piątek, 17 sierpnia 2012

#1109 - Saga o Potworze z Bagien, tom I

Swamp Thing, w Polsce nazwany Potworem z Bagien, to dziś jedna z najbardziej charakterystycznych postaci  komiksu amerykańskiego. Wymyślona została przez Lena Weina i Berniego Wrightsona w 1972 roku, lecz na prawdziwą popularność przyszło jej poczekać jeszcze kilka długich lat. Jak można przeczytać w wielu różnych tekstach, seria opowiadająca o przygodach bagiennego stwora początkowo stanowiła niekoniecznie udaną mieszankę komiksu superbohaterskiego i horroru.

Fabularną podstawę stanowiły wówczas klisze znane z dziesiątek kolorowych zeszytów traktujących o posiadaczach nadludzkich mocy. A więc bardzo sympatyczny, jednoznacznie pozytywny bohater, który wskutek tragicznego wypadku przeobraża się w supersilną istotę (jak to ujął Alan Moore - na wpół humanoidalną, na wpół roślinną postać pokrytą mchem i wodorostami), której prędko przyjdzie zmierzyć się z kolejnymi upiornymi złoczyńcami. Aby, oczywiście, ratować ludzkość przed nie lada niebezpieczeństwami.

"Potwór z Bagien"  nie sprzedawał się zbyt dobrze i po czterech latach został zawieszony. W 1982 roku ekranizacji komiksu podjął się Wes Craven, jeszcze początkujący, ale już powszechnie znany reżyser filmów grozy. Jego przepełnione kiczem i tandetą dzieło nie odniosło jakiegokolwiek sukcesu, ale wydawnictwo DC Comics uznało, iż premiera filmu to idealny moment na wznowienie serii. Czym prędzej wynajęli nowego scenarzystę oraz rysownika i tak oto "Swamp Thing" powrócił do świata żywych. Tyle, że już po kilkunastu zeszytach seria znowu zaczęła upadać. Wydawcy byli przekonani, iż będą musieli ponownie ją zawiesić, nie bali się więc ryzyka, jakim było oddane jej w ręce bardzo młodego scenarzysty. Zwłaszcza, że Moore, bo o nim oczywiście mowa, był świeżo po sukcesie autorskiego komiksu "V jak Vendetta", wydawał się więc twórcą bardzo obiecującym.

Brytyjczyk przyjrzał się dokładnie wydanym dotychczas zeszytom serii i na ich podstawie sporządził dwie długie listy. W pierwszej wyliczał elementy, które się mu w "Potworze z Bagien" nie podobały, a które jego zdaniem należało koniecznie usunąć. W drugiej wyliczał własne pomysły, którymi chciał komiks zreformować. Wydawnictwo propozycje Moore’a zaakceptowało, autor wziął się do roboty i tak oto powstał ten bagienny stwór, który doczekał się miana pozycji kultowej, będąc też jednym z pierwszych wyraźnych zwiastunów zbliżającej się w świecie komiksu rewolucji. 

Moore całkowicie rzecz przedefiniował. Zmarginalizował elementy superhero, pogłębił psychologię, dodał wymowę egzystencjalną, wreszcie znacznie zagęścił atmosferę, czyniąc ją wyjątkowo niepokojącą. Zrobił z komiksu najprawdziwszy horror, posługujący się surrealizmem czy nawet poezją, a czasem wkraczający też na rejony zarezerwowane dla fantasy. Podstawową zmianą fabularną było uśmiercenie tytułowego bohatera. W poprzedzających scenariusze Moore’a historiach celem Potwora było – oprócz np. zaniechania zagłady świata – odzyskanie swojej pierwotnej, ludzkiej postaci. A więc kolejna klisza. W wersji Brytyjczyka nie było to już możliwe. Pierwszy napisany przez niego scenariusz, otwierająca pierwszy tom "Sagi o Potworze z Bagien" "Lekcja anatomii", dotyczyła sekcji zwłok przeprowadzanej na martwym bohaterze. Oczywiście w końcu powraca on do życia, ale właśnie dlatego, iż umarła w nim resztka biologicznego człowieka. Nie jest to już żadna hybryda, lecz najprawdziwsze monstrum, które ludzkiej postaci nigdy nie odzyska, choć ciągle bardzo by chciało. Podstawą opowieści o nim jest wynikający z tego dramat – apatia i poszukiwanie sensu egzystencji.

Bardzo chciałbym przenieść się na chwilę do 1984 roku, aby zobaczyć reakcje pierwszych czytelników zrestartowanego Swamp Thinga. Wierzę, że to musiał być nie lada szok. Za pomocą nieco eksperymentalnej narracji zanurzamy się z bohaterem w wypełniony symbolami świat snów, halucynacji, wspomnień i prawdopodobnie wszystkiego, co tylko wykreowane może zostać w ludzkim mózgu. Wbrew pozorom o jakimkolwiek mętliku czy bełkocie mowy nie ma, wszystko pozostaje jak najbardziej czytelne. Prawdziwym motorem napędowym bagiennych opowieści są jednak życiowe filozofie ich autora. Czytając "Sagę o Potworze z Bagien", ciężko nie poczuć się jak dziesięciolatek, któremu przy kominku swoje wspomnienia i fantazje opowiada stary mędrzec. Właśnie dzięki temu, że tak bardzo czuć autora opowieści, lektura komiksu jest tak niezwykła. Błyskotliwy sposób opowiadania jest być może nawet ważniejszy od samego opowiadania.

Okazuje się jednak, że Moore nie jest komiksowym bogiem, a przynajmniej nie był nim jeszcze w połowie lat 80-tych, gdyż nie obyło się bez kilku potknięć. Pierwszym jest nachalne proekologiczne przesłanie, które w pewnym momencie wchodzi na plan pierwszy. Na szczęście nie na długo, ale później pojawiają się postaci w kolorowych trykotach, które do tak specyficznej opowieści pasują jak pięść do nosa. "Sagę o Potworze z Bagien" nazwałbym pozycją inteligentnie odchodzącą od swoich korzeni, czyli od komiksu superbohaterskiego.

Niestety, pojawienie się na jej kartach Supermana i jego towarzyszy trochę ją psuje. Moore we wstępie do albumu tłumaczył się, iż było to czysto marketingowe rozwiązanie mające zwrócić na komiks uwagę czytelników innych serii. Cóż, stało się. Ważne, że później jego dzieło powraca do imponującej jakości horroru. Czasem wprawdzie zmierza w nieco innym kierunku, w stronę niemalże baśniowej przygody, ale to tylko dodaje mu uroku. Szkoda jednak, że po ledwie dwóch tomach – z czego ten drugi uchodzi za dojrzalszy artystycznie – wydawnictwo Egmont zrezygnowało z wydawania tejże serii w naszym kraju.

czwartek, 16 sierpnia 2012

#1108 - Zagubione dziewczęta

Dziś, swój debiut na Kolorowych zaliczy Bartłomiej Basista. Jak sam o sobie pisze - dysortograf lubiący się w amerykańskiej popkulturze, kochający starokontynentalne jedzenie i krawiectwo, a do tego niespełniony superbohater, archeolog, agent MI6, reżyser, filmoznawca i pisujący o komiksie bloger. Jego fikołki o komiksie możecie przeczytać na stronie The Devil Is In The Details, którą szczerze polecamy.

Już od ponad stu lat Alicja, Wendy i Dorotka pokazują nam drogę poprzez Krainę Czarów, Nibylandię i Krainę Oz, kiedy jesteśmy jeszcze dziećmi. Teraz jednak, podobnie jak i my, owe trzy zagubione dziewczęta są już dorosłe i gotowe poprowadzić nas ponownie, tym razem przez królestwa naszego seksualnego przebudzenia i spełnienia. W swoich baśniowych historiach dzielą się z nami swoimi najintymniejszymi doświadczeniami w najrozmaitszych formach pożądania – doświadczeniami przeświecającymi przez czarne chmury wojny, zbierające się nad pewnym luksusowym hotelem w Austrii. Czerpiąc z bogatego dziedzictwa sztuki erotycznej „Zagubione dziewczęta" pozwalają na nowo odnaleźć siłę pełnego pasji pisarstwa i sztuki w tej wspaniałej formie, jaką jest w stanie osiągnąć jedynie medium komiksu. Wyśmienite, przemyślane, ludzkie „Zagubione dziewczęta" to dzieło, które zapiera dech w piersiach rozmachem, jakim przeciwstawia się pojęciu sztuki skrępowanej kajdanami konwencji.

Oto historia erotyczna najwyższej próby.


(opis z tyłu komiksu)

Stało się! Na mojej półce obok „From Hell” i „Strażników” stanęła dumnie wielka księga wypełniona po brzegi erotycznymi (pornograficznymi?) przygodami Wendy, Dorotki i Alicji pióra Alana Moore'a. Dzieło absolutne, jestem wręcz przekonany, że po latach może być uznane za opus magnum tego autora (mimo dużej konkurencji).

1913 rok. Austria. W Hotelu Himmelgarten przez przypadek (przeznaczenie?) spotyka się trójka dorosłych kobiet. Swój wolny czas poświęcają na opowieściach o swojej młodości, a także na wzajemnym zaspokajaniu swoich erotycznych żądzy. „Zagubione dziewczęta” to kolejne dzieło Moore'a które zaskakuje nie tylko swoją treścią, ale również odniesieniami do innych tekstów. W literaturze przełomu XIX i XX wieku Moore odnajduje się doskonale, co już udowodnił doskonałymi scenariuszami do „Ligi Niezwykłych Dżentelmenów”. Lecz tutaj mamy do czynienia z jeszcze pełniejszym przedstawieniem okresu Fin de sičcle. Hotel Himmelgarten (luźne nawiązanie do największego działa Tomasza Manna, „Czarodziejskiej Góry”, ale skojarzenia miałem także z „Kalkwerk”, Bernharda), w którym dzieje się akcja komiksu służy do zilustrowania całej epoki. To w nim spotykają się dwa bieguny: starego dekadentyzmu i artystycznej cyganerii, rewolucji technicznej i freudowskiej rewolucji seksualnej. To jego architektura przepełniona jest wszystkim, co najlepsze w Secesji - witrażami jak u Muchy, klatkami schodowymi jak u Victora Horta, a dzięki sennym rysunkom Mellindy Gebbie hotelowe pokoje wydają się być wypełnione dymem od opium.

To właśnie w tych pokojach dochodzi do zbliżenia trzech bohaterek. Znane wszystkim dziewczęta: Alicja z Krainy Czarów, Wendy z Piotrusia Pana i Dorotka z Czarnoksiężnika z Oz to już dorosłe kobiety, borykające się z problemami codzienności jak i z demonami przeszłości od których ciężko uciec. Niezrozumiane, zranione, ciągle szukające miłości. Ich wspólne spotkanie prawdopodobnie odmieni ich życie, gdyż pierwszy raz od dawna będą mogły być w pełni sobą.

Charakterystyka bohaterek jest imponująca. Każda z nich przedstawia inną sferę społeczną. Alicja pochodząca z zamożnej arystokratycznej rodziny, doskonale przedstawia cechy odpowiedni dla takich kobiet - dama doskonale obyta z etyką i sztuką, ale także najbardziej zepsuta z całej trójki. Wendy pochodzi ze średniej klasy, jest cicha i wstydliwa, można by rzec typowa dziewczyna z sąsiedztwa, Dorotka natomiast to doskonale przedstawiona amerykańska dziewczyna z Kansas, tandetna i głupiutka. Lecz wszystkie łączy jedno, niezależnie od klasy, wychowywane były w tradycyjnych wartościach, pełnych zakazów i uprzedzeń. Lecz one jako nowe pokolenie, mimo surowych zakazów, uciekały w świat pełny skrajnego erotyzmu, sztuki i wszędobylskiego wówczas opium.

Wszystko o czym wspomniałem jest tak naprawdę ukryte pod pornograficznymi aktami miłości. Przygody dziewcząt z ich dzieciństwa, jak i wydarzenia w hotelu przepełnione są obscenicznym seksem, w którym penetrowane są wszystkie możliwe miejsca w ciele kobiety, jak i mężczyzny. Dziewczyny osiągają orgazm prawie na każdej karcie komiksu. Otrzymujemy seks heteroseksualny, lesbijski, homoseksualny, przemoc i upokorzenie. Orgia goni orgie. Wszystko, co zostało do tej odkryte w tematyce seksu zostało pokazane w „Zagubionych dziewczętach”. Moore posunął się nawet do przedstawienia tematów wręcz zakazanych, jak seks ze zwierzętami czy kazirodztwo. Baśniowe przygody z dzieciństwa dziewcząt przeistaczają się w pornograficzne odkrywanie swojej seksualności, w których Piotruś Pan, Czarnoksiężnik z Oz czy Królowa Kier są spełnieniem seksualnych pragnień. Moore niszczy baśnie tworząc hołd dla erotycznych powieści i komiksów.

Wszystko to zostało zilustrowane pięknymi rysunkami Melindy Gebbie, będącej także żoną Moore'a. Dzięki pastelowym kolorom osiągnęła niezwykły oniryczny klimat doskonale imitujący secesyjne rysunki. Widać, że artyści rozumieją się niemal bez słów, gdyż nie często bywa, aby tekst tak doskonale uzupełniał się z rysunkiem. Świetnym pomysłem było umieszczenie w komiksie kart z pastiszowych erotycznych komiksów, które czytają mieszkańcy hotelu. Stylizowane one są na popularne w latach trzydziestych ubiegłego wieku tijuana bibles. Melinda doskonale udaje styl Egona Schiele czy Franza von Bayrosa, bo to ich rysunkami "podobno" zdobione są te komiksy. Natomiast najlepsze momenty w całym komiksie to te przedstawiające premierę baletu – „Święto Wiosny” Strawińskiego z choreografią Wacława Niżyńskiego jak i scena udanego zamachu na Franciszka Ferdynanda z ukazaniem na przemian zadowalających się dziewcząt. Rysunki uderzają wtedy pełną ekspresji formą i rewelacyjną narracją.

„Zagubione dziewczęta” to bez wątpienia arcydzieło sztuki komiksowej, które pod skorupą pornograficznych treści opowiada o odkrywaniu swojego seksualnego ja, ukazując przy tym problem ludzkiej komunikacji. Na niwie opowieści obrazkowych Moore chciał podnieść pornografię do rangi sztuki i udało mu się to. Zdaję sobie sprawę z tego, że wiele osób może nie przebrnąć przez tak dużą dawkę obsceny, ale jestem pewien, że Ci, którzy przeczytają go do końca, będą zachwyceni. Ja jestem! Poza tym nie ukrywajmy, nastały czasy, gdzie seksualność jest wszechobecna i nachalna, a społeczeństwo ma większą swobodę, niż za czasów rzymskich bachanaliów.

Jeszcze najważniejsze! Brawa należą się Timofowi za wydanie tego dzieła i to w tak wyborny sposób. Śmiało mogę stwierdzić, że to najpiękniej wydany komiks, jaki ukazał się w Polsce. Wielka księga w formacie A4 z solidną twardą oprawą. Doskonale przeszyte i sklejone 320 stron, znakomitej jakości papier offsetowy no i obiecany slip-case. Oprawa godna komiksu!

środa, 15 sierpnia 2012

1107 - Joe Kubert RIP (1926-2012) + Sgt. Rock: Between Hell and a Hard Place

Ta krótka recenzja którą widzicie poniżej powstała kilka dni temu... Nie spodziewałem się, że ukaże się w tak smutnych okolicznościach. Po lekturze komiksu pierwszym co zanotowałem było: "Chyba dorosłem do tego, żeby zacząć powoli kompletować całą twórczość Kuberta.". Wtedy pisałem to z radością, dziś czytam to zdanie z żalem. Postanowiłem jednak nic nie zmieniać, by w tekście pozostała spontaniczna radość, którą czerpałem z podziwiania jego rzemiosła. Mam nadzieję, że nie uznacie tego za nietakt. Zresztą, dziś czuję się przybity wiadomością o śmierci Joe`go Kuberta i raczej nie zdobyłbym się na napisanie czegoś sensownego.

Sam dokładnie nie wiem, kiedy zetknąłem się pierwszy raz z jego twórczością - zapewne był to wydany przez Semika "Punisher", albo jakiś obejrzany w latach 90-tych dokument o komiksie. Dziś mam jednak wrażenie, że jego styl był ze mną od zawsze. W przeciwieństwie do prac wielu dawnych wizjonerów mainstreamowego amerykańskiego komiksu, jego dorobek nie zestarzał się do tej pory i pewnie nie zestarzeje się już nigdy.  Pociesza mnie fakt, że Kubert nie zmarł przedwcześnie i zostawił po sobie ogrom znakomitej twórczości. Wypuścił też w świat wielu absolwentów swojej szkoły plastycznej i dwóch utalentowanych synów, którzy poszli w jego ślady. Dzięki nim Joe Kubert będzie rysował zza grobu.

"Sgt. Rock: Between Hell and a Hard Place" to stworzona współcześnie wariacja na temat klasycznej amerykańskiej serii wojennej sprzed ponad pół wieku. Poza przeglądaniem grafik nie miałem kontaktu z jej wczesnym odsłonami - po kilku marvelowych essentialach trochę boję się archaicznych amerykańskich komiksów z tamtej epoki. Niemniej, zawsze wydawało mi się, że ta seria posiada ogromny potencjał, a znakomite rysunki Kuberta - który odpowiedzialny był za jej stronę graficzną od samego początku - niesamowicie współgrają z jej konwencją.

Na pomysł odświeżenia "Sgt. Rock" Vertigo wpadło  w pierwszej połowie ubiegłej dekady. Początkowo Joe Kubert miał zająć się tylko okładkami, ale redaktorka serii Karen Berger, widząc jego troskę o ten projekt, po kilku długich rozmowach zapytała go, czy sam nie chciałby jej narysować. Najpierw odmówił, ale w końcu skusiło go to, że miała to by być duża, samodzielna książka. Pracował nad nią rok. W tej samej dekadzie Kubert stworzył niesamowite graficznie pozycje, jak "Dong Xoai. Wietnam 65" i wydany również u nas "Josel", do których "Between Hell and a Hard Place"  faktycznie nie dorasta, ale warto zauważyć, że konwencja i pewne uproszczenia znakomicie wpisują się w ramy oryginalnej serii. No cóż, mimo, że nie jest to szczyt jego możliwości, to warstwa plastyczna i tak zwala z nóg. Na przekór amerykańskiemu systemowi pracy, Kubert zajął się wszystkim sam - zrobił nawet liternictwo. To świadczy o bardzo emocjonalnym stosunku do tej historii. Same rysunki pociśnięte są mazakiem i okraszone akwarelą, która podkreśla dynamikę i świetnie pasuje do batalistycznej estetyki tego komiksu. Oglądając te grafiki nietrudno dostrzec, że tworzenie tego albumu stało się dla niego okazją do sentymentalnej podróży i widać, że staruszek włożył w to kawał serca. Rysunki Kuberta są swobodne i pełne energii. W jego wybitnym rzemiośle czuć podobną magię i nonszalancję, jaka cechuje twórczość Sergio Toppiego.

Niestety, dla scenarzysty Briana Azzarello praca z Kubertem okazała się być tylko kolejną, codzienną robotą dla Vertigo. Muszę powtórzyć to, co napisałem przy okazji recenzji wydanego u nas w zeszłym roku "Jokera" - Azzarello rozmienia się na drobne, zabierając się za historie, na które tak naprawdę nie ma pomysłu. Mimo tego, że maksymalnie ułatwił sobie zadanie - bo komis dziejący się na froncie II Wojny Światowej wpisał w swoją ulubioną, kryminalną konwencję - to nie wychylił się ponad przykrą przeciętność. Jest tu co prawda kilka bardzo ładnie napisanych scen, ale dramaturgia całości kuleje i  ewidentnie widać, że nie włożył w ten komiks tyle serca, co Kubert. Oczywiście pomysły leżące u podstaw "Between Hell and a Hard Place" nie są złe, a za sprawą znakomitych dialogów, z których słynie Azzarello, czyta się ten komiks nieźle. Problemem natomiast jest to, że scenariusz nie został dopracowany i po komiksie z tak ogromnym potencjałem spodziewałem się znacznie, znacznie więcej.

Od dawna ostrzyłem sobie zęby na ten tytuł (wersja TP jest trudna do zdobycia - na rynku obecnie dostępny jest, niegodny tych grafik, dwuzeszytowy reprint z linii Vertigo Resurrected ). Kocham rysunki Joe Kuberta i to właśnie ze względu na nie chciałem mieć ten komiks na półce. Nie zawiodłem się. Mimo przeciętności scenariusza i tego, że dostałbym za ten komiks na ebaju sporo ecie pecie, to wcale nie mam zamiaru  się z nim rozstawać. Zaczynam powoli rozglądać się za showcase'ami zbierającymi wszystkie stare zeszyty "Sgt. Rock". Zresztą, chyba dorosłem do tego, żeby zacząć powoli kompletować całą twórczość Kuberta. Natomiast Azzarello (prócz brakujących mi tomów "Hellblazera") nieprędko coś kupię.

wtorek, 14 sierpnia 2012

#1106 - Kiki z Montparnasse'u

Alice Ernestine Prin znana lepiej jako Kiki de Montparnasse to legenda francuskiej cyganerii i jedna z najsłynniejszych modelek w historii sztuki. Muza wielu artystów - malarzy, filmowców, fotografów. Przez jej burzliwą biografię przewijają się takie nazwiska jak Amedeo Modigliani, Chaim Soutine, Jean Cocteau, Man Ray. Jej życie zdaje się być świetnym materiałem na film, powieść czy właśnie posiłkujący się w dużej mierze warstwą plastyczną komiks.

W początkach definiowania się współczesnej powieści graficznej to głównie podejmowane tematy wnosiły coś świeżego do skomercjalizowanego medium, dziś jednak ten typ opowieści spowszedniał i można odnieść wrażenie, że niektórzy autorzy skłaniają się ku poważnym zagadnieniom licząc po prostu na łatwy zarobek. Największym błędem, jaki popełniają twórcy tego typu komiksów jest niezauważanie, że próba dogonienia literatury faktu jest kompletnie bezcelowa -  aby dzieło uznać można było za wartościowe, historia opowiadana za pomocą komiksu musi wnosić coś nowego do tematu, pozwalać spojrzeć na niego z innej strony. Zdają się też nie dostrzegać, że komiks to opowiadanie obrazem, a z historii snutych za pomocą tego medium trzeba wyciągnąć - uwaga, uwaga niespodzianka - komiksowość! Jasne, że nie każdy komiks musi być wyszukanym eksperymentem. Dobrze jednak, jeśli twórca zna możliwości medium i z nich umiejętnie korzysta. Twórcy "Kiki" popełnili oba ze wspomnianych błędów.

Mimo tego, że nie przepadam za tą metodą, to muszę przyznać, że stawanie blisko literatury jest oczywiście jakimś sposobem na stworzenie przekonującej komiksowej narracji. W tym przypadku twórcy zawierzyli głównie dialogom, ale za ich pomocą niestety nie udało im się wejść dostatecznie głęboko w tę historię. Scenariusz, chcąc ująć ogrom postaci, które pojawiły się w życiu bohaterki, leci po łebkach. Osobistości ze świata sztuki pojawiają się, by po chwili zniknąć i nie zostawić po sobie nic, ani w czytelniku ani na kartach komiksu. Zamiast ambitnego dzieła próbującego oddać ducha epoki, dostajemy komiks niebezpiecznie zbliżający się schematem do "Przygód Młodego Indiany Jonesa" - gdzie również pojawiała się masa historycznych postaci, ale nic mądrego z tego nie wynikało. Nie odnajdziemy tu skomplikowanych relacji międzyludzkich, psychologii, a i dobrze zbudowanej dramaturgi tu brak. Scenariusz to po prostu zbiór (czasem niezgrabnie opowiedzianych) motywów z życia Kiki.  Nawet najburzliwsze i najdłuższe związki, czy jej problem z uzależnieniem od narkotyków są potraktowane po macoszemu.

Autorom zabrakło też jakiejś myśli przewodniej i ograniczyli się tylko do pobieżnego streszczenia życia bohaterki. Wyrywkowość scenariusza niekoniecznie musi być jednak wadą - weźmy za przykład wydany u nas w zeszłym roku "Logikomiks". Jego kanwą również były epizody z życia historycznej postaci, ale twórcom przyświecało coś więcej niż nakreślenie tylko noty biograficznej. Luźno posklejane ze sobą zdarzenia z życia Bertranda Russella były pretekstem do przedstawienia czytelnikowi prezentowanej przez niego idei i jej rozwoju. Przy tym był to komiks nie bojący się ciekawych formalnych rozwiązań - a do tego przecież niezbyt trudny w odbiorze i posiadający równie szeroki target. Warto również wspomnieć o "Carlos Gardel: głos Argentyny". Cechuje go całkowita opozycja dla poetyki zaprezentowanej w "Kiki". To komiks o wysokich walorach artystycznych i mało przystępnej warstwie formalnej - a co za tym idzie znikomym potencjale komercyjnym. Biografia tytułowego śpiewaka staje się wręcz sprawą trzeciorzędną, a na pierwszy plan wychodzą tematy związane z tożsamością narodową Argentyńczyków.

Oczywiście trudno oczekiwać od twórców "Kiki", by próbowali robić coś tak radykalnego, ale dobrze by było, gdyby w tym komiksie przez pryzmat Królowej Montparnasse'u opowiedziano również o twórcach z którymi pracowała. Za pomocą ich dzieł można było wejść przecież w dialog z formą komiksową (tak jak przepisywano sztukę na komiks w "Lost Girls"). Niestety autorzy przedstawili postać Kiki i jej losy jednowymiarowo, nie poświęcając należytej uwagi artystycznej części jej życia. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że temat został po prostu zmarnowany - bo dostajemy do rąk "komiks środka" -  bez wartości artystycznej, pozbawiony emocji i poetyki, jaka powinna cechować opowieść tego sortu. Na szczęście historia Kiki jest na tyle ciekawa, że komiks i tak czyta się z zainteresowaniem, ale podejrzewam, że życie Królowej Montparnasse'u byłoby interesujące nawet w formie przekazywanej ustnie kawiarnianej opowieści.

Bocquet i Catel stworzyli komiks nieciekawy formalnie, nawet nie aspirujący do tego, żeby w interesujący sposób wykorzystać mocne strony opowieści obrazkowej. Jak wspomniałem, fabułę popycha do przodu głównie dialog, więc skoro brak tu narracji pozakadrowej, to teoretycznie powinna to być ciekawa komiksowa robota. Nic bardziej mylnego - rysunki niezbyt efektownie uzupełniają wypowiadane kwestie, sekwencyjność jest nieciekawa a czasem nazbyt skrótowa. Użyto najprostszych środków graficznych i narracyjnych, co co prawda sprawia, że komiks czyta się łatwo, ale od strony artystycznej to rzecz miałka. Pomysł, by świat międzywojennego Paryża - pełen kolorów, sztuki i awangardowych artystów - ukazać w tak oszczędnej, pozbawionej barw i cieni stylistyce, nie wpłynął dobrze na jakość tego komiksu. Mógł być to zabieg celowy - tak jak w przypadku wybitnego "Fun Home", gdzie zachowawczość i chłód grafiki kontrastowała z pełną kolorów warstwą literacką - jednak narracja słowem nie ma w tym przypadku ambicji uzupełnienia tych niedostatków. Rysunki są typowymi przedstawicielami francuskiej szkoły - w trakcie lektury mogą nasunąć się skojarzenia Trondheimem czy Sfarem, ale to zdecydowanie nie ta liga. Zestawienie "Kiki" z narysowanym przez Sempe albumem "Paryż" sprawi, że poczujemy zażenowanie. Nawet gdyby porównać je do ilustracji pomniejszych twórców operujących tym stylem (np. Alfonso Zapico znanego u nas z "Café Budapeszt") wypadną blado. Sam model opowiadania zbliżony jest jednak bardziej do powieści graficznej w eisnerowskim rozumieniu tego nurtu.

Obyczajowo-biograficzna, quasi-reportażowa, historyczna powieść graficzna to dziś bardzo popularna tendencja. Jestem miłośnikiem i zbieraczem komiksów tego sortu. Podchodzę jednak do tego typu pozycji zachowawczo, mając w pamięci moje ulubione tytuły i wybitnych przedstawicieli nurtu - co w uprawianiu krytyki tego typu komiksów powinno pomagać ale o dziwo nie pomaga wcale. Moje oczekiwania okazują się zazwyczaj wygórowane. Zawiodłem się na wielu cenionych tytułach, ale w kilku też zakochałem się bezgranicznie. Wiem, że czytając mój tekst możecie odnieść wrażenie, że "Kiki" jest komiksem złym, ale tak nie jest. Jest za to komiksem przeciętnym i niczym nie wyróżniającym się w swoim nurcie, choć zarazem będącym jednak całkiem niezłą rozrywką. Osobiście uważam, że jest też niestety przykładem tego, jak tworząc tego typu dzieło niefortunnie można minąć się z fascynującym tematem.
Cieszy mnie powrót Kultury Gniewu do wydawania zagranicznych komiksów, dlatego krytyka "Kiki z Montparnasse'u" przyszła mi z trudem. Rozumiem jednak intencje wydawcy. Recenzentka "Guardian" Rachel Cooke napisała, że w "Kiki" podoba jej się to, że lektura dostarczyła jej tak dużego zastrzyku informacji jak przeczytanie jednej z wielu książek poświęconych Alice Prin. Temat jest nośny i jestem pewien, że "Kiki" chętnie przeczytają ludzie którzy oprócz "Mausa" i "Persepolis" nigdy nic więcej w rękach nie mieli, którzy sięgają po komiks tylko za rekomendacją innych laików i wysokonakładowej prasy. "Kiki z Montparnasse'u" kupią ze względu na ciekawą tematykę i nawet nie zauważą problemu tej publikacji. Wiem, że ktoś może zaraz przyjść i powiedzieć - "hej, nie każdy komiks musi być arcydziełem ty bucu"! Tak więc uprzedzam fakty - trochę jeszcze tych arcydzieł do wydania zostało. Dla miłośników sztuki komiksowej "Kiki" to kolejna pozycja która opóźniła wydanie takich tytułów jak "Jimmy Corrigan" czy "Asterios Polyp".

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

#1105 - Crossed vol.1

I kolejny raz gościmy na naszych łamach Krzysztof Tymczyńskiego z Independentcomics.pl,  który jak zwykle zajmuje się komiksami, które ukazują się poza wielką dwójka. Tym razem padło na dość kontrowersyjną pozycję pióra Gartha Ennisa, która ukazał się w wydawnictwie Avatar Press (publikującej również rzeczy Alana Moore`a i Warrena Ellisa)

Był kolejny, spokojny dzień. Do jednego z barów wszedł dziwnie zachowujący się mężczyzna. Trzymał w ręku połać mięsa. Szybko okazało się, że pochodzi ono od zabitego wcześniej człowieka. Napastnik wyraźnie odczuwał radość z zadanego komuś cierpienia i rzucił się na kolejne osoby. Ale to był dopiero początek. Przerażeni ludzie stali się świadkami tego, jak ich najbliżsi padają ofiarą pojawiających się zewsząd szaleńców i zmieniają się w podobne monstra. Epidemia błyskawicznie się rozprzestrzeniała, a na czele każdego zainfekowanego pojawia się krwawy krzyż. Wkrótce, zaraza żądnych przemocy i odczuwających nieustanny popęd seksualny morderców ogarnia cały świat, a ci, którym udało się przeżyć, zdecydowanie tego żałują.

Wątek końca świata był już wielokrotnie podejmowany we wszelkich możliwych wariantach - w filmach, książkach, grach, a także w komiksach. Autor "Crossed", Garth Ennis, postanowił zakpić z postapokaliptycznej konwencji Tak, zakpić, bo branie "Crossed" na poważnie jest co najmniej... niepoważne. Po tym jak scenarzysta ten wyśmiewał w mniej lub bardziej dosłowny sposób sztafaż superbohaterski (w "Pro", "The Boys" czy "Punisher vol.4"), na tapetę wziął oklepany motyw zarazy dziesiątkującej świat i grupy ocalałych, którzy prędzej woleliby umrzeć, niż żyć w takich, a nie innych warunkach. Wydany przez Avatar Press komiks to sto procent Ennisa w Ennisie. Wydawnictwo słynie z tego, ze w niczym nie krępuje swobody twórczej, a jeśli nikt nie powie irlandzkiemu autorowi w pewnym momencie stop, to powstaje taka perełka, jaką jest "Crossed".

Nie będę tego nawet przez moment ukrywać – nie podoba mi się ten komiks. O ile jeszcze początek dawał nadzieję na to, że dostaniemy kawał mocnego horroru gore w delikatnym sosie porno, to z postępem lektury traciłem nadzieję. Każda kolejna strona utwierdzała mnie w przekonaniu, że w smaku tego sosu tak bardzo zakosztował Ennisowi, że postanowił zalać nim całe danie, niejako zatracając w nim jego walory. A tych możemy znaleźć w "Crossed" całkiem sporo. Scenarzysta zaserwował nam kilka scen, które mocno wgniatają w fotel, lub też inne miejsce, gdzie akurat czytelnik siedzi bądź leży. Sądzę, że każde z Was, które sięgnie po ten komiks, będzie wiedzieć co dokładnie mam na myśli. Niestety, tych kadrów jest tylko kilka, a w większości bezcelowych obrzydliwości jest już znacznie więcej. By nie spoilerować zbyt mocno, wymienię jedną z nich. Jak i w wielu innych komiksach Gartha Ennisa, tak i tu mamy do czynienia z drugoplanową postacią, która ma dość dziwne imię. Wiele osób zapewne kojarzy Assface’a z "Preachera" czy Asseye’a z "Ghost Ridera". W "Crossed" natomiast pojawia się Horsecock – zainfekowany, który zabija ludzi przy pomocy końskiego... i w tym miejscu dopiszcie sobie resztę. Zaczynam zastanawiać się, czy jest nazwa na przypadłość, którą Ennis niemal się chwali? Wszelkie propozycje możecie przysyłać mi na maila.

Najczęściej używaną barwą w komiksie jest naturalnie krwista czerwień. Być może niektórzy to naprawdę lubią, ale ja osobiście czułem się wielokrotnie zniesmaczony, podczas lektury kolejnych rozdziałów komiksu. Koniec końców komiks odniósł jednak dość spory sukces. Jak na standardy Avatara komiks sprzedawał się nieźle i doczekał się kontynuacji pisanej przez Ennisa, ale również Davida Laphama, a potem przez Simona Spurriera.

Rysownikiem całej historii jest Jacen Burrows – etatowy pracownik wydawnictwa Avatar. Jego mocne, dosłowne i wyraziste rysunki idealnie pasowały do krwistego scenariusza i wzmocniły jego obrazoburczą wymowę. Zdecydowanie chciałbym jeszcze nieraz oglądać jego prace, lecz w zdecydowanie łagodniejszej odsłonie. Nie wiem jednak czy jest to możliwe, bowiem Burrows zaznacza swoją obecność praktycznie w każdym komiksie wydanym przez Avatar Press, co czyni go człowiekiem dość zapracowanym. Wydanie miękkokładkowe, które jest przedmiotem owej recenzji, zostało wzbogacone o kilka stron dodatków. Nie spodziewajcie się jednak czegoś niezwykłego, większość to alternatywne okładki z każdego z dziesięciu zeszytów.

"Crossed" to komiks głośny i kontrowersyjny, ale w mojej opinii zdecydowanie nieudany. Nagromadzenie okrucieństw i ocierających się o pornografię scen sprawiło, że gdzieś po drodze zniknął cały sens. Nawet jeśli taki właśnie był zamiar Gartha Ennisa, to po prostu nie potrafię zapisać tego komiksu po stronie jego wielu udanych projektów. Odradzam jakąkolwiek formę kontaktu z Ukrzyżowanymi, a komiksowi wystawiam ledwie dwóję.

piątek, 10 sierpnia 2012

#1104 - Gra o Tron t.01

Trudno napisać coś nowego o „Grze o Tron”. Cykl kultowych powieści George`a R.R. Martina doczekawszy się swojej małoekranowej wersji stał się jednym z największych przebojów telewizyjnych ostatnich lat i znalazł się na ustach wszystkich. Sukces produkcji HBO sprawił, że „Pieśń lodu i ognia” z getta miłośników fantastyki przebiła się do popkulturowego mainstreamu. Martin korzystając z koniunktury przekuwa swoje opus magnum na zarabiającą tysiące dolarów franszyzą. Gry komputerowe, figurki, gadżety i inne wytworu działów merchandisingu zarabiają dla niego tysiące zielonych. Przyszedł czas i na komiks.

Prawa do komiksowej adaptacji kupiło Dynamite Entertainment. Trochę mnie zdziwiło, że „Gra o Tron” znalazła się w rękach tak niewielkiej oficyny, a nie w Marvelu, który słynie ze znakomitych, docenianych przez krytykę i czytelników adaptacji literatury. Seria oparta na motywach sagi Martina zadebiutowała we wrześniu zeszłego roku, a pierwszy trejd ukazał się 27 marca 2012. Polski wydawca Amber, dla którego „Gra o Tron” stanowi comeback na rynek komiksowy, bardzo szybko, bo już w kwietniu, opublikował pierwsze wydanie zbiorcze u nas. Za Oceanem seria spotkała się z mieszanym przyjęciem wśród krytyków i gdyby nie to, że była adaptacją Martina, przeszłaby bez echa.

Scenarzysta Daniel Abraham podołał zadaniu przysposobienia pozbawionego literackich fajerwerków, ale jednak specyficznego języka prozy Martina na potrzeby opowieści obrazkowej. W jego narracji brakuje mi jednak dramaturgii i odpowiedniej ekspozycji poszczególnych wątków i postaci. Wydaje mi się, że to właśnie w medium komiksowym najmocniej można podkreślić choćby subiektywność narracji, zarówno pod względem tekstowym, jak i wizualnym. Abraham nie pokusił się w swojej wersji „Gry o Tron” o zagrania możliwościami drzemiącymi w komiksie. Wybrał bezpieczne wyjście, po raz kolejny opowiadając historię znaną z kultowych książek i popularnego serialu. Szkoda, ale trudno mu się dziwić. Dla nominowanego do nagród Hugo, Nebuli i Locusa powieściopisarza jest to debiut na niwie komiksowej.

Niewiele, lub zgoła nic dobrego nie da się powiedzieć o oprawie graficznej, bo Tommy Patterson nie zasługuje nawet na miano solidnego wyrobnika. Jego prace dla mniejszych wydawnictw, takich jak Boom!, Dynamite czy Zenescope (dla których rysuje spin-offy do niesławnych krypto-pornoli z serii „Grimm Fairy Tales”) jakoś nie pozwoliły mu się przebić do pierwszej ligi i trudno się dziwić. Niedopracowana, zdradzającego mangowe wpływy kreska nie jest ani miła dla oka, ani oryginalna, ani jakakolwiek inna. Razi kulejącą kompozycją, anatomicznymi babolami i całym tym zestawem tanich chwytów pozwalających na podołanie morderczemu tempu wydawniczemu w Stanach.

Choć Abraham i Patterson chcą być bardziej, niż scenarzyści i producenci wersji HBO, wierni pierwowzorowi, w komiksowej „Grze o Tron” wyłazi na wierzch cała ta konwencjonalność i schemat sztafażu opowieści fantasy. Obnażone zostają wszystkie słabości, wszystkie niedostatki, które tak skutecznie maskował sam Martin, a potem (przynajmniej do pewnego momentu) twórcy serialu. Co więcej – wersja komiksowa nie oferuje nic w zamian. Ani rozegranej w ciekawy sposób fabuły, ani zapierających dech w piersi efektów wizualnych, ani nic, co by w jakikolwiek usprawiedliwiało sięgnięcie po serię.

czwartek, 9 sierpnia 2012

#1103 - Ród M

Prawdziwym fenomenem Marvela (i po części również DC) jest nie tyle zbudowanie komiksowego uniwersum zamieszkałego przez superbohaterską populację, ale stworzenie niekończącej się meta-narracji. O ile da się wyróżnić jakiś początek (choć wcale nie musi być on wyznaczony przez pierwsze publikacje Domu Pomysłów) i pewne „punkty startowe”, będące dogodnymi miejscami dla czytelników na wskoczenie w nurt snutej dziesiątek lat historii, to prawdopodobnie nigdy nie doczekamy się ich końca. Przynajmniej dopóki będą przynosić krociowe zyski.

Oczywiście, nie jest to żadna nowość. Wszak największe filmowe, książkowe czy growe przeboje zapuszczają w popkulturze korzenie i dają początek swoim dynastiom. Wielotomowe sagi fanasy, brytyjskie i amerykańskie seriale starsze od naszych rodziców i creme de la creme – Gwiezdne Wojny. Ale niewiele marek tego typu może równać się z Marvelem, który wygrywa pod względem ilości, skomplikowania swojego expanded universe, a i niewielu konkurentów może równać się z Domem Pomysłów pod względem stażu. Przecież oni to robią od czasów Stana Lee (a DC pewnie i dłużej)! Co więcej – nie jest tak, że owa meta-narracja składa się z mniejszych, samodzielnych części. Gdyby się dokładniej przyjrzeć poszczególnym zeszytom czy albumom da się zauważyć, że do ich w miarę satysfakcjonującej lektury trzeba zapoznać się z dziesiątkami innych pozycji, żeby wiedzieć kto z kim i gdzie i jak.

Jedne historie łączą się z następnymi, a te z kolei są zapowiedziami następnych. Fabuły rozpięte są pomiędzy cliffhangerami, które wydawcy obudowują wielkimi kampaniami promocyjnymi mającymi przekonać czytelników, że kolejny event czy crossover to naprawdę wielka rzecz. I choć fani wielokrotnie się przekonali, że to tylko marketingowa mowa trawa, to i tak sięgają po kolejne zeszyty i albumy. Kiedy wrzawa wokół danego tytułu nieco ucichnie, pojawią się znaki, że znowu coś się zbliża. Coś majaczy na horyzoncie i po pewnym czasie cały cykl się powtarza. I tak się to kręci. Ad infinitum. „Ród M” jest doskonalą realizacją takiego modelu.

Komiks Briana M. Bendisa (scenariusz) i Oliviera Coipela (rysunki) opowiada ciąg dalszy losów Scarlet Witch, których początek poznaliśmy w „Avengers: Disassembled”. Na scenie wydarzeń, obok Mścicieli pojawiają się również X-Men (tym samym dochodzi do crossoveru pomiędzy dwoma, najbardziej przebojowymi markami Marvela w tamtym czasie – „Astonishing X-Men” i „New Avengers”). Bohaterowie wspólnie muszą postanowić, co zrobić z oszalała mutantką, zdolną z mgnieniu oka zniszczyć naszą rzeczywistość. Szkoda, że brakło w tym gronie Batmana, który z pewnością byłby przygotowany taką ewentualność.

Machinacje Wandy Maximoff były brzemienne w skutkach dla świata mutantów i Ziemi 616. Jakkolwiek historia przedstawiona na kartach komiksu jest w pewien sposób zamknięta to jej ciąg dalszy przedstawiony został w „Decimation”, które dość płynnie przechodzi w „Endagered Species”. Potem jest, „Messiah CompleX”, kontynuowane przez kolejne części mesjańskiej trylogii, „Divided We Stand”, „Manifest Destiny”, „Nation X”, aż dochodzimy do „ReGenesis” i „Schism”. Gdzieś po drodze tworzą się wątki poboczne, prowadzące na przykład do „Silent War”, które potem zostają rozwinięte kosmicznym zakątku Domu Pomysłów, pączkują serie odpryskowe o różnej żywotności, począwszy od „Cable`a”, przez „X-Force”, „Generation Hope”, a skończywszy na „Uncanny X-Force”. W ten sposób, śledząc tylko losy mutantów Marvela, bo przecież podobne drzewko można przygotować dla Avengersów, dochodzimy do bieżącego eventu Domu Pomysłów, czyli „Avengers vs. X-Men”, którego twórcy i redaktorzy obiecują wreszcie rozwikłać wątki ciągnące się latami. Nie wierzyłbym w żadne obietnice finału, bo wielka superbohaterska narracja nie może się skończyć. Naturalnym stanem każdego miłośnika super-hero jest wyczekiwanie. Ciągła obietnica tego, co nadejdzie, która nigdy nie może zostać spełniona, a jeśli pojawia się jakaś satysfakcja – to jest ona chwilowa. I rozbudza kolejne pragnienia.

Dla mnie „Ród M” to jeden z najsłabszych komiksów napisanych przez Bendisa – szczególnie jeśli lektura jest ograniczona tylko do głównej mini-serii, w której maksymalnie skompresowana wątki, rozwijane w szeregu tie-inów, na łamach poszczególnych serii herosów występujących na scenie. Przez to fabułą wydaje się jeszcze bardziej skrótowa. Historia zaczyna się znakomicie od niepokojącej wyprawy do Genoshy. Bendisowi, który słynie z tego, że lepiej zaczyna, niż kończy, udało się utrzymać moje zainteresowanie do drugiego numeru, w doskonale uchwycono zagubienie Wolverine budzącego się w dziwnym miejscu (żeby zbyt wiele nie spoilerować). Kiedy wszystko w numerze trzecim zostaje wyjaśnione – atmosfera dramatycznie siada. Robi się konwencjonalnie. Scenarzysta nie zadał sobie zupełnie trudu, aby rozwinąć wątek trudnych relacji pomiędzy Magneto i jego dziećmi, który miał spory potencjał dramatyczny. Bendis wolał skupić się na nawalance i mnożeniu durnych deus ex machina, aż do rozczarowującego finału. Szkoda.

Z oprawą wizualną mam pewien problem. Olivier Coipel bardzo spodobał mi się w „Thorze” J. Micheala Straczynskiego. Swoją charakterną i nieco zawiadiacką kreską wyróżniał się pośród dziesiątków „artystów”, rysujących na jedno kopyto, bez krztyny jakiejkolwiek oryginalności. Coipel ze swoim specyficznym stylem rysowania postaci w bardzo przysadzisty, wręcz kwadratowy sposób pozytywne się wyróżniał. Warsztatowa sprawność połączona z wyczuciem konwencji i europejskim temperamentem (Coipel z pochodzenia jest Francuzem) dawała ciekawe efekty, ale… Właśnie, w przypadku „Rodu M” pojawia się ale, bo niektóre fragmenty wydają mi się bardzo niedopracowane, zrobione wręcz niedbale. Nie mogę z czystym sumieniem zachwycać się grafiką „Rodu M”, ale kilka scen zrobiło na mnie piorunujące wrażenie – choćby ta ze spacerującym w powietrzu Magneto nad ruinami Genoshy.

środa, 8 sierpnia 2012

#1102 - Batman vol.1: Court of Owls

Przed nastaniem Nowej 52 Scott Snyder, scenarzysta znany polskiemu czytelnikowi z „Amerykańskiego Wampira” pisał skrypty do „Detective Comics”. Choć bohaterem historii „Black Mirror” nie był Bruce Wayne, tylko Dick Grayson, to Snyder pokazał, że jak mało kto w branży „czuje” postać Mrocznego Rycerza. I to jak. Na fali mojego czytelniczego entuzjazmu do „Court of Owls” wydaje mi się, że Snyder jest najlepszą rzeczą, która przytrafiła się Batmanowi od „Batman: Year 100” Paula Pope`a, a może nawet od czasów Granta i Breyfogle`a…

Historia „Court of Owls” rozpoczyna się na balu, podczas którego Bruce Wayne ogłasza serię inwestycji w „przyszłość Gotham”. Właściciel Wayne Enterprise nie chce, aby jego rodzinne miasto wciąż uchodziło za siedlisko psychopatycznych przestępców, rządzone przez mafijne rodziny, w którym ludzie boją się wychodzić na ulice po zmroku. Nie ma jednak pojęcia, że podejmując śledztwo w sprawie morderstwa dokonanego za pomocą noży z wizerunkami sów już wkrótce dopadnie go ta sama mroczna przeszłość Gotham, od której chce się odciąć. Bowiem miasto Batmana nieprzypadkowo cieszy się taką, a nie inną opinię…

Nie chcą zdradzać zbyt wiele z fabuły pierwszego trejda zresetowanego „Batmana”. Powiem tylko, że możecie po nim spodziewać się wątków, które kiedyś się już pojawiały. Motyw złamania Nietoperza, jest co najmniej tak stary, jak Bane, a przecież całkiem niedawno odkurzył go Grant Morrison. Także w jego runie przewijał się wątek tajnej, pseudo-masońskiej organizacji zza kulis pociągającej za sznurki w Gotham, a eksplorowanie mrocznej historii bat-miasta jest już przecież ograne, aż do bólu. Paranoja Batmana? Nieodkryte sekrety z jego przeszłości? Wszystko to już było. Ale Snyderowi w podejmowaniu tych i kilku innych wątków udało się uniknąć wszechobecnego w komiksie superbohaterskim schematyzmu, przyprawiającego mnie o nieznośny ból zębów. „Court of Owls” jest cholernie błyskotliwie napisane, fabuła jest precyzyjnie dopracowana. Akcja trzyma w napięciu, jak najlepszy thriller, a komiks swoją dramaturgią mogłoby obdzielić jeszcze kilka innych serii, choćby „Batman: R.I.P.”. W przeciwieństwie do Morrisona Snyder nie przedstawia Mrocznego Rycerza, jako gotowego na wszystko nadczłowieka. W pierwszym tomie „Batmana” zobaczycie Bruce`a popełniającego błędy, pobitego, który musi stawić czoło niebezpieczeństwu ponad swoje (i swoich przyjaciół) siły.

Snyder wiele ryzykuje rozbudowując bat-mitologię o sowi wątek. Grzebiąc w najgłębiej zakorzenionych motywach może skończyć jak Geoff Johns, który wspaniale odnowił legendę Zielonej Latarnii, aby potem skończyć na masowej produkcji nowych, kolorowych korpusów. Jak będzie to wyglądało w przypadku strażnika Gotham to się dopiero okaże, ale na razie wszystko poukładane jest wręcz wzorowo. Nie ma się od czego przyczepić, podobnie zresztą jest w przypadku współpracy na linii scenarzysta-rysownik. Wyraźnie czuć, że między Gregiem Capullo, a Snyderem jest komiksowa chemia. Jeśli kojarzycie styl Capullo, z tym co prezentował na łamach polskich „X-Men” („X-Cutioner Song”) czy gdy w „Spawnie” przejął pałeczkę po jego twórcy możecie się nieco zdziwić. Artysta odszedł od inspiracji style Jima Lee czy Todda McFaralane`a i poszedł własną drogą w kierunku bardziej syntetycznego, dynamicznego i uproszczonego rysunku. Ta zmiana wyszła całkiem nieźle, choć przyznam, że nie rozumem chóru zachwytów nad jego kunsztem.

Największą wadą „Court of Owls” jest to, że jako historia nie jest zamkniętą całością. Nie zdradzając chyba zbyt wiele powiem, że w finale, zamiast punktu kulminacyjnego dostajemy potężny cliffhanger będący wstępem do „Night of Owls”. Z reguły rozlewanie nawet najbardziej fantastycznej historii na wielki crossover nie kończy się dobrze. Czy Snyderowi uda się zrobić wyjątek od tej reguły? Czy jego praca będzie po latach wspominana, jako klasyka? Chętnie się o tym przekonam.

wtorek, 7 sierpnia 2012

#1102 - Lucyfer #8: Wilk pod drzewem

„Wilk pod drzewem”, będący ósmym tom serii „Lucyfer”, pogłębia moje wrażenie, że Mike Carey zmierza donikąd. Pośród wielu pisarskich cnót Neila Gaimana zawsze zadziwiała mnie jego wirtuozerią w komponowania fabuły. Umiejętność odpowiedniego budowania napięcia i sprawne radzenie sobie z formatem amerykańskiego serialu komiksowego, który co miesiąc musi pojawić się w sklepie komiksowym.

Autor „Sandmana” zaplanował dla każdej z poszczególnych historii, każdego wątku i każdej postaci istotną rolę do odegrania w prawdziwie wielkiej, rozpisanej na 75 epizodów historii. A kiedy docieramy do ostatniej strony, do wielkiego finału opowieści o Śnie z Nieskończonych, który może nam się podobać lub nie, nie sposób nie docenić jego doskonale zaplanowanej struktury, zrealizowanej z literackim polotem i żelazną konsekwencją. Carey niestety nie jest scenarzystą tego formatu, co Gaiman, i podobne przedsięwzięcie w jego wykonaniu jest po prostu skazane na niepowodzenie. „Lucyfer” momentami wydaje się puszczony samopas. Spin-offowej serii brakuje spójności i dramaturgii. Cierpi na zbytnią „serialowatość”. Główny wątek, jeśli taki w ogóle da się wyróżnić, zaczął mnie nużyć już kilka tomów temu, ale w komiksie zdarzają się też dobre momenty. Są to głównie krótkie historie. Właśnie dwie takie fabuły, pomieszczone na 48 i 24 stronach można znaleźć w „Wilku pod drzewem”.

Pierwsza z nich jest zawarta jest w jubileuszowym pięćdziesiątym zeszycie serii. „Lilith” to opowieść o pierwszej żonie Adama, głęboko zakorzeniona w tradycji apokryficznej i talmudycznej rzuca nieco światła na genezę buntu Lucyfera. Bliska „Morderstwom i tajemnicą” (też zresztą narysowana przez P. Craig Russela) historia, na swój komiksowy sposób, przewrotnie wpisuje się chrześcijański dyskurs o wolnej woli i odpowiedzialności, dobru i złu.  Druga, czyli „Neutralny grunt” to oparta na zgrabnym koncepcie nowelka, tyle straszna, co zabawna. Obie, według mnie, są znacznie bardziej interesujące od tytułowego „Wilka pod drzewem”, który przecież miał być głównym daniem tego albumu, które smakuje gorzej od przystawek.

Zresztą, podobnie rzecz ma się wśród aktorów tego widowisko – show znajdującemu się do tej pory w świetle reflektorów Lucyferowi kradnie archanioł Michał, który wreszcie pokazuje, że ma (przysłowiowe) jaja i jest całkiem interesującą postacią. W ogóle niebiańskie sprawy Złotego Miasta opuszczonego przez Boga wydają się znacznie bardziej ciekawe, niż perypetie Gwiazdy Zarannej, sprowadzające się właściwie do dość podobnych do siebie fabuł, opartych na tym samym schemacie. Cokolwiek dla byłego władcy piekieł przygotowali jego antagoniści, on zawsze jest o krok, dwa przed nimi. Jest przygotowany na każdą ewentualność, co urasta powoli nudnego schematu – Lucek zawsze wygrywa. Zresztą, na to samo komiksowe schorzenie cierpi Batman, ale jemu ostatnio przytrafiło mu się kilka niezłych historii, w przeciwieństwie do swojego kolegi z Vertigo.


Ryan Kelly, Peter Gross i Ted Naifeh to rysownicy, których imion nie zapamiętacie, a co dopiero mówić o zachwyceniu się ich kunsztem. Dwaj, etatowi niemal graficy serii przyzwyczaili mnie do swojego poprawnego i nijakiego stylu, a Naifeh równa do ich poziomu. Wyjątkiem wśród odpowiedzialnych za oprawę wizualną jest oczywiście P. Craig Russel. To artysta, którego trzeba umieścić klasę, albo nawet i dwie wyżej. Ma swój zdecydowanie rozpoznawalny styl, choć oczywiście specjalną oryginalnością nie grzeszy, bo jest mocno zakorzeniony w amerykańskiej komiksowej tradycji. Ale jego miękka kreska może się naprawdę podobać.

Wydaje mi się, że Mike Carey jak ognia stara się unikać epigoństwa w stosunku do oryginalnej serii. Wychodzi mu to różnie – niekiedy doprowadza to do paradoksalnych sytuacji, tak jak w „Wilku pod drzewem”, że nie tyle idzie śladami Gaimana, ile kopiuje samego siebie z poprzednich tomów. Efekt tego jest dość żałosny, choć i tak „Wilk pod drzewem” jest jednym z lepszych tomów serii dzięki obecności dwóch, krótszych historii.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

#1100 - Usagi Yojimbo: Ronin

Gdyby nie „Wojownicze Żółwie Ninja” Stan Sakai prawdopodobnie nie miałby szanse wypłynąć na szersze wydawnicze wody ze swoim pomysłem na królika-samuraja. Niesamowity sukces bohaterów stworzonych przez Kevina Eastmana i Peter Lairda przyczynił się do zalewu pozycji z zantromorfizowanymi bohaterami w roli głównej. Tak się złożyło, że w tym czasie Sakai myślał o zrobieniu samurajskiego komiksu z głównym bohaterami stylizowanym na legendarnego mistrza miecz z epoki Edo – Miyamoto Musashim.

Legenda głosi, że Sakai projektując postacie narysował królika z groźną miną i uszami spiętymi w kucyk. Ta postać tak bardzo mu się spodobała, że z miejsca postanowił uczynić ją głównym bohaterem nadchodzącej serii. Pierwsza historia z Miyamoto Usagim (Usagi, bo z japońskiego to znaczy tyle, co królik) opublikowana została na łamach magazynu „Albedo”, w których prezentowane były podobne historie. Historia nie wzbudziła specjalnego zachwytu wśród czytelników i krytyków, ale była na tyle dobra, że pojawiły się jej kolejne części. Był to październik 1984 roku, a ta opowieść to „Goblin z Adachigory”, która przedrukowana została w tomie „Ronin”

Sakai miał szczęście, że już wkrótce miał wybuchnąć szał na punkcie czarno-białych, niezależnych produkcji komiksowych, mocno kontestujących ówczesne popkulturowe trendy. W forpoczcie tych tytułów znajdują się „Teenage Mutant Ninja Turtles” Eastmana i Lairda, którego oryginał nie miał zbyt wiele wspólnego z popularnym również w Polsce serialem animowanym i cyklem filmów fabularnych. Dziś, nikt o takich tytułach, jak „Adolescent Radioactive Black Belt Hamsters” nikt już nie pamięta, ale „Usagiemu” udało się wybić na fali podobnych produkcji i utrzymać na powierzchni dzięki kunsztowi swojego autora.

We wznowionym przez Egmont „Roninie”, który pierwotnie został wydany przez Mandragorę, zebrano najwcześniejsze przygody Usagiego. Większość pochodzi z okresu, kiedy długouchy nie mógł pochwalić się jeszcze własnym on-gongiem i występował gościnnie we wszelakiej maści antologiach – to niejako tłumaczy ich skrótowość i lapidarność. Stan Sakai był wtedy jeszcze niewprawnym komiksiarzem, który szukał swojej drogi. W jego wczesnych pracach razi nieporadność – czy to przy konstruowaniu fabuły, gdy zbyt często ucieka w schematyzm, czy warstwie wizualnej, której brakuje jeszcze jego charakterystycznej lekkości i finezji. Pod względem warsztatu kuleje czasem perspektywa, a ruchowi brakuje dynamiki. Usagi również się zmieniał, ewoluując z silnie zaantropomorfizowanego króla w bardziej ludzką postać Zresztą, wystarczy porównać pierwszy tomik z na przykład „Daisho”, aby dostrzec kolosalną wręcz różnicę. Ale już w „Roninie” pojawiają się kluczowe dla przyszłej fabuły wątki i bohaterowie, którzy wielokrotnie będą powracali na łamach serii. Pan Hikiji zawiąże spisek mający na celu uderzenie w klan Geishu. Usagi po raz pierwszy spotka na swojej drodze swojego syna Jotaro, łowcę nagród Gena, z który przeżyje niejedną przygodę i piękna Tomoe, która stanie się dla głównego bohatera kimś więcej, niż tylko towarzyszem broni.

Choć Sakai w swojej pracy oddaje hołd klasyce, spod znaku kina Akiry Kurosawy oraz klasycznym serialom takim, jak „Samotny Wilk i Szczenię” czy „Zatoichiemu”, całymi garściami czerpiąc z utrwalonych w gatunku tradycji, to od samego początku wyraźnie widać, że nie boi się bardzo szeroko podchodzić do samurajskiej konwencji. Od samego początku w jego serii pojawiają się elementy komediowe, melodramatyczne cz grozy, które z czasem wyewoluują w kierunku samodzielnych, gatunkowych historii, z historycznym tłem i Usagim, nierzadko znajdującym się na drugim planie. Ale dla mnie akurat nie takie fabuły stanowią o sile tego, tak znakomitego przecież, tytułu. Podobnie zresztą, jak pieczołowite odwzorowanie realiów XVII-wiecznej Japonii. Rozumiem, że dla Sakai, Amerykanina urodzonego na Hawajach, w którego żyłach płynie japońska krew, ma to pewnością niezwykłe znaczenie, ale nie dla postronnego czytelnika, doceniającego rzecz jasna ogrom pracy przy materiałach źródłowych, nie jest to takie istotne. Siła „Usagiego Yojimbo” tkwi w tych opowieściach, które traktują o ściśle samurajskich sprawach. Znajduje się ona w szlachetnej prostocie z pozoru trywialnych historii o zemście i honorze, w których świszczą miecze. Wydobywa z nich całą gamę emocji. Doskonale buduje napięcie. To banał, ale najtrudniej opowiedzieć te najprostsze historie. Sakaiowi udaje się to po mistrzowsku, wychodząc poza ramy zarówno formalna, jak i estetyczne, komiksu przeznaczonego dla masowego odbiorcy. To trochę, jak z podwójnym kodowaniem u Umberto Eco, bo „Usagi” poza tym, że dla niewyrobionego czytelnika będzie świetnym, atrakcyjnym czytadłem, zadowoli również nieco bardzie wymagającego odbiorcę.

sobota, 4 sierpnia 2012

#1099 - Trans-Atalntyk 199

Na liczbie 199 licznik się zatrzymuje - dzisiejsze wydanie Trans-Atlantyku jest jego ostatnim. Niestety, zwyczajnie brakuje mi czasu na zadbanie o to, żeby regularnie, co tydzień w sobotę ukazywał się Komix-Express, a w niedzielę - Trans-Atlantyk, pomijając już to, że roboty przy obu tych cyklach jest co nie miara. To orka na ugorze na weekend, której mam po prostu dość. Inna sprawa, że brakuje mi nieco motywacji. Porównując pierwsze wydania z ostatnimi postęp jest widoczny gołym okiem. Teraz nie bardzo wiem co zrobić, żeby T-A był jeszcze lepszy i budził większe (lub jakiekolwiek) zainteresowanie. Statystyki pokazują, że jest to najrzadziej przez Was odwiedzany dział Kolorowych Zeszytów. Widać polski czytelnik nie interesuje się tym, co dzieje się za Oceanem. Szkoda, że tak to się kończy. Anulowanie T-A wcale nie oznacza, że rezygnuje z amerykańskiego rynku komiksowego, który, zachowując odpowiednie proporcje, jest bardzo podobny do naszego komiksowa. Wciąż monitoruje wydarzenia za wielką wodą,. Wciąż będą pojawiały się teksty dotyczącego tego, co dzieje się w Marvelu czy DC, a także w innych zamorskich wydawnictwach. Stay tuned!

Dom Pomysłów odkrywa karty ogłaszając jacy twórcy przejmą poszczególne tytuły w ramach inicjatywy Marvel NOW!. Nareszcie. Na razie wydawnictwo ogranicza się do prezentacji teaserów z nazwiskami twórców z przydomkiem, słowem charakteryzującym daną serię, więc pozostaje pewien margines spekulacji. I tak - Jason Aaron wraz z Esadem Ribickiem dostaną prawdopodobnie którąś z serii Thora ("Worty"), a Kieron Gillen i Greg Land przejmą Iron-Mana ("Invincible"), zgodnie ze sepkulacjami, jakiepojawiały się w sieci. Mark Waid wespół z Leinilem Francisem Yu zaopiekuje sie Hulkem ("Indestructible"), natomiast dwaj komicy Brian Posehn i Gerry Duggan zatrudnieni zostaną jako scenarzyści on-goingu z Deadpoolem ("Chimichangas") z Tony`m Moorem, który zajmie się grafika. Wreszcie Rick Remander zluzuje Eda Brubakera, jako skrypciarza "Winter Soldier (oprawą wizualną zajmie się, niestety, John Romita Jr), a losy Fantastycznej Czwórki złożono na ręce Matta Fractiona i Marka Bagley`a. Oprócz tego Fraction wraz z Mike`m Allredem ma dostać jeszcze jeden ongoing z Pierwszą Rodziną Marvela (pewnie "FF"). Tak prezentują się owe teasery:

Na papierze wygląda to nieźle - Aaron, Gillen, Waid i Remander to duże naziwska, ścisła czołówka scenarzystów zatrudnionych w Marvelu. To samo da się powiedzieć o Yu i Ribicku, a Romita i Land, podobnie jak Fraction, to nazwiska, które mają swoich fanów i mówiąc brzydko "sprzedają się" za Oceanem. Ogółem do kilku najważniejszych komiksów przydzielono chyba najlepszych dostępnych twórców, a przecież to nie jeszcze nie koniec. Mam nadzieję, że Marvel będzie trzymał się tej strategii i w przeciwieństwie do DC nie będzie niepotrzebnie mnożył tytułów i obsadzał ich artystami, którzy nie prezentują pewnego poziomu. Łudzę się, że Axel Alonso i reszta wierchuszki zrozumie, że więcej, wcale nie znaczy lepiej. 

Kieron Gillen na łamach "AvX: Consequences" zajmie się, jak sam tytuł wskazuje, konsekwencjami największego eventu tego roku w Marvelu. Scenarzysta podkreśla jednak, że "Avengers vs. X-Men", jako historia doczekają się satysfakcjonującego finału, a komiks jego autorstwa będzie rozwijał te wątki, które nie zostały odpowiednio rozwinięte. Poza tym na jego łamach poszczególni bohaterowie z obu stron barykady będą próbowali poradzić sobie z wydarzeniami ostatnich tygodni. "Consequences" ma być komiksem pozbawionym efektownej akcji, skupionym bardziej na emocjach postaci, kameralnym. Jego wymowa nie będzie tak optymistyczna, jak "Avengers: Prime" (będący epilogiem do "Siege"), w którym Thor, Tony i Steve odnowili swoją przyjaźń. Nie wszystko rany po starciu mutantów i Mścicieli da się wyleczyć. Niektóre problemy zostaną rozwiązane, ale wiele spraw się pogorszy. Niejako przy okazji zostanie przygotowany grunt pod Marvel NOW!. Każdy z pięciu zeszytów, które będą ukazywały się co tydzień, narysuje inny artysta. Do Toma Raney`a, Marka Brooksa, Steve`a Kurtha i Dale`a Eagleshama dołączy jeszcze piąty rysownik.

Zakończenie serii "PunisherMAX" napisane przez Jasona Aarona wcale nie oznacza, że wojna, jaką Frank Castle wypowiedział przestępcom dobiegła końca. Na łamach "Untold Tales of the Punisher MAX", jak sam tytuł wskazuje, przedstawione są historie nieopowiedziane. Już sierpniu swoją cegiełkę do tej serii dołoży pisarka Megan Abbott, dla której będzie to komiksowy debiut. Autorka powieści kryminalnych i sensacyjnych przyznaje się, że w młodości pasjonowała się przygodami Archiego i jego przyjaciół, a teraz z zapartym tchem czyta "Criminal". To właśnie dzięki Edowi Brubakerowi zaczęła flirtować z medium komiksowym. Pierwotnie miała napisać coś dla Vertigo Crime, ale po upadku tego imprintu, znalazł ją Marvel. W Domu Pomysłów zabierze Człowieka-Armatę na słoneczne przedmieścia, gdzie tropił będzie swoją kolejną ofiarę. Historia będzie przedstawiona z jej punktu widzenia. Oprawą graficzną zajmie się Matteo Buffagni.

Wieści z filmowego oddziału Marvela. Bryan Singer ogłosił, że fabuła "X-Men: First Class 2" będzie w dużej mierze oparta na historii "Days of Future Past". To jedna z najbardziej znanych historii z mutantami, która ukazała się w 1981 roku, na łamach "Uncanny X-Men" #141-142. To część (jedna z najlepszych) klasycznego runu Chrisa Claremonta. Zdjęcia do filmu reżyserowanego przez Matthew Vaughna rozpoczną się już za kilka miesięcy. Znamy również głównego villaina, który wystąpi w sequelu "Thora". Będzie nim Malekith The Accursed, władca Svartalfheim, zamieszkałego przez Mroczne Elfy. Dom Pomysłów spłatał figla swoim czytelnikom, bo niewiele osób spodziewało się akurat tego łotra. Postać będzie grana przez Christopher Eccleston, znanego między innymi z roli Destro w pierwszej części "G.I.Joe".

Znakomita grafika Marcosa Martina przygotowana na pięćdziesięciolecie Człowieka Pająka

piątek, 3 sierpnia 2012

#1098 - PKS 03: Marcin Surma

W zasadzie pracuje w dwóch studiach. Jedno znajduje się w Lublinie, w którym narysowałem połowę materiału do "Woroszyłowgradu". W Łodzi natomiast stworzyłem druga. I tak:

LUBLIN:


Kącik w mieszkanku rodziców przy króciutkim blaciku, z laptopikiem na encyklopedyjkach i segregatorkami pod łokietki.

F - Intuos Surpika.
3 - Wspomniany już segregatorek pod łokietek. Zmniejsza długoterminowo
zużycie ketoprofenu.
R - Również wspomniany laptopik na encyklopedyjkach PWN.
A - Kasiofon.
Z - Krzesło za którym tęsknię w długie jesienne wieczory w Łodzi.
C - Analogowy dropbox.

ŁÓDŹ:


Pokój typu "tramwaj". Wąski, duszny, ciasny, ciemny, własny na jakiś czas.

K - Tymoteusz (stan na czerwiec: nieaktualne -- Tymoteusz mieszka teraz w dziesięciogalonowej klatce)
1 - Soczysta ceramiczna Malina
S - Kasiofon
Y - Czort (Kalanchoe daigremontiana, zwana Diablim Kręgosłupem i Macierzą Tysiąca). Chce ktoś?
V - Odwiert do sąsiadów z dołu
U - Chefsessel "Ergonomic"
X - Martwy komputer
E - Przerywa
7 - Laptopik tym razem bez encyklopedyjek
5 - Tu dodać Kasię.
B - Monitor, pod którym leżą dwa Słowniki Języka Polskiego M.S.B. Linde, reprinty wydania z 1860. Zasłonięte lśniącą, karmazynową klawiaturą.
2 - Duży Kubek (stan na czerwiec: nieaktualne)
N - Xulmofon
Q - Dotykowy włącznik światła w zestawie ze ściemniaczem. Powód dla którego wybrałem ten pokój.
G - Karny Jeżyk (stan na czerwiec: nieaktualne)

czwartek, 2 sierpnia 2012

#1097 - Fantasy Komiks #16/17

Fantasy Komiks” różnorodnością stoi. W dwóch kolejnych tomach, czerwcowym i kwietniowym, nie powtarza się ani jednak seria. W sumie, wraz z „W poszukiwaniu Graala” na łamach cyklicznej antologii fantasy Egmontu publikowanych jest obecnie aż siedem serii. Jak to mówią – dla każdego coś miłego. Przynajmniej dla miłośników tytułowego fantasy.

W szesnastym numerze antologii zadebiutowała „Przysięga”, bestsellerowa seria pióra Fabrice`a Davida. Pierwszy tom, „Pieśń Anoroera”, zapowiada najciekawszy on-going „FK” od czasów frapującej „Zarazy”. Osadzona w quasi-średniowiecznych realiach opowieść wygląda na pełną walki o władzę i politycznych intryg epicką sagę słusznie kojarzącą się z martinowską „Pieśnią lodu i ognia”. David, nowa gwiazda frankofońskiego komiksu, rozwija skrzydła bardzo powoli, planując wyraźnie swoją opowieść na przynajmniej kilka albumów. „Przysięga” narysowana jest w nowoczesnym, realistycznym europejskim stylu, w którym Eric Bourgier czuje się znakomicie. Nawet jeśli fabuła zejdzie na manowce klisz, to będzie można cieszyć się znakomitymi ilustracjami.

Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć ani o rysowniku „Łowcy Smoków”, Phillipie Brionesie, ani o towarzyszącym „FK” od pierwszego numeru Phillipie Pellecie („Lasy Opalu”). Darko i jego drużyny wracają na łamy magazynu po prawie półtorarocznej nieobecności i są zdecydowanie najsłabszym komiksem w opisywanym gronie. „Pośród szczytów” to kolejny epizod mający za zadanie odwlec o kilkadziesiąt stron fabułę od nieodwracalnego, wielkiego pewnie finału. Nowe wątki są równie schematyczne, jak cała historia, a Pellet ze swoim mocno zamerykanizowanym stylem zupełnie mnie nie przekonuje. Podobnie, jak Briones, który ma znacznie swobodniejszą i dynamiczniejszą kreskę, ale równe nieciekawą. Choć drugi epizod „Łowców smoków” jest lepszy od poprzedniego, a ponad przeciętność wybija się tylko fakt obsadzeniem kobiet w rolach głównych.

W tomie siedemnastym pojawiają się swoiste sequele „Samuraja” i „Sloki”. W nowej przygodzie Takeo Jean-Francois Di Georgio i Frederic Genet zrezygnowali niemal zupełnie z elementów fantastycznych na rzecz klasycznego repertuaru motywów rodem z feudalnej Japonii. Powstała z tego całkiem przekonująca samurajska opowieść o zemście, honorze, z przekonującą kreacją starego mistrz miecza, Shobeia. Muszę przyznać, że to nowe wcielenie „Samuraja” znacznie bardziej podoba mi się, niż poprzednie, dlatego tym bardziej żałuje, że ostatnie strony drugiej części zwiastują powrót sił nadprzyrodzonych. W „Sloce” natomiast przenosimy się dziesięć lat w przyszłość. Wojna pomiędzy Zeidą i Okraną zakończyła się, ale na horyzoncie majaczy kolejne niebezpieczeństwo. Dość ograny schemat „herosi są zmęczeni” nie został rozegrany w zachwycający sposób, choć „Przebudzenie” broni się jak zwykle sprawnymi rysunkami Ceylesa. Pod względem graficznym diametralnie zmienił się „Zmierzch Bogów”. Dijef, na którego prace bardzo narzekałem, niemal kompletnie zmienił swój styl i komiks Nicolasa Jarry`ego wygląda teraz zupełnie inaczej. Fabularnie – trzyma fason, choć ulotniła się gdzieś ta mitologiczna atmosfera z pierwszych albumów.

Przy okazji recenzji tomów 12 i 13 narzekałem na małe zróżnicowanie materiału dobieranego przez redakcję „Fantasy Komiks”. Po lekturze numerów oznaczonych jako #16 i #17 wypada mi odszczekać tamte słowa – na tyle, na ile to możliwe jakaś dywersyfikacja się pojawia. Obok klasycznego („Lasy opalu”) pojawia się nieco dojrzalsze podejście do tematu smoków i rycerzy („Przysięga”). Zmienia się scenografia, od feudalnej Japonii, po germańskie mity. Zmienia się wreszcie tonacje poszczególnych historii – komiks Davida i Bourgiera jest utrzymany w raczej poważnym tonie, w przeciwieństwie do „Łowców smoków” choćby, nie mówiąc już o stripach „Heroic Pizza” czy „Goblinów”, które zaliczyły swój powrót w siedemnastym tomie.

środa, 1 sierpnia 2012

#1096 - Rzut za 3: Mniejszosci

Dan DiDio szumnie zapowiadał, że nowe DCU będzie znacznie bardziej zróżnicowane pod każdym względem. Bohaterem po relaunchu miał móc zostać każdy – gej, lesbijka, osoba o innym, niż biały kolorze skóry, Afroamerykanin, Azjata czy Latynos. Bardzo szybko się jednak okazało, że te śmiałe deklaracje to tylko element kampanii PR`owej wydawnictwa. Dywersyfikacji płciowa, seksualna i etniczna ujęta została w sposób absolutnie stereotypowy i powierzchowny. Stały się listkiem figowym, służącym do grania na różnych frontach medialnych i robienia szumu.

„Blue Beetle vol.1 – Metamorphosis” (Tony Bedard i IG Guara)

W „Blue Beetle” widać to doskonale. Głównym bohaterem serii jest mieszkający w El Paso Jaime Reyes. Pomimo nieco ciemniejszej karnacji i rodziców posługujących się spanglishem jest dość wierną kopią Petera Parkera. Szkolnego ślamazary, dość regularnie dostającego w szkole bęcki, który przypadkiem wchodzi w posiadanie artefaktu, dzięki któremu stanie się superherosem. Cała „etniczność” tego komiksu, jak i postaci, ogranicza się do tego, że odpowiednik Flasha Thompsona w świecie Jaimiego jest blondynem, a jego Harry Osborn to członek gangu. Reszta – problemy typowe dla nastolatków, sercowe rozterki, a nawet powracająca mantra o odpowiedzialności mają bardzo uniwersalny charakter, bliski przygodom Człowieka Pająka. Tony Bedard i IG Guara prowadzą typową postkolonialną narrację ujmująca tożsamość meksykańskiej mniejszości z punktu widzenia kultury szeroko pojmowanego „zachodu”. Przebijają z niej najbardziej płytkie klisze poznawcze, ograniczające „latynoskość” do kilku, najbardziej stereotypowych cech i ujęć. Sama historia trzyma jednak niezły dla tego typu produkcji poziom – Bedard poradził sobie z fabułą znacznie lepiej, niż przypadku koszmarnych „New Guardians”, a Guara to bardzo solidny wyrobnik, który zasłużyłby sobie na jeszcze lepszą ocenę, gdyby tylko nauczył się rysować kobiece twarze. Pierwszy, originowy tom to solidna lektura, zachęcająca do zapoznania się ciągiem dalszym.

„Supergirl vol.1 – Last Daughter of Krypton” (Micheal Green, Mike Johnson i Mahmud Asrar, Bill Reinhold)

Pierwszy trejd nowego on-goinga „Supergirl” również jest typową historią o narodzinach, ale gorszej jakości. W „Last Daughter of Krypton” poznajemy pochodzenie Kary Zor-El, kuzynki Kal Ela oraz dowiadujemy się nieco więcej o tragedii, jaka spotkała Krypton. Nie można powiedzieć, że scenarzyści Micheal Green i Mike Johnson specjalnie się wysili – cała opowieść to w zasadzie jedna wielka bijatyka, przerywana strzępami dialogów. Roboty, Człowiek ze Stali, sługusy Tycho, Worldkillers – w tym zagęszczeniu promieni z dupy trudno znaleźć miejsce na uwypuklenie charakteru głównej bohaterki. Kara pozostaje jedynie marną kopią swojego sławniejszego kuzyna, a w dodatku jej kobiecość nie została w żaden sposób podkreślona. Okradzioną ją nawet z krótkiej spódniczki, w jakiś sposób definiującej jej infantylną seksualność, która prowokowała przynajmniej do dyskusji i budziła kontrowersje w pruderyjnym, amerykański społeczeństwie. W Nowej 52 Supergirl stała się wypraną z charakteru, pozbawioną jakiejkolwiek płciowości suprbohaterską matrycą. Pomysłowości Greenowi i Johnsonowi zabrakło również przy tworzeniu nowego villaina, Simona Tycho – to wypisz wymaluj młodszy Lex Luthor z włosami. Za grosz oryginalności nie ma również w kresce Mahmuda Asrara, który jest Stuartem Immonenem dla ubogich. Jego kresce brakuje tak tożsamości, jak dokładności. „Last Daughter of Krypton” narysowana jest cholernie nierówno. Asrar ma duże problemy z abecadłem komiksowego rzemieślnika – perspektywą, fizjonomią (wygląd Supermana w drugim zeszycie woła o pomstę do nieba!), anatomią, dbałością o szczegóły – po prostu ze wszystkim. Dość powiedzieć, że najlepiej narysowany jest epizod numer trzy, w który regularnego rysownika ratuje pomoc Billa Reinholda i znakomite kolory Paula Mountsa.

„Mister Terrific vol.1 – Mind Games” (Eric Wallace i Gianluca Gugliotta, Scott Clark, Olivier Nome)

Na pierwszy rzut oka jest posiadaczem jednej z największych fortun na świecie i kawalerem, w którym kochają się wszystkie kobiety. Jednak za tą fasadą kryje się superheros, którego największą bronią w świecie pełnym superistot i kosmitów jest intelekt. Nie, to nie Batman, tylko jego sobowtór z wschodniego wybrzeża – Mister Terrific. Może nie przedsiębiorca i detektyw, ale naukowiec, posiadający nie grzeszące oryginalnością odpowiedniki Bat-jaskini (T-sanktuarium) i bat-gadżetów (T-spheres). Od swojego pierwowzoru Micheal Holt różni się tylko tym, że jest czarny, a jego przygody utrzymane są w konwencji „science adventures”. Przynajmniej z założenia, bo w praktyce niczym nie różnią się zwyczajnych, superbohaterskich nawalanek. Wyjątek od tej reguły można znaleźć jedynie w zeszycie szóstym, kiedy Terrific wybiera się na Islandię. Fabularnie jest od sztancy, a oprawie graficznej szkodzi zbyt duża rotacja rysowników. Wiodącym grafikiem jest Gugliotta, który prezentuje się fatalnie. Tylko nieco lepiej jest w przypadku Nome`a, a oceną najmocniej podnosi Clark, którego styl mile kojarzy się z tym, co można oglądać na łamach „Invincible”. Oprócz tego historia jest zupełnie nieprzyjazna dla nowego czytelnika. Motywacje Holta są niejasne. Nie do końca rozumiem czemu został akurat bohaterem, czym są jego t-spheres i o co chodzi z tym „Fair Play”, a skądinąd wiem, że są to elementy kluczowe dla tej postaci. Tylko dlaczego Wallace nie zadał sobie trudu aby odpowiednio je wyeksponować? Trudno się dziwić, że seria została skasowana w pierwszym rzędzie, po zaledwie ośmiu numerach. Co w komiksie zwraca na siebie uwagę? Znakomity design stroju Terrifica, fantastyczne okładki JG Jonesa i transgenderowy wątek Py`lothi, choć został rozegrany strasznie banalnie. Prawdziwą perełką jest jednak Brianstorm, villain potrafiący między innymi wzmacniać ultra-prawicowe, konserwatywne nastroje w swoich ofiarach. Za kilka lat będzie takim samym kuriozum, jakimi dzisiaj są Rainbow Rider czy Asbestos Man.