Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Garth Ennis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Garth Ennis. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 kwietnia 2016

#2127 - Opowieści frontowe #1: Nocne wiedźmy

Garth Ennis jest pisarzem, który potrafi opowiadać o II Wojnie Światowej. Polscy czytelnicy mieli okazję się już o tym przekonać. Jakiś czas temu oficyna Mucha Comics opublikowała dwa zbiorcze tomy z serii "Opowieści wojennych" oraz album "Drogi Billy", który należy do cyklu "Opowieści frontowych". W bieżącym miesiącu, dzięki wydawnictwu Planeta Komiksów, mamy możliwość przeczytania albumu "Nocne wiedźmy", który należy do drugiej z wymienionych serii.



czwartek, 17 grudnia 2015

#2024 - Cień #1: W ogniu stworzenia

Postać Cienia zadebiutowała 31 lipca 1930 w roli narratora radiowego słuchowiska zatytułowanego „Detective Story Hour”. Słuchacze pokochali samego Shadowa bardziej, niż fabuły, które opowiadał, a wydawnictwo Street and Smith Publications już rok później zaczęło przekuwać tę popularność na twardą walutę. 1 kwietnia ukazał się pierwszy numer „The Shadow”, magazynu detektywistycznych historii groszowych. 


wtorek, 26 listopada 2013

#1439 - The Pro

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Wśród całej rzeszy komiksowych twórców na pewno znajduje się grupa, która nie lubi komiksów z superbohaterami. Teoretycznie więc nie powinni oni brać zleceń na tworzenie takowych i spokojnie żyć dalej. W wielu przypadkach pewnie tak właśnie jest, ale pośród nich jest wśród nich pewien wyjątek. Nazywa się Garth Ennis. Irlandzki scenarzysta nie kryje się ze swoją nienawiścią i nie waha się przy każdej możliwej okazji dołożyć trykotom.



poniedziałek, 15 października 2012

#1151 - Opowieści wojenne t.2

„Opowieści wojenne” to jedna z niewielu pozycji w dorobku Gartha Ennisa, w której na próżno szukać charakterystycznych dla słynącego z dość ciężkiego poczucia humoru dowcipów. W komiksie nie ma zatem groteskowej brutalności, nie uświadczycie w nim postaci z dupami/penisami/czymkolwiek innym zamiast twarzy, dziwacznej erotyki, ani innych tego typu atrakcji.

Ennis w „Opowieściach wojennych” sięgnął do bardzo bogatych amerykańskich (i nie tylko) tradycji komiksu wojennego. Niemal wraz z narodzinami współczesnej sztuki opowiadania obrazem za Oceanem wielką popularnością cieszyły się żołnierskie historie. Przygody „naszych chłopców” na froncie pojawiały się już od połowy lat trzydziestych, ale największą popularnością cieszyły się na początku lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy właśnie debiutowały takie komiksowe ikony, jak Sgt. Rock czy Haunted Tank, które po jakimś czasie „wsiąknęły” do regularnego uniwersum DC, a obecnie próbuje się im znowu przywrócić dawny blask. „GI Combat”, „Weird War Tales”, „Sgt. Fury and his Howling Commandos”, „Blazing Combat” – jest tego naprawdę sporo. II Wojna Światowa, wojna w Wietnamie, w Korei, od taniej propagandy, po motywy rodem z fantastyki – do wyboru, do koloru.

Zmierzch tego typu produkcji nastał w okolicach lat osiemdziesiątych. Ich kres można próbować zatem łączyć z brakiem globalnych konfliktów, które mogłyby służyć, za atrakcyjny materiał komiksowy lub z pojawieniem bardziej superbohaterskiej, lateksowej odmiany tego gatunku, czyli „G.I. Joe”. Wojenne komiksy ukazywały się również na wyspach i Ennis w młodości był wielkim fanem tego typu pozycji – w młodości mógł zaczytywać się w „Commando Comics” albo „Battle Picture Weekly”. Najlepszym dowodem miłości do tematyki wojennej są właśnie jego „War Stories”.

W drugim tomie zobaczymy lotnictwo RAF`u bombardujące Zagłębie Ruhry, będziemy towarzyszyć nowopowstałym jednostkom SAS`u operujących na tyłach wroga w Afryce, wylądujemy w wielonarodowym okopie na frontach hiszpańskiej wojny domowej i wreszcie zasiądziemy za sterami Hurricata. Pod względem wizualnym – zachwytu nie ma. David Lloyd jakoś specjalnie się nie popisał, choć nie można uznać jego występu za słaby. Cam Kennedy ze swoją oryginalną, dość ekspresyjną kreską bardziej pasuje do „Star Wars”, niż do wojennej konwencji. Carlos Ezquerra wysilił cały swój talent i stworzył chyba jedną z najlepszych prac w swojej karierze. Ale to nie jest twórca grający w pierwszej lidze, więc efekt jest tylko dobry. Najlepiej zaprezentował się chyba Gary Erskine ze swoim bardzo rasowym, bardzo dokładnym, ale dyskretnym, komiksowym stylem.

Wiecie co w „Opowieściach wojennych” podoba mi się najbardziej? To, że Ennis skupia się na ludziach. Nie na wojnie, jako wielkim konflikcie mocarstw, nie na pełnej wystrzałów akcji, nie na tanim moralizowatorstwie. A jednocześnie w tych krótkich, bardzo skondensowanych fabułach, jest w stanie dać przerażający obraz koszmaru, jakim jest wolna. Nie siląc się na żadne wielkie słowa, nie tworząc wielkiej syntezy, tylko pisząc o chłopcu, który w swoje ósme urodziny jadł kapuśniak z wołowiną. To świadczy o wielkim kunszcie scenarzysty, którego wizytówką są takie pozycje, jak „Kaznodzieja”, „Hitman” czy „The Boys”.

Podczytując „Opowieści wojenne” pomyślałem sobie – czemu w Polsce nie mogą powstawać podobne komiksy? Historie pełną wojennych epizodów przecież mamy, utalentowanych twórców również nie brakuje, więc w czym problem? No tak, zapomniałem, że zamiast dobrego komiksu wojennego produkuje się u nas w większości „komiks patriotyczny”, który z jednej strony ma służyć edukacji młodzieży, jaką to piękną historię mamy, a z drugiej – jest elementem określonej polityki. Wikłamy się zatem w narodową martyrologię w najbardziej płytki sposób, pilnując, aby plecy konia były prosto narysowane, mundury adekwatne do epoki, dbamy o ideologiczną poprawność i wytyczne historyków z IPN`u. A nie o to chyba chodzi. Ennis pokazuje grozę wojny w całej jej okazałości. Jasne, że robi w pewien wpisany w komiksową konwencje sposób, ale w niczym nie umniejsza to jego pracy. Pokazuje heroizm, okrucieństwo i strach. Ludzi i śmierć. Mówi o niemożności jednoznacznej oceny tego, co się wydarzyło z dzisiejszej perspektywy. Więcej – wcale się do tego nie kwapi. Choć odrobił lekcje, odwiedził niejedną bibliotekę w poszukiwaniu książek do bibliografii, nie zapomina, że robi komiks akcji, który rządzi się swoimi prawami. I cholera, świetnie mu to wychodzi.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

#1105 - Crossed vol.1

I kolejny raz gościmy na naszych łamach Krzysztof Tymczyńskiego z Independentcomics.pl,  który jak zwykle zajmuje się komiksami, które ukazują się poza wielką dwójka. Tym razem padło na dość kontrowersyjną pozycję pióra Gartha Ennisa, która ukazał się w wydawnictwie Avatar Press (publikującej również rzeczy Alana Moore`a i Warrena Ellisa)

Był kolejny, spokojny dzień. Do jednego z barów wszedł dziwnie zachowujący się mężczyzna. Trzymał w ręku połać mięsa. Szybko okazało się, że pochodzi ono od zabitego wcześniej człowieka. Napastnik wyraźnie odczuwał radość z zadanego komuś cierpienia i rzucił się na kolejne osoby. Ale to był dopiero początek. Przerażeni ludzie stali się świadkami tego, jak ich najbliżsi padają ofiarą pojawiających się zewsząd szaleńców i zmieniają się w podobne monstra. Epidemia błyskawicznie się rozprzestrzeniała, a na czele każdego zainfekowanego pojawia się krwawy krzyż. Wkrótce, zaraza żądnych przemocy i odczuwających nieustanny popęd seksualny morderców ogarnia cały świat, a ci, którym udało się przeżyć, zdecydowanie tego żałują.

Wątek końca świata był już wielokrotnie podejmowany we wszelkich możliwych wariantach - w filmach, książkach, grach, a także w komiksach. Autor "Crossed", Garth Ennis, postanowił zakpić z postapokaliptycznej konwencji Tak, zakpić, bo branie "Crossed" na poważnie jest co najmniej... niepoważne. Po tym jak scenarzysta ten wyśmiewał w mniej lub bardziej dosłowny sposób sztafaż superbohaterski (w "Pro", "The Boys" czy "Punisher vol.4"), na tapetę wziął oklepany motyw zarazy dziesiątkującej świat i grupy ocalałych, którzy prędzej woleliby umrzeć, niż żyć w takich, a nie innych warunkach. Wydany przez Avatar Press komiks to sto procent Ennisa w Ennisie. Wydawnictwo słynie z tego, ze w niczym nie krępuje swobody twórczej, a jeśli nikt nie powie irlandzkiemu autorowi w pewnym momencie stop, to powstaje taka perełka, jaką jest "Crossed".

Nie będę tego nawet przez moment ukrywać – nie podoba mi się ten komiks. O ile jeszcze początek dawał nadzieję na to, że dostaniemy kawał mocnego horroru gore w delikatnym sosie porno, to z postępem lektury traciłem nadzieję. Każda kolejna strona utwierdzała mnie w przekonaniu, że w smaku tego sosu tak bardzo zakosztował Ennisowi, że postanowił zalać nim całe danie, niejako zatracając w nim jego walory. A tych możemy znaleźć w "Crossed" całkiem sporo. Scenarzysta zaserwował nam kilka scen, które mocno wgniatają w fotel, lub też inne miejsce, gdzie akurat czytelnik siedzi bądź leży. Sądzę, że każde z Was, które sięgnie po ten komiks, będzie wiedzieć co dokładnie mam na myśli. Niestety, tych kadrów jest tylko kilka, a w większości bezcelowych obrzydliwości jest już znacznie więcej. By nie spoilerować zbyt mocno, wymienię jedną z nich. Jak i w wielu innych komiksach Gartha Ennisa, tak i tu mamy do czynienia z drugoplanową postacią, która ma dość dziwne imię. Wiele osób zapewne kojarzy Assface’a z "Preachera" czy Asseye’a z "Ghost Ridera". W "Crossed" natomiast pojawia się Horsecock – zainfekowany, który zabija ludzi przy pomocy końskiego... i w tym miejscu dopiszcie sobie resztę. Zaczynam zastanawiać się, czy jest nazwa na przypadłość, którą Ennis niemal się chwali? Wszelkie propozycje możecie przysyłać mi na maila.

Najczęściej używaną barwą w komiksie jest naturalnie krwista czerwień. Być może niektórzy to naprawdę lubią, ale ja osobiście czułem się wielokrotnie zniesmaczony, podczas lektury kolejnych rozdziałów komiksu. Koniec końców komiks odniósł jednak dość spory sukces. Jak na standardy Avatara komiks sprzedawał się nieźle i doczekał się kontynuacji pisanej przez Ennisa, ale również Davida Laphama, a potem przez Simona Spurriera.

Rysownikiem całej historii jest Jacen Burrows – etatowy pracownik wydawnictwa Avatar. Jego mocne, dosłowne i wyraziste rysunki idealnie pasowały do krwistego scenariusza i wzmocniły jego obrazoburczą wymowę. Zdecydowanie chciałbym jeszcze nieraz oglądać jego prace, lecz w zdecydowanie łagodniejszej odsłonie. Nie wiem jednak czy jest to możliwe, bowiem Burrows zaznacza swoją obecność praktycznie w każdym komiksie wydanym przez Avatar Press, co czyni go człowiekiem dość zapracowanym. Wydanie miękkokładkowe, które jest przedmiotem owej recenzji, zostało wzbogacone o kilka stron dodatków. Nie spodziewajcie się jednak czegoś niezwykłego, większość to alternatywne okładki z każdego z dziesięciu zeszytów.

"Crossed" to komiks głośny i kontrowersyjny, ale w mojej opinii zdecydowanie nieudany. Nagromadzenie okrucieństw i ocierających się o pornografię scen sprawiło, że gdzieś po drodze zniknął cały sens. Nawet jeśli taki właśnie był zamiar Gartha Ennisa, to po prostu nie potrafię zapisać tego komiksu po stronie jego wielu udanych projektów. Odradzam jakąkolwiek formę kontaktu z Ukrzyżowanymi, a komiksowi wystawiam ledwie dwóję.

czwartek, 29 marca 2012

#0998 - John Constantine: Hellblazer - Strach i wstręt

Czytając "Strach i wstręt" przenosimy się w czasie o dobrych dwadzieścia lat wstecz. To epoka, w której Warren Ellis jest jeszcze początkującym scenarzystą, dekonstruującym superbohaterów w "Stormwatch" i "DV8", a Garth Ennis kontynuuje swoją przygodę z "Hellblazerem", która będzie dopiero wstępem do jego wielkiej kariery w amerykańskim przemyśle komiksowym.

Ach, to były doprawdy piękne i niewinne czasy! W kresce Steve`a Dillona brakowało jeszcze tego charakterystycznego sznytu, ostatniego pociągnięcia. Łatwo można było go pomylić z tabunem przeciętnych rysowników komiksowych eighties, ale jeśli dobrze się przyjrzeć, widać już tę rękę, która w niedalekiej przyszłości tak doskonale będzie portretować wszystkie odcienie szarości codzienności, że posłużę się dość tanim porównaniem. W kolejnych albumach Dillon będzie czyścił swoją turpistyczną kreskę, dążąc do jak największego minimalizmu. Z jednej strony to z pewnością decyzja podyktowana względami artystycznymi, a z drugiej – sposób na podołanie pracy przy serii on-going, wymagającej wyrabiania się z terminami. Chyba najmocniej po oprawie graficznej widać, jak silnie czas odcisnął piętno na tym albumie. Płaskie kolory, konserwatywna narracja, pozbawiona formalnych udziwnień. Ale z drugiej strony dzięki tej zachowawczości Dillona "Hellblazer" jest dla dzisiejszego czytelnika zjadliwy, jeśli porównać go z niektórymi eksperymentalnymi pozycjami tamtych czasów.

Historia w "Fear and Loathing" zaczyna się dość niewinnie. Constantine (z motylkami w brzuchu) i Kit jadą do Liverpoolu, żeby odwiedzić siostrę Johna i pewien grób. Potem Hellblazerowi stuknie czterdziestka, co oczywiście musi skończyć się tęgą popijawą i równie tęgim kacem. Ale co by to było za życie, gdyby Constantine nie zrobił na szaro jakiegoś niebiańskiego ważniaka - tym razem padło na archanioła Gabriela. Wiadomość jest jasna – nie zadzieraj ze mną i z moimi bliskimi. Wiadomo jednak, że taka sielanka nie może trwać zbyt długo. Jak to zwykle w przypadku Johna Constantine bywa jego przeszłość daje o sobie znać. Odbijając się od niego rykoszetem trafi w jego najbliższych...

"Strach i wstręt" to pierwszy wspólny album "Hellblazera" pisany przez Ennisa i rysowany przez Dillona. Wkrótce, ten duet, wraz z Glennem Fabrym malującym znakomite okładki, stworzą jeden z największych komiksowych przebojów naszych czasów, czyli obrazoburczego "Kaznodzieję". Nawiasem mówiąc, bez jego sukcesu, Constantine nie dostałby drugiej szansy i nie wypłynąłby na fali popularności swojego autora. Porównując te dwa tytuły nie sposób nie dostrzec jak wiele Jesse Custer zawdzięcza Johnowi. To ten sam hołd dla łajdackiej, testosteronowej męskości. To ten sam typ pewnego siebie drania, któremu jesteśmy w stanie wybaczyć wszystko. Kobiety łapią się na jego łobuzerski uśmiech (i to, co potrafi wyczyniać w łóżku), a faceci nie mogą odmówić wstąpienia z nim na jednego, dając się oczarować jego charyzmie, pokręconemu poczuciu humoru i honoru.

Ale opanowany przez Genesis Teksańczyk jest stylizowany na modłę westernowego ostatniego sprawiedliwego. To ten koleś na białym rumaku, który chociaż chleje na umór i posługuje się wulgarnym językiem, zawsze staje w obronie słusznej sprawy, nieważne jak beznadziejna by ona była. Choćby po to, żeby obić mordy "tym złym" dla zasady. Doskonale widać to w tomie "Salvation". Custer ma silny kręgosłup moralny, a tego nie można powiedzieć o Constantinie. Angol z Liverpoolu też chla na umór i posługuje się nie mniej plugawym językiem, ale jest po prostu nieodpowiedzialnym chujkiem. W tym aspekcie bardziej przypomina inną postać z "Preachera". Kiedyś, jak człowiek był młodszy i głupszy, to myślał, że taki Constantine to ma fajne życie. Ale im lepiej go poznaję, głównie za pośrednictwem runu Ennisa, tym bardziej widzę, że to zły człowiek jest po prostu, zasłaniający się maską lekkoducha i cynika. Tak, ma pecha do spraw nadprzyrodzonych i złe rzeczy mu się zwyczajnie przytrafiają, ale sam Constantine zdolny jest do jeszcze gorszych skurwysyństw. Dobitnie o tym świadczy finał "Strachu i wstrętu". To, jak potraktował Kit budzi we mnie najgorszą odrazę. Najgorsze jest to, że John sam w sobie nie jest postacią tragiczną, rozdartą pomiędzy nierozstrzygalnymi dylematami. On ma po prostu "głowę napchaną gównem", jak to zgrabnie ujęła Kit, a Chase topiąc jego zakazaną mordę w kiblu dosadnie pokazał gdzie jest jego miejsce. Zresztą John w kolejnym tomie wyląduje właśnie w rynsztoku, próbując pozbierać się do kupy - tylko po to, żeby w przyszłości znowu coś spieprzyć.

Wiele Garthowi Ennisowi w "Hellblazerze" nie wyszło, to prawda. Usprawiedliwiać może go tylko fakt, że był wtedy młodym scenarzystą, który dopiero wyrabiał sobie swój warsztat, trochę błądził po omacku. Trzeba mu jednak oddać jedno - potrafił naprawdę świetnie poprowadzić Constantine'a, tworząc boleśnie wiarygodny, wzbudzający we mnie skrajne odczucia własny portret jednej z najciekawszych komiksowych postaci.

czwartek, 15 września 2011

#857 - True Faith

Nigel Gibson u progu dorosłego życia stracił wiarę w Boga. Do tej pory był to jedyny, w miarę solidny fundament jego egzystencji. Osamotniony, nie bardzo wie co dalej ze sobą robić, dopóki nie spotka Terry`ego Adaira. Sprzedawca produktów toaletowych obiecał Bogu śmierć, a Nigel stanie się mimowolnym towarzyszem jego krucjaty. Za dnia będzie tym samym bezwartościowym szkolnym fajtłapą, wieczorami zaś stanie się terrorystą, podpalającym angielskie kościoły.

Kojarzy się z "Preacherem"? A powinno, bo "True Faith" to swoisty komiks-wprawka Gartha Ennisa. Poligon doświadczalny dla pomysłów, wątków i motywów, które potem zostały wykorzystane i w pełni rozwinięte na łamach jego najbardziej znanego komiksu. To tutaj scenarzysta wpada na koncept zabicia Boga (cóż za oryginalność!), tu pojawiają się Faith Commandos, paramilitarna organizacja religijna pod przywództwem kompletnego wariata, wypisz-wymaluj protoplasta Graala. I podobnie, jak "Kaznodzieja", "Prawdziwa Wiara" to satyra wymierzona w religię chrześcijańską, w której Ennis nie stroni od chwytów skalkulowanych na kontrowersje. Porównanie Boga do gówna (w komiksie ujęte, jako "s-word") zapychającego ubikację, będącej metaforą wszechświata - na takim poziomie znajduje się retoryka Ennisa. I pomimo całej swojej wulgarności pełna jest truizmów i banału. Kiedy Nigel z naiwnością przygłupiego gimnazjalisty pyta dlaczego świat jest taki zły, skoro Bóg jest nieskończenie dobry, ma się ochotę palnąć go w łeb odpowiedzią o wolnej woli.

W "Kaznodziei" dało się znieść tępą anty-religijność ideologię dzięki innym wątkom, które Ennisowi wyszły całkiem nieźle. W "True Faith" brakuje choćby tego - niedostatki scenariusza obnażają przesadnie przerysowani i kompletnie niewiarygodni bohaterowie. Ennis pogrąża się jeszcze bardziej, kiedy próbuje przykryć własne braki w warsztacie wysilonymi kloacznymi dowcipami i szarganiem świętości. Kościół akurat na błaznowanie komiksiarza pozostał niewrażliwy, w przeciwieństwie do brytyjskiej sceny politycznej. Sportretowanie Margaret Thatcher, jako wszechwładnej "p.m." trzymającej Zjednoczone Królestwo za jajca sprawiło, że komiks miał pewne trudności w trafieniu na rynek.

Odpowiadający za oprawę wizualną Warren Pleece należy do tych artystów, którzy nie boją się i potrafią korzystać z farb przy pracy nad komiksem. Grafika stoi na solidnym poziomie i robi bardzo pozytywne wrażenie. Paleta ciemnych i ponurych barw dobrze komponuje się z fabułą. Pleece ma również talent w oddawaniu emocji na twarzach swoich bohaterów. Wszelakie grymasy złości, gorączkowy pośpiech czy szaleństwo bijące z oczu są sprawnie przez niego odwzorowane.

Bardzo trudno traktować mi "True Faith", inaczej niż jako ciekawostkę, nastawioną na tanie szokowanie. Momentami, kiedy w wersy Apokalipsy według św. Jana wplecione są w toaletowe filozofie, kiedy dowiadujemy się, w jaki sposób formuje się Komandosów Wiary czy docieramy do zakończenia nie sposób nie czuć zażenowania. To nie tak, że nie lubię odważnych i nieortodoksyjnych ujęć tak ważnych spraw, jak wiara czy Bóg, bo lubię. Ale Ennis spłyca temat, w stylu godnym najlepszych angielskich tabloidów. Jest efekciarski i prymitywny, intelektualnie obskurancki. Czytelnika traktuje jak debila, spragnionego widoku płonących kościołów. Chwilami "Preacher" przy "True Faith" wyrasta na wyrafinowana traktat teologiczny. A nie przeczę, scenarzysta miał kilka wątków, które mógłby pociągnąć – choćby konflikt dwóch nastolatków startujących do jednej dziewczyny. Prócz Nigela, jest to Henson, gorliwy chrześcijan i kapitan szkolnej drużyny rugby, krótko ścięty faszyzujący osiłek, mogący być interesującą trawestacją Boga. Ale umiem zrozumieć, że ukrzyżowany na drzwiach owczarek alzacki jest dla kogoś bardziej interesujący.

środa, 25 maja 2011

#766 - Thor: Wikingowie

Marvel oddał Thora w ręce Gartha Ennisa, nie ograniczając go niczym w opowiadaniu historii - ani cenzurą, ani zawikłanym continuity, bowiem komiksy wydane w imprincie MAX, oprócz tego, że przeznaczone są dla osób dorosłych, nie są uznawane za kanoniczne (choć od tej reguły zdarzają się wyjątki). To miał być przepis na przebój, a wyszła ( przynajmniej w pewnym sensie) kompromitacja. Nie wiem, czy puszczając do druku "Wikingów" redaktorzy Domu Pomysłów zauważyli, że Ennis ich najzwyczajniej strollował. Ordynarnie wyruchał potentata amerykańskiego rynku komiksowego i wziął jeszcze za to pieniądze. Okpił superbohaterską konwencję, doprawiając farsową opowieść o inwazji nieśmiertelnych zombie-wikingów na Nowy Jork hektolitrami krwi, setkami trupów i latającymi po kadrach kończynami.
Bezsens fabuły da się streścić w kilku słowach - oto przeciw wspomnianej hordzie nieumarłych dowodzonej przez Jarla Haralda Jaekelssona staje nordycki bóg piorunów, Thor. Niestety, nawet przybysz z Asgardu nie jest w stanie powstrzymać inwazji skandynawskich barbarzyńców. Jedynym sposobem na pokonanie Jaekelssona jest zebranie wojowników spokrewnionych z wioskowym czarownikiem, który rzucił na niego klątwę, mszcząc się za splądrowanie jego wioski. Za sprawą doktora Strange`a na scenę wkracza "drużyna Thora", będąca zbieraniną zabijaków z różnych epok. Tworzą ją nazistowski pilot z czasów II Wojny Światowej, okrutny Krzyżak z plemienia Danów i wojowniczka Sigrid. Ten "dream team" podoła zadaniu, któremu nie sprostał żaden marvelowski superheros.

Historia przedstawiona w albumie "Thor: Wikingowie" jest zwyczajnie zbyt głupia, aby móc brać ją na poważnie. Ennis grając na nosie swoim zleceniodawcom sprawdził, na jak wiele może sobie pozwolić w ramach mainstreamowej produkcji. Bijąc poniżej pasa i najmocniej, jak się tylko da, wali w superbohaterską konwencję. I w Thora samegoż, robiąc z niego debila i nieudacznika, biegającego po Nowym Jorku w cudacznych rajtuzach. Lejąca się strumienia krew i obostrzenie "tylko dla dojrzałego czytelnika", sprawią że po komiks sięgnie małolat właśnie dla posoki i flaków. W albumie trafiło się również kilka politycznie niepoprawnych rodzynków, a nawet gruby, rasistowski dowcip. Brakuje jeszcze tylko scen odrażającego, kazirodczego seksu oraz bohatera z dupą, zamiast twarzy i w "Wikingach" znalazłby się komplet standardowych "chwytów" z repertuaru Ennisa.

Glenn Fabry to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Autor znakomitych okładek do "Kaznodziei" z właściwym sobie zamiłowaniem do szczegółu portretuje kolejne podboje armii Jaekelssona w NY. Kto lepiej mógłby zobrazować piętrzące się stosy obdartych ze skóry czaszek czy odrąbywanie kończyn, jak nie Fabry ze swoim naturalistycznym zacięciem i bliską turpizmowi estetyką?

Satyra Gartha Ennisa do wyrafinowanych raczej nie należy. Irlandzki scenarzysta wali prostu z mostu i nie bawi się w żadne subtelności. Dostaje się superbohaterskim opowiastkom, za ich konwencjonalność, niedorzeczność i dawkę absurdu, która gdyby była kryptonitem, zabiłaby Supermana. Ale w swoim parodiowaniu, scenarzysta sam strzela sobie w kolano, przeginając ze swoją "ennisowatością". Przesadza z makabryczną brutalnością, która sprawia wrażenie celu samego w sobie i nie potrafi poradzić sobie z niemożliwie przerysowaną pulpą klasy C. Jak wiadomo niedobra pulpa jest niedobra, a ta dobra jest całkiem strawna. Scenarzysta nieco bardziej od Ennisa rozgarnięty jest w stanie z największego nawet kiczu wyczarować coś śmiesznego, dającego się czytać i całkiem pomysłowego – najlepszym przykładem niech będzie maxi-seria "Nextwave" pióra Warrena Ellisa. Niestety, "Wikingowie" to zły komiks. Prymitywny, uwłaczający swojemu czytelnikowi, nie tyle odrażający, co zwyczajnie nudny i irytujący zmanierowaniem swojego autora.

środa, 5 stycznia 2011

#660 - Opowieści wojenne

W twórczości Gartha Ennisa temat wojny zwykle powracał pod postacią konfliktu w Wietnamie. Dla irlandzkiego scenarzysty wojna toczona na Półwyspie Indochińskim stanowiła przyczynek do rekonstruowania skomplikowanej, współczesnej mitologii i historii amerykańskiej. A miało to miejsce głównie na kartach "Kaznodziei", ale też w mini-serii "Punisher: Born".
W "Opowieściach Wojennych" Ennis wraca do swojej rodzinnej Europy, do czasów największej wojny w historii świata. Inny kontynent, inny konflikt, inne odcienie geopolityki, ale wojenka wciąż pozostaje taka sama. Straszliwa machina miażdżąca napędzające je trybiki – prostych żołnierzy walczących na pierwszej linii frontu.

Bohaterami "War Stories" są ludzie, o których rzadko pamiętają podręczniki. Szeregowcy, rekruci, niższa kadra oficerska – pierwsi w wojennym łańcuch pokarmowym. Pionki przesuwane na mapach taktycznych przez generałów, posyłane na śmierć, aby osiągać kolejne taktyczne cele, pokonywać wroga i odbierać medale. Niemiecka załoga pancerna cofająca się w kwietniu 1945 roku przed naporem Rosjan ("Tygrys Johanna"), alianckie wojska stacjonujące na plażach Reggio di Calabria ("Dekownicy z D-Day"), amerykańscy szeregowcy, którzy potrzebują kilku dni, aby cało wrócić do domu ("Screaming Eagles"), załoga niszczyciela "Nightingale" strzegąca frachtowców na północnym Atlantyku ("Nightingale") - walczą na różnych frontach, w różnych mundurach, ale dzielą ze sobą wspólny los.

Nad oprawą graficzną antologii pod dowództwem sierżanta pochodzącego z okolic Belfastu pracował zgodnie brytyjsko-angielski oddział utalentowanych artystów. Dave'a Gibbonsa ("Strażnicy", cykl "Martha Washington") i Davida Lloyda ("V jak Vendetta", "Global Frequency") nikomu przedstawiać nie muszę, bo to twórcy, którzy zdążyli się już zapisać w historii światowego komiksu. Nic dziwnego, że ich prace prezentują się najlepiej. Umiejętnościami odstają od nich nieco dwaj pozostali rysownicy, Chris Weston i John Higgins. Weston w swojej karierze współpracował między innymi z Markiem Millarem, Grantem Morrisonem czy J. Michealem Straczynskim, a jego rysunki zdobią takie tytuły, jak "The Filth", "The Invisibles". Pochodzący z Liverpoolu Higgins zasłynął głównie, jako kolorysta "Strażników" i "Zabójczego Żartu", choć ma na swoim koncie mnóstwo innych tytułów, z "Sędzią Dreddem" na czele.

Wszystkie cztery epizody opowiadają fikcyjne historie, ale każda z nich mogła się zdarzyć. "Opowieści Wojenne" trzymają się faktów, a Ennis i jego współpracownicy dbają o historyczne detale, posiłkując się obszerną bibliografią. Opowiadając o naszych dzielnych chłopcach chętnie idących poświęcić swoje życie za ojczyznę sięgnięto do stylistyki znanej z filmów wojennych, tworząc bardzo "męską" historię. Sensacyjna akcja rozwija się dynamicznie, nie brakuje rubasznego, wojskowego humoru czy mocniejszych scen, choć bez makabrycznej brutalności, z którą zwykle kojarzony jest autor "The Boys". Co ciekawe Ennis stroni od jakiegokolwiek patriotycznego zadęcia, pokazując żołnierską śmierć zwykle bez narodowo-ojczyźnianego kontekstu

Pierwsza część "Opowieści Wojennych" ukazały się tuż przed końcem roku i nieco umknęły uwadze czytelników z niepokojem i niecierpliwością czekających na hity 2011 roku. A szkoda, bo to całkiem interesująca pozycja, na pewno jedna z najciekawszych z bibliografii Gartha Ennisa.

poniedziałek, 19 lipca 2010

#507 - John Constantine: Hellblazer - Łajdak u piekła bram

"John Constantine: Helblazer" jest najdłużej, nieprzerwanie wydawanym serialem komiksowym pod szyldem Vertigo, imprintu DC Comics prezentującego komiksy przeznaczone dla dojrzałego czytelnika. Jego premierowy zeszyt ukazał się pierwszego stycznia 1988, a tytuł dziś powoli dobija do trzeciej setki (w sierpniu ma ukazać się 268. numer). "Hellblazer", przy którym pracowały takie komiksowe tuzy, jak Garth Ennis, Warren Ellis, Brian Azzarello, Grant Morrison, Neil Gaiman, Peter Milligan czy Paul Jenkins, jest jedną z najważniejszych pozycji w historii amerykańskiego komiksu. W czasach, kiedy historyjki obrazkowe zaczęły opowiadać o czymś innym, niż tylko ubranych w kolorowe trykoty superherosach, antybohater w przybrudzonym prochowcu i papierosem w kąciku ust miał do odegrania ważną rolę.
John Constantine, wymyślony przez Alana Moore'a na potrzeby "Swamp Thinga", to komiksowa matryca antybohaterstwa. Czerpiący z najlepszych noirowych wzorców swoim wyglądem przypomina bohaterów książek Hammeta czy Chandlera – w startym prochowcu, jeśli nie jest pijany, to leczy kaca, ćmiący swoje ulubione "Silk Cuty". To typowy "facet z przeszłością". John jest jednym z najpotężniejszych mistyków na ziemi, ale wcale nie korzysta ze swoich możliwości by strzec ludzkości przed magicznymi zagrożeniami z innych wymiarów. Ma sporo własnych problemów na głowie. Popaprane związki, nierozwiązane problemy, mniejsze i większe grzeszki. Constantine lubi dobrze się zabawić, wypić, wdać w bójkę w barze. To cham, cynik i łajdak, który w swojej arogancji zrobił durnia z samego diabła. W "Łajdaku u piekła bram" rogacz, czy raczej Pierwszy Wśród Upadłych powraca, by się zemścić. Aby dopiąć swego jest gotów rozpętać małe piekło na ziemi, ale John ma nieco inne plany…

Zanim Garth Ennis zmierzył się z szeregiem amerykańskich mitów w "Kaznodziei", szlifował swój warsztat pisząc o pewnym gburowatym Angolu. Przy okazji przemycał, głównie dzięki Kit, wielkiej miłości Constantine'a, nieco wątków dotyczących jego rodzimej Irlandii. Tej ze stolicą w Belfaście. Małym, zapyziałym państewku rozdzieranym kolejnymi zamachami terrorystycznymi, zamieszkami na tle rasowym, której największą atrakcją turystyczną są puby, a towarem eksportowym Guinness. Tam wręcz nie wypada być trzeźwym. Trudno więc się dziwić, że "Hellblazer" (mimo, że dzieje się we właściwie wszystkich większych miastach Wielkiej Brytanii) pełen jest gniewu, złości, pijackiej agresji, rodzinnych tragedii i życiowych rozbitków. Obraz rodzimego kraju (i w ogóle Wysp) kreślony przez Ennisa jest jednym z najciekawszych elementów komiksu. Obok, rzecz jasna, jego tytułowego bohatera.

Fabularnie komiks nie prezentuje się rewelacyjnie. Pióru Ennisa brakuje lekkości, fabuła momentami zgrzyta, ale nie brakuje naprawdę mocnych, świetnie rozpisanych scen. Moment, w którym John zmierza na spotkanie z Diabłem po schodach starej kamienicy naprawdę budzi grozę.

Rysownik Steve Dillon jest etatowym współpracownikiem Gartha Ennisa. Czy pracowali przy "Preacherze", czy "Punisherze", zwykle cały splendor spływał na scenarzystę. O grafiku ledwo, co się wspominało, a jak już to robiono, to bagatelizowano, a nawet krytykowano jego wkład. Rzeczywiście, Dillon do wirtuozów ołówka się nie zalicza, ale jako ilustrator opowieści Ennisa sprawdza się doskonale. Daleko mu do rozbuchanych i kolorowych grafik rodem z najnowszych produkcji Marvela czy DC, ale ze swoim surowym, prostym i na swój sposób realistycznym stylem, doskonale nadaje się do ilustrowania brudnych uliczek Belfastu i zakazanych ryjów typów po nich przemykających.

Na zakończenie warto chyba zastanowić się, jaki będzie dalszy los Constantine'a w naszym kraju. W oficjalnych zapowiedziach Egmontu na ten rok brak jakichkolwiek informacji na ten temat. Z runu Gartha Ennisa polski edytor opuścił album "Bloodlines" (podobnie zresztą, jak zrobił to wydawca amerykański), a całość współpracy Irlandczyka z Constantinem zamyka (nie licząc występu w albumie "Rare Cuts", w towarzystwie prac Delano i Morrisona), "Son of Man". Na chłopski rozum wydawałoby się, że któraś z tych dwóch pozycji powinna ukazać się jako następna, ale nie zdziwiłbym się gdyby na rynku pojawiły na przykład albumy autorstwa Ellisa lub Azzarello (uznawanego za najlepszego z hellblazerowych pisarzy). Niech tylko jakieś się ukażą, bo pojawiły się plotki, że Egmont zamierza zrezygnować z "Hellblazera"...

środa, 30 czerwca 2010

#489 - Drogi Billy

Garth Ennis nigdy nie jest pisarzem delikatnym. W jego pracach zwykle trup ściele się gęsto, krew tryska, aż miło, a wyrazy powszechnie uznawane za niecenzuralne pełną funkcję przecinków w dialogach. Nie ważne czy pisał akurat o Belfaście, wojnie, miłości, poszukiwaniu Boga, czy odkłamywał jednego z ikonicznych bohaterów Marvela, robiąc z niego owładniętego swoją świętą misją seryjnego mordercę. Autor "Kaznodziei" zawsze walił wprost, nie bawiąc się w żadne półśrodki, subtelności, nie uznając żadnych tematów tabu. Szokował, bulwersował, obrażał, budził kontrowersje, a nierzadko wręcz obrzydzenie, choćby swoim zamiłowanie do seksualnej perwersji i deformacji ludzkiego ciała.
Najnowsza pozycja irlandzkiego scenarzysty, wydana na polskim rynku przez Mucha Comics, odbiega od takiego stereotypowego "wzoru" na komiks a'la Ennis. Przynajmniej z pozoru. "Drogi Billy" to druga mini-seria opublikowana pod szyldem "Battlefields" dla niewielkiego amerykańskiego wydawnictwa Dynamite Entertainment. Podobnie, jak "Night Witches" i "Tankies" traktuje o koszmarze wojny, innym, wciąż powracającym w twórczości Ennisa temacie.

Autor oprawy graficznej, Peter Snejbjerg, rysuje w podobnej manierze, co wieloletni współpracownik Ennisa, Steve Dillon. Niestety, nie dorównuje swojemu koledze po fachu talentem. Stosuje podobną technikę, by uzyskać komiksowy realizm najmniejszym nakładem środków. Jego kreska jest nierówna – fatalnie wychodzą mu tła, nieco lepiej postacie, a efekt kładą kiepsko położone kolory.

Podczas amerykańskiej kontrofensywy na Pacyfiku, linia frontu w Azji Południowo-Wschodniej nieustannie się przesuwała. Po zdobyciu Singapuru Carrie Sutton dostała się w ręce Japończyków. Wraz z innymi kobiecymi jeńcami została zgwałcona, a potem cudem udało jej się przeżyć egzekucję. Przez pewien czas dochodziła do siebie w Kalkucie, by potem podjąć pracę pielęgniarki służby pomocniczej w pobliskim szpitalu.Garth Ennis opowiada historię o wojennych ranach, które bardzo trudno się goją. Okrutnie skrzywdzona przez wrogich żołnierzy Carrie cierpi i chce zemsty. Chce, żeby Japończycy nigdy nie przestali płacić za to, co jej uczynili. Z ofiary, zamienia się w kata, wymierzającego należną karę, pchana bezmyślnym pragnieniem odwetu i zemsty. Niestety, jednoznaczność postępowania Carrie i łatwość, w jaką zamieniła się w zimnokrwistą morderczynię odbiera wiarygodność jej postaci i tym samym całej historii. Nigdy się nie zawaha, nigdy nie zadrży jej rękę, co czyni z niej żeńskie wcielenie Punishera, a całą opowieść bierze w komiksowy nawias przerysowania i groteskowości. Wielka szkoda, bo wariacja nt. "przemoc rodzi przemoc, tylko jeszcze bardziej brutalną i bezlitosną", zapowiadała się nader ciekawie. Niestety, Ennis ślizga się jedynie po powierzchni i momentami idzie na łatwiznę, szczególnie w zakończeniu.

Nawet, jeśli w "Drogim Billy'm" brakuje obsceniczności i wulgarności, to nie da się go przeczytać bez poczucia dotknięcia czegoś brudnego, zepsutego, odrażającego. Historia kipi nienawiścią i gniewem, nie mniej, niż "Hellblazer" czy "Kaznodzieja". Co gorsza, brakuje w nim ennisowskich "wartości pozytywnych", znanych z innych jego komiksów. Nie ma tu honoru nie pozwalającego na złamanie raz danego słowa, nie pojawia się wątek prawdziwie męskiej, szorstkiej przyjaźni, której nic nie może zburzyć. Nie ma wreszcie miłości, potrafiącej przezwyciężyć dosłownie wszystko. Jest tylko dojmujące cierpienie, nastrój beznadziei i koszmar wojny, który zamienia ofiary w katów.

czwartek, 23 października 2008

#71 - Być jak John Constantine

Na dobrą sprawę nie wiedziałem, czego się spodziewać po „Hellblazerze”. Przyznam, że trochę mnie przerażała ilość materiału do przerobionienia i bajzel panujący w wydaniach zbiorczych. Kolejne tpb były wydawane nie po kolei, nie zbierały wszystkich zeszytów i jakby Egmont tego nie wydawał i tak będzie źle. Ale chyba najbardziej przerażała mnie legenda, którą owiany jest najdłuższy i wciąż publikowany serial pod szyldem Vertigo. „Hellblazer” należy do tytułów, o których ciepło wypowiadały się osoby, których zdanie o komiksie zawsze biorę pod uwagę. I żałuje, że jestem trochę za młody, żeby móc zapoznać się z tą serią w swoim czasie.

Przyznam, że nie dziwię się Kołodziejczakowi, że tak długo zwlekał i wahał się nad wprowadzeniem „Hellblazera” na polski rynek, szczególnie po porażce solidnego przecież „Swamp Thinga”, który jest komiksem z podobnej epoki, utrzymanym w podobnej estetyce. Mamy taki rynek w Polsce, że często porażka pierwszego albumu przekreśla całą serię, a komiks, który nie ma otwarcia godnego „Kaznodziei”, „Żywych trupów” czy „Sandmana”, jest zawsze ryzykowną inwestycją. „Niebezpieczne nałogi” to średnie historia, która nie chwyta za jajca od pierwszej strony i nie budzi wilczego apetytu na kolejne albumy. Nie jestem pewien czy lepiej by się stało gdyby Egmont zaczął od samego początku, od runu Delano, który zniechęcił mnie po dziesięciu bodaj zeszytach, które trzymały raczej średni poziom.

John Constantine, mistyczny detektyw, drań pierwszej klasy, antybohater jak się patrzy, będący okultystycznym wcieleniem Philipa Marlowe`a dowiaduje się, że jest chory na raka, co akurat nie powinno go dziwić, skoro wypala 30 silk cutów dziennie. John nie spodziewał się, że umrze w szpitalu, pokonany przez chorobę, krztusząc się własną krwią. Liczył, że odejdzie w trochę bardziej spektakularny sposób. „Dangerous Habits” to dość płaska opowieść o poszukiwaniu przez Johna ratunku. Garth Ennis się nie zupełnie popisał ze swoim scenariuszem, inwencji starczyło mu tylko na zawiązanie akcji i efektowne rozwiązanie, a „Niebezpieczne nawyki” to dosyć drewniana lektura. Najgorsze w niej jest to, że czytelnik wie, że Constantine przeżyje. Bo musi przeżyć ten pierwszy trade. Ta świadomość odziera komiks z całego dramatyzmu położenia głównego bohatera.

Czy jest coś, co spowoduje, że kupię kolejny, o ile ten się ukaże, tom „Hellblazera”? Jest. To postać głównego bohatera, Johna Constantine`a. Jak byłem jeszcze małym chłopcem, to chciałem być którymś z X-Menów, pamiętam, że chyba Cyclopsem albo Nightcrawlerem. Potem miałem nadzieję, zostać jakimś romantycznym poetą. Teraz, kiedy przybyło mi lat, wiem, że nie zostanę ani poszukiwaczem przygód z aktywem genem x, ani twórcą o czułym sercu. Jeśli los będzie łaskawy, to pewnie będę kimś zwyczajnym, nudnym, ciągle krzątającym się wokół czy to książek, czy to komiksów, ciągle zajętym pracą, przytłoczonym szeregiem obowiązków. I nigdy się nie przyznam przed sobą, że chciałbym być kimś takim, jak Constantine. Kimś, kto jest kompletną antytezą mojej egzystencji. Nieodpowiedzialnym gburem, pieprzonym cynikiem, przeginającym z alkoholem, kobietami i innymi demonami. Mającym czelność, odwagę i arogancję, której mnie brakuje. Idącym na żywioł, który pomimo ogarniającego go strachu, nie boi się brać swoje życie w swoje ręce. Żyjącym ze swoimi demonami, które są w komiksie bardzo dosadnie personifikowanymi zresztą, a nie kryjącym się przed pod niedzielną kołdrą. Ostatnim, prawdziwym facetem z jajami, a nie zakompleksionym, niepalącym polonistą, który widzi tylko zadrukowane strony. Chciałbym być jak Constantine.