W rok po premierze albumu "Warg" wydawnictwo Non Stop Comics opublikowało drugi tom serii "James Bond". Cykl ten ukazuje się od 2015, gdy za przygody agenta 007 wzięło się Dynamite Entertainment. Oficyna specjalizująca się w odświeżaniu klasycznych herosów, we współpracy z Ian Fleming Publications zapowiadała, że nowy wcielenie Bonda będzie adekwatne do współczesnych realiów, realistyczne, brutalnie, a jednocześnie w duchu literackiego oryginału. A jak wyszło?
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dynamite Entertainment. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dynamite Entertainment. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 1 października 2018
niedziela, 2 września 2018
#2454 - James Bond #1: Warg
Komiks "James Bond: Warg" to oficjalny produkt sygnowany przez Ian Fleming Publications Ltd. Co znaczy mniej więcej tyle, że spadkobiercy i beneficjenci twórczości angielskiego pisarza wyrazili zgodę na napisaną przez Warrena Ellisa przygodę agenta 007. Niestety w tym konkretnym wypadku użycie znaku towarowego nie idzie w parze z jakością, bo scenariusz jest słaby i przewidywalny, bo oprawa graficzna jest mało atrakcyjna.
piątek, 22 kwietnia 2016
#2127 - Opowieści frontowe #1: Nocne wiedźmy
Garth Ennis jest pisarzem, który potrafi opowiadać o II Wojnie Światowej. Polscy czytelnicy mieli okazję się już o tym przekonać. Jakiś czas temu oficyna Mucha Comics opublikowała dwa zbiorcze tomy z serii "Opowieści wojennych" oraz album "Drogi Billy", który należy do cyklu "Opowieści frontowych". W bieżącym miesiącu, dzięki wydawnictwu Planeta Komiksów, mamy możliwość przeczytania albumu "Nocne wiedźmy", który należy do drugiej z wymienionych serii.
Etykiety:
Ameryka,
Dynamite Entertainment,
Garth Ennis,
lokalne,
mainstream,
Opowieści frontowe,
Planeta Komiksu,
recenzja,
Russ Braun,
wojenny
czwartek, 17 grudnia 2015
#2024 - Cień #1: W ogniu stworzenia
Postać
Cienia zadebiutowała 31 lipca 1930 w roli narratora radiowego
słuchowiska zatytułowanego „Detective Story Hour”. Słuchacze
pokochali samego Shadowa bardziej, niż fabuły, które opowiadał, a
wydawnictwo Street and Smith Publications już rok później
zaczęło przekuwać tę popularność na twardą walutę. 1 kwietnia
ukazał się pierwszy numer „The Shadow”, magazynu
detektywistycznych historii groszowych.
piątek, 11 lipca 2014
#1659 - The Shadow
„The Shadow Knows!”
Tak, wiem, nie da się w bardziej oczywisty sposób zatytułować tekstu o tej postaci, ale jeżeli ktoś ma aż tak ikoniczny cytat, jak The Shadow właśnie, to chyba jeszcze większą zbrodnią było by go nie wykorzystać. To tak jak z Avengers i z ich „Avengers assemble!”, zawołaniem, które jest od lat znakiem rozpoznawczym (i towarowym) największej marki Marvela, którego nawiasem mówiąc brak Justice League. Spider-Man ma swoje „z wielką siłą, idzie wielka odpowiedzialność”, a The Shadow ma wyżej wspomniany tekst... Ale właściwie powinienem wypisać jego pełną wersję:
środa, 24 października 2012
#1164- Kevin Smith`s Green Hornet vol .1: Sins of the Fathers
Znowu Krzysztof Tymczyński użycza jednego ze swoich tekstów, tym razem poświęconego "Green Hornetowi" i jak zwykle przy tej okazji polecamy jego stronę Independent Comics.
Przygody Zielonego Szerszenia znajdowały swoich odbiorców w najróżniejszych mediach. Pojawiał się on w słuchowiskach radiowych, filmach i serialach telewizyjnych, a całkiem niedawno zagościł także w niezbyt udanej produkcji kinowej. Green Hornet był także obecny na kartach komiksów, lecz wielokrotnie zmieniał wydawców. Najpierw jego przygody publikował Helnit, następnie Harley, Dell, Gold Key i NOW. To w tym ostatnim Szerszeń zadomowił się na nieco dłużej, lecz w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zniknął on z komiksowych półek. Ten stan trwał do połowy roku 2009, gdy prawa do wydawania komiksów z Green Hornetem pozyskało wydawnictwo Dynamite Entertainement.
W 2004 roku Smith został zatrudniony przez Miramax do napisaniu scenariusza do filmowego "Horneta". Niestety, do realizacji tej produkcji nie doszło - ostatecznie to Seth Rogen i Evan Goldberg wraz ze reżyserem Michealem Gondry`m przenieśli postać stworzoną przez George`a W. Trendle`a i Frana Strikera na kinowe ekrany w 2011 roku. Ale skrypt autora "Clerks" nie zmarnował się i stał się podstawą dla nowego komiksowego on-goinga, który z pewnością skorzystał na medialnym szumie wokół filmowego "Zielonego Szerszenia"
Pomysł Smitha był genialny w swej prostocie. Zamiast bawić się w udowadnianie czy i jakie poprzednie przygody bohatera są wciąż aktualne, jednocześnie nie przekreślając żadnej z nich, scenarzysta po prostu przeniósł bohatera do czasów współczesnych. Dodatkowo szybko okazuje się, że maskę nosi nie kto inny, jak syn oryginalnego Horneta, czyli mężczyzna o imieniu (a jakże) Britt Reid Junior. Pojawiają się także postaci znane z poprzednich serii, lecz również uwspółcześnione. I tak Kato staje się młodą, piękną kobietą i oczywiście okazuje się być córką oryginalnego pomocnika Zielonego Szerszenia. W iście komiksowy sposób, ta dwójka kontynuuje krucjatę przeciw przestępczości, którą rozpoczęli ich rodzice. Proste? Oczywiście. Fajne? Według mnie - jak najbardziej.
Historia zawarta pierwszym wydaniu zbiorczym skupia się na dość tradycyjnych początkach kariery Green Horneta, który odkrywa kim był jego ojciec. Smith przedstawia Reida Juniora jako pewnego siebie, chociaż nieco fajtłapowatego mężczyznę, któremu wymarzyła się kariera superbohatera, chociaż na pierwszy rzut oka zupełnie się do tego nie nadaje. Podczas jednej z pierwszych swoich misji natrafia on nie tylko na nową Kato, ale też na Black Horneta – arcywroga jego ojca. Praktycznie każdy aspekt tego komiksu mówi nam cicho „hej, kiedyś już to na pewno widziałeś/aś”. Fabuła skonstruowana jest według klasycznego schematu początków nowego herosa. Popełnia on błędy, wpada w niepotrzebne tarapaty, zraża do siebie ludzi, a na końcu i tak wychodzi ze wszystkiego bardziej lub mniej obronną ręką. Jednym słowem: standard.
Mimo to Smithowi udało się jednak nie tylko zatrzymać mnie przy tej historii, ale także nabrać ochoty na zapoznanie się z kolejnymi odsłonami. Pomimo całej wtórności tej historii jest ona dość fajnie poprowadzona i przystępna dla potencjalnego czytelnika. Pomimo wieloletniej historii przygód Green Horneta, tu zupełnie nie ma presji na chociażby szczątkową znajomość jakichkolwiek z nich. Jest to zupełnie nowy start, ale z zachowaniem szacunku dla przeszłości i z puszczeniem oka do współczesnego czytelnika. Od początku bowiem wiadomo, że zrobienie z Kato kobiety oznacza ni mniej ni więcej, że prędzej czy później pomiędzy nią a Hornetem nawiążą się jakieś bliższe relacje. Pytanie brzmi tylko: kiedy dokładnie? Tego na szczęście Smith nie ujawnił.
Rysownikiem zawartej w zbiorze historii jest Jonathan Lau. Artysta ten jest jednym z niewielu, który obecnie posiada kontrakt na wyłączność z Dynamite. I trudno dziwić się szefom wydawnictwo, bo Lau był moim zdaniem najmocniejszą stroną całości "Sins of the Father". Jego wyraziste, bardzo ładne ilustracje mogą się podobać. Na pewno spodobały się Kevinowi Smithowi, który zaprosił rysownika do zadbania o oprawę graficzną do kolejnego projektu dla Dynamite zatytułowanego "Bionic Men".
Jako że w moje łapska wpadła edycja w twardej okładce, warto by wspomnieć o jakości wydania i zawartych w nich dodatkach. Zwłaszcza te drugie prezentują się dość okazale, ponieważ oprócz standardowej galerii okładek, (a zapewniam że jest ich mnóstwo), zaprezentowano także kilka szkiców oraz dość obszerny fragment scenariusza do kinowego "Green Horneta" - oczywiście komiks nie ma nic wspólnego z ową produkcją. A jak oceniam "Sins of the Father"? Z jednej strony nie zaprezentowano na jego łamach nic spektakularnego, ale jednak po jego lekturze nie czuję się wcale zawiedziony. Mało tego, jestem pewny, że jeszcze nieraz do tego komiksu wrócę, a obecnie wystawiam mu mocną czwórkę.
Przygody Zielonego Szerszenia znajdowały swoich odbiorców w najróżniejszych mediach. Pojawiał się on w słuchowiskach radiowych, filmach i serialach telewizyjnych, a całkiem niedawno zagościł także w niezbyt udanej produkcji kinowej. Green Hornet był także obecny na kartach komiksów, lecz wielokrotnie zmieniał wydawców. Najpierw jego przygody publikował Helnit, następnie Harley, Dell, Gold Key i NOW. To w tym ostatnim Szerszeń zadomowił się na nieco dłużej, lecz w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zniknął on z komiksowych półek. Ten stan trwał do połowy roku 2009, gdy prawa do wydawania komiksów z Green Hornetem pozyskało wydawnictwo Dynamite Entertainement.
W 2004 roku Smith został zatrudniony przez Miramax do napisaniu scenariusza do filmowego "Horneta". Niestety, do realizacji tej produkcji nie doszło - ostatecznie to Seth Rogen i Evan Goldberg wraz ze reżyserem Michealem Gondry`m przenieśli postać stworzoną przez George`a W. Trendle`a i Frana Strikera na kinowe ekrany w 2011 roku. Ale skrypt autora "Clerks" nie zmarnował się i stał się podstawą dla nowego komiksowego on-goinga, który z pewnością skorzystał na medialnym szumie wokół filmowego "Zielonego Szerszenia"
Pomysł Smitha był genialny w swej prostocie. Zamiast bawić się w udowadnianie czy i jakie poprzednie przygody bohatera są wciąż aktualne, jednocześnie nie przekreślając żadnej z nich, scenarzysta po prostu przeniósł bohatera do czasów współczesnych. Dodatkowo szybko okazuje się, że maskę nosi nie kto inny, jak syn oryginalnego Horneta, czyli mężczyzna o imieniu (a jakże) Britt Reid Junior. Pojawiają się także postaci znane z poprzednich serii, lecz również uwspółcześnione. I tak Kato staje się młodą, piękną kobietą i oczywiście okazuje się być córką oryginalnego pomocnika Zielonego Szerszenia. W iście komiksowy sposób, ta dwójka kontynuuje krucjatę przeciw przestępczości, którą rozpoczęli ich rodzice. Proste? Oczywiście. Fajne? Według mnie - jak najbardziej.
Historia zawarta pierwszym wydaniu zbiorczym skupia się na dość tradycyjnych początkach kariery Green Horneta, który odkrywa kim był jego ojciec. Smith przedstawia Reida Juniora jako pewnego siebie, chociaż nieco fajtłapowatego mężczyznę, któremu wymarzyła się kariera superbohatera, chociaż na pierwszy rzut oka zupełnie się do tego nie nadaje. Podczas jednej z pierwszych swoich misji natrafia on nie tylko na nową Kato, ale też na Black Horneta – arcywroga jego ojca. Praktycznie każdy aspekt tego komiksu mówi nam cicho „hej, kiedyś już to na pewno widziałeś/aś”. Fabuła skonstruowana jest według klasycznego schematu początków nowego herosa. Popełnia on błędy, wpada w niepotrzebne tarapaty, zraża do siebie ludzi, a na końcu i tak wychodzi ze wszystkiego bardziej lub mniej obronną ręką. Jednym słowem: standard.
Mimo to Smithowi udało się jednak nie tylko zatrzymać mnie przy tej historii, ale także nabrać ochoty na zapoznanie się z kolejnymi odsłonami. Pomimo całej wtórności tej historii jest ona dość fajnie poprowadzona i przystępna dla potencjalnego czytelnika. Pomimo wieloletniej historii przygód Green Horneta, tu zupełnie nie ma presji na chociażby szczątkową znajomość jakichkolwiek z nich. Jest to zupełnie nowy start, ale z zachowaniem szacunku dla przeszłości i z puszczeniem oka do współczesnego czytelnika. Od początku bowiem wiadomo, że zrobienie z Kato kobiety oznacza ni mniej ni więcej, że prędzej czy później pomiędzy nią a Hornetem nawiążą się jakieś bliższe relacje. Pytanie brzmi tylko: kiedy dokładnie? Tego na szczęście Smith nie ujawnił.
Rysownikiem zawartej w zbiorze historii jest Jonathan Lau. Artysta ten jest jednym z niewielu, który obecnie posiada kontrakt na wyłączność z Dynamite. I trudno dziwić się szefom wydawnictwo, bo Lau był moim zdaniem najmocniejszą stroną całości "Sins of the Father". Jego wyraziste, bardzo ładne ilustracje mogą się podobać. Na pewno spodobały się Kevinowi Smithowi, który zaprosił rysownika do zadbania o oprawę graficzną do kolejnego projektu dla Dynamite zatytułowanego "Bionic Men".
Jako że w moje łapska wpadła edycja w twardej okładce, warto by wspomnieć o jakości wydania i zawartych w nich dodatkach. Zwłaszcza te drugie prezentują się dość okazale, ponieważ oprócz standardowej galerii okładek, (a zapewniam że jest ich mnóstwo), zaprezentowano także kilka szkiców oraz dość obszerny fragment scenariusza do kinowego "Green Horneta" - oczywiście komiks nie ma nic wspólnego z ową produkcją. A jak oceniam "Sins of the Father"? Z jednej strony nie zaprezentowano na jego łamach nic spektakularnego, ale jednak po jego lekturze nie czuję się wcale zawiedziony. Mało tego, jestem pewny, że jeszcze nieraz do tego komiksu wrócę, a obecnie wystawiam mu mocną czwórkę.
piątek, 10 sierpnia 2012
#1104 - Gra o Tron t.01
Trudno napisać coś nowego o „Grze o Tron”. Cykl kultowych powieści George`a R.R. Martina doczekawszy się swojej małoekranowej wersji stał się jednym z największych przebojów telewizyjnych ostatnich lat i znalazł się na ustach wszystkich. Sukces produkcji HBO sprawił, że „Pieśń lodu i ognia” z getta miłośników fantastyki przebiła się do popkulturowego mainstreamu. Martin korzystając z koniunktury przekuwa swoje opus magnum na zarabiającą tysiące dolarów franszyzą. Gry komputerowe, figurki, gadżety i inne wytworu działów merchandisingu zarabiają dla niego tysiące zielonych. Przyszedł czas i na komiks.
Prawa do komiksowej adaptacji kupiło Dynamite Entertainment. Trochę mnie zdziwiło, że „Gra o Tron” znalazła się w rękach tak niewielkiej oficyny, a nie w Marvelu, który słynie ze znakomitych, docenianych przez krytykę i czytelników adaptacji literatury. Seria oparta na motywach sagi Martina zadebiutowała we wrześniu zeszłego roku, a pierwszy trejd ukazał się 27 marca 2012. Polski wydawca Amber, dla którego „Gra o Tron” stanowi comeback na rynek komiksowy, bardzo szybko, bo już w kwietniu, opublikował pierwsze wydanie zbiorcze u nas. Za Oceanem seria spotkała się z mieszanym przyjęciem wśród krytyków i gdyby nie to, że była adaptacją Martina, przeszłaby bez echa.
Scenarzysta Daniel Abraham podołał zadaniu przysposobienia pozbawionego literackich fajerwerków, ale jednak specyficznego języka prozy Martina na potrzeby opowieści obrazkowej. W jego narracji brakuje mi jednak dramaturgii i odpowiedniej ekspozycji poszczególnych wątków i postaci. Wydaje mi się, że to właśnie w medium komiksowym najmocniej można podkreślić choćby subiektywność narracji, zarówno pod względem tekstowym, jak i wizualnym. Abraham nie pokusił się w swojej wersji „Gry o Tron” o zagrania możliwościami drzemiącymi w komiksie. Wybrał bezpieczne wyjście, po raz kolejny opowiadając historię znaną z kultowych książek i popularnego serialu. Szkoda, ale trudno mu się dziwić. Dla nominowanego do nagród Hugo, Nebuli i Locusa powieściopisarza jest to debiut na niwie komiksowej.
Niewiele, lub zgoła nic dobrego nie da się powiedzieć o oprawie graficznej, bo Tommy Patterson nie zasługuje nawet na miano solidnego wyrobnika. Jego prace dla mniejszych wydawnictw, takich jak Boom!, Dynamite czy Zenescope (dla których rysuje spin-offy do niesławnych krypto-pornoli z serii „Grimm Fairy Tales”) jakoś nie pozwoliły mu się przebić do pierwszej ligi i trudno się dziwić. Niedopracowana, zdradzającego mangowe wpływy kreska nie jest ani miła dla oka, ani oryginalna, ani jakakolwiek inna. Razi kulejącą kompozycją, anatomicznymi babolami i całym tym zestawem tanich chwytów pozwalających na podołanie morderczemu tempu wydawniczemu w Stanach.
Choć Abraham i Patterson chcą być bardziej, niż scenarzyści i producenci wersji HBO, wierni pierwowzorowi, w komiksowej „Grze o Tron” wyłazi na wierzch cała ta konwencjonalność i schemat sztafażu opowieści fantasy. Obnażone zostają wszystkie słabości, wszystkie niedostatki, które tak skutecznie maskował sam Martin, a potem (przynajmniej do pewnego momentu) twórcy serialu. Co więcej – wersja komiksowa nie oferuje nic w zamian. Ani rozegranej w ciekawy sposób fabuły, ani zapierających dech w piersi efektów wizualnych, ani nic, co by w jakikolwiek usprawiedliwiało sięgnięcie po serię.
Prawa do komiksowej adaptacji kupiło Dynamite Entertainment. Trochę mnie zdziwiło, że „Gra o Tron” znalazła się w rękach tak niewielkiej oficyny, a nie w Marvelu, który słynie ze znakomitych, docenianych przez krytykę i czytelników adaptacji literatury. Seria oparta na motywach sagi Martina zadebiutowała we wrześniu zeszłego roku, a pierwszy trejd ukazał się 27 marca 2012. Polski wydawca Amber, dla którego „Gra o Tron” stanowi comeback na rynek komiksowy, bardzo szybko, bo już w kwietniu, opublikował pierwsze wydanie zbiorcze u nas. Za Oceanem seria spotkała się z mieszanym przyjęciem wśród krytyków i gdyby nie to, że była adaptacją Martina, przeszłaby bez echa.
Scenarzysta Daniel Abraham podołał zadaniu przysposobienia pozbawionego literackich fajerwerków, ale jednak specyficznego języka prozy Martina na potrzeby opowieści obrazkowej. W jego narracji brakuje mi jednak dramaturgii i odpowiedniej ekspozycji poszczególnych wątków i postaci. Wydaje mi się, że to właśnie w medium komiksowym najmocniej można podkreślić choćby subiektywność narracji, zarówno pod względem tekstowym, jak i wizualnym. Abraham nie pokusił się w swojej wersji „Gry o Tron” o zagrania możliwościami drzemiącymi w komiksie. Wybrał bezpieczne wyjście, po raz kolejny opowiadając historię znaną z kultowych książek i popularnego serialu. Szkoda, ale trudno mu się dziwić. Dla nominowanego do nagród Hugo, Nebuli i Locusa powieściopisarza jest to debiut na niwie komiksowej.
Niewiele, lub zgoła nic dobrego nie da się powiedzieć o oprawie graficznej, bo Tommy Patterson nie zasługuje nawet na miano solidnego wyrobnika. Jego prace dla mniejszych wydawnictw, takich jak Boom!, Dynamite czy Zenescope (dla których rysuje spin-offy do niesławnych krypto-pornoli z serii „Grimm Fairy Tales”) jakoś nie pozwoliły mu się przebić do pierwszej ligi i trudno się dziwić. Niedopracowana, zdradzającego mangowe wpływy kreska nie jest ani miła dla oka, ani oryginalna, ani jakakolwiek inna. Razi kulejącą kompozycją, anatomicznymi babolami i całym tym zestawem tanich chwytów pozwalających na podołanie morderczemu tempu wydawniczemu w Stanach.
Choć Abraham i Patterson chcą być bardziej, niż scenarzyści i producenci wersji HBO, wierni pierwowzorowi, w komiksowej „Grze o Tron” wyłazi na wierzch cała ta konwencjonalność i schemat sztafażu opowieści fantasy. Obnażone zostają wszystkie słabości, wszystkie niedostatki, które tak skutecznie maskował sam Martin, a potem (przynajmniej do pewnego momentu) twórcy serialu. Co więcej – wersja komiksowa nie oferuje nic w zamian. Ani rozegranej w ciekawy sposób fabuły, ani zapierających dech w piersi efektów wizualnych, ani nic, co by w jakikolwiek usprawiedliwiało sięgnięcie po serię.
środa, 30 czerwca 2010
#489 - Drogi Billy
Garth Ennis nigdy nie jest pisarzem delikatnym. W jego pracach zwykle trup ściele się gęsto, krew tryska, aż miło, a wyrazy powszechnie uznawane za niecenzuralne pełną funkcję przecinków w dialogach. Nie ważne czy pisał akurat o Belfaście, wojnie, miłości, poszukiwaniu Boga, czy odkłamywał jednego z ikonicznych bohaterów Marvela, robiąc z niego owładniętego swoją świętą misją seryjnego mordercę. Autor "Kaznodziei" zawsze walił wprost, nie bawiąc się w żadne półśrodki, subtelności, nie uznając żadnych tematów tabu. Szokował, bulwersował, obrażał, budził kontrowersje, a nierzadko wręcz obrzydzenie, choćby swoim zamiłowanie do seksualnej perwersji i deformacji ludzkiego ciała.
Najnowsza pozycja irlandzkiego scenarzysty, wydana na polskim rynku przez Mucha Comics, odbiega od takiego stereotypowego "wzoru" na komiks a'la Ennis. Przynajmniej z pozoru. "Drogi Billy" to druga mini-seria opublikowana pod szyldem "Battlefields" dla niewielkiego amerykańskiego wydawnictwa Dynamite Entertainment. Podobnie, jak "Night Witches" i "Tankies" traktuje o koszmarze wojny, innym, wciąż powracającym w twórczości Ennisa temacie.
Autor oprawy graficznej, Peter Snejbjerg, rysuje w podobnej manierze, co wieloletni współpracownik Ennisa, Steve Dillon. Niestety, nie dorównuje swojemu koledze po fachu talentem. Stosuje podobną technikę, by uzyskać komiksowy realizm najmniejszym nakładem środków. Jego kreska jest nierówna – fatalnie wychodzą mu tła, nieco lepiej postacie, a efekt kładą kiepsko położone kolory.
Podczas amerykańskiej kontrofensywy na Pacyfiku, linia frontu w Azji Południowo-Wschodniej nieustannie się przesuwała. Po zdobyciu Singapuru Carrie Sutton dostała się w ręce Japończyków. Wraz z innymi kobiecymi jeńcami została zgwałcona, a potem cudem udało jej się przeżyć egzekucję. Przez pewien czas dochodziła do siebie w Kalkucie, by potem podjąć pracę pielęgniarki służby pomocniczej w pobliskim szpitalu.
Garth Ennis opowiada historię o wojennych ranach, które bardzo trudno się goją. Okrutnie skrzywdzona przez wrogich żołnierzy Carrie cierpi i chce zemsty. Chce, żeby Japończycy nigdy nie przestali płacić za to, co jej uczynili. Z ofiary, zamienia się w kata, wymierzającego należną karę, pchana bezmyślnym pragnieniem odwetu i zemsty. Niestety, jednoznaczność postępowania Carrie i łatwość, w jaką zamieniła się w zimnokrwistą morderczynię odbiera wiarygodność jej postaci i tym samym całej historii. Nigdy się nie zawaha, nigdy nie zadrży jej rękę, co czyni z niej żeńskie wcielenie Punishera, a całą opowieść bierze w komiksowy nawias przerysowania i groteskowości. Wielka szkoda, bo wariacja nt. "przemoc rodzi przemoc, tylko jeszcze bardziej brutalną i bezlitosną", zapowiadała się nader ciekawie. Niestety, Ennis ślizga się jedynie po powierzchni i momentami idzie na łatwiznę, szczególnie w zakończeniu.
Nawet, jeśli w "Drogim Billy'm" brakuje obsceniczności i wulgarności, to nie da się go przeczytać bez poczucia dotknięcia czegoś brudnego, zepsutego, odrażającego. Historia kipi nienawiścią i gniewem, nie mniej, niż "Hellblazer" czy "Kaznodzieja". Co gorsza, brakuje w nim ennisowskich "wartości pozytywnych", znanych z innych jego komiksów. Nie ma tu honoru nie pozwalającego na złamanie raz danego słowa, nie pojawia się wątek prawdziwie męskiej, szorstkiej przyjaźni, której nic nie może zburzyć. Nie ma wreszcie miłości, potrafiącej przezwyciężyć dosłownie wszystko. Jest tylko dojmujące cierpienie, nastrój beznadziei i koszmar wojny, który zamienia ofiary w katów.
Najnowsza pozycja irlandzkiego scenarzysty, wydana na polskim rynku przez Mucha Comics, odbiega od takiego stereotypowego "wzoru" na komiks a'la Ennis. Przynajmniej z pozoru. "Drogi Billy" to druga mini-seria opublikowana pod szyldem "Battlefields" dla niewielkiego amerykańskiego wydawnictwa Dynamite Entertainment. Podobnie, jak "Night Witches" i "Tankies" traktuje o koszmarze wojny, innym, wciąż powracającym w twórczości Ennisa temacie.Autor oprawy graficznej, Peter Snejbjerg, rysuje w podobnej manierze, co wieloletni współpracownik Ennisa, Steve Dillon. Niestety, nie dorównuje swojemu koledze po fachu talentem. Stosuje podobną technikę, by uzyskać komiksowy realizm najmniejszym nakładem środków. Jego kreska jest nierówna – fatalnie wychodzą mu tła, nieco lepiej postacie, a efekt kładą kiepsko położone kolory.
Podczas amerykańskiej kontrofensywy na Pacyfiku, linia frontu w Azji Południowo-Wschodniej nieustannie się przesuwała. Po zdobyciu Singapuru Carrie Sutton dostała się w ręce Japończyków. Wraz z innymi kobiecymi jeńcami została zgwałcona, a potem cudem udało jej się przeżyć egzekucję. Przez pewien czas dochodziła do siebie w Kalkucie, by potem podjąć pracę pielęgniarki służby pomocniczej w pobliskim szpitalu.
Garth Ennis opowiada historię o wojennych ranach, które bardzo trudno się goją. Okrutnie skrzywdzona przez wrogich żołnierzy Carrie cierpi i chce zemsty. Chce, żeby Japończycy nigdy nie przestali płacić za to, co jej uczynili. Z ofiary, zamienia się w kata, wymierzającego należną karę, pchana bezmyślnym pragnieniem odwetu i zemsty. Niestety, jednoznaczność postępowania Carrie i łatwość, w jaką zamieniła się w zimnokrwistą morderczynię odbiera wiarygodność jej postaci i tym samym całej historii. Nigdy się nie zawaha, nigdy nie zadrży jej rękę, co czyni z niej żeńskie wcielenie Punishera, a całą opowieść bierze w komiksowy nawias przerysowania i groteskowości. Wielka szkoda, bo wariacja nt. "przemoc rodzi przemoc, tylko jeszcze bardziej brutalną i bezlitosną", zapowiadała się nader ciekawie. Niestety, Ennis ślizga się jedynie po powierzchni i momentami idzie na łatwiznę, szczególnie w zakończeniu.Nawet, jeśli w "Drogim Billy'm" brakuje obsceniczności i wulgarności, to nie da się go przeczytać bez poczucia dotknięcia czegoś brudnego, zepsutego, odrażającego. Historia kipi nienawiścią i gniewem, nie mniej, niż "Hellblazer" czy "Kaznodzieja". Co gorsza, brakuje w nim ennisowskich "wartości pozytywnych", znanych z innych jego komiksów. Nie ma tu honoru nie pozwalającego na złamanie raz danego słowa, nie pojawia się wątek prawdziwie męskiej, szorstkiej przyjaźni, której nic nie może zburzyć. Nie ma wreszcie miłości, potrafiącej przezwyciężyć dosłownie wszystko. Jest tylko dojmujące cierpienie, nastrój beznadziei i koszmar wojny, który zamienia ofiary w katów.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)








