Specjal" na liście, który obok "Ostatniego Czarniana" mógł okazać się kolejnym komiksowym przełomem, otwierającym głowy i oczy czytelnikom na nieco inny typ komiksu. Może taki, w którym najważniejsze nie są gościnne występy, dynamiczna akcja pełna zawiłych zwrotów akcji, mnożąca kolejne perypetie i efektywne splasze. Pomysł na antologię z grającym pierwsze skrzypce Mrocznym Rycerzem w swojej prostocie okazał się genialny – dajemy postać Batmana i osiem stron najwybitniejszym artystom komiksowym swojego czasu. Zostawiamy im wolną rękę w opowiadaniu swoich historii, a potem liczymy zyski ze sprzedaży, planując kolejne sequele. W USA chwyciło, natomiast sukces podwójnego "Batmana: W czerni i bieli" w Polsce to sprawa dyskusyjna. Niekoniecznie szorciaki Teda McKeevera, Briana Bollanda, Matta Wagnera czy Neila Gaimana i Simona Bisley`a przypadły do gustu ówczesnym czytelnikom. Dziś jednak nie można o nich mówić inaczej, jako o małych arcydziełkach.
3. "Lobo: Ostatni Czarnian" ("Wydanie Specjalne" #2/94; Alan Grant, Keith Giffen i Simon Bisley)
Prawdziwy kamień milowy, zarówno w rozwoju wydawnictwa TM-Semic, jak i w historii polskiego komiksu. Śmiem twierdzić, że Simon Bisley właśnie w "Ostatnim Czarnianie", a nie w "Sądzie nad Gotham" pokazał przynajmniej kilku rodzimym artystom, jaka potęga drzemie w medium komiksowym. Opowieść o największym "bastichu" w galaktyce, pełna groteskowej, przerysowanej brutalności, której poziom można było mierzyć w milionach zabitych istot, w megalitrach krwi czy cwaniackich tekstach głównego bohatera, trudno było porównać do czegokolwiek innego. Po „Lobo” nic już nie było takie samo, a komiksy nie kojarzyły się już tylko z narysowanymi prostą kreską naiwnymi historyjkami obrazkowymi o tym, jak ubrani w kolorowe kostiumy herosi ratują niewinnych. Dzieło całkiem sprawnie napisane przez Alana Granta i Keitha Giffena, o czym zdaje się często zapominać, zapoczątkowało modę na Bisley`a (w mniejszym) i Lobo (w większym stopniu), która zaowocowała licznymi kontynuacjami, prezentującymi różny poziom.
2. "Daredevil: Man Without Fear" ("Mega Mavel" #2/95, Frank Miller i John Romita Jr.)
Reinterpretacja originu Matta Murdocka napisana przez niekoronowanego mistrza tego typu historii i jednocześnie twórcę nowoczesnej mitologii Daredevila, Franka Millera. To właśnie on nadał obecny kształt bohaterowi, który długo uchodził za tanią podróbkę Spider-Mana, na którą zabrakło oryginalnego. Wprowadzenie postaci Elektry, rozwinięcie relacji Matta z jego ojcem, nasycenie jego przygód kulturą japońską – to wszystko zasługi Millera, a mini-seria „Człowiek bez strachu” stanowi prawdziwą kwintesencję jego wieloletniej przygody ze Śmiałkiem. Wciąż, po tylu latach potrafię rozpływać się nad tym, w jaki sposób ze schematycznej do bólu, sensacyjnej opowieści o zemście, zrobiono autentycznie wzruszającą historię człowieka, który ciągle upada i zawsze ma siłę żeby wstać. W niczym nie ustępuje "Killing Joke", ale któraś z tych pozycji musiała zadowolić się drugim miejscem na podium.
1. "Batman: Zabójczy Żart" ("Batman" #1/91; Alan Moore, Brian Bolland i Jack Higgins)
Po dziś dzień nie mam pojęcia, co mogło kierować redakcją TM-Semic przy wyborze historii do premierowego zeszytu z przygodami Batmana, w którym głównym bohaterem jest przecież Joker. Nawet na tle innych komiksów z Mrocznym Rycerzem "Killing Joke" wyróżnia się swoją przytłaczającą atmosferą, w którym próżno szukać efektownych bijatyk i detektywistycznych zabawek. Jest prawdziwe szaleństwo, przytłaczająca atmosfera i analityczne podejście scenarzysty do tematu. Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że "Zabójczy Żart" należy do najwybitniejszych osiągnięć komiksu superbohaterskiego. Znakomitemu scenariuszowi pióra Alana Moore`a towarzyszy fantastyczna oprawa graficzna przygotowana przez Briana Bollanda, w jedynej, słusznej kolorystyce autorstwa Jacka Higginsa. Komiks totalny.
Niemal połowę wybranych przeze mnie tytułów ukazało się pod szyldem "Wydań Specjalnych", w formie klasycznego dziś trejda. Jeśli dodać do nich dwa numery "Mega Marvel", to okaże się , że sympatyczne tomiszcza liczące po 100 i więcej stron przechodziły w redakcji bardzo ostrą selekcję i w ramach tych dwóch serii udało się opublikować naprawdę wartościowe pozycje. W zestawieniu znajduje się również osiem komiksów z Mrocznym Rycerzem w roli głównej – pięć specjali i trzy historie z regularnej serii. Nie jest to żadnym zaskoczeniem – Semic utrafił w złote dla Batka czasy.
13. "Wojownicze Żółwie Ninja" ("Teenage Mutant Ninja Turtles" #1/93; Kevin Eastman i Peter Laird)
Przyznaje się bez bicia, że na początku po prostu zapomniałem o tej pozycji, podobnie zresztą jak większość układających podobne rankingi. Mój błąd na szczęście naprawił Paweł Deptuch zwracając uwagę, że na liście powinien znaleźć się jeden z najważniejszych tytułów we współczesnej historii komiksu, który zapoczątkował (a potem jako jeden z niewielu przetrwał) modę na przygody antropomorficznych bohaterów. "Teenage Mutant Ninja Turtles" Eastmana i Lairda, bo o tej pozycji mowa, niestety nie przyjął się na polskim rynku. Na fali popularności serialu animowanego Semikowi udało się wydać zaledwie
12. "Batman: Sanctum" ("Batman" #12/94; Dan Raspler i Mike Mignola)
Komiks, którym Mike Mignola zadebiutował na polskim rynku. Pewnie wtedy, w 1994 roku nikt nie spodziewał się, że rysownik śmiało operujący ograniczoną paletą kolorów i dość prostą kreską, stanie się jednym z najważniejszych amerykańskich twórców ostatnich dekad. Już wkrótce, zabłyśnie jako autor pewnego niezależnego projektu, który potem przekształci się w regularne uniwersum. I właściwie "Sanctum" stanowi przymiarkę do przygód "Piekielnego Chłopca", bo w historii pojawiają się wszystkie charakterystyczne mignolowskie motywy. Nikt tak efektownie nie łączy horrorowej estetyki z postacią Batmana, jak Mignola i aż dziw bierze, że teraz DC nie próbuje nakłonić go jeśli nie na serię, to chociaż na jakiś one-shot. Genialna okładka!
11. "Batman: Mroczny Rycerz Mrocznego Miasta" ("Batman" #8/91; Peter Milligan i Kieron Dwyer)
Czyli pojedynek Batmana z Riddlerem podany w konwencji dynamicznego i mrocznego thrillera. Mroczny Rycerz w pogoni za Riddlerem - który pod piórem Petera Milligana może być stawiany na równi z najlepszymi kreacjami villainów w historii komiksu - aby go powstrzymać musi stawić czoło przygotowanym przez Edwarda Nygmę zagadkom. 68 stron lektury z zapartym tchem, nerwowego przewracania kartek. A kiedy już dowiecie się czy i przede wszystkim jak udało się powstrzymać łotra, zatrzymajcie się na chwilę i docencie gotycki klimat całości oraz miasto Gotham, jako pełnoprawnego bohatera opowieści.
10. "Gren Lantern: Szmaragdowy Świt" ("Green Lantern" #1/92-2/93; Keith Giffen, Gerard Jones i M.D. Bright)
Originowa historia Hala Jordana, drugiego z ziemskich Zielonych Latarni. "Szmaragdowy Świt", podobnie jak i "Człowiek ze Stali", jest historią, która wydarzyło się po "Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach". Do czasu pojawienia się Geoffa Johnsa, stanowiła kanoniczną opowieść o początkach kariery strażnika sektora 2814 - dla wielu fanów po dziś dzień jedyną. Giffenowi i Jonesowi znakomicie udało się połączyć wypełniony po brzegi akcją komiks z historią o dojrzewaniu do odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą użytkowanie zielonego pierścienia mocy. A wszystko to w pięknych, choć nie robiących już dziś takiego wrażenia, kosmicznych dekoracjach. Nie licząc "Zabójczego żartu", historii trudnej i nietypowej, trudno wyobrazić sobie lepszy start dla nowej serii.
9. "Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena" ("Spider-Man" #1-3/94; J.M. DeMatteis i Mike Zeck)
Od samego początku reklamowany przez wydawcę, jako "klasyk", typowy "musiszmieć", historia, „której nie wolno było przegapić”. O dziwo, tak było w rzeczywistości – dzieło DeMatteisa i Zecka według mnie dystansuje najlepsze dokonania Todda McFarlane`a, takie jak "Torment" czy "Maski". Historia, która ukazała się w 1987 roku wpisuje się w okres wielkiego przełomu w komiksie superbohaterskim drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Nasycona atmosferą grozy opowieść o śmierci, zmartwychwstaniu i ponownych narodzinach bohatera kryjącego się za pajęczą maską. Duszne od afrykańskiego upału, pełne poetyckiej metafizyki, wspartej cytatami z Williama Blake`a, "Łowy" stały się dla Człowieka Pająka tym, czym było "Born Again" dla Daredevila. O ile narracja, mocno oparta na monologu i obszernym komentarzu może wydawać się nico archaiczna, o tyle klasyczna kreska Mike`a Zecka nic, a nic się nie zestarzała.
8. "Superman: Człowiek ze Stali" ("Superman" #1/90-4/91; John Byrne)
Z zadania napisania nowego originu dla największego komiksowego herosa wszechczasów John Byrne wywiązał się znakomicie. Oprócz tego, że w 1986 roku powstały komiksy dekonstruujące superbohaterów, DC Comics przedstawiło nowe, postkryzysowe originy swoich najważniejszych bohaterów, które tchnęły nowe życie w mity Batmana czy Supermana. Dziś, wśród licznych opowieści o pochodzeniu Kal Ela właśnie mini-seria "Człowiek ze Stali" pozostają dla mnie najlepszą i jedyną słuszną, choć znajdującą się obecnie poza oficjalną continuity. Prawdziwy popis komiksowej wirtuozerii Johna Byrne`a, który dla polskich czytelników stał się tym, kim jest Jack Kirby dla Amerykanów.
7. "Aliens vs. Predator" ("Wydanie Specjalne" #3/94; Randy Stradley, Chris Warner i Phil Norwood)
O ile się nie mylę to komiks, który do dziś dzierży rekord największej ilości stron wśród produkcji Semica – w sumie jest ich 148 (w oryginale miał jeszcze więcej, bo aż 178). I pierwszy nie wyprodukowany przez Marvela albo DC Comics. Do dziś pamiętam jeden z listów do redakcji opublikowanych na stronach klubowych, napisany przez starszego już czytelnika, który nie do końca przepadał za superbohaterskimi komiksami. Ale pewnego bezsennego, bladego poranka sięgnął po komiks opowiadający o starciu Predatorów z Obcymi i był zachwycony. Nie ma się co dziwić, bo to absolutnie znakomita opowieść, poprowadzona w iście filmowym stylu.
6. "Weapon X" ("Mega Marvel" #4/94; Barry Windsor-Smith)
Pierwszy, klasyczny origin Wolverine`a, wyjaśniający jak Logan wszedł w posiadanie swoich nasyconych adamantium pazurów i stał się prawdziwą maszyną do zabijania. Jako scenarzysta Barry Windsor-Smith nie umiał może wyjść poza schemat opowieści o walce Logana z rodzącą się w nim bestią i o okrucieństwie, jakiego dopuszczali się naukowcy w pracy nad Bronią X, ale jako grafik udowodnił, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych artystów komiksowych. Tak, jak "Weapon X" jest prawdziwą perełką wśród innych, w zasadzie bardzo do siebie podobnych x-komiksów, tak BWS to artysta pełną gębą, a nie żaden komiksowy wyrobnik, jakich wielu wśród rysujących przygody X-Menów. Cacuszko!
5. "The Dark Phoenix Saga" ("X-Men" #1/92-1/93; Chris Claremont i John Byrne)
Oto historia, w której Chris Claremont i John Byrne, dwóch klasyków amerykańskiego komiksu superbohaterskiego lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wznieśli się na wyżyny swoich nieprzeciętnych talentów. W dość typową superbohaterską opowieść o ratowaniu wszechświata w pysznych, retrofuturystycznych dekoracjach udało się wpleść ładunek dramatyzmu godny greckich tragedii. Niebywałe, że "Dark Phoenix Saga" wielkiemu, poruszającemu, sentymentalnemu melodramatowi z ubranymi w kolorowe kostiumy mutantami udało się uniknąć otarcia o kicz. Najlepszy wydany w Polsce komiks z charakterystycznym x`em na okładce, od którego Semic rozpoczął wydawanie serii "X-Men".
4. "Batman: Black and White" ("Wydanie Specjalne" #1-2/97; różni autorzy)
I kolejny "Specjal" na liście, który obok "Ostatniego Czarniana" mógł okazać się kolejnym komiksowym przełomem, otwierającym głowy i oczy czytelnikom na nieco inny typ komiksu. Może taki, w którym najważniejsze nie są gościnne występy, dynamiczna akcja pełna zawiłych zwrotów akcji, mnożąca kolejne perypetie i efektywne splasze. Pomysł na antologię z grającym pierwsze skrzypce Mrocznym Rycerzem w swojej prostocie okazał się genialny – dajemy postać Batmana i osiem stron najwybitniejszym artystom komiksowym swojego czasu. Zostawiamy im wolną rękę w opowiadaniu swoich historii, a potem liczymy zyski ze sprzedaży, planując kolejne sequele. W USA chwyciło, natomiast sukces podwójnego "Batmana: W czerni i bieli" w Polsce to sprawa dyskusyjna. Niekoniecznie szorciaki Teda McKeevera, Briana Bollanda, Matta Wagnera czy Neila Gaimana i Simona Bisley`a przypadły do gustu ówczesnym czytelnikom. Dziś jednak nie można o nich mówić inaczej, jako o małych arcydziełkach.
3. "Lobo: Ostatni Czarnian" ("Wydanie Specjalne" #2/94; Alan Grant, Keith Giffen i Simon Bisley)
Prawdziwy kamień milowy, zarówno w rozwoju wydawnictwa TM-Semic, jak i w historii polskiego komiksu. Śmiem twierdzić, że Simon Bisley właśnie w "Ostatnim Czarnianie", a nie w "Sądzie nad Gotham" pokazał przynajmniej kilku rodzimym artystom, jaka potęga drzemie w medium komiksowym. Opowieść o największym "bastichu" w galaktyce, pełna groteskowej, przerysowanej brutalności, której poziom można było mierzyć w milionach zabitych istot, w megalitrach krwi czy cwaniackich tekstach głównego bohatera, trudno było porównać do czegokolwiek innego. Po „Lobo” nic już nie było takie samo, a komiksy nie kojarzyły się już tylko z narysowanymi prostą kreską naiwnymi historyjkami obrazkowymi o tym, jak ubrani w kolorowe kostiumy herosi ratują niewinnych. Dzieło całkiem sprawnie napisane przez Alana Granta i Keitha Giffena, o czym zdaje się często zapominać, zapoczątkowało modę na Bisley`a (w mniejszym) i Lobo (w większym stopniu), która zaowocowała licznymi kontynuacjami, prezentującymi różny poziom.
2. "Daredevil: Man Without Fear" ("Mega Mavel" #2/95, Frank Miller i John Romita Jr.)
Reinterpretacja originu Matta Murdocka napisana przez niekoronowanego mistrza tego typu historii i jednocześnie twórcę nowoczesnej mitologii Daredevila, Franka Millera. To właśnie on nadał obecny kształt bohaterowi, który długo uchodził za tanią podróbkę Spider-Mana, na którą zabrakło oryginalnego. Wprowadzenie postaci Elektry, rozwinięcie relacji Matta z jego ojcem, nasycenie jego przygód kulturą japońską – to wszystko zasługi Millera, a mini-seria „Człowiek bez strachu” stanowi prawdziwą kwintesencję jego wieloletniej przygody ze Śmiałkiem. Wciąż, po tylu latach potrafię rozpływać się nad tym, w jaki sposób ze schematycznej do bólu, sensacyjnej opowieści o zemście, zrobiono autentycznie wzruszającą historię człowieka, który ciągle upada i zawsze ma siłę żeby wstać. W niczym nie ustępuje "Killing Joke", ale któraś z tych pozycji musiała zadowolić się drugim miejscem na podium.
1. "Batman: Zabójczy Żart" ("Batman" #1/91; Alan Moore, Brian Bolland i Jack Higgins)
Po dziś dzień nie mam pojęcia, co mogło kierować redakcją TM-Semic przy wyborze historii do premierowego zeszytu z przygodami Batmana, w którym głównym bohaterem jest przecież Joker. Nawet na tle innych komiksów z Mrocznym Rycerzem "Killing Joke" wyróżnia się swoją przytłaczającą atmosferą, w którym próżno szukać efektownych bijatyk i detektywistycznych zabawek. Jest prawdziwe szaleństwo, przytłaczająca atmosfera i analityczne podejście scenarzysty do tematu. Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że "Zabójczy Żart" należy do najwybitniejszych osiągnięć komiksu superbohaterskiego. Znakomitemu scenariuszowi pióra Alana Moore`a towarzyszy fantastyczna oprawa graficzna przygotowana przez Briana Bollanda, w jedynej, słusznej kolorystyce autorstwa Jacka Higginsa. Komiks totalny.
Niemal połowę wybranych przeze mnie tytułów ukazało się pod szyldem "Wydań Specjalnych", w formie klasycznego dziś trejda. Jeśli dodać do nich dwa numery "Mega Marvel", to okaże się , że sympatyczne tomiszcza liczące po 100 i więcej stron przechodziły w redakcji bardzo ostrą selekcję i w ramach tych dwóch serii udało się opublikować naprawdę wartościowe pozycje. W zestawieniu znajduje się również osiem komiksów z Mrocznym Rycerzem w roli głównej – pięć specjali i trzy historie z regularnej serii. Nie jest to żadnym zaskoczeniem – Semic utrafił w złote dla Batka czasy.
środa, 28 listopada 2012
#1186 - Oda do Laury
Przygotujcie się na sążnisty blok tekstu - Michał Ochnik napisał obszerny artykuł przybliżający postać X-23, jednej z najciekawszych kreacji w komiksowym mainstreamie. Postać Laury Kinney jest tyle nieznana szerszemu gronu czytelników, co warto przedstawienia. Tekst pierwotnie ukazał się na autorskiej stronie Michała, pod tym adresem.
W komiksowym mainstreamie za Oceanem kobiety bardzo często traktowane są jedynie, jako miły dla oka dodatek do historii. Scenarzyści, rysownicy i redaktorzy stereotypowo, czy wręcz seksistowsko traktują ich rolę, nie próbując ukryć nawet, że epatowanie erotyką podnosi sprzedaż. Zgoła inaczej sprawa ma się z X-23. Bohaterka, którą można w dwóch słowach skrzywdzić określeniem „klon Wolverine’a”, choć X w jak najbardziej dosłownym sensie jest klonem szponiastego X-Mana.
Ponieważ Laura Kinney, tak bowiem naprawdę nazywa się główna bohaterka, stała się dla mnie modelowym przykładem, jak wiele mogą dać mainstreamowi zarówno kobiece bohaterki, jak i kobiety-scenarzystki. Ale po kolei. Z góry ostrzegam przed delikatnymi spoilerami, ale zapewniam, że warto się na nie narazić, bo poniższa opowieść jest naprawdę pasjonująca.
X-23 przydryfowała do świata komiksów z kreskówki „X-Men: Evolution”. Nie jest to praktyka bardzo częsta, ale takie migracje zdarzają się, gdy na ekranie bohater radzi sobie na tyle dobrze, by z powodzeniem móc go zaadaptować do regularnego uniwersum. Historia tej postaci – w dużej mierze snuta przez ceniony duet Craig Kyle-Chris Yost – rozpoczyna się w laboratoriach organizacji Facility, będącej spadkobiercą niesławnego Weapon X. Jest ona w posiadaniu próbki DNA Logana i usiłuje – bez powodzenia – wykorzystać ją do nadania innym ludziom mocy regeneracji, jakimi charakteryzuje się członek X-Men. Przełom nastąpił dopiero po dołączeniu do kadry pracujących nad tym naukowców dr Sary Kinney, która uzgodniła, że najlepszą metodą na osiągnięcie oczekiwanych rezultatów będzie sklonowanie obiektu. Jako, iż odzyskany od Wolverine’a chromosom Y był uszkodzony, stworzenie męskiego klona było niewykonalne. Chromosom X był jednak nienaruszony…
Eksperyment się udał – dziewczynka oznaczona numerem kodowym X-23 (poprzednie dwadzieścia dwa obiekty nie przetrwały implementacji genów Logana) przejęła właściwą pierwowzorowi mutację, łącznie ze szponami (które zostały trochę inaczej rozmieszczone – po dwa w dłoniach i po jednym w stopach). W toku projektu Laura – jak nazwała X-23 jej „matka” – poddana została morderczemu treningowi, aby stać się idealną maszynę do zabijania. By zapewnić sobie całkowitą kontrolę nad poczynaniami X-23 stworzono specjalną substancję, na zapach której Laura reaguje wybuchem agresji. Dziewczynka oddelegowana była do skrytobójczych zadań, jakie zlecali Facility zbrodniarze pokroju Kingpina. Jej powierzchowność była doskonałym kamuflażem dla jej prawdziwej natury, więc odnosiła na tym polu sukcesy, przynosząc zysk swoim twórcom. Nie trwało to długo. Na wskutek machinacji niektórych członków Facility X-23 miała zostać zabita. Dzięki pomocy jej „matki” dziewczynce udało się uciec, nim do tego doszło, ale Laura zabija Sarę na wskutek kontaktu tej ostatniej z substancją wyzwalającą szał X-23. Dziewczyna w stanie bliskim katatonii ucieka z Facility. Można o tym poczytać w mini-serii „X-23: Innocence Lost”.
Klon Wloverine`a ląduje w Nowym Jorku, gdzie trafia pod „opiekę” sutenera Big Daddy’ego. Z tej matni wyrywa się dzięki pomocy grupy bezdomnych nowojorskich mutantów, do której dołącza na pewien czas. Te wydarzenia rozgrywają się na łamach „NYX” autorstwa Joe’go Quesady, którą bardzo lubię, choć generalnie oceniana jest jako średnia. Fakt, iż Laura po raz pierwszy w życiu trafia gdzieś, gdzie inni traktują ją po ludzku sprawił, że dziewczyna wyrywa się z otępienia i rusza na spotkanie z siostrą doktor Kinney, której córkę uratowała z rąk pedofila. „Ciocia” i „kuzynka” przygarniają ją pod swój dach. Sielanka nie trwa jednak zbyt długo, ponieważ w Facility przypominają sobie o X-23 i wysyłają za nią Kimurę, jedną ze swoich agentek. Sytuacja ponownie staje na krawędzi, tym razem jednak obywa się bez ofiar wśród bliskich Laury. Dziewczyna rozumie jednak, dlaczego nie może zostać w domu Debbie i Megan, ostatecznie trafiając więc tam, gdzie powinna – do Instytutu Xaviera Dla Uzdolnionej Młodzieży. To wszystko przeczytać można – i należy – w mini-serii „X-23: Target X”.
W szkole mutantka nie ma łatwo. Ciągle prześladują ją demony przeszłości, a jej pobyt w Instytucie przypada na okres po M Day, który zdziesiątkował populację mutantów. Homo sapiens superior stają się zagrożonym gatunkiem. Podczas „Messiah CompleX” Laura wcielona zostaje do oddziału X-Force, który miał uratować Hope Summers z rąk Marauders i Mr. Sinistra. W tajnym oddziale Logana pracuje aż do „Second Coming”. Dopiero wtedy, po raz pierwszy w życiu Laura nie musi walczyć, nie ma nad sobą bezdusznych naukowców, alfonsa ani Cyclopsa, który wykorzystywać ją będzie w ten czy inny sposób, jako narzędzie pozbawione wolnej woli. I tu dochodzimy do właściwej części tekstu.
Do tej pory Laura była w rękach mężczyzn – opisywaniem jej perypetii zajmowali się scenarzyści, którzy narządy płciowe mają na zewnątrz, nie zaś w środku. Wychodziło im to bardzo dobrze, bo zarówno Kyle, jak i Yost są znakomitymi scenarzystami, a Quesada… cóż, Quesada, podczas pisania „NYX” miał akurat zwyżkę formy. Jednak pierwsza regularna skupiająca się na postaci X-23 została napisana przez kobietę. Marjorie Liu to popularna pisarka urban fantasy i romansów paranormalnych oraz autorka skryptów komiksowych. W solowej serii o X-23 udało się wykreować postać zaskakująco złożoną, zarazem rozwijając te cechy charakteru bohaterki, które opisywali poprzedni scenarzyści, jak i dodając własne pomysły. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania – otrzymaliśmy historię nadzwyczaj oryginalną, inteligentną, nietuzinkową oraz zaskakująco odmienną od tego, do czego przyzwyczaił nas Marvel. Słowem - bardzo kobiecą. W swoim on-goingu Laura zostaje postawiona przed dylematem „co ja mam ze sobą właściwie zrobić?”. Wojna się skończyła, przyjaciele ze szkoły odwrócili się od niej, rozczarowani tym, że nie ufała im na tyle, by zdradzić im istnienie X-Force. Nie ma już miejsca, w którym mogłaby się odnaleźć maszyna do zabijania, jaką jest ciemnowłosa, małomówna nastolatka, toteż wyrusza w podróż mającą umożliwić jej – jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało – odnalezienie samą siebie.
Na szlaku nie jest sama. Towarzyszy jej Gambit, popularny onegdaj członek X-Man, na którego od dawna nikt nie miał pomysłu, przez co ta postać przez większość czasu robiła za tło. I to był fabularny strzał w dziesiątkę – obie postaci tworzą niesamowity duet, którego wzajemne relacje to istny majstersztyk. Remy LeBeau towarzyszy Laurze w podróży niezupełnie, jako mentor, nie jako obrońca (bo kto jak kto, ale Laura nie potrzebuje obrony), a raczej jako przyjaciel, opiekun, trochę nauczyciel – bo dziewczyna wiele musi się nauczyć o sobie, o innych, o tym, jaka naprawdę jest. O tym, co straciła i o tym, co ze zniszczonego dzieciństwa może jeszcze odzyskać. O tym, że – wbrew temu, co myślą i sądzą inni – nie jest maszyną, jest świadomą swoich postępków, czującą ludzką istotą. Zresztą, nie jest to relacja jednostronna, bo i sam Gambit w podróży zmuszony jest pod wpływem Laury zrewidować część swoich poglądów na życie. Ten nietypowy w komiksie superbohaterskim duet owocuje wieloma wspaniałymi scenami, choćby tą, w której Remy opowiada śpiącej Laurze o swojej ulubionej książce – jeszcze nigdy nie widziałem, by tak mało statycznych kadrów niosło ze sobą tak duży ładunek emocjonalny. To właśnie stanowi o wyjątkowości tej serii.
„X-23” – mimo charakterystycznego dla superhero dynamizmu – jest bardzo introspektywna, momentami ociera się nawet o metafizykę i nie jest to metafizyka w duchu „zabij demona, który siedzi ci w głowie”, a przynajmniej – nie tylko na takim poziomie. Laura nie ratuje świata, kolejne jej potyczki z demonami przeszłości (a niekiedy i demonami czasów obecnych) nakierowują ją raczej na deklarację niezależności, podejmowanie własnych decyzji, a nie wykonywanie poleceń innych. Gambit zawsze jej dopinguje i służy pomocą, jednak rozumie, jak ważne jest, by dziewczyna nauczyła się indywidualizmu. Dlatego też seria bardzo luźno trzyma się w ramach tego, co zwykliśmy nazywać kanonem amerykańskiego mainstreamu komiksowego. Ale to dobrze. Seria skończyła się na dwudziestym pierwszym numerze. Stało się to z powodu delikatnej korekty strategii marketingowej Marvela, która pociągnęła za sobą śmierć kilku całkiem ciekawych, lecz niedostatecznie dobrze sprzedających się serii – między innymi właśnie X-23.
Co jakiś czas komiksowy mainstream dopada kryzys. Popularność komiksów spadła, scenarzyści nie są w stanie zdobyć się na choćby minimum kreatywności, tłukąc bez przerwy te same motywy i wątki. Tonącej barce z trykociarzami na pomoc przyszli scenarzyści z Wysp Brytyjskich, którzy wprowadzili superhero w nową erę, odświeżając i reorganizując kanon. Dziś rynek jest w podobnej kropce – fani skarżą się, że ekranizacje przygód ich ulubionych bohaterów są lepsze fabularnie, niż obecne komiksy. Trudno się z nimi nie zgodzić – od jakiejś dekady komiksy krążą od jednego „epickiego, zmieniającego wszystko eventu” do drugiego, co powoduje zrozumiały przesyt. Kryzys, zamiast ograniczyć liczbę wydawanych serii na rzecz ich jakości przyniósł trend odwrotny – rynek jest zalewany komiksami jakości, delikatnie rzecz biorąc, wątpliwej. Co mogłoby tym razem podźwignąć rynek z marazmu? Może kobiety?
Kobiety to raczej niewielka grupa nabywcza tradycyjnych komiksów superbohaterskich. A szkoda, bo może im więcej kobiet czytałoby komiksy, tym więcej kobiecych scenarzystek pisałoby regularne serie superbohaterskie, a to zrobiłoby dobrze całemu rynkowi. Jeśli już jakaś kobieta chwyta za scenopisarskie pióro, to raczej w ramach projektu raczej ambitniejszego, niż rozrywkowy komiks o ludziach w pelerynach noszących majtki na wierzchu. I tu mi zaczyna świtać, że jakiś komiksowy parytet mógłby okazać się zbawienny, ale rozumiem, że wygłaszanie takich opinii może się skończyć linczem, toteż skończę w tym miejscu. A komiksy o X-23 polecam wszystkim.
Ponieważ Laura Kinney, tak bowiem naprawdę nazywa się główna bohaterka, stała się dla mnie modelowym przykładem, jak wiele mogą dać mainstreamowi zarówno kobiece bohaterki, jak i kobiety-scenarzystki. Ale po kolei. Z góry ostrzegam przed delikatnymi spoilerami, ale zapewniam, że warto się na nie narazić, bo poniższa opowieść jest naprawdę pasjonująca.
X-23 przydryfowała do świata komiksów z kreskówki „X-Men: Evolution”. Nie jest to praktyka bardzo częsta, ale takie migracje zdarzają się, gdy na ekranie bohater radzi sobie na tyle dobrze, by z powodzeniem móc go zaadaptować do regularnego uniwersum. Historia tej postaci – w dużej mierze snuta przez ceniony duet Craig Kyle-Chris Yost – rozpoczyna się w laboratoriach organizacji Facility, będącej spadkobiercą niesławnego Weapon X. Jest ona w posiadaniu próbki DNA Logana i usiłuje – bez powodzenia – wykorzystać ją do nadania innym ludziom mocy regeneracji, jakimi charakteryzuje się członek X-Men. Przełom nastąpił dopiero po dołączeniu do kadry pracujących nad tym naukowców dr Sary Kinney, która uzgodniła, że najlepszą metodą na osiągnięcie oczekiwanych rezultatów będzie sklonowanie obiektu. Jako, iż odzyskany od Wolverine’a chromosom Y był uszkodzony, stworzenie męskiego klona było niewykonalne. Chromosom X był jednak nienaruszony…
Eksperyment się udał – dziewczynka oznaczona numerem kodowym X-23 (poprzednie dwadzieścia dwa obiekty nie przetrwały implementacji genów Logana) przejęła właściwą pierwowzorowi mutację, łącznie ze szponami (które zostały trochę inaczej rozmieszczone – po dwa w dłoniach i po jednym w stopach). W toku projektu Laura – jak nazwała X-23 jej „matka” – poddana została morderczemu treningowi, aby stać się idealną maszynę do zabijania. By zapewnić sobie całkowitą kontrolę nad poczynaniami X-23 stworzono specjalną substancję, na zapach której Laura reaguje wybuchem agresji. Dziewczynka oddelegowana była do skrytobójczych zadań, jakie zlecali Facility zbrodniarze pokroju Kingpina. Jej powierzchowność była doskonałym kamuflażem dla jej prawdziwej natury, więc odnosiła na tym polu sukcesy, przynosząc zysk swoim twórcom. Nie trwało to długo. Na wskutek machinacji niektórych członków Facility X-23 miała zostać zabita. Dzięki pomocy jej „matki” dziewczynce udało się uciec, nim do tego doszło, ale Laura zabija Sarę na wskutek kontaktu tej ostatniej z substancją wyzwalającą szał X-23. Dziewczyna w stanie bliskim katatonii ucieka z Facility. Można o tym poczytać w mini-serii „X-23: Innocence Lost”.
Klon Wloverine`a ląduje w Nowym Jorku, gdzie trafia pod „opiekę” sutenera Big Daddy’ego. Z tej matni wyrywa się dzięki pomocy grupy bezdomnych nowojorskich mutantów, do której dołącza na pewien czas. Te wydarzenia rozgrywają się na łamach „NYX” autorstwa Joe’go Quesady, którą bardzo lubię, choć generalnie oceniana jest jako średnia. Fakt, iż Laura po raz pierwszy w życiu trafia gdzieś, gdzie inni traktują ją po ludzku sprawił, że dziewczyna wyrywa się z otępienia i rusza na spotkanie z siostrą doktor Kinney, której córkę uratowała z rąk pedofila. „Ciocia” i „kuzynka” przygarniają ją pod swój dach. Sielanka nie trwa jednak zbyt długo, ponieważ w Facility przypominają sobie o X-23 i wysyłają za nią Kimurę, jedną ze swoich agentek. Sytuacja ponownie staje na krawędzi, tym razem jednak obywa się bez ofiar wśród bliskich Laury. Dziewczyna rozumie jednak, dlaczego nie może zostać w domu Debbie i Megan, ostatecznie trafiając więc tam, gdzie powinna – do Instytutu Xaviera Dla Uzdolnionej Młodzieży. To wszystko przeczytać można – i należy – w mini-serii „X-23: Target X”.
W szkole mutantka nie ma łatwo. Ciągle prześladują ją demony przeszłości, a jej pobyt w Instytucie przypada na okres po M Day, który zdziesiątkował populację mutantów. Homo sapiens superior stają się zagrożonym gatunkiem. Podczas „Messiah CompleX” Laura wcielona zostaje do oddziału X-Force, który miał uratować Hope Summers z rąk Marauders i Mr. Sinistra. W tajnym oddziale Logana pracuje aż do „Second Coming”. Dopiero wtedy, po raz pierwszy w życiu Laura nie musi walczyć, nie ma nad sobą bezdusznych naukowców, alfonsa ani Cyclopsa, który wykorzystywać ją będzie w ten czy inny sposób, jako narzędzie pozbawione wolnej woli. I tu dochodzimy do właściwej części tekstu.
Do tej pory Laura była w rękach mężczyzn – opisywaniem jej perypetii zajmowali się scenarzyści, którzy narządy płciowe mają na zewnątrz, nie zaś w środku. Wychodziło im to bardzo dobrze, bo zarówno Kyle, jak i Yost są znakomitymi scenarzystami, a Quesada… cóż, Quesada, podczas pisania „NYX” miał akurat zwyżkę formy. Jednak pierwsza regularna skupiająca się na postaci X-23 została napisana przez kobietę. Marjorie Liu to popularna pisarka urban fantasy i romansów paranormalnych oraz autorka skryptów komiksowych. W solowej serii o X-23 udało się wykreować postać zaskakująco złożoną, zarazem rozwijając te cechy charakteru bohaterki, które opisywali poprzedni scenarzyści, jak i dodając własne pomysły. Efekt przeszedł najśmielsze oczekiwania – otrzymaliśmy historię nadzwyczaj oryginalną, inteligentną, nietuzinkową oraz zaskakująco odmienną od tego, do czego przyzwyczaił nas Marvel. Słowem - bardzo kobiecą. W swoim on-goingu Laura zostaje postawiona przed dylematem „co ja mam ze sobą właściwie zrobić?”. Wojna się skończyła, przyjaciele ze szkoły odwrócili się od niej, rozczarowani tym, że nie ufała im na tyle, by zdradzić im istnienie X-Force. Nie ma już miejsca, w którym mogłaby się odnaleźć maszyna do zabijania, jaką jest ciemnowłosa, małomówna nastolatka, toteż wyrusza w podróż mającą umożliwić jej – jakkolwiek banalnie by to nie brzmiało – odnalezienie samą siebie.
Na szlaku nie jest sama. Towarzyszy jej Gambit, popularny onegdaj członek X-Man, na którego od dawna nikt nie miał pomysłu, przez co ta postać przez większość czasu robiła za tło. I to był fabularny strzał w dziesiątkę – obie postaci tworzą niesamowity duet, którego wzajemne relacje to istny majstersztyk. Remy LeBeau towarzyszy Laurze w podróży niezupełnie, jako mentor, nie jako obrońca (bo kto jak kto, ale Laura nie potrzebuje obrony), a raczej jako przyjaciel, opiekun, trochę nauczyciel – bo dziewczyna wiele musi się nauczyć o sobie, o innych, o tym, jaka naprawdę jest. O tym, co straciła i o tym, co ze zniszczonego dzieciństwa może jeszcze odzyskać. O tym, że – wbrew temu, co myślą i sądzą inni – nie jest maszyną, jest świadomą swoich postępków, czującą ludzką istotą. Zresztą, nie jest to relacja jednostronna, bo i sam Gambit w podróży zmuszony jest pod wpływem Laury zrewidować część swoich poglądów na życie. Ten nietypowy w komiksie superbohaterskim duet owocuje wieloma wspaniałymi scenami, choćby tą, w której Remy opowiada śpiącej Laurze o swojej ulubionej książce – jeszcze nigdy nie widziałem, by tak mało statycznych kadrów niosło ze sobą tak duży ładunek emocjonalny. To właśnie stanowi o wyjątkowości tej serii.
„X-23” – mimo charakterystycznego dla superhero dynamizmu – jest bardzo introspektywna, momentami ociera się nawet o metafizykę i nie jest to metafizyka w duchu „zabij demona, który siedzi ci w głowie”, a przynajmniej – nie tylko na takim poziomie. Laura nie ratuje świata, kolejne jej potyczki z demonami przeszłości (a niekiedy i demonami czasów obecnych) nakierowują ją raczej na deklarację niezależności, podejmowanie własnych decyzji, a nie wykonywanie poleceń innych. Gambit zawsze jej dopinguje i służy pomocą, jednak rozumie, jak ważne jest, by dziewczyna nauczyła się indywidualizmu. Dlatego też seria bardzo luźno trzyma się w ramach tego, co zwykliśmy nazywać kanonem amerykańskiego mainstreamu komiksowego. Ale to dobrze. Seria skończyła się na dwudziestym pierwszym numerze. Stało się to z powodu delikatnej korekty strategii marketingowej Marvela, która pociągnęła za sobą śmierć kilku całkiem ciekawych, lecz niedostatecznie dobrze sprzedających się serii – między innymi właśnie X-23.
Co jakiś czas komiksowy mainstream dopada kryzys. Popularność komiksów spadła, scenarzyści nie są w stanie zdobyć się na choćby minimum kreatywności, tłukąc bez przerwy te same motywy i wątki. Tonącej barce z trykociarzami na pomoc przyszli scenarzyści z Wysp Brytyjskich, którzy wprowadzili superhero w nową erę, odświeżając i reorganizując kanon. Dziś rynek jest w podobnej kropce – fani skarżą się, że ekranizacje przygód ich ulubionych bohaterów są lepsze fabularnie, niż obecne komiksy. Trudno się z nimi nie zgodzić – od jakiejś dekady komiksy krążą od jednego „epickiego, zmieniającego wszystko eventu” do drugiego, co powoduje zrozumiały przesyt. Kryzys, zamiast ograniczyć liczbę wydawanych serii na rzecz ich jakości przyniósł trend odwrotny – rynek jest zalewany komiksami jakości, delikatnie rzecz biorąc, wątpliwej. Co mogłoby tym razem podźwignąć rynek z marazmu? Może kobiety?
Kobiety to raczej niewielka grupa nabywcza tradycyjnych komiksów superbohaterskich. A szkoda, bo może im więcej kobiet czytałoby komiksy, tym więcej kobiecych scenarzystek pisałoby regularne serie superbohaterskie, a to zrobiłoby dobrze całemu rynkowi. Jeśli już jakaś kobieta chwyta za scenopisarskie pióro, to raczej w ramach projektu raczej ambitniejszego, niż rozrywkowy komiks o ludziach w pelerynach noszących majtki na wierzchu. I tu mi zaczyna świtać, że jakiś komiksowy parytet mógłby okazać się zbawienny, ale rozumiem, że wygłaszanie takich opinii może się skończyć linczem, toteż skończę w tym miejscu. A komiksy o X-23 polecam wszystkim.
piątek, 21 września 2012
#1134 - Uncanny X-Force vol. 3/4: The Dark Angel Saga
Pomysł na stworzenie mutanckiego zespołu do zadań specjalnych (czy też raczej – od brudnej roboty) pojawił się podczas crossovera „Messiah CompleX”. Decyzję o jego założeniu podjął Scott Summers, a zadanie dobrania odpowiednich ludzi powierzył najlepszemu w swoim fachu, Wolverine`owi. W lutym 2008 roku ten koncept stał się podstawą on-goinga pisanego przez Craiga Kyle`a i Christophera Yosta zatytułowanego „X-Force”, będącego trzecią inkarnacją serii o takim tytule.
Seria ta według fanów uchodzi za jedną z najlepszych wśród x-tytułów, choć mnie zraziło już pierwsze wydanie zbiorcze. Cóż – albo ja się nie znam, albo mutanckie komiksy osiągnęły taki poziom, że mocno średnia, ale nasycona brutalnością, „mrocznością” i szybką akcją, pozycja wybija się ponad bardzo mizerną przeciętność. „X-Force” dobiegło swojego kresu w 2010 roku wraz z eventem „Second Coming”, tylko po to, aby zostać zastąpioną przez swojego sukcesora zatytułowanego „Uncanny X-Force”. Tym razem Wolverine, w tajemnicy przed Cyclopsem, zakłada swój własny zespół uderzeniowy, którego celem jest rozwiązywanie problemów, zanim one zagrożą zmutowanej społeczności mieszkającej na Utopii. W skład jego ekipy wchodzą Psyclocke, Angel, Deadpool, Fantomex oraz E.V.A.
Czytając „U X-F” widać, Rick Remander dostał duży kredyt zaufania w Domu Pomysłów. Na dobrą sprawę dwie pierwsze historie, czyli „Apocalypse Solution” i „Deathlok Nation” stanowią swego rodzaju rozgrzewkę i zaledwie wstęp do głównego dania, jakim jest niewątpliwie „Dark Angel Saga”. Historia zawarta w dwóch tomach nazywana jest przez swoich entuzjastów najlepszym x-komiksem od czasów „New X-Men” Granta Morrisona, pamiętnej „Dark Phoenix Sagi”, czy opowieści z oryginalnymi X-Men Stana Lee i Jacka Kirby`ego (w zależności od stopnia ich zachwytu). Czy słusznie? Według mnie – nie. Ale zacznijmy od początku.
Zdradzając jak najmniej z fabuły – osobowość Warrena Worthingtona została podzielona na dwa aspekty – Angela, który jest w pełni przez niego kontrolowany oraz Archangela, będącego nasieniem Apocalypse`a. Pomimo nieustannej pomocy Betsy jego mroczna strona zaczyna wygrywać i dążyć do zrealizowania swojego mrocznego przeznaczenia. Ekipa Logana rusza do rzeczywistości Age of Apocalypse, aby zdobyć Ziarno Życia, które ma uratować duszę Warrena. Czy im się uda?
Opowieść oryginalne zamknięta w zeszytach 8-13 (pierwszy tom) i 14-18 (drugi) regularnej serii uchodzi za opus magnum Ricka Remandera. Scenarzysty, który wymieniany jest w gronie nowej generacji architektów Domu Pomysłów, którzy będą kształtowali przyszłość Ziemi-616 w ramach Marvel NOW! Rzeczywiście, udało mu się stworzyć trzymającą w napięciu od początku do końca historię, której nie kompromitują rażące wpadki (choć do kilku kiksów dałoby się przyczepić). Bardzo sprawnie rozłożył akcenty pomiędzy akcję, a rozwijanie relacji interpersonalnych. Postać Archangela została poprowadzona naprawdę świetnie, a jego związek z Psylocke – co najmniej dobrze. Trzeba pochwalić, w jaki sposób Remander wkomponował Deadpoola w poważną serię. Znalazł wreszcie pomysł na Apocalypse`a, który od czasów „AoA” jest regularnie gwałcony przez kolejnych scenarzystów (strzeżcie się tego, co z nim zrobił Peter Milligan!). Jest kilka mocnych scen, ale całość nie wybija się ponad solidny poziom superbohaterskich nawalanek. No, może jest ciut lepsza. W myśl zasady na bezrybiu i rak ryba, czyli strasznej posuchy dobrych, rozrywkowych komiksów, nie tylko w świecie X-Men, „Dark Angel Saga” jest zwyczajnie przeceniane. W porównaniu choćby z tym, co wyprawiał Joss Wheadon na łamach „Astonishing X-Men” Remander wygląda biednie. Brakuje dramaturgii, nie ma tej epickości, znakomitego prowadzenia postaci, świeżości i wszystkiego, ale w jednym „Dark Angel Saga” jest lepsze. To oprawa wizualna.
Pierwszy tom to jeszcze praca zbiorowa artystów przeciętnych (Mark Brooks, Scott Eaton) lub wręcz słabych (Billy Tan, Rich Elson), drugi natomiast to prawdziwy popis Jeromego Openy. Wspólnym mianownikiem grafiki, oprócz znakomitych coverów Esada Ribica, są kolory Dean White`a. Nie znam drugiego takiego kolorysty pracującego w mainstreamie, który potrafiłby odcisnąć takie piętno na pracy rysownika. Który potrafiłby wydobyć wszystko, co najlepsze ze swojego partnera. Z jego pomocą Tan nie wygląda już na ostatniego patałacha, który w Marvelu pracuje przez znajomości, tylko na solidnego wyrobnika, a Brooks zaczyna aspirować do ligi Chrisa Bachalo. A Opena… Cóż myślę, że porównanie z Moebiusem będzie zbyt brawurowe, ale pod względem stylistyki jest naprawdę blisko. Oprawa wizualna drugiego tomu jest absolutnie zachwycająca – począwszy od zniewalającej scenografii, designu postaci, a skończywszy na malarskości i dynamice. Jerome Opena i Dean White to ścisła czołówka w swojej klasie – obok Francisa Manapula, J.H. Williamsa i Darwyna Cooke`a. Rzadko to mówię, ale warto kupić ten album tylko dla samych rysunków. Historia może was nie zachwyci, ale rozpłyniecie się nad wizualiami.
Seria ta według fanów uchodzi za jedną z najlepszych wśród x-tytułów, choć mnie zraziło już pierwsze wydanie zbiorcze. Cóż – albo ja się nie znam, albo mutanckie komiksy osiągnęły taki poziom, że mocno średnia, ale nasycona brutalnością, „mrocznością” i szybką akcją, pozycja wybija się ponad bardzo mizerną przeciętność. „X-Force” dobiegło swojego kresu w 2010 roku wraz z eventem „Second Coming”, tylko po to, aby zostać zastąpioną przez swojego sukcesora zatytułowanego „Uncanny X-Force”. Tym razem Wolverine, w tajemnicy przed Cyclopsem, zakłada swój własny zespół uderzeniowy, którego celem jest rozwiązywanie problemów, zanim one zagrożą zmutowanej społeczności mieszkającej na Utopii. W skład jego ekipy wchodzą Psyclocke, Angel, Deadpool, Fantomex oraz E.V.A.
Czytając „U X-F” widać, Rick Remander dostał duży kredyt zaufania w Domu Pomysłów. Na dobrą sprawę dwie pierwsze historie, czyli „Apocalypse Solution” i „Deathlok Nation” stanowią swego rodzaju rozgrzewkę i zaledwie wstęp do głównego dania, jakim jest niewątpliwie „Dark Angel Saga”. Historia zawarta w dwóch tomach nazywana jest przez swoich entuzjastów najlepszym x-komiksem od czasów „New X-Men” Granta Morrisona, pamiętnej „Dark Phoenix Sagi”, czy opowieści z oryginalnymi X-Men Stana Lee i Jacka Kirby`ego (w zależności od stopnia ich zachwytu). Czy słusznie? Według mnie – nie. Ale zacznijmy od początku.
Zdradzając jak najmniej z fabuły – osobowość Warrena Worthingtona została podzielona na dwa aspekty – Angela, który jest w pełni przez niego kontrolowany oraz Archangela, będącego nasieniem Apocalypse`a. Pomimo nieustannej pomocy Betsy jego mroczna strona zaczyna wygrywać i dążyć do zrealizowania swojego mrocznego przeznaczenia. Ekipa Logana rusza do rzeczywistości Age of Apocalypse, aby zdobyć Ziarno Życia, które ma uratować duszę Warrena. Czy im się uda?
Opowieść oryginalne zamknięta w zeszytach 8-13 (pierwszy tom) i 14-18 (drugi) regularnej serii uchodzi za opus magnum Ricka Remandera. Scenarzysty, który wymieniany jest w gronie nowej generacji architektów Domu Pomysłów, którzy będą kształtowali przyszłość Ziemi-616 w ramach Marvel NOW! Rzeczywiście, udało mu się stworzyć trzymającą w napięciu od początku do końca historię, której nie kompromitują rażące wpadki (choć do kilku kiksów dałoby się przyczepić). Bardzo sprawnie rozłożył akcenty pomiędzy akcję, a rozwijanie relacji interpersonalnych. Postać Archangela została poprowadzona naprawdę świetnie, a jego związek z Psylocke – co najmniej dobrze. Trzeba pochwalić, w jaki sposób Remander wkomponował Deadpoola w poważną serię. Znalazł wreszcie pomysł na Apocalypse`a, który od czasów „AoA” jest regularnie gwałcony przez kolejnych scenarzystów (strzeżcie się tego, co z nim zrobił Peter Milligan!). Jest kilka mocnych scen, ale całość nie wybija się ponad solidny poziom superbohaterskich nawalanek. No, może jest ciut lepsza. W myśl zasady na bezrybiu i rak ryba, czyli strasznej posuchy dobrych, rozrywkowych komiksów, nie tylko w świecie X-Men, „Dark Angel Saga” jest zwyczajnie przeceniane. W porównaniu choćby z tym, co wyprawiał Joss Wheadon na łamach „Astonishing X-Men” Remander wygląda biednie. Brakuje dramaturgii, nie ma tej epickości, znakomitego prowadzenia postaci, świeżości i wszystkiego, ale w jednym „Dark Angel Saga” jest lepsze. To oprawa wizualna.
Pierwszy tom to jeszcze praca zbiorowa artystów przeciętnych (Mark Brooks, Scott Eaton) lub wręcz słabych (Billy Tan, Rich Elson), drugi natomiast to prawdziwy popis Jeromego Openy. Wspólnym mianownikiem grafiki, oprócz znakomitych coverów Esada Ribica, są kolory Dean White`a. Nie znam drugiego takiego kolorysty pracującego w mainstreamie, który potrafiłby odcisnąć takie piętno na pracy rysownika. Który potrafiłby wydobyć wszystko, co najlepsze ze swojego partnera. Z jego pomocą Tan nie wygląda już na ostatniego patałacha, który w Marvelu pracuje przez znajomości, tylko na solidnego wyrobnika, a Brooks zaczyna aspirować do ligi Chrisa Bachalo. A Opena… Cóż myślę, że porównanie z Moebiusem będzie zbyt brawurowe, ale pod względem stylistyki jest naprawdę blisko. Oprawa wizualna drugiego tomu jest absolutnie zachwycająca – począwszy od zniewalającej scenografii, designu postaci, a skończywszy na malarskości i dynamice. Jerome Opena i Dean White to ścisła czołówka w swojej klasie – obok Francisa Manapula, J.H. Williamsa i Darwyna Cooke`a. Rzadko to mówię, ale warto kupić ten album tylko dla samych rysunków. Historia może was nie zachwyci, ale rozpłyniecie się nad wizualiami.
Etykiety:
Billy Tan,
importowane,
Jerome Opena,
mainstream,
Mark Brooks,
Marvel,
recenzja,
Rich Elson,
Rick Remender,
Scott Eaton,
super-hero,
X-Men
wtorek, 11 września 2012
#1130 - Smak tego, co ma nadejść
Nie wiadomo jeszcze, czy i w jakim kształcie na polskim rynku Hachette zaprezentują Wielką Kolekcję Komiksów Marvela, stanowiąca całkiem udany przekrój po najważniejszych, najciekawszych i najbardziej znanych opowieściach Domu Pomysłów. Spośród tych 60 wydanych na rynku brytyjskim tytułów o kilkunastu z nich pisaliśmy już na łamach Kolorowych Zeszytów.
Poniższe zestawienie to niejako przegląd tych pozycji, które może pomóc niezdecydowanym w podjęciu decyzji kupić, czy nie kupić. Poszczególne pozycje pogrupowałem w trzech kręgach. W pierwszym z nich znalazły się pozycje obowiązkowe dla każdego fana trykociarzy, po które śmiało mogą spróbować sięgać również czytelnicy nie gustujący w konwencji super-hero. Choćby po to, by zobaczyć "z czym to się je".
"Astonishing X-Men: Obdarowani" i "Astonishing X-Men: Niebezpieczni" Jossa Whedona i Johna Cassaday`a:
Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Whedon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni".
(recenzja całego runu)
"Marvels" Kurta Busieka i Alexa Rossa: Właściwie jest to komiks przeznaczony dla odbiorcy kochającego pulpę. Nie wiem, czy czytelnik, który w swej młodości nie został zaszczepiony miłością do Spider-Mana czy X-Menów dostrzeże wartość tego utworu, będącego w gruncie rzecz sentymentalną wycieczką do krainy komiksowego dzieciństwa. Dojrzałą, jak najbardziej krytyczną, momentami frapującą, a momentami nieznośnie patetyczną.
(link do recenzji albumu)
"Astonishing X-Men: Obdarowani" i "Astonishing X-Men: Niebezpieczni" Jossa Whedona i Johna Cassaday`a:
Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Whedon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni".
(recenzja całego runu)
"Marvels" Kurta Busieka i Alexa Rossa: Właściwie jest to komiks przeznaczony dla odbiorcy kochającego pulpę. Nie wiem, czy czytelnik, który w swej młodości nie został zaszczepiony miłością do Spider-Mana czy X-Menów dostrzeże wartość tego utworu, będącego w gruncie rzecz sentymentalną wycieczką do krainy komiksowego dzieciństwa. Dojrzałą, jak najbardziej krytyczną, momentami frapującą, a momentami nieznośnie patetyczną.
(link do recenzji albumu)
"Planet Hulk" Grega Paka, Carlo Pagulayana i innych:
Komiks całymi garściami czerpie z schematu fabularnego „Gladiatora”. To opowieść o Zielonej Szramie, o Oku Gniewu, Niszczycielu Światów, o Harkanonie, Haargu, Holku, czyli o naszym ulubionym Hulku, Sałacie Marvela, który trafił do świata ciemiężonego przez Czerwonego Imperatora i ze zwykłego niewolnika staje się bohaterem uciśnionych i ich nadzieją na wyzwolenie.(linka do recenzji albumu)
"Eternals" Neila Gaiaman i Johna Romity Jra:
Zadaniem Gaimana było napisanie historii, która będzie nowym początkiem, przygotowaniem gruntu pod ongoinga (który miał powstać w przypadku sukcesu mini-serii) i zapoznaniem nowych fanów Marvela z tą lekko zapomnianą supergrupą. I wywiązał się z niego znakomicie.(link do recenzji albumu)
"Captain America: The Winter Soldier" Eda Brubaekra i Steve`a Eptinga:
Tak po prawdzie to w „Kapitanie Ameryce” jest bardzo mało trykotów, a sam tytuł mocno ciąży ku opowieściom szpiegowskim w stylu takiego dojrzałego Bonda. Mamy zatem byłych generałów KGB knujących spiski, echa zimnej wojny, sowieckich tajnych super-agentów, neonazistów, latające samochody i znakomite reminiscencje samego Rogersa z II Wojny Światowej.
(linka do recenzji całego runu)
W drugim rzędzie wymieniłbym albumy, które powinny znaleźć się na półce każdego fanboja. To w większości co najmniej dobre pozycje, które moga okazać się nieco zbyt trykociarskie dla czytelnika "spoza".
"New X-Men: W jak Wyniszczenie" i "New X-Men: Imperial" Granta Morrisona, Franka Quitely`ego i innych:
Słowem – Morrison jedzie po bandzie, mnoży swoje dziwactwa w każdym numerze. Przeciętny miłośnik komiksów z charakterystycznym X na okładce będzie czytał „New X-Men” z zapartych tchem, dopóki nie zorientuje się, że cały koncept szkockiego pisarza polega tylko doprowadzenia do groteskowych rozmiarów wytartych przepisów na przygody mutantów.
(link do recenzji całego runu)
"Captain Britain and MI 13: Vampire State" Paula Cornella i innych:Ostatnia, trzecia i zdecydowanie najlepsza opowieść pod tytułem „Vampire State” to kolejna napaść na Zjednoczone Królestwo, któremu tym razem przewodzi hrabia Dracula, pragnący zrobić z Wysp państwo wampirów.
(link do recenzji albumu)
"Tajna Wojna" Briana M. Bendisa i Gabriele Dell`Otto:
Na rynku komiksowym Bendis zabłysnął znakomitymi kryminałami i przyznam, że nie spodziewałem się po nim tak ciekawie pomyślanej (jak na standardy super-hero, oczywiście) opowieści sensacyjnej.
Gęsto podlanej szpiegowskim sosem, z delikatną, geopolityczną nutką.
(link do recenzji albumu)
"Dr. Strange: The Oath" Briana K. Vaughana i Marcosa Martina:
Pewnie, jakbym się uparł, to
znalazłbym w "The Oath" kilka logicznych niedoróbek i typowo,
komiksowych uproszczeń – na czele dłońmi, których potężny Sorcerer
Supreme nie potrafi wyleczyć. Nie widzę jednak powodu, by to robić, bo
Vaughan bierze całą historię w nawias, bawiąc się w kilku miejscach
konwencją superhero, puszczając oczko swojemu czytelnikowi.
(link do recenzji albumu)
(link do recenzji albumu)
"New Avengers: Ucieczka" Briana M. Bendisa i Davida Fincha
(link do recenzji albumu)
"Wolverine: Old Man Logan" Marka Millara i Steve`a McNivena:
I na zakończenie ostatni krąg piekieł, a więc komiksów które mnie zupełnie nie przekonują, choć w sakli uniwersum Marvela są to rzeczy z różnych powodów ważne. Tylko dla maniakalnych kolekcjonerów, którzy chcą mieć wszystko.
"Avengers: Disassembled" Briana M. Bendisa i Davida Fincha:
"Avengers: Disassembled" to kolejna, zwyczajna super-bohaterska rozwałka. Nie mogę powiedzieć, żeby Bendis się przy niej popisał, nie licząc sprawnie napisanych dialogów (choć rażących patosem) i dramatycznych zgonów bohaterów (którzy i tak za jakiś czas powrócą).
(link do recenzji albumu)
"Secret Invasion" Briana M. Bendisa i Leinila Francisa Yu:
Gdybym wyrobił się z tym wcześniej, byłoby pewnie znacznie ostrzej, bo nie ukrywam, że ogromnie mnie ta historia rozczarowała i w dużej mierze zniechęciła do głównego nurtu superhero prezentowanego przez wydawnictwo Quesady. Miało być wyjątkowo, a wyszło jak zwykle i to mimo wspomnianej na początku ilości czasu, jaką miał Bendis na dopieszczenie wszystkiego.(link do recenzji albumu)
"Thor vol.1" J. Micheala Straczynskiego i Oliviera Coipela:Cóż można na zakończenie napisać? Mój pierwszy, dłuższy kontakt z „Thorem” skończył się sporym zawodem. Nic nie wskazuje na to, abym w najbliższym czasie miał się wybrać do komiksowego Asgardu, skoro jest jeszcze tyle znacznie lepszych tytułów z tej samej półki.
(link do recenzji albumu)
"Ród M" Briana M. Bendisa i Oliviera Coipela:
Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.
(link do recenzji albumu)
Patrząc na listę albumów pomieszczonych w kolekcji trzeba oddać tym, którzy zajmowali się selekcją, że udało im się dobrze wyważyć proporcje między klasyką, a tytułami z ostatnich dziesięciu, piętnastu lat. Wyszła im w miarę reprezentatywne zestawienie marvelowskich komiksów z pierwszej linii, choć mnie brakuje kilku tytułów, które mogłyby urozmaicić nieco monotonię tej wyliczanki. Brakuje mi bowiem czegoś zupełnie świeżego ("NYX", "Runaways"), czegoś nieco bardziej artystycznego ("Elektra: Assasin", "Elektra: War & Peace"), lub nieco mniej oczywistego ("Immortal Iron-Fist", "Incredible Hercules", coś z "X-Force").
Etykiety:
Avengers,
Brian M. Bendis,
David Finch,
Ed Brubaker,
Grant Morrison,
Hachette,
John Cassaday,
John Romita Jr.,
Joss Whedon,
lokalne,
mainstream,
Marvel,
Olivier Coipel,
ranking,
super-hero,
X-Men
czwartek, 9 sierpnia 2012
#1103 - Ród M
Prawdziwym fenomenem Marvela (i po części również DC) jest nie tyle zbudowanie komiksowego uniwersum zamieszkałego przez superbohaterską populację, ale stworzenie niekończącej się meta-narracji. O ile da się wyróżnić jakiś początek (choć wcale nie musi być on wyznaczony przez pierwsze publikacje Domu Pomysłów) i pewne „punkty startowe”, będące dogodnymi miejscami dla czytelników na wskoczenie w nurt snutej dziesiątek lat historii, to prawdopodobnie nigdy nie doczekamy się ich końca. Przynajmniej dopóki będą przynosić krociowe zyski.
Oczywiście, nie jest to żadna nowość. Wszak największe filmowe, książkowe czy growe przeboje zapuszczają w popkulturze korzenie i dają początek swoim dynastiom. Wielotomowe sagi fanasy, brytyjskie i amerykańskie seriale starsze od naszych rodziców i creme de la creme – Gwiezdne Wojny. Ale niewiele marek tego typu może równać się z Marvelem, który wygrywa pod względem ilości, skomplikowania swojego expanded universe, a i niewielu konkurentów może równać się z Domem Pomysłów pod względem stażu. Przecież oni to robią od czasów Stana Lee (a DC pewnie i dłużej)! Co więcej – nie jest tak, że owa meta-narracja składa się z mniejszych, samodzielnych części. Gdyby się dokładniej przyjrzeć poszczególnym zeszytom czy albumom da się zauważyć, że do ich w miarę satysfakcjonującej lektury trzeba zapoznać się z dziesiątkami innych pozycji, żeby wiedzieć kto z kim i gdzie i jak.
Jedne historie łączą się z następnymi, a te z kolei są zapowiedziami następnych. Fabuły rozpięte są pomiędzy cliffhangerami, które wydawcy obudowują wielkimi kampaniami promocyjnymi mającymi przekonać czytelników, że kolejny event czy crossover to naprawdę wielka rzecz. I choć fani wielokrotnie się przekonali, że to tylko marketingowa mowa trawa, to i tak sięgają po kolejne zeszyty i albumy. Kiedy wrzawa wokół danego tytułu nieco ucichnie, pojawią się znaki, że znowu coś się zbliża. Coś majaczy na horyzoncie i po pewnym czasie cały cykl się powtarza. I tak się to kręci. Ad infinitum. „Ród M” jest doskonalą realizacją takiego modelu.
Komiks Briana M. Bendisa (scenariusz) i Oliviera Coipela (rysunki) opowiada ciąg dalszy losów Scarlet Witch, których początek poznaliśmy w „Avengers: Disassembled”. Na scenie wydarzeń, obok Mścicieli pojawiają się również X-Men (tym samym dochodzi do crossoveru pomiędzy dwoma, najbardziej przebojowymi markami Marvela w tamtym czasie – „Astonishing X-Men” i „New Avengers”). Bohaterowie wspólnie muszą postanowić, co zrobić z oszalała mutantką, zdolną z mgnieniu oka zniszczyć naszą rzeczywistość. Szkoda, że brakło w tym gronie Batmana, który z pewnością byłby przygotowany taką ewentualność.
Machinacje Wandy Maximoff były brzemienne w skutkach dla świata mutantów i Ziemi 616. Jakkolwiek historia przedstawiona na kartach komiksu jest w pewien sposób zamknięta to jej ciąg dalszy przedstawiony został w „Decimation”, które dość płynnie przechodzi w „Endagered Species”. Potem jest, „Messiah CompleX”, kontynuowane przez kolejne części mesjańskiej trylogii, „Divided We Stand”, „Manifest Destiny”, „Nation X”, aż dochodzimy do „ReGenesis” i „Schism”. Gdzieś po drodze tworzą się wątki poboczne, prowadzące na przykład do „Silent War”, które potem zostają rozwinięte kosmicznym zakątku Domu Pomysłów, pączkują serie odpryskowe o różnej żywotności, począwszy od „Cable`a”, przez „X-Force”, „Generation Hope”, a skończywszy na „Uncanny X-Force”. W ten sposób, śledząc tylko losy mutantów Marvela, bo przecież podobne drzewko można przygotować dla Avengersów, dochodzimy do bieżącego eventu Domu Pomysłów, czyli „Avengers vs. X-Men”, którego twórcy i redaktorzy obiecują wreszcie rozwikłać wątki ciągnące się latami. Nie wierzyłbym w żadne obietnice finału, bo wielka superbohaterska narracja nie może się skończyć. Naturalnym stanem każdego miłośnika super-hero jest wyczekiwanie. Ciągła obietnica tego, co nadejdzie, która nigdy nie może zostać spełniona, a jeśli pojawia się jakaś satysfakcja – to jest ona chwilowa. I rozbudza kolejne pragnienia.
Dla mnie „Ród M” to jeden z najsłabszych komiksów napisanych przez Bendisa – szczególnie jeśli lektura jest ograniczona tylko do głównej mini-serii, w której maksymalnie skompresowana wątki, rozwijane w szeregu tie-inów, na łamach poszczególnych serii herosów występujących na scenie. Przez to fabułą wydaje się jeszcze bardziej skrótowa. Historia zaczyna się znakomicie od niepokojącej wyprawy do Genoshy. Bendisowi, który słynie z tego, że lepiej zaczyna, niż kończy, udało się utrzymać moje zainteresowanie do drugiego numeru, w doskonale uchwycono zagubienie Wolverine budzącego się w dziwnym miejscu (żeby zbyt wiele nie spoilerować). Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.
Z oprawą wizualną mam pewien problem. Olivier Coipel bardzo spodobał mi się w „Thorze” J. Micheala Straczynskiego. Swoją charakterną i nieco zawiadiacką kreską wyróżniał się pośród dziesiątków „artystów”, rysujących na jedno kopyto, bez krztyny jakiejkolwiek oryginalności. Coipel ze swoim specyficznym stylem rysowania postaci w bardzo przysadzisty, wręcz kwadratowy sposób pozytywne się wyróżniał. Warsztatowa sprawność połączona z wyczuciem konwencji i europejskim temperamentem (Coipel z pochodzenia jest Francuzem) dawała ciekawe efekty, ale… Właśnie, w przypadku „Rodu M” pojawia się ale, bo niektóre fragmenty wydają mi się bardzo niedopracowane, zrobione wręcz niedbale. Nie mogę z czystym sumieniem zachwycać się grafiką „Rodu M”, ale kilka scen zrobiło na mnie piorunujące wrażenie – choćby ta ze spacerującym w powietrzu Magneto nad ruinami Genoshy.
Oczywiście, nie jest to żadna nowość. Wszak największe filmowe, książkowe czy growe przeboje zapuszczają w popkulturze korzenie i dają początek swoim dynastiom. Wielotomowe sagi fanasy, brytyjskie i amerykańskie seriale starsze od naszych rodziców i creme de la creme – Gwiezdne Wojny. Ale niewiele marek tego typu może równać się z Marvelem, który wygrywa pod względem ilości, skomplikowania swojego expanded universe, a i niewielu konkurentów może równać się z Domem Pomysłów pod względem stażu. Przecież oni to robią od czasów Stana Lee (a DC pewnie i dłużej)! Co więcej – nie jest tak, że owa meta-narracja składa się z mniejszych, samodzielnych części. Gdyby się dokładniej przyjrzeć poszczególnym zeszytom czy albumom da się zauważyć, że do ich w miarę satysfakcjonującej lektury trzeba zapoznać się z dziesiątkami innych pozycji, żeby wiedzieć kto z kim i gdzie i jak.
Jedne historie łączą się z następnymi, a te z kolei są zapowiedziami następnych. Fabuły rozpięte są pomiędzy cliffhangerami, które wydawcy obudowują wielkimi kampaniami promocyjnymi mającymi przekonać czytelników, że kolejny event czy crossover to naprawdę wielka rzecz. I choć fani wielokrotnie się przekonali, że to tylko marketingowa mowa trawa, to i tak sięgają po kolejne zeszyty i albumy. Kiedy wrzawa wokół danego tytułu nieco ucichnie, pojawią się znaki, że znowu coś się zbliża. Coś majaczy na horyzoncie i po pewnym czasie cały cykl się powtarza. I tak się to kręci. Ad infinitum. „Ród M” jest doskonalą realizacją takiego modelu.
Komiks Briana M. Bendisa (scenariusz) i Oliviera Coipela (rysunki) opowiada ciąg dalszy losów Scarlet Witch, których początek poznaliśmy w „Avengers: Disassembled”. Na scenie wydarzeń, obok Mścicieli pojawiają się również X-Men (tym samym dochodzi do crossoveru pomiędzy dwoma, najbardziej przebojowymi markami Marvela w tamtym czasie – „Astonishing X-Men” i „New Avengers”). Bohaterowie wspólnie muszą postanowić, co zrobić z oszalała mutantką, zdolną z mgnieniu oka zniszczyć naszą rzeczywistość. Szkoda, że brakło w tym gronie Batmana, który z pewnością byłby przygotowany taką ewentualność.
Machinacje Wandy Maximoff były brzemienne w skutkach dla świata mutantów i Ziemi 616. Jakkolwiek historia przedstawiona na kartach komiksu jest w pewien sposób zamknięta to jej ciąg dalszy przedstawiony został w „Decimation”, które dość płynnie przechodzi w „Endagered Species”. Potem jest, „Messiah CompleX”, kontynuowane przez kolejne części mesjańskiej trylogii, „Divided We Stand”, „Manifest Destiny”, „Nation X”, aż dochodzimy do „ReGenesis” i „Schism”. Gdzieś po drodze tworzą się wątki poboczne, prowadzące na przykład do „Silent War”, które potem zostają rozwinięte kosmicznym zakątku Domu Pomysłów, pączkują serie odpryskowe o różnej żywotności, począwszy od „Cable`a”, przez „X-Force”, „Generation Hope”, a skończywszy na „Uncanny X-Force”. W ten sposób, śledząc tylko losy mutantów Marvela, bo przecież podobne drzewko można przygotować dla Avengersów, dochodzimy do bieżącego eventu Domu Pomysłów, czyli „Avengers vs. X-Men”, którego twórcy i redaktorzy obiecują wreszcie rozwikłać wątki ciągnące się latami. Nie wierzyłbym w żadne obietnice finału, bo wielka superbohaterska narracja nie może się skończyć. Naturalnym stanem każdego miłośnika super-hero jest wyczekiwanie. Ciągła obietnica tego, co nadejdzie, która nigdy nie może zostać spełniona, a jeśli pojawia się jakaś satysfakcja – to jest ona chwilowa. I rozbudza kolejne pragnienia.
Dla mnie „Ród M” to jeden z najsłabszych komiksów napisanych przez Bendisa – szczególnie jeśli lektura jest ograniczona tylko do głównej mini-serii, w której maksymalnie skompresowana wątki, rozwijane w szeregu tie-inów, na łamach poszczególnych serii herosów występujących na scenie. Przez to fabułą wydaje się jeszcze bardziej skrótowa. Historia zaczyna się znakomicie od niepokojącej wyprawy do Genoshy. Bendisowi, który słynie z tego, że lepiej zaczyna, niż kończy, udało się utrzymać moje zainteresowanie do drugiego numeru, w doskonale uchwycono zagubienie Wolverine budzącego się w dziwnym miejscu (żeby zbyt wiele nie spoilerować). Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.
Z oprawą wizualną mam pewien problem. Olivier Coipel bardzo spodobał mi się w „Thorze” J. Micheala Straczynskiego. Swoją charakterną i nieco zawiadiacką kreską wyróżniał się pośród dziesiątków „artystów”, rysujących na jedno kopyto, bez krztyny jakiejkolwiek oryginalności. Coipel ze swoim specyficznym stylem rysowania postaci w bardzo przysadzisty, wręcz kwadratowy sposób pozytywne się wyróżniał. Warsztatowa sprawność połączona z wyczuciem konwencji i europejskim temperamentem (Coipel z pochodzenia jest Francuzem) dawała ciekawe efekty, ale… Właśnie, w przypadku „Rodu M” pojawia się ale, bo niektóre fragmenty wydają mi się bardzo niedopracowane, zrobione wręcz niedbale. Nie mogę z czystym sumieniem zachwycać się grafiką „Rodu M”, ale kilka scen zrobiło na mnie piorunujące wrażenie – choćby ta ze spacerującym w powietrzu Magneto nad ruinami Genoshy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












.jpg)




















