Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Millar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mark Millar. Pokaż wszystkie posty

sobota, 6 lipca 2019

#2505 - Wolverine. Staruszek Logan

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o komiksach i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm Popkulturowy.

Gdy w 2010 roku komiks "Wolverine – Old Man Logan" miał swoją premierę, był małym ewenementem wydawniczym. Akcja tej historii opublikowano bowiem na łamach regularnej serii "Wolverine" vol. 3 opowiadającej o przygodach pazurzastego mutanta w prymarnym uniwersum Marvela. Tymczasem "Staruszek Logan" jest historią alternatywną, fabularnie i chronologicznie całkowicie oderwaną od pozostałych opowieści z tego miesięcznika. 



sobota, 24 marca 2018

#2404 - Chrononauci. Tom 1

Pochodzący ze Szkocji scenarzysta Mark Millar jest klasą sam dla siebie. Wystarczy wymienić kultowe pozycje, które weszły do klasyki opowieści obrazkowych takie, jak "Kick-Ass", "Wojna domowa", "The Authority" czy "Jupiter’s Legacy". Z albumem "Chrononauci", wydanym przez Non Stop Comics, sprawa przedstawia się zdeczko inaczej, a dokładnie: po prostu gorzej. Znacznie gorzej...




środa, 25 września 2013

#1375 - Wojna Domowa

Mark Millar pisząc „Wojnę Domową” stanął przed szansą zrobienia tego, co Alanowi Moore`owi udało się osiągnąć z całym superbohaterskim gatunkiem. W znakomitych „Strażnikach” Moore dekonstruując mit superbohaterszczyzny podniósł opowieści o ubranych w kolorowe trykoty na zupełnie nowy poziom tak realizmu, jak i artyzmu. Millar to samo (choć nie w takiej skali i tylko w pewnym stopniu) chciał zrobić z uniwersum Marvela, komiksowym światem zamieszkałym przez Iron-Mana, Avengers i Spider-Mana. Niestety, jego ambitny pomysł nigdy nie doczekał się pełnej realizacji...

Historia „Marvel Civil War” rozpoczyna się od tragicznych wydarzeń, które mają miejsce w Stamford. Poczynania grupy nieodpowiedzialnych młodych herosów doprowadzają do zniszczenia prowincjonalnego miasteczka i śmierci setek osób. Opinia publiczna zaczyna naciskać przedstawicieli władzy, aby w jakiś sposób usankcjonowali działalność zamaskowanych mścicieli, na których działalność do tej pory przymykano oczy. Dzięki wsparciu Iron-Mana opracowany zostaje Akt Rejestracyjny, który daje urzędującej administracji możliwość nie tylko rejestrowania, ale również kontrolowania herosów. Za jego sprawą ubrani w kolorowe trykoty ludzie muszą zrzec się swoich podwójnych tożsamości i znajdą się pod jurysdykcją S.H.I.E.L.D. Skojarzenia z ustawą Keane`a ze  „Strażników” nasuwają się same...

Wprowadzenie Aktu w życie dzieli dotychczasowych przyjaciół i towarzyszy broni w walce ze złem. Na czele obozu pro-rządowego staje Iron-Man, które jest przekonany, że herosi w ramach obowiązującego prawa będą w stanie zachować swoją autonomię i nie dadzą się stłamsić establishmentowi, ale jak się okaże Tony Stark jest człowiekiem, który ma plan. Z jego poglądami zgadzają się marvelowscy „intelektualiści” – Hank Pym i Reed Richards – którzy widzą olbrzymi potencjał tkwiący we współpracy z S.H.I.E.L.D. i rządem. To pragmatycy, którzy są świadomi zachodzących zmian i zdają sobie sprawę z anachroniczności dotychczasowego modelu bohaterstwa. Są gotowi zgodzić się na zdradzenie swoich sekretnych tożsamości (o ile jeszcze je posiadają) i oddanie się pod kontrolę władzy, jeśli taka ma być cena odzyskania społecznego zaufania (nie mówiąc już o sutej pensyjce, na którą połasił się Spider-Man). Wiedzą, skąd wieje wiatr historii i nawet, jeśli nie są do końca przekonania do treści Aktu, to wiedzą, że jeśli nie oni, to ktoś inny będzie sprawował nad nimi nadzór. Jakiś inny „wielki brat” będzie pilnował tych, którzy postanowili pilnować innych. Bo niby dlaczego herosi mieliby stać ponad prawem?

Po drugiej stronie barykady staje Kapitan Ameryka. Uważa, że wprowadzenie ustawy regulującej działalność herosów w imię bezpieczeństwa gwałci podstawowe prawo każdego człowieka – jego wolność. Komiksowy symbol amerykańskiego patriotyzmu nie może zgodzić się na poświecenie wartości, o którą walczył całe życie. Po jego stronie staje między innymi Luke Cage oraz Daredevil, typowi, komiksowi vigilantes. Co ciekawe społeczność mutancka stara się za wszelką cenę uniknąć zaangażowania w ten konflikt. Nie dziwi to o tyle, że mają swoje problemy, ale Emma Frost mogłaby na współpracy z rządem ugrać. Choćby PRowo. Żałuje, że temu wątkowi poświęcono tak mało miejsca (a w mutanckich tie-inach ograniczono się głównie do bijatyk).

I tak przyjaciele stają się wrogami, a gdy zaczyna brakować argumentów w dyskusji w ruch idą pięści… „Wojna domowa” to komiks superbohaterski i trzeba się po nim spodziewać epickich scen walki z udział ubranych w kolorowe stroje herosów strzelających laserami z dupy, patetycznych przemów, niespodziewanych zwrotów akcji i dużego stopnia natężenia bohaterów na centymetr kwadratowy kadru. To wszystko oczywiście w nim jest i jest naprawdę epickie, ale wymowa komiksu stanowi komentarz do polityki George`a W. Busha, do kierunku, jaki Ameryka obrała po 9/11 i Patriot Act.

Trudno oczywiście spodziewać się po tej szytej grubymi nićmi alegorii jakieś pogłębionej refleksji. Nie sposób nie zgodzić się z Tomem Spurgeonem (jednym z najwybitniejszych amerykańskich komiksowych krytyków), który mówi o tym, że nie sposób brać Kapitana Amerykę zbierającego oddział superherosów, który zaraz skopie tyłki ekipie Iron-Mana na poważnie. Etyczne dylematy ubranych w pstrokate kostiumy herosów są po prostu niewiarygodne i momentami śmieszne. Szczególnie dla osób z drugiej strony Atlantyku, Polaków choćby, których powszechna świadomość i dyskurs o wartościach był kształtowany przez tradycję wysokoartystyczną, na przykład przez poezję romantyczną, przez literaturę wysokich lotów, a nie kiczowate komiksidła.

Ale jednak potęga superbohaterskiego mitu jest wielka. Komiks w Ameryce wzbudził liczne kontrowersje. Konflikt herosów podzielił środowisko fanów kolorowych zeszytów, którzy w komiksowych sklepach, w sieci czy na konwentach spierali się o to, kto w tej walce ma racje. Rzadko bywa, aby medium, które w swoją naturę ma wręcz wpisany eskapizm, stało się nośnikiem tak żywych i aktualnych kwestii. To sytuacja fenomenalna dla specyficznego rynku komiksu masowego, będącego kulturalnym gettem, którego autorzy nie zapuszczają się zwykle w rejony zarezerwowane dla „zwykłej” sztuki i literatury. Ta bardzo uproszczona, kiczowata z punktu widzenia literatury i w wielu miejscach infantylna opowieść potrafiła niezwykle trafnie nazwać społeczne emocje. Millar z papierowych (z reguły) postaci potrafił wykroić prawdziwie przekonujących bohaterów, wyposażając niektórych w prawdziwie dramatyczne rysy – przypadek Tony`ego Starka, którego ewolucja od beztroskiego miliardera i superherosa do technokraty o faszystowskich zapędach jest szczególnie frapujący. Fabuła skonstruowana jest z poszanowanie dramaturgii i naprawdę trzyma w napięciu. Znakomicie ze swoich obowiązków wywiązał się rysownik Steve McNiven, który ze swoją bardzo klasyczną kreską wspiął się na wyżyny swojego talentu.

Niestety, wywrotowe zapędy Marka Millara zostały storpedowane przez szefów wydawnictwa Marvela. Drżący o ciągle spadające wyniki sprzedaży bossowie bali się, że tak radykalne zmiany na Ziemie-616 mogą skutecznie odstraszyć nieco młodszych czytelników od ich komiksów. Z czasem kolejni redaktorzy i twórcy w dość bezceremonialny sposób wycofywali się z odważnych zmian zaproponowanych przez autora „Wojny Domowej”, na przykład wymazując pamięć Tony`ego Starka. wrabiając Petera Parkera w umowę z Mefisto czy przywracając Kapitana Amerykę zza grobu. Dziś, z rewolucji zaproponowanej przez Millara zostały tylko wspomnienia...

sobota, 6 lipca 2013

#1322 - Superdycha (edycja amerykańska)

Przy próbie zestawienia dziesięciu najlepszych komiksowych opowieści z Supermanem w roli głównej problemem jest olbrzymia ilość pozycji do wzięcia pod uwagę. Od 1938 roku Kal El wystąpił w niezliczonej ilości serii, albumów i zeszytów – praktycznie niemożliwe jest, abym zapoznał się choćby z jakąś częścią tego gigantycznego dorobku, szczególnie, że nie wszystko jest dostępne.

Tak naprawdę przygotowując tę listę ograniczyłem się do lektur współczesnych. Datą graniczną mojego zainteresowania było pojawienie się nowej wersji Człowieka ze Stali w wersji Johna Byrne`a. Sięgam więc niecałe trzydzieści lat wstecz, choć od tej reguły czynię pewien wyjątek. Superdycha w swojej amerykańskiej wersji dotyczy praktycznie tylko Supermana Brązowego Wieku i dalej – nie mam ani możliwości, ani kompetencji, by sporządzić podobne zestawienie dotyczące Złotej i Srebrnej Ery.

Drugie zastrzeżenie, które chciałbym na wstępie uczynić – brałem pod uwagę tylko te historie, w których Superman pełni tytułową rolę (a więc regularne serie z jego udziałem, mini-serie i powieści graficzne), a ich objętość wystarcza, aby zapełnić (przynajmniej jedno!) wydanie zbiorcze. Oczywiście, także od tych reguł czynię pewne wyjątki. Arbitralną decyzją zdecydowałem się brać pod uwagę "It`s a Bird" Christiansena i Seagle`a czy "Lex Luthor: Man of Steel" Azzarello i Bermejo, a odpuścić sobie "Kingdom Come" Waida i Rossa (które znalazłoby się w czubie wczorajszego podsumowania) czy "Superman Beyond", będące tie-inem do "Final Crisis". Niektóre pozycje z wyróżnionych przeze mnie są również zbyt krótkie, aby samodzielnie zmieścić się w albumie. Gimnastykowałem się, jak tylko mogłem, aby wyróżnić najlepsze pozycje z udziałem wielkiego eSa. Zgadzacie się z moimi wyborami?

10) "Superman: Peace on Earth" (Alex Ross i Paul Dini, powieść graficzna, 1998)

Ten album został wydany w cyklu "The World's Greatest Super-Heroes", w którym Paul Dini i Alex Ross mierzą się z dziedzictwem największych bohaterów DC Comics. W "Peace on Earth" Superman nie tylko musi zmierzyć się z problemem głodu na świecie, ale również zdefiniować swoją rolę na Ziemie – czy ma stać się zbawcą ludzkości czy może wzorem, którego postępowanie stanie się przykładem dla innych? Dini unika jak tylko może taniego moralizowania i nadmiernej dydaktyki i choć wychodzi mu to z różnych skutkiem, warto docenić ten komiks. Komiks ucieszy z pewnością miłośników pięknie wydanych albumów – powiększony format, slip-case i cieszące oko fotorealistyczne rysunki Alexa Rossa sprawią, że "Pokój na Ziemi" będzie ozdobą każdej kolekcji. Dziwię się, że Egmont nie próbuje publikować tej serii na polskim rynku w "ekskluzywnym" formacie.

09) "Secret Identity" (Kurt Busiek i Stuart Immonen, mini-seria, 2004)

W świecie "Secret Identity" Superman jest tylko postacią z komiksów, a mieszkający w Kansas Clark Kent z wiadomych przyczyn nie jest zadowolony z żartu, jaki wycięli mu rodzice na chrzcie. Ale opowieść Kurta Busieka o Supermanie bez Supermana, którego znamy z kart komiksów, daje doskonały ogląd tego, kim jest przybysz z planety Krypton. W końcu Clark otrzyma moce porównywalne z tymi, które posiada "komiksowy" Człowiek ze Stali, ale w "rzeczywistym świecie" jego historia potoczy się nieco inaczej... Czytelnik śledzi losy Clarka od jego narodzin, przez spotkanie z dziewczyną imieniem Lois, miłosne perypetie i moralne rozterki, aż do późnej starości.


08) "Superman and the Legion of Super-Heroes" (Geoff Johns i Gary Frank, „Action Comics” #858-863, 2007-08)

W 2006 roku Geoff Johns wraz z Kurtem Busiekiem i Richardem Donnerem, reżyserem filmowego "Supermana", przywrócili blask Srebrnej Ery Człowiekowi ze Stali. Johns na stołku scenarzysty "Action Comics" utrzymał się najdłużej, a jego reinterpretacje klasycznych motywów mitologii wielkiego eSa należą do najlepszych rzeczy, jaki przytrafiły się temu bohaterowi i DC Comics w ostatnich latach. W trejdzie „Superman and the Legion of Super-Heroes” wraca koncept przed-kryzysowego Legionu Superbohaterów. Johns, znajdujący się w lepszej formie niż w większości pisanych przez siebie "Green Lanternów", jest gwarantem superbohaterskiego mainstreamu najwyższej klasy. A do tego znakomite rysunki Gary`ego Franka – czego chcieć więcej?

07) "What’s So Funny About Truth, Justice, and the American Way?" (Joe Kelly, Doug Mahnke, Lee Bermejo, „Action Comics” #775, 2001)

Joe Kelly nie tylko zmusza ostatniego syna planety Krypton do zmierzenia się z grupą superłotrów zwaną Elite, ale każe mu również zastanowić się nad sensownością działań, jakie podejmuje. Czy hasła prawdy, sprawiedliwości i amerykańskiego stylu życia na początku XXI wieku pasują jeszcze do nowoczesnego, postindustrialnego społeczeństwa? Czy Superman z wartościami, jakie reprezentuje jest jeszcze komukolwiek potrzebny? Oprócz prób odpowiedzi na te pytania Kelly polemizuje również z nowy modelem wyzutego z moralności bohaterstwa, które można oglądać w produkcjach Wildstorm, takich jak "Authority". "What's So Funny About Truth, Justice & the American Way?" stało się jednym z największych hitów rynku w 2001 roku – między innymi magazyn "Wizard" nazwał je najlepszym komiksem z Supermanem w historii (co było opinią mocno na wyrost). Jubileuszowy, 775. numer "AC" stał się również kanwą animowanego filmu "Superman vs. Elite" z 2012 roku.

06) "Lex Luthor: Man Of Steel" (Brian Azzarello i Lee Bermejo, mini-seria, 2005)

Lex Luthor zasłużył sobie na miano największego z wrogów Supermana, stając się jednocześnie niezwykle interesującą postacią. Przed „Jokerem” duet Brian Azzarello i Lee Bermejo biorą na warsztat właściciela Lexcorpu. Co nim tak naprawdę kieruje? W jaki sposób postrzega Człowieka ze Stali? Dlaczego nie ufa przybyszowi z obcej planety, który próbuje "ocalić" ludzkość? Frapująca, napisana z nerwem, opowieść o tym złym, brawurowo zilustrowana przez Bermejo. Najlepszy komiks, w którym Superman odgrywa zaledwie drugoplanową rolę.
05) "Brainiac" (Geoff Johns, Gary Frank, „Action Comics” #866-870, 2008)

I druga pozycja z runu Geoff Johnsa w "Action Comics", w której Kryptonijczyk stanowi jedynie tło dla frapującej kreacji Brainiaca. Z nieco cyrkowego, kosmicznego villaina Vril Dox stał się przerażającą beznamiętną siłą. Oprócz tego, że w tej historii retconowane zostają kolejne elementy dziedzictwa Srebrnej Ery (zabutelkowane miasto Kandor, pewne elementy biografii Jonathana Kenta), to "Brainiac" jest po prostu świetną historią. Pełną efektownej akcji i nie stroniącą o chwytającego za gardło dramatyzmu. Johns i Frank w wybornej formie. W DC właśnie pracują nad animowaną adaptacją tego albumu, która ma być gotowa jeszcze w tym roku.

04) "Birthright" (Mark Waid, Leinil Francis Yu, mini-seria, 2003-04)

W 2002 roku Mark Waid stanął przed zadaniem opowiedzenia o genezie Supermana w sposób godny XXI wieku. Z postawionego zadania wywiązał się znakomicie pisząc historię, która z jednej strony była bardzo przystępna dla nowych czytelników, oswojonych z Człowiekiem ze Stali znanym z serialu "Smalville", a z drugiej - fani zostali dopieszczeni retconem pewnych elementów Srebrnej Ery, które zostały usunięte przez Johna Byrne`a. I choć "Birtright" w chwili obecnej uchodzi za niekanoniczny origin, wciąż pozostaje świetnym komiksem, który doskonale uchwycił to, co w postaci Człowieka ze Stali najistotniejsze. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że Zack Snyder pracując nad swoją ekranizacją garściami czerpał z pracy Waida (za co ten nie dostał ani grosza, nawiasem mówiąc).

03) "Red Son" (Mark Millar, Dave Johnson, Killian Plunkett, mini-seria, 2003)

"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!" Nie, to nie jest żart, to wyimek z najlepszego elseworlda z udziałem Kal Ela, który odpowiada na pytanie co by było, gdyby wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Mark Millar stworzył epicką historię o tym, jak wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Superman gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma, a Dave Johnson i Killian Plunkett świetnie ją narysowali.


02) "It`s a Bird" (Teddy Christiansen i Steven T. Seagle, powieść graficzna,  2004)

Znowu nietypowo. "It`s a Bird" to autobiograficzna powieść graficzna Stevena T. Seagle`a, który opowiada o tym, jak artysta otrzymał komiksowe zlecenie na stworzenie komiksu z Supermanem. Dla każdego twórcy, który zajmuje się kadrami i dymkami to wielkie wyzwanie, ale dla głównego bohatera komiksu to również punkt wyjścia nad refleksją o wszechobecności śmierć i w jego rodzinie, którą ucieleśnia Pląsawica Huntingtona. Opowieść o ewolucji znaczeniu Człowieka ze Stali (a pośrednio - także samego komiksowego medium), jego roli we współczesnym społeczeństwie, potędze, sprawiedliwości, alienacji, cierpieniu i uciekaniu zostala fantastycznie zilustrowana przez Teddy`ego Kristiansena. Artysta za swoją pracę otrzymał Nagrodę Eisnera w 2005 roku w kategorii Best Painter/Multimedia Artist.


01) "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" (Alan Moore, Julius Schwartz, Curt Swan, George Pérez, "Superman" #423 i "Action Comics" #583, 1986)
"For the Man Who Has Everything" (Alana Moore i Dave Gibbons, "Superman Annual" #11, 1985)

Na szczycie listy – Alan Moore w dwóch wcieleniach. Nie wiedziałem, którą historii napisanych przez autora „Zagubionych Dziewcząt” i „V jak Vendetta” umieścić na miejscu pierwszym, więc postanowiłem razem pomieścić je na najwyższym stopniu podium. "Whatever Happened to The Man of Tomorrow?" została pomyślana, jako ostatnia historia w dziejach Człowieka ze Stali Srebrnej Ery, który wkrótce miał zostać odnowiony przez Johna Byrne`a. Moore pisząc świadomie kiczowatą, choć nie pozbawioną dramaturgii, opowieść o odchodzącym w ostatnich promieniach słońca herosie. Piękny, słodko-gorzki hołd oddany Człowiekowi Jutra, kultowy niemniej od "Zabójczego żartu". Podobnie zresztą, rzecz ma się w przypadku "For the Man Who Has Everything" opowieści, którą Moore stworzył wraz z Dave`m Gibbonsem. Pomysł dość banalny w swojej prostocie – wprowadzić villaina, który spełni najskrytsze marzenie Supermana – szybko okazał się okazją do przyjrzenia się problemowi odpowiedzialności, jaka ciąży (dosłownie) na największym z komiksowych superbohaterów.

czwartek, 6 grudnia 2012

#1190 - Ultimates t.1: Super-ludzie

Już na samym początku podkreślę, że jestem setki, jeśli nie tysiące mil od tego, co dzieje się obecnie w uniwersum Marvela. Do moich rąk wpadają tylko nieliczne tytuły z tego wydawnictwa i nigdy nie są to komiksy z bohaterami ich dwóch największych franczyz. Moja przygoda z mutantami skończyła się na semicowych zeszytach, a z Mścicielami chyba nigdy tak naprawdę się nie zaczęła. Co prawda staram się regularnie dowiadywać czym Dom Pomysłów karmi swoich fanów, ponieważ może napotkam coś, co na tyle przykuje moją uwagę, że będę chciał wydać pieniądze.

Do kupna wydanego przez Egmont "The Ultimates" skłoniły mnie dwie rzeczy. Pierwsza z nich to oczywiście kinowa ekranizacja "The Avengers", na której bawiłem się, jak mały chłopiec. Druga natomiast to ranking 10 najlepszych albumów z tymi bohaterami umieszczony na Kolorowych Zeszytach. Jak się pewnie domyślacie, sięgnąłem po pozycję nr. 1.

W Polsce wydano zaledwie jeden trejd pierwszej serii, w dodatku podzielony na dwa, trzyzeszytowe odcinki. "The Ultimates" byli i są częścią imprintu Ultimate, w którym Dom Pomysłów przedstawił bardziej realistyczne i współczesne podejście do tematyki super-hero. Od momentu rozpoczęcia tego eksperymentu minęło już dziesięć lat, więc jest już w pewnym sensie nieaktualny w porównaniu z nowymi reformami tego wydawnictwa. W owym czasie pomysł skreślenia ponad czterdziestoletniej historii okazał się tyle ryzykownym, co rewolucyjnym posunięciem. I z początku wszystko udawało się znakomicie. Lecz z czasem szychom Marvela najpierw brakło jaj, aby przenieść wszystko do świata Ultimate, a teraz na to uniwersum zupełnie brakuje pomysłu. Nie zmienia to faktu, że komiks Marka Millara i Bryana Hitcha okazał się wielkim sukcesem.

Uwspółcześnienie miało oznaczać zdefiniowanie na nowo znaczenia superbohatera. Autorzy oddarli z nich rysę przestarzałych bohaterskich ideologii. Dostosowali ich do wymogów współczesnego heroizmu, który oznacza: czym więcej posiadasz siły, tym z większymi ludzkimi problemami musisz sobie radzić. Z półbogów stworzyli ludzi z przekleństwem nadludzkich mocy. Wszystkie te cechy są doskonale widoczne w "The Ultimates".

Nick Fury rekrutuje drużynę superludzi, która będzie strzec bezpieczeństwa Ameryki przed zagrożeniem, z którym zwykłe siły wojskowe sobie nie poradzą. Oczywiście, wszystko jest finansowane przez rząd USA. Ta specjalna jednostka ma być jawna i musi mieć poparcie wśród obywateli. Współczesna biurokracja zaciska szpony na Mścicielach. Do tej elitarnej grupy będą należeć wszystkim dobrze znani: Iron Man, Hulk, Thor, Kapitan Ameryka, Giant-Man i Wasp, a więc klasyczny, pierwszy skład zespołu. Naturalnie poddani odpowiedniemu do wymogów naszych czasów tuningowi. Po pierwsze - to żołnierze. Po drugie - daleko im od pomnikowych herosów Srebrnej Ery. Podobnie, jak u Alana Moore`a nie radzą sobie z otaczającą ich rzeczywistością. Uciekają w alkohol i hedonizm. Są zagubieni we współczesnym świecie i nie rozumieją jego wartości. Uciekają w szaleństwo, ideologię, pracę. Nie potrafią funkcjonować normalnie w związku. Obsada komiksu to prawdziwy emocjonalny koktajl Mołotowa, który sprawia, że za nic w świecie nie kumplowalibyście się z takimi osobami. Oni natomiast będą zmuszeni odłożyć waśnie na bok i zjednoczyć siły. Zdają sobie sprawę, że mogą być jedyną szansą na obronę ziemi przed nowymi zagrożeniami.

To właśnie charakterystyka bohaterów wyszła Markowi Millarowi najlepiej. Autor rewelacyjnego "Superman: Red Son" (o którym już niedługo) stworzył bohaterów, którzy mimo, że w kulturze masowej królują od 40 lat, to wydają się jakby dopiero co pojawili się w naszej świadomości. To jest największy sukces tego tytułu. Restart serii nie tylko widoczny jest w opowiedzeniu jeszcze raz o początkach tej grupy, odzianiu ich w nowe stroje, czy też w odnośnikach do bieżących wydarzeń, ale właśnie odświeżeniu ich osobowości. To nie są już ci sami Mściciele, których tak dobrze znamy. To jasne, że w przeciągu lat superbohaterowie się zmieniają, dostosowując się do nowych czytelniczych potrzeb, ale nigdzie indziej nie widać tego tak dobrze, jak w "Ultimates". Poza tym Millarowi doskonale udało się uchwycić medialne simulakrum, w którym przyszło funkcjonować zespołowi Nicka Fury`ego. Ich walki sprzedawane są na płytach DVD, ich życiem prywatnym interesuje się cały świat, a oprócz tego, że są bohaterami, są również celebrytami, gwiazdami tabloidów, ikonami kultury masowej

Drugą, rewelacyjną stroną "Ultimates" jest jego filmowość. Dawno nie czytałem (jeśli w ogóle!) komiksu, który sprawiał wrażenie wielkiego wakacyjnego hitu. Tu po prostu czuć styl wysokobudżetowej produkcji - oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nic zatem dziwnego, że właśnie ta pozycja stała się główną kanwą kinowej wersji Avengersów, a Joss Wheadon czerpał z Millara całymi garściami. A do tego wszystkiego dochodzi oprawa graficzna Bryana Hitcha. Jego rysunki utrwalone w szerokoformatowych kadrach robią wrażenie nie gorsze, niż blockbuster oglądany w rozdzielczości 16:9. Naprawdę kozacka sprawa.

Mimo tego, że nie ma w tym komiksie zbyt wielu superbohaterskich naparzanek i autorzy mocno urealnili Mścicieli, to nadal czuć w nim marvelowskiego ducha przygody z pelerynami w tle. I to mi się bardzo spodobało. Bo przecież każdy czytelnik sięgający po taki tytuł i tak w finale chce otrzymać komiks, w którym Avengersi, znaczy się Ultimates, dają łupnia swoim przeciwnikom. Ale to, jak się domyślam, spotka mnie w następnych tomach.

piątek, 25 maja 2012

#1041 - Najlepsze z Avengers

Po seansie whedonowych "Avengers" wyszliście z kina. Podobało Wam się. Tak bardzo, że zastanawiacie się po jakie komiksy z Mścicielami można by sięgnąć. Dzięki sieci dostęp do historyjek obrazkowych jest właściwie nieograniczony - komiksy o Avengers można ściągać bezpośrednio zza Oceanu lub kanału La Manche, kupować z drugiej ręki lub od rodzimych importerów. Kilka albumów zostało też wydanych po polsku. No dobrze - tylko co wybrać? Na co w tym zalewie warto wydać ciężko zarobione pieniądze? Mam nadzieję, że poniższy ranking będzie choć trochę pomocna.

Lista ta jest wynikiem kompromisu pomiędzy tym, co uchodzi za kanoniczne wśród marvelowskich fanbojów, a opowieściami, które mogą trafić w gusta czytelników zielonych w temacie. Z drugiej strony trudno mówić, że jest to wyliczanka w stylu "best of", skoro na liście brakuje choćby "Avengers Forever" czy "The Fall of Hank Pym". Znakomita mini-seria Kurta Busieka i Carlosa Pacheco oprócz tego, że jest świetną historią, porządkuje poplątane marvelowe continuity i bez kilku handbooków lub chociaż gruntownej znajomości dziejów Avengers jej lektura może okazać się ciężkostrawna. Natomiast historia z Ant-Manem, w której bohater przeżywa kryzys tożsamości i pojawia się słynna scena z uderzeniem Wasp nie brałem pod uwagę, bo nigdy nie zestała zebrana w trejdzie (jako takim).

Jeśli idzie o oznaczenia w rankingu - w sumie on-going "Avengers" miał cztery wcielenia. Pierwsza, klasyczna seria wydawana było nieprzerwanie od 1963 do 1996 (na liście oznaczono ją jako vol. 1). W ramach eventu "Heroes Reborn" Mściciele po heroicznej (nomen omen) śmierci z rąk Onslaguhta przeżywali przygody w kieszonkowym uniwersum stworzonym przez Franklina Richardsa (vol.2). W lutym 1998 roku wszystko wróciło do normy, kiedy za sprawą Kurta Busieka i George`a Pereza pojawiła się trzecia inkarnacja serii, a jej bohaterowie wrócili na Ziemię-616. Ten on-going został zamknięty w styczniu 2005 wraz z numerem #503 (zbierającym numerację wszystkich serii) i zastąpiony przez "New Avengers" Briana M. Bendisa. Wreszcie, w 2010 Bendis wskrzesił klasyczny tytuł, który będzie z kolei oznaczam jako vol. 4.

I kończąc ten przydługi wstęp - mam nadzieję, że ten tekst da początek całej serii rankingów podobnej maści publikowanych regularnie w każdy piątek. Jeśli chcielibyście, żeby tak się stało, podawajcie w komentarzach propozycje ewentualnych tematów.

10) "Avengers: Disassembled" ("Avengers" vol.3 #500-503 i "Avengers Finale", 2005) - Brian M. Bendis (scenariusz) i David Finch (rysunki).
Album, który wyznaczył początek nowej ery nie tylko w świecie Mścicieli, ale również w całym uniwersum Marvela. Z autora znakomitych niezależnych powieści graficznych i kilku mniejszych projektów mainstreamowych Brian M. Bendis stał się w Marvelu kimś więcej, niż tylko kolejnym scenarzystą. Przez ponad dekadę kształtował wydarzenia na Ziemi-616 według swoje uznania, a jego oczkiem w głowie byli właśnie Avengers. Bez Bendisa Mściciele nie staliby się wiodącą marką Domu Pomysłów. "Disassembled" to typowa historia zmieniająca status quo - trup ściele się gęsto, drużyna musi zmierzyć się z wielkim kryzysem, tajemnica goni tajemnica, słowem - kładzione są fundamenty pod to, co ma nastąpić w przyszłości. Album, wydany na polskim rynku przez Muchę, stanowi idealny wstęp dla tych, którzy chcieliby śledzći współczesne przygody Avengers.

09) "New Avengers: Ucieczka" ("New Avengers" vol1 #1-6, 2006) - Brian M. Bendis (scenarius) i David Finch (rysunki).
Przyznam, że w porównaniu z klasycznymi opowieściami nowe rzeczy, czyli choćby "New Avengers" wypadają dość blado. Co wcale jednak nie oznacza, że flagowa seria Domu Pomysłów (przynajmniej swego czasu), w której do składu Mścicieli dołączają między innymi Sentry, Luke Cage, Wolverine i Spider-Man jest zła. Wręcz przeciwnie - z początku trzyma bardzo solidny poziom, aby w okolicach tomu szóstego i siódmego osiągnąć swoje apogeum. Później nie jest już tak dobrze, ale sami przekonacie się, gdy Mucha dojdzie do tych albumów. Po serię dostępną na polskim rynku warto sięgnąć również z tego powodu, że jest rysowana przez właściwie najlepszych artystów w Marvelu i pod względem graficznym prezentuje się więcej niż dobrze. "NA" jest również reader-friendly, na tyle, na ile zaangażowanie w eventy pozwala mu być pozycją przystępną dla przeciętnego czytelnika.

08) "Avengers/JLA" (mini-seria, 2004) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
Już w 1979 roku Marvel i DC zgodzili się na stworzenie komiksu, na łamach którego doszłoby do spotkania dwóch największych zespołów obu wydawnictw - JLA i Avengers. Fabuła miała być oparta na skrypcie Gerry`ego Conway`a zrealizowanym przez Roya Thomasa z rysunkami George`a Pereza. Niestety, do wydania tego komiksu nigdy nie doszło - w 1983 roku z powodu niezgody red-nacza Marvela, Jima Shootera. Temat powrócił w nowym wieku, w 2002 roku, Kurt Busiek (scenarzysta on-goinga "Avengers") i Mark Waid ("JLA") doszli do porozumienia jak taka historia ma wyglądać i wielkie spotkanie na szczycie wreszcie mogło się wydarzyć (choć Waid związany ekskluzywny kontraktem z CrossGenem nie mógł się w nie zaangażować). Skończyło się epickiem nerdgasmem, bo w komiksie było wszystko, co ucieszyło komiksowym fanów z Supermanem z młotem Thora i tarczą Kapitana Ameryki na czele.

07) "Under Siege" ("Avengers" vol.1 #270-277, 1987) - Roger Stern (scenariusz), John Buscema (rysunki).
Masters of Evil, będący przypadkową zbieranina podrzędnych superłotrów, przez lata byli pokonywani i upokarzani przez Avengers. Baron Zemo ma tego dość i przygotowuje sprytny atak na Avengers Mansion, posiadłość drużyny w sercu Nowego Jorku. Jego prosty plan uderzenia w herosów, kiedy najmniej się tego spodziewają kończy się oczywiście wielką bijatyka, która nie jest jednak pozbawiona pewnej dawki dramatyzmu. Masters niemal zabijają Herculesa, heroicznie broniącego swojego domu przed najeźdźcami, mocno ranią Jarvisa, kamerdynera Avengers. Oczywiście ostatecznie Mściciele odzyskują swoje domostwo, ale jak nigdy ich zwycięstwo zabarwione zostaje goryczą. Fabularnie rzecz nie odbiega do schematu, choć jest kilka scen, które mogą uchodzić za kultowe, a Stern bardzo ciekawie uchwycił postacie villainów. Rysunki natomiast są prawdziwym popisem Johna Buscemy. Jeśli kochacie komiksowe eighties to nad dynamiczną krechą Buscemy będziecie cmokać, jak ja cmokałem.

06) "The Korvac Saga" ("Avengers" vol.1 #167-168, #170-177, 1978) - Jim Shooter, David Michelinie, Bill Mantlo (scenariusz) i George Perez, David Wenzel (rysunki).
Kolejny klasyk na liście, który w porównaniu do "Under Siege" jest jeszcze bardziej oldschoolowy i jeszcze bardziej epicki. Tym razem Mściciele muszą pokonać dysponującego niemal boskimi mocami Micheala Korvaka, przybywaącjego z dalekiej przyszłości, ściganego przez Guardians of the Galaxy. Oprócz rozwałki na skalę kosmiczną, Jim Shooter, twórca wielu klasycznych storyline`ów, takich jak "Bride of Ultron" czy "Nefaria Trilogy", pozwolił sobie na wycieczkę w bardziej refleksyjnym kierunku, zadając pytania o istotę człowieczeństwa. To kolejna, i nie ostatnia przygoda Avengers z motywem podróży w czasie i kolejna, która cieszy oko kunsztem Pereza. Warto również dodać, że na potrzeby trade`a z 1991 roku Mark Gruenwald napisał, a Tom Morgan narysował nowy epilog, który jednak został usunięty przez Tom Brevoorta w nowym wydaniu komiksu z 2003 roku.

05) "The Kree/Skrull War" ("Avengers" vol.1 #89-97, 1972) - Roy Thomas (scenariusz) i Sal Buscema, Neal Adams i John Buscema (rysunki).
By może to właśnie kosmiczna wojna pomiędzy zmiennokształtnymi Skrullami, a wojowniczymi Kree był pierwszym, komiksowym eventem na wielką skalę. Na pewno była jedną z najwspanialszych opowieści z Avengers i jest jednocześnie najstarszym albumem na mojej liście. W międzygalaktyczny konflikt pomiędzy zwaśnionymi imperiami zostają wplątana ziemia i tylko Mściciele z oryginalnym Kapitanem Marvelem mogą ocalić naszą planetę. Dziś, ten komiks sprzed 40 lat wydaje się nieco archaiczny, ale wciąż robi wrażenie swoim rozmachem, a oprócz tego wprowadza jeden z najważniejszych wątków w dziejach Avengers - romans Scarlet Witch i Visiona. Przez krytyków "The Kree/Skrull War" uchodzi za najwybitniejsze dzieło autorskiej spółki Thomas-Adams, w którym oprócz dynamiczniej akcji nie brakuje społecznego komentarza do politycznej sytuacji Stanów na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

04) "Ultron Unlimited" ("Avengers" vol.3 #19-23, 2001) - Kurt Busiek (scenariusz) i George Perez (rysunki).
I kolejna perełka tandemu Busiek-Perez, w której pierwszy skrzypce gra Ultron. Stworzony przez Hanka Pyma android, który zamiast służyć swemu "ojcu" postanowił przejąć władzę/zniszczyć ludzkość. Teza, że Ultron jest największym wrogiem Avengers jest bardzo popularna i choć można z nią polemizować, to "Ultron Unlimited" jest bez najmniejszych wątpliwości najlepszą historią z jego udziałem. Oprócz, jak to zwykle bywa, epickiej bitwy, która równa z ziemią małe, europejskie państewko, Slorenię, Busiekowi znakomicie udało oddać się niemal szekspirowskie relacje pomiędzy Pymem, a Ultronem, stwórcą, a jego dziełem/synem. Wydaje mi się, że album jest również szczytem możliwości George`a Pereza, który ze swoją klasyczną i szlachetną kreskę jest zdecydowanie jednym z najsprawniejszych amerykańskich grafików tworzącym w stylistyce późnego Silver Age.

03) "Kang Dynasty" ("Avengers" vol.3 #41 - 55 i "Avengers Annual" `01, 2002) - Kurt Busiek (scenariusz) i Alan Davis, Kieron Dwyer, Ivan Reis, Manuel Garcia (rysunki).
A to opowieść, w której z kolei Busiek wspiął się na wyżyny swoich uniejętności, będąca jednocześnie jego łabędzim śpiewem w "Avengers". W kategorii epickich opowieści super-hero "Kang Dynasty" nie ma właściwie sobie równych. Kangowi Zdobywcy, klasycznemu łotrowi w zielono-fioletowej piżamie, jako pierwszemu w historii uniwersum Marvela udaje się "zdobyć władzę nad światem" i to nie na chwilę przed tym, jak pokonują go herosi, tylko na długi rok. Historia o tym, jak Avengers próbują go powstrzymać wypełniona jest absolutnie fantastycznymi momentami i choć nie brakuje kilku przegiętych i tanich zagrywek (relacja Warbird z Scarlet Centurionem choćby), ale jest to jedna z największych komiksowych przygód, jakie warto przeżyć. No i jest Kang, który po lekturze stanie się i waszym ulubionym villainem.

02) "Marvel Civil War" (mini-seria, 2007) - Mark Millar (scenariusz) i Steve McNiven (rysunki).
Jedna z najważniejszych historii superbohaterskich, po której rzeczywiście "nic nie byłoby takie same", gdyby tylko redaktorom Domu Pomysłów nie zabrakło jaj. W potężnym crossoverze obejmującym lekko licząc 23 albumy, Mark Millar wprowadza ustawę Kane`a ze "Strażników" w życie Ziemi-616, zmieniając życie właściwie każdego bohatera Marvela. Teraz, aby działać jako zamaskowany superheros trzeba mieć specjalną licencję wydawaną przez rząd. Główna mini-seria skupia się konflikcie tych, którzy popierają Superhuman Registration Act skupionych wokół Iron-Man z dowodzonymi przez Kapitana Amerykę buntownikami, którzy nie zgadzają się na rezygnację z wolności na rzecz bezpieczeństwa. Dynamika konfliktu pomiędzy Steve`m, a Tony`m, przepiękne rysunki McNivena, mnóstwo kultowych momentów i wcale niegłupi komentarz społeczny dotyczący bushowskiej Ameryki - to tylko cztery powody, żeby sięgnąć po "Civil War" nawet w tak okrojonej wersji.

01) "Ultimates" ("The Ultimates" oraz "The Ultimates 2", 2002-2007) - Mark Millar (scenariusz) i Bryan Hitch (rysunki).
Czyli godne XXI wieku wcielenie Mścicieli. Zachowując pewne proporcje "Ultimates" byli dla Avengers tym, czym "Dark Knight Returns" dla Batmana, run Franka Millera dla Daredevila albo "Strażnicy" dla komiksu superbohaterskiego. Mark Millar podjął się odpowiedzi na pytanie co by było gdyby taki zespół super-ludzi, jak Avengers istniałby naprawdę. Jakie miałoby to kulturowe, społeczne i wreszcie polityczne konsekwencje? Nasyceni komentarzami do ówczesnej amerykańskiej sytuacji geopolitycznej, "Ultimates" nie przestają być jednak tym, czym komiksowi Avengers powinni być zawsze - epickim, komiksowym blockbusterem. Tego efektu nie byłoby bez absolutnie genialnego Bryana Hitcha, który w drugim tomie "Ultimates" osiągnął życiową formę. Nigdy później, ani nigdy wcześniej nie rysował tak dobrze swoich szerokoformatowych, kinowych kadrów. Zresztą, to samo tyczy się Millara, który konstruując obfitującą w twisty, inteligentą i złożoną fabułę, pełną scen, których nie boję nazwać się (znowu) kultowymi, wspiął się na wyżyny swoich możliwości.

piątek, 19 sierpnia 2011

#837 - Wolverine: Wróg publiczny, t.2

We wstępie do pierwszego tomu Garth Ennis pochwalił robotę, jaką Mark Millar odwalił przy Wolverinie. Irlandzki scenarzysta nie przepada, delikatnie mówiąc, za komiksami masowo schodzącymi z taśmy Marvela czy DC, ale akurat "Wróg Publiczny" miał prezentować inny poziom. I tymi pochwałami Ennis zrobił Millarowi niedźwiedzią przysługę zawyżając moje oczekiwania w stosunku do tej całkiem przeciętnej superbohaterskiej opowiastki, która zamiast pozytywnie zaskoczyć – rozczarowuje.

Zupełnie wbrew temu, co twierdzi autor "Kaznodziei" i "Hellblazera", "Wróg publiczny" to rzecz bardzo sztampowa. Poskładana z oklepanych fragmentów i do bólu ogranych chwytów. Pełna "kostiumowych bzdetów", których Ennis tak nie lubi, wyginających się w efektownych pozach herosów, niespodziewanych gościnnych występów, łotrów marzących o zniszczeniu świata i z pędząca na złamanie karku akcją, docierającą w drugim tomie do swojego wybuchowego finału. Loganowi z pomocą specjalistów z S.H.I.E.L.D. udaje się odwrócić efekty programowania Hand. Nic już nie stoi na przeszkodzie, aby mógł dotrzymać słowa danego Ichiro. Oprócz tych pięćdziesięciu tysięcy żądnych krwi ninja, mutantów i zabójców na usługach Świtu Białego Światło z zabijającym wzrokiem Gorgonem na czele. Ale staruszek Logan wciąż jest najlepszy w tym co robi, a jak wiadomo to, co robi, do przyjemnych nie należy…

Markowi Millarowi nie można odmówić jednego – rozmachu. Wiele komiksowych eventów, chcących uchodzić za epickie, nie może się równać pod tym względem z "Enemy of the State", które jest naprawdę wielką historią. Szczególnie widać to w drugim tomie, kiedy superbohaterska rozwałka osiąga maksymalny poziom i do ostatniego kadru nie daje chwili wytchnienia. Bardzo często scenarzyści od superbohaterszczyzny nie potrafią satysfakcjonująco wykończyć napoczętych wątków. Millar jest wyjątkiem od tej niepisanej reguły, bo zarówno we "Wrogu Publicznym", w "Ultimates" czy często krytykowanym właśnie za finał "Marvel Civil War" – moim zdaniem zupełnie niesłusznie – umie zwieńczyć komiks naprawdę mocnym akcentem.

W porównaniu do poprzedniego tomu nieco gorzej prezentuje się oprawa wizualna. Mam wrażenie, że Romita Junior podszedł do rysowania "Wroga Publicznego" z marszu. Nie włożył w swoją robotę serducha i widać to gołym okiem po grafikach. Do drugiego albumu dołączona została również krótka historia rysowana przez Kaare Andrews, "Więzień numer zero". Umieszczenie nieśmiertelnego mutanta z niezniszczalnymi pazurami zbudowanymi z zmyślonego metalu w hitlerowskim obozie zagłady w Sobiborze było bardzo ryzykownym zagraniem. Skutki łączenia konwencji super-hero z tak poważnym tematem zwykle są opłakane, ale Millarowi udało się wybrnąć bardzo zgrabnie, choć nie ustrzegł się klisz i schematów.

Cena "Wroga Publicznego" jest porażająca – za oba tomy trzeba zapłacić 148 złotych i nawet uwzględniając przeróżne zniżki jest to kwota bardzo ciężka do przełknięcia. Szczególnie, że za oryginalną, jednotomową wersję trzeba zapłacić zaledwie 35$, a jego cena w popularnym sklepie sprowadzającym komiksy zza Oceanu (co prawda w miękkiej okładce) jest prawie dwa i pół razy niższa. Inna sprawa, że coraz trudniej jest przyczepić się do jakości albumów wydawanych przez Muchę, a wcześniej bywało z tym różnie. Oj, ciężki jest los fana superhero w Polsce…

… szczególnie, że nie potrafię rozgryźć czym polsko-duńskie wydawnictwo kieruje się przy doborze kolejnych tytułów. Zgoda, "New Avengers" przy odpowiedniej promocji to murowany kandydat na bestseller. Ale dlaczego akurat "Wróg Publiczny", a nie na przykład "Old Man Logan"? Też Marka Millara, też efektywny, też przebojowy, ale w mojej opinii znacznie ciekawszy, także dla czytelników niekoniecznie przepadających za trykotami. Czemu "Thor: Wikingowie", a nie run J. Micheala Straczynskiego, przywracający blask marvelowskiemu bogowi gromów i błyskawic, który stanowił jedną z inspiracji dla twórców filmowego "Thora"?

poniedziałek, 16 maja 2011

#763 - Wanted

Wesley Gibson to życiowy nieudacznik. Całe dnie spędza w pracy, której nie znosi, pozwalając swojej szefowej wyładowywać swoje seksualne frustracje na jego osobie. Po powrocie do domu udając przed swoją dziewczyną, że ma jeszcze sporo pracy, szuka po internecie tych pornosów, których jeszcze nie widział. Czasem wypadnie na koreańskie żarcie ze swoim najlepszym kumplem, ale tylko wtedy, kiedy ten nie sypia ze wspomnianą powyżej niewiastą. Jego życie diametralnie zmienia się w momencie, kiedy zamawia swoją ulubioną kanapkę w pobliskim barze. Właśnie wtedy Fox werbuje go do Fraternity, zakonspirowanej grupy superprzestępców, potajemnie rządzącej światem. Tak, superłotrowie rodem z komiksów istnieją, choć nie noszą już peleryn. Wesley jest synem jednego z nich, dzięki czemu ma zapewnione miejsce w organizacji. Musi tylko przejść odpowiednie szkolenie.

Główny bohater staje przed wyborem – prowadzić dalej swoje godne pożałowania życie lub zostać villainem. W świecie "Wanted" to ci źli rządzą światem, od kiedy wytłukli wszystkich "good guys". Członkowie Braterstwa żyją poza prawem, poza społecznymi normami, dzięki czemu Fox może zamordować z zimną krwią wszystkich klientów baru, w którym Wesley kupował rzeczone kanapki. Przeciętny superłotr może pozwolić sobie na wożenie się Mercedesem SLK500 cabrio, może gwałcić i mordować celebrities z pierwszych stron gazet, a dzięki zyskom z napadów na równoległe światy, żyje w niemożliwym luksusie. Wszystko to kosztem niewielkiej ceny wyrzeczenia się tradycyjnej moralności. Nawiasem mówiąc, charakterystyczna przypinka, którą noszą należący do Fraternity, jednoznacznie kojarzy się z masońskim cyrklem i kielnią.

W swoim komiksie Mark Millar pokazuje świat, w którym zbrodnia popłaca, a bycie tym złym wiąże się z konkretnymi korzyściami. Z "Wanted" można dowiedzieć się, jak to fajnie jest być superprzestępcą, który przypomina raczej czarnoskórego gangstera z wideoklipu, rozdzielającego "fucki" tym, których za chwilę zastrzeli. I właśnie ten fajtłapowaty maminsynek Wesley, a może raczej Killer, bo taki pseudonim odziedziczy po ojcu, takim zimnokrwistym i pozbawionym wyrzutów sumienia mordercą się stanie, a w wolnych chwilach będzie oddawał się rozpuście w oparach alkoholu i pod wpływem szeregu nielegalnych substancji odurzających. Nie chcąc zdradzać zakończenia napiszę tylko, że taki amoralny wzór postępowania uchodzi za prawdziwie męski i udowadnia, że Wesley jednak nie jest taką cipą, jaką zdawał się z początku.

"Wanted" obfituje w liczne smaczki, które wychwycą czytelnicy komiksowego mainstreamu. Zagłada bohaterów miała miejsce w 1986 roku, w słynnym roku owym, w którym swoją premierę miały "Dark Knight Retuns" i "Watchmen", pozycje, które zredefiniowały amerykański mit superbohatera. Rodzina Mr. Rictusa przypomina wrogów Batmana, a grupa jego antagonisty i opiekuna Killera, Profesora – przeciwników Supermana. Sam Gibson to taki Bullseye`a lub Deadshot, a Fox ma wiele atrybutów Catwoman. Niejednokrotnie Millar ustami swoich złoczyńców niewybrednie nabija się ze sztandarowych herosów mainstreamowego Parnasu. Wspomniany Rictus mordując przypadkowo napotkaną rodzinę pozostawia ich syna żywego, wiedząc, że ten poświęci swe życie przygotowując zemstę na mordercy swoich rodziców. Każdy szanujący się superłotr, nawet na emeryturze, musi mieć swoje prywatne nemesis.

Rysownik J.G. Jones słusznie uchodzi, że jednego z najzdolniejszych przedstawicieli szkoły Bryana Hitcha. Niestety, kiedy pracował nad "Wanted" wyrabiał dopiero swoją kreskę i w tamtym czasie nie wybijał się ponad przeciętność. Brakowało mu tego, czego zmuszającego czytelnika, oglądającego jego prace, do przyznania "ej, to jest cholernie dobre!".

Miałem to szczęście, że udało mi się zapoznać z utworem Millara i Jonesa przed jego filmową adaptacją, której nawet pośladki Angeliny Jolie nie mogły uratować. Komiks był reklamowany, jako następca "Strażników", dekonstruujący postać komiksowego superłotra. Choć do poziomu Alana Moore`a dużo jeszcze Millarowi brakuje, a jego opus magnum to dla mnie wciąż "Ultimates", "Wanted" wypada umieścić tylko jedną półkę poniżej i nie mieć pretensji, że ten kopiący tyłek komiks akcji nie zapewnia zbyt wyrafinowanych uciech intelektualnych.

wtorek, 10 maja 2011

#758 - Ultimate Avengers

"Ultimate Avengers" pomyślane zostało, jako cykl mini-serii, z których każda byłaby osobną historią i zamykałaby się w sześciu zeszytach. Pierwsza z nich rozpoczyna się tuż po wydarzeniach związanych z eventem "Ultimatum". Z premierowym numerem historii zatytułowanej "The Next Generation", który ukazał się w sierpniu 2009 roku, wiązano wielkie nadzieje. Wszak miał być to triumfalny powrót Marka Millara, autora znakomitych, jeśli nie genialnych "Ultimates". Liczono, że uda mu się odbudować markę, którą zniszczył Jeph Loeb i przywrócić blask linii Ultimate, uchodzącej niegdyś za wizytówkę Marvela.

Sam scenarzysta był nastawiony do swojej nowej serii bardzo entuzjastycznie i zręcznie podkręcał hype na komiks swojego autorstwa. Każda z historii "UA" miała być eventem na skalę całego ultimateverse, rysowanym przez najlepszych grafików w branży. Millar zapewniał, że nad "Ultimatesami" chciał pracować przez dłuższy okres i pomysłów starczyłoby mu nie na 24, ale na 60 numerów. I właśnie te niewykorzystane koncepty miały pojawić się w "Avengers".

W pierwszym tomie wprowadza szereg nowych postaci, które będą tworzyły specjalny oddział do zadań specjalnych dowodzony przez wyrzuconego z S.H.I.E.L.D. Nicka Fury`ego. Ich pierwszym zadaniem jest powstrzymanie Kapitana Ameryki, który na własną rękę ruszył w pościg za Red Skullem, który w swojej U-wersji nie jest nazistowskim zbrodniarzem, tylko terrorystą do wynajęcia. Millar na każdym kroku chce udowodnić, że jego Mściciele są o wiele bardziej "fajni", niż ich pierwowzory, którymi w tamtym czasie zajmował się Loeb na łamach "New Ultimates". War Machine to ulepszona wersja Iron-Mana z jajami, nowa Black Widow jest znacznie bardziej śmiercionośna, niż swoja poprzedniczka, a do Gregory`ego Starka jego młodszy, żałosny braciszek nawet się nie umywa. Niestety, zabieg ten wychodzi dość sztucznie i może za wyjątkiem nowej Wasp (akurat pochodzącej z oryginalnej serii) wszyscy, niemal w komplecie są koślawo przerysowani, płascy i psychologicznie nieciekawi. Do tego Skull i Rogers, wokół których skoncentrowana jest historia, zgodnie cierpią na "kompleks Batmana". Kapitan Ameryka był już "awesome" w "Ultimates", a teraz jest "uber-awesome", a Czerwona Czaszka w niczym mu nie ustępuje.

Carlos Pacheco z trudnej i wymagającej roli następcy Bryana Hitcha wywiązał się bardzo dobrze. Artysta dysponuje podobną, choć nie tak dopieszczoną kreską. Nadrabia za to dynamiką i energią, która świetnie pasuje do wypełnionego po brzegi akcją komiksu. Wizualnie sceny strącenia helikopterów AIM w pierwszym zeszycie czy paryskie starcie Kapitana z Avengersami w trzecim i czwartym prezentują się naprawdę znakomicie. Szkoda jedynie, że artyście nie udało się utrzymać równej formy przez cały album, bo pod koniec rysunki są wyraźnie mniej dopracowane. Pomimo tego, Pacheco to wciąż pierwsza liga jeśli chodzi o amerykański mainstream.

Historia pierwszych "Ultimate Avengers" w sporej części jest autoplagiatem fabuły drugich "Ultimates", a wspomniane niewykorzystane pomysły to raczej fabularne odrzuty, które słusznie nie zmieściły się w pierwszym podejściu do Mścicieli XXI. Tym bardziej, że stoją w sprzeczności z dotychczasową continuity i burzą spójność świata Ultimate. Zgrzytem jest również dziwaczne pojawienie się Spider-Mana w laboratorium Starka, które nie zostało wyjaśnione w kolejnych tomach. Niemniej Markowi Millarowi po koszmarnych "Loebtimates" i fatalnym "Ultimatum" udało napisać się zgrabny komiks akcji, który nie obraża inteligencji czytelnika. W gruncie rzeczy jest dobrze, ale to nie poziom oryginalnych "Ultimates", uwspółcześnionych i urealistycznionych bohaterów, pokazanych bez rażących uproszczeń, w sposób spójny i logiczny, godnych lekcji, jaką udzielił mainstreamowi Alan Moore.

środa, 6 kwietnia 2011

#733 - Wolverine: Wróg publiczny, t.1

Komiksy Marka Millara daje się bardzo łatwo podzielić na produkcje w różnym stopniu udane oraz pozycje, które z wielkim trudem można uznać za chociażby przeciętne. Dwa tomy "Ultimates" trzeba policzyć do tych pierwszych, podobnie jak "Old Man Logan", "Wanted", "The Authority", znajdzie się tam również miejsce dla "Ultimate X-Men" i komiksowego "Kick Assa". Po drugiej stronie będą natomiast "Ultimate Fantastic Four", "Marvel 1985", "Marvel Knights Spider-Man" i jego nowsze rzeczy – "Ultimate Comics Avengers" i "Nemesis". "Wolverine: Wróg publiczny" znajduje się niestety po niewłaściwej stronie barykady.

Millar to artysta syty, który właściwie osiągnął wszystko, co tylko można osiągnąć w komiksie mainstreamowym. Mając uznane nazwisko, ceniony dorobek, z wieloma pozycjami, które śmiało będą uchodzić za klasykę, obecnie skupia się bardziej na kręceniu się w środowisku filmowym. Gołym okiem widać, że do swoich najnowszych, także autorskich projektów, zbytnio się nie przykłada. Dokładnie to samo można powiedzieć o Johnie Romicie Juniorze. To nie ten sam artysta, którego znamy z kart "Punisher: Warzone", "Daredevil: Człowiek bez strachu" czy choćby runu w semikowych "X-Menach". We "Wrogu publicznym" nie bije to jeszcze po oczach tak mocno, jak choćby w czwartej serii "The Avengers", ale z jego charakterystycznego stylu ostała się tylko nieznośna maniera, którą próbuje przykryć liczne niedoskonałości swoich prac. Koszmarne uproszczenia anatomii, schematyczna kompozycja planszy i inne niedoróbki jedynie otwierają listę zarzutów. Oczywiście fani jego grubej, mięsistej krechy, będą zaciekle bronić swojego ulubieńca, ale faktem jest, że Romita zatrzymał się po prostu w rozwoju.

Wolverine miał szansę stać się czymś więcej, niż tylko kolejnym pajacem w kostiumie. Drzemie w nim wielki, antybohaterski potencjał. Logan to cyniczny outsider, zupełnie nie pasujący do swoich kolegów z X-Men. Mężczyzna z przeszłością (lub całkowicie jej pozbawiony), bestia, ale człowiek niezłomnego honoru, którego życie wypełniają kolejne miłosne niepowodzenia. Miłośnik trunków skutecznie zabijających trzeźwość, ciągle ćmiący cygara. Piętrzące się problemy załatwia tradycyjnymi metodami, za pomocą pięści uzbrojonych w pazury z adamentium, co zwykle tylko pogarsza jego sytuację. Zdolny scenarzysta, z wolną ręką od bossów Marvelu, mógłby z niego wycisnąć wiele materiału na co najmniej dobre i niebanalne historie. A tak Dom Pomysłów, zamiast pozwolić Loganowi nieco wydorośleć, ciągle podlizuje się młodszym odbiorcom, wciąż go infantylizuje, stemplując takie właśnie historie, jak "Enemy of the State". Proste, efektowne, napakowane akcją nawalanki, sprowadzające Logana do figury zwyczajnego, niepokonanego herosa w trykocie, pozbawionego jakiegokolwiek charakteru, którego równie dobrze moglibyśmy wymienić na jakąś inną postać.

Żeby jeszcze historia była w jakiś sposób zajmująca, to jeszcze dałoby się przełknąć tę papierowatość Wolviego, ale z bogatego niegdyś repertuaru fabularnych zagrywek Millarowi pozostało jedynie zamiłowanie do rozmachu. Taniego, zwykle przeszarżowanego, przyjmującego zwykle postać chamskiej zagrywki pod fanów, potocznie zwanej "fan-service". Podwodna potyczka głównego bohatera z rekinami, kolejnego pojedynki z Elektrą i każde pojawienie się Gorgona są chłodno skalkulowane na nerdgasm i przez to niekoniecznie są w stanie go wywołać. Fabuła "Wroga publicznego" osnuta została wokół szpiegowskiej rozgrywki pomiędzy S.H.I.E.L.D., a triumwiratem marvelowskich terrorystycznych organizacji – Hydry, The Hand i Dawno of the White Light. Pomysł na intrygę jest dość durny i do pięt nie dorasta prostemu przecież, ale wykonanemu z pewną zręcznością, konceptowi na "Tajną Wojnę" Bendisa. Wolverine po praniu mózgu zaczyna pracować dla "tych złych" i poluje na (przynajmniej z pozoru), na "tych dobrych", aby również ich przekabacić na ciemną stronę mocy. I ci dobrzy próbują go powstrzymać. Oczywiście nieskutecznie, wszak Logan jest najlepszy w tym, co robi. W przeciwieństwie do Millara i Romity, którzy w swoim rzemiośle stracili nieco biegłości.

Wydawnictwo Mucha Comics nabrało wyraźnie wigoru w pierwszym kwartale 2011 roku, który w opinii wszystkich komentatorów miał stać się początkiem końca polskiego rynku komiksowego. Fani nurtu superhero na pewno znajdą coś dla siebie w ofercie duńsko-polskiego edytora, ale akurat „Wroga publicznego” raczej bym odradzał. Ja cierpliwie poczekam na drugi tom "New Avengers" i znakomite "Civil War", w którym Millar pokazał klasę.

wtorek, 22 marca 2011

#721 - Superman: Red Son

"Czy to ptak? A może samolot? Nie, to Superman, bolszewicka duma i symbol naszej siły militarnej. Awangarda klasy robotniczej, najdroższy towarzysz naszego Ukochanego Wodza Józefa Stalina, prowadzący nigdy niekończącą się walkę w imieniu realnego socjalizmu!"
Nie, to nie jest żart, to wyimek z elseworlda Marka Millara, Dave`a Johnsona, Kiliana Plunketta "Superman: Red Son". Historii odpowiadającej na pytanie, co by było gdyby Człowiek ze Stali wylądował na Ziemi o dwanaście godzin później, nie w Kansas, tylko na radzieckiej Ukrainie. Wśród złotych łanów zbóż i w środku Zimnej Wojny. Wydanie zbiorcze trzyczęściowej mini-serii wydanej w formacie prestige ujrzało światło dziennie w marcu 2004 i spotkało się z bardzo ciepłym przyjęciem zarówno wśród głosujących portfelami czytelników, jak i krytyków, którzy nominowali album do nagrody Eisnera.

Wierzący w socjalistyczną dialektykę historii Kal El gotów jest zbudować nowy, wspaniały świat własnymi rękoma. A ma ku temu jak najlepsze predyspozycje – "jest szybszy od pędzącego pocisku, mocniejszy od jadącej lokomotywy". Z jego pomocą Sowieci z łatwością zdobywają przewagę w zimnowojennym konflikcie. Gospodarka planowa okazuje się oszałamiającym sukcesem, a zwykłym ludziom z Kraju Rad nigdy nie żyło się lepiej. Wkrótce cały świat, z wyjątkiem USA i Chile, jednoczy się pod czerwonym sztandarem. Jednak wraz ze śmiercią ojca narodu Stalina i pojawieniem się tajemniczego terrorysty, Superman będzie zmuszony używać coraz bardziej radykalnych środków, aby utrzymać "porządek" w Związku Radzieckim.

"Red Son" to wielowątkowa opowieść, pełna elseworldowych smaczków, które ucieszą komiksowych maniaków. Mamy zatem Lexa Luthora, genialnego naukowca na usługach amerykańskiego rządu, przypuszczającego, że gdyby Kal-El wylądował w Stanach staliby się pewnie wielkimi przyjaciółmi. Mamy Stalingrad, odgrywający rolę zabutelkowanego Kandoru, jest Lana Lazarenko, jest Wonder Woman, sowiecka pani ambasador z Themiskiry, jest Forteca Samotności znajdująca się nie na Antarktydzie, ale na Syberii i nosząca dumną nazwę Pałacu Zimowego. Ale i tak wszystkich (jak zwykle zresztą) przebija Batman, cyniczny reakcjonista, szerzący terror anarchista w czapce uszatce, który ucieka się do najbardziej amoralnych i perfidnych środków w walce z systemem totalitarnym. Do klasycznego modelu "Mrocznego Rycerza" Franka Millera dodano kilka rysów Rorschacha i V dzięki czemu uzyskano znakomity efekt.

Mark Millar znakomicie podjął wątek millerowskiego "Super-żołnierza" z kart "DKR", który z bohatera całej ludzkości stał się zbrojnym ramieniem rządu USA. Ten naiwny wieśniak z Kansas jest ostatnią osobą na ziemi, która wierzy w amerykański system wartości, w american dream, a jest wykorzystywany do celów zupełnie sprzecznych z ideą, której pozostaje wierny. I takim samym bohaterem Clark stanie się po drugiej strony Żelaznej Kurtyny, bo w gruncie rzeczy jest tą samą osobą. Millar bardzo przekornie pokazuje, jak niewiele dzieli amerykańskie cnoty i hasła "truth, justice and american way of life" od komunistycznych komunałów i jak niedaleko jest od millerowskiego Nixona do millarowskiego Stalina. Kal El odebrał surowe wychowanie, ale nie na farmie w Smallville, tylko w kołchozie na Ukrainie. Jego moralność każe mu pomagać ludziom bez względu na to czy są Anglikami czy Ukraińcami, kapitalistami czy bolszewikami. Zmieniła się jedynie ideologia, a problemy zaczną się w momencie, kiedy postępować dobrze będzie oznaczało robić to, czego oczekuje od ciebie Partia...
I to jest drugi, niezwykle frapujący aspekt komiksu. Nowe spojrzenie na kilka rozdziałów z historii powojennych stosunków Stanów Zjednoczonych ze Związkiem Radzieckim, do którego świetnie nadawała się figura Supermana. Jako ostateczna superbroń, nadaje zimnowojennemu konfliktowi niezwykłej dynamiki. W tym momencie Millar trochę niedomaga. Nie podejmując szerzej wątku zasygnalizowanego przy okazji rozmowy Czerwonego Syna z ówczesnym szefem KGB. Człowiek ze Stali zawsze będzie stał w poprzek idei równości wszystkich ludzi, zawsze będzie ponad nimi. Szkoda, że nie pociągnięto tego dalej. Podobnie rzecz ma się z kontekstami politycznymi - "Red Son" zbyt często ślizga się po powierzchni i co ciekawsze kwestie zostają tylko zarysowane. Często znakomicie, jak w przypadku sceny prowincjonalnej obyczajowości z Marthą Kent w roli głównej, pokazującej nastrój ówczesnej amerykańskiej paranoi. Czasem nieco gorzej, jak przy okazji sukcesu politycznego Luthora i rozwoju utopii Supermana. Takich uproszczeń i skrótów jest w albumie więcej. Przyznam, że te przerysowania nie do końca mnie zadowalały. Temat jest tak wdzięczny, że aż prosi się o jak najgłębszą penetrację. Niestety nie da się zapomnieć, że w dużej części "Red Son" to opowieść o superbohaterach, pełna wybuchów i bijatyk, gdzie historiozofia jest tylko elementem dodatkowym. Lex dalej jest groteskowym geniuszem, potrafiącym równocześnie grać w szachy z kilkoma przeciwnikami i czytać Machievalliego w przerwie rozwiązując ekonomiczne problemy Stanów (co zajmuje mu tylko kilka godzin).

Nie zmienia to faktu, że komiks znakomicie się czyta, historia wciąga i intryguje. Red Son jest znakomicie narysowany, Dave Johnson sprawdza się nie tylko jako autor pięknych okładek, ale również jako regularny rysownik (dodać należy, że wydatnie przez Killiana Plunketta wspomagany). To wysokiej klasy produkt rozrywkowy, zadowalający miłośników gatunku, z naprawdę zaskakującym zakończeniem, a nie komiksowy esej filozoficzno-historyczny.

czwartek, 9 grudnia 2010

#638 - Zmutowane czwartki (4): Ultimate X-Men

Zagmatwana mitologia i plątanina narastających latami, często w połowie porzucanych, wątków skutecznie odstraszała od sięgnięcia po komiksy z charakterystycznym iksem w tytule. Kolejne zmiany redaktorów i scenarzystów, zamiast rozwiązywać, jeszcze bardziej potęgowały problem. Kolejne próby uporządkowania tego bałaganu (wszelkiego rodzaju reloady, restarty, "nowe ery", zmiany tytułów i numeracji) przynosiły skutek odwrotny od zamierzonego, na dobre zniechęcając czytelników do mutantów Marvela.
Pomysł Joe Quesady na stworzenie specjalnego imprintu/uniwersum, w którym ikony Domu Pomysłów miały zostać odświeżone przez najlepszych twórców w branży, którzy opowiedzieliby na nowo ich historie, wydawał się wręcz stworzony dla X-serii. Dzięki sukcesowi filmowych "X-Men" pojawiła się grupa potencjalnych czytelników chcących zapoznać się z oryginałem, ale nie było komiksu, po który mogliby sięgnąć. W skomplikowanej strukturze fabularno-rodzinnej "Uncanny X-Men" czy "X-Men" gubili się nawet najwytrawniejsi x-fani, a same komiksy nie zaliczały się do wybitnych, komiksowych osiągnięć. Nawet w swojej kategorii. Ku uciesze pierwszych i drugich, w 2001 roku na rynku pojawili się "Ultimate X-Men".

Seria "Ultimate X-Men" trafiła również do Polski, trzy lata później na fali powrotu zeszytówek do kiosków. W swojej krótkiej karierze, wydawnictwu Axel Springer udało się wydać w sumie osiem numerów, publikując przy tym zawartość znaną z dwóch, pierwszych wydań zbiorczych "Tomorrow People" (numery 1-6) i "Return of Weapon X" (7-12) oraz fragment trzeciego, "World Tour" (16-20). Opuszczono dwuczęściową przygodę z Gambitem napisaną przez Chucka Austena i narysowaną przez Esada Ribica oraz numer piętnasty, w którym dowiadujemy się, że tak naprawdę Magneto wcale nie zginął w Waszyngtonie na oczach dziesiątek tysięcy telewidzów. Wśród czytelników wywołało to spore oburzenie, podobnie jak ocenzurowanie jednej ze scen z Charlesem Xavierem. Wszystkie to razem z "Hellfire and Brimstone" (21-25), czteroczęściową mini-serią "Ultimate War" i "Return of the King" (26-33) zamykają run Marka Millara w "UXM".

Dla pochodzącego ze Szkocji scenarzysty był to pierwszy kontakt z mutantami Marvela. Na początku 2001 roku Mark Millar był całkiem nieźle zapowiadającym się scenarzystą mającym na swoim koncie "The Authority", ale o zaplątanej mitologii X-Menów nie miał zielonego pojęcia. Nie może zatem dziwić dość swobodne podejście do najbardziej klasycznych historii i motywów. Wątki z przybyciem Kitty Pryde do szkoły, pojawienie się Hellfire Clubu, czy manifestacja Phoenix Force w Jean Grey rozegrane są zupełnie inaczej i właściwie tylko pojedynek z Proteusem (znany z "World Tour") czy rządowy projekt Sentineli bliskie są swoim oryginalnym wersjom.Nawet takiego konserwatywnego miłośnika X-Men, jak ja cieszy sposób, w jaki Millar reanimował świat mutantów. Nie bawił się w wieloczęściowe sagi, ciągnących się latami, kryjących się w cieniu villainów, manipulujących z ukrycia wypadkami i knujących swoje misterne plany. W zaplanowanych na kilka części historiach, akcja pędzie na złamanie karku, dzieje się dużo i szybko. Nowi mutanci są na tyle brutalni i realistyczni, na ile komiks akcji z superbohaterami tłukącymi superłotrów może być. Spandeks i pstrokate kostiumy zastąpiły nieco bardziej cywilne i mniej rzucające się w oczy wdzianka. Scenarzysta całkiem zgrabnie nawiązuje do ówczesnej sytuacji politycznej, kreując Bractwo, grupę mutantów skupioną wokół Magneto, sprzeciwiającej się ideom Xaviera, jako organizację terrorystyczną, kierującą się fundamentalistyczną ideologią, z którą Stany Zjednoczone toczą wojnę, przypominającą bushowską "war on terror". Zresztą cały konflikt światopoglądowy na linii Magneto-Xavier został przedstawiony o wiele bardziej wiarygodnie i ciekawie.

W "Hellfire and Brimstone", będącym zbiorem dość luźnie powiązanych wątków, X-Meni mogą zażyć trochę zasłużonego odpoczynku, bo żadne większe niebezpieczeństwo nie zagraża naszej planecie. Beast, po zerwaniu ze Storm, romansuje przez Internet z cierpiącą na bulimię supermodelkę z aktywnym genem x. Związek Jean i Scott kwitnie, co niekoniecznie podoba się Loganowi. Rodzice Icemana namawiają swojego syna, aby pozwał szkołę Xaviera i zgarnął milionowe odszkodowanie za doznane podczas walki z Magneto obrażenia. W finale poznajemy tajemniczych sponsorów szkoły Xaviera i pojawia się wątek Phoenix.

W "Ultimate War" prawda o losie Magneto wychodzi na jaw i stosunki Xaviera z rządem amerykańskim delikatnie się ochładzają. Na X-Menów poluje zespół Kapitana Ameryki - Ultimates i mutanci muszą zejść do podziemia. Ostatnim aktem tej trylogii jest powrót Mistrza Magnetyzmu w "Return of the King". Niestety, finał wypada dość blado, bo brakuje w nim tego, co było wizytówką Marka Millara – dynamicznej akcji i zaskakujących fabularnych zakrętów. Historia niemiłosiernie się dłuży, a Magneto z budzącego grozę terrorysty z "Tomorrow People" znowu przypomina groteskowego, komiksowego złoczyńcę, wygłaszającego pompatyczne przemowy.Rysowniczą robotą podzielili się Adam Kubert, Kaare Andrews i Chris Bachalo. Kreski Kuberta nigdy nie ceniłem zbyt wysoko i swojej opinii nie zmieniam. To szybki i bardzo sprawny ilustrator, ale w jego rysunkach rażą mnie nienaturalne skróty, sztuczne uproszczenia elementów drugiego planu i liczne niedokładności. A jego styl nie jest ani oryginalny, ani przyjemny dla oka. Co innego Bachalo, jeden z moich ulubionych twórców, nad którego rozbuchanym i ekspresyjnym stylem rozpływałem się przy okazji "Supernovas". Kaare Andrews prezentuje zupełnie inny styl rysowania, ciążący ku cartoonowemu uproszczeniu. W połączeniu z wyraźnymi i bardzo jaskrawymi kolorami, daje to dość infantylny efekt. Ale widziałem jego późniejsze prace w "Astonishing X-Men" i prezentują się naprawdę zacnie.

"Ultimate X-Men" dla Marka Millara była jedynie wprawką przed "Ultimates", które stanowi prawdziwie opus magnum brytyjskiego scenarzysty. Mściciele przebijają mutantów dosłownie we wszystkim – realizmie, wiarygodności, rozmachu, są bardziej uproszczeni, spodobają się młodszym czytelnikom. Wszystkie zalety "UXM" jeszcze mocniej uwypuklone zostały w "U" – akcja jest jeszcze bardziej dynamiczna, a fabuła nawet po kilkakrotnej lekturze robi wrażenie oryginalnej i dopracowanej. Co więcej, Millar w swojej późniejszej pracy ma jaja by naprawdę mieszać ze statusem quo swoich bohaterów i znakomicie ich prowadzi. Pomimo tego, "Ultimate X-Men" wciąż pozostają atrakcyjną lekturą, która miała potencjał stać się jeszcze lepszą pozycją.

czwartek, 29 kwietnia 2010

#435 - O "Kick-Ass - The Movie" na dwa głosy

Premiera filmowego "Kick-Assa" już dawno za nami. Jutro do kin wchodzi kolejna okazja do posprzeczania się o rzeczy "mało istotne", czyli "Iron Man 2". Jednak za nim to nastąpi, pozwólcie, że dzisiaj podzielimy się z Wami naszymi wrażeniami na temat filmu, który "groził", że skopie nam tyłki. Czy udał mu się ten wyczyn? Na te pytanie odpowiemy z perspektywy osoby czytającej komiks, oraz takiej, która przed seansem nie zaznajomiła się z oryginałem.
Zapraszamy!

(spoiler warning!)

Robert "okiem tego, który komiksu nie czytał" Wyrzykowski:

Nie czytałem komiksu Millara i Romity Jr. Słyszałem o nim, jednak historia fana komiksów, który pod wpływem lektur kolorowych zeszytów przywdziewa strój bohatera i zabawia się w lokalnego vigilante jakoś zupełnie nie przekonała mnie, by sprowadzać trade'y ze Stanów. Na film jednak poszedłem, nie wiem na ile wierny pozostał on komiksowemu oryginałowi. Nie mnie to oceniać, niech Janusz to osądzi, ja przyjąłem ten obraz na świeżo.

I mam mieszane uczucia. Uwaga, mogę tu trochę spoilerować.

"Kick-Ass" to produkcja, która może się podobać, naprawdę. Wartka akcja, krwawe pojedynki z latającymi kończynami, momenty na długo zapadające w pamięć - tak, to wszystko robi kolosalne wrażenie. Mnie co prawda trochę irytował miejscami chaotyczny montaż, ale łubudu było zacne, nie powiem. No i cała masa nawiązań do popkultury starszej czy nowszej, chociażby siekanie mafiosów w takt czołówki dziecięcego show "The Banana Splits", motywu muzycznego z "Za garść dolarów" czy też piosenki "Bad Reputation" (która towarzyszyła bijatyce w pierwszym "Shreku"). Nie wspominając już o samych komiksikach, przecież Lizewski/Kick-Ass totalnie przypomina Petera Parkera/Spider-mana, zaś Big Daddy (czy tylko mnie to imię i rola, którą przyszło mu pełnić w filmie, kojarzy się z "Bioshockiem"?) to taki Punisher w kostiumie a la Batman. No i Myspace, Youtube, Losty itd. - ten film jest mocno osadzony w dzisiejszej rzeczywistości i to właśnie jest w nim całkiem fajne - chociaż może niekoniecznie unikalne.

Tyle że często przy omawianiu "Kick-Ass" pada takie określenie jak "Watchmen 2.0". I to jest chyba stwierdzenie trochę na wyrost. Znaczy, reżyser pewnie by tak chciał, żeby tak było, przy okazji dostarczając każdemu, co dla niego miłe. Fanom kina nastolatkowego dał Lizewskiego i jego uczuciowe rozterki, miłośnikom niczym nieskrępowanej siekaniny - Hit-Girl z tatusiem, intelektualistom komiksu - rozważania nt. istoty samozwańczego superbohaterstwa w świecie globalnej wioski.

No i spoko. Tylko że ja właśnie tego nie do końca kupuję.

Mam wrażenie, że z tego obrazu dałoby się  wykroić dwa wcale dobre, ale oddzielne filmy. Realistyczną opowieść o życiu Lizewskiego, studium geeka z kompleksami, który daje upust własnym marzeniom i fantazjom, co kończy się bolesnym zderzeniem z rzeczywistością. Oraz absurdalnie i cudownie przerysowaną historię Hit-Girl i Big Daddy'ego, perfekcyjnie zrealizowaną, zaskakującą, bulwersującą - i gwarantującą półtorej godziny nieskrępowanej zabawy. I to byłoby dobre. W tym filmie bowiem bolesny realizm zderza się z komiksowym przerysowaniem, przez co film traci zarówno na wiarygodności jak i na spektakularności. 

Irytowały mnie też różne drobiazgi fabularne, zwłaszcza upraszczanie pewnych kwestii przy pozornej dbałości o ogólny realizm tej części historii, która dotyczy Lizewskiego. Ot, na przykład - pierwszą akcję Kick-Ass o mało co nie przypłaca życiem, z drugiej wychodzi zwycięsko głównie dzięki temu, że bandziory koniec końców odpuściły dalszą potyczkę (na trzecią lepiej spuścić zasłonę miłosierdzia, bo gdyby nie Hit-Girl, to skończyłaby się zabawa w zamaskowanego mściciela). W międzyczasie większą dbałość przykłada do pimpowania własnego profilu na Myspace niż chociażby do zadbania o porządne ochraniacze. OK, w porządku, jest zderzenie mitu superbohatera z możliwościami totalnego przeciętniaka, lubię to. Po czym... w ciągu paru dni po drugiej walce rozkręca się totalne szaleństwo - sklepy są zalane przez komiksy, koszulki, kompletne kostiumy, figurki; zaś media szeroko informujące o sprawie. Wszystko dzięki jednemu filmikowi na Youtube! W rzeczywistości, w najlepszy wypadku Kick-Ass dorobiłby się może kilkudziesięciu-kilkuset parodii na 4chanie i tyle. Nie przekonuje również moment, gdy wciąż jeszcze przyszła dziewczyna Lizewskiego bardzo łatwo przechodzi do porządku dziennego po jego zaskakujących wyznaniach (i zakradnięciu się do jej domu) - w końcu w tym momencie miasto roi się od pomyleńców przechadzających się w kostiumie Kick-Assa, tak jak ten nieszczęśnik zamordowany na ulicy przez ojca Red Mista.


Mam wrażenie, że autorzy zapragnęli wrzucić do jednego kotła wszystko, co geekowi miłe (teen drama à la "Spider-man", sieka à la "Kill Bill", alternatywne spojrzenie na superhero à la "Watchmen" itd.), odpowiednio zmiksować i zaserwować odbiorcy wyborny koktajl. Tyle, że taki drink albo będzie miał intensywne bogactwo smaków, albo... wyjdzie zupełnie bez smaku. W moim przypadku większość tych przypraw akurat się zupełnie zneutralizowała, ale nie wątpię, że ktoś może po tym filmie mieć wyjątkowo pobudzone kubki smakowe.
Janusz "komiks mam już za sobą" Topolnicki:

Komiks Millara i Romity Juniora zaciekawił mnie zabawnym i bardzo współczesnym potraktowaniem superbohaterów, jako zjawiska. I choć po skończonej lekturze nie byłem tak zadowolony jak na samym początku, to nie mogę napisać, że "Kick-Ass" to zupełna porażka. Mam po prostu wrażenie, że Millar chciał powiedzieć za dużo, aniżeli pozwoliło mu na to osiem krótkich zeszytów, i przez to wyszło trochę śmiesznie a trochę strasznie. Jednak mimo wszystko idąc na filmową adaptację tego komiksu, miałem nadzieję na solidną, nieskrępowaną rozrywkę....

No i nie mogę zaprzeczyć, że jej nie otrzymałem. Kiedy wyłączyłem myślenie "gdzie w tym komiks?" i wygodnie rozsiadłem się w fotelu, to otrzymałem dynamiczny film akcji z komiksowymi elementami. Historia szybko nabiera tempa i pędzi w stronę napisów końcowych. Sceny w których człowiek zostaje "zastrzelony" wyrzutnią rakiet, a główny bohater leci nad miastem na jetpacku uzbrojonym w karabiny maszynowe mieszają się z fantazjami seksualnymi nastolatków oraz rozmowami o serialach i komiksach. Gdy dodamy do tego świetnie dobraną i zestrojoną z obrazem muzykę, oraz rewelacyjnego Christophera Mintz-Plasse (niezapomniany McLovin z "Supersamca" jako Red Mist) i niebezpiecznie czarującą Chloe Moretz (jako Hit-Girl), to otrzymamy film, który ogląda się jednym tchem.

Niestety wszystkie wysiłki aktorów i osób "zza kamery" blakną, kiedy zaczniemy porównywać film z komiksowym pierwowzorem. Ponieważ wtedy ciśnie się na usta jedno słowo - dlaczego? Dlaczego adaptacja komiksu nie ma z nim w gruncie rzeczy nic wspólnego? Bo przecież wykorzystanie głównego bohatera i kilku pomysłów z samej historii nie można nazwać przeniesieniem komiksu na duży ekran. Wszystkich tych zmian nie można nawet wytłumaczyć próbą uwspółcześnienia opowieści (co miało miejsce w filmowym "Watchmen" i zmianą "sprawcy" katastrofy w Nowym Jorku), ponieważ jedną z zalet komiksu jest właśnie jego aktualność. Najgorsze jednak jest to, że z przewrotnej historii Marka Millara o peleryniarzach i okresie dojrzewania, Matthew Vaughn zrobił standardowy film superbohaterski z elementami kolejnej komedii młodzieżowej, w której cichy nastolatek zdobywa na końcu swoją wymarzoną dziewczynę. Na domiar złego, robiąc z Big Daddy'ego zwyczajnego zamaskowanego mściciela oraz pozbawiając go jego "walizki", film stracił olbrzymi ładunek komiksowego geekowstwa i właściwie najważniejszą puentę całej opowieści.

Nie mogę zrozumieć dlaczego zdecydowano się na ekranizacje "Kick-Assa" skoro jest to zupełnie inna historia, a co ważniejsze o wiele słabsza od tej stworzonej przez Millara i Romitę. Dla nieznających komiksu i przy wyłączeniu myślenia, filmowy "Kick-Ass" może być niezobowiązującą rozrywką. Jednak Ci, którzy czytali komiks, przez większość czasu będą mieli problem z pozbyciem się natrętnej myśli "WTF?"....