Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ultimate. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ultimate. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 grudnia 2012

#1190 - Ultimates t.1: Super-ludzie

Już na samym początku podkreślę, że jestem setki, jeśli nie tysiące mil od tego, co dzieje się obecnie w uniwersum Marvela. Do moich rąk wpadają tylko nieliczne tytuły z tego wydawnictwa i nigdy nie są to komiksy z bohaterami ich dwóch największych franczyz. Moja przygoda z mutantami skończyła się na semicowych zeszytach, a z Mścicielami chyba nigdy tak naprawdę się nie zaczęła. Co prawda staram się regularnie dowiadywać czym Dom Pomysłów karmi swoich fanów, ponieważ może napotkam coś, co na tyle przykuje moją uwagę, że będę chciał wydać pieniądze.

Do kupna wydanego przez Egmont "The Ultimates" skłoniły mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to oczywiście kinowa ekranizacja "The Avengers", na której bawiłem się, jak mały chłopiec. Druga natomiast to ranking 10 najlepszych albumów z tymi bohaterami umieszczony na Kolorowych Zeszytach. Jak się pewnie domyślacie, sięgnąłem po pozycję nr. 1.

W Polsce wydano zaledwie jeden trejd pierwszej serii, w dodatku podzielony na dwa, trzyzeszytowe odcinki. "The Ultimates" byli i są częścią imprintu Ultimate, w którym Dom Pomysłów przedstawił bardziej realistyczne i współczesne podejście do tematyki super-hero. Od momentu rozpoczęcia tego eksperymentu minęło już dziesięć lat, więc jest już w pewnym sensie nieaktualny w porównaniu z nowymi reformami tego wydawnictwa. W owym czasie pomysł skreślenia ponad czterdziestoletniej historii okazał się tyle ryzykownym, co rewolucyjnym posunięciem. I z początku wszystko udawało się znakomicie. Lecz z czasem szychom Marvela najpierw brakło jaj, aby przenieść wszystko do świata Ultimate, a teraz na to uniwersum zupełnie brakuje pomysłu. Nie zmienia to faktu, że komiks Marka Millara i Bryana Hitcha okazał się wielkim sukcesem.

Uwspółcześnienie miało oznaczać zdefiniowanie na nowo znaczenia superbohatera. Autorzy oddarli z nich rysę przestarzałych bohaterskich ideologii. Dostosowali ich do wymogów współczesnego heroizmu, który oznacza: czym więcej posiadasz siły, tym z większymi ludzkimi problemami musisz sobie radzić. Z półbogów stworzyli ludzi z przekleństwem nadludzkich mocy. Wszystkie te cechy są doskonale widoczne w "The Ultimates".

Nick Fury rekrutuje drużynę superludzi, która będzie strzec bezpieczeństwa Ameryki przed zagrożeniem, z którym zwykłe siły wojskowe sobie nie poradzą. Oczywiście, wszystko jest finansowane przez rząd USA. Ta specjalna jednostka ma być jawna i musi mieć poparcie wśród obywateli. Współczesna biurokracja zaciska szpony na Mścicielach. Do tej elitarnej grupy będą należeć wszystkim dobrze znani: Iron Man, Hulk, Thor, Kapitan Ameryka, Giant-Man i Wasp, a więc klasyczny, pierwszy skład zespołu. Naturalnie poddani odpowiedniemu do wymogów naszych czasów tuningowi. Po pierwsze - to żołnierze. Po drugie - daleko im od pomnikowych herosów Srebrnej Ery. Podobnie, jak u Alana Moore`a nie radzą sobie z otaczającą ich rzeczywistością. Uciekają w alkohol i hedonizm. Są zagubieni we współczesnym świecie i nie rozumieją jego wartości. Uciekają w szaleństwo, ideologię, pracę. Nie potrafią funkcjonować normalnie w związku. Obsada komiksu to prawdziwy emocjonalny koktajl Mołotowa, który sprawia, że za nic w świecie nie kumplowalibyście się z takimi osobami. Oni natomiast będą zmuszeni odłożyć waśnie na bok i zjednoczyć siły. Zdają sobie sprawę, że mogą być jedyną szansą na obronę ziemi przed nowymi zagrożeniami.

To właśnie charakterystyka bohaterów wyszła Markowi Millarowi najlepiej. Autor rewelacyjnego "Superman: Red Son" (o którym już niedługo) stworzył bohaterów, którzy mimo, że w kulturze masowej królują od 40 lat, to wydają się jakby dopiero co pojawili się w naszej świadomości. To jest największy sukces tego tytułu. Restart serii nie tylko widoczny jest w opowiedzeniu jeszcze raz o początkach tej grupy, odzianiu ich w nowe stroje, czy też w odnośnikach do bieżących wydarzeń, ale właśnie odświeżeniu ich osobowości. To nie są już ci sami Mściciele, których tak dobrze znamy. To jasne, że w przeciągu lat superbohaterowie się zmieniają, dostosowując się do nowych czytelniczych potrzeb, ale nigdzie indziej nie widać tego tak dobrze, jak w "Ultimates". Poza tym Millarowi doskonale udało się uchwycić medialne simulakrum, w którym przyszło funkcjonować zespołowi Nicka Fury`ego. Ich walki sprzedawane są na płytach DVD, ich życiem prywatnym interesuje się cały świat, a oprócz tego, że są bohaterami, są również celebrytami, gwiazdami tabloidów, ikonami kultury masowej

Drugą, rewelacyjną stroną "Ultimates" jest jego filmowość. Dawno nie czytałem (jeśli w ogóle!) komiksu, który sprawiał wrażenie wielkiego wakacyjnego hitu. Tu po prostu czuć styl wysokobudżetowej produkcji - oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nic zatem dziwnego, że właśnie ta pozycja stała się główną kanwą kinowej wersji Avengersów, a Joss Wheadon czerpał z Millara całymi garściami. A do tego wszystkiego dochodzi oprawa graficzna Bryana Hitcha. Jego rysunki utrwalone w szerokoformatowych kadrach robią wrażenie nie gorsze, niż blockbuster oglądany w rozdzielczości 16:9. Naprawdę kozacka sprawa.

Mimo tego, że nie ma w tym komiksie zbyt wielu superbohaterskich naparzanek i autorzy mocno urealnili Mścicieli, to nadal czuć w nim marvelowskiego ducha przygody z pelerynami w tle. I to mi się bardzo spodobało. Bo przecież każdy czytelnik sięgający po taki tytuł i tak w finale chce otrzymać komiks, w którym Avengersi, znaczy się Ultimates, dają łupnia swoim przeciwnikom. Ale to, jak się domyślam, spotka mnie w następnych tomach.

piątek, 25 maja 2012

#1041 - Najlepsze z Avengers

Po seansie whedonowych "Avengers" wyszliście z kina. Podobało Wam się. Tak bardzo, że zastanawiacie się po jakie komiksy z Mścicielami można by sięgnąć. Dzięki sieci dostęp do historyjek obrazkowych jest właściwie nieograniczony - komiksy o Avengers można ściągać bezpośrednio zza Oceanu lub kanału La Manche, kupować z drugiej ręki lub od rodzimych importerów. Kilka albumów zostało też wydanych po polsku. No dobrze - tylko co wybrać? Na co w tym zalewie warto wydać ciężko zarobione pieniądze? Mam nadzieję, że poniższy ranking będzie choć trochę pomocna.

Lista ta jest wynikiem kompromisu pomiędzy tym, co uchodzi za kanoniczne wśród marvelowskich fanbojów, a opowieściami, które mogą trafić w gusta czytelników zielonych w temacie. Z drugiej strony trudno mówić, że jest to wyliczanka w stylu "best of", skoro na liście brakuje choćby "Avengers Forever" czy "The Fall of Hank Pym". Znakomita mini-seria Kurta Busieka i Carlosa Pacheco oprócz tego, że jest świetną historią, porządkuje poplątane marvelowe continuity i bez kilku handbooków lub chociaż gruntownej znajomości dziejów Avengers jej lektura może okazać się ciężkostrawna. Natomiast historia z Ant-Manem, w której bohater przeżywa kryzys tożsamości i pojawia się słynna scena z uderzeniem Wasp nie brałem pod uwagę, bo nigdy nie zestała zebrana w trejdzie (jako takim).

Jeśli idzie o oznaczenia w rankingu - w sumie on-going "Avengers" miał cztery wcielenia. Pierwsza, klasyczna seria wydawana było nieprzerwanie od 1963 do 1996 (na liście oznaczono ją jako vol. 1). W ramach eventu "Heroes Reborn" Mściciele po heroicznej (nomen omen) śmierci z rąk Onslaguhta przeżywali przygody w kieszonkowym uniwersum stworzonym przez Franklina Richardsa (vol.2). W lutym 1998 roku wszystko wróciło do normy, kiedy za sprawą Kurta Busieka i George`a Pereza pojawiła się trzecia inkarnacja serii, a jej bohaterowie wrócili na Ziemię-616. Ten on-going został zamknięty w styczniu 2005 wraz z numerem #503 (zbierającym numerację wszystkich serii) i zastąpiony przez "New Avengers" Briana M. Bendisa. Wreszcie, w 2010 Bendis wskrzesił klasyczny tytuł, który będzie z kolei oznaczam jako vol. 4.

I kończąc ten przydługi wstęp - mam nadzieję, że ten tekst da początek całej serii rankingów podobnej maści publikowanych regularnie w każdy piątek. Jeśli chcielibyście, żeby tak się stało, podawajcie w komentarzach propozycje ewentualnych tematów.

10) "Avengers: Disassembled" ("Avengers" vol.3 #500-503 i "Avengers Finale", 2005) - Brian M. Bendis (scenariusz) i David Finch (rysunki).
Album, który wyznaczył początek nowej ery nie tylko w świecie Mścicieli, ale również w całym uniwersum Marvela. Z autora znakomitych niezależnych powieści graficznych i kilku mniejszych projektów mainstreamowych Brian M. Bendis stał się w Marvelu kimś więcej, niż tylko kolejnym scenarzystą. Przez ponad dekadę kształtował wydarzenia na Ziemi-616 według swoje uznania, a jego oczkiem w głowie byli właśnie Avengers. Bez Bendisa Mściciele nie staliby się wiodącą marką Domu Pomysłów. "Disassembled" to typowa historia zmieniająca status quo - trup ściele się gęsto, drużyna musi zmierzyć się z wielkim kryzysem, tajemnica goni tajemnica, słowem - kładzione są fundamenty pod to, co ma nastąpić w przyszłości. Album, wydany na polskim rynku przez Muchę, stanowi idealny wstęp dla tych, którzy chcieliby śledzći współczesne przygody Avengers.

09) "New Avengers: Ucieczka" ("New Avengers" vol1 #1-6, 2006) - Brian M. Bendis (scenarius) i David Finch (rysunki).
Przyznam, że w porównaniu z klasycznymi opowieściami nowe rzeczy, czyli choćby "New Avengers" wypadają dość blado. Co wcale jednak nie oznacza, że flagowa seria Domu Pomysłów (przynajmniej swego czasu), w której do składu Mścicieli dołączają między innymi Sentry, Luke Cage, Wolverine i Spider-Man jest zła. Wręcz przeciwnie - z początku trzyma bardzo solidny poziom, aby w okolicach tomu szóstego i siódmego osiągnąć swoje apogeum. Później nie jest już tak dobrze, ale sami przekonacie się, gdy Mucha dojdzie do tych albumów. Po serię dostępną na polskim rynku warto sięgnąć również z tego powodu, że jest rysowana przez właściwie najlepszych artystów w Marvelu i pod względem graficznym prezentuje się więcej niż dobrze. "NA" jest również reader-friendly, na tyle, na ile zaangażowanie w eventy pozwala mu być pozycją przystępną dla przeciętnego czytelnika.

08) "Avengers/JLA" (mini-seria, 2004) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
Już w 1979 roku Marvel i DC zgodzili się na stworzenie komiksu, na łamach którego doszłoby do spotkania dwóch największych zespołów obu wydawnictw - JLA i Avengers. Fabuła miała być oparta na skrypcie Gerry`ego Conway`a zrealizowanym przez Roya Thomasa z rysunkami George`a Pereza. Niestety, do wydania tego komiksu nigdy nie doszło - w 1983 roku z powodu niezgody red-nacza Marvela, Jima Shootera. Temat powrócił w nowym wieku, w 2002 roku, Kurt Busiek (scenarzysta on-goinga "Avengers") i Mark Waid ("JLA") doszli do porozumienia jak taka historia ma wyglądać i wielkie spotkanie na szczycie wreszcie mogło się wydarzyć (choć Waid związany ekskluzywny kontraktem z CrossGenem nie mógł się w nie zaangażować). Skończyło się epickiem nerdgasmem, bo w komiksie było wszystko, co ucieszyło komiksowym fanów z Supermanem z młotem Thora i tarczą Kapitana Ameryki na czele.

07) "Under Siege" ("Avengers" vol.1 #270-277, 1987) - Roger Stern (scenariusz), John Buscema (rysunki).
Masters of Evil, będący przypadkową zbieranina podrzędnych superłotrów, przez lata byli pokonywani i upokarzani przez Avengers. Baron Zemo ma tego dość i przygotowuje sprytny atak na Avengers Mansion, posiadłość drużyny w sercu Nowego Jorku. Jego prosty plan uderzenia w herosów, kiedy najmniej się tego spodziewają kończy się oczywiście wielką bijatyka, która nie jest jednak pozbawiona pewnej dawki dramatyzmu. Masters niemal zabijają Herculesa, heroicznie broniącego swojego domu przed najeźdźcami, mocno ranią Jarvisa, kamerdynera Avengers. Oczywiście ostatecznie Mściciele odzyskują swoje domostwo, ale jak nigdy ich zwycięstwo zabarwione zostaje goryczą. Fabularnie rzecz nie odbiega do schematu, choć jest kilka scen, które mogą uchodzić za kultowe, a Stern bardzo ciekawie uchwycił postacie villainów. Rysunki natomiast są prawdziwym popisem Johna Buscemy. Jeśli kochacie komiksowe eighties to nad dynamiczną krechą Buscemy będziecie cmokać, jak ja cmokałem.

06) "The Korvac Saga" ("Avengers" vol.1 #167-168, #170-177, 1978) - Jim Shooter, David Michelinie, Bill Mantlo (scenariusz) i George Perez, David Wenzel (rysunki).
Kolejny klasyk na liście, który w porównaniu do "Under Siege" jest jeszcze bardziej oldschoolowy i jeszcze bardziej epicki. Tym razem Mściciele muszą pokonać dysponującego niemal boskimi mocami Micheala Korvaka, przybywaącjego z dalekiej przyszłości, ściganego przez Guardians of the Galaxy. Oprócz rozwałki na skalę kosmiczną, Jim Shooter, twórca wielu klasycznych storyline`ów, takich jak "Bride of Ultron" czy "Nefaria Trilogy", pozwolił sobie na wycieczkę w bardziej refleksyjnym kierunku, zadając pytania o istotę człowieczeństwa. To kolejna, i nie ostatnia przygoda Avengers z motywem podróży w czasie i kolejna, która cieszy oko kunsztem Pereza. Warto również dodać, że na potrzeby trade`a z 1991 roku Mark Gruenwald napisał, a Tom Morgan narysował nowy epilog, który jednak został usunięty przez Tom Brevoorta w nowym wydaniu komiksu z 2003 roku.

05) "The Kree/Skrull War" ("Avengers" vol.1 #89-97, 1972) - Roy Thomas (scenariusz) i Sal Buscema, Neal Adams i John Buscema (rysunki).
By może to właśnie kosmiczna wojna pomiędzy zmiennokształtnymi Skrullami, a wojowniczymi Kree był pierwszym, komiksowym eventem na wielką skalę. Na pewno była jedną z najwspanialszych opowieści z Avengers i jest jednocześnie najstarszym albumem na mojej liście. W międzygalaktyczny konflikt pomiędzy zwaśnionymi imperiami zostają wplątana ziemia i tylko Mściciele z oryginalnym Kapitanem Marvelem mogą ocalić naszą planetę. Dziś, ten komiks sprzed 40 lat wydaje się nieco archaiczny, ale wciąż robi wrażenie swoim rozmachem, a oprócz tego wprowadza jeden z najważniejszych wątków w dziejach Avengers - romans Scarlet Witch i Visiona. Przez krytyków "The Kree/Skrull War" uchodzi za najwybitniejsze dzieło autorskiej spółki Thomas-Adams, w którym oprócz dynamiczniej akcji nie brakuje społecznego komentarza do politycznej sytuacji Stanów na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

04) "Ultron Unlimited" ("Avengers" vol.3 #19-23, 2001) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
I kolejna perełka tandemu Busiek-Perez, w której pierwszy skrzypce gra Ultron. Stworzony przez Hanka Pyma android, który zamiast służyć swemu "ojcu" postanowił przejąć władzę/zniszczyć ludzkość. Teza, że Ultron jest największym wrogiem Avengers jest bardzo popularna i choć można z nią polemizować, to "Ultron Unlimited" jest bez najmniejszych wątpliwości najlepszą historią z jego udziałem. Oprócz, jak to zwykle bywa, epickiej bitwy, która równa z ziemią małe, europejskie państewko, Slorenię, Busiekowi znakomicie udało oddać się niemal szekspirowskie relacje pomiędzy Pymem, a Ultronem, stwórcą, a jego dziełem/synem. Wydaje mi się, że album jest również szczytem możliwości George`a Pereza, który ze swoją klasyczną i szlachetną kreskę jest zdecydowanie jednym z najsprawniejszych amerykańskich grafików tworzącym w stylistyce późnego Silver Age.

03) "Kang Dynasty" ("Avengers" vol.3 #41 - 55 i "Avengers Annual" `01, 2002) - Kurt Busiek (scenariusz) i Alan Davis, Kieron Dwyer, Ivan Reis, Manuel Garcia (rysunki).
A to opowieść, w której z kolei Busiek wspiął się na wyżyny swoich uniejętności, będąca jednocześnie jego łabędzim śpiewem w "Avengers". W kategorii epickich opowieści super-hero "Kang Dynasty" nie ma właściwie sobie równych. Kangowi Zdobywcy, klasycznemu łotrowi w zielono-fioletowej piżamie, jako pierwszemu w historii uniwersum Marvela udaje się "zdobyć władzę nad światem" i to nie na chwilę przed tym, jak pokonują go herosi, tylko na długi rok. Historia o tym, jak Avengers próbują go powstrzymać wypełniona jest absolutnie fantastycznymi momentami i choć nie brakuje kilku przegiętych i tanich zagrywek (relacja Warbird z Scarlet Centurionem choćby), ale jest to jedna z największych komiksowych przygód, jakie warto przeżyć. No i jest Kang, który po lekturze stanie się i waszym ulubionym villainem.

02) "Marvel Civil War" (mini-seria, 2007) - Mark Millar (scenariusz) i Steve McNiven (rysunki).
Jedna z najważniejszych historii superbohaterskich, po której rzeczywiście "nic nie byłoby takie same", gdyby tylko redaktorom Domu Pomysłów nie zabrakło jaj. W potężnym crossoverze obejmującym lekko licząc 23 albumy, Mark Millar wprowadza ustawę Kane`a ze "Strażników" w życie Ziemi-616, zmieniając życie właściwie każdego bohatera Marvela. Teraz, aby działać jako zamaskowany superheros trzeba mieć specjalną licencję wydawaną przez rząd. Główna mini-seria skupia się konflikcie tych, którzy popierają Superhuman Registration Act skupionych wokół Iron-Man z dowodzonymi przez Kapitana Amerykę buntownikami, którzy nie zgadzają się na rezygnację z wolności na rzecz bezpieczeństwa. Dynamika konfliktu pomiędzy Steve`m, a Tony`m, przepiękne rysunki McNivena, mnóstwo kultowych momentów i wcale niegłupi komentarz społeczny dotyczący bushowskiej Ameryki - to tylko cztery powody, żeby sięgnąć po "Civil War" nawet w tak okrojonej wersji.

01) "Ultimates" ("The Ultimates" oraz "The Ultimates 2", 2002-2007) - Mark Millar (scenariusz) i Bryan Hitch (rysunki).
Czyli godne XXI wieku wcielenie Mścicieli. Zachowując pewne proporcje "Ultimates" byli dla Avengers tym, czym "Dark Knight Returns" dla Batmana, run Franka Millera dla Daredevila albo "Strażnicy" dla komiksu superbohaterskiego. Mark Millar podjął się odpowiedzi na pytanie co by było gdyby taki zespół super-ludzi, jak Avengers istniałby naprawdę. Jakie miałoby to kulturowe, społeczne i wreszcie polityczne konsekwencje? Nasyceni komentarzami do ówczesnej amerykańskiej sytuacji geopolitycznej, "Ultimates" nie przestają być jednak tym, czym komiksowi Avengers powinni być zawsze - epickim, komiksowym blockbusterem. Tego efektu nie byłoby bez absolutnie genialnego Bryana Hitcha, który w drugim tomie "Ultimates" osiągnął życiową formę. Nigdy później, ani nigdy wcześniej nie rysował tak dobrze swoich szerokoformatowych, kinowych kadrów. Zresztą, to samo tyczy się Millara, który konstruując obfitującą w twisty, inteligentą i złożoną fabułę, pełną scen, których nie boję nazwać się (znowu) kultowymi, wspiął się na wyżyny swoich możliwości.

wtorek, 10 maja 2011

#758 - Ultimate Avengers

"Ultimate Avengers" pomyślane zostało, jako cykl mini-serii, z których każda byłaby osobną historią i zamykałaby się w sześciu zeszytach. Pierwsza z nich rozpoczyna się tuż po wydarzeniach związanych z eventem "Ultimatum". Z premierowym numerem historii zatytułowanej "The Next Generation", który ukazał się w sierpniu 2009 roku, wiązano wielkie nadzieje. Wszak miał być to triumfalny powrót Marka Millara, autora znakomitych, jeśli nie genialnych "Ultimates". Liczono, że uda mu się odbudować markę, którą zniszczył Jeph Loeb i przywrócić blask linii Ultimate, uchodzącej niegdyś za wizytówkę Marvela.

Sam scenarzysta był nastawiony do swojej nowej serii bardzo entuzjastycznie i zręcznie podkręcał hype na komiks swojego autorstwa. Każda z historii "UA" miała być eventem na skalę całego ultimateverse, rysowanym przez najlepszych grafików w branży. Millar zapewniał, że nad "Ultimatesami" chciał pracować przez dłuższy okres i pomysłów starczyłoby mu nie na 24, ale na 60 numerów. I właśnie te niewykorzystane koncepty miały pojawić się w "Avengers".

W pierwszym tomie wprowadza szereg nowych postaci, które będą tworzyły specjalny oddział do zadań specjalnych dowodzony przez wyrzuconego z S.H.I.E.L.D. Nicka Fury`ego. Ich pierwszym zadaniem jest powstrzymanie Kapitana Ameryki, który na własną rękę ruszył w pościg za Red Skullem, który w swojej U-wersji nie jest nazistowskim zbrodniarzem, tylko terrorystą do wynajęcia. Millar na każdym kroku chce udowodnić, że jego Mściciele są o wiele bardziej "fajni", niż ich pierwowzory, którymi w tamtym czasie zajmował się Loeb na łamach "New Ultimates". War Machine to ulepszona wersja Iron-Mana z jajami, nowa Black Widow jest znacznie bardziej śmiercionośna, niż swoja poprzedniczka, a do Gregory`ego Starka jego młodszy, żałosny braciszek nawet się nie umywa. Niestety, zabieg ten wychodzi dość sztucznie i może za wyjątkiem nowej Wasp (akurat pochodzącej z oryginalnej serii) wszyscy, niemal w komplecie są koślawo przerysowani, płascy i psychologicznie nieciekawi. Do tego Skull i Rogers, wokół których skoncentrowana jest historia, zgodnie cierpią na "kompleks Batmana". Kapitan Ameryka był już "awesome" w "Ultimates", a teraz jest "uber-awesome", a Czerwona Czaszka w niczym mu nie ustępuje.

Carlos Pacheco z trudnej i wymagającej roli następcy Bryana Hitcha wywiązał się bardzo dobrze. Artysta dysponuje podobną, choć nie tak dopieszczoną kreską. Nadrabia za to dynamiką i energią, która świetnie pasuje do wypełnionego po brzegi akcją komiksu. Wizualnie sceny strącenia helikopterów AIM w pierwszym zeszycie czy paryskie starcie Kapitana z Avengersami w trzecim i czwartym prezentują się naprawdę znakomicie. Szkoda jedynie, że artyście nie udało się utrzymać równej formy przez cały album, bo pod koniec rysunki są wyraźnie mniej dopracowane. Pomimo tego, Pacheco to wciąż pierwsza liga jeśli chodzi o amerykański mainstream.

Historia pierwszych "Ultimate Avengers" w sporej części jest autoplagiatem fabuły drugich "Ultimates", a wspomniane niewykorzystane pomysły to raczej fabularne odrzuty, które słusznie nie zmieściły się w pierwszym podejściu do Mścicieli XXI. Tym bardziej, że stoją w sprzeczności z dotychczasową continuity i burzą spójność świata Ultimate. Zgrzytem jest również dziwaczne pojawienie się Spider-Mana w laboratorium Starka, które nie zostało wyjaśnione w kolejnych tomach. Niemniej Markowi Millarowi po koszmarnych "Loebtimates" i fatalnym "Ultimatum" udało napisać się zgrabny komiks akcji, który nie obraża inteligencji czytelnika. W gruncie rzeczy jest dobrze, ale to nie poziom oryginalnych "Ultimates", uwspółcześnionych i urealistycznionych bohaterów, pokazanych bez rażących uproszczeń, w sposób spójny i logiczny, godnych lekcji, jaką udzielił mainstreamowi Alan Moore.

czwartek, 9 grudnia 2010

#638 - Zmutowane czwartki (4): Ultimate X-Men

Zagmatwana mitologia i plątanina narastających latami, często w połowie porzucanych, wątków skutecznie odstraszała od sięgnięcia po komiksy z charakterystycznym iksem w tytule. Kolejne zmiany redaktorów i scenarzystów, zamiast rozwiązywać, jeszcze bardziej potęgowały problem. Kolejne próby uporządkowania tego bałaganu (wszelkiego rodzaju reloady, restarty, "nowe ery", zmiany tytułów i numeracji) przynosiły skutek odwrotny od zamierzonego, na dobre zniechęcając czytelników do mutantów Marvela.
Pomysł Joe Quesady na stworzenie specjalnego imprintu/uniwersum, w którym ikony Domu Pomysłów miały zostać odświeżone przez najlepszych twórców w branży, którzy opowiedzieliby na nowo ich historie, wydawał się wręcz stworzony dla X-serii. Dzięki sukcesowi filmowych "X-Men" pojawiła się grupa potencjalnych czytelników chcących zapoznać się z oryginałem, ale nie było komiksu, po który mogliby sięgnąć. W skomplikowanej strukturze fabularno-rodzinnej "Uncanny X-Men" czy "X-Men" gubili się nawet najwytrawniejsi x-fani, a same komiksy nie zaliczały się do wybitnych, komiksowych osiągnięć. Nawet w swojej kategorii. Ku uciesze pierwszych i drugich, w 2001 roku na rynku pojawili się "Ultimate X-Men".

Seria "Ultimate X-Men" trafiła również do Polski, trzy lata później na fali powrotu zeszytówek do kiosków. W swojej krótkiej karierze, wydawnictwu Axel Springer udało się wydać w sumie osiem numerów, publikując przy tym zawartość znaną z dwóch, pierwszych wydań zbiorczych "Tomorrow People" (numery 1-6) i "Return of Weapon X" (7-12) oraz fragment trzeciego, "World Tour" (16-20). Opuszczono dwuczęściową przygodę z Gambitem napisaną przez Chucka Austena i narysowaną przez Esada Ribica oraz numer piętnasty, w którym dowiadujemy się, że tak naprawdę Magneto wcale nie zginął w Waszyngtonie na oczach dziesiątek tysięcy telewidzów. Wśród czytelników wywołało to spore oburzenie, podobnie jak ocenzurowanie jednej ze scen z Charlesem Xavierem. Wszystkie to razem z "Hellfire and Brimstone" (21-25), czteroczęściową mini-serią "Ultimate War" i "Return of the King" (26-33) zamykają run Marka Millara w "UXM".

Dla pochodzącego ze Szkocji scenarzysty był to pierwszy kontakt z mutantami Marvela. Na początku 2001 roku Mark Millar był całkiem nieźle zapowiadającym się scenarzystą mającym na swoim koncie "The Authority", ale o zaplątanej mitologii X-Menów nie miał zielonego pojęcia. Nie może zatem dziwić dość swobodne podejście do najbardziej klasycznych historii i motywów. Wątki z przybyciem Kitty Pryde do szkoły, pojawienie się Hellfire Clubu, czy manifestacja Phoenix Force w Jean Grey rozegrane są zupełnie inaczej i właściwie tylko pojedynek z Proteusem (znany z "World Tour") czy rządowy projekt Sentineli bliskie są swoim oryginalnym wersjom.Nawet takiego konserwatywnego miłośnika X-Men, jak ja cieszy sposób, w jaki Millar reanimował świat mutantów. Nie bawił się w wieloczęściowe sagi, ciągnących się latami, kryjących się w cieniu villainów, manipulujących z ukrycia wypadkami i knujących swoje misterne plany. W zaplanowanych na kilka części historiach, akcja pędzie na złamanie karku, dzieje się dużo i szybko. Nowi mutanci są na tyle brutalni i realistyczni, na ile komiks akcji z superbohaterami tłukącymi superłotrów może być. Spandeks i pstrokate kostiumy zastąpiły nieco bardziej cywilne i mniej rzucające się w oczy wdzianka. Scenarzysta całkiem zgrabnie nawiązuje do ówczesnej sytuacji politycznej, kreując Bractwo, grupę mutantów skupioną wokół Magneto, sprzeciwiającej się ideom Xaviera, jako organizację terrorystyczną, kierującą się fundamentalistyczną ideologią, z którą Stany Zjednoczone toczą wojnę, przypominającą bushowską "war on terror". Zresztą cały konflikt światopoglądowy na linii Magneto-Xavier został przedstawiony o wiele bardziej wiarygodnie i ciekawie.

W "Hellfire and Brimstone", będącym zbiorem dość luźnie powiązanych wątków, X-Meni mogą zażyć trochę zasłużonego odpoczynku, bo żadne większe niebezpieczeństwo nie zagraża naszej planecie. Beast, po zerwaniu ze Storm, romansuje przez Internet z cierpiącą na bulimię supermodelkę z aktywnym genem x. Związek Jean i Scott kwitnie, co niekoniecznie podoba się Loganowi. Rodzice Icemana namawiają swojego syna, aby pozwał szkołę Xaviera i zgarnął milionowe odszkodowanie za doznane podczas walki z Magneto obrażenia. W finale poznajemy tajemniczych sponsorów szkoły Xaviera i pojawia się wątek Phoenix.

W "Ultimate War" prawda o losie Magneto wychodzi na jaw i stosunki Xaviera z rządem amerykańskim delikatnie się ochładzają. Na X-Menów poluje zespół Kapitana Ameryki - Ultimates i mutanci muszą zejść do podziemia. Ostatnim aktem tej trylogii jest powrót Mistrza Magnetyzmu w "Return of the King". Niestety, finał wypada dość blado, bo brakuje w nim tego, co było wizytówką Marka Millara – dynamicznej akcji i zaskakujących fabularnych zakrętów. Historia niemiłosiernie się dłuży, a Magneto z budzącego grozę terrorysty z "Tomorrow People" znowu przypomina groteskowego, komiksowego złoczyńcę, wygłaszającego pompatyczne przemowy.Rysowniczą robotą podzielili się Adam Kubert, Kaare Andrews i Chris Bachalo. Kreski Kuberta nigdy nie ceniłem zbyt wysoko i swojej opinii nie zmieniam. To szybki i bardzo sprawny ilustrator, ale w jego rysunkach rażą mnie nienaturalne skróty, sztuczne uproszczenia elementów drugiego planu i liczne niedokładności. A jego styl nie jest ani oryginalny, ani przyjemny dla oka. Co innego Bachalo, jeden z moich ulubionych twórców, nad którego rozbuchanym i ekspresyjnym stylem rozpływałem się przy okazji "Supernovas". Kaare Andrews prezentuje zupełnie inny styl rysowania, ciążący ku cartoonowemu uproszczeniu. W połączeniu z wyraźnymi i bardzo jaskrawymi kolorami, daje to dość infantylny efekt. Ale widziałem jego późniejsze prace w "Astonishing X-Men" i prezentują się naprawdę zacnie.

"Ultimate X-Men" dla Marka Millara była jedynie wprawką przed "Ultimates", które stanowi prawdziwie opus magnum brytyjskiego scenarzysty. Mściciele przebijają mutantów dosłownie we wszystkim – realizmie, wiarygodności, rozmachu, są bardziej uproszczeni, spodobają się młodszym czytelnikom. Wszystkie zalety "UXM" jeszcze mocniej uwypuklone zostały w "U" – akcja jest jeszcze bardziej dynamiczna, a fabuła nawet po kilkakrotnej lekturze robi wrażenie oryginalnej i dopracowanej. Co więcej, Millar w swojej późniejszej pracy ma jaja by naprawdę mieszać ze statusem quo swoich bohaterów i znakomicie ich prowadzi. Pomimo tego, "Ultimate X-Men" wciąż pozostają atrakcyjną lekturą, która miała potencjał stać się jeszcze lepszą pozycją.

środa, 18 listopada 2009

#303 - Ultimate Wolverine vs. Hulk HC

O "Ultimate Wolverine vs. Hulk" pisałem kilkukrotnie na łamach niedzielnych Trans-Atlantyków, zazwyczaj wypominając serii przeogromne opóźnienia - ciężko jednak o tym nie wspominać, gdy wydanie wszystkich sześciu numerów zajmuje 42 miesiące, przy czym przerwa między numerem drugim a trzecim wynosi 35. Wstęp ten jest jednak ostatnim miejscem, kiedy rozprawiam o czasie jaki był potrzebny na zaprezentowanie całości, bo teraz zajmę się znacznie przyjemniejszymi aspektami tej serii. A - na młot Thora - jest czym!

Historia zaczyna się zgodnie z wytycznymi Alfreda Hitchcocka - "trzęsieniem ziemi" jest tu rozerwanie Logana na dwie części (przez Hulka) na pierwszych stronach pierwszego zeszytu. Zresztą ilustrujący to podwójny splashpage, stał się jakby znakiem rozpoznawczym serii występującym początkowo jako grafika promocyjna, by później być przypominanym przy sporej ilości artykułów dotyczących spotkania tych dwóch tytanów, a koniec końców lądując na okładce twardookładkowego wydania (i jako pierwsza grafika tej recenzji). Cała historia obfituje w wiele zapadających w pamięć momentów, ale ciężko znaleźć coś robiącego większe wrażenie niż owe rozerwanie Wolverine'a na pół.

Sporym nadużyciem byłoby określenie głównego wątku "wybitnie oryginalnym": oto Logan - wynajęty przez Nicka Fury'ego, jako mutant od brudnej roboty - musi naprawić to, co mówiąc dosadnie, spieprzył jednooki Afroamerykanin i dowodzona przez niego rządowa agencja S.H.I.E.L.D. Chodzi tu o egzekucję Bruce'a Bannera ("The Ultimates 2" #3), który dostał wyrok śmierci za zabicie 815 niewinnych cywili podczas jednego ze swoich ataków agresji po przemianie w Hulka. Jak nietrudno się domyślić, zielonoskóre monstrum przetrwało i po pewnym czasie znowu daje o sobie znać, a jedynym śladem jaki po sobie zostawiło jest jego kał, którego zapach zaprowadzi kanadyjskiego przykurcza do Tybetu. Tam też rozegrają się sceny z pierwszych stron historii, na których Logan dosadnie przekona się, że zadanie to nie będzie tak łatwe jak się spodziewał. Chcąc umieścić owo rozerwanie Wolverine'a na osi czasu tej mini-serii należałoby je raczej umiejscowić gdzieś w środku. Scenarzysta Damon Lindelof - z racji tego że jest jednym z głównych architektów kultowych "Zagubionych" - ma spore doświadczenie z zabawą z czasem (i przy okazji odbiorcą), które doskonale wykorzystał przy pisaniu potyczki monstrualnego Hulka i jego znacznie mniejszego przyjaciela. Najlepszym na to dowodem jest trzecia część historii, w której to Logan, próbując przypomnieć sobie co tak naprawdę się wydarzyło i jak udało mu się doprowadzić Bannera do takiego stanu, skacze z jednego momentu z przeszłości do drugiego, wciągając do zabawy tej również czytelnika. Swoją drogą jest to niezwykle zabawny numer, któremu "podskoczyć" może chyba tylko początek części piątej i spotkanie Logana ze swoim zwierzęcym alter-ego. Oprócz Hulka i Rosomaka na łamach tych sześciu numerów pojawia się oczywiście zleceniodawca Nick Fury, jak również Steve Rogers, Tony Stark, ultimate'owa wersja Forge'a czy pojawiająca się po raz pierwszy w tym uniwersum She-Hulk. Dzieje się sporo, a z racji wysokiego poziomu scenariusza i patentów przy nim zastosowanych, czyta się to gładko, z niesamowitą przyjemnością i niemal non-stop z uśmiechem na twarzy. Lindelof odrobił lekcje i umiejętnie wpasował się ze swoją historią w uniwersum Ultimate (trzeba jednak pamiętać, że wydarzenia w niej zawarte dzieję się przed "Ultimatum" czy nawet "Ultimate Power"). Mimo braku oryginalności o którym wspomniałem na początku akapitu (mając na myśli punkt wyjścia historii: wytropić i zabić Hulka) i oczywistym fakcie, że i Hulk i Wolverine przeżyją te sześć numerów, zabawa jest przednia, a Damon L. udowadnia, że gdyby tylko dać mu szansę (i pewnie spore pieniądze), to mógłby stanąć w jednym rzędzie z Bendisem, Ellisem czy Brubakerem.

Jeśli chodzi o warstwę graficzną to powiem tak: miałem problem bogactwa z wyborem grafik do tego wpisu (i dlatego jest ich aż pięć). Leinil Francis Yu (znany również z "New Avengers", czy "Secret Invasion" nad którymi siedział w przerwie ciskania kolejnych plansz omawianej mini-serii) to jeden z moich absolutnych faworytów jeśli chodzi o superbohaterskie tytuły. Ten 32-letni Filipińczyk dysponujący bardzo charakterystyczną kreską, potrafi niesamowicie dynamicznie, atrakcyjnie i czytelnie przedstawić wszelkie pojedynki, bitwy czy wielkie wojny (najlepszy przykład: "Secret Invasion" i mnóstwo splashów pojedynczych i podwójnych), jak również statyczne sceny, w których obraz jest jedynie dodatkiem do dialogów. Do jego wkładu w "Ultimate Wolverine vs Hulk" nie mam żadnych zastrzeżeń i z przyjemnością wracam do tego tytułu, żeby chociaż go sobie przekartkować.

Swoją przygodę z ultimate'owym pojedynkiem dwóch ikon Marvela rozpocząłem wraz z pojawieniem się w sklepach (w moim przypadku e-sklepach) pierwszej części mini-serii. Po dwóch numerach nastała przerwa, a po wielu miesiącach czekania z radością sięgnąłem po trzeci zeszyt (o którym pisałem w tym miejscu) i następnie postanowiłem poczekać na zbiorcze wydanie, żeby za jednym razem wchłonąć całość. I o ile do samej historii przyczepić się nie mogę, tak twardookładkowe wydanie pozostawia spory niedosyt. Oprócz kompletu zeszytów, znajduje się w nim galeria regularnych okładek oraz wariant do numeru trzeciego (w wykonaniu Adama Kuberta) i dwie miniaturki szkiców, które posłużyły jako covery do wcześniejszych dwóch części. I tyle. Żadnego wstępu (z chęcią przeczytałbym kilka słów od np. scenarzysty), żadnych szkiców, projektów postaci czy innych bajerów. Co jest dziwne o tyle, że interesujące bonusy (zarys historii autorstwa Lindelofa, skrypt do pierwszego numeru wzbogacony o kadry Yu, wraz z jego komentarzami odnośnie do niektórych plansz, jak również innych jego prac dla Marvela) znalazły się w wersji reżyserskiej zbierającej pierwsze dwa zeszyty i wydanej w pierwszej połowie 2006 roku. Materiał był więc gotowy do wykorzystania, zabrakło chyba tylko chęci. Szkoda. Tym bardziej, że wersja "Director's Cut" jest już niedostępna w sprzedaży detalicznej.

Jakby nie było "Ultimate Wolverine vs. Hulk" to jedna z lepszych (o ile nie najlepsza!) mini-serii z jaką miałem okazje zapoznać sie w ostatnich miesiącach. Jeśli ktoś ma ochotę przeczytać świetną rozrywkową historię, przy której nie trzeba znać dokładnie świata Marvela, to wybór jest prosty. Lubisz Wolverine'a? Kupuj! Hulka? To samo! Jesteś fanem "Lostów"? Sprawdź więc co ich twórca ma do powiedzenia jeśli chodzi o superbohaterów! A jeśli jesteś Joe Quesadą i dziwnym trafem nie masz problemów z polskim językiem, to błagam - nie patrz na kryzys, nie patrz na budżet, tylko wysupłaj nieco grosza i zatrudnij Damona Lindelofa na stałe!

środa, 26 sierpnia 2009

#232 - Kolorowe Zeszyty (6)

Zgodnie z obietnicą daną kilkadziesiąt wpisów temu, dzisiejszy tekst poświęcony będzie kolejnym krótkim recenzjom pojedynczych numerów. Niektórzy może już zauważyli, że brak u nas notki o numerze 231, ale uspokajamy - przez naszą mini zabawę z blogowym continuum, żaden wpis nie ucierpi i nie przepadnie, o czym będzie można przekonać się już jutro. A starsze pozycje, zapowiadane przy wspomnianej wyżej okazji, musiały mimo wszystko ustąpić miejsca nowościom. Ale ich czas jeszcze nadejdzie. Poniżej pięć zeszytów (każdy z innego wydawnictwa) ułożonych rosnąco pod względem numeracji - endżoj!

Deathklok versus The Goon (one-shot, Dark Horse 2009)
scenariusz: Eric Powell, Brandon Small
rysunki: Eric Powell

Po pracowitym roku dwa tysiące ósmym Eric Powell zwolnił nieco tempa i obecnie odpoczywa, raz na jakiś czas wydając na świat swoje nowe twory. Tym razem padło na dziwną hybrydę świata Zbira i fikcyjnej deathmetalowej kapeli Deathklok, stworzonej na potrzeby kreskówki "Metalocalypse" przez Brendona Smalla i Tommy'ego Blacha. Panowie - w sensie muzycy - są ponoć całkiem znani (mają na koncie płytę "The Dethalbum", a druga jej część jest w drodze), ale dla mnie był to pierwszy z nimi kontakt. I to bardzo nieudany. Po przeczytaniu tego zeszytu, pierwsze co powiedziałem to "Boże, co za syf". Podobnie jak w przypadku ponoć niezwykle kontrowersyjnego "Satan's Sodomy Baby" z 2007 roku, żarty o penetrowaniu odbytu i tym podobnych nie śmieszą zupełnie. A że wypełniają niemal cały komiks, to przejście przez niego jest niezwykle męczące i momentami załamujące - jeśli fabułę opiera się na tanich chwytach w stylu stosunek ze staruszką, to ja wolę jednak tego nie czytać. Jedyne co ratuje ten zeszyt przed rzuceniem w kąt to niezawodny Franky i jego pokokainowe jazdy. No i sama grafika, która jak zwykle w przypadku Powella stoi na najwyższym poziomie. Ciekaw tylko jestem, czy Eric rzeczywiście jest całkowicie za nią odpowiedzialny (tak stoi w creditsach), bo przy połączeniu świata Goona i deathmetalowców postanowiono pozostać przy obydwu sposobach rysowania, bez przeciągania którejkolwiek ze stron na bardziej malowniczy świat Zbira, czy bardziej kreskówkowy styl Dethkloka. I wygląda to tak, jakby rzeczywiście pracowało przy tym dwóch artystów. Tak czy inaczej słabiutko i nie warto zawracać sobie tym zeszytem głowy.

Bigfoot #1 (IDW 2005)
scenariusz: Steve Niles, Rob Zombie
rysunki: Richard Corben


Szybki rzut oka na nazwiska twórców tej czteroczęściowej mini-serii wystarczy, żeby mniej więcej wyczuć o czym może być ten komiks. Niles, Corben i Zombie - mistrzowie horroru z różnych dziedzin - do swojego trio dołożyli jeszcze tajemniczą Wielką Stopę, której to postanowili poświęcić nieco czasu i talentu. Pierwsza część, to szybki, nieco szablonowy wstęp do historii na który złożyły się takie elementy jak: las, drewniana chatka na odludziu, szczęśliwa rodzina szukająca kilku dni odpoczynku i Wielka Stopa kręcąca się wokół ich schronienia. Nie muszę pisać, że kiedy zapada zmrok, robi się jeszcze ciekawiej. Richard Corben - znany u nas ze średnio przyjętego "Bannera" - czuje się jak ryba w wodzie, mając okazję rysować wielkie monstra, dużo juchy i goliznę, a wszystko to w leśnych krajobrazach, które wychodzą mu fenomenalnie (jak chociażby w późniejszym "Hellboy: The Crooked Man"). Na tych dwudziestu kilku stronach scenariusz dopiero co się rozkręca i ciężko powiedzieć / przewidzieć, co też będzie miało miejsce w kolejnych trzech zeszytach (szczególnie po lekturze ostatniej strony). Niestety, pierwszy numer był dla mnie tym ostatnim i dopiero teraz, po kilku latach, znalazłem go pośród sterty innych mu podobnych. Wydanie zbiorcze jest jeszcze dostępne, ale nie powiem, żeby znajdowało się na szczycie mojej listy życzeń - przy okazji, po przecenie, można by kupić.

Ultimate Comics Avengers #1 (Marvel 2009)
scenariusz: Mark Millar
rysunki: Carlos Pacheco


"Ultimates" Loeba i Madureiry zapisało się w pamięci fanów jako jedna z najgorszych serii ostatnich miesięcy, a może i lat. I nikt się chyba nie spodziewał, że Loeb w niedługim czasie sam jeszcze bardziej podniesie poprzeczkę o nazwie "żenada i kał", tak jak to zrobił przy okazji zakończonego niedawno "Ultimatum". O obydwu tych seriach - które znacznie wpłynęły na ogromny spadek poziomu świata ultimate - wielu chciałoby szybko zapomnieć. Zapewne miał w tym pomóc twórca pierwszych "Ultimates" Mark Millar, którego ponownie sprowadzono do przygód nowocześniejszych Mścicieli. Pierwszy zeszyt "Ultimate Comics Avengers" jego autorstwa pod względem akcji nie różni się aż tak bardzo od tego co prezentował Loeb - pojedynek Capa, Hawkeye'a i debiutującego Red Skulla wypełnia niemal cały numer. Mimo to, różnica pomiędzy tym co zrobił wcześniej Jeph, a tym co robi obecnie Millar jest ogromna - na korzyść tego drugiego oczywiście. Lektura tych dwudziestu kilku stron zajmuje mniej niż dziesięć minut, ale nie pozostawia niedosytu. Nie jest to może jeszcze to co przygody Starka, Capa i spółki sprzed kilku lat, ale mam nadzieję, że w szybkim czasie poziom zrówna się z tym co było prezentowane przy "Ultimates" v1 i v2. Mangowy styl Madureiry został zastąpiony bardziej realistycznym dzięki Carlosowi Pacheco, który w przeszłości pracował już nad Mścicielami (do scenariusza Busieka) - tyle, że tymi z uniwersum 616. Jedynym minusem jest cliffhanger, który zaskoczył chyba tylko Kapitana Amerykę - tak jak w przypadku "Ultimates" Loeba wszyscy wiedzieli co naprawdę łączy Pietro i Wandę, tak i tutaj każdy ukrywał przed Rogersem wyjawioną na ostatniej stronie tajemnicę. Czytelnicy natomiast już kilka miesięcy temu mieli okazję przeczytać w jednym z "Wizardów" o co chodzi z Czerwoną Czaszką, przez co zakończenie tego numeru kompletnie nie zaskakuje. No ale taka teraz widać polityka wydawnicza - najpierw wyjawić sekrety, a dopiero później wypuścić komiks z nimi na światło dzienne. Numerze drugi - przybywaj!

Savage Dragon #151 (Image 2009)
scenariusz: Erik Larsen
rysunki: Erik Larsen


Zeszyt ten rozpoczyna drugą połowę drugiej setki przygód Dragona i podobnie jak sto numerów temu, tytułowy bohater praktycznie w nim nie występuje - co tutaj związane jest z wydarzeniami z ostatnich stron jubileuszowego #150. Swoją drogą ciekawe, czy za kolejne sto numerów Larsen podtrzyma tę tradycję? Mimo tej nieobecności, jest to jeden z lepszych ostatnio zeszytów (które i tak prezentują wysoki poziom) - akcja skupia się na dzieciakach Dragona (Malcolmie i Angel), które muszą stawić czoła rekinogłowemu Mako demolującemu ulice i przy okazji DareDevila. Standardowa superbohaterska bijatyka kończy się dosyć emocjonalnym monologiem Mako, na temat swojego fatalnego przeobrażenia w szaroskórą kreaturę i przykrych tego konsekwencji - co nie powiem, daje do myślenia. Ostatnie dwie strony wyglądają jak zapowiedź tego, co zbliża się wielkimi krokami czyli "Dragon War". Larsen w formie, Koutsis (kolory) w formie. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Superman #666 (DC 2007)
scenariusz: Kurt Busiek
rysunki: Walter Simonson


Na początek ciekawostka (może przydać się krzyżówkowiczom): lęk przed liczbą 666 to inaczej heksakosjoiheksekontaheksafobia. W październiku 2007 roku, seria z przygodami bohatera z loczkiem osiągnęła taki imponujący i budzący uznanie wynik, więc i jego tematyka musiała być iście "szatańska". W historii Kurta Busieka nawiedzony przez Phantom Strangera Clark Kent ma dosyć dziwny jak na siebie sen - nie jest on już poczciwym do-rany-przyłóż superbohaterem, a złośliwą i egoistyczną super istotą, która bierze odwet zarówno na wrogach jak i przyjaciołach, którzy przez tyle lat "wykorzystywali" jego dobrotliwość i miękkie serce i koniec końców ląduje w piekle jako (Super)Szatan. Nie jestem niestety zbyt dobrze zaznajomiony z mitologią Supermana, więc nie trafiają do mnie nawiązania do śmierci planety Krypton i pewnie kilka innych smaczków, które ze względu na moją niewiedzę mi umknęły, ale i tak czyta się to nad wyraz dobrze. Po numer ten sięgnąłem (oprócz trzech szóstek rzecz jasna) ze względu na gościnny udział obecnie nieco chyba zapomnianego Waltera Simonsona - noszonego niegdyś na rękach za to co zrobił przy okazji swojej przygody z serią "Thor" czy "Fantastic Four", a obecnie zajmującego się jak nie pisaniem scenariuszy ("World of Warcraft") to robieniem okładek dla serii klasy B ("Hawkgirl", "Vigilante"). Tutaj, na tych dwudziestukilku stronach, udowadnia, że spokojnie dałby sobie radę w mejnstrimie z XXI wieku, w jakimś hitowym tytule czy crossoverze - bez zbędnych fajerwerków odwracających uwagę od hitorii, z dynamicznymi rysunkami podrasowanymi kolorami wprost z komputera pokazuje młodziakom starą szkołę kadrów i dymków. Choćby dlatego warto nabyć ten zeszycik. No i może dla sceny zagwizdania na śmierć piegowatego Olsena. O! I może jeszcze ze względu na tyci-tyci występ Szatańskiej Ligi Sprawiedliwości!

Tyle na dziś. Kolejna porcja zeszytowych recenzji zaatakuje niespodziewanie. Uprzejmie prosi się o zachowanie czujności!

środa, 15 kwietnia 2009

#162 - Kolorowe Zeszyty (5)

Dzisiaj kolejna porcja zeszytowych mini-recenzji. Może nie jest to jakaś najbardziej atrakcyjna forma, ale raz na jakiś czas nie zaszkodzi popisać o tych kilkudziesięciostronicowych produktach - szczególnie, że nazwa bloga zobowiązuje. Dzisiaj wybrałem pięć (taka ilość chyba jeszcze nie nuży?) zeszytów - a w zasadzie cztery i jeden album(ik) - które w jakiś sposób wyróżniają się ponad "był to 543 odcinek serii..". Bądź też miały się wyróżniać, ale im nie wyszło. Na początek przygody niezwyciężonego Marka Graysona:

Invincible #60 ("The Invincible War", Image 2009)
scenariusz: Robert Kirkman
rysunki: Ryan Ottley


To ten numer o którym kilka miesięcy temu Kirkman opowiadał, że będzie to - wbrew temu co się dzieje w Marvelu i DC - jedno numerowy, kopiący dupę crossover z najważniejszymi postaciami z Image Comics. No i fakt, są herosi znani z wielu innych komiksów, rozpierducha też jest. Jako, że jest to mój pierwszy kontakt z serią, ciężko mi powiedzieć coś konkretniejszego - czyli jak to prezentuje się na tle poprzednich numerów i czy wydarzenia przedstawione w tym numerze są tak duże i wpływające na świat Niezwyciężonego jak to wygląda (bo może coś takiego dzieje się co piąty numer?). Jak dla mnie, ten numer, nie jest tym czym być miał. Kirkman w sekcji z listami przyznaje, że nieco przerosła go obecność kilkudziesięciu bohaterów z uniwersum i nie udało mu się poświęcić każdej z nich tyle czasu ile chciał na samym początku. I to widać - herosi zazwyczaj przewijają się na 3-4 kadrach, a tylko co szczęśliwsi dostali jakąś kwestię do wypowiedzenia. I tyle. Jak dla mnie twórca "Walking Dead" mógł sobie darować tę chęć zmierzenia się z materią crossów (szczególnie, że jest odpowiedzialny za "Image United"), zapomnieć o dziesiątkach występów gościnnych i skupić się po prostu na swoim superbohaterze, bo wydarzenia na 30 stronach dzieją się nieco za szybko, po łebkach i zupełnie nie czuć ich rozmiaru. Zdecydowanie lepiej, bardziej spójnie, wypadł podobny crossover w "Savage Dragonie" (#140-141), ale tam obyło się bez gadania co to niby nie czeka w środku na czytelników.

Ultimate Wolverine vs. Hulk #3 (Marvel 2009)
scenariusz: Damon Lindelof
rysunki: Leinil Francis Yu


Gdyby ktoś pod koniec lutego 2006 roku powiedział mi, że na kolejną część potyczki Logana i Bannera będę musiał czekać 1106 dni uznał bym go za lekko dziwnego. Dzisiaj natomiast patrzyłbym na niego z podziwem, ale i pewnym zaniepokojeniem, bo skąd niby miałby wiedzieć że tak będzie? Nieważne. Fakt faktem, że ponad trzy lata Damon Lindelof kazał czekać na trzecią odsłonę tej mini-serii. Nieustanne przekładanie kolejnych numerów związane było z pracą scenarzysty nad kolejnymi seriami Lostów, ale w końcu znalazł on gdzieś w tym gąszczu Dharmowych wątków czas, aby dopisać kolejne 4 rozdziały swojej historii. Numer ten poświęcony jest bardziej na przypomnienie tego co działo się wcześniej, niż na znaczące popchnięcie akcji do przodu, ale ze względu na sposób w jaki to przedstawiono, nie jest to absolutnie minusem. Narrator Wolverine i jego próba ułożenia wszystkiego w całość podana jest z wdziękiem i dużą dozą humoru, czego punktem kulminacyjnym jest rozwiązanie zagadki "co tak bardzo wkurzyło Bannera, że rozerwał mnie na dwie części?". Na koniec pojawia się Ultimate'owa wersja heroiny znanej z Ziemi 616, a jej prawdziwa tożsamość wydaję się dosyć łatwa do odgadnięcia, chociażby po przeczytaniu przykładowych stron z numeru kolejnego (chociaż mam nadzieję, że Lindelof zaserwuje tutaj jakiś twist na miarę Lostów). Mimo tak długiego przestoju serii, duży plus. Za drugą połowę historii wezmę się dopiero przy okazji zbiorczego wydania - na raz i bez reklam co drugą stronę.

Ultimate Hulk Annual #1 (Marvel 2008)
scenariusz: Jeph Loeb
rysunki: Marko Djurdjevic, Ed McGuinness


I znowu Ultimate i znowu Hulk. Ale tym razem bez Logana. Zamiast niego pojawia się Zarda, która przybyła do nowocześniejszej wersji Marvela z uniwersum Squadron Supreme podczas "Ultimate Power". Oczywiście jedno z drugim się tłucze, bo bez tego elementu komiks z Hulkiem nie ma większego sensu. Powód tej bitwy jest niecodzienny - chodzi o brak bielizny, czy czegokolwiek co zakryje szare prącie olbrzyma. Koniec końców Zarda sprowadza Hulka do parteru i wszystko kończy się zgodnie z zasadą "kto się czubi ten się lubi". Tak swoją drogą, to nie wiem co się dzieje z ludźmi z Marvela, ale ostatnio co chwila dają do zrozumienia, że ten obleśny olbrzym jest najbardziej jurnym herosem w uniwersum. Ale może w tym przypadku to fanaberia odpowiedzialnego za scenariusz Jepha Loeba, który chciał dać czytelnikom odetchnąć od ciężkiej i poważnej lektury "Ultimatum"? Kto wie. Jako ciekawostkę dodam, że pierwszych kilka stron komiksu zostało stworzonych przez Eda McGuinnesa na potrzeby czwartej serii "Ultimates", którą miał robić z Amazing Loebem. Plany się jednak zmieniły, a że sporo plansz już powstało to trzeba je było gdzieś wcisnąć. Scenarzysta ma nadzieję, że pozostałe plansze swojego kumpla, nie zmarnują się i też gdzieś, kiedyś będą miały szansę ukazać się w druku. Zapewne do jego scenariusza. Zapewne równie durnego. (zapewne i tak to kupie)

Church of Hell #1 (Berserker 2009)
scenariusz: Alan Grant
rysunki: Wayne Nichols


W pierwszym zeszycie nowej serii wydawnictwa Berserker Comics najlepsza jest okładka Bisleya. Widniejąca na niej szkaradna morda należy do głównego bohatera "Church of Hell" Dominica Raggara, który będąc narratorem postanawia opowiedzieć swoją historię od początku. Otóż był on normalnym gościem, który może nie miał wszystkiego, ale nie mógł też narzekać na swój żywot. Wszystko zaczęło się walić, kiedy skłamał po raz pierwszy, co - w dużym skrócie - zaprowadziło go do tytułowego Piekielnego Kościoła. I tutaj kończy się zeszyt pierwszy. Wygląda to na dosyć sztampową historię w stylu "od bohatera do zera" w którą miesza się sam Władca Piekieł (z którym pewnie główny bohater zawrze pakt). I tak dalej, i tak dalej.. Nie specjalnie mnie ta historia przekonuje i obawiam się, że jedyne co będzie miała do zaproponowania to makabra w postaci twarzy z okładki. Poczekam na ewentualnego trejda.

Popbot: book 8 (IDW Publishing 2009)
scenariusz: Ashley Wood / T. P. Louise
rysunki: Ashley Wood


Szczerze przyznam, że już jakiś czas temu przejadły mi się rzeczy serwowane przez australijskiego artystę. Nie tyle może pod względem grafiki, bo tutaj wiadomo - klasa światowa jak nie lepiej, ale jego twory wydają mi się ostatnio jedynie pretekstem do namalowania kolejnych wielkich robotów, cycatych niewiast z bronią i tym podobnych klimatów. Nie, żeby mi jakoś cycki przeszkadzały, ale na dłuższą metę jest to dosyć nużące (nie? nie jest?!). Na kolejny album z serii "Popbot" trzeba było czekać niewiele krócej, niż na wyżej omawiany "Ultimate Wolverine vs Hulk", ale po prawie 3 latach szczęśliwie trafił do domów fanów, czy też fanatyków twórczości Wooda. Wcześniej zmierzyłem się jedynie z drugą częścią historii, więc za bardzo nie wiem o co w tym wszystkim chodzi i chyba pora na jakieś wydanie zbiorcze - ósmy wolumin nabyłem więc z czystej ciekawości. I się zawiodłem - nie tyle grafiką, co formą (taką samą jaką zastosował on przy "World War Robot" o którym pisał nieco Daniel Gizicki). W większości wygląda to tak, że na jednej stronie jest malunek, a na drugiej tekst. Można by więc dyskutować, czy to jeszcze komiks, czy jeno ilustrowana historia, ale fakt faktem, że nie dla mnie takie eksperymenty (męczy i odrzuca). Graficznie oczywiście bombeczka, dużo malarstwa i trochę czarnego tuszu (za co najbardziej sobie cenię Ashleya), więc wzrokowcy będą mieli ucztę. Po kolejny tomik raczej nie sięgnę, ale na inne rzeczy pana Wooda jestem otwarty. Ciekawe kiedy jakiś polski wydawca zdecyduje się zaprezentować rodzimej publiczności bazgroły Ashleya W.? Bo jego gościnny występ przy okazji "Silent Hill" z Dobrego Komiksu to zdecydowanie za mało.

Tyle na dziś. Zgodnie z rozkładem, spragnionych kolejnej porcji zeszytowych recenzyjek zapraszam do wpisu numer 232 w którym będzie trochę więcej starszych pozycji. Specjalnie dla tych, którzy rozpamiętują jak to kiedyś było dobrze..

czwartek, 12 marca 2009

#143 - Tydzień crossoverów - Ultimate Galactus Trilogy

Na „Ultimate Galactus Trilogy” składają się trzy mini-serie. Historia rozpoczyna się w „Ultimate Nightmare”. Wiadomość od potężnego telepaty o zbliżającej się zagładzie prosto z syberyjskiej tajgi powoduje komunikacyjny paraliż całej planety. Jak zwykle szlachetny Xavier chce ratować autora sygnału, za którym stoi pewnie jakaś umęczoną mutancka duszyczka. Pragmatyczny do bólu Nick Fury wysyła swoich dzielnych amerykańskich chłopców, aby pociągnęli Ruskich do odpowiedzialności. Konflikt interesów murowany i tajna radziecka placówka nuklearna będzie miejscem spotkania Ultimatesów i X-Menów. „Ultimate Secret” traktuje o nowatorskim projekcie lotów kosmicznej w obliczu pewnej „tajnej inwazji”, a pierwsze skrzypce odegrają w niej Fantastyczna Czwórka i drugi zespół Ultimatesów. W „Ultimate Extinction” ziemscy bohaterowie chwytają się wszystkich środków, aby ocalić swoją planetę przed niosącym zgubę Gah-Lak-Tusem, gdy na całej planecie w siłę rosną wyznawcy pewnego kultu o samobójczych skłonnościach. Stawkę uzupełnia dodatek „Ultimate Vision”, będący historią systemu wczesnego ostrzegania przed Galactusem, publikowany w krótkich fragmentach na łamach regularnych serii imprintu Ultimate.

Wielka szkoda, że okładka i tytuł wydania zbiorczego zdradzają, przeciwko komu przyjdzie stanąć ziemskim herosom tym razem, bo Warrenowi Ellisowi bardzo długo udawało się utrzymywać ten sekret w tajemnicy. Ultimate`owe wcielenie Galactusa w niczym nie przypomina swojego żenującego, 616-stkowego oryginału, a scenarzysta świetnie je wykoncypował. Zresztą podobnie jest w przypadku nowych wcieleń wspomnianego Visiona, Kapitana Marvela, Falcona, Carol Denvers, Sentry`ego, Silver Surfera, Misty Knight i kilku innych postaci. Ich Ultimate`owe wersje zrobione są pomysłowo, oryginalnie i mają do odegrania konkretnie role w tej historii.

Scenariusz Warrena Ellisa może spokojnie konkurować z pierwszoligowymi serialowymi czy filmowymi produkcjami science-fiction znanymi z małego, bądź dużego ekranu. „Ultimate Galactus Trilogy” to bardzo dobrze napisana, wielowątkowa opowieść o zbliżającej się zagładzie, której obdarzeni wyjątkowymi możliwościami ludzie muszą stawić czoło. Babole logiczne są w niej ograniczone do minimum, w finale scenarzysta nie wyłożył się z żadnym żałosnym deus ex machina, rozwiązaniem z dupy, historia ma swoje tempo i daje się czytać z przyjemnością. Właściwie wszyscy bohaterowie dostają swoje pięć minut i każdy z nich swoje pojawienie się na scenie świetnie wykorzystuje. W komiksie wszystko trzyma się przysłowiowej kupy, jest napięcie, dramaturgia, szczypta nerdowskiego humoru (prawdziwą perełką jest Thor z „Exctinction” z kwestią „You. Military-industrial-complex drone girl. Bring us Beer!”). Komiks będzie strawny zarówno dla miłośnika trykotów, jak dla czytelnika, który nie przepada za kolorowymi kostiumami, które nota bene zostały ograniczone właściwie do niezbędnego minimum. Jak na uniwersum Ultimate zresztą przystało.

Fajnie, że przy okazji „Ultimate Trilogy” Marvel nie próbował na boku mnożyć dziesiątek niepotrzebnych tie-inów, rozwlekać historii po seriach regularnych. Cała opowieść Warrena Ellisa zamyka się właściwie w tych trzech epizodach i dodatku. Jest to niebagatelna zaleta i służy to spójności samej historii, w czasach, kiedy aby przeczytać jakiegoś crossa, trzeba śledzić dziesiątki tytułów, w których wątki rozmieniono na drobne.

Pod względem oprawy graficznej cała saga stoi na bardzo wysokim poziomie. W „Koszmarze” na wyżyny swoich umiejętności wspiął się Trevor Hairsine, którego styl rozpięty jest gdzieś pomiędzy Stevem Eptingiem a Bryanem Hitchem. „Sekret” na spółę narysowali, jak zwykle znakomity Steve McNiven i niewiele od niego słabszy Tom Raney. W „Wymarciu” Brandon Peterson, którego nie wspominałem zbyt dobrze z polskich „X-Menów”, pokazał jak można korzystać z rastrów w komiksie super-bohaterskim. Wizualnie „Trylogia Galactusa” wypada naprawdę świetnie.

„Ultimate Galactus Trilogy” jest świetną wizytówką dla całego imprintu Ultimate. Doskonale sprawdza się jako linia komiksów, w których reinterpretowano by klasyczne motywy i historyczne przygody z kręgu super-bohaterskiego w nowoczesnym duchu Alana Moore`a. Rzecz jasna pracy Warrena Ellisa, czy dziełom Marka Millara bardzo daleko do poziomu „Strażników” pod każdym względem, ale godne pochwały jest, że najlepsi twórcy z kręgu Ultimate kroczą drogą wyznaczoną przez Moore`a właśnie.

poniedziałek, 24 listopada 2008

#84 - Loebtimates

Jedną z najlepszych serii nurtu super bohaterskiego ostatnich lat jest bez wątpienia "Ultimates". Mark Millar i Bryan Hitch na kartkach 26 zeszytów (vol1 i vol2 liczyły po 13 części) przedstawili dwie, świetne historie, które podbiły serca tysięcy czytelników. U nas z pierwszą serią próbował Egmont, ale skończyło się na dwóch cienkich tomach, które przedstawiały ledwo połowę historii. Za to w USA boom na „Ultimates” trwał w najlepsze. Mimo wielotygodniowych, czy wręcz wielomiesięcznych obsuw z wydaniem kolejnych zeszytów, fani cierpliwie czekali na dalsze losy Capa i spółki. Wraz z końcem ostatniej części drugiej serii, z "Ultimates" pożegnał się zasłużony duet twórców, który obecnie pracuje nad wzniesieniem na szczyty popularności Pierwszej Rodziny Marvela. I o ile panowie są w połowie swojej Fantastycznej przygody, o tyle do końca dobiegła trzecia seria "Ultimates'' już pod nowym dowództwem.
Marka Millara zastąpił Jeph Loeb, który kojarzony jest głównie ze współpracy z Timem Sale'em (razem tworzyli zarówno dla DC jak i Marvela), natomiast za grafikę wziął się Joe Madureira, odpowiedzialny kiedyś za serię "Battle Chasers" (wydaną również u nas za sprawą świętej pamięci Mandragory). Loeb - czterokrotny laureat Nagród Eisnera - został zakontraktowany zarówno na trzecią, jak i czwartą odsłonę przygód "Ultimates", w której to Madurierę zastąpić miał McGuinness (z którym to współpracował wcześniej przy "Superman/Batman" a obecnie przy serii "Hulk").

Już pierwsze zajawki nowej serii spotkały się z głośnym "WTF?" wśród fanów. Kontrowersję wzbudzały chociażby stroje niektórych herosów, przejęte ze świata 616 (Iron Man, Scarlet Witch), nowy Hawkeye, wyglądający jakby swój strój kupił w butiku Roba Liefelda czy też obecność cycatej kochanicy Thora. Ale co tam stroje, co tam niezgodność z wzorcami Millara i Hitcha, najważniejsza jest przecież historia. "Sex, Lies & DVD" zaczyna się w momencie, gdy do Internetu przecieka seks taśma wyczynów Tony'ego Starka i ś.p Black Widow. Komentująca fikołki grupa bohaterów zostaje zaatakowana już na drugiej stronie przez Venoma i mniej więcej od tej chwili, seria zamienia się w niemal nieustanne, często bezmyślne, mordobicie. Nie ma przecież większego sensu zawracać sobie głowy wprowadzeniami, tworzeniem klimatu i innych takich dupereli - ma być szybko, krwawo i dramatycznie. Na końcu pierwszego zeszytu pada strzał, następnie trup i po 20kilku przerobionych planszach można się domyślać wokół czego będą krążyły pozostałe 4 zeszyty. Krucjata bohaterów w celu wyjaśnienia śmierci jednego z nich zaprowadzi większość grupy do Savage Landu (aż dziwne, że tym razem lądowanie w tej krainie nie kończy się atakiem tyranozaura - plus dla Loeba), gdzie będą musieli stoczyć wielką bitwę z Brotherhood of Evil Mutants, dowodzonych oczywiście przez Mistrza Magnetyzmu. Generalnie dzieje się dużo. Loeb miesza jak może, tworzy miłosne pięciokąty, wprowadza tajemniczego i wiecznie milczącego Black Panthera, z Hawkeye'a robi emo-bohatera, który musi przecież jasno powiedzieć, że celownik na głowie jest symbolem jego pogardy dla życia. I tak dalej i tak dalej. Z początku można się zastanawiać o co w tym wszystkim chodzi i z jakimi bredniami mamy do czynienia, ale przyzwyczaiwszy się do poziomu historii można się w sumie nieźle bawić nie zważając czy to w ogóle ma jakiś większy sens. Parę momentów było naprawdę niezłych, jak np. Cap rzucający cytatem z Terminatora 2, czy też wiele tłumaczące nawiązanie Loeba do jednej z niby nic nie znaczących scen z runu Millara i Hitcha. Ale znacznie więcej było tych z gatunku "o co kaman?" - Wolverine i jego wielki miłosny sekret z przeszłości, tożsamość Czarnej Pantery, omawiany już Hawkeye czy też jego finalna akcja w numerze piątym, prowadząca wprost do kolejnego wielkiego wydarzenia i zarazem kolejnej serii sygnowanej nazwiskiem Loeba - "Ultimatum".

Co do rysunków - Madureira ma mocno mangowy styl, ze wskazaniem na mangowość spod znaku duże oczy / „duże oczy”. I o ile w serii pokroju "Battle Chasers" pasował jak ulał, o tyle w "Ultimates" jest mocno średnio. Bo skoro założenia całego ultimate świata opierały się na urealnieniu wszystkiego, to rozumiem, że mówiono tu również o stylu rysowania historii. Hitch pocisnął to wyśmienicie, Madureira przedstawił to w sposób bajkowy. Jest dynamicznie, ładnie, ale najzwyczajniej w świecie nie pasuje to do tego typu Marvel rzeczywistości.

Ciężko mi jednoznacznie ocenić ten pięcioczęściowy volume 3. Z jednej strony, pamiętając co się działo (a przede wszystkim jak się działo) u poprzedników, nie mógłbym ocenić tej historii inaczej jak porażki. Jednak z drugiej to całkiem nieźle bawiłem się przy lekturze Loebtimates’ów. Dwa pierwsze numery były niezłym szokiem, dwa kolejne jako tako przyzwyczaiły mnie do całej historii (w stylu byle do przodu, na końcu jakoś się to wyjaśni) a ostatni numer ładnie to wszystko domknął (w co nie wierzyłem), i zrobił grunt pod nadchodzące Loebtimatum. Był to trochę taki powrót do pierwszej połowy lat 90tych, kiedy królował wspomniany już Rob Liefeld, jego supernapakowani herosi uzbrojeni po zęby i historie tworzone tylko po to, żeby jak najwięcej tych dobrych skopało tyłki jak największej ilości tych złych. Taki wzorzec z Serves niezobowiązującej historii spod znaku superhero. Czyli – nie wymagając za wiele – można dostać godzinę niezłej napierdalanki, ot co.

Po „Ultimatum” - którego pierwszy numer niczym nie zaskoczył, a drugi jest nieustannie przesuwany - przyjdzie czas na „Ultimates 4”. W międzyczasie zmieniła się obsada rysownika – zamiast McGuinnessa będzie to Frank „Rysuję Duże Tyłki” Cho. To co Pan Ed stworzył (a jest tego podobno ładnych parę stron) przeznaczonych będzie na zupełnie inną historię. Znaczy to tyle, że robota jego nie pójdzie na marne, dopisze się tylko inny scenariusz. To w sumie też miłe nawiązanie do Liefelda, który kiedyś też najpierw rysował, a dopiero później wymyślane były scenariusze.

Aby naprawić zło wyrządzone przez Loeba, do świata ultimate wrócić ma Millar, który będzie rządził i dzielił w nowej serii „Ultimate Avengers”. Rysownicy będą się zmieniać w zależności od historii, tak samo jak główni bohaterowie – skład ma być różny, przystosowany do zagrożenia. Jeśli miałbym wybrać pomiędzy przyszłym komiksem Loeba i Millara miałbym duży problem. Tam świetna grafika, tu zapewne świetny scenariusz.

„Ultimatum” ma doprowadzić do sytuacji, w której serie spod szyldu ultimate, zostaną zredukowane do zaledwie czterech regularnych tytułów, tworzonych przez najlepszych z najlepszych. Na pewno będzie to “Ultimate Spider-Man” oraz „Ultimate Avengers”. „Ultimate X-Men” i „Ultimate Fantastic Four” kończą się wraz z numerem 100 oraz 60.

Przyszłość Ultimate Marvela zapowiada się więc nader interesująco. A jeśli dla tego przyszłego dobra musiał powstać „Ultimates 3” Loeba to zrozumiem i przestanę narzekać na wszelkie bzdurki w nim zawarte.

Chociaż tak po prawdzie to nie jest to AŻ takie złe.

środa, 13 sierpnia 2008

#44 - Ostateczne porażki

Face the fact – 90% współczesnego komiksu superbohaterskiego to wciąż kupa niemożebna, której nie da się czytać bez nerwowego parskania śmiechem i zgrzytania zębami na przemian. Mam takie wrażenie, że spandeksowy główny nurt nie tyle nie nadąża za awangardą powieści graficznych, co jest jeszcze sporo w tyle za zwykłym mainstreamem. Przez „zwykły” mainstream rozumiem takie serie jak „Usagi”, „Queen & Country” czy choćby „Goon”.

Pozostałe 10% to zgrabnie napisanie historie, które mają przysłowiowe ręce i nogi, które da się przeczytać od początku do końca bez specjalnego uszczerbku na zdrowiu psychicznym. Kilka pozycji spod znaku Ultimate dało się zaliczyć do tej dziesiętnej części całości, żeby wymienić tylko świetnych „The Ultimates” Millara i Hitcha, niezłe „Ultimate Trilogy” Elllisa czy trzymające poziom „Ultimate War”, „Ultimate Six” i momentami „Ultimate X-Men”. Na Spidera jestem już trochę za stary.

Pomysł stworzenia imprintu, w którym różni autorzy mogliby opowiadać fajne historie o superbohaterach wydawał się trafiony. Pomysł, na stworzenie drugiego, konkurencyjnego uniwersum w Marvelu jest całkowicie chybiony i zwyczajnie głupi. Niestety, kilka najnowszych ultimate-tytułów ciąży ku wszystkim przywarom 616, od których, przynajmniej w założeniach, chciano odchodzić. Najlepszym przykładem skretynienia twórców i redaktorów pracujących przy Ultimate-titles jest zapowiedz dwóch annuali (FF i X-Menów), które mają być wstępem do wielkiego cross-overa "Ultimatum", po którym „nic nie będzie już takie same”. Otóż mutanci z przyszłości pojawiają się w teraźniejszy świecie, z zamiarem zabicia członków Fantastycznej Czwórki, aby uniknąć wielkiej katastrofy. I tylko futurystyczna wersja FF jest w stanie powstrzymać mutantów z przyszłości przed zamordowaniem ich praszczurów… Słabo? Czytajcie dalej.

Niestety, redaktorzy i scenarzyści, pracujący nad komiksami spod szyldu Ultimate, stosują zagrywki, które nie bawią czytelników komiksów od dobrych dziesięciu, jak nie dwudziestu lat. Świetnym przykładem niech będzie „Ultimate Origins” (Brian M. Bendis i Butch Guice). Komiks nie służy opowiedzeniu jakieś fajnej historii, tylko rozwijaniu złożoności „ultimate universe”. Swego czasu, na którymś z konwentów zaprezentowano listę 10 najważniejszych faktów, które zostaną ujawnione w mini-serii (reprodukcja gdzieś na dole). No i fantastycznie, jak Marvel zapowiedział, tak Bendis robi, po kolei w swoim komiksie realizuje plan punkt po punkcie. Szkoda tylko, scenarzysta zapomniał, że opowiada pewną historię, a nie tylko ujawnia kolejne fakty, które ukażą się w kolejnym marvelowym handbooku. Bo to właśnie Bendis robi. Wałkuje kolejny raz wątek pochodzenia Wolverine`a, przypomina nam jak to Steve Rogers stał się Kapitanem Ameryką i odświeża relację między Xavierem i Magneto. Bez pomysłu, bez inwencji, skrótowo, nudnie, wtórnie i zupełnie niepotrzebnie – bo to wszystko czytelnik wie lub się domyśla i nie jest mu do niczego potrzebne. No chyba, że kogoś kręci możliwość dowiedzenia się kto był pierwszym mutantem. Mnie z pewnością nie.

Czytając „Ultimate Human” (Warren Ellis i Cary Nord) miałem podobne uczucie, jak podczas lektury „Thor: Vikings” Gartha Ennisa. Mianowicie – ktoś tu leci w kulki i to grubo. Ellis bierze najbardziej przewidwyalne superbohaterski klisze, najbardziej obciachowe motywy rodem z lat sześćdziesiątych i wrzuca to wszystko do komiksu, który miał rozwijać wątki „The Ultimates”, pozycji, która miała się odcinać swoich infantylnych korzeni. Mamy zatem szalonego naukowca (Peter Wisdom aka Leader), który w kolejnych przerażających monologach tłumaczy swoje motywacje i rzuca trochę światła na swoją skomplikowaną osobowość. Jest linowa akcja, jest mnóstwo nic nie wnoszących dialogów, jest ta scena, w której czarny charakter zostawia naszych bohaterów (Hulka i Iron-Mana), żeby zdążyli się wydostać ze śmiertelnej pułapki, nie braknie również przewidywalnego zakończenie, które utrzyma charakterystyczny dla kalesoniarzy status quo – tj. Hulk Hulkiem pozostanie. Mam nieodparte wrażenie, że Ellis zrobił to specjalnie i napisał komiks według przedwojennych recept i wywinął czytelnikom i redaktorom psikusa. Mylę się?

To jednak nic w porównaniu z tym, co wyprawia Jeph Loeb wespół z Joe Madureirą przy flagowej serii imprintu – „The Ultimates”. Myśleliście, że narracja i sposób budowania fabuły w „All Star Batman” jest archaiczny i infantylny, a narracja rwie się i kuleje? To przeczytajcie pierwsze zeszyty Loeba do trzeciej serii Mścicieli XXI wieku. Tam dopiero się dzieje! Postacie pojawiające się znikąd, fabułą zbudowana z pourywanych fragmentów i nikt, chyba nawet sam Loeb, nie wie, o co w tym wszystkim chodzi. Scenarzysta chyba nie zapoznał się pracą Millara i Hitcha, bo zupełnie nie poznałem Hawkeye, Hanka Pyma czy Kapitana Ameryki. Pomijając szereg nieścisłości między seriami typu stroje, wprowadzenie postaci Valkirii, która już w świecie Ultimate funkcjonuje, zmienianie rasy Wasp, która nagle traci swoje azjatyckie rysy – kij z tym, niech chociaż fabułą będzie interesująca, to mu to wybaczę. Zmianę designu z pseudo-realistycznego na typowo superhero też. Madureire, z jego zdeformowanym, tanim i efekciarskim stylem, który do estetyki „Ultimates” zupełnie nie pasuje, też bym przełknął. Ale uważajcie! Loeb opowiada historię buntu robotów i melodramatycznych romansów z nieślubnymi dziećmi pięciokątu Wolverine-Magneto-Magda-Quicksilver-Scarlet Witch w romantycznej prehistorycznej scenerii Dzikiego Lądu. Słabo? Fabuła wije się jak wąż, komplikuje aż do niezrozumienia i rozwija zależności między kolejnymi komiksami, czego tak chciano uniknąć w przypadku segmentu Ultimate. To jest zwyczajna żałość, a co gorsze robi czarny PR tak świetnej serii i całemu imprintowi. Loeb marnuje znakomity potencjał, który miał ten tytuł, który można było jakoś pomysłowo pociągnąć.

Wydaję mi się, że z tytułami linii Ultimate nie będzie już lepiej. Co zdolniejsi twórcy zatrudnieni w Marvelu zauważyli, że dobre historie można opowiadać również w 616, które jest bardziej atrakcyjne, bo cieszy się z reguły lepszym odbiorem, ma więcej czytelników, którzy ekscytują się ich pracą. Ultimate bardzo długo musiało zdobywać uznanie w oczach czytelników i z trudem wyrobiło sobie jakąś markę, która jest szargana przez ostatnie, mierne produkcje. Zapowiedzi "Ultimatum", jak ta, przytoczona wyżej, mrożą mi krew w żyłach i obawiam się zwyczajnej klapy, która kompletnie pogrąży Ultimate, która podzieli los "New Universe" Jima Shootera...