Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obrazy Grozy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obrazy Grozy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 lutego 2017

#2308 - Amerykański Wampir #8

Od siódmego zbiorczego tomu serii "Amerykański Wampir" prezentowany jest drugi cykl wydawniczy wielkiego eposu pisanego przez Scotta Snydera. Pierwszy, do piątego tomu, był interesującą mieszanką horroru i obyczajowego dreszczowca. W krótkim epizodzie pomieszczonym w piątce pojawia się postać Szarego Kupca, który od siódemki zyskuje na znaczeniu. Kupiec jest na wskroś złą bestią, obdarzoną ogromną siłą. W bezpośrednim starciu nawet Skinnerowi Sweetowi i Pearl Jones nie udało się go pokonać. Blady strach padł na nieumarłych oraz niedobitków grupy Wasali Gwiazdy Zarannej.

wtorek, 8 grudnia 2015

#2018 - Amerykański wampir #5

Właściwie to było do przewidzenia, że w wielowątkowej fabule Scotta Snydera kiedyś będzie musiał pojawić się ojciec rumuńskich wampirów, czyli sam Dracula. Jemu poświęcona jest pierwsza, najdłuższa, opowieść pomieszczona w piątym tomie "Amerykańskiego Wampira". Finał, jak można domniemywać, w niedalekiej przyszłości będzie miał niebagatelne konsekwencje dla całej grupy agentów Wasali Gwiazdy Zarannej. 


piątek, 13 listopada 2015

#1993 - Luthor

Nie lubię Superman. No, może nie aż tak bardzo, ale po prostu nie przepadam za tym herosem. Jeśli miałbym podać jakiś powód, to byłby on taki: jego wiara w ludzkość jest zbyt naiwna. Pewnie dlatego trochę kibicowałem różnym realizacjom postaci Lexa Luthora. Jednak dopiero komiks Briana Azzarello i Lee Bermejo pokazuje głębię psychologiczną tej postaci, wywlekając na światło dzienne główne motywy, które kierują dawnym przyjacielem Kenta, obnażając podłoże jego nienawiści do herosa.


piątek, 18 września 2015

#1954 - Amerykański wampir #4

Kilka miesięcy temu oficyna Egmont Polska ogłosiła, że w ramach rozszerzenia współpracy z DC Comics oraz imprintem Vertigo ponownie (po trzech latach!) rusza z serią "Amerykański wampir". Bardzo mnie ta wiadomość podniosła na duchu. Żaden wielbiciel kolorowych zeszytów nie lubi, gdy rodzimy wydawca przerywa publikację po kilku tomach. Można to jeszcze zrozumieć, gdy komiks nie jest dobry, ale w wypadku produkcji panów Scotta Snydera i Rafaela Albuquerque za ówczesną decyzją zawieszenia serii stały czynniki ekonomiczne, a nie artystyczne.

piątek, 17 sierpnia 2012

#1109 - Saga o Potworze z Bagien, tom I

Swamp Thing, w Polsce nazwany Potworem z Bagien, to dziś jedna z najbardziej charakterystycznych postaci  komiksu amerykańskiego. Wymyślona została przez Lena Weina i Berniego Wrightsona w 1972 roku, lecz na prawdziwą popularność przyszło jej poczekać jeszcze kilka długich lat. Jak można przeczytać w wielu różnych tekstach, seria opowiadająca o przygodach bagiennego stwora początkowo stanowiła niekoniecznie udaną mieszankę komiksu superbohaterskiego i horroru.

Fabularną podstawę stanowiły wówczas klisze znane z dziesiątek kolorowych zeszytów traktujących o posiadaczach nadludzkich mocy. A więc bardzo sympatyczny, jednoznacznie pozytywny bohater, który wskutek tragicznego wypadku przeobraża się w supersilną istotę (jak to ujął Alan Moore - na wpół humanoidalną, na wpół roślinną postać pokrytą mchem i wodorostami), której prędko przyjdzie zmierzyć się z kolejnymi upiornymi złoczyńcami. Aby, oczywiście, ratować ludzkość przed nie lada niebezpieczeństwami.

"Potwór z Bagien"  nie sprzedawał się zbyt dobrze i po czterech latach został zawieszony. W 1982 roku ekranizacji komiksu podjął się Wes Craven, jeszcze początkujący, ale już powszechnie znany reżyser filmów grozy. Jego przepełnione kiczem i tandetą dzieło nie odniosło jakiegokolwiek sukcesu, ale wydawnictwo DC Comics uznało, iż premiera filmu to idealny moment na wznowienie serii. Czym prędzej wynajęli nowego scenarzystę oraz rysownika i tak oto "Swamp Thing" powrócił do świata żywych. Tyle, że już po kilkunastu zeszytach seria znowu zaczęła upadać. Wydawcy byli przekonani, iż będą musieli ponownie ją zawiesić, nie bali się więc ryzyka, jakim było oddane jej w ręce bardzo młodego scenarzysty. Zwłaszcza, że Moore, bo o nim oczywiście mowa, był świeżo po sukcesie autorskiego komiksu "V jak Vendetta", wydawał się więc twórcą bardzo obiecującym.

Brytyjczyk przyjrzał się dokładnie wydanym dotychczas zeszytom serii i na ich podstawie sporządził dwie długie listy. W pierwszej wyliczał elementy, które się mu w "Potworze z Bagien" nie podobały, a które jego zdaniem należało koniecznie usunąć. W drugiej wyliczał własne pomysły, którymi chciał komiks zreformować. Wydawnictwo propozycje Moore’a zaakceptowało, autor wziął się do roboty i tak oto powstał ten bagienny stwór, który doczekał się miana pozycji kultowej, będąc też jednym z pierwszych wyraźnych zwiastunów zbliżającej się w świecie komiksu rewolucji. 

Moore całkowicie rzecz przedefiniował. Zmarginalizował elementy superhero, pogłębił psychologię, dodał wymowę egzystencjalną, wreszcie znacznie zagęścił atmosferę, czyniąc ją wyjątkowo niepokojącą. Zrobił z komiksu najprawdziwszy horror, posługujący się surrealizmem czy nawet poezją, a czasem wkraczający też na rejony zarezerwowane dla fantasy. Podstawową zmianą fabularną było uśmiercenie tytułowego bohatera. W poprzedzających scenariusze Moore’a historiach celem Potwora było – oprócz np. zaniechania zagłady świata – odzyskanie swojej pierwotnej, ludzkiej postaci. A więc kolejna klisza. W wersji Brytyjczyka nie było to już możliwe. Pierwszy napisany przez niego scenariusz, otwierająca pierwszy tom "Sagi o Potworze z Bagien" "Lekcja anatomii", dotyczyła sekcji zwłok przeprowadzanej na martwym bohaterze. Oczywiście w końcu powraca on do życia, ale właśnie dlatego, iż umarła w nim resztka biologicznego człowieka. Nie jest to już żadna hybryda, lecz najprawdziwsze monstrum, które ludzkiej postaci nigdy nie odzyska, choć ciągle bardzo by chciało. Podstawą opowieści o nim jest wynikający z tego dramat – apatia i poszukiwanie sensu egzystencji.

Bardzo chciałbym przenieść się na chwilę do 1984 roku, aby zobaczyć reakcje pierwszych czytelników zrestartowanego Swamp Thinga. Wierzę, że to musiał być nie lada szok. Za pomocą nieco eksperymentalnej narracji zanurzamy się z bohaterem w wypełniony symbolami świat snów, halucynacji, wspomnień i prawdopodobnie wszystkiego, co tylko wykreowane może zostać w ludzkim mózgu. Wbrew pozorom o jakimkolwiek mętliku czy bełkocie mowy nie ma, wszystko pozostaje jak najbardziej czytelne. Prawdziwym motorem napędowym bagiennych opowieści są jednak życiowe filozofie ich autora. Czytając "Sagę o Potworze z Bagien", ciężko nie poczuć się jak dziesięciolatek, któremu przy kominku swoje wspomnienia i fantazje opowiada stary mędrzec. Właśnie dzięki temu, że tak bardzo czuć autora opowieści, lektura komiksu jest tak niezwykła. Błyskotliwy sposób opowiadania jest być może nawet ważniejszy od samego opowiadania.

Okazuje się jednak, że Moore nie jest komiksowym bogiem, a przynajmniej nie był nim jeszcze w połowie lat 80-tych, gdyż nie obyło się bez kilku potknięć. Pierwszym jest nachalne proekologiczne przesłanie, które w pewnym momencie wchodzi na plan pierwszy. Na szczęście nie na długo, ale później pojawiają się postaci w kolorowych trykotach, które do tak specyficznej opowieści pasują jak pięść do nosa. "Sagę o Potworze z Bagien" nazwałbym pozycją inteligentnie odchodzącą od swoich korzeni, czyli od komiksu superbohaterskiego.

Niestety, pojawienie się na jej kartach Supermana i jego towarzyszy trochę ją psuje. Moore we wstępie do albumu tłumaczył się, iż było to czysto marketingowe rozwiązanie mające zwrócić na komiks uwagę czytelników innych serii. Cóż, stało się. Ważne, że później jego dzieło powraca do imponującej jakości horroru. Czasem wprawdzie zmierza w nieco innym kierunku, w stronę niemalże baśniowej przygody, ale to tylko dodaje mu uroku. Szkoda jednak, że po ledwie dwóch tomach – z czego ten drugi uchodzi za dojrzalszy artystycznie – wydawnictwo Egmont zrezygnowało z wydawania tejże serii w naszym kraju.

piątek, 4 listopada 2011

#892 - Joker

Kolejny komiks noir ląduje w moich rękach. Tym razem nie jest niestety tak łatwy w ocenie. Gotham daje wielki wachlarz możliwości do opowiadania takich historii - i zdaje się, że to właśnie miasto interesuje scenarzystę bardziej niż postacie z uniwersum Batmana. Fabuła niestety została potraktowana po macoszemu, a sam komiks jest jedynie pretekstem do erudycyjnego popisu scenarzysty...

Porównania z "Zabójczym Żartem" Alana Moore'a są nieuniknione, ale mogą działać tylko na niekorzyść komiksu Briana Azzarello. No cóż, nie jest on twórcą tej klasy, zresztą, jak sam mówi, zdawał sobie sprawę z tego, że nie dla niego zaglądanie do głowy Jokera. I tu chyba tkwi główny problem. Scenarzysta ma niezwykle dobrą rękę do kreowania atmosfery i znakomicie opisuje echo zbrodni rozchodzące się po arteriach metropolii, ale nie czuje do Jokera tego, co czuje do samego Gotham. Nie potrafi - jak wspomniałem, nawet nie próbuje - się z nim utożsamić i zrozumieć. Wbrew temu, co wydawca pisze na okładce, nie znajdziemy tu podróży wgłąb umysłu jednego z najsłynniejszych łotrów w historii komiksu. Autor nie chce nawet wytłumaczyć, dlaczego u diabła Jokera wypuszczono nagle z Arkham... Może i tak miało być, ale to nie jest komiks posługujący się tak dużą umownością, by nie było to istotne, wręcz przeciwnie - to zbyt realistyczny twór, by można go było wcisnąć czytelnikowi jako alegoryczną bajkę o wiecznej walce dobra ze złem - a to ostatecznie próbuje Azzarello zrobić.

Spłycenie tematu, a zarazem próba wiarygodnego odrysowania świata przestępczego Gotham, nie współgra ze sobą. Nie czyni to oczywiście z "Jokera" złego komiksu, czy z Azzarello złego pisarza - to w końcu dzięki jego znakomitej narracji czyta się go jednym haustem i w trakcie lektury raczej nie zastanawiamy się nad tym rozdźwiękiem. Wszystko dlatego, że scenarzysta ustawił się w wygodnej, niezobowiązującej pozycji i obserwuje wszystko z pewnego dystansu.

Założenie było takie, że opisuje akcję oczami prostego mafijnego żołnierza będącego blisko Jokera - to pomaga w uwiarygodnieniu tej historii i uzasadnia trzymanie się z daleka od niełatwych do ugryzienia spraw. Wiemy tyle, ile on wie - a on z obawy o własny tyłek woli nie wnikać w szczegóły. A szkoda, bo gdy nasz bohater ukradkiem spostrzega Jokera łkającego u stóp Harley Quinn, nie sposób nie odnieść wrażenia, że mogło z tego wyjść coś na kształt "Złego Porucznika" Abla Ferrary... Tyle, że wtedy najprawdopodobniej nie byłby to komiks skierowany do masowego czytelnika, który może i oczekiwał demitologizacji tej postaci - ale na pewno nie takiej. W zamian dostajemy kompletnie bezcelowy karnawał przemocy, który Joker funduje miastu. W trakcie tej eskapady, bohater, będący narratorem i łącznikiem z przestępczym światem Gotham, zmienia stosunek nie tylko do swojego szefa, ale i przewartościowuje swoje życie. Niestety, nie ma tu zbyt dobrze skonstruowanej dramaturgii, bo nie jesteśmy w stanie się nikomu dokładnie przyjrzeć, nad kimś się pochylić, komuś współczuć, z kimś utożsamić. Nawet gdy nasz narrator zaczyna czuć do Jokera odrazę - my nie czujemy różnicy i po tym, co nam zaserwowano, nie widzimy już nic niezwykłego w jego czynach.


Azzarello nie pierwszy raz wziął na warsztat łotra z DC Comics. W 2005 roku napisał znakomitą miniserię z Lexem Luthorem w roli głównej. Można o tych tytułach myśleć jako o dylogii, ale z racji tego, że "Joker" to rasowe noir, to na poziomie narracyjnym jest mu bliżej do innego komiksu z bibliografii scenarzysty, do wydanego u nas w 2007 roku "Batman: Rozbite miasto". Zresztą oba cierpią na podobny problem - warstwa fabularna jest w nich najzwyczajniej pretekstowa. Sięgając po "Jokera" wiedziałem, że to nie jest opus magnum Azzarello, więc nie zawiodłem się wcale. Wręcz przeciwnie - mimo tego, że trudno jednoznacznie go ocenić, to bawiłem się dobrze i uważam go za jeden z najciekawszych komiksów, jakie ukazały się w tym roku na naszym (niestety zubożałym) rynku. Widać po nim, że scenarzysta jest świetnym pisarzem, ale niestety widać też, że rozmienia się na drobne, zabierając się za historie, na które tak naprawdę nie ma pomysłu. Wygląda na to, że Azzarello czuje się wygodnie w roli wyrobnika. Zapewne siada i pisze nawet na tematy, o których ostatecznie niewiele ma do powiedzenia - wychodzi z tego obronną ręką i efekty co prawda nie są złe, ale dostajemy w ręce twory nie do końca przemyślane. Widać to szczególnie jeśli popatrzymy na "Jokera" przez pryzmat wspomnianej znakomitej miniserii o Lexie Luthorze z którym - jak mówił podczas spotkania na MFK - łatwo było mu się utożsamić.

Przechodząc do warstwy graficznej muszę zaznaczyć, że po pobieżnym przekartkowaniu byłem nastawiony do niej dość sceptycznie. O tym, że to kawał przyzwoitego rzemiosła, przekonałem się dopiero w trakcie czytania. Po lekturze uświadomiłem sobie, że z pracami Lee Bermejo stykam się już drugi raz. Gdy czytałem "Lex Luthor: Man of Steel", jego rysunki nie zrobiły na mnie aż takiego wrażenia, ale po lekturze "Jokera" muszę powiedzieć, że jego styl idealnie pasuje do mrocznych, mainstreamowych komiksów dla dorosłych. Patrzę i myślę: "Vertigo". Jasne, że pozycje z tej stajni nie zawsze mają ilustracje najwyższych lotów, ale rysunki Bermejo są naprawdę dobre, a przy tym idealnie wpisują się w ramy tej linii wydawniczej. W trakcie lektury pomyślałem sobie, że świetnie sprawdziłby się jako rysownik Hellblazera. Jak się okazało, nie tylko ja to dostrzegłem, bo czytając listę publikacji sygnowanych jego nazwiskiem natrafiłem między innymi na dwa zeszyty przygód Johna Constantine.

W czasie pracy nad tym tekstem dużo myślałem na temat związków Azzarello z uniwersum Batmana. Zastanawia mnie, czemu nie stworzy o Gotham impresji, swoistego komiksowego Koyaanisqatsi, czegoś na kształt Joyce'owej wycieczki po Dublinie - pomysł wdzięczny, a sądząc po lekkości stylu i ewidentnym talencie do tego typu opowieści, jestem pewien, że wyszłoby mu to znakomicie. Powód jest pewnie prozaiczny i ma na sobie wydrukowane podobizny martwych prezydentów...

poniedziałek, 18 lipca 2011

#809 - Amerykański wampir

Po "Amerykańskim Wampirze" spodziewałem się bardzo wiele. Debiutująca w marcu 2010 roku seria szybko zdobyła sobie uznanie czytelników, którzy swoimi portfelami wynieśli ją na listę bestsellerów "New York Timesa" (choć przypuszczam, że nazwisko pewnego autora poczytnych powieści grozy na okładce miało na to jakiś wpływ). Cieszący się przychylnością krytyków tytuł niemal od początku zbierał dobre noty i opinie, czego ukoronowaniem były nominacje do prestiżowych nagród Eisnera i Harvey`a. I nawet Egmont, narzekający na trudne dla komiksu czasy ustami Tomasza Kołodziejczaka, wzbraniający się przed publikowaniem nowych pozycji, postanowił dać szansę świeżej serii, która dobiła ledwie do 15. zeszytu.

Zarówno na poziomie autorskich deklaracji, jak i samej treści, autorzy "American Vampire" biją ile sił w rozpowszechniony w kulturze masowej wizerunek wampira ugrzecznionego, z fryzurą spod ręki stylisty-homoseksualisty, ubranego według najnowszych modowych trendów. Wraz z powieściami Anny Rice mit budzącego grozę monstrum został zastąpiony przez postać zmęczonego swoją nieśmiertelnością wrażliwca, elegancika głęboko przeżywającego swoje egzystencjalne położenie, a wkrótce potem, za sprawą między innymi Stephanie Meyer stał się parodią samego siebie. Nastały czasy wegetariańskich wampirów uwodzących nastoletnie podlotki z liceum, będących chodzącą pochwałą seksualnej wstrzemięźliwości. Klasyczny, zapomniany krwiopijca w guście Nosferatu odradza się w postaci Skinnera Sweeta, głównego bohatera "Amerykańskiego Wampira". Dzikiego, nieprzewidywalnego potwora, którego nic nie jest w stanie powstrzymać. Budzącego grozę nie tylko wśród innych ludzi, ale także wśród swoich pobratymców.

W pierwszym tomie serii scenarzyści Scott Snyder i Stephen King przygotowali ekspozycję konfliktu dwóch wampirycznych ras. Urodzony na amerykańskiej ziemi Sweet reprezentuje kolejny szczebel w ewolucji pijących krew istot. Odporny na działanie promieni słonecznych, lepiej przystosowany do mordowania, ma gdzieś zwyczaje starodawnych europejskich rodów. Pierwszy akt konfliktu poznajemy z dwóch perspektyw. King opowiada o narodzinach Sweeta na przełomie XIX i XX wieku, a Snyder opisuje losy Pearl Jones, pracującej na trzy etaty dziewczynie z prowincji w przededniu Wielkiego Kryzysu w Ameryce. Snyder i King nie ograniczają się tylko do horroru, zmieniając konwencję i dekoracje, jak w kalejdoskopie. Pojawia się zatem estetyka westernowa, widać wyraźne wpływy kryminału w stylu noir, a nawet elementy humorystyczne. Sama historia, choć rozbita na dwa wątki, rozgrywająca się na dwóch płaszczyznach czasowych, tworzy jedną, zazębiającą się wspólnie całość, co podkreślone zostało ręką Rafeala Albequerque`go, autora oprawa graficznej.


Młody brazylijski artysta spisał się świetnie. Myślałem, że ze swoim kreślonym grubą krechą, na wskroś nowoczesny stylem, mocno zakorzenionym w cartoonowej tradycji, nie będzie pasował do mrocznej i brutalnej opowieści o wampirach. Myliłem się. Wizualnie komiks wygląda świetnie – tryska energią, jest efektowny, ale nie efekciarski i po prostu cieszy oko.

W komiksie równie bezwzględnym, jak wampiry, jest rodzący się na preriach Dzikiego Zachodu kapitalizm (wątek Kinga) i raczkujący przemysł rozrywkowy, karmiący się marzeniami naiwnych dziewczyn, marzących o karierze na wielkim ekranie (wątek Snydera). Amerykańska historia, przemiany społeczno-obyczajowe nie stanowią jedynie ładnego tła dla fabuły, są jej integralną częścią, podobnie jak w przypadku "Kaznodziei" Gartha Ennisa. Co więcej, bardzo wyraźnie zarysowany jest konflikt "starej" Europy z Nowym Światem. Wampiryczny antagonizm można odczytywać, jako metaforę starcia dwóch cywilizacji. Sweet to pełen energii zakapior zdobywający sobie coraz większe wpływy za pomocą brutalnej siły, zupełnie nie przejmujący się konwenansami przychodzącymi zza Oceanu. Czyste wcielenie amerykańskości, buty, arogancji i dezynwoltury. Natomiast przedstawiciele starej rasy są wierni starym obyczajom. Nie mogą pogodzić się, że stare czasy się zmieniły, a oni sami do nich przestają pasować.

Trudno jest mi coś konkretnego zarzucić "Amerykańskiemu wampirowi", ale nie potrafię się do niego przekonać, nie umiem się nim zachwycić. Snyder, przynajmniej na razie, pod względem warsztatu w niczym Kingowi nie ustępuje, choć po prawdzie obaj w swoich opowieściach nie wychodzą poza dość prosty schemat. Od koronowanego króla horroru i jednego z (podobno) jeden z najzdolniejszych komiksiarzy młodego pokolenia spodziewam się jednak czegoś więcej, niż tylko poprawnie napisanej historii.

sobota, 18 lipca 2009

#203 - Saga o Potworze z Bagien #2: Miłość i śmierć

Potwór z Bagien po raz pierwszy na kartach komiksu pojawił się w 1971 roku, w 92 numerze serii „House of Secrets”. Do pewnego momentu był to klasyczny pulpowy heros, który nabył swoje niezwykłe moce w wyniku jakiegoś kuriozalnego wypadku i poświęcił swoje życie w walce z szeroko pojętym złem. I pewnie takim zostałby zapamiętany w wąskim gronie miłośników kolorowych zeszytów, gdyby DC Comics w obliczu strat, jakie przynosiła seria „Saga of Swamp Thing” zdecydowała się na jej zamknięcie, a nie oddanie w ręce mało znanego, brytyjskiego scenarzysty, co miało miejsce w 1983. Tym scenarzystą był niejaki Alan Moore.

Postać stworzona przez Lena Weina i znakomitego rysownika Berniego Wrightsona była dla przyszłego autora „Strażników” czy „Zabójczego Żartu” prawdziwą trampoliną do kariery w amerykańskim przemyśle obrazkowym i jednym z pierwszych objawów komiksowej rewolucji, która miała dopiero nastąpić. Alan Moore Potwora z Bagien zdefiniował na nowo, a niejako przy okazji przyczynił się do założenia wielce zasłużonego imprintu Vertigo, publikującego komiksy przeznaczone dla dorosłego czytelnika. W przypadku „Sagi o Potworze z Bagien” wyświechtane frazesy o rewolucyjnych zmianach, że „nic nie będzie już takie samo”, którymi czytelnicy są nieustannie bombardowani, było jak najbardziej uzasadnione. „Stary” Swamp Thing zginął, aby „nowy” mógł zostać wymyślony ponownie. Doprawiony smakowitą estetyką grozy, z nienachlanym ekologicznym przesłaniem i ezoteryczno-magicznymi wtrętami. „Saga o Potworze z Bagien” była dla Moore`a komiksowym poligonem doświadczalnym, a samo zielone monstrum stało się laboratoryjną świnką, na której wybitny scenarzysta testował swoje pierwsze zakręcone pomysły. Znacznie poszerzył granice produkowanego seryjnie komiksu, sprawdzał ile da się wycisnąć z formy 24-stronicowego odcinka „przygód” i często wystawiał na próbę cierpliwość… cenzorów. Jego seria była bowiem pierwszym tytułem z głównego obiegu pozbawionym charakterystycznego stempla Comics Code Authority, którym oznaczano pozycję przeznaczone odpowiednie dla małoletniego odbiorcy, bo Moore z założenia pisał ją dla dorosłego czytelnika.

W historiach zebranych w „Miłości i śmierci” scenarzysta próbuje się w różnych konwencjach i stylach. Tom otwiera symboliczny „Pogrzeb” pogłębiający mitologię Potwora, w którym Alec Holland raz jeszcze przeżyje tragiczny wypadek na bagnach Luizjany. Najdłuższa, bo aż trzyczęściowa, tytułowa historia jest opowieścią grozy, która niestety nie może mnie już przestraszyć. Trudno natomiast nie docenić jej swoistego epilogu („W dole, wśród zmarłych”), będącej błyskotliwą wariacją na temat infernalnej części „Boskiej Komedii” Dantego, zlokalizowaną w komiksowym uniwersum DC, z gościnnymi występami takich postaci jak Demon, Spectre czy Phantom Stranger. W „Opuszczonych domach” spotkamy się ze znanymi z kart „Sandmana” Kainem i Ablem, by raz jeszcze przenieść się do krainy Śnienia. Zamykający zbiorek „Wiosenny rytuał” to fantazyjny opis seksu uosobienia natury z ludzką kobietą, podany w fikuśnej, New Age`owej metaforyce.

Jak widać opowieści przedstawione w drugim tomie cechuje duża różnorodność, na wszystkich jednak w równym stopniu swoje piętno odcisnął czas. Najgorzej obszedł się z przeładowaną tekstem narracją, choć akurat Moore miał zawsze skłonności do mocno literackiego, kwiecistego stylu opowiadania historii oraz z oprawą graficzną. Rysunki z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku obecnie prezentują się nieco archaicznie, ale nie można odmówić im pewnego uroku. Ciężko wyróżnić któregoś ze spółdzielni grafików pracujących przy oprawie wizualnej albumu, ale najlepsze wrażenie pozostawili chyba Steve Bissette i Shawn McManus.

Warto było czekać te dwa lata na kontynuację „Sagi o Potworze z Bagien”, choć pewnie czas oczekiwania na kolejny tom będzie podobny. Nie do końca rozumiem decyzję Egmontu, aby serię pod wieloma względami podobną do równolegle publikowanego „Hellblazera” wydawać w ramach twardookładkowej kolekcji „Obrazów Grozy”. Szkoda, że nic się już z tym nie da zrobić. Bo głupio teraz wydawcy zmieniać całkowicie format i cykl wydawniczy, a czytelnik kręcący nosem na takie kombinacje rad nierad musi uzbroić się w cierpliwość.

sobota, 29 listopada 2008

#86 - Rzut za trzy: Crap!

„Hellraiser 2” (między innymi Clive Barker, Alex Ross, John Bolton; Egmont; 10/2008)

O ile pierwsza antologia „Hellraisera” niektórymi historiami mogła się obronić, miała tak zwane dobre momenty, o tyle drugi wybór „najlepszych komiksów” z uniwersum Cenobitów równo gryzie glebę. Trudno wśród tych siedmiu nowelek, składających się na „Hellraisera 2”, znaleźć coś interesującego, oryginalnego czy choćby strasznego. Komiksowe „Obrazy grozy”, nawiązujące do prozy Clive`a Barkera, nie wychodzą poza skostniałe horrorowe konwencje, co nawet taki laik jak jak, w tym temacie, potrafi zauważyć. Wystarczy przyjrzeć się poszczególnym historiom. „Powołanie” jest podobne do najbardziej kiczowatej książki Mastertona, czyli „Wojowników Nocy”, w której grupka przypadkowych ludzi zostaje obdarzonych supermocami i staje do walki z siłami ciemności. Skojarzenie z tandetną super-bohaterszczyzną są w tym przypadku jak najbardziej wskazane. „Dziewczyny z wizjera” nie jest warta nawet lektury, bo od pierwszego kadru wiemy, jak rzecz się skończy. „Ręka nieboszczyka” to modelowy przykład jak nieumiejętnie budować napięcie i napisać komiks pozbawiony jakichkolwiek treści. „Demony dla jednych, anioły dla drugich” w swoich założeniach miały traktować o ważkich sprawach duchowych, a wyszła jakaś jarmarczna i tandetna religijna bzdurka. Taką wyliczankę można by kontynuować, bo każda kolejne nowela jest gorsza od poprzedniej. Autorzy tych historii są mi kompletnie nieznani, to prawdopodobnie jacyś trzeciorzędni komiksiarze, wyłączywszy samego Barkera, który komiksiarzem nie jest, Alexa Rossa i Johna Boltona, których z pewnością do twórców trzeciorzędnych zaliczyć nie możemy.
„Hellraiser 2” to taki komiksowy odpowiednik horroru klasy D, który nie straszy, tylko bawi swoją nieporadnością. Badziewnym scenariuszem napisanym na kolanie, litrami sztucznej krwi i gumowymi maskami, drewnianą grą aktorską i fatalnymi dialogami. No i w sumie czytanie go przynosi jakąś perwersyjną i bolesną przyjemność.


„Hard” (Tomasz Biniek; Biniek Studio; 10/2008)

Ten komiks owiany jest już swoistą legendą i ma już chyba zapewnione miejsce w nieformalnym panteonie najgorszych komiksowych dzieł, tuż obok „Chrisa Telepaty” i „Klątwy Atacamy”, na specjalnym regale z komiksami dla dorosłych. „Hard” zostało swego czasu rozsławione video-recenzją, skądinąd poważnego polskiego wydawcy komiksowego i pracownika pewnego dystrybutora filmowego, którą można znaleźć na tej stronie. Nieporadnego komiksu Tomka Binka nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu. Czytając „Hard” przypominają mi się złote czasy polskiej amatorszczyzny wczesnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy różni przypadkowi twórcy z marnym powodzeniem próbowali swoich sił w komiksie. „Hard” zawiera wszystkie elementy takiego dziełka. Tandetną, nawet jak na komiks o charakterze pornograficznym, historię, którą wypełniają idiotyczne dialogi i liczne fabularne kiksy. Odpychającą, sterylną i sztuczną oprawę graficzną, która pogrąża „Hard” jako komiks, mający wywoływać erekcję i pobudzać fantazje. Nawet fikołki, które są przecież w centrum zainteresowania czytelnika, nie wychodzą poza wytarte do granic możliwości klisze i nie mają do zaoferowania nic ciekawego. Ja osobiście lubię się pastwić nad słabymi komiksami, lubię wytykać palcami, co jest w nic źle zrobione, co mi się nie podoba. Ale przy pracy Tomka Binka (Bińka?) wolę po prostu zamilknąć. Z zażenowania.


„Hellboy Animated: Czarne zaślubiny i inne opowieści” (nie warci wspomnienia; Egmont; 9/2008)

Kompletnie nie rozumiem pomysłu robienia z „Hellboy`a” komiksu przyjaznego dzieciom. W wyniku dosyć karkołomnej operacji przełożenia filmu animowanego, opartego na komiksie, na inny komiks, dzieło Mike`a Mignoli straciło wszystkie swoje walory. „Hellboy Animated” to wyrób hellboy`o-podobny. Rzadka kupa, pozbawiona sugestywnego klimatu grozy budowanego znakomitą, intensywną oprawą graficzną, przyprawionego niebanalnym dowcipem i grą z konwencjami horroru i lateksowych gaci. Nie udało się nawet zachować tego przygodowego klimatu, który tak sobie ceniłem. Przygody Piekielnego Chłopca ze stron „Czarnych Zaślubin” są nudne, wyprane z dramaturgii, pozbawione napięcia i co najwyżej przeciętnie narysowane. To zwyczajnie słaby komiks jest. Co gorsza, Hellboy w swojej animowano-komiksowej wersji do pięt nie dorasta swoim czysto komiksowemu czy nawet filmowemu wcieleniu. Autorzy adaptacji zgubili gdzieś cały urok tego bohatera i nie mogłem pozbyć się wrażenia, że to tylko jakiś marny klon czy inny przebieraniec nieudolnie imitujący swój oryginał.
Panie Mignola nie idźcie tą drogą! Niech się pan lepiej weźmie za pisanie dobrych scenariuszy i robienie świetnych okładek, a nie bawi w kolejnego McFarlane, który pochłonięty nabijaniem swojej kabzy, pod względem komiksowym rozmienił się na drobne. I pewnikiem to jest odpowiedz na pytanie, które narzuca sie po lekturze „Czarnych Zaślubin” – po co, powstają takie komiksy?