Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryan Hitch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bryan Hitch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 marca 2015

#1826 - America`s Got Powers

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Zacznę trochę pokrętnie. Moim ulubionym wydawnictwem (z różnych powodów) był imprint WildStorm należący najpierw do Image Comics, a następnie do DC. Jednym z najlepszych komiksów wydawanych przez to nieistniejące już studio była druga seria "StormWatch" autorstwa Warrena Ellisa i Bryana Hitcha. O artyście tym można powiedzieć wiele dobrego, ale ma również sporo za uszami, niemniej, od czasów wspomnianej serii staram się w miarę na bieżąco śledzić jego prace. Gdy w 2012 roku gruchnęła wieść o jego powrocie do Image, preorder na ciekawie zapowiadającą się mini-serię był oczywistą sprawą. Czy dziś żałuję tej decyzji? Oto moja opinia o "America’s Got Powers".



czwartek, 8 maja 2014

#1594 - StormWatch

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Pierwsza odsłona „Z archiwum Image” traktowała o komiksie nieco bardziej ambitnym, ale nie pozbawionym wad. Dziś natomiast zajmę się fragmentem pewnej serii, która dopiero po czterech latach swojego istnienia stała się czymś zdatnym do czytania. Ale gdy to już nastąpiło, trudno było oderwać się od lektury. Panie i panowie, oto „StormWatch”.

czwartek, 6 grudnia 2012

#1190 - Ultimates t.1: Super-ludzie

Już na samym początku podkreślę, że jestem setki, jeśli nie tysiące mil od tego, co dzieje się obecnie w uniwersum Marvela. Do moich rąk wpadają tylko nieliczne tytuły z tego wydawnictwa i nigdy nie są to komiksy z bohaterami ich dwóch największych franczyz. Moja przygoda z mutantami skończyła się na semicowych zeszytach, a z Mścicielami chyba nigdy tak naprawdę się nie zaczęła. Co prawda staram się regularnie dowiadywać czym Dom Pomysłów karmi swoich fanów, ponieważ może napotkam coś, co na tyle przykuje moją uwagę, że będę chciał wydać pieniądze.

Do kupna wydanego przez Egmont "The Ultimates" skłoniły mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to oczywiście kinowa ekranizacja "The Avengers", na której bawiłem się, jak mały chłopiec. Druga natomiast to ranking 10 najlepszych albumów z tymi bohaterami umieszczony na Kolorowych Zeszytach. Jak się pewnie domyślacie, sięgnąłem po pozycję nr. 1.

W Polsce wydano zaledwie jeden trejd pierwszej serii, w dodatku podzielony na dwa, trzyzeszytowe odcinki. "The Ultimates" byli i są częścią imprintu Ultimate, w którym Dom Pomysłów przedstawił bardziej realistyczne i współczesne podejście do tematyki super-hero. Od momentu rozpoczęcia tego eksperymentu minęło już dziesięć lat, więc jest już w pewnym sensie nieaktualny w porównaniu z nowymi reformami tego wydawnictwa. W owym czasie pomysł skreślenia ponad czterdziestoletniej historii okazał się tyle ryzykownym, co rewolucyjnym posunięciem. I z początku wszystko udawało się znakomicie. Lecz z czasem szychom Marvela najpierw brakło jaj, aby przenieść wszystko do świata Ultimate, a teraz na to uniwersum zupełnie brakuje pomysłu. Nie zmienia to faktu, że komiks Marka Millara i Bryana Hitcha okazał się wielkim sukcesem.

Uwspółcześnienie miało oznaczać zdefiniowanie na nowo znaczenia superbohatera. Autorzy oddarli z nich rysę przestarzałych bohaterskich ideologii. Dostosowali ich do wymogów współczesnego heroizmu, który oznacza: czym więcej posiadasz siły, tym z większymi ludzkimi problemami musisz sobie radzić. Z półbogów stworzyli ludzi z przekleństwem nadludzkich mocy. Wszystkie te cechy są doskonale widoczne w "The Ultimates".

Nick Fury rekrutuje drużynę superludzi, która będzie strzec bezpieczeństwa Ameryki przed zagrożeniem, z którym zwykłe siły wojskowe sobie nie poradzą. Oczywiście, wszystko jest finansowane przez rząd USA. Ta specjalna jednostka ma być jawna i musi mieć poparcie wśród obywateli. Współczesna biurokracja zaciska szpony na Mścicielach. Do tej elitarnej grupy będą należeć wszystkim dobrze znani: Iron Man, Hulk, Thor, Kapitan Ameryka, Giant-Man i Wasp, a więc klasyczny, pierwszy skład zespołu. Naturalnie poddani odpowiedniemu do wymogów naszych czasów tuningowi. Po pierwsze - to żołnierze. Po drugie - daleko im od pomnikowych herosów Srebrnej Ery. Podobnie, jak u Alana Moore`a nie radzą sobie z otaczającą ich rzeczywistością. Uciekają w alkohol i hedonizm. Są zagubieni we współczesnym świecie i nie rozumieją jego wartości. Uciekają w szaleństwo, ideologię, pracę. Nie potrafią funkcjonować normalnie w związku. Obsada komiksu to prawdziwy emocjonalny koktajl Mołotowa, który sprawia, że za nic w świecie nie kumplowalibyście się z takimi osobami. Oni natomiast będą zmuszeni odłożyć waśnie na bok i zjednoczyć siły. Zdają sobie sprawę, że mogą być jedyną szansą na obronę ziemi przed nowymi zagrożeniami.

To właśnie charakterystyka bohaterów wyszła Markowi Millarowi najlepiej. Autor rewelacyjnego "Superman: Red Son" (o którym już niedługo) stworzył bohaterów, którzy mimo, że w kulturze masowej królują od 40 lat, to wydają się jakby dopiero co pojawili się w naszej świadomości. To jest największy sukces tego tytułu. Restart serii nie tylko widoczny jest w opowiedzeniu jeszcze raz o początkach tej grupy, odzianiu ich w nowe stroje, czy też w odnośnikach do bieżących wydarzeń, ale właśnie odświeżeniu ich osobowości. To nie są już ci sami Mściciele, których tak dobrze znamy. To jasne, że w przeciągu lat superbohaterowie się zmieniają, dostosowując się do nowych czytelniczych potrzeb, ale nigdzie indziej nie widać tego tak dobrze, jak w "Ultimates". Poza tym Millarowi doskonale udało się uchwycić medialne simulakrum, w którym przyszło funkcjonować zespołowi Nicka Fury`ego. Ich walki sprzedawane są na płytach DVD, ich życiem prywatnym interesuje się cały świat, a oprócz tego, że są bohaterami, są również celebrytami, gwiazdami tabloidów, ikonami kultury masowej

Drugą, rewelacyjną stroną "Ultimates" jest jego filmowość. Dawno nie czytałem (jeśli w ogóle!) komiksu, który sprawiał wrażenie wielkiego wakacyjnego hitu. Tu po prostu czuć styl wysokobudżetowej produkcji - oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nic zatem dziwnego, że właśnie ta pozycja stała się główną kanwą kinowej wersji Avengersów, a Joss Wheadon czerpał z Millara całymi garściami. A do tego wszystkiego dochodzi oprawa graficzna Bryana Hitcha. Jego rysunki utrwalone w szerokoformatowych kadrach robią wrażenie nie gorsze, niż blockbuster oglądany w rozdzielczości 16:9. Naprawdę kozacka sprawa.

Mimo tego, że nie ma w tym komiksie zbyt wielu superbohaterskich naparzanek i autorzy mocno urealnili Mścicieli, to nadal czuć w nim marvelowskiego ducha przygody z pelerynami w tle. I to mi się bardzo spodobało. Bo przecież każdy czytelnik sięgający po taki tytuł i tak w finale chce otrzymać komiks, w którym Avengersi, znaczy się Ultimates, dają łupnia swoim przeciwnikom. Ale to, jak się domyślam, spotka mnie w następnych tomach.

piątek, 25 maja 2012

#1041 - Najlepsze z Avengers

Po seansie whedonowych "Avengers" wyszliście z kina. Podobało Wam się. Tak bardzo, że zastanawiacie się po jakie komiksy z Mścicielami można by sięgnąć. Dzięki sieci dostęp do historyjek obrazkowych jest właściwie nieograniczony - komiksy o Avengers można ściągać bezpośrednio zza Oceanu lub kanału La Manche, kupować z drugiej ręki lub od rodzimych importerów. Kilka albumów zostało też wydanych po polsku. No dobrze - tylko co wybrać? Na co w tym zalewie warto wydać ciężko zarobione pieniądze? Mam nadzieję, że poniższy ranking będzie choć trochę pomocna.

Lista ta jest wynikiem kompromisu pomiędzy tym, co uchodzi za kanoniczne wśród marvelowskich fanbojów, a opowieściami, które mogą trafić w gusta czytelników zielonych w temacie. Z drugiej strony trudno mówić, że jest to wyliczanka w stylu "best of", skoro na liście brakuje choćby "Avengers Forever" czy "The Fall of Hank Pym". Znakomita mini-seria Kurta Busieka i Carlosa Pacheco oprócz tego, że jest świetną historią, porządkuje poplątane marvelowe continuity i bez kilku handbooków lub chociaż gruntownej znajomości dziejów Avengers jej lektura może okazać się ciężkostrawna. Natomiast historia z Ant-Manem, w której bohater przeżywa kryzys tożsamości i pojawia się słynna scena z uderzeniem Wasp nie brałem pod uwagę, bo nigdy nie zestała zebrana w trejdzie (jako takim).

Jeśli idzie o oznaczenia w rankingu - w sumie on-going "Avengers" miał cztery wcielenia. Pierwsza, klasyczna seria wydawana było nieprzerwanie od 1963 do 1996 (na liście oznaczono ją jako vol. 1). W ramach eventu "Heroes Reborn" Mściciele po heroicznej (nomen omen) śmierci z rąk Onslaguhta przeżywali przygody w kieszonkowym uniwersum stworzonym przez Franklina Richardsa (vol.2). W lutym 1998 roku wszystko wróciło do normy, kiedy za sprawą Kurta Busieka i George`a Pereza pojawiła się trzecia inkarnacja serii, a jej bohaterowie wrócili na Ziemię-616. Ten on-going został zamknięty w styczniu 2005 wraz z numerem #503 (zbierającym numerację wszystkich serii) i zastąpiony przez "New Avengers" Briana M. Bendisa. Wreszcie, w 2010 Bendis wskrzesił klasyczny tytuł, który będzie z kolei oznaczam jako vol. 4.

I kończąc ten przydługi wstęp - mam nadzieję, że ten tekst da początek całej serii rankingów podobnej maści publikowanych regularnie w każdy piątek. Jeśli chcielibyście, żeby tak się stało, podawajcie w komentarzach propozycje ewentualnych tematów.

10) "Avengers: Disassembled" ("Avengers" vol.3 #500-503 i "Avengers Finale", 2005) - Brian M. Bendis (scenariusz) i David Finch (rysunki).
Album, który wyznaczył początek nowej ery nie tylko w świecie Mścicieli, ale również w całym uniwersum Marvela. Z autora znakomitych niezależnych powieści graficznych i kilku mniejszych projektów mainstreamowych Brian M. Bendis stał się w Marvelu kimś więcej, niż tylko kolejnym scenarzystą. Przez ponad dekadę kształtował wydarzenia na Ziemi-616 według swoje uznania, a jego oczkiem w głowie byli właśnie Avengers. Bez Bendisa Mściciele nie staliby się wiodącą marką Domu Pomysłów. "Disassembled" to typowa historia zmieniająca status quo - trup ściele się gęsto, drużyna musi zmierzyć się z wielkim kryzysem, tajemnica goni tajemnica, słowem - kładzione są fundamenty pod to, co ma nastąpić w przyszłości. Album, wydany na polskim rynku przez Muchę, stanowi idealny wstęp dla tych, którzy chcieliby śledzći współczesne przygody Avengers.

09) "New Avengers: Ucieczka" ("New Avengers" vol1 #1-6, 2006) - Brian M. Bendis (scenarius) i David Finch (rysunki).
Przyznam, że w porównaniu z klasycznymi opowieściami nowe rzeczy, czyli choćby "New Avengers" wypadają dość blado. Co wcale jednak nie oznacza, że flagowa seria Domu Pomysłów (przynajmniej swego czasu), w której do składu Mścicieli dołączają między innymi Sentry, Luke Cage, Wolverine i Spider-Man jest zła. Wręcz przeciwnie - z początku trzyma bardzo solidny poziom, aby w okolicach tomu szóstego i siódmego osiągnąć swoje apogeum. Później nie jest już tak dobrze, ale sami przekonacie się, gdy Mucha dojdzie do tych albumów. Po serię dostępną na polskim rynku warto sięgnąć również z tego powodu, że jest rysowana przez właściwie najlepszych artystów w Marvelu i pod względem graficznym prezentuje się więcej niż dobrze. "NA" jest również reader-friendly, na tyle, na ile zaangażowanie w eventy pozwala mu być pozycją przystępną dla przeciętnego czytelnika.

08) "Avengers/JLA" (mini-seria, 2004) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
Już w 1979 roku Marvel i DC zgodzili się na stworzenie komiksu, na łamach którego doszłoby do spotkania dwóch największych zespołów obu wydawnictw - JLA i Avengers. Fabuła miała być oparta na skrypcie Gerry`ego Conway`a zrealizowanym przez Roya Thomasa z rysunkami George`a Pereza. Niestety, do wydania tego komiksu nigdy nie doszło - w 1983 roku z powodu niezgody red-nacza Marvela, Jima Shootera. Temat powrócił w nowym wieku, w 2002 roku, Kurt Busiek (scenarzysta on-goinga "Avengers") i Mark Waid ("JLA") doszli do porozumienia jak taka historia ma wyglądać i wielkie spotkanie na szczycie wreszcie mogło się wydarzyć (choć Waid związany ekskluzywny kontraktem z CrossGenem nie mógł się w nie zaangażować). Skończyło się epickiem nerdgasmem, bo w komiksie było wszystko, co ucieszyło komiksowym fanów z Supermanem z młotem Thora i tarczą Kapitana Ameryki na czele.

07) "Under Siege" ("Avengers" vol.1 #270-277, 1987) - Roger Stern (scenariusz), John Buscema (rysunki).
Masters of Evil, będący przypadkową zbieranina podrzędnych superłotrów, przez lata byli pokonywani i upokarzani przez Avengers. Baron Zemo ma tego dość i przygotowuje sprytny atak na Avengers Mansion, posiadłość drużyny w sercu Nowego Jorku. Jego prosty plan uderzenia w herosów, kiedy najmniej się tego spodziewają kończy się oczywiście wielką bijatyka, która nie jest jednak pozbawiona pewnej dawki dramatyzmu. Masters niemal zabijają Herculesa, heroicznie broniącego swojego domu przed najeźdźcami, mocno ranią Jarvisa, kamerdynera Avengers. Oczywiście ostatecznie Mściciele odzyskują swoje domostwo, ale jak nigdy ich zwycięstwo zabarwione zostaje goryczą. Fabularnie rzecz nie odbiega do schematu, choć jest kilka scen, które mogą uchodzić za kultowe, a Stern bardzo ciekawie uchwycił postacie villainów. Rysunki natomiast są prawdziwym popisem Johna Buscemy. Jeśli kochacie komiksowe eighties to nad dynamiczną krechą Buscemy będziecie cmokać, jak ja cmokałem.

06) "The Korvac Saga" ("Avengers" vol.1 #167-168, #170-177, 1978) - Jim Shooter, David Michelinie, Bill Mantlo (scenariusz) i George Perez, David Wenzel (rysunki).
Kolejny klasyk na liście, który w porównaniu do "Under Siege" jest jeszcze bardziej oldschoolowy i jeszcze bardziej epicki. Tym razem Mściciele muszą pokonać dysponującego niemal boskimi mocami Micheala Korvaka, przybywaącjego z dalekiej przyszłości, ściganego przez Guardians of the Galaxy. Oprócz rozwałki na skalę kosmiczną, Jim Shooter, twórca wielu klasycznych storyline`ów, takich jak "Bride of Ultron" czy "Nefaria Trilogy", pozwolił sobie na wycieczkę w bardziej refleksyjnym kierunku, zadając pytania o istotę człowieczeństwa. To kolejna, i nie ostatnia przygoda Avengers z motywem podróży w czasie i kolejna, która cieszy oko kunsztem Pereza. Warto również dodać, że na potrzeby trade`a z 1991 roku Mark Gruenwald napisał, a Tom Morgan narysował nowy epilog, który jednak został usunięty przez Tom Brevoorta w nowym wydaniu komiksu z 2003 roku.

05) "The Kree/Skrull War" ("Avengers" vol.1 #89-97, 1972) - Roy Thomas (scenariusz) i Sal Buscema, Neal Adams i John Buscema (rysunki).
By może to właśnie kosmiczna wojna pomiędzy zmiennokształtnymi Skrullami, a wojowniczymi Kree był pierwszym, komiksowym eventem na wielką skalę. Na pewno była jedną z najwspanialszych opowieści z Avengers i jest jednocześnie najstarszym albumem na mojej liście. W międzygalaktyczny konflikt pomiędzy zwaśnionymi imperiami zostają wplątana ziemia i tylko Mściciele z oryginalnym Kapitanem Marvelem mogą ocalić naszą planetę. Dziś, ten komiks sprzed 40 lat wydaje się nieco archaiczny, ale wciąż robi wrażenie swoim rozmachem, a oprócz tego wprowadza jeden z najważniejszych wątków w dziejach Avengers - romans Scarlet Witch i Visiona. Przez krytyków "The Kree/Skrull War" uchodzi za najwybitniejsze dzieło autorskiej spółki Thomas-Adams, w którym oprócz dynamiczniej akcji nie brakuje społecznego komentarza do politycznej sytuacji Stanów na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

04) "Ultron Unlimited" ("Avengers" vol.3 #19-23, 2001) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
I kolejna perełka tandemu Busiek-Perez, w której pierwszy skrzypce gra Ultron. Stworzony przez Hanka Pyma android, który zamiast służyć swemu "ojcu" postanowił przejąć władzę/zniszczyć ludzkość. Teza, że Ultron jest największym wrogiem Avengers jest bardzo popularna i choć można z nią polemizować, to "Ultron Unlimited" jest bez najmniejszych wątpliwości najlepszą historią z jego udziałem. Oprócz, jak to zwykle bywa, epickiej bitwy, która równa z ziemią małe, europejskie państewko, Slorenię, Busiekowi znakomicie udało oddać się niemal szekspirowskie relacje pomiędzy Pymem, a Ultronem, stwórcą, a jego dziełem/synem. Wydaje mi się, że album jest również szczytem możliwości George`a Pereza, który ze swoją klasyczną i szlachetną kreskę jest zdecydowanie jednym z najsprawniejszych amerykańskich grafików tworzącym w stylistyce późnego Silver Age.

03) "Kang Dynasty" ("Avengers" vol.3 #41 - 55 i "Avengers Annual" `01, 2002) - Kurt Busiek (scenariusz) i Alan Davis, Kieron Dwyer, Ivan Reis, Manuel Garcia (rysunki).
A to opowieść, w której z kolei Busiek wspiął się na wyżyny swoich uniejętności, będąca jednocześnie jego łabędzim śpiewem w "Avengers". W kategorii epickich opowieści super-hero "Kang Dynasty" nie ma właściwie sobie równych. Kangowi Zdobywcy, klasycznemu łotrowi w zielono-fioletowej piżamie, jako pierwszemu w historii uniwersum Marvela udaje się "zdobyć władzę nad światem" i to nie na chwilę przed tym, jak pokonują go herosi, tylko na długi rok. Historia o tym, jak Avengers próbują go powstrzymać wypełniona jest absolutnie fantastycznymi momentami i choć nie brakuje kilku przegiętych i tanich zagrywek (relacja Warbird z Scarlet Centurionem choćby), ale jest to jedna z największych komiksowych przygód, jakie warto przeżyć. No i jest Kang, który po lekturze stanie się i waszym ulubionym villainem.

02) "Marvel Civil War" (mini-seria, 2007) - Mark Millar (scenariusz) i Steve McNiven (rysunki).
Jedna z najważniejszych historii superbohaterskich, po której rzeczywiście "nic nie byłoby takie same", gdyby tylko redaktorom Domu Pomysłów nie zabrakło jaj. W potężnym crossoverze obejmującym lekko licząc 23 albumy, Mark Millar wprowadza ustawę Kane`a ze "Strażników" w życie Ziemi-616, zmieniając życie właściwie każdego bohatera Marvela. Teraz, aby działać jako zamaskowany superheros trzeba mieć specjalną licencję wydawaną przez rząd. Główna mini-seria skupia się konflikcie tych, którzy popierają Superhuman Registration Act skupionych wokół Iron-Man z dowodzonymi przez Kapitana Amerykę buntownikami, którzy nie zgadzają się na rezygnację z wolności na rzecz bezpieczeństwa. Dynamika konfliktu pomiędzy Steve`m, a Tony`m, przepiękne rysunki McNivena, mnóstwo kultowych momentów i wcale niegłupi komentarz społeczny dotyczący bushowskiej Ameryki - to tylko cztery powody, żeby sięgnąć po "Civil War" nawet w tak okrojonej wersji.

01) "Ultimates" ("The Ultimates" oraz "The Ultimates 2", 2002-2007) - Mark Millar (scenariusz) i Bryan Hitch (rysunki).
Czyli godne XXI wieku wcielenie Mścicieli. Zachowując pewne proporcje "Ultimates" byli dla Avengers tym, czym "Dark Knight Returns" dla Batmana, run Franka Millera dla Daredevila albo "Strażnicy" dla komiksu superbohaterskiego. Mark Millar podjął się odpowiedzi na pytanie co by było gdyby taki zespół super-ludzi, jak Avengers istniałby naprawdę. Jakie miałoby to kulturowe, społeczne i wreszcie polityczne konsekwencje? Nasyceni komentarzami do ówczesnej amerykańskiej sytuacji geopolitycznej, "Ultimates" nie przestają być jednak tym, czym komiksowi Avengers powinni być zawsze - epickim, komiksowym blockbusterem. Tego efektu nie byłoby bez absolutnie genialnego Bryana Hitcha, który w drugim tomie "Ultimates" osiągnął życiową formę. Nigdy później, ani nigdy wcześniej nie rysował tak dobrze swoich szerokoformatowych, kinowych kadrów. Zresztą, to samo tyczy się Millara, który konstruując obfitującą w twisty, inteligentą i złożoną fabułę, pełną scen, których nie boję nazwać się (znowu) kultowymi, wspiął się na wyżyny swoich możliwości.

sobota, 23 sierpnia 2008

#48 - Świat według Millara (2): F4

W sierpniu zeszłego roku na konwencie Wizard World w Chicago przedstawiony został nowy duet twórców do jednego z najbardziej zasłużonych tytułów w Marvelu, jakim jest Fantastyczna Czwórka. Seria ta lata świetności miała już za sobą, więc aby ją 'odświeżyć' i wznieść ponownie na wyżyny popularności, zdecydowano się powierzyć rolę scenarzysty Markowi Millarowi, a ołówek wręczyć Brianowi Hitchowi. Duet ten ma na swoim koncie tak hitową serię jak Ultimates (vol 1+2), więc wybór wydawał się doskonały i gwarantujący rozrywkę na wysokim poziomie. Z początku mówiono o dwunastu numerach, ale w końcu dodano kolejne cztery i tym samym run Millara i Hitcha będą stanowić cztery historie, każda rozpisana na cztery numery i skupiająca się na innym członku Fantastycznej rodziny. Aby dodatkowo zaanonsować nadchodzące wielkie zmiany, Marvel zdecydował się na uwspółcześnienie samych okładek, zmianę logo itp. aby swym wyglądem przypominały bardziej magazyn, niż komiks. Tyle tytułem wstępu.

Pierwsza historia 'World's Greatest' rozgrywająca się w numerach #554-557, dobiegła już końca, więc można pokusić się o pierwsze oceny tego co 'nowe' w F4. Nie obędzie się bez spoilerów, więc jeśli ktoś nie ma ochoty psuć sobie zabawy to spokojnie może sobie resztę tego wpisu odpuścić. Tak więc 4, 3, 2, 1..

( U W A G A S P O I L E R Y ! )
Jest źle. A dokładnie rzecz biorąc to z Ziemią jest źle, bo za około 10 lat ma totalnie nie nadawać się do życia. Na szczęście mądre (i bogate) głowy zadbały o przyszłość i gdzieś tam hen, hen w kosmosie powstaje Nu-World, czyli ni mniej, ni więcej, tylko duplikat naszej niebiesko-zielonej planety (w rozmiarach 1:1). Rewelacje te odkrywa przed Mr. Fantastikiem jego była dziewoja z czasów studenckich - Alyssa Castle, która ot tak pojawia się pewnego dnia w Baxter Building i prosi Reeda o pomoc. Nu-World różni się jednak od naszej planety chociażby tym, że pominięto tereny pustynne, zlikwidowano jakiekolwiek armie, a nad utrzymaniem porządku czuwa robot o nazwie C.A.P (Conserve and Protect). To mechaniczne monstrum przypomina Iron Mana przywdziewającego barwy Kapitana Ameryki - ot takie nawiązanie do dziejów starej, niszczejącej Ziemi. I wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że C.A.P zaczyna robić porządek na Ziemi 1.0 i 'nic nie jest w stanie go powstrzymać'. Z wyjątkiem Reeda oczywiście (jeśli tylko wróci na czas z drugiego końca galaktyki).

Jak widać nie jest to nic specjalnego, ot kolejna niesamowita historia z F4 w roli głównej jakich było już wiele. Na szczęście seria ta to nie tylko kosmiczne problemy ale i opowieść o Pierwszej Rodzinie Marvela. I właśnie ta obyczajowa część stanowi o sile 'World's Greatest'. Cała czwórka spotyka się głównie przy okazji pojawiającego się zagrożenia, ale ich solowe historie przedstawione są w bardzo zgrabny sposób. Mamy Reeda Richardsa, który na dźwięk słów 'zagrożenie z drugiego końca wszechświata' dostaje wzwodu, wsiada na swój kosmiczny skuter i gna gdzie go potrzebują. Obok niego Sue Richards, poczciwa matka i żona, która zajęta jest tworzeniem nowej kobiecej supergrupy oraz poszukiwaniem niani dla swoich pociech. Ich wielki przyjaciel - Ben Grimm - jak zawsze zabawny i uroczy zaczyna randkować z nowo poznaną nauczycielką. I na koniec czarna owca tego towarzystwa - Johnny Storm, który postanowił sobie, że będzie rockowym wokalistą, więc założył zespół i chce na tym kosić grubą kasiorę. Oprócz tego, nocami zabawia się z super przestępczynią, którą poznał w trakcie walki. I przez dłuższy czas nie widzi w tym nic złego. Oprócz tych solowych wątków jest też przewijająca się w tle historia z kolejną rocznicą ślubu Reeda i Sue oraz próba mieszania w związku tej dwójki przez Alyssę. Ale, że to idealna rodzina to wszystko tradycyjnie kończy się dobrze, miłość wygrywa, sprawiedliwość też. Czy ktoś czuje się zaskoczony?

Hitch to już uznana marka. Głównie dzięki wspomnianym wcześniej Ultimates'om, gdzie szalał ze swoim ołówkiem (przez co terminy wydań się zmieniały i zmieniały), ale jak ktoś tworzy takie 8 stronicowe monstra to można to zrozumieć. Przy Fantastycznej Czwórce poziom jego rysunków jest jakby niższy, ale to nadal Hitch, więc przy niektórych kadrach można się zawiesić na parę chwil przy podziwianiu szczegółów jego grafik. I co ważniejsze obyło się (przynajmniej przy tej historii) bez większych obsuw. Zdarzyły się jednak wpadki. Mniejsze, jak twarz Sue z okładki #554, czy większe, jak zmieniający na potrzeby kadru swoją wielkość C.A.P. Raz ma około 5 metrów, a chwilę później to już kilkudziesięcio metrowa maszyna.

Co do samego Millara - ze swojego zadania wywiązał się poprawnie, jako rozgrzewka przed nadchodzącymi kolejnymi 12 numerami wygląda to całkiem nieźle. A porównując z tym co było przed duetem Millar / Hitch to jest naprawdę, naprawdę dobrze. Wątek duplikatu Ziemi mam nadzieję jeszcze powróci i chciałbym też, żeby pozostał w uniwersum Marvela dłużej niż wspomniana dwójka przy tworzeniu historii Reeda i spółki. Bo jej wielki wybuch w - załóżmy - ostatnim numerze pod wodzą M&H, wydaje się aż nadto oczywisty. Ale to pokaże przyszłość. Było o błędach rysownika, będzie więc o wpadkach / bzdurach scenarzysty. Tutaj wrzuciłbym ogólnie całą historię z C.A.P'em, który jest taki super świetny, że nic nie stanie mu na przeszkodzie. Nawet kilkudziesięciu najlepszych superhirołsów tej planety, którzy pomimo tego, że po ‘Civil War’ stoją po różnych stronach barykady, staną ochoczo do walki ramię w ramię - ich rozłoży w kilka minut (ehe), bez mrugnięcia mechanicznym okiem. Ale zaraz! W tym towarzystwie nie było Reeda Richardsa! Więc ten, jawiący się jako zbawiciel, przybywa ze swoim Anty-Galaktusem (ha-ha-ha) i jednym (!) uderzeniem niszczy siejącego-śmierć-na-całej-bezbronnej-planecie-robota (tutaj powinien się pojawić :roll:). Ufff.
Na szczęście, tak jak wspomniałem powyżej, wątki obyczajowe przewyższają swoim poziomem te dotyczące zagrożeń, walki, akcji, więc serię - przynajmniej dla nich - będę czytał dalej.

Historia druga, mająca tak sztampowy tytuł jak ‘Death of the Invisible Woman’, dobiegła już do połowy i oczywistym jest, że śmiercią Sue się nie skończy. Przynajmniej nie tej z 616, bo coś tak czuję, że znaleziona w końcu niania okaże się Invisible Woman z równoległej rzeczywistości. Ale to tylko moje domysły, które pewnie i tak się nie sprawdzą, o czym napiszę kiedy ta historia będzie miała swój finał, a tym samym run Millara i Hitcha dobrnie do połowy.
Jeszcze jedna rzecz - kilka miesięcy temu czytałem wywiad z jednym z twórców (podejrzewam, że to był Millar, ale nie jestem pewien - sam wywiad też mi gdzieś wcięło) w którym zachęcał do kupowania F4 na bieżąco, bo - jak się zarzekał - zbiorcze wydania jego historii długo nie ujrzą światła dziennego. Ale nie minęło kilka miesięcy i okazuje się, że w listopadzie będzie można się zaopatrzyć w superfajny HC zbierający pierwsze dwie historie nowego duetu.

Kasa, kasa, kasa...