Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phillipe Pellet. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Phillipe Pellet. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 sierpnia 2012

#1097 - Fantasy Komiks #16/17

Fantasy Komiks” różnorodnością stoi. W dwóch kolejnych tomach, czerwcowym i kwietniowym, nie powtarza się ani jednak seria. W sumie, wraz z „W poszukiwaniu Graala” na łamach cyklicznej antologii fantasy Egmontu publikowanych jest obecnie aż siedem serii. Jak to mówią – dla każdego coś miłego. Przynajmniej dla miłośników tytułowego fantasy.

W szesnastym numerze antologii zadebiutowała „Przysięga”, bestsellerowa seria pióra Fabrice`a Davida. Pierwszy tom, „Pieśń Anoroera”, zapowiada najciekawszy on-going „FK” od czasów frapującej „Zarazy”. Osadzona w quasi-średniowiecznych realiach opowieść wygląda na pełną walki o władzę i politycznych intryg epicką sagę słusznie kojarzącą się z martinowską „Pieśnią lodu i ognia”. David, nowa gwiazda frankofońskiego komiksu, rozwija skrzydła bardzo powoli, planując wyraźnie swoją opowieść na przynajmniej kilka albumów. „Przysięga” narysowana jest w nowoczesnym, realistycznym europejskim stylu, w którym Eric Bourgier czuje się znakomicie. Nawet jeśli fabuła zejdzie na manowce klisz, to będzie można cieszyć się znakomitymi ilustracjami.

Niestety, tego samego nie mogę powiedzieć ani o rysowniku „Łowcy Smoków”, Phillipie Brionesie, ani o towarzyszącym „FK” od pierwszego numeru Phillipie Pellecie („Lasy Opalu”). Darko i jego drużyny wracają na łamy magazynu po prawie półtorarocznej nieobecności i są zdecydowanie najsłabszym komiksem w opisywanym gronie. „Pośród szczytów” to kolejny epizod mający za zadanie odwlec o kilkadziesiąt stron fabułę od nieodwracalnego, wielkiego pewnie finału. Nowe wątki są równie schematyczne, jak cała historia, a Pellet ze swoim mocno zamerykanizowanym stylem zupełnie mnie nie przekonuje. Podobnie, jak Briones, który ma znacznie swobodniejszą i dynamiczniejszą kreskę, ale równe nieciekawą. Choć drugi epizod „Łowców smoków” jest lepszy od poprzedniego, a ponad przeciętność wybija się tylko fakt obsadzeniem kobiet w rolach głównych.

W tomie siedemnastym pojawiają się swoiste sequele „Samuraja” i „Sloki”. W nowej przygodzie Takeo Jean-Francois Di Georgio i Frederic Genet zrezygnowali niemal zupełnie z elementów fantastycznych na rzecz klasycznego repertuaru motywów rodem z feudalnej Japonii. Powstała z tego całkiem przekonująca samurajska opowieść o zemście, honorze, z przekonującą kreacją starego mistrz miecza, Shobeia. Muszę przyznać, że to nowe wcielenie „Samuraja” znacznie bardziej podoba mi się, niż poprzednie, dlatego tym bardziej żałuje, że ostatnie strony drugiej części zwiastują powrót sił nadprzyrodzonych. W „Sloce” natomiast przenosimy się dziesięć lat w przyszłość. Wojna pomiędzy Zeidą i Okraną zakończyła się, ale na horyzoncie majaczy kolejne niebezpieczeństwo. Dość ograny schemat „herosi są zmęczeni” nie został rozegrany w zachwycający sposób, choć „Przebudzenie” broni się jak zwykle sprawnymi rysunkami Ceylesa. Pod względem graficznym diametralnie zmienił się „Zmierzch Bogów”. Dijef, na którego prace bardzo narzekałem, niemal kompletnie zmienił swój styl i komiks Nicolasa Jarry`ego wygląda teraz zupełnie inaczej. Fabularnie – trzyma fason, choć ulotniła się gdzieś ta mitologiczna atmosfera z pierwszych albumów.

Przy okazji recenzji tomów 12 i 13 narzekałem na małe zróżnicowanie materiału dobieranego przez redakcję „Fantasy Komiks”. Po lekturze numerów oznaczonych jako #16 i #17 wypada mi odszczekać tamte słowa – na tyle, na ile to możliwe jakaś dywersyfikacja się pojawia. Obok klasycznego („Lasy opalu”) pojawia się nieco dojrzalsze podejście do tematu smoków i rycerzy („Przysięga”). Zmienia się scenografia, od feudalnej Japonii, po germańskie mity. Zmienia się wreszcie tonacje poszczególnych historii – komiks Davida i Bourgiera jest utrzymany w raczej poważnym tonie, w przeciwieństwie do „Łowców smoków” choćby, nie mówiąc już o stripach „Heroic Pizza” czy „Goblinów”, które zaliczyły swój powrót w siedemnastym tomie.

piątek, 4 marca 2011

#707 - Rzut za 3: Egmontowe rozmaitości

"Fantasy Komiks" nr.07
(Christopher Arleston, Adrien Floch, Jean Charles Gaudin, Frederic Peynet, Phillipe Pellet)

Listopadowy numer "Fantasy Komiks" był ostatnim wydanym w formule trzech tomów pomniejszonego formatu upchniętych w jednym albumie, dostępnym co miesiąc, w każdym kiosku, za przystępną ceną (wtedy jeszcze wolną do podatku VAT). W takiej formie periodykowi określanemu, jako "ostatnia nadzieja zeszytówek", udało się przetrwać ponad pół roku. To całkiem niezły wynik, jak na nasze trudne, rynkowe warunki. Sprzedaż było podobno na tyle dobra, że niewiele brakło, aby dało się utrzymać magazyn w ówczesnej cenie i objętości. Kiedy siódmy numer "FK" był dostępny w sprzedaży, wiadomo już było, że za kolejny numer, odchudzony o 30 stron, trzeba będzie zapłacić 10 złotych więcej. Co gorsza, zniknął on z kiosków i miał być dostępny jedynie w salonikach prasowych i sklepach specjalistycznych. Chce wierzyć, że Egmont, znający przecież od podszewki realia wydawnicze, zrobił wszystko, co w było w jego mocy, aby "Fantasy Komiks" miał szanse stać się sukcesem…

Zawartość siódemki prezentuje się dość mizernie. To jeden z najsłabszych tomów cyklicznej antologii fantasy, jaki miał okazję ujrzeć światło dziennie. Moi ulubieni "Rozbitkowie z Ythaq" gonią w piętkę. Scenariuszowo Arleston dotarł do momentu, gdzie czytelnika męczą już kolejne perypetie, mnożenie zakulisowych machinacji i fabularnych twistów, a oczekuje satysfakcjonującego rozwiązania. Kiedy go nie dostaje, tak jak ja, traci żywe zainteresowanie serią. Tocząca się we własnym, wolnym tempie przez trzy kolejne tomy "Zaraza" zaczyna wiać nudą. Natomiast ostatnie tomy "Lasów Opalu" zacierają fatalne pierwsze wrażenie, jakie zrobiła na mnie seria Arlestona i Pelleta. Z rażącej sztampą historii awansowała na co najwyżej przeciętną opowieść utrzymaną w klimacie heroic fantasy. I jest najjaśniejszym punktem "FK #7"...

"Star Wars: Rycerze Starej Republiki" nr.02 - "Flashpoint"
(John Jackson Miller, Dustin Weaver, Brian Ching i Harvey Tolibao)

Po pełnym akcji pierwszym tomie "Rycerzy Starej Republiki", w jego kontynuacji akcja wyraźnie zwalania, a zwarta fabuła rozłazi się na zaplanowanego na dziesiątki numerów on-goinga. Z tomu na tom Zayne Carrick nagle przestaje być najbardziej poszukiwanym przestępcą w galaktyce, z czym zapewne może mieć związek atak Mandalorian na Starą Republikę. Niemniej nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że John Jackson Miller ma skłonność do zapominania o wątkach poruszonych w poprzednich zeszytach. To samo zresztą powtarza się przy okazji "Dni strachu i nicy gniewu", kolejnym albumie z serii. Mnie taka rozlazła kompozycja nie przekonuje przynajmniej od czasów, kiedy na tym samym, w latach dziewięćdziesiątych, potknął się Marvel. Brakuje mi również odpowiedniej ekspozycji nowych wątków. Jak sądzę wynika to z autorskiego założenia, że potencjalny czytelnik będzie dobrze zorientowany w gwiezdno-wojennych realiach, kodeks Mando nie ma dla niego żadnych tajemnic,podobnie jak zwyczaje Ithorian. Nie jest żadnym problemem zlokalizowanie potrzebnych informacji w Bibliotece Ossus lub Wookiepedii, niemniej komiks wydaje się przez to jeszcze bardziej hermetyczny i niepełnowartościowy, skoro w jego zrozumieniu trzeba posiłkować się tego typu brykami. Przeciwwagą dla tych niedoróbek jest oprawa graficzna, która jest niewątpliwym atutem "KOTORa". Brian Ching znajduje się ścisłej czołówce grafików pracujących przy tytułach "Star Wars", a Dustin Weaver w niczym mu nie ustępuje. Patrząc na jego prace nie można się dziwić Domu Pomysłów, który zatrudnił go do pracy przy ambitnym projekcie Jonathana Hickmana "S.H.I.E.L.D.". Niestety rysunki i humorystyczne wstawki, które występuje w jeszcze większym natężeniu, niż w poprzednim trejdzie, nie są w stanie uratować "Flashpoint", który komiksem jest bardzo przeciętnym.

"Komiksowe Hity" nr.01 – "Mass Effect: Odkupienie"
(Mac Walters, John Jackson Miller, Omar Francia)

I kolejny komiks oparty na motywach produkcji studia BioWare, w dodatku napisany przez tego samego scenarzystę. I o ile Miller przy okazji "Gwiezdnych Wojen" poradził sobie całkiem całkiem, o tyle jego skrypt do "Odkupienia", aż prosi się o nazwanie go miałką historyjką, godną co najwyżej gry komputerowej. Kiepskiej gry komputerowej. Fabułę można zamknąć w prymitywnym schemacie "wyeliminuj wrogów, wykaż się zręcznością mijając pułapki i przeszkody, przetrwaj do kolejnej cut-scenki, którą i tak przewiniesz, bo kogo interesuje historia w grze?". Komiksowy "Mass Effect" razie niepoprawnie skonstruowaną intrygą i papierowymi bohaterami, kierującymi się kompletnie nieprzekonującymi motywacjami. Przynajmniej tak to wygląda dla mnie, nie mającego przyjemności zmierzenia się z grą. Niewiele więcej dobrego da się powiedzieć o oprawie graficznej, która dorasta do średniego poziomu mainstreamowych produkcji, ale jest bardzo męcząca podczas lektury. Małe zróżnicowanie planów, momentami kulejąca kompozycja, „przegadane” kadry i kreska pozbawiona błysku sprawiają, że trudno dobrnąć do ostatniej strony prequela "Mass Effect 2".

wtorek, 23 listopada 2010

#622 - Fantasy Komiks nr.05 i nr.06

Po krótkiej, wakacyjnej przerwie "Fantasy Komiks" powraca. Cykliczna antologia fantasy dobiła już do szóstego numeru i można już chyba pokusić się o wstępne podsumowanie kioskowego projektu Egmontu.Wraz z "Rytuałem Morinagi" swojego kresu dobiegł "Samuraj" Di Giorgio i Geneta. Graficznie komiks wciąż może się podobać, ale do fabuły można mieć spore zastrzeżenia. Niech lepiej Europejczycy zostawią samurajską tematykę Japończykom i Stanowi Sakai. Niewiele więcej dobrego mogę powiedzieć o powoli finiszującej "Legendzie", która nijak nie może przekroczyć granicy dzielącą komiks tylko przeciętny, od chociaż dobrego. Swolfsowi daleko od formy, którą prezentował przy okazji "Księcia Nocy", choć graficznie trzyma fason. Ciągle za najlepszy tytuł z "FK" uważam "Rozbitków z Ythaq". Ciekawa, choć nie do końca oryginalna kreacja świata przedstawionego, wartka akcja z tomu na tom posuwająca historię do przodu i przyjemne dla oka rysunki. Scotch Arleston dobrze wie, że w klimacie fantasy prochu już wymyślić się na da, więc stara się jak najbardziej pokręcić fabułę i rozbudować postacie. Dopiero finał pokaże czy mu się to udało. Od reszty stawki dość wyraźnie odstają "Lasy Opalu", w których tenże Arleston niezbyt się popisał. W historii rażą oklepane motywy (zły tyran niewolący królestwo, bohater-wybraniec mający go powstrzymać), fabuła rozwija się bardzo schematycznie, a rysunki prezentują się co najwyżej średnio.

We wrześniowym i październikowym numerze „FK” zadebiutowały dwie nowe serie i jeden cykl stripów. Trylogia "Zaraza" autorstwa Jean-Charlesa Gaudina i Frederica Peyneta pojawiła się w numerze piątym, a "Sloka" (rzecz z 2003 roku), debiutancka seria Ulriga Godderidge'a i znanego z "Rozbitków" Adriena Flocha, wystartowała w szóstym. Lepiej rokuje ten pierwszy tytuł, choćby dzięki temu, że odcina się od większości serwowanych na łamach magazynu serii skupionych głównie na efektownej akcji w fantastycznych (bądź kosmicznych) dekoracjach. Akcja, skoncentrowana wokół tytułowej "Zarazy" rozwija się wolno. Choć nie braknie dynamicznych scen potyczek i pościgów, fabuła skupia się bardziej na konfliktach głównych bohaterów, pochodzących z plemion, różniących się obyczajami i wierzeniami. Mimo, że te relacje kreślone są dość grubą krechą, pozostawia miłe wrażenie, a jeszcze lepiej prezentuje się oprawa graficzna przynosząca na myśl szlachetną kreskę Paula Gillona z "Rozbitków Czasu"."Sloka" natomiast może uchodzić za pierwowzór "Avatara". W tajemniczej dżungli rozbija się dwóch żołnierzy, od wielu lat walczących w brutalnym konflikcie rozdzierającym całą planetę. Ocaleni przez lokalne plemię, uczą się żyć godnie z rytmem natury i pradawnymi wierzeniami. Niestety, w ślad za Sloką i jego przyjacielem, Arnem, przybywa ich wojna i kładzie kres rajskiej egzystencji autochtonów. Ale przeżywszy atak swoich byłych towarzyszy broni, Sloka ma okazać się kluczem do zwycięstwa jednej ze stron. Szorciaki z cyklu "Barbok i Blondella" są komediowym ujęciem znanego z baśni motywu pięknej księżniczki pilnowanej przez smoka. Relacje pomiędzy zionącym ogniem monstrum, a niewiastą czekającą na swojego wybawiciela i przyszłego męża to prawdziwa kopalnie świetnych pomysłów i nie sądziłem, że taki pomysł można popsuć, a jednak… Komiksowi Le Roya i Alizona brakuje tego, co w takich tytułach najważniejszego – poczucia humoru. "Barbok i Blondella" nie są śmieszni!

Wszystko wskazuje na to, że czytelnicy polubili "Fantasty Komiks", a magazyn całkiem dobrze przyjął się w szerokiej dystrybucji, obejmującej oprócz sklepów komiksowych i Empików, saloniki prasowe i kioski. Wyniki sprzedaży, na które powołuje się Egmont, są na tyle dobre, że pismo utrzymuje się na powierzchni, ale trudno mówić, aby stało się przebojem. Twierdzenia, że powrót komiksów do kiosków zbawi rynek można (kolejny raz) odłożyć między bajki, bo "FK" nie pociągnie za sobą komiksowej inwazji. Choć za pierwsze sygnały takowej można by uznać pojawienie się "Komiksowych Hitów" oraz kolejnego tytułu związanego z uniwersum "Gwiezdnych Wojen"…

Mnie "Fantasy Komiks" cieszy nie tyle, jako komiks (czytaj – dzieło sztuki), tylko, jako pewnego rodzaju artefakt, nostalgicznie wspomnienie przeszłości, kiedy po szkole przeszukiwałem pobliskie "Ruchy" w poszukiwaniu nowych komiksów. Sama lektura opowieści przeznaczonych raczej dla młodszego czytelnika to tylko dodatek do dreszczu kioskowego polowania, niecierpliwego wyczekiwania "i co dalej" z ulubionymi tytułami/bohaterami i wypatrywania nowych serii.