Liam Sharp pisząc o spadku zainteresowania czytelników - czy też raczej o spadku zamówień ze strony sklepów komiksowych w USA - swoją autorską serii pisze też o czymś więcej. Pisze o sytuacji, w jakiej znajdują się obecnie wielu twórców, którzy próbują robić komiks w głównym nurcie, ale nie z logiem Marvela lub DC, nie z Batmanem czy Avengersami.
Zastanawiając się nad tym, jak sensownie mogę odnieść się do wypowiedzi Sharpa, w których znajduje dużo racji i rozumiałem jego frustracje, moje myśli dość pokrętną drogą trafiły na polskim rynek komiksowy.
Czy udało mi się zbudować jakąś sensowną analogię? Nie wiem, ale tak właśnie to wszystko mi się w głowie poukładało. Może trafnie, może nie.
"Nie jest zbyt dobrze, ale też nie jestem specjalnie zaskoczony" - jak relacjonuje urodzony w Wielkiej Brytanii artysta komiksowy na swoim Substacku we wpisie pod tytułem "Here we are again" komentując, że w stosunku do pierwszego numeru ilość zamówień na zeszyt mini-serii "Starhenge Book Two: A Kiss for Atticus" spadła o połowę. Komiks ten ukaże się za mniej dwa tygodnie, dokładnie w środę 12 sierpnia 2026 nakładem Image Comics.
Na amerykańskim rynku zwykle bywa tak, że #1 sprzedają się po prostu lepiej od kolejnych numerów danego tytułu. Powszechne zjawisko. Nawet jeśli jakaś seria już "złapie", to zwykle nakłady kolejnych numerów nie są aż tak wysokie, jak tego pierwszego numeru, który w takich wypadkach bywa dodrukowany. Oczywiście, istnieją rynkowe anomalie (patrz: "Absolute Batman"), co do których te "zasady" nie mają zastosowania. Natomiast, generalnie sprzedaż kolejnych numerów - niższa, niż tego pierwszego - musi się finansowo spinać, aby seria była kontynuowana. Oczywista sprawa. W przypadku "Starhenge" udaje się to ledwo, ledwo. Jak pisze sam autor, posługując się anglojęzycznym idiomem, jego seria utrzymuje się na powierzchni by the skin of one's teeth.
Liam Sharp nie jest żadnym no-name`m w skali amerykańskiego rynku komiksowego. To twórca uznany, nagradzany i rozpoznawalny. Z potężnym, rozciągającym się na już prawie pięć dekad, dorobkiem. Nauki pobierane u Dona Lawrence`a, szlak bojowy w "2000 AD" i brytyjskim Marvelu, praca przy dużych seriach/bohaterach dla Marvala (już amerykańskiego) i DC Comics. Sharp nie jest obecnie gwiazdą pierwszej, ani nawet drugiej wielkości, ale to wciąż znaczące nazwisko w branży. Nominacji do Ringo Award nie dostaje się za nic.
To, że nie kryje frustracji tym, w jakiej sytuacji znalazła się kontynuacja jego autorskiego projektu, na którym mu zależy, jest dla mnie zrozumiałe. Lubię twórczość Sharpa, obserwuje go w socialach, rozumiem rozczarowanie. "Znajduję się na tym etapie kariery, że moim marzeniem jest pisanie i rysowanie historii, które mnie pasjonują i które są w całości moim własnym dziełem. Rzeczywistość jednak wymaga ode mnie czegoś innego. Muszę znowu szukać pracy, która się sprzedaje, do scenariusza kogoś z „nazwiskiem”" - jak pisze Sharp.
"Zatem tak, jestem z powrotem w punkcie wyjścia. Nie do końca pewien, co robić dalej, jak coś zmienić i jak dalej podążać za swoimi kreatywnymi marzeniami. Nie jestem rozgoryczony ani zły. Przewidziałem to. Ale miałem nadzieję, że tym razem się pomylę" - jak kończy swój wywód.
![]() |
| źródło: https://www.facebook.com/photo/?fbid=10165059898673764&set=a.31834378763 |
Z jednej strony zatem mamy więc komiksowych czytelników narzekające na ciągle mielenie tego samego. Odgrzewanie tych samych pomysłów, całkowite bankructwo kreatywności w komiksowej branży, a z drugiej - unikalne i autorskiej projekty, które... nie sprzedają się. Liam Sharp zaznacza, że na stworzenie "Starhenge" "poświęcił cztery dekady pracy", a fani "i tak wolą kupować Batmana".
Oczywiście, to nie jest aż takie proste. Nie da się zamknąć problemów, z którymi zmaga się - nie tylko! - amerykański rynek komiksowy w tak uproszczonej dychotomii. Natomiast ja nie o tym. Podejmując ten temat nie chce skupiać się na jednostkowym przypadku Sharpa i jego komiksu, po prostu go nie znam.
Zastanawiając się, jak sensownie mógłby "ograć" to, co napisał Liam Sharp w 400 tysięcy znaków, jak manna z nieba spadł mi kolejny odcinek audycji "Halo Komiks" prowadzonej przez Dominika Szcześniaka. W odcinku #72 wystąpił m.in. Łukasz Kowalczuk. Dzięki jego wypowiedzi udało mi się znaleźć jakiś kąt podejścia do tego tematu.
Tak się składa, że akurat "Starhenge" ukazał się na polskim rynku. Tom 1 został wydany nakładem wydawnictwa Labrum, ale po niego nie sięgnąłem. Powód? Zaporowa cena. Okładkowo komiks Liama Sharpa został wyceniony na 123 PLN. To zasadniczo amerykański TPB, sześć zeszytów, choć na twardo i w powiększonym formacie. Można powiedzieć, że "deluxe", ale nawet to nie uzasadniania w mojej ocenie wywindowania ceny do takiego poziomu. "Na miękko" album kosztuje 18 USD, a na twardo jedenaście dolarów więcej.
Kowalczuk w rozmowie z Szcześniakiem zaznacza, że komiksy w Polsce "to nie są drogie rzeczy". "Komiks i w ogóle kultura jest nadal relatywnie tania. Polskie wydania komiksów z całego świata, czy polskie komiksy w ogóle, to nie są drogie rzeczy" - jak mówi Kowalczuk. "One też na przestrzeni lat wcale tak nie za bardzo podrożały. I ja wiem, że to zabrzmi jak herezja" - przerwę mu w tym miejscu i tak, to brzmi jak herezja. Jeśli ktoś twierdzi, że "Starhenge" Sharpa za 123 PLN "to nie jest droga rzecz" to, no cóż... gratuluje odklejenia od polskiej rzeczywistości. I żadne tłumaczenia, że to "deluxe", że na twardo, że format mnie nie przekonują. To nie powód wysokiej ceny. To uzasadnienie wydawcy, które mnie nie nijak przekonuje.
Co ciekawe Kowalczuk przyznaje, że kupując komiksy czeka na promocje. Czeka na przeceny, aby móc kupić komiks np. o 60% taniej. Natomiast na komiksy swojego autorstwa nie zrobił i nie zrobi "żadnych rabatów". "To jest kolejny paradoks. O ile sam lubię przeceny i kupować taniej, jako konsument, to jako twórca wolałbym sprzedawać wszystko w cenie okładkowej" - dodaje polski twórca. No to zaraz, skoro komiksy w Polsce "to nie są drogie rzeczy", to czemu Kowalczuk nie kupuje ich w cenach okładkowych, albo w ramach "normalnych" rabatów, w polskiej edycji, tylko kupuje komiks importowany z USA i to na przecenie na poziomie 60 proc.?
To, co pisze Liam Sharp, jakoś rymuje się z tym, co mówi Łukasz Kowalczuk. Rozumiem ich frustrację. Zarówno amerykański, jak i polski czytelnik to zwierz raczej konserwatywny. Kupuje to, co dobrze zna i to, co lubi. Nie chce wychodzić ze swojej strefy komfortu, ograniczonej czy to granicami danego uniwersum, wydawcy czy też gatunku lub konwencji. Bardziej przywiązuje się do bohatera czy też "marki", trochę mniej do autora. Rzadko sięga po coś nowego, innego. Często ofiarą takiego podejścia padają projekty takich twórców, jak Sharp i Kowalczuk. Zresztą, polski twórca wielokrotnie dawał upust swojej frustracji, że jego komiksy - nie tylko autorskie, ale też dość niszowe, kierowane do bardzo szczególnego czytelnika - nie sprzedają się. Te narzekania, że nie udaje mu się docierać do masowego odbiorcy brzmią dla mnie dość kuriozalne. Tym bardziej, że od pewnego czasu autor "głupich komiksów dla mądrych ludzi" nie angażuje się w ich promocje. Nie bywa na konwentach (wyjąwszy wyjazd do Białogardu), nie jest zbytnio obecny w social mediach, nie próbuje otwierać się na nowego czytelnika. Zatem skąd ma się brać dobra sprzedaż?
Tak, jak ja nie kupiłem "Starhenge", tak kupiłem komiksy Kowalczuka, o których wspomina. Dałem za nie "okładkową". Tak, jak rozumiem frustracje Sharpa i Kowalczuka, tak nie zgodzę się, że komiksy w Polsce w połowie 2026 "to nie są drogie rzeczy". Są. 123 złote za "Starhenge" to dużo. Albo 250 PLN za dwa TPB "Powers" w jednym albumie od Mucha Comics (znów - z jakimiś tam bonusami, na twardo, większy format) - to jest droga rzecz. Komiksy od Studia Lain w tak zawężonej dystrybucji to są drogie rzeczy. Okładkowe 89.99 PLN za premierowy tom "Absolute Batman", którego Egmont powinien pchać jeszcze taniej, w jeszcze szerszej dystrybucji - to jest bezsensownie droga rzecz...
... zresztą temat Egmontu i tego, jak daje ciała w ramach promocji i marketingu swoich komiksu domaga się osobnego tekstu. Który mam nadzieję napisać. Wkrótce, jak wszystko pójdzie, jak trzeba.
Natomiast kończąc ten tekst tak naprawdę nie wiem, jak to wszystko spiąć w sensownym podsumowaniu. Komiksy w Polsce są drogie. Autorskie serie sprzedają się słabo. Ich autorzy są sfrustrowani. Czytelnicy, i w PL, i w USA lubią to, co już znają. Wydawnictwa - te polskie - robią za mało, aby sprzedawać więcej komiksów. A Egmont, to już w ogóle, no dajcie...
.gif)


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz