Autorem poniższego tekstu jest Wiktor Lewandowski, który wespół z Antkiem Strojnym zawiaduje profilem Komiks ON. Nie pierwszy raz Wiktor gości łamach Kolorowych. Nie pierwszy raz rekomenduje Wam odwiedzić zakątek komiksowej sieci, którym się współopiekuje. Natomiast dziś mam dla Was coś naprawdę wyjątkowego.
Tekst "Kto zabił nowy świat Ultimate?" stanowi - być może! - publicystyczne opus magnum Wiktora. To na pewno owoc jego miłości do Ziemia-6160, prawdziwe "labor of love". To także być może najdłuższe tekst, jaki kiedykolwiek ukazał się na Kolorowych. Owoc całkiem pokaźnych rozmiarów, bo liczący sobie 21 stron, 10 130 słów, 72 479 znaki. Nie licząc tego krótkiego wstępu.
Zarezerwujcie sobie na niego dłuższą chwilę. Zaopatrzcie się w coś do picia. Dajcie się wciągnąć tej lekturze. Nie pożałujecie.
Wiktor, bardzo dziękuje Ci za możliwość opublikowania tego tekstu na łamach Kolorowych Zeszytów. Wykonałeś kawał znakomitej roboty. Chylę czoła!
W 2023 roku Marvel Comics powołało do życia nową linię Ultimate, sukcesora ich wydawniczego hitu z początku lat dwutysięcznych. Odświeżone "Ultimate Spider-Man" czy "Ultimates" szybko okazały się jednymi z największych sukcesów, krytycznych i finansowych, jakie ostatnimi czasy odniósł Dom Pomysłów. Jak doszło do tego, że w niecałe trzy lata Marvelowska kura znosząca złote jaja została tak nieudolnie ubita?
Pamiętam ten dzień tak, jak pamięta się swojego pierwszego spalonego papierosa, pierwszą ołowianą kulę wwiercająca się w brzuch, pierwszą noc spędzoną z kobietą. Nigdy nie myślałem, że do mojego zatęchłego biura detektywistycznego może wejść ktoś taki jak ona: jednocześnie tak znajoma i tak nowa, pachnąca jak ryzyko, brzmiąca jak obietnica.
"Ziemia-6160", przedstawiła się, a ja już wtedy wiedziałem, że to imię będzie dręczyć mnie w snach. By ukryć swoje zmieszanie, swoje szczeniackie oczarowanie, jedynie odchrząknąłem i wziąłem solidnego łyka whiskey dla kurażu. Teraz dopijam tę samą butelkę, która wtedy stała na moim biurku, a ciało Ziemi-6160, wciąż ciepłe, leży w kostnicy. I nie zmrużę oka, póki nie dowiem się, czyja to sprawka.
Podczas gdy polscy czytelnicy od wczoraj mogą już czytać komiks "Nowy świat Ultimate: Inwazja", w którym Ziemia-6160, kolejna w stale powiększającym się wieloświecie Marvela, oficjalnie zaczyna istnieć, za oceanem wznowiona linia Ultimate – dla ułatwienia będę wymiennie używał nazwy Ultimate 2.0 – wyzionęła ducha. Trwający przez dwa i pół roku projekt prawie że z miejsca został okrzyknięty najlepszym, co wyprodukował Marvel w trzeciej dekadzie XXI wieku. Równie szybko stał się też naczelnym dowodem na to, jak niekompetentnie (i niekonsekwentnie) potrafi działać dziś Dom Pomysłów. Dlaczego fani odwrócili się od inicjatywy, która jeszcze w 2025 roku była wymieniana obok linii Absolute jako najbardziej innowacyjny produkt komiksowej Wielkiej Dwójki? Czy śmierć uniwersum Ultimate 2.0 była przypadkiem, zaplanowanym mordem, a może po prostu naturalnym zwieńczeniem pomysłu, który od początku miał trwać tylko przez określony czas?
Uwaga: w poniższym tekście znajdują się pomniejsze spoilery do komiksów "Ultimate Invasion" ("Nowy świat Ultimate: Inwazja"), "Ultimate Spider-Man", "Ultimates", "Ultimate Endgame" i "Ultimate Universe: Finale".
Na wstępie warto pokrótce przypomnieć, jaką wagę niesie ze sobą słowo "Ultimate" w redakcji Marvel Comics. Gdy na przełomie XX i XXI wieku Dom Pomysłów wciąż podnosił się po tym, jak prawie zbankrutował, potrzebował prawdziwego cudu. Ówczesny redaktor naczelny Marvela, Joe Quesada, wiedział o tym aż za dobrze. Jedynym, co mogło uratować Marvela, była fala nowych czytelników. Problem tkwił jednak w dekadach chronologii, seriach śmierci i zmartwychwstań, piętrzącej się stercie retconów i setkach zeszytów, które aktywnie odstraszały potencjalną świeżą publikę. Rozwiązaniem okazało się rozpoczęcie jeszcze raz,nie przez reset dotychczasowej osi czasu, jak zrobiło to DC w latach osiemdziesiątych, ale z pomocą zupełnie nowej linii wydawniczej. Takiej, w której klasyczni herosi uniwersum Marvela będą mogli być wymyśleni ponownie, w sposób znacznie bardziej przystępny dla współczesnego odbiorcy. Takiej, w której fantastyczni twórcy dostaną wolną rękę w opowiadaniu na nowo ich historii. Właśnie tym miało być Ultimate Comics, pomysł Billa Jemasa, byłego wicedyrektora Marvel Comics.
We wrześniu 2000 roku, "Ultimate Spider-Man" #1 ze scenariuszem wschodzącej gwiazdy amerykańskiego rynku komiksowego, Briana Michaela Bendisa, i rysunkami jednego z definitywnych artystów lat dziewięćdziesiątych, Marka Bagleya, trafił na sklepowe półki, oficjalnie rozpoczynając żywot Ziemi-1610. Podczas gdy bohaterowie na Ziemi-616, czyli w głównej linii wydawniczej Marvela, kontynuowali swoje zwyczajowe perypetie, Bendis i Bagley mogli zbudować od zera swój własny mit Spider-Mana, dotychczasowy kanon traktując jak plastelinę, którą mogą dowolnie rozciągać, ściskać i sklejać.
Chociaż współcześnie "Ultimate Spider-Man" uznawany jest nie tylko za jeden z najważniejszych komiksów ze ścianołazem w historii, ale także jeden z najważniejszych komiksów Marvela w ogóle, sukces linii Ultimate nie był natychmiastowy. Seria Bendisa i Bagleya niespiesznie, ale konsekwentnie zbliżała się do szczytu comiesięcznych tabelek sprzedażowych, ale dopiero pierwszy zeszyt kolejnej serii dziejącej się na Ziemi-1610, "Ultimate X-Men", okazał się hitem, którego Marvel tak desperacko wtedy potrzebował. Z czasem linia Ultimate Comics poszerzyła się o "Ultimates", reimaginację Avengers formujących się w Ameryce na zawsze odmienionej przez 11 września, którzy posłużyli za jedną z najważniejszych inspiracji przy kreacji późniejszego popkulturowego hegemona, czyli Kinowego Uniwersum Marvela. Wersji Ultimate doczekała się również Fantastyczna Czwórka. Chociaż po kilku latach stałej publikacji linia Ultimate zaczęła cierpieć na dokładnie te same bolączki, co główna linia wydawnicza Marvela, a w szczytowym momencie komiksy z Ziemi-1610 sprzedawały się znacznie lepiej, niż te z Ziemi-616.
Punktem zwrotnym okazał się rok 2015 i wielkie komiksowe wydarzenie, "Tajne Wojny", pisane przez ówczesnego scenarzystę "Avengers" i "New Avengers", Jonathana Hickmana. Gdy w drugiej dekadzie XXI wieku Ultimate Comics już dogorywało, podłączone do maszynerii podtrzymującej życie, Hickman wziął na siebie odpowiedzialność odłączenia wtyczki i zgaszenia świateł. Uśmiercenie Ziemi-1610 okazało się największą (i być może jedyną prawdziwą) konsekwencją "Tajnych Wojen", a chociaż różni twórcy podejmowali pojedyncze próby wskrzeszenia świata Ultimate, ostatecznie ostały się po nim tylko trzy postacie – Miles Morales, Maker i Jimmy Hudson (z czego o tym trzecim Marvel dość szybko zapomniał).
Osoba stojąca za ubiciem oryginalnego uniwersum Ultimate okazała się również ojcem jego nowego wcielenia. Całkiem niezła ironia losu. W 2023 roku Jonathan Hickman w "Ultimate Invasion" wreszcie zrobił to, czemu przez poprzednie osiem lat nie podołał nikt inny: linia Ultimate znów zaistniała. Jeśli więc to on okaże się winny, mamy tu do czynienia nie tylko z dzieciobójstwem, ale – biorąc pod uwagę jego występek z 2015 roku – podwójnym morderstwem.
Dobrze znam takich jak on. Pozornie równy gość, ktoś, kogo nie sposób podejrzewać o trzymanie sterty trupów w szafie. Ziemia-6160, świeć Panie nad jej duszą, uległa jego urokowi równie łatwo, co cała reszta towarzystwa – "To Johnny uczyni mnie gwiazdą!", szczebiotała, dla własnej wygody nie wspominając o fakcie, że ten właśnie Johnny był widziany jako ostatni z jej starszą siostrą, zanim ta znalazła się sześć stóp pod ziemią.
Jestem zbyt stary i zbyt wstawiony, by się na to nabrać. Mój wzrok omija fasadę geniusza i wbija się jak naostrzony sztylet prosto w kryjącą się za uroczym uśmiechem duszę mordercy. Mnie nie oszukasz, panie Hickman – o ile to w ogóle twoje prawdziwe nazwisko. Podczas gdy reszta tego zaplutego miasta pieje z zachwytu nad twoim talentem, ja już poznałem brudny sekret, który tak desperacko starasz się ukryć: zajmujesz miejsce kogoś innego.
Jonathan Hickman pełni w Marvelu funkcję porównywalną z pracownikiem działu IT, czyli: jeśli coś nie działa, to właśnie do niego należy w pierwszej kolejności zadzwonić. Po zakończeniu swojej monumentalnej sagi o Avengers w "Tajnych Wojnach", Hickman wybrał się na zasłużony urlop i skupił na autorskich projektach. Przerwa od komiksu superbohaterskiego nie trwała jednak długo. Gdy w 2019 roku mutanci powrócili do łask po latach spychania na margines spowodowanego kłótniami o prawa do ekranizacji, to właśnie Hickmanowi przypadło wytyczenie dla X-Men zupełnie nowej ścieżki. Rozpoczęta przez niego era krakoańska, podczas której homo superior zamieszkali na samoświadomej wyspie i założyli na niej suwerenne państwo, już teraz uważana jest za współczesny klasyk Marvela. Chociaż ostatecznie Hickmanowi nie udało się opowiedzieć swojej historii o mutantach do samego końca – co później nazwał zresztą "największym kreatywnym zawodem w swojej karierze" – reinwencja X-Men scementowała jego nazwisko jako jednego z najważniejszych, jeśli i nie najważniejszego twórcę pracującego aktualnie dla Domu Pomysłów. W dodatku kogoś, kto daną postać lub drużynę jest w stanie wyciągnąć nawet z najbardziej beznadziejnego dołka. I dokładnie takiej osoby potrzebował Marvel, gdy pierwotne plany redakcji na rezurekcję uniwersum Ultimate kompletnie się posypały.
Początkowo, informacja o tym, że nie Jonathan Hickman, a Donny Cates, scenarzysta uznanego runu z Venomem z lat 2018-2020, miał oryginalnie stać za przywróceniem linii e w MUltimatarvelu, uznawana była jedynie za plotkę. W 2025 roku oficjalnie potwierdzili ją obaj twrócy. Znaki na niebie były tu raczej oczywiste. Maker, jeden z reliktów Ziemi-1610, alternatywna wersja Reeda Richardsa, lidera Fantastycznej Czwórki, który przez incelskie zapędy z prosperującego młodego geniusza płynnie przeszedł do makiawelistycznego arcyzłola, a plany związane z przywróceniem swojego oryginalnego uniwersum rozpoczął właśnie we wspominanym wcześniej "Venomie" Catesa. Na trzy lata przed premierą "Ultimate Invasion", w finałowym, trzydziestym piątym zeszycie "Venoma", Makerowi udało się wreszcie odnaleźć drogę powrotną do domu, którego zgliszcza okazały się jakimś cudem przetrwać wydarzenia z "Tajnych Wojen". Zanim Cates mógł jednak kontynuować swoje daleko idące plany o inwazji świata Ultimate na Ziemię-616, zdarzyła się tragedia: w 2022 roku scenarzysta otarł się o śmierć w poważnym wypadku samochodowym, lądując w szpitalu na długie tygodnie. Na skutek wypadku Cates cierpiał na znaczne zaniki pamięci krótko- i długoterminowej. Jakakolwiek szansa na to, że Cates pozostanie na stanowisku architekta projektu nowej linii Ultimate legła wtedy w gruzach: nie tylko ze względu na jego stan fizyczny, wymagający intensywnych operacji i rehabilitacji, ale i przez to, że Cates zwyczajnie… zapomniał znaczną część tego, czym ten projekt miał właściwie być.
Obie serie, do których scenariusze ostatecznie stworzył Hickman – "Ultimate Invasion" i "Ultimate Spider-Man" – pierwotnie miały być pisane przez Catesa. "Spitchowałem [<<Ultimate Spider-Mana>>] na kilka miesięcy przed rozpoczęciem prac nad komiksem. CB [Cebulski, ówczesny redaktor naczelny Marvela] był zachwycony. Rozplanowaliśmy całą serię. Do tego miał prowadzić wątek z Makerem w <<Venomie>>", przyznał Cates w wywiadzie dla Popverse z 2025 roku. Trudno nie empatyzować z tym, że widok "Ultimate Spider-Mana" na półkach sklepów z komiksami wprawiał go wtedy w raczej kiepski nastrój: "[Spider-Man] wygląda w tym pieprzonym komiksie dokładnie jak ja, wliczając jego dzieci i całą resztę. Nie potrafię tego czytać. Jonathan [Hickman] wykonuje wersję piosenki, którą ja napisałem", dodał w tej samej rozmowie, jednocześnie klaryfikując, że nie ma Hickmanowi za złe przejęcia "Ultimate Spider-Mana".
Nie oznacza to, rzecz jasna, że Hickman jedynie podpisał się pod scenariuszem Catesa: w podcaście Off Panel z maja 2025 roku scenarzysta "Na wschód od zachodu" sprecyzował, że "(...) Donny miał zająć się tym komiksem i dłubał przy nim w tle przez lata, a później zdarzyło się to, co się zdarzyło i [Marvel] poprosił mnie o pomoc i przejęcie projektu, w którym oczywiście obrałem inny kierunek". Być może Cates doczekałby się własnej serii z uniwersum Ultimate 2.0, gdyby żywot Ziemi-6160 nie był tak krótki – ostatecznie skończyło się jedynie na specjalnych podziękowaniach w "Ultimate Invasion". Po jego oryginalnym, wielkim planie ostał się jedynie nieszczególnie dopasowany do produktu końcowego tytuł, bowiem w wersji Hickmana żadnej inwazji nie uświadczamy.
Kulisy pełnych turbulencji początków nowego świata Ultimate ujawniono dopiero, gdy ten już dogorywał, ale dwa lata wcześniej pierwsze szmery, a później oficjalne zapowiedzi związane z wskrzeszeniem najbardziej znanego alternatywnego uniwersum Marvela, w żaden sposób nie wskazywały na to, że Hickman ledwie chwilę wcześniej nie miał z nim jeszcze nic wspólnego. Po wcześniejszych domysłach i spekulacjach, w lutym 2023 roku serwis Entertainment Weekly wypuścił do sieci pierwszą, ekskluzywną zapowiedź "Ultimate Invasion". Marvel wiedział, że taki news wygeneruje szum. Jeden z ich najbardziej cenionych scenarzystów łączył przecież siły z Bryanem Hitchem, rysownikiem oryginalnych "Ultimates" z początku XXI wieku. Z perspektywy czasu, już w samym ogłoszeniu na EW widać malutkie, ale całkiem znaczące pęknięcia – w artykule zaznaczone zostało, że nie tylko Maker, ale i Miles Morales, najbardziej znany ocalały z oryginalnego uniwersum Ultimate, odegrają w "Ultimate Invasion" znaczące rolę. Kilka miesięcy później, gdy czterozeszytowa miniseria Hickmana i Hitcha trafiła wreszcie w ręce czytelników, okazało się, że Morales pojawia się w niej jedynie przez kilka paneli pierwszego numeru, co wydaje się udowadniać tezę – później nie bezpośrednio potwierdzoną przez słowa Catesa – że na etapie pierwszych zapowiedzi plany na to, czym właściwie ma być powrót uniwersum Ultimate wciąż nie były skonkretyzowane. Hickman to scenarzysta znany ze swojego wielkoskalowego podejścia i rozpisywania historii w sposób, w którym sensu nabierają dopiero po postawieniu ostatniej kropki w ostatnim rozdziale. Dał jednak radę dobrze ukrywać chaotyczne warunki, w jakich powstała Ziemia-6160. Czy udało mu się równie sprawnie przykryć ewidentny rozgardiasz, jaki towarzyszył schyłkowi jej istnienia? Moim zdaniem – nieszczególnie.
Na razie wróćmy jednak do okresu błogiej nieświadomości i wszechogarniającego hajpu, który dało się wyczuć w praktycznie każdej dyskusji fanów komiksów Marvela w 2023 roku. Cztery miesiące po ogłoszeniu "Ultimate Invasion", ledwie kilka tygodni przed premierą pierwszego zeszytu, Dom Pomysłów uchylił kolejnego rąbka tajemnicy – na jednej miniserii na pewno się nie skończy. Zapowiedź "Ultimate Universe" #1, czyli epilogu do "Ultimate Invasion", jeszcze przed rozpoczęciem się komiksu Hickmana i Hitcha było ryzykowną, ale świetnie rozegraną strategią marketingową. Na okładce jednostrzałowca, który miał na dobre rozhulać uniwersum Ultimate 2.0, majaczyły zacienione sylwetki kilku bohaterów, w tym tego, który ponad dwie dekady wcześniej rozpoczął istnienie Ziemi-1610, a na którego powrót z pewnością czekali wszyscy czytelnicy od momentu, w którym słowo "Ultimate" znów zaczęło przewijać się w komunikatach prasowych Marvela. To, że powstanie nowy "Ultimate Spider-Man" było wtedy już pewne, pozostało więc poczekać na odpowiedź na dwa kluczowe pytania: "kiedy?" i "od kogo?".
Dom Pomysłów nie trzymał fanów w niepewności zbyt długo – w październiku 2023 roku, podczas New York Comic Conu, na corocznym panelu "Marvel’s Next Big Thing" CB Cebulski ujawnił trzy tytuły, które począwszy od stycznia 2024 roku miały kontynuować rozwój nowego świata Ultimate – "Ultimate Black Panthera" Bryana Hilla i Stefano Caselliego, "Ultimate X-Men" Peach Momoko i, rzecz jasna, "Ultimate Spider-Mana" Jonathana Hickmana i Marco Checchetto. Marvel kontynuował strategię skrupulatnego dawkowania informacji i podczas NYCC zdradzono jedynie, że główny bohater USM-a ma przypominać Petera B. Parkera, czyli Spider-Mana w średnim wieku, z żoną i dzieckiem, z serii filmów animowanych "Spider-Man: Uniwersum". Podczas gdy regularny "Amazing Spider-Man" pisany wówczas przez Zeba Wellsa był notorycznie karcony i wyszydzany za upupianie Parkera i sztuczne oddalenie go od Mary Jane Watson, niegdyś miłości jego życia, sama sugestia tego, że w "Ultimate Spider-Manie" zobaczymy Petera jako głowę rodziny wystarczyła, by fandom zwyczajnie oszalał z radości.
Gdy kolejne zapowiedzi miarowo trafiały do sieci, a entuzjastyczne spekulacje o tym, że Peter Parker będzie w "Ultimate Spider-Man" mężem i ojcem zostały potwierdzone, mogłoby się wydawać, że żaden inny komiks nie istnieje w ogólnej świadomości odbiorców Marvela. Nieco ucierpiało na tym "Ultimate Invasion" – podczas gdy fani ochoczo nazywali komiks, który jeszcze nawet nie wyszedł najlepszym tytułem 2024 roku, stawiająca fundamenty zupełnie nowego uniwersum miniseria musiała co chwilę przypominać czytelnikom, że w ogóle istnieje.
Hickman i Hitch nawet nie udawali, że zamierzają szyć coś z fabularnych nitek pozostawionych luzem przez "Venoma" Catesa: o tym, że Maker przeniósł się do swojego dawnego świata kompletnie zapomniano, a punktem wyjścia "Ultimate Invasion" stała się jego zupełnie nowa misja. Stwórca zamarzył o zostaniu bogiem, skonstruował więc portal do innej rzeczywistości i, o włos unikając bycia powstrzymanym przez największych bohaterów Ziemi-616, przeniósł się do nowego świata, który, czego łatwo można się domyśleć po jego przydomku, uformował według własnego widzimisię. Majstrując przy historii całego wszechświata, Maker stworzył na Ziemi-6160 dystopię, w której znaczna część bohaterów została zneutralizowana lub nigdy nie zaistniała. Przechwycenie radioaktywnego pająka tuż przed tym, jak ukąsił nerdowatego nastolatka na wycieczce szkolnej sprawiło, że Peter Parker nigdy nie został Spider-Manem, a herosi tacy jak Hulk, Iron Man czy Magik zostali zrekrutowani do bycia częścią wpływowego wewnętrznego kręgu Makera, zza kotary wspierając go w sprawowaniu absolutnych rządów nad światem.
Światotwórcza baza wykreowana w "Ultimate Invasion" została później znacząco rozwinięta przez Deniza Campa w "Ultimates", tymczasem Hickman zszedł ze skali makro do mikro, w pełni skupiając się na "Ultimate Spider-Manie". W nowym kontekście ponadczasowa opowieść o wielkiej mocy i wielkiej odpowiedzialności stała się historią o wyborze własnego przeznaczenia. Peter Parker z Ziemi-6160, zakochany na zabój w swojej żonie Mary Jane Watson-Parker, dumny ojciec dwójki dzieci, Richarda i May, ma wszystko to, czego brakuje jego odpowiednikowi z głównego uniwersum. Mimo to, całe dotychczasowe życie czuje niewypowiedziany brak, jakby bez wyrażonej zgody odebrano mu integralną część jego tożsamości. Wiecie już chyba, w którą stronę to zmierza? Zamiast nieszczęśliwego trafu, ikoniczne ukąszenie pająka jest w "Ultimate Spider-Manie" wynikiem świadomej decyzji o wypełnieniu luki w życiu i zostaniu bohaterem w świecie, który wszelkie przejawy heroizmu tępi precyzyjnie i brutalnie, do tego w ekspresowym tempie. Na poziomie samego konceptu "Ultimate Spider-Man" po prostu działa, w dużej mierze dlatego, że "Amazing Spider-Man" fundamentalnie przestał działać dwie dekady temu. Czy kogokolwiek zdziwił fakt, że seria Hickmana i Checchetto zaowocowała wręcz nieskończoną fontanną dolarów wpadających do kieszeni redaktorów Marvela?
Chociaż dystyngowana konkurencja podjęła rzuconą przez Marvela rękawicę i kilka miesięcy później wystawiła na ring własnego pretendenta o tytuł najbardziej wyczekiwanej reinwencji klasycznego herosa – o nim nieco później – rok 2024 był bez dwóch zdań rokiem "Ultimate Spider-Mana". 14 stycznia, cztery (!) dni po premierze "Ultimate Spider-Man" #1, Rich Johnston z Bleeding Cool donosił, że na rynku wtórnym zeszyt sprzedaje się już za siedmiokrotność swojej ceny okładkowej. W tym samym artykule Johnston przytacza relację właściciela kalifornijskiego sklepu Arsenal Comics, według której pierwszy zeszyt komiksu Hickmana i Checchetto kompletnie wyprzedał się w ledwie 48 godzin. Gdy w grudniu przyszła pora na roczne podsumowania i ogłoszenie najchętniej kupowanego zeszytu roku, otwierający zeszyt "Ultimate Spider-Mana" szedł łeb w łeb z pierwszym "Absolute Batmanem", ostatecznie ulegając totalnej rynkowej dominacji napakowanego nietoperza, niemniej do samego końca honorowo walcząc o zaszczytne pierwsze miejsce i osiągając niezwykle rzadko spotykany w dzisiejszych czasach wynik prawie pół miliona sprzedanych kopii na przestrzeni siedmiu dodruków. Wydanie zbiorcze pierwszych sześciu zeszytów USM-a domknęło podium najczęściej kupowanych albumów 2024 roku (rzecz jasna w rankingu wykluczającym mangę), a nawet półtora roku później, gdy seria zbliżała się już do końca, paperbacki "Ultimate Spider-Mana" stabilnie utrzymywały się w czołówce najchętniej wybieranych przez konsumentów.
Gdyby artykuł zakończyć w tym miejscu, byłby on piękną historią współczesnego sukcesu ku pokrzepieniu serc fanów komiksów superbohaterskich. Hickman nie bez powodu figuruje jednak jako podejrzany – i, po być może nieco przydługim zarysowaniu kontekstu, najwyższy czas wyjaśnić, dlaczego to śledztwo zaczyna się od niego.
W przytoczonym już podcaście Jonathan Hickman stwierdził, że "teraz jednym z moich głównych zadań w firmie jest dostarczanie im wielkiego drzewa z którego zwisa kilka gałęzi. Tak działa uniwersum Ultimate, tak będzie działało też <<Imperial>> [prowadzony przez Hickmana projekt ustrukturyzowania bałaganu w kosmicznym zakątku Marvela, niestety zakończony jedynie serią anulowanych komiksów]: trzech czy czterech scenarzystów może zabrać się za komiks, który jest już w ruchu, nie muszą rozpoczynać od samego początku, to moje zadanie, zamiast tego od razu mają jakieś momentum. Zajmowaliśmy się tego typu projektami, zamiast robienia czegoś jak <<Ród X/Potęgi X>> albo <<Avengers/New Avengers>> gdzie opowiadam jedną, wielką historię, która jest w jakiś sposób zamknięta i uniwersalna, ale podejmuje większe ryzyko. To naczelna różnica". Fakt, "Ultimate Invasion" było właśnie takim "drzewem": punktem wyjścia, który rozstawia pionki na planszy i pozwala kolejnym twórcom rozgrywać partię za partią. Wbrew słowom Hickmana jego zadanie nie zakończyło się jednak wyłącznie na dostarczeniu gliny, z której inni będą lepić – przeczy temu samo istnienie "Ultimate Spider-Mana"", który, mimo bycia w dużej mierze niezależnym od posuwającego się do przodu w "Ultimates" Deniza Campa wątku obalenia władzy Makera, z uwagi na samą swoją popularność stał się serią reprezentatywną dla Ziemi-6160. Dla ogromnej części czytelników, uniwersum Ultimate było "Ultimate Spider-Manem", a Hickman, chcący opowiedzieć raczej skromniejszą, skupioną na postaciach historię, chyba nie był na taką odpowiedzialność gotowy. Widać to gołym okiem w samej strukturze jego komiksu, który wydaje się raczej niechętnie naginać swoją narrację do zasad funkcjonowania nowopowstającego uniwersum.
Najbardziej unikalnym elementem, dyktującym sposób opowiadania historii w każdej serii z uniwersum Ultimate, był format czasu rzeczywistego. Jeśli dana seria rozgrywała się na Ziemi-6160, to twardo trzymała się schematu jeden zeszyt = jeden miesiąc. Cóż, prawie każda – bo "Ultimate Spider-Man" postanowił złamać tę zasadę i pod koniec przeskoczył o kwartał w przyszłość, by trzy ostatnie zeszyty serii nie musiały być ograniczone tym sztywnym harmonogramem. Fakt faktem, gdy efekt novum się wyczerpał, po kilku miesiącach łatwo było zauważyć, że zabieg ten, z początku wymuszający kreatywne rozwiązania, ostatecznie w dużej mierze działa na niekorzyść praktycznie wszystkich komiksów ze słowem w "Ultimate w tytule. Tempo "Ultimate X-Men" czy "Ultimate Black Panthera" mocno na tym cierpiało, nierzadko zmuszając czytelnika do zawieszenia niewiary naprawdę, naprawdę wysoko, by pytanie "chwila, minął miesiąc, czemu oni nadal mają ten sam problem?" nie zajmowało jego głowy przy każdym kolejnym przewróceniu strony. Hickman zdawał się szczególnie niechętny do respektowania tej reguły: poza kompletnym zignorowaniem jej na finiszu, wybierał sprytne rozwiązania w postaci zeszytów będących w większości retrospekcjami pozwalającymi płynnie kontynuować wydarzenia z poprzedniego miesiąca lub wygodnego zaplanowania akcji któregoś zeszytu na ostatni dzień marca, a kolejnego – na pierwszy dzień kwietnia.
"Ultimate Spider-Man" to również komiks odchodzący od dotychczasowego modus operandi Jonathana Hickman jako scenarzysty, który znany jest przede wszystkim z tworzenia złożonych, meandrujących fabuł – charaktery postaci i ich interpersonalne dramaty w komiksach Hickmana schodziły raczej na drugi plan, jedynie uzupełniając fabułę. Tymczasem jego zamykająca się w dwudziestu czterech zeszyta historia o Spider-Manie to pełnoprawna telenowela, w której niejeden zeszyt spędzamy wyłącznie jako świadkowie długich, rozbudowanych konwersacji. Nie uświadczymy w "Ultimate Spider-Manie" zgłębiania trwających przez dekady konspiracji, wyniesionych konceptów sci-fi czy nawet chyba najbardziej ikonicznego elementu prawie każdego komiksu Hickmana: stron poświęconych tabelom, wykresom, grafom i mapom myśli, mających jakoś uporządkować natłok informacji, którym scenarzysta zwykle zalewa czytelnika. Flagowy komiks uniwersum Ultimate 2.0. skalą nigdy nie wyrasta poza swoją małomiasteczkowość (jeśli można tak nazwać opowieść dziejącą się w Nowym Jorku). Nawet nemesis Petera Parkera w USM-ie, Kingpin, to raczej płotka w globalnym imperium Makera – aż takiej przyziemności próżno szukać w poprzednich komiksach Hickmana. Czyni to "Ultimate Spider-Mana" z pewnością jednym z najbardziej wyjątkowych tytułów w jego portfolio. Jednocześnie Hickman, wychodząc daleko poza swoją strefę komfortu, niejednokrotnie zdaje się potykać o własne nogi.
Chociaż "Ultimate Spider-Manowi" daleko do komiksu złego, to jest on pozycją zagubioną, momentami nie do końca pewną tego, czym właściwie chce być. Obietnica opowieści o dojrzałym Spider-Manie mierzącym się z równie dojrzałymi problemami zostaje złamana dość szybko, bo po przedstawieniu nam rodziny Parkerów i małżonka, i dzieci Petera na dłuższy czas zmieniają się w "Ultimate Spider-Manie" w statystów. W drugiej połowie serii, młody Richard Parker staje się bardzo ważnym graczem, ale do prawie samego końca MJ tkwi zamknięta w personie idealnej żony, nie zgłaszającej obiekcji nawet wtedy, gdy ścigani przez ludzi Kingpina Parkerowie muszą uciekać z miasta, a May Parker, najmłodsza członkini rodziny Petera, po pierwszych trzech zeszytach odzywa się może kilka razy. Wpływ, jaki na dotychczas niezwykle zwyczajne życie rodzinne miałaby decyzja o zostaniu superbohaterem, mimo bycia początkowo jednym z najciekawszych elementów "Ultimate Spider-Mana", ostatecznie nie wydaje się szczególnie interesować Jonathana Hickmana. Szczerze powiedziawszy, rzadko kiedy interesuje go nawet tytułowy superbohater – Harry Osborn, na Ziemi-6160 będący szarym moralnie Zielonym Goblinem, to pełnoprawny deuteragonista serii, często znacznie bardziej aktywny w historii od samego Petera. Podczas gdy Parker głównie reaguje na zmiany wokół niego, to Osborn popycha fabułę do przodu swoimi decyzjami, to on na łamach historii najwięcej robi, najwięcej traci i najbardziej się zmienia. Być może seria zatytułowana "Ultimate Green Goblin" nie sprzedawałaby się tak dobrze, ale Hickman byłby chyba w taki komiks znacznie bardziej oddany.
Wspomniany wcześniej system czasu rzeczywistego jasno dzieli "Ultimate Spider-Mana" na rok pierwszy, pełen nadziei, zachwytów i dobrej wiary oraz rok drugi, cechujący się przede wszystkim zrzuceniem różowych okularów i ciągłym wiszącym nad serią Hickmana cieniem druzgocących wieści o tym, że zeszyt 24 będzie również jej ostatnim. Chociaż to głównie rok drugi wydaje się wskazywać na Hickmana jako potencjalnego winnego zabójstwa uniwersum Ultimate 2.0, to nie można zignorować roku pierwszego, w trakcie którego był on siłą prawie że samodzielnie odpowiedzialną za jego sukces. Mankamenty serii tak radykalnie nie współgrające z przyzwyczajeniami Hickmana, niekonsekwentne podejście scenarzysty i noszenie na barkach odpowiedzialności bycia reprezentantem całego uniwersum, z którym początkowo nie miał być nawet w ogóle związany, to zarzuty być może wskazujące na to, że nasz podejrzany mógł zrobić więcej, by stworzona przez niego Ziemia-6160 nie skończyła w piachu tak szybko. Nie uważam jednak, by były wystarczająco obciążające, aby mogły wskazywać na Hickmana jako jedynego winnego w sprawie. Być może prawdziwego zabójcy należy szukać nie pośród najbliższych ofiary, ale w jej największym rywalu – tym, który zrzucił ją z tronu.
Johnny okazał się fałszywym tropem. Nawet, jeśli stracił z czasem swój zapał, to Ziemia-6160 nie mogła być mu obojętna – nie na tyle, aby ją bez żadnych skrupułów kropnąć. Jak jakiś żółtodziób myślałem, że mój pierwszy traf jest słuszny i przez butę przestałem myśleć trzeźwo… lub, wręcz przeciwnie, wlałem w siebie jeszcze za mało trunku, aby zignorować te wszystkie cholerne detale i skupić się na szerszym obrazku..
Może odpowiedź była cały czas tuż przede mną, nawet, jeśli uznałem ją za zbyt oczywistą. Gwiazda z klubu naprzeciwko zabija konkurencję i zajmuje jej miejsce na szycie? Rozwiązywałem takie banały, zanim wyrósł mi pierwszy włosek na brodzie. Wszyscy przecież wiedzieli, że ich układ był korzystny. Niby jak ten cały "Batman" miałby zyskać na tym, że Ziemia-6160 kopnęła w kalendarz?
Losy uniwersum Absolute i uniwersum Ultimate (zarówno oryginału, jak i 2.0) są ze sobą ściśle sprzężone. To pierwsze prawdopodobnie nigdy nie zaistniałoby bez tego drugiego – w 2023 roku, gdy do sieci trafiły pierwsze plotki o planowanej nowej linii wydawniczej DC, pierwotnie odnoszono się do niej jako "Ultimate DC". Chociaż idea elseworldów nigdy nie była DC obca, to właśnie utworzona w 2000 roku Ziemia-1610 już na zawsze stała się synonimem nowego uniwersum, w którym klasyczne wizerunki superbohaterów mogą być wymyślone na nowo.
Rzeczywiście, fundamenty świata Absolute i świata Ultimate, szczególnie nowego świata Ultimate, są bardzo podobne. I w jednym, i w drugim ustanowiony złoczyńca przenosi się na zupełnie nową ziemię, by stać się tam niemalże (w przypadku Makera przy Ultimate 2.0) bądź dosłownie (w przypadku Darkseida przy Absolute), istotą boską. I jedno, i drugie oferuje "mroczniejsze" spojrzenie na dotychczasowych bohaterów i realia świata, który zamieszkują. Wreszcie i jedno, i drugie bardzo bezpośrednio odnosi się do współczesnych wrażliwości: skorumpowane rządy, w których garstka wpływowych, wszechmocnych władców rządzi miliardami zwykłych ludzi oraz bohaterowie-rebelianci, którzy zamiast bronić statusu quo, muszą działać przeciw niemu. Chociaż uniwersum Ultimate 2.0 jest pod tym względem o wiele bardziej bezpośrednie, obie linie ukazują superherosów w starciu z niewyobrażalnie większą od nich, późnokapitalistyczną maszyną autorytaryzmu, rzecz jasna poruszając się między granicami radykalnej myśli, na jakie zezwala im bycie produktem drukowanym miesiąc w miesiąc przez warte miliardy dolarów korporacje.
Chociaż "Ultimate Spider-Man" był już na etapie dziewiątego zeszytu, gdy debiutancki zeszyt "Absolute Batmana" trafił do sprzedaży, obie serie wspólnie tworzyły jeden wielki marketingowy fenomen, na wzór tego, co filmy "Barbie" i "Oppenheimer" zrobiły dla siebie nawzajem w kinie latem 2023 roku. Porównania między alternatywnymi uniwersami, reprezentowanymi przez solowe serie na nowo opowiadające przygody ich najpopularniejszych własności intelektualnych, rzadko kiedy służyły wskazywaniu, kto zgapił co od kogo (zresztą każdy, kto przez dłuższą chwilę obcuje z komiksami o superbohaterach dobrze wie, że od czasu narodzin Supermana każdy zgapiał od każdego). Tak jak w popularnym internetowym memie: zamiast zastanawiać się, które z dwóch oferowanych mu ciast jest lepsze, odbiorca zwyczajne cieszył się z tego, że stawia mu się pod nosem dwa przysmaki. Najłatwiejszym do zaobserwowania efektem promocyjnej symbiozy między "Absolute Batmanem" i "Ultimate Spider-Manem" był ich wyścig o tytuł najlepiej sprzedającego się pojedynczego zeszytu 2024 roku, w którym pierwszy stale napędzał popyt na drugiego.
Ostatecznie wygrał go jednak "Absolute Batman", raczej bez zaskoczenia, bo chociaż Marvel w XXI wieku prawie że nieprzerwanie zajmował większą część amerykańskiego rynku komiksowego – szala ponownie przechyliła się na stronę DC dopiero niedawno – to właśnie Batman i wszystko, co z nim związane w pojedynczych starciach cieszyli się znacznie większą miłością odbiorców. A chociaż zwykle uczucie to nie skapywało na resztę serii DC, najczęściej znajdujących się daleko za Mrocznym Rycerzem, przy kolejnych premierach z uniwersum Absolute zainteresowanie czytelników wreszcie zaczęło sięgać poza wąskie, batmanowe horyzonty. Z comiesięcznych zestawień sprzedażowych serwisu ICv2 wyczytamy, że pierwsze zeszyty "Absolute Wonder Woman" i "Absolute Superman" zanotowały fantastyczny start, ale, co najważniejsze, ich momentum nie wyczerpywało się na etapie "jedynek". Dlaczego popularność "Ultimate Spider-Mana", który od pierwszego do ostatniego zeszytu bez trudu wdrapywał się do czołówki zestawień sprzedażowych, w podobny sposób nie promieniowała na resztę serii z uniwersum Ultimate 2.0? Pierwszy zeszyt każdej z nich zadebiutował na samym szczycie listy ICv2, jednak dość szybko "Ultimate X-Men", "Ultimates" czy nawet z początku naprawdę popularny "Ultimate Wolverine" (nie wspominając o "Ultimate Black Pantherze", który często nie znajdywał się nawet w zestawieniu pięćdziesięciu najchętniej kupowanych komiksów danego miesiąca) wypadły poza pierwszą dziesiątkę, pod koniec swoich żywotów lądując bliżej miejsca trzydziestego, bądź czterdziestego. Skoro ustaliliśmy już, że "Ultimate Spider-Man" to synekdocha tego, jak nowy świat Ultimate radził sobie jako całość, spójrzmy bezpośrednio na jego przykład i to, jak wypada przy wzorowym reprezentancie konkurencyjnego uniwersum, "Absolute Batmanie".
Chociaż suchych danych liczbowych nie należy traktować jako wyroczni, to z pewnością pomagają one w zauważeniu reguł, wzorów i, co najważniejsze, drastycznych różnic między rozwojem uniwersów Absolute i Ultimate. W styczniu 2024 roku, "Ultimate Spider-Man" #1, na razie bez dwumetrowego, napakowanego Batmana dyszącego mu na kark, ląduje na pierwszym miejscu wykresu sprzedażowego, bez trudu wyprzedzając regularnego "Amazing Spider-Mana”. Zeszyt doczekuje się jeszcze sześciu dodruków, z czego najnowszy, oznaczony jako 7th printing, trafia do sprzedaży w sierpniu tegoż roku, aż siedem miesięcy po premierze pierwszego druku. W kolejnych miesiącach trend jest kontynuowany - "Ultimate Spider-Man" notorycznie ląduje albo na samym szczycie, albo bardzo blisko niego, przy okazji zawsze doczekuje się co najmniej jednego dodruku. Przez pół roku USM nie spada poniżej drugiego miejsca podium, za każdym razem bity wyłącznie przez inny komiks Marvela, z czego dwukrotnie przez inną serię z nowego świata "Ultimate". Sukces? Oczywiście, że sukces.
Coś dziwnego zaczyna się jednak dziać w sierpniu 2024 roku. Ósmy zeszyt "Ultimate Spider-Mana" ląduje wtedy na drugim miejscu tabeli sprzedażowej – bez żadnych dodruków. Aż do kwietnia 2025 roku, miesiąca premiery szesnastego zeszytu USM-a, Marvel kompletnie rezygnuje z jakichkolwiek dodruków, mimo że seria Hickmana i Checchetto jeszcze przez ponad pół roku nie spada poniżej pierwszej piątki w każdym comiesięcznym rankingu. Równocześnie, kolejne zeszyty "Absolute Wonder Woman" i "Absolute Supermana", plasujące się w tych samych rankingach poniżej "Ultimate Spider-Mana", mogą pochwalić się trzema, czterema czy nawet pięcioma dodrukami. Bez wyraźnego powodu, mimo utrzymywania stabilnego, wykraczającego znacząco poza regularny poziom popytu, Marvel postanowił zaprzestać drukować komiks, który ledwie kilka miesięcy wcześniej był bliski zapewnienia im pierwszego od dawna tytułu najchętniej kupowanego zeszytu roku.
Jak to wyglądało w przypadku "Absolute Batmana"? Jedynka debiutuje na pierwszym miejscu wykazu sprzedażowego z października 2024 roku i w momencie tworzenia tego tekstu ma za sobą jedenaście (!) dodruków, z czego najnowszy zaplanowany jest na 2 września tego roku, blisko dwa lata po premierze zeszytu. Kolejne pięć zeszytów solidnie utrzymuje pozycję na pierwszym, drugim lub, w przypadku zeszytu #6, trzecim miejscu comiesięcznego rankingu. Do teraz, czyli do sierpnia 2026, "Absolute Batman" nigdy nie opuszcza już podium żadnego comiesięcznego zestawienia, z czego większość czasu spędza na pierwszym miejscu, ustępując jedynie crossoverom Marvela i DC oraz głośnym "jedynkom". Każdy wydany do lipca 2026 roku zeszyt doczekał się co najmniej jednego dodruku, zwykle oscylując w okolicach trzech-czterech. Nie wygląda na to, by w najbliższej przyszłości ten stan rzeczy miał się zmienić.
Finałowy, 24. zeszyt "Ultimate Spider-Mana", który trafił do sprzedaży w lutym 2026 roku, skończył na siódmym miejscu rankingu, z jednym dodrukiem.
Z całego tego zalewu danych o rankingach i dodrukach wydestylować można jeden, konkretny wniosek: chociaż "Ultimate Spider-Man" i "Absolute Batman" rozpoczęli swoje sklepowe rządy wręcz identycznie, tylko jeden z nich zmienił się w popkulturową kulę śnieżną, która stale rośnie i nie zamierza się zatrzymać. Podpowiem, że nie jest to seria Hickmana i Checchetto. Uważam, że zrezygnowanie z regularnego drukowania wznowień zeszytu było ze strony Marvela decyzją nietrafioną i niezrozumiałą, do tego kompletnie kontrintuitywną. Dbając o to, by pojedyncze zeszyty "Absolute Batmana" stale krążyły w regularnym obiegu sprzedażowym, DC zapewniło, że zainteresowanie z miesiąca na miesiąc wyłącznie rośnie – do tego stopnia, że jeden z najnowszych numerów serii jest w tym momencie najlepiej sprzedającym się zeszytem z Batmanem w historii.
Po stronie Marvela nie znalazłem choćby krótkiego uzasadnienia rezygnacji z praktyki będącej jednym z podstawowych sposobów zapewniania żywotności danej serii. Co ciekawe, wejście do gry "Absolute Batmana" nie sprawiło, że USM został nagle brutalnie strącony ze swojej dotychczasowej pozycji. Jeśli spojrzymy na dane z października, listopada i grudnia 2024 roku, trzech pierwszych miesięcy równoległej publikacji obu serii, komiks Marvela stabilnie trzyma się zaraz za "Absolutami", zwykle na trzecim bądź czwartym miejscu, podobnie zresztą ma się sytuacja w pierwszych miesiącach 2025 roku.
Cyferki wskazują na to, że sukces "Absolute Batmana" miał niewielki wpływ na ochłodzenie się stosunku czytelników do uniwersum Ultimate – śmiałbym raczej postawić tezę, że fala nowych czytelników naturalnie zainteresowała się również podobnie przystępną linią Domu Pomysłów. Zapomnienie o dodrukach, wbrew wszelkiej logice, zdaje się być tutaj zaniedbaniem ze strony Domu Pomysłów: zainteresowanie zeszytami "Ultimate Spider-Mana" ewidentnie nie ustępowało, problem pojawił się wtedy, gdy chętni na zakup klienci nie mogli od ręki zakupić brakujących poprzednich numerów. To pasywność Marvela, a nie agresja DC wypchnęła komiksy z uniwersum Ultimate 2.0 ze sklepowych półek. Jak inaczej wytłumaczyć, że w roku, w którym częstotliwość zakupu fizycznych wydań zeszytówek wzrosła o 20% względem poprzedniego, liczba sprzedanych sztuk komiksów z nowego świata Ultimate miarowo spadała?
Jeśli nie była to cicha rezygnacja Jonathana Hickmana, ani nagły przeskok dotychczasowej widowni do wagonika z napisem "Absolute", to co – lub kto – ponosi winę za ostateczną porażkę nowego świata Ultimate? Rozpocząłem to śledztwo od autora, który nakreślił najważniejsze zasady funkcjonowania uniwersum Ultimate 2.0, po czym zamknął się w swoim nowojorskim, przyjaznym sąsiedztwie, klucze do zamku pozostawiając komuś innemu. Kolejny podejrzany, teoretycznie największy rywal ofiary, w rzeczywistości jedynie jej pomagał, przynajmniej przez chwilę. Skoro dwa tropy okazały się prowadzić donikąd, może najwyższa pora przyjrzeć się scenarzyście, który mimo niewielkiego wcześniejszego dorobku podjął się niełatwego zadania, jakim był rozwój rdzenia całej narracji związanej z Ziemią-616. Nazwisko Deniza Campa widnieje przecież na komiksie zatytułowanym, o zgrozo, "Ultimate Endgame" – ciężko zabiegać o bardziej bezpośrednią formę złapania na gorącym uczynku.
Podłogę mojego biura zdobi już cały dywan dokumentów, a ja mimo to nie znalazłem nic, co nadałoby tej sprawie choćby krztę sensu. Johnny był za miękki, Batman – zbyt twardy. Musi być tu coś, czego nie widzę. Spoglądam przez dno już pustej butelki whiskey jak przez peryskop, ale wszystko wokół mnie spowija gęsta mgła. Gdzie jest mój morderca?
Nagle podskakuję na krześle. Myśl uderza mnie błyskawicznie i diabelnie mocno, jak kula między żebrami. On, zwykły dzieciak, chłopak znikąd, który awansował na pozycję najważniejszego człowieka przy Ziemi-6160 w tempie, w jakim karierę robią tylko ludzie mający coś za uszami. Deniz, chociaż nie miałeś nic wspólnego z wprowadzeniem jej na salony, wygłaszasz jej mowę pogrzebową. Kim ty, do cholery, właściwie jesteś?
Daniz Camp, amerykański scenarzysta pochodzenia filipińskiego, zadebiutował w 2016 roku shortem w antologii "Millarworld Annual". Jego pierwszy komiksowy pełen metraż, "Maxwell’s Demons" opublikowało dwa lata później Vault Comics. Krótki występ w specjalnym, pandemicznym wydaniu "Ice Cream Mana", jednego z flagowych horrorów Image Comics, zapewnił mu w 2021 roku – współdzieloną, ale wciąż! – pierwszą w karierze nominację do nagrody Eisnera, za Najlepszy Pojedynczy Zeszyt. Prawdziwy przełom nastąpił jednak w 2022 roku: razem ze Stipanem Morianem Camp stworzył "20th Century Men", gęsty jak smoła komiksowy manifest polityczny, mieszający elementy superbohaterszczyzny z alternatywną historią i dramatem wojennym, który szybko zaczął trafiać na listy najlepszych tytułów
Rok później Camp miał już za sobą swój pierwszy komiks Marvela, czterozeszytową miniserię "Children of the Vault". "Ultimates" było ledwie drugim tytułem, który Camp współtworzył dla Domu Pomysłów. Przy czym po raz pierwszy stanął wtedy przed zadaniem pisania regularnego miesięcznika. Zapewne wielu fanów drapało się po głowach, gdy w lutym 2024 roku ogłoszono, że nową wersję drużyny herosów stworzonej dwadzieścia dwa lata wcześniej przez Marka Millara i Bryana Hitcha będzie pisał nie jeden ze starych marvelowych wyjadaczy z portfolio podobnym do tego, jakim może się pochwalić Jonathan Hickman, a de facto kompletny nowicjusz w świecie komiksu z superbohaterami. "Moim pierwszym dużym projektem komiksowym było wygranie konkursu Millarworld dla nowych talentów, więc widzę dziwną, słodką nić powiązania, gdy biorę na siebie tytuł, któremu Mark i Bryan utorowali drogę ponad dwadzieścia lat temu", przyznał Camp w wypowiedzi dla serwisu ComicBook, użytej w artykule zapowiadającym nadejście nowych "Ultimates", dodając przy tym, że "robimy, co możemy, aby być godnymi nazwy <<Ultimates>> i doskoczyć do poprzeczki, którą zawiesili Jonathan [Hickman], Marco [Checchetto] i inni twórcy komiksów ze świata Ultimate!". Ktokolwiek w Domu Pomysłów uznał powierzenie serii wytyczającej ścieżkę, jaką ma podążać uniwersum Ultimate 2.0 takiemu świeżakowi za dobry pomysł jest… chyba geniuszem, bo "Utlimates" Campa i Juana Frigeriego to bez dwóch zdań najlepszy tytuł z całej linii, przy okazji jeden z najlepszych komiksów Marvela ostatnich kilku lat.
"Ultimates" to światotwórczy rdzeń Ziemi-6160, płynnie kontynuujący wątki rozpoczęte przez Hickmana w "Ultimate Invasion". Wykorzystuje on do tego pozornie prosta formułę: prawie że każdy zeszyt serii Campa i Frigeriego opiera się na procesie rekrutacji nowego bohatera do walki z reżimem Makera. Startowy skład drużyny – Iron Lad, w tym uniwersum będący młodziutkim Tonym Starkiem; Doom, tutejsza wersja Reeda Richardsa, złamana przez lata tortur Makera; świeżo rozmrożony Kapitan Ameryka; jeszcze niedawno więzieni przez Lokiego w mitycznym królestwie Asgardu Thor i Sif oraz Jim Hammond, android z czasów II Wojny Światowej, mogący stawać w płomieniach – stale powiększa się o nowych rewolucjonistów, a Camp wykorzystuje tę strukturę do opowiedzenia zaskakująco transgresyjnej historii o naturze faszyzmu, budowaniu kolektywu i sile, jaką mają zwykli, domagający się zmiany na lepsze, ludzie. Sieć Ultimates z czasem poszerza się do tysięcy członków, pośród których tylko garstka jest obdarzona supermocami – lwia część ruchu rozpoczętego przez Iron Lada to obywatele, którzy postanowili wreszcie zawalczyć o wyrwanie się spod buta opresora. Zamiast standardowego, superheroicznego mordobicia – przynajmniej do czasu – w "Ultimates" zobaczymy rozbijanie nazistowskich bojówek, rzucanie koktajlami Mołotowa i tworzenie niezależnego systemu kontaktu w darknecie.
Nie mówię, że "Ultimates" to jakaś współczesna wariacja na temat "Manifestu komunistycznego" – mimo radykalnego przesłania i naginania granic tego, co zwykle pokazują komiksy głównego nurtu, seria Campa i Frigeriego to wciąż komiks na wskroś superbohaterski. Co najbardziej zaskakujące, nie działa to na jego niekorzyść: z pozoru kompletnie nie współgrające ze sobą linie narracyjne, jedna będącą podręcznikiem kanapowego rewolucjonisty, druga ordynarnie babrająca się w rajtuzowej pulpie, działają w harmonii i świetnie się uzupełniają. Konwencja pstrokatych kostiumów, kosmitów i nordyckich bogów spuszcza powietrze z napompowanego balonika politycznego oświecenia, dzięki czemu "Ultimates" nigdy nie wydaje się jedynie prawić kazań.
Równocześnie, wysoki poziom społecznej świadomości, obecny chyba w każdym komiksie Deniza Campa, naturalnie wzbogaca historię w gruncie rzeczy prawiącą o, jak wiele innych komiksów Marvela, walce dobra ze złem. Powszechne postrzeganie tego, kto należy do pierwszej, a kto do drugiej kategorii, zostaje na Ziemi-6160 wywrócone do góry nogami – Ultimates są w mediach przedstawiani jako niebezpieczni terroryści dążący do tego, by świat płonął, przez co od pierwszego do ostatniego zeszytu kibicujemy rzeczywistym antysystemowcom, a nie obrońcom skostniałego establishmentu. Miła odmiana.
Chyba nikt nie spodziewał się, że Camp poradzi sobie aż tak dobrze. Przejęcie batuty po Jonathanie Hickmanie nie należy do łatwych zadań nawet, jeśli ma się już na koncie dziesiątki napisanych komiksów. Pierwszy rok istnienia Ziemi-6160 zaspokajał wszystkie potrzeby czytelników Marvela – ci, którzy wolą skondensowane i bardziej kameralne historie mogli co miesiąc zachwycać się kolejnymi zeszytami "Ultimate Spider-Mana", a fani stawki większej niż życie w "Ultimates" otrzymywali regularną, sycącą dawkę wrażeń. Dom Pomysłów wypracował formułę, która przyciągała nowych czytelników i zaskakiwała starych. Wydawało się, że to tyle, mamy to. Kiedy więc w czerwcu 2025 roku pierwsze plotki o potencjalnym końcu nowego świata Ultimate zaczęły krążyć po sieci, wzięto je raczej za brednie – kto o zdrowych zmysłach wyłączałby tak świetnie działającą maszynę? Informacji jednak stale przybywało, a pogłoski zaczęły coraz bardziej przypominać przecieki. Okrzyki zachwytu i wiwaty miarowo zastępowało coraz głośniejsze buczenie.
Rzeczywiście, ustanowiony deadline był czymś obecnym od samego początku istnienia uniwersum Ultimate 2.0. Format czasu rzeczywistego nie powstał tylko po to, by działać scenarzystom na nerwy – miał również sens w samym świecie przedstawionym, bo w finale "Ultimate Invasion" Maker zostaje zamknięty w czasowej bańce, stając się więźniem w temporalnej pułapce na równo dwadzieścia cztery miesiące. Bohaterowie mieli więc dwa lata, by przygotować się na jego powrót, a każdy kolejny zeszyt nieubłaganie przypominał o tym, że czas ucieka. Chociaż nowy świat Ultimate wyraźnie odliczał czas do wielkiego starcia z Makerem, początkowo nic nie wskazywało na to, że będzie to jednocześnie całkowity koniec tej inicjatywy – raczej zamknięcie pierwszego rozdziału. W końcu jednym z najważniejszych tematów podejmowanych przez "Ultimates" jest to, że żadna jednostka nie jest w stanie uratować całej ludzkości i żaden autorytarny system nie jest zależny tylko od pojedynczego dyktatora. Nieuniknione obalenie Makera wydawało się być wielkim, ale z pewnością nie ostatnim krokiem do zbawienia Ziemi-6160. Hasło przewodnie "Ultimates" – "napraw świat" ("fix the world") – mówiło o tym wprost.
Mimo to, redakcja Marvela sprawiała wrażenie zaskoczonej, gdy oficjalna zapowiedź końca uniwersum Ultimate 2.0 spotkała się z przeważająco negatywnymi reakcjami. Najpierw, podczas San Diego Comic Conu w lipcu 2025 roku, ogłoszono że "Ultimate Spider-Man" definitywnie zakończy się wraz z zeszytem #24, a podsumowaniem ponad dwóch lat istnienia Ziemi-6160 będzie pięciozeszytowe wydarzenie "Ultimate Endgame", również napisane przez Deniza Campa. Chociaż podczas SDCC informacja o kompletnym ucięciu pozostałych serii z linii "Ultimate" nie została podana wprost, to jednak finalność powyższych zapowiedzi była raczej oczywista. Nie zmieniło to faktu, że fani trzymali się resztek nadziei – jak pisze Rich Johnston z Bleeding Cool w artykule z września tamtego roku, "Marvel zadeklarował, że <<Ultimate Endgame>> oznacza koniec uniwersum Ultimate. I nikt im nie wierzy".
Jakiekolwiek wątpliwości zostały rozwiane już w październiku 2025 roku, podczas panelu na nowojorskim Comic Conie, tej samej imprezie, na której równo dwa lata wcześniej celebrowano narodziny Ziemi-6160. Na NYCC potwierdzono, że "Ultimate Black Panther", "Ultimate X-Men" i "The Ultimates" również zakończą się po dobiciu do 24 zeszytu, a najmłodsza seria, "Ultimate Wolverine", doczeka się finału w zeszycie 16. Już wtedy widać było nieścisłości w narracji prowadzonej przez Marvela: podczas gdy na SDCC Jonathan Hickman deklarował, że w swoim pitchu od początku planował napisać tylko 24 zeszyty "Ultimate Spider-Mana" i nic się nie zmieniło, w Nowym Jorku Deniz Camp przyznał, że twórcom trudno było uwierzyć w to, że ich wspólny projekt naprawdę się kończy, ale zamierzają "odejść z hukiem". Jak dumnie obwieszczał Marvel: "Uniwersum Ultimate było ambitnym projektem narracyjnym, który przerósł wszelkie oczekiwania. Teraz odchodzi w szczytowej formie, dostarczając kompletną, rewolucyjną sagę, którą będą mogły cieszyć się kolejne generacje czytelników". Wydawnictwo nie kryło radości związanej z faktem, że historia uniwersum Ultimate 2.0 ma jasny początek i koniec. Odbiorcy nie podzielali tego entuzjazmu.
Deniz Camp znalazł się w nieciekawej sytuacji. Jednego dnia był wunderkidem, następnego tym, który będzie musiał podać nowemu światu Ultimate jego śmiertelny zastrzyk. Wokalny sprzeciw fanów w ledwie kilka dni po ogłoszeniu końca Ziemi-6160 nabrał takiej siły, że Camp poczuł się zmuszony do zabrania głosu w serii postów na platformie X, gdzie dotychczas aktywnie – nierzadko z przekąsem – promował swoją serię i wchodził w interakcję z czytelnikami.
"To prawda, że oryginalnie nie mieliśmy planów by <<zakończyć>> to uniwersum. Spora część mojej serii to zajawianie postaci, które, miałem nadzieję, mogłyby żyć dalej beze mnie i myślę, że byłem w tej kwestii bardzo bezpośredni. Ale John [Hickman] miał zakończyć swoją serią po 24 zeszytach – taki był plan od początku. (...) Peach [Momoko, scenarzystka i rysowniczka <<Ultimate X-Men>> i Bryan [Hill, scenarzysta <<Ultimate Black Panther>>] również mieli zakończyć swoje historie, gdy Maker się uwolnił. To była ich decyzja (według tego, co mi powiedziano/moich interakcji z nimi, i ma to dużo sensu). (...) Początkowo, na bardzo wczesnym etapie, te komiksy miały zakończyć się wraz z odejściem twórców, a <<Ultimates>> byliby kontynuowani i nowe serie zostałyby ogłoszone (kibicowałem Hawkeye, dyskutowaliśmy o Guardians [of the Galaxy], itd.). Wszystko było bardzo niesprecyzowane. Ale w końcu Will Moss [redaktor naczelny linii Ultimate 2.0] przyszedł do mnie i powiedział <<Hej, myślimy o tym, żeby to skończyć. Skończyć, skończyć>>. To było jakiś czas temu, co najmniej rok, ale musiałbym sprawdzić".
Camp był pierwszym związanym z projektem twórcą, który tak otwarcie przyznał, że plany związane z przyszłością nowego świata Ultimate na pewnym etapie uległy zmianie. Jeśli zaufamy jego słowom, decyzja o zakończeniu linii Ultimate 2.0 zapadła gdzieś we wrześniu/październiku 2024. Aha, czyli mamy to! Marvel przestraszył się nadchodzącego, potężnego "Absolute Batmana" i postanowił, że czas zawijać mandżur – sprawa rozwiązana. Cóż, nie do końca: nawet w DC nie zakładano, że ich nowe uniwersum okaże się aż takim sukcesem, nie wydaje mi się też, aby Marvel – ponad wszystko będący korporacją, a one, jak wiemy, lubią zarabiać – przestraszył się, że popyt na przystępne i świeże serie komiksowe jest zbyt wielki. Jeśli wyrok na Ziemię-6160 rzeczywiście podpisano jesienią 2024 roku, oznaczałoby to, że przez poprzednie pół roku "Ultimate Spider-Man" i "Ultimates" nie opuszczali pierwszej dziesiątki najlepiej sprzedających się komiksów danego miesiąca. To wyłącznie detektywistyczna spekulacja, ale nie wydaje mi się, że zarząd firmy, którego jedynym życiowym celem jest pilnowanie, by wykres zysku rósł i rósł, widząc tak ogromne zainteresowanie fanów uznał, że nie ma co ciągnąć tego projektu dłużej, niż rok.
Słowa Campa pomogły jednak nieco uspokoić poddenerwowany fandom, nawet, jeśli gniew zamienił się po prostu żal – żal, że tak krótko, żal, że tak mało, żal, bo potencjał na dalsze historie był ogromny. Marvel był jednak nieustępliwy, kropkę nad i"" stawiając poprzez zapowiedź specjalnego zeszytu "Ultimate: Finale", zbierającego do kupy epilogi wszystkich wcześniej publikowanych serii z Ziemi-616. "Uniwersum Ultimate zamyka swoje drzwi już na zawsze", grzmiał nagłówek na oficjalnej stronie Marvel Comics. Zapamiętajcie to "na zawsze", schowajcie do mentalnej szufladki i naszykujcie na później. Obiecuję, że się przyda.
Premiera "Ultimate Endgame" #1 zaplanowana została na 31 grudnia 2025 – całkiem poetycko. Final "Ultimate Spider-Mana" miał ukazać się tydzień wcześniej, w wigilię, szybko doczekał się jednak nie jednego, a aż dwóch przesunięć, ostatecznie trafiając do sprzedaży dopiero 28 lutego. Wcześniejsze zapewnienia o pitchu od samego początku planowanym na równiuteńkie dwadzieścia cztery zeszyty nagle przestały brzmieć szczególnie wiarygodnie, zwłaszcza, że seria Hickmana i Checchetto nie była jedynym spóźnialskim. Trzeci, czwarty i piąty zeszyt "Ultimate Endgame" zostały przełożone o odpowiednio dwa, cztery i sześć tygodni, a wielkie pożegnanie z Ziemią-6160, "Ultimate Universe: Finale", ukazało się 24 czerwca, prawie dwa miesiące później, niż pierwotnie planowano. Nie sposób określić na ile kolejne przesunięcia wynikały z potrzeby dostosowania się do jednego, konkretnego obiboka, a na ile z ogólnego redakcyjnego rozgardiaszu. Niezależnie od przyczyny, skutkiem tak licznych opóźnień był chronologiczny bajzel: seria "Ultimate Impact: Reborn", która oryginalnie miała rozpocząć się dopiero po śmierci uniwersum Ultimate 2.0 i opowiadać o tym, jakie skutki na Ziemi-616 miała krótka wycieczka Milesa Moralesa na Ziemię-6160, w momencie rzeczywistego zakończenia się nowego świata Ultimate świętowała już premierę drugiego zeszytu.
Gdzie w całym tym chaosie Deniz Camp? Chociaż trudno mi wybrać ulubiony komiks jego autorstwa, bo ma na koncie aż tak dużo świetnych tytułów, to bez mrugnięcia okiem wskażę ten najgorszy. "Ultimate Endgame" wydaje się nie pamiętać o dwóch poprzednich latach innowacyjnej jak na komiks superbohaterski narracji i popada w toksyczne nawyki okrutnie przeciętnego komiksego wydarzenia. Camp stosuje wszystkie tanie chwyty, łącznie z szokującą śmiercią, która zostaje odkręcona ledwie dwa zeszyty później, a mimo naprawdę silnego emocjonalnego rdzenia opierającego się na relacji jednego alternatywnego Reeda Richardsa, Dooma, z drugim alternatywnym Reedem Richardsem, Makerem, wielki finał wielkiego finału uniwersum Ultimate to w większości bezmyślna łupanina. Nie ma szans, by to Camp był sprawcą śmierci Ziemi-6160 – jeśli już, to bliżej mu do kolejnej ofiary.
Odpowiedzi szukać trzeba wyżej. Znacznie wyżej. Hickman czy Camp to ostatecznie, w spojrzeniu cynicznym, chłodnym i biznesowym, jedynie wykonawcy. Prawdziwe decyzje zapadają znacznie wyżej. Will Moss, który według relacji Campa przekazał mu informację o planowanym zakończeniu uniwersum Ultimate 2.0, to wciąż za niski szczebel. Nad nim mamy kolejnych redaktorów, dyrektorów, udziałowców, cholera, samego Kevina Feigiego. Czy śmierć Ziemi-6160 to kolejne "Morderstwo w Orient Expressie", a na metaforycznym narzędziu zbrodni znajdziemy odciski palców każdej osoby decyzyjnej w Domu Pomysłów? To chyba byłoby za łatwe – wciąż myślę, że morderca ma tylko jedną twarz. I wydaje mi się, że to twarz Dana Buckleya.
Jak mogłem być tak ślepy? Przecież przejechałem się na zaufaniu uśmiechniętym facetom w drogich garniturach więcej razy, niż moja duma pozwala mi przyznać. Batman to zupełnie inna liga, a Johnny i Deniz – zwykłe płotki. Szukałem odpowiedzi na dnie, zamiast spojrzeć wysoko w górę.
Pan Dan Buckley. Prawdziwa szycha. Trząsł tym miastem na długo przed tym, jak otworzyłem swoje biuro, a teraz, gdy ma odejść na zasłużoną emeryturę, zostawił po sobie w kostnicy prezent pożegnalny. Jakakolwiek wymalowana cizia, jaką postawi na jej miejscu, nigdy nie będzie miała nawet połowy talentu Ziemi-6160. Maleńka, wiem już, kto to zrobił. Może teraz, bez poczucia winy ściągającego mnie w dół jak para cementowych butów, uda mi się spojrzeć na ciebie ten ostatni raz…
Przyznam, że celowo zwlekałem z przywołaniem nazwiska Buckleya w tym tekście, mimo że duchem obecny był w nim od samego początku. Robiłem tak po części dlatego, że chciałem mieć swój wielki moment opuszczenia kurtyny i ujawnienia prawdy, ale również dlatego, że wkład Buckleya staje się kluczowy dopiero po zakończeniu linii Ultimate 2.0.
W 2003 roku Buckley objął stanowisko wydawcy w Marvel Enterprises, później przemianowanego na Marvel Entertainment. W 2017 roku zaliczył on awans do roli prezesa firmy zarządzającej komiksową odnogą medialnego imperium Marvela. Przez ponad dwadzieścia lat Buckley był jedną z najgrubszych ryb w redakcji Marvela i pochwalić się może niemałymi sukcesami – to podczas jego rządów Dom Pomysłów wypuścił takie hity, jak "Wojna domowa" czy "Ród M" To za jego prezesury Jonathan Hickman miał szansę opowiedzieć swoją epicką sagę o Avengers zakończoną "Tajnymi Wojnami" To właśnie Buckley dał zielone światło dla rozpoczęcia przełomowej ery krakoańskiej. To Buckley wskrzesił uniwersum Ultimate i to Buckley stał za decyzją, by je zakończyć.
Właśnie on podczas niesławnego panelu na zeszłorocznym New York Comic Conie zapowiedział koniec Ziemi-6160. Przywołał wtedy anegdotę o wcześniejszej rozmowie z Jonathanem Hickmanem: "(...) siedziałem koło niego, gawędziliśmy i powiedział coś w stylu, <<cóż, skoro kończymy nasze historie, to mógłbyś zrobić coś takiego…>>. Ja odpowiadam: <<Nie, to koniec>>. Byliśmy z Jonem sam na sam, spojrzał na mnie i zapytał <<co to znaczy, że to koniec?". Ja odrzekłem: <<Zamykamy to>>. On pyta: <<Dlaczego to zamykamy?>>. Odpowiadam: <<Bo to koniec, prawda?>>. Konfuzja Hickmana, o której z rozbawieniem opowiadał Buckley, to przede wszystkim kolejny dowód na to, że żaden twórca nie był gotowy na kompletny koniec nowego świata Ultimate: wyraźnie widać to nie tylko w ich wypowiedziach i reakcjach, ale też w tekście samych komiksów. Jakikolwiek zunifikowany front Marvela twardo trzymający się tej wersji zeznań, w której intencją wszystkich poza Denizem Campem było napisaniem zamkniętej historii poległ, gdy finałowe zeszyty kolejnych serii z uniwersum Ultimate trafiły w ręce czytelników.
Być może foliowa czapeczka zbyt mocno zaciska mi się na głowie, ale wspomniana wcześniej fala opóźnień mogłaby wskazywać na to, że ostatni rozdział nowego świata Ultimate był zmieniany na ostatnią chwilę, być może wielokrotnie. Finałowy zeszyt "Ultimate Spider-Mana", który do sklepów trafił z trzymiesięcznym opóźnieniem, mimo podsumowania większości wątków, w wielu momentach wydaje się boleśnie pospieszny i sprzeczny z własnymi założeniami. W nieintencjonalnie komicznym momencie pokonany przez Spider-Mana Wilson Fisk dumnie ogłasza światu, że zamierza z dna znów wspiąć się na szczyt, jakby łamiąc czwartą ścianę zapowiadał dalszy kierunek serii, po czym… bezceremonialnie ginie w szarpaninie z Misterem Negativem, odbierając wcześniejszemu triumfowi Petera Parkera jakiekolwiek znaczenie. "Ultimate X-Men" Peach Momoko, według słów Deniza Campa również od początku planowane jako zamknięta całość, serwuje otwarte na oścież zakończenie, na odchodne wprowadzając w 24 zeszycie zupełnie nową postać i rozpoczynając kolejny wątek, jakby Momoko ostentacyjnie pokazywała, ile pomysłów na dalszy ciąg swojej historii miała w zanadrzu. Ostatni zeszyt "Ultimates" mógłby być najwyżej zwieńczeniem większego story arcu, i to nieszczególnie emocjonującym. Czytając finałowe rozdziały każdej serii z Ziemi-6160 ma się wrażenie, jakby twórcy domykali fabuły wyłącznie z przymusu, a frustrację związaną z ich przedwczesnym zakończeniem wylewali na czytelnika
Brian Michael Bendis w podcaście Direct Edition sprzed miesiąca przyrównuje sposób działania Dana Buckleya do telewizji BBC – zamiast kontynuowania serii z różnymi zespołami kreatywnymi Buckley woli pozwolić im umrzeć śmiercią naturalną, kiedy oryginalni twórcy uznają, że opowiedzieli już wszystko, co chcieli. To podejście warte pochwały: zamiast serii-tasiemców Buckley stawia na komiksy, które, niczym Adam Małysz, kończą karierę wciąż będąc na samym szczycie. Myślę jednak, że w przypadku uniwersum Ultimate 2.0 Buckley wykazał się nadgorliwością, a nie racjonalną wstrzemięźliwością. Jako prezes komiksowego oddziału Marvela na własnej skórze doświadczył wystrzału popularności oryginalnego Ultimate Comics i późniejszą przedłużoną agonię Ziemi-1610. Czy należy mieć mu za złe, że chciał oszczędzić tego samego losu Ziemi-6160? Zważywszy na to, jak kompletnie niesatysfakcjonujący okazał się jej koniec, myślę, że należy. Choćby i cześciowo.
Ironią losu jest więc fakt, że rządy Dana Buckleya zakończyły się prawie w tym samym momencie, co żywot linii Ultimate 2.0. 19 kwietnia 2026 roku Marvel wydał oficjalne oświadczenie dotyczące zmiany na stołku prezesa do spraw komiksu i franczyzy, na którym Buckley zasiadał od blisko dekady. Zastąpi go duet Brad Winderbaum i David Abdo, a sam Buckley pozostanie związany z firmą aż do połowy 2027 roku, aby proces transferu władzy przebiegł gładko. Kevin Feige, prezes Marvel Studios i CCO Domu Pomysłów, żegnał Buckleya ciepłymi słowami: "(...) wpływ Marvela na kulturę popularną znacząco poszerzył się pod egidą Dana, dzięki któremu nasi bohaterowie i ich historie mogły trafić do nowych fanów na całym świecie. Dan odcisnął ogromne piętno na dziedzictwie Marvela i branży komiksowej i jestem mu ogromnie wdzięczny za jego pełne wsparcie w trakcie nadchodzących przemian".
Buckley miał jednak jeszcze jednego asa w rękawie. Umarło uniwersum Ultimate, niech żyje uniwersum Midnight: 18 czerwca, jeszcze przed premierą "Ultimate Universe: Finale", Marvel zapowiedział nowy flagowy projekt na końcówkę 2026 roku. Uniwersum Midnight będzie zupełnie nową linią wydawniczą, w której topowi twórcy będą mieli szansę na nowo wyobrazić sobie klasycznych bohaterów Marvela w o wiele mroczniejszym wydaniu. Brzmi znajomo? Chyba jedynym, co ratuje linię Midnight przed byciem Ultimate 3.0 jest horrorowy spin, który Dom Pomysłów traktuje jako główny punkt sprzedażowy nadchodzącego projektu: X-Men to wampiry, Fantastyczna Czwórka staje twarzą w twarz z C’thulu, a Spider-Man zmienia się w Cronenbergowskiego potwora.
"Mroczne. Nieprzewidywalne. Nie do przegapienia. Uniwersum Midnight zaprasza długoletnich fanów i nowicjuszy do wkroczenia do zupełnie nowego świata, gdzie wszystko może się zdarzyć. Najznamienitsi współcześni twórcy Marvela, wspólnie działający światotwórczo, mogą dowolnie wymyślać bohaterów na nowo z pomocą zaskakujących twistów i przerażających transformacji w pozbawionej granic, autorskiej narracji, która zeszyt po zeszycie będzie trzymać czytelników w napięciu". Zapowiedź Marvela zdaje się bezpośrednio odpowiadać na wszelkie zarzuty fanów dotyczące zakończenia linii Ultimate 2.0: tym razem to twórcy mają (teoretycznie) najwięcej do powiedzenia, a Phillip Kennedy-Johnson, scenarzysta "Midnight Spider-Mana" zapewnia, że ma to być "najdłuższa, najbardziej epicka seria" jego kariery, nie ma mowy o marnych dwudziestu zeszytach. Uniwersum Midnight rusza 7 października, ciężko więc oceniać je na ten moment inaczej, niż po udostępnionych dotychczas materiałach promocyjnych, ale jak dotąd nie wzbudziło ono aż takiej ekscytacji, jak pierwsze ogłoszenia związane z nowym światem Ultimate. Nie wątpię, że "jedynki" z Midnight sprzedadzą się świetnie, ale dopiero czas pokaże, czy fani mają wystarczająco cierpliwości na kolejne alternatywne uniwersum.
Wiejące desperacją zapewnienia o autorskim sznycie i mroku, jakiego jeszcze nie widzieliśmy (mimo że mutanci-wampiry i Spider-Man podany na straszno to raczej żadna nowość) nie są jednak tym, co w uniwersum Midnight interesuje mnie najbardziej. Chociaż nie wspomniano o tym w pierwszej zapowiedzi nowej linii Marvela, bezpośrednio nadzorować ją jako redaktor ma… Dan Buckley, pierwszy raz od lat schodzący ze swojego prezesowskiego tronu do krainy zwykłych, małych ludzi. Jak widać nie przeszkadza mu fakt, że w przyszłym roku żegna się z firmą. "Nowa funkcja [Buckleya] przewidziana jest wyłącznie dla linii Marvel Midnight i ma być częścią planu wzmożonego skupienia zarządzających firmą na projekcie uznawanym przez nich za kluczowy. Nie podano powodu tej zmiany", pisze Chris Arrant w artykule punktującym personalne zaangażowanie Buckleya w nowe uniwersum Marvela. "Kiedy zegar wybije północ 7 października, te trzy serie uwolnią zupełnie nową energię która, mamy nadzieje, w najbliższej przyszłości odbije się echem w branży", zapowiada tam Buckley. Nazwanie linii Midnight jego dzieckiem nie będzie chyba przesadą, zważywszy na to, że dotąd Buckley nigdy nie był aż tak bezpośrednio uwikłany w jakikolwiek projekt. Może na koniec kariery w Marvelu postanowił spełnić swoje marzenie?
Nie wiemy, kiedy rozpoczęto prace nad uniwersum Midnight. Wbrew kąśliwym zarzutom nie uważam, by było ono jedynie klejoną na ślinę odpowiedzią na popularność uniwersum Absolute – projekty na taką skalę powstają latami. Może pomysł na wprowadzenie uniwersum Midnight zrodził się jeszcze kilka lat temu? Może przyciskana przez Buckleya redakcja Marvela musiała podjąć wtedy decyzję i uznała, że dla uniknięcia wzajemnej kanibalizacji dwóch bardzo podobnych linii, jednej należy się zwyczajnie pozbyć – i to raczej nie tej będącej oczkiem w głowie szefa? Może dlatego jesienią 2024 roku Deniz Camp usłyszał od swojego redaktora, że projekt Ultimate 2.0 potrwa znacznie krócej, niż zakładano? To tylko spekulacje, nierzadko daleko idące, ale biorąc pod uwagę wszystkie znane nam informacje, możliwe jest ułożenie całkiem sensownej osi czasu. Każdy dobry horror musi rozpocząć się jakimś soczystym zabójstwem, a pierwszą ofiarą uniwersum Midnight okazała się Ziemia-6160.
Koroner wisiał mi przysługę – kiedyś jego żona wynajęła mnie, żebym rozwiał jej obawy związane z wiernością mężulka, a ja z czystej przyzwoitości nie pozwoliłem żadnej żywej duszy zobaczyć tego, co udało mi się uchwycić na zdjęciach z ukrycia. Gdy tylnym wejściem wchodzę do sali zimnej jak dotyk lufy przy skroni, serce wali mi tak, że zaraz sam padnę tu trupem.
Mój dłużnik drżącym palcem wskazuje na stalowy stół, na którym leży przykryte materiałem ciało. Ledwo trzymam się na nogach i jestem prawie pewien, że tym razem to nie wina whiskey. Chwytam za płachtę i podrywam ją do góry.
Pusto. Nic pod nią nie ma.
Gdzie, do cholery, jest Ziemia-6160?
Bardzo chciałbym, by rozwiązanie tej zagadki było tak łatwe. Obawiam się, że mimo przyłapania na gorącym uczynku, Buckley’owi wszystko ujdzie na sucho. Prawda ukrywa się gdzieś pod stertami umów o zachowaniu poufności, wewnętrznych dokumentów i notek prasowych. Wierzę, że znaczna większość twórców, którzy wspólnymi siłami przez ponad dwa lata kreowali nowy świat Ultimate. Planowała stworzenie tylko określonej liczby zeszytów i przekazanie pałeczki dalej – po czym okazało się, że wcale nie startują w biegu sztafetowym, a ich dotychczasowe plany musiały być znacząco zmienione, skrócone bądź całkowicie wyrzucone do kosza. Jeśli nie pada to wprost w ich wypowiedziach, to głośno wybrzmiewa w komiksach, które napisali i narysowali.
Jeśli ambitny projekt uniwersum Ultimate 2.0 miałoby opisać jedno słowo, byłaby to "niekonsekwencja". I to do samego końca. Czas otworzyć mentalne szufladki i wyjąć z nich zapewnienie o "zamknięciu na zawsze", bo po fali zapowiedzi, obietnic i zapewnień, po gaszeniu wizerunkowych pożarów, po spadkach sprzedaży, po utracie zaufania i pozostawieniu niesmaku wśród fanów jeszcze na długi czas, po serii opóźnień i domysłów, tuż przed dokuśtykaniem do mety Marvel postanowił wycofać się ze swojej decyzji. "Ultimate Universe: Finale" żegna czytelników prostym komunikatem: Uniwersum Ultimate powróci…
Zeszyt, do którego cegiełkę dołożył każdy twórca związany wcześniej z Ziemią-6160, od Jonathana Hickmana i Marco Checchetto, przez Peach Momoko po Deniza Campa i Juana Frigeriego, to boleśnie słodko-gorzkie zwieńczenie tego wielkiego projektu. Większość zawartych w nim epizodów zamiast epilogów przypomina raczej zajawkę wszystkiego, co mogło być. Hickman odzyskuje wigor i w kilku stronach przypomina czytelnikom – i samemu sobie – jak świetnie potrafi napisać Petera Parkera i Mary Jane. I że mógł to robić cały czas, ale z bliżej nieokreślonych powodów wolał skupić się w "Ultimate Spider-Manie" na wszystkim, tylko nie na nich. Black Panther kontynuuje swoją walkę, X-Men dalej kryją się przed mutantofobami, Ultimates odbudowują świat w dość naiwnej wizji post-Makerowskiej utopii i chyba tylko "Ultimate Wolverine" doczekuje się rzeczywistego, w pełni domkniętego zakończenia. "Ultimate Universe: Finale" przypomina, jak obiecującym projektem była Ziemia-6160 i uzmysławia, że jej narracyjny potencjał był znacznie, znacznie większy.
Czy według obietnicy Marvel rzeczywiście powróci kiedyś do nowego świata Ultimate? Nie wydaje mi się, by miało to szybko nastąpić. Dla Domu Pomysłów nadchodzi nowa era: Buckley w przyszłym roku odchodzi z firmy, dotychczasowy redaktor naczelny ustępuje miejsca nowemu, a po kilkudziesięciu latach w Nowym Jorku Marvel Comics przenosi swoją siedzibę na zachodnie wybrzeże, by znaleźć się bliżej Fabryki Snów w Los Angeles. Rok 2027 będzie w Marvelu rokiem zmian, których rzeczywiste efekty odczujemy zapewne jeszcze później, w 2028 roku. Pośród tak wielkich ruchów i ze startem linii Midnight na horyzoncie, zdecydowanie brak miejsca na choćby i częściowy powrót na Ziemię-6160, niezależnie od tego, ile tajemnic kryłyby jeszcze przed czytelnikami.
Jak podsumować projekt tak nierówny i nieoczywisty, jak drugie wcielenie uniwersum Ultimate? Moja przygoda z Ziemią-6160, której narodziny i śmierć śledziłem na żywo, była równie pełna ekscytacji i zachwytów, co zawodów i kręcenia nosem. "Ultimate Spider-Man", mimo licznych mankamentów końcówki, to wciąż jedna z najlepszych współczesnych opowieści o przyjaznym pająku z sąsiedztwa, a do tego można ją połknąć w jeden długi wieczór. Do teraz uważam serię "Ultimate X-Men", której akcja działa się w Japonii i ociekała klimatem horrorów Junjiego Ito, za najbardziej niedoceniony element całej inicjatywy Ultimate 2.0. Prawie że do samego końca "Ultimates" trzyma znakomity poziom, a z każdym kolejnym nowym projektem Deniz Camp udowadnia, że Marvel był zbyt mały, by pomieścić jego talent. Ale – "Ultimate Black Panther" mnie znudził, "Ultimate Wolverine" rozczarował, obu dałem jednak szansę, bo sam fakt ich istnienia był już czymś ciekawym, świeżym, wyjątkowym, a właśnie takiej wyjątkowości, choćby na poziomie samego konceptu, brakuje mi w kolejnych zapowiedziach związanych z linią Midnight, wobec której ciężko na ten moment czuć cokolwiek innego, niż obojętność.
Wskazanie palcem tylko jednego winnego i zrzucenie na niego całej odpowiedzialności za wszystkie sukcesy i porażki nowego świata Ultimate jest zwyczajnie niemożliwe. I kontrproduktywne, bo – co mam nadzieję udało mi się udowodnić w tej gigantycznej retrospektywie – czynników wpływających na ostateczny kształt tego projektu było bez liku. Od nie zawsze sensownych z punktu widzenia odbiorcy decyzji podejmowanych na szczycie korporacyjnej hierarchii Marvela, po zdarzenia tak nieprzewidywalne, jak wypadek samochodowy odbierający oryginalnemu twórcy możliwość realizacji swojego pomysłu. Przez moment byłem jednak w Ziemi-6160 szaleńczo zakochany i chociaż chciałbym, by jej losy potoczyły się inaczej, cieszę się, że przynajmniej na jakiś czas potrafiła zapewnić czytelnikom tak bardzo potrzebny powiew świeżości w świecie komiksu superbohaterskiego, który, między innymi dzięki niej, w ostatnich latach zdaje się być w coraz lepszym miejscu. Swój segment w "Ultimate Universe: Finale" Deniz Camp poświęca obiecywaniu lepszej przyszłości – "Rewolucja nigdy się nie kończy". Szkoda, że czasami "nigdy" okazuje się trwać jedynie trzydzieści miesięcy.


%20(1).png)



.png)










.png)



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz