Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avatar Press. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Avatar Press. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 września 2013

#1373 - Frankenstin`s Womb

Znany i zasłużony pisarz, Brian W. Aldiss twierdzi, że książka Mary Shelley „Frankenstein” to pierwsza prawdziwa i pełnoprawna powieść science-fiction. Jak dowodzi, nie dość że jej bohater świadomie odnosił się do ówczesnych teorii i odkryć naukowych, to sama historia miała (i nadal ma) olbrzymi wpływ na literaturę i kulturę masową, inspirując twórców i przyczyniając się do rozwoju samego gatunku.

Nie można odmówić mu racji. Liczba adaptacji, wariacji, pastiszów i nawiązań wydaje się nie mieć końca, a i nazwiska artystów korzystających z dziedzictwa Shelley (m.in. Tim Burton, Danny Boyle, Kenneth Branagh czy Ridley Scott) zdają się potwierdzać słowa Aldissa. Cegiełkę do tej kolekcji dołożył również Warren Ellis, bezkompromisowy scenarzysta komiksowy wielokrotnie podejmujący w swych dziełach tematy związane z transhumanizmem. Swoją historię opowiada z punktu widzenia Mary Wollestonecraft-Godwin, podróżującej przez Związek Niemiecki wraz z przyszłym mężem (Percym Shelley) i kuzynką. Ich celem jest willa Diodati nad Jeziorem Genewskim i spotkanie towarzyskie z Geroge Byronem. Nim jednak tam dotrą, robią przystanek przy niesławnym zamku Frankenstein, niegdyś zamieszkiwanym przez Johanna Dippela – głośnego pisarza, teologa i alchemika.

Nieposkromiona ciekawość Mary prowadzi ją przez labirynty ruin, w których napotyka Potwora, echo dawnych wydarzeń a zarazem zwiastuna rewolucji naukowej. Żywy, czy też eteryczny (niczym duchy z „Opowieści Wigilijnej”) ukazuje jej przeszłość - Dippela próbującego rozwikłać tajemnicę kamienia filozoficznego, eksperymentującego z elektrycznością i ludzkimi zwłokami - oraz przyszłość, w której elektryczność wykorzystywana jest do monitorowania akcji serca pacjentów i przywracania ich do życia. Przez filozoficzny dialog i monolog oraz naświetlenie pewnych faktów z jej własnego życia próbuje przygotować ją na nadejście przyszłości, której ma być ona zarzewiem. Ellis w swej opowieści odnosi się nie tylko do biografii Mary ale też do jednego z przypuszczeń, jakoby inspiracją do stworzenia „Frankensteina” była domniemana wizyta na zamku i niechlubne eksperymenty Dippela. Świadomie, czy nie, popiera twierdzenie Aldissa, przedstawiając pisarkę jako Prometeusza, który dał ludzkości nowe spojrzenie na naukę, jednoznacznie przyczyniając się do powstania science-fiction jako gatunku.

„Frankenstein’s Womb” można potraktować jako bardzo osobisty list miłosny Warrena Ellisa do Mary Shelley, gdzie autor oddaje hołd prekursorce i wyraża swoje uwielbienie dla jej dokonań. Otacza ją aurą niesamowitości i chyba podświadomie, jako twórca również poruszający się w stylistyce science-fiction, zdradza swoją zazdrość o tak przełomowy debiut. Krytycy za oceanem, bardzo chłodno przyjęli ten album, zarzucając scenarzyście zbyt monotonną narrację, mało fascynującą historię i brak jakichkolwiek zwrotów akcji i napięcia. Mam jednak wrażenie, że jemu nie zależało na dogodzeniu publiczności, a jedynie na uzewnętrznieniu swojego podziwu dla Mary Shelley i wpływu jej dzieła na całą kulturę. Zrobił to w jedyny możliwy sposób: konstruując spokojną, nostalgiczną, intymną historię. Może Ellis nie błyszczy tutaj tak, jak w innych swoich – przecież również przełomowych i znaczących – dziełach, ale dzięki temu, tak naprawdę gwiazdą w tym albumie okazuje się być Marek Oleksicki, który pokazał wszystko to co ma najlepsze w swym arsenale twórczym.

Album narysowany dla Ellisa to debiut Marka na amerykańskim rynku. Wycisnął ze scenariusza wszystkie możliwe soki i wspaniale wpisał się w ponury i tajemniczy klimat opowieści, mimo że musiał ograniczać się jedynie to statycznych kadrów. Nadał jej bardzo gotyckiego charakteru – czyli takiego, w jakim został stworzony „Frankenstein” – z wielką pieczołowitością oddając wszystkie szczegóły zarówno samego zamku, otaczającej go przyrody jak i postaci. Scena z pędzącą karetą kipi enigmatyczną grozą, zaś pierwsze spojrzenie na potwora jest tyleż przejmujące co mocno zapadające w pamięć. Z kolei kadry z eksperymentującym Dippelem to prawdziwy majstersztyk, z którego aż wybuchają wulkany energii. W szczególności uwagę należy zwrócić na design samego potwora, zmęczonego swą egzystencją, dźwigającego na barkach ciężar doświadczenia, pooranego zmarszczkami rozkładu, z oczami zbitego psa. Cudownie niepokojący i mrożący krew w żyłach. Oleksicki, za oceanem pochwalony i doceniony, pokazał się z najlepszej strony dopisując przepiękne post scriptum pod listem Ellisa, a także wystawiając sobie fachowe portfolio, które być może zaowocuje kolejnymi zleceniami na tamtejszym rynku.

Choć „Frankenstein’s Womb” nie jest dziełem wybitnym, przełomowym, ani nawet rozrywkowym, pozostawia po sobie dobre wrażenie i miłe uczucie satysfakcji. Na pewno doceni je Brian Aldiss i wszyscy ci, na których swoje piętno odcisnęło dziedzictwo Frankesnteina.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

#1105 - Crossed vol.1

I kolejny raz gościmy na naszych łamach Krzysztof Tymczyńskiego z Independentcomics.pl,  który jak zwykle zajmuje się komiksami, które ukazują się poza wielką dwójka. Tym razem padło na dość kontrowersyjną pozycję pióra Gartha Ennisa, która ukazał się w wydawnictwie Avatar Press (publikującej również rzeczy Alana Moore`a i Warrena Ellisa)

Był kolejny, spokojny dzień. Do jednego z barów wszedł dziwnie zachowujący się mężczyzna. Trzymał w ręku połać mięsa. Szybko okazało się, że pochodzi ono od zabitego wcześniej człowieka. Napastnik wyraźnie odczuwał radość z zadanego komuś cierpienia i rzucił się na kolejne osoby. Ale to był dopiero początek. Przerażeni ludzie stali się świadkami tego, jak ich najbliżsi padają ofiarą pojawiających się zewsząd szaleńców i zmieniają się w podobne monstra. Epidemia błyskawicznie się rozprzestrzeniała, a na czele każdego zainfekowanego pojawia się krwawy krzyż. Wkrótce, zaraza żądnych przemocy i odczuwających nieustanny popęd seksualny morderców ogarnia cały świat, a ci, którym udało się przeżyć, zdecydowanie tego żałują.

Wątek końca świata był już wielokrotnie podejmowany we wszelkich możliwych wariantach - w filmach, książkach, grach, a także w komiksach. Autor "Crossed", Garth Ennis, postanowił zakpić z postapokaliptycznej konwencji Tak, zakpić, bo branie "Crossed" na poważnie jest co najmniej... niepoważne. Po tym jak scenarzysta ten wyśmiewał w mniej lub bardziej dosłowny sposób sztafaż superbohaterski (w "Pro", "The Boys" czy "Punisher vol.4"), na tapetę wziął oklepany motyw zarazy dziesiątkującej świat i grupy ocalałych, którzy prędzej woleliby umrzeć, niż żyć w takich, a nie innych warunkach. Wydany przez Avatar Press komiks to sto procent Ennisa w Ennisie. Wydawnictwo słynie z tego, ze w niczym nie krępuje swobody twórczej, a jeśli nikt nie powie irlandzkiemu autorowi w pewnym momencie stop, to powstaje taka perełka, jaką jest "Crossed".

Nie będę tego nawet przez moment ukrywać – nie podoba mi się ten komiks. O ile jeszcze początek dawał nadzieję na to, że dostaniemy kawał mocnego horroru gore w delikatnym sosie porno, to z postępem lektury traciłem nadzieję. Każda kolejna strona utwierdzała mnie w przekonaniu, że w smaku tego sosu tak bardzo zakosztował Ennisowi, że postanowił zalać nim całe danie, niejako zatracając w nim jego walory. A tych możemy znaleźć w "Crossed" całkiem sporo. Scenarzysta zaserwował nam kilka scen, które mocno wgniatają w fotel, lub też inne miejsce, gdzie akurat czytelnik siedzi bądź leży. Sądzę, że każde z Was, które sięgnie po ten komiks, będzie wiedzieć co dokładnie mam na myśli. Niestety, tych kadrów jest tylko kilka, a w większości bezcelowych obrzydliwości jest już znacznie więcej. By nie spoilerować zbyt mocno, wymienię jedną z nich. Jak i w wielu innych komiksach Gartha Ennisa, tak i tu mamy do czynienia z drugoplanową postacią, która ma dość dziwne imię. Wiele osób zapewne kojarzy Assface’a z "Preachera" czy Asseye’a z "Ghost Ridera". W "Crossed" natomiast pojawia się Horsecock – zainfekowany, który zabija ludzi przy pomocy końskiego... i w tym miejscu dopiszcie sobie resztę. Zaczynam zastanawiać się, czy jest nazwa na przypadłość, którą Ennis niemal się chwali? Wszelkie propozycje możecie przysyłać mi na maila.

Najczęściej używaną barwą w komiksie jest naturalnie krwista czerwień. Być może niektórzy to naprawdę lubią, ale ja osobiście czułem się wielokrotnie zniesmaczony, podczas lektury kolejnych rozdziałów komiksu. Koniec końców komiks odniósł jednak dość spory sukces. Jak na standardy Avatara komiks sprzedawał się nieźle i doczekał się kontynuacji pisanej przez Ennisa, ale również Davida Laphama, a potem przez Simona Spurriera.

Rysownikiem całej historii jest Jacen Burrows – etatowy pracownik wydawnictwa Avatar. Jego mocne, dosłowne i wyraziste rysunki idealnie pasowały do krwistego scenariusza i wzmocniły jego obrazoburczą wymowę. Zdecydowanie chciałbym jeszcze nieraz oglądać jego prace, lecz w zdecydowanie łagodniejszej odsłonie. Nie wiem jednak czy jest to możliwe, bowiem Burrows zaznacza swoją obecność praktycznie w każdym komiksie wydanym przez Avatar Press, co czyni go człowiekiem dość zapracowanym. Wydanie miękkokładkowe, które jest przedmiotem owej recenzji, zostało wzbogacone o kilka stron dodatków. Nie spodziewajcie się jednak czegoś niezwykłego, większość to alternatywne okładki z każdego z dziesięciu zeszytów.

"Crossed" to komiks głośny i kontrowersyjny, ale w mojej opinii zdecydowanie nieudany. Nagromadzenie okrucieństw i ocierających się o pornografię scen sprawiło, że gdzieś po drodze zniknął cały sens. Nawet jeśli taki właśnie był zamiar Gartha Ennisa, to po prostu nie potrafię zapisać tego komiksu po stronie jego wielu udanych projektów. Odradzam jakąkolwiek formę kontaktu z Ukrzyżowanymi, a komiksowi wystawiam ledwie dwóję.

wtorek, 25 stycznia 2011

#679 - Alan Moore’s Courtyard

W naszym cyklu poświęconym Alanowi Moore'owi już po raz drugi gościmy Jerzego Łanuszewskiego na naszych łamach. Tym razem Gordon wziął na warsztat niewielkich rozmiarów historię, ale z różnych powodów, o których można przeczytać poniżej, całkiem interesującą. A to nie ostatni z tekstów poświęconych Mistrzowi z Northampton, i nie ostatni napisany przez gościa...
Komiksów nawiązujących do twórczości Howarda Phillipsa Lovecrafta powstało multum. Dość wspomnieć te, które ukazały się na naszym rynku – "Lovecraft" z serii "Obrazy Grozy", "Hellboy", "Dylan Dog", czy rodzima "Josephine" Clarence'a Weatherspoona. Dziwnym więc nie jest, że i Alan Moore dołożył kilka cegiełek do bluźnierczego świata Mitów Cthulhu. Pewne nawiązania można było zauważyć w drugim tomie "Ligi Niezwykłych Dżentelmenów" i w "Black Dossier". Powstała też seria tekstów czysto lovecraftowskich pod tytułem "Yuggoth cultures", które Anthony Johnston zaadaptował do formy scenariusza komiksowego. W tym zbiorze miał pierwotnie ukazać się "Alan Moore's The Courtyard", ale ostatecznie wyszła z tego oddzielnie wydana, dwuzeszytowa historia.

Agent federalny prowadzi śledztwo w sprawie trzech dziwnych, pozornie ze sobą związanych morderstw. Trop prowadzi do klubu Zothique i nowego narkotyku o nazwie Aklo. Trudno napisać coś więcej, by za bardzo nie zdradzić fabuły – to naprawdę krótka historia.

Oprócz "lovecraftowatości" samej historii, Moore niejednokrotnie mruga do czytelnika: "Ja znam Lovecrafta na wyrywki i ty też. Więc pobawmy się trochę. Niech wystąpi zespół Ulthar Cats, z wokalistką nazywającą się Randolph Carter. Niech grają kawałek zatytułowany Zann Variations. Bawimy się? Bawimy się. A zaraz będzie strasznie." I rzeczywiście jest. Mimo współczesnych dekoracji, Moore doskonale oddał ducha opowieści Samotnika z Providence. Idealnie uchwycił to, o co chodziło Lovecraftowi - kosmiczną grozę, kruchość ludzkiego umysłu, szaleństwo dopadające tych, którzy odważyli się sięgnąć po wiedzą dla nich nieprzeznaczoną.

Trochę gorzej jest z rysunkami. Jacen Burrows, etatowy ilustrator wydawnictwa Avatar Press ("Chronicles of Wormwood", "Crossed") jest grafikiem przyzwoitym, ale zupełnie nie radzi sobie z przedstawianiem bluźnierczych i nieopisywalnych istot z otchłani kosmosu. Jego styl jest zbyt czysty i naturalistyczny, a tu przydałaby się nutka szaleństwa, trochę tajemniczości, niedopowiedzeń...

"Alan Moore's The Courtyard" jest pozycją dobrą, jednak przeznaczoną głównie dla miłośników twórczości Lovecrafta. A ci, którzy miłośnikami nie są? Może wreszcie powinni nimi zostać?