Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Greg Capullo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Greg Capullo. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 marca 2014

#1545 - Haunt vol. 3

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Seria "Haunt", która zapowiadana była jako ogromny hit od Todda McFarlane’a, Roberta Kirkmana, Ryana Otlley’a oraz Grega Capullo totalnie mnie rozczarowała. Przejechałem się, bo zbyt mocno zawierzyłem twórcom z góry zamawiając trzy pierwsze wydania zbiorcze i wreszcie udało mi się skończyć lekturę, która była prawdziwą męczarnią. Nie mam wątpliwości, że "Haunt" to największy zawód, jaki spotkał mnie w ostatnich latach ze strony Image Comics.



czwartek, 27 lutego 2014

#1542 - Haunt vol.2

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Pierwszy zbiór "Haunt" oceniłem bardzo nisko, dlatego też do lektury drugiej ich odsłony zasiadałem z niemałą obawą. Wciąż bowiem uważałem, że główny bohater serii to nic innego jak zwyczajna zrzynka z pomysłów na inne postacie. Tymczasem zeszyty, które weszły w skład drugiego trejda nie tylko zebrały bardzo dobre oceny na zagranicznych portalach, ale także do ich rysowania zatrudniono Grega Capullo. To były aż dwa powody ku temu, by jednak przyjrzeć się tej pozycji. O dwa więcej, niż przy okazji pierwszego zbioru.



sobota, 28 grudnia 2013

#1466 - Batman. Miasto Sów

Autorem poniższego tekstu jest Piotr Lipa. Pierwotnie został on opublikowany na blogu Coś z zupełnie innej beczki.

Przeczytałem ponad tydzień temu "Miasto Sów" i nadal zastanawiam się jak można było tak dokumentnie spartolić ten komiks. Jak po tak świetnym wstępie jakim był niewątpliwie "Trybunał Sów" można było stworzyć coś tak marnego? Cały czas siedzę i próbuję znaleźć jakieś pozytywne strony tego komiksu, ale nic nie przychodzi mi do głowy. No może poza warstwą graficzną, która jest naprawdę przyjemna dla oka i postacią Mr. Freeze`a przedstawionego tutaj w bardzo ciekawy sposób. Jednak z racji tego, że nie przychodzi mi do głowy nic więcej ponad to, rozpocznę marudzenie.



wtorek, 19 listopada 2013

#1425 - Batman. Trybunał Sów

Jest taka miejska legenda w Gotham City, która mówi o istnieniu Trybunału Sów. Według tego podania jest to tajne stowarzyszenie rządzące miastem już od XIX w. Nikt nie wiem kto do niego należy, czy istnieje naprawdę oraz gdzie jest ich siedziba. Jednak co jakiś czas pojawiają się informację, które mogłyby potwierdzić tą plotkę. 



czwartek, 22 listopada 2012

#1184 - Haunt vol.1

Poniższy tekst pierwotnie został opublikowany na łamach serwisu Independent Comics, na którą przy tej okazji zapraszamy. Na Kolorowych prezentujemy jego mocno przeredagowaną wersję. Autorem recenzji jest Krzysztof Tymczyński.

Robert Kirkman, Todd McFarlane, Ryan Ottley, Greg Capullo – taki zestaw twórców powinien zagwarantować sukces każdemu komiksowemu projektowi. Dlaczego więc "Haunt" okazało się tak wielkim niepowodzeniem, niegodnym czytelniczego zainteresowania? No cóż, powód jest bardzo prozaiczny.


Głównymi bohaterami serii "Haunt" są ojciec Daniel Kilgore oraz jego brat, Kurt. Obaj są tak daleko od pojęcia "przykładnych obywateli", jak tylko to możliwe. Daniel regularnie pali, pije i odwiedza domy publiczne. I to bynajmniej nie po to, by nawracać pracujące tam panienki. Jego brat z kolei zamieszany jest w podejrzane interesy. Gdy Kurt zginie, nie dostawszy rozgrzeszenia od swojego brata, wraca na ziemski padół, jako duch i nawiedza Daniela. Wkrótce, na wskutek pewnej intrygi, Daniel i duch Kurta muszą się połączyć. Tak właśnie narodzi się Haunt – nowy superbohater w mieście, który bynajmniej nie planował przyjąć tego, na co skazał go los. Typowe, prawda?

Już nieraz przerabialiśmy scenariusz, w którym obowiązki superbohaterskie spadają na osobę, zupełnie się do tego nie nadającą. "Haunt" również realizuje tym schemat i w niczym nie zaskakuje. To, co naprawdę potrafi zadziwić, to fakt, że twórcy wierzyli, że w ten sposób mogą odnieść sukces. Już pierwszy rzut oka na edycję zbierającą pierwsze pięć zeszytów serii, pozwala zauważyć, że "Haunt" stanowi pokłon dla typowego stylu starego Image. I tak oto naszym oczom ukazują się niemal wyłącznie twardzi, wyglądający jak góra mięśni mężczyźni oraz niemożliwie seksowne kobiety, z atrybutami przeczącymi prawom grawitacji. Sama postać Haunta na pierwszy rzut oka przywołuje nieprzypadkowe skojarzenia z Venomem i ze Spawnem. Notoryczne opóźnienia, doprowadzające do szewskiej pasji czytelników, dobry scenarzysta piszący straszliwą papkę i zaskakująco wysoka sprzedaż – to kolejne analogie z tym, co było najgorsze w amerykańskich komiksach w latach dziewięćdziesiątych.

Roberta Kirkmana można kochać i wielbić po wsze czasy za takie tytuły jak "Invincible" czy "The Walking Dead". Ale znajdą się też tacy, którzy nigdy nie zapomną mu sieczki, jaką zafundował czytelnikom marvelowskiego "Ultimate X-Men". Czy "Haunt" przysporzy Kirkmanowi nowych fanów? Wszystko wskazuje na to, że bynajmniej mu nie zaszkodzi. Przeglądając zagraniczne fora i strony tematyczne nie zauważyłem, by komuś przeszkadzała wtórność, kopiowanie ogranych pomysłów, brak zajmującej fabuły czy wreszcie rysunki, które mogą przejść do historii jako najgorsze prace w karierze znakomitych przecież grafików. Amerykanom przypadło do gustu wszystko to, co mnie się nie podobało.

Skoro już wspomniałem o oprawie wizualnej – naprawdę ciężko uwierzyć w to, że Ryan Ottley narysował wszystkie plansze, które możemy podziwiać w pierwszym wydaniu zbiorczym serii "Haunt". Artysta, który niemal czarował na łamach "Invincible" i wypracował swój własny, rozpoznawalny z daleka styl, tu musiał diametralnie go zmienić. Przy tworzeniu poszczególnych plansz Ottley dzielił się pracą z Gregiem Capullo. Na początku nie do końca rozróżniłem który z nich odpowiadał za sam proces rysowania. Efekt ten trwał raptem przez kilka pierwszych stron, ale z pewnością nie zrobił na mnie dobrego wrażenia.

W zasadzie od samego początku tej recenzji narzekam na "Haunt" vol. 1. Czas jednak wspomnieć o jedynym plusie, jaki udało mi się odnaleźć w tym komiksie – nie da się obok niego przejść obojętnie. Fani starego Image po lekturze na pewno będą usatysfakcjonowani, reszta – niekoniecznie. Ale nawet część z nich sięgnie do kolejnych wydań zbiorczych, chociażby z czystej ciekawości. Bo ten komiks ma to coś, co sprawia, że ciężko jest się z nim jednoznacznie rozstać i zapomnieć.

Teraz wypadałoby wspomnieć o materiałach dodatkowych, które znalazły się w albumie – problem jest taki, że takowych nie umieszczono wcale. Nie znajdziecie w nim nawet wszystkich okładek do poszczególnych zeszytów, co uważam za skandal. Ten fakt rekompensuje nieco to, że wydanie zbiorcze kosztuje zaledwie dziesięć dolarów, co w dzisiejszych czasach jest ceną bardzo atrakcyjną.

Nie mogę polecić komiksu "Haunt" vol.1, ponieważ najzwyczajniej w świecie nie jest to pozycja dobra. Ale cóż z tego, skoro i tak się dobrze sprzeda? Magia Kirkmana i innych „wielkich nazwisk” znów zadziałała. Ja tymczasem wystawiam dwóję z plusem.

czwartek, 27 września 2012

#1138 - Spawn: Endgame Collection

Poniższy tekst pierwotnie został opublikowany na łamach serwisu Independent Comics, na którą przy tej okazji zapraszamy. Jego autorem jest Krzysztof Tymczyński.

Todd McFarlane potrafi zaskoczyć każdego czytelnika komiksów. Kto bowiem mógł przypuszczać, że najważniejszy moment w historii Spawna przypadnie nie na setny czy dwusetny numer jego solowej serii, tylko objawi nam się w numerze 185? Przecież to nie jest odpowiedni moment na takie zabiegi jak... ponowne uśmiercenie głównego bohatera! Tak, dobrze czytacie. "Spawn: Endgame Collection" to pożegnanie Ala Simmonsa, które trwa dokładnie... cztery strony. Potem rozpoczyna się zupełnie nowa era.


Po ostatnich wydarzeniach, które dziwnym zbiegiem okoliczności nie zostały jeszcze zebrane w formie wydania zbiorczego, Al Simmons nie chce już dłużej pełnić roli Spawna. Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że uwolni się od klątwy tylko w momencie, w którym popełni samobójstwo. Chwilę później tak właśnie się dzieje. Dokładnie w tym samym momencie, w pewnym szpitalu, ze śpiączki budzi się tajemniczy Pacjent 47. Blondwłosy mężczyzna stał się właśnie kolejną osobą, na którą spadła piekielna klątwa Spawna. Czy odnajdzie się on w nowej roli? Co zrobi wiedząc, że jego tropem podążają nie tylko starzy wrogowie, ale także zastęp zupełnie nowych przeciwników, prosto z piekła rodem?

Tak w skrócie przedstawia się fabuła "Spawn: Endgame Collection". Historia ta zebrana była już w dwóch albumach, lecz z powodu jej ogromnej popularności, Image Comics postanowiło połączyć je oba w jeden, grubszy tom, uzupełnić dodatkami i zarobić kilka dolarów więcej. Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że się udało.

"Endgame" to bardzo udany powrót Todda McFarlane’a do pisania przygód Spawna. Co prawda w pierwszej połowie historii towarzyszy mu jeszcze Brian Holguin – wieloletni, regularny scenarzysta serii "Spawn", lecz druga część to już solowy popis twórcy postaci Ala Simmonsa i Jima Downinga (bo tak naprawdę nazywa się Pacjent 47). Obdarzony dużym kredytem zaufania Holguin nigdy nie osiągnął takiego poziomu, żeby chociaż zbliżyć się do swoich poprzedników. Opowieść zawarta oryginalnie w numerach 185-197 przykuwa uwagę, pomimo tego, że jest w swojej konstrukcji bardzo podobna do pierwszych numerów "Spawna", znanych także polskiemu czytelnikowi. Gdy Jim zostaje Spawnem, zaczyna odkrywać dziedzictwo Ala Simmonsa, które jego fani dokładnie znają. Nic więc dziwnego, że "Endgame" jest idealnym momentem dla potencjalnych czytelników, by rozpocząć swoją znajomość ze Spawnem. Tu zwracam się do panów z Marvela i DC – jak widać nie potrzeba ciągle restartować serii z poszczególnymi bohaterami, aby odnieść pożądany sukces i docierać do nowych nabywców.

Scenarzyści komiksu zadbali jednak o to, by stali czytelnicy nie czuli się pominięci i zagubieni. Dlatego też nowy Spawn napotyka na swojej drodze znanych i lubianych: detektywów Sama i Twitcha, klauna Violatora, a swój mały epizod zalicza także Wanda Fitzgerald. Zwłaszcza scena z nią w roli głównej szczególnie zapada w pamięć, ponieważ to właśnie wtedy stali czytelnicy przygód Spawna uświadamiają sobie, że widzieli już twarz Jima Downinga w oryginalnym "Spawn" #2! Jest to bardzo ciekawy zabieg ze strony scenarzystów, ale po więcej szczegółów zapraszam do lektury.

Zeszytowe "Endgame" charakteryzowało się tym, do czego fani wydawnictwa Image mogli się już przyzwyczaić. Chodzi mi oczywiście o potężne opóźnienia. Dwanaście zeszytów składających się na całość historii ukazywało się przez blisko półtorej roku, co teoretycznie jeszcze nie jest tak złym wynikiem. Warto jednak wspomnieć o fakcie, że rysunki do zbioru musiało wykonywać aż czterech rysowników, ponieważ niemal każdy z nich miał spore kłopoty z wyrobieniem się w terminie. Pod tym względem nie zawiódł jedynie, znany ze swojej ekspresowej pracy, Rob Liefeld. No ale wszyscy doskonale wiemy, że jest to artysta strasznie kontrowersyjny i albo się go kocha, albo nienawidzi. Ja osobiście należę do tej drugiej grupy. Podziwiając szatę graficzną nie sposób nie zauważyć, że zarówno Liefield, Whilce Portacio jak i Greg Capullo, starali się jak najbardziej zbliżyć się do siebie stylowo, dzięki czemu przejścia od jednego rysownika do drugiego obywało się czasem nawet niezauważalnie. Najmocniej kłuło to w oczy w przypadku Whilce’a Portacio, który na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno obniżył loty i gdzieś zatracił swój własny, niepowtarzalny styl.

Oprócz dwunastu zeszytów serii "Spawn", zbiór zawiera całkiem pokaźną liczbę dodatków, chociaż zupełnie standardowych. Oprócz galerii okładek do poszczególnych rozdziałów historii, dostaliśmy też kilkanaście szkiców autorstwa poszczególnych rysowników, a także krótki komentarz samego. W sumie to blisko 30 stron dodatków, więc szału nie ma.

"Spawn: Endgame Collection" to nie lada gratka dla każdego fana tej postaci, a także doskonałe miejsce na rozpoczęcie przygody z Piekielnym Pomiotę dla nowego czytelnika. Wystawiam mu mocną czwórkę i zachęcam do kupna, ponieważ przedstawiona w zbiorze historia stanowi w prostej linii wstęp do numeru 201 oryginalnej serii, gdzie na stanowisku stałego artysty zawitał nasz rodak – Szymon Kudrański. Ale to jak się tam zadomowił, dowiecie się z kolejnych recenzji.

środa, 8 sierpnia 2012

#1102 - Batman vol.1: Court of Owls

Przed nastaniem Nowej 52 Scott Snyder, scenarzysta znany polskiemu czytelnikowi z „Amerykańskiego Wampira” pisał skrypty do „Detective Comics”. Choć bohaterem historii „Black Mirror” nie był Bruce Wayne, tylko Dick Grayson, to Snyder pokazał, że jak mało kto w branży „czuje” postać Mrocznego Rycerza. I to jak. Na fali mojego czytelniczego entuzjazmu do „Court of Owls” wydaje mi się, że Snyder jest najlepszą rzeczą, która przytrafiła się Batmanowi od „Batman: Year 100” Paula Pope`a, a może nawet od czasów Granta i Breyfogle`a…

Historia „Court of Owls” rozpoczyna się na balu, podczas którego Bruce Wayne ogłasza serię inwestycji w „przyszłość Gotham”. Właściciel Wayne Enterprise nie chce, aby jego rodzinne miasto wciąż uchodziło za siedlisko psychopatycznych przestępców, rządzone przez mafijne rodziny, w którym ludzie boją się wychodzić na ulice po zmroku. Nie ma jednak pojęcia, że podejmując śledztwo w sprawie morderstwa dokonanego za pomocą noży z wizerunkami sów już wkrótce dopadnie go ta sama mroczna przeszłość Gotham, od której chce się odciąć. Bowiem miasto Batmana nieprzypadkowo cieszy się taką, a nie inną opinię…

Nie chcą zdradzać zbyt wiele z fabuły pierwszego trejda zresetowanego „Batmana”. Powiem tylko, że możecie po nim spodziewać się wątków, które kiedyś się już pojawiały. Motyw złamania Nietoperza, jest co najmniej tak stary, jak Bane, a przecież całkiem niedawno odkurzył go Grant Morrison. Także w jego runie przewijał się wątek tajnej, pseudo-masońskiej organizacji zza kulis pociągającej za sznurki w Gotham, a eksplorowanie mrocznej historii bat-miasta jest już przecież ograne, aż do bólu. Paranoja Batmana? Nieodkryte sekrety z jego przeszłości? Wszystko to już było. Ale Snyderowi w podejmowaniu tych i kilku innych wątków udało się uniknąć wszechobecnego w komiksie superbohaterskim schematyzmu, przyprawiającego mnie o nieznośny ból zębów. „Court of Owls” jest cholernie błyskotliwie napisane, fabuła jest precyzyjnie dopracowana. Akcja trzyma w napięciu, jak najlepszy thriller, a komiks swoją dramaturgią mogłoby obdzielić jeszcze kilka innych serii, choćby „Batman: R.I.P.”. W przeciwieństwie do Morrisona Snyder nie przedstawia Mrocznego Rycerza, jako gotowego na wszystko nadczłowieka. W pierwszym tomie „Batmana” zobaczycie Bruce`a popełniającego błędy, pobitego, który musi stawić czoło niebezpieczeństwu ponad swoje (i swoich przyjaciół) siły.

Snyder wiele ryzykuje rozbudowując bat-mitologię o sowi wątek. Grzebiąc w najgłębiej zakorzenionych motywach może skończyć jak Geoff Johns, który wspaniale odnowił legendę Zielonej Latarnii, aby potem skończyć na masowej produkcji nowych, kolorowych korpusów. Jak będzie to wyglądało w przypadku strażnika Gotham to się dopiero okaże, ale na razie wszystko poukładane jest wręcz wzorowo. Nie ma się od czego przyczepić, podobnie zresztą jest w przypadku współpracy na linii scenarzysta-rysownik. Wyraźnie czuć, że między Gregiem Capullo, a Snyderem jest komiksowa chemia. Jeśli kojarzycie styl Capullo, z tym co prezentował na łamach polskich „X-Men” („X-Cutioner Song”) czy gdy w „Spawnie” przejął pałeczkę po jego twórcy możecie się nieco zdziwić. Artysta odszedł od inspiracji style Jima Lee czy Todda McFaralane`a i poszedł własną drogą w kierunku bardziej syntetycznego, dynamicznego i uproszczonego rysunku. Ta zmiana wyszła całkiem nieźle, choć przyznam, że nie rozumem chóru zachwytów nad jego kunsztem.

Największą wadą „Court of Owls” jest to, że jako historia nie jest zamkniętą całością. Nie zdradzając chyba zbyt wiele powiem, że w finale, zamiast punktu kulminacyjnego dostajemy potężny cliffhanger będący wstępem do „Night of Owls”. Z reguły rozlewanie nawet najbardziej fantastycznej historii na wielki crossover nie kończy się dobrze. Czy Snyderowi uda się zrobić wyjątek od tej reguły? Czy jego praca będzie po latach wspominana, jako klasyka? Chętnie się o tym przekonam.