„Wilk pod drzewem”, będący ósmym tom serii „Lucyfer”, pogłębia moje wrażenie, że Mike Carey zmierza donikąd. Pośród wielu pisarskich cnót Neila Gaimana zawsze zadziwiała mnie jego wirtuozerią w komponowania fabuły. Umiejętność odpowiedniego budowania napięcia i sprawne radzenie sobie z formatem amerykańskiego serialu komiksowego, który co miesiąc musi pojawić się w sklepie komiksowym.
Autor „Sandmana” zaplanował dla każdej z poszczególnych historii, każdego wątku i każdej postaci istotną rolę do odegrania w prawdziwie wielkiej, rozpisanej na 75 epizodów historii. A kiedy docieramy do ostatniej strony, do wielkiego finału opowieści o Śnie z Nieskończonych, który może nam się podobać lub nie, nie sposób nie docenić jego doskonale zaplanowanej struktury, zrealizowanej z literackim polotem i żelazną konsekwencją. Carey niestety nie jest scenarzystą tego formatu, co Gaiman, i podobne przedsięwzięcie w jego wykonaniu jest po prostu skazane na niepowodzenie. „Lucyfer” momentami wydaje się puszczony samopas. Spin-offowej serii brakuje spójności i dramaturgii. Cierpi na zbytnią „serialowatość”. Główny wątek, jeśli taki w ogóle da się wyróżnić, zaczął mnie nużyć już kilka tomów temu, ale w komiksie zdarzają się też dobre momenty. Są to głównie krótkie historie. Właśnie dwie takie fabuły, pomieszczone na 48 i 24 stronach można znaleźć w „Wilku pod drzewem”.
Pierwsza z nich jest zawarta jest w jubileuszowym pięćdziesiątym zeszycie serii. „Lilith” to opowieść o pierwszej żonie Adama, głęboko zakorzeniona w tradycji apokryficznej i talmudycznej rzuca nieco światła na genezę buntu Lucyfera. Bliska „Morderstwom i tajemnicą” (też zresztą narysowana przez P. Craig Russela) historia, na swój komiksowy sposób, przewrotnie wpisuje się chrześcijański dyskurs o wolnej woli i odpowiedzialności, dobru i złu. Druga, czyli „Neutralny grunt” to oparta na zgrabnym koncepcie nowelka, tyle straszna, co zabawna. Obie, według mnie, są znacznie bardziej interesujące od tytułowego „Wilka pod drzewem”, który przecież miał być głównym daniem tego albumu, które smakuje gorzej od przystawek.
Zresztą, podobnie rzecz ma się wśród aktorów tego widowisko – show znajdującemu się do tej pory w świetle reflektorów Lucyferowi kradnie archanioł Michał, który wreszcie pokazuje, że ma (przysłowiowe) jaja i jest całkiem interesującą postacią. W ogóle niebiańskie sprawy Złotego Miasta opuszczonego przez Boga wydają się znacznie bardziej ciekawe, niż perypetie Gwiazdy Zarannej, sprowadzające się właściwie do dość podobnych do siebie fabuł, opartych na tym samym schemacie. Cokolwiek dla byłego władcy piekieł przygotowali jego antagoniści, on zawsze jest o krok, dwa przed nimi. Jest przygotowany na każdą ewentualność, co urasta powoli nudnego schematu – Lucek zawsze wygrywa. Zresztą, na to samo komiksowe schorzenie cierpi Batman, ale jemu ostatnio przytrafiło mu się kilka niezłych historii, w przeciwieństwie do swojego kolegi z Vertigo.
Ryan Kelly, Peter Gross i Ted Naifeh to rysownicy, których imion nie zapamiętacie, a co dopiero mówić o zachwyceniu się ich kunsztem. Dwaj, etatowi niemal graficy serii przyzwyczaili mnie do swojego poprawnego i nijakiego stylu, a Naifeh równa do ich poziomu. Wyjątkiem wśród odpowiedzialnych za oprawę wizualną jest oczywiście P. Craig Russel. To artysta, którego trzeba umieścić klasę, albo nawet i dwie wyżej. Ma swój zdecydowanie rozpoznawalny styl, choć oczywiście specjalną oryginalnością nie grzeszy, bo jest mocno zakorzeniony w amerykańskiej komiksowej tradycji. Ale jego miękka kreska może się naprawdę podobać.
Wydaje mi się, że Mike Carey jak ognia stara się unikać epigoństwa w stosunku do oryginalnej serii. Wychodzi mu to różnie – niekiedy doprowadza to do paradoksalnych sytuacji, tak jak w „Wilku pod drzewem”, że nie tyle idzie śladami Gaimana, ile kopiuje samego siebie z poprzednich tomów. Efekt tego jest dość żałosny, choć i tak „Wilk pod drzewem” jest jednym z lepszych tomów serii dzięki obecności dwóch, krótszych historii.
Autor „Sandmana” zaplanował dla każdej z poszczególnych historii, każdego wątku i każdej postaci istotną rolę do odegrania w prawdziwie wielkiej, rozpisanej na 75 epizodów historii. A kiedy docieramy do ostatniej strony, do wielkiego finału opowieści o Śnie z Nieskończonych, który może nam się podobać lub nie, nie sposób nie docenić jego doskonale zaplanowanej struktury, zrealizowanej z literackim polotem i żelazną konsekwencją. Carey niestety nie jest scenarzystą tego formatu, co Gaiman, i podobne przedsięwzięcie w jego wykonaniu jest po prostu skazane na niepowodzenie. „Lucyfer” momentami wydaje się puszczony samopas. Spin-offowej serii brakuje spójności i dramaturgii. Cierpi na zbytnią „serialowatość”. Główny wątek, jeśli taki w ogóle da się wyróżnić, zaczął mnie nużyć już kilka tomów temu, ale w komiksie zdarzają się też dobre momenty. Są to głównie krótkie historie. Właśnie dwie takie fabuły, pomieszczone na 48 i 24 stronach można znaleźć w „Wilku pod drzewem”.
Pierwsza z nich jest zawarta jest w jubileuszowym pięćdziesiątym zeszycie serii. „Lilith” to opowieść o pierwszej żonie Adama, głęboko zakorzeniona w tradycji apokryficznej i talmudycznej rzuca nieco światła na genezę buntu Lucyfera. Bliska „Morderstwom i tajemnicą” (też zresztą narysowana przez P. Craig Russela) historia, na swój komiksowy sposób, przewrotnie wpisuje się chrześcijański dyskurs o wolnej woli i odpowiedzialności, dobru i złu. Druga, czyli „Neutralny grunt” to oparta na zgrabnym koncepcie nowelka, tyle straszna, co zabawna. Obie, według mnie, są znacznie bardziej interesujące od tytułowego „Wilka pod drzewem”, który przecież miał być głównym daniem tego albumu, które smakuje gorzej od przystawek.
Zresztą, podobnie rzecz ma się wśród aktorów tego widowisko – show znajdującemu się do tej pory w świetle reflektorów Lucyferowi kradnie archanioł Michał, który wreszcie pokazuje, że ma (przysłowiowe) jaja i jest całkiem interesującą postacią. W ogóle niebiańskie sprawy Złotego Miasta opuszczonego przez Boga wydają się znacznie bardziej ciekawe, niż perypetie Gwiazdy Zarannej, sprowadzające się właściwie do dość podobnych do siebie fabuł, opartych na tym samym schemacie. Cokolwiek dla byłego władcy piekieł przygotowali jego antagoniści, on zawsze jest o krok, dwa przed nimi. Jest przygotowany na każdą ewentualność, co urasta powoli nudnego schematu – Lucek zawsze wygrywa. Zresztą, na to samo komiksowe schorzenie cierpi Batman, ale jemu ostatnio przytrafiło mu się kilka niezłych historii, w przeciwieństwie do swojego kolegi z Vertigo.
Ryan Kelly, Peter Gross i Ted Naifeh to rysownicy, których imion nie zapamiętacie, a co dopiero mówić o zachwyceniu się ich kunsztem. Dwaj, etatowi niemal graficy serii przyzwyczaili mnie do swojego poprawnego i nijakiego stylu, a Naifeh równa do ich poziomu. Wyjątkiem wśród odpowiedzialnych za oprawę wizualną jest oczywiście P. Craig Russel. To artysta, którego trzeba umieścić klasę, albo nawet i dwie wyżej. Ma swój zdecydowanie rozpoznawalny styl, choć oczywiście specjalną oryginalnością nie grzeszy, bo jest mocno zakorzeniony w amerykańskiej komiksowej tradycji. Ale jego miękka kreska może się naprawdę podobać.
Wydaje mi się, że Mike Carey jak ognia stara się unikać epigoństwa w stosunku do oryginalnej serii. Wychodzi mu to różnie – niekiedy doprowadza to do paradoksalnych sytuacji, tak jak w „Wilku pod drzewem”, że nie tyle idzie śladami Gaimana, ile kopiuje samego siebie z poprzednich tomów. Efekt tego jest dość żałosny, choć i tak „Wilk pod drzewem” jest jednym z lepszych tomów serii dzięki obecności dwóch, krótszych historii.








Powyższy opis, z grubsza streszczający fabułę czwartego tomu serii „Lucyfer” zatytułowanego „Boska Komedia”, nie pozwala mi spodziewać się wiele po utworze Mike`a Carey`a, wspomaganego przez rysowników Petera Grossa, Ryana Kelly`ego i Deana Ormstona. Carey, autor powieści fantastycznych i scenarzysta komiksowy, przez media usilnie kreowany jest na następcę Neila Gaimana, nie tylko dlatego, że rozwija stworzony przez niego na kartach „Sandmana” świat (między innymi na łamach „Lucyfera”), ale również dlatego, że stosuje podobne pisarskie sztuczki. Niestety, w budowaniu wielowątkowych historii, których poszczególne elementy misternie splatają się w finale, umiejętnym puszczaniu oczka w kierunku średnio oczytanego odbiorcy czy przekładaniu mitów, legend i podań na język, przyswajalny przez przeciętnego „pochłaniacza” popkultury, Carey prezentuje się co najmniej o klasę gorzej od Gaimana. Doskonale widać to właśnie w „Boskiej Komedii”, która jest dosyć nieporadnym zamknięciem przepełzających z tomu na tom wątków „Lucyfera” skleconych w jedną całość. Cóż, przyznam, że spodziewałem się jednak ciut więcej.
Carey nie ma tej gaimanowskiej lekkości snucia opowieści, nie pozwalającej oderwać się od komiksu, nim nie dobrniemy do jego ostatniej strony. Jego historiom brakuje dojmującego uczucia tragiczności, które towarzyszyło choćby finałowi „Sandmana” czy dramatyzmu ludzkich losów, będących jedynie zabawką w rękach lub środkiem do celu wyższych sił. Kiepskiej formie scenarzysty, wtórują również rysownicy. Oprawa wizualna autorstwa tercetu Gross-Kelly-Ormston pełna jest niedoróbek, sprawia wrażenie przygotowywanej w pośpiechu. Szczególnie cierpi na tym fizjonomia postaci. Utrzymana w charakterystycznym dla Vertigo („Kaznodzieja”, „Baśnie”, „DMZ”) „przeźroczystym” stylu tym razem nie zdaje egzaminu.
Poprzednie tomy „Lucyfera” może nie były, delikatnie mówiąc, rewelacyjnie, ale z pespektywy czwartego albumu, prezentują się naprawdę nieźle. Tym, którym dzieje Gwiazdy Zarannej przypadły do gustu od czasów „Diabła na progu”, po lekturze „Boskiej Komedii” poczują się rozczarowani. Ci, którzy zrezygnowali ze śledzenia przygód „Lucka” jeszcze mocniej utwierdzą się w przekonaniu, że dobrze zainwestowali swoje pieniądze, kupując inne tytuły. Niestety, „Boskiej Komedii” bliżej do tępej, superbohaterskiej nawalanki przysłoniętej mitologiczno-fantastycznym sztafażem, niż do pełnokrwistej opowieści spod znaku nowoczesnej fantastyki.