Dorastanie niekoniecznie jest okresem czystości i niewinności. Pewna cześć nastolatków nie chce podporządkować się konwencji i presji społecznej, głoszonej przez konformistyczna większość rodziców, nauczycieli, opiekunów, kolegów i koleżanek. Dążenie do normalności jest im obce.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantagraphics. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Fantagraphics. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 czerwca 2019
poniedziałek, 3 października 2016
#2242 - Testując Apokalipsę
Tom Kaczynski w swoim autorskim komiksie wychodzi z założenia, że apokalipsa nie tyle się nieuchronnie przybliża („…bo chwila jest bliska”, aby zacytować fragment Biblijnej księgi Objawienia), co jest już faktem. Według autora żyjemy w czasach galopującej hekatomby, a tytułowe „testowanie” polega na tym, że na co dzień musimy się z nią mierzyć, w niej żyć i jakoś – lepiej lub gorzej – sobie radzić.
piątek, 26 lutego 2016
#2084 - Fistaszki zebrane 1975-1976
Kilka dni temu skończyłem powtórną lekturę ostatniego wydanego tomu "Fistaszków zebranych", który obejmuje paski z gazet codziennych i weekendowych z lat 1975-1976. Miałem nadzieję, że zajmie mi to trochę więcej czasu. Liczyłem, że jak będę oszczędzał, czyli czytał nie więcej niż jedną stronę dziennie, to starczy mi do kwietnia.
czwartek, 3 lipca 2014
#1643 - Fistaszki 1969-1970
Wobec wielkości „Fistaszków” muszę przyznać się do swojej krytycznej bezradności. Bo jak zmierzyć się z dziełem uchodzącym za najdłuższą opowieść snutą przez jednego człowieka? Jak ogarnąć te 50 lat ciężkiej, mozolnej pracy Charlesa Schulza, który poświęcił swojemu dziełu życie? Jak zmierzyć się z utworem, które słusznie uchodzi za jedno z największych osiągnięć sztuki obrazkowej, nie popadając w tym puste peany uwielbienia? Jak nie powtarzać się po innych recenzjach, po innych krytykach?
poniedziałek, 4 lutego 2013
#1241 - Fistaszki zebrane 1957-1958
Muszę przyznać, że do niedawna świat „Fistaszków” znałem jedynie pobieżnie, niewiele lepiej od ludzi, których ubrania ozdabia podobizna Snoopy’ego, a których niekoniecznie interesuje skąd owa postać się w ogóle wzięła. W dzieciństwie ominęły mnie przygody Charliego Browna i spółki publikowane w Polsce lat 80. przez Wydawnictwo Współczesne, a i telewizyjnych czy kinowych ich wersji nigdy nie dane było mi oglądać. Opasłe tomy serii wydawane obecnie przez Naszą Księgarnię pomagają takim jak ja nadrobić zaległości. Gdy więc tylko nadarzyła się ku temu okazja, czym prędzej z niej skorzystałem.
Nie darząc słynnych prac Charlesa M. Schulza żadnym sentymentem, zabrałem się za lekturę pełen optymizmu, ten jednak zniknął już w trakcie tak samo szybko, jak pojawił się zaraz po przeczytaniu znakomitego wstępu autorstwa Michała Ogórka. Po czym po chwili wrócił. I znowu zniknął. I wrócił. I zniknął. I tak do samego końca.
Ameryka lat 50. jawi się nam jako odległy sen, niekoniecznie nasz własny. Ówczesna historia kraju, u swoich podstaw mającego utaplany w indiańskiej krwi mit założycielski, znajduje się ledwie na marginesie wybranych opowieści. Jednakże nie ulega wątpliwości, iż kontekst historyczny w pewnych miejscach odgrywa istotną rolę. Przy czym, jak mi się wydaje, nie zawsze jest to dla takiego odbiorcy jak ja czytelne, na czym komiks mniej czy bardziej – w zależności od oczekiwań danego czytelnika – traci.
Setki kolejnych pasków Schulza różnią się od siebie tak charakterem, jak i poziomem. Najlepsze są te, z którymi autor najbardziej jest kojarzony – gdy swoich bohaterów czyni uroczymi karykaturami dorosłych, gdy ich historie wypełnia obserwacjami relacji między-ludzkich, wreszcie gdy dominuje ironia wprowadzająca do tego, jakże słodkiego z założenia, świata zaskakująco gorzki posmak. Schulz potrafi w sposób zwięzły i precyzyjny obnażyć ludzkie przywary, czasem też niemalże zwalając z nóg ostrą puentą. Szkoda tylko, że to nie te (zbierające większość z wyżej wymienionych elementów) historie w czwartym tomie serii okazują się tymi dominującymi.
Nie ma tu wprawdzie ani jednego fragmentu, o którym mógłbym powiedzieć „słaby”, ale nie brakuje za to tych, które wydają mi się zwyczajnie nijakie. Jak dla mnie ich podstawowym problemem jest ich dziecinność. Naiwność bohaterów jest tu oczywiście składnikiem jak najbardziej naturalnym, miejscami wykorzystywanym przez autora w sposób prawdziwie inteligentny, często jednak odnosiłem wrażenie, jakby miała stanowić wartość samą w sobie. Puenty nie tyle nie zawsze przekonują (będąc nie raz „oczywistymi oczywistościami”), co nie zawsze mają w ogóle miejsce. Sam humor często wywoływał u mnie najwyżej wzruszenie ramionami, czego winę upatrywałbym nie w „kiepskich dniach” autora, lecz może raczej w tym, iż w dziecko potrafię się zamienić już chyba tylko podczas lektury pozycji w stylu „Toma Stronga”, autorstwa znanego tu i ówdzie Alana Moore’a.
Niezależnie jednak od tego, ile poszczególnych historyjek wywołałoby u mnie jedynie pewne znużenie, ciężko mi całość postrzegać choćby trochę negatywnie. A wszystko to za sprawą fantastycznych postaci. Ich walorami są nie tyle bardzo wyraźne charaktery, jakimi autor je obdarzył, co niezwykła empatia, z jaką podszedł do ich kreowania. Wypadają bowiem zaskakująco prawdziwie, a ze względu na przemyślane przerysowanie – bardzo uroczo.
Jeśli nie wygram pieniędzy na loterii, to zapewne kolejnych tomów publikowanych przez Naszą Księgarnię nie kupię, ale tu recenzowaną część czwartą serii chętnie zachowam na półce. Bo za każdym razem, kiedy na nią patrzę, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Nie tak duży jak bym chciał, ale jednak.
Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach magazynu Kazet.
Nie darząc słynnych prac Charlesa M. Schulza żadnym sentymentem, zabrałem się za lekturę pełen optymizmu, ten jednak zniknął już w trakcie tak samo szybko, jak pojawił się zaraz po przeczytaniu znakomitego wstępu autorstwa Michała Ogórka. Po czym po chwili wrócił. I znowu zniknął. I wrócił. I zniknął. I tak do samego końca.
Ameryka lat 50. jawi się nam jako odległy sen, niekoniecznie nasz własny. Ówczesna historia kraju, u swoich podstaw mającego utaplany w indiańskiej krwi mit założycielski, znajduje się ledwie na marginesie wybranych opowieści. Jednakże nie ulega wątpliwości, iż kontekst historyczny w pewnych miejscach odgrywa istotną rolę. Przy czym, jak mi się wydaje, nie zawsze jest to dla takiego odbiorcy jak ja czytelne, na czym komiks mniej czy bardziej – w zależności od oczekiwań danego czytelnika – traci.
Setki kolejnych pasków Schulza różnią się od siebie tak charakterem, jak i poziomem. Najlepsze są te, z którymi autor najbardziej jest kojarzony – gdy swoich bohaterów czyni uroczymi karykaturami dorosłych, gdy ich historie wypełnia obserwacjami relacji między-ludzkich, wreszcie gdy dominuje ironia wprowadzająca do tego, jakże słodkiego z założenia, świata zaskakująco gorzki posmak. Schulz potrafi w sposób zwięzły i precyzyjny obnażyć ludzkie przywary, czasem też niemalże zwalając z nóg ostrą puentą. Szkoda tylko, że to nie te (zbierające większość z wyżej wymienionych elementów) historie w czwartym tomie serii okazują się tymi dominującymi.
Nie ma tu wprawdzie ani jednego fragmentu, o którym mógłbym powiedzieć „słaby”, ale nie brakuje za to tych, które wydają mi się zwyczajnie nijakie. Jak dla mnie ich podstawowym problemem jest ich dziecinność. Naiwność bohaterów jest tu oczywiście składnikiem jak najbardziej naturalnym, miejscami wykorzystywanym przez autora w sposób prawdziwie inteligentny, często jednak odnosiłem wrażenie, jakby miała stanowić wartość samą w sobie. Puenty nie tyle nie zawsze przekonują (będąc nie raz „oczywistymi oczywistościami”), co nie zawsze mają w ogóle miejsce. Sam humor często wywoływał u mnie najwyżej wzruszenie ramionami, czego winę upatrywałbym nie w „kiepskich dniach” autora, lecz może raczej w tym, iż w dziecko potrafię się zamienić już chyba tylko podczas lektury pozycji w stylu „Toma Stronga”, autorstwa znanego tu i ówdzie Alana Moore’a.
Niezależnie jednak od tego, ile poszczególnych historyjek wywołałoby u mnie jedynie pewne znużenie, ciężko mi całość postrzegać choćby trochę negatywnie. A wszystko to za sprawą fantastycznych postaci. Ich walorami są nie tyle bardzo wyraźne charaktery, jakimi autor je obdarzył, co niezwykła empatia, z jaką podszedł do ich kreowania. Wypadają bowiem zaskakująco prawdziwie, a ze względu na przemyślane przerysowanie – bardzo uroczo.
Jeśli nie wygram pieniędzy na loterii, to zapewne kolejnych tomów publikowanych przez Naszą Księgarnię nie kupię, ale tu recenzowaną część czwartą serii chętnie zachowam na półce. Bo za każdym razem, kiedy na nią patrzę, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. Nie tak duży jak bym chciał, ale jednak.
Tekst został pierwotnie opublikowany na łamach magazynu Kazet.
wtorek, 29 stycznia 2013
#1235 - Low Moon
Jasona polskiemu czytelnikowi przedstawiło Taurus Media, wydając w krótkim odstępie czasu – co zdarza się na naszym rynku niezwykle rzadko – aż cztery jego komiksy. Z albumów tych wyłonił się obraz niezwykle dojrzałego artysty skutecznie operującego minimalizmem. Jego prace, z jednej strony przynoszące skojarzenia z gazetowym stripem, z drugiej z egzystencjalnym kinem, zgarniały bardzo pozytywne recenzje nawet poza środowiskiem komiksowym.
Niestety, po tym sporym jak na polskie warunki wysypie, zaległa cisza i mimo wcześniejszych zapowiedzi próżno szukać w katalogach wydawców nowych tytułów sygnowanych przez Jasona. Zastanawiałem się dłuższy czas, czy może mimo zachwytu krytyki artysta po prostu nie trafił w gusta polskich czytelników, ale śledząc blogi i fora natykam się zazwyczaj na pozytywne opinie. Jakiś czas temu wypłynęła za to informacja, że powód jest prozaiczny – rosnące kursy walut spowodowały, że wykupienie kolejnych licencji stało się nieopłacalne. Nie czekałem już dłużej i zaopatrzyłem się w „Low Moon” – kilkusetstronicowy zbiór komiksów Jasona wydany przez Fantagraphics.
Album otwiera „Emily Says Hello” – dekadencka, niepokojąca miniatura noir, zaaranżowana tak, by przypominała kameralny film rozgrywający się w jednym pomieszczeniu. To komiks mogący być wizytówką potęgi, jaka drzemie w pracach Jasona. Za pomocą kilkudziesięciu paneli autor rozrywa serce czytelnika na strzępy. Drugą opowieścią jest publikowany na łamach „Timesa” „pierwszy w historii western szachowy”, tytułowy „Low Moon”. Autor zmienia tonację, kierując się w stronę komediowej, ale niepozbawionej głębi parafrazy „W samo południe”. To jego kolejny popisowy numer – za pomocą prostej historii potrafi ukazać skomplikowane stosunki międzyludzkie. Następną odsłoną jest znakomicie skonstruowany i przewrotnie odnoszący się do filmowego montażu równoległego hitchcockowski thriller, korespondujący ze swoim enigmatycznym tytułem „&”. Do klasyki kina odwołuje się też w prześmiewczym, ale niesamowicie trafnym „Proto film noir”. Album zamyka historia z bardzo dosłownie zastosowanymi elementami SF, która tak naprawdę opowiada o braku bliskości między ludźmi i niemożności pogodzenia się ze stratą. Mimo że to nie najlepsza z wszystkich zawartych w „Low Moon” prac, to jej gatunkowe tło najbardziej kontrastuje z treścią, przez co uwypukla intencje twórcy. Jasona nie interesują wielkie, spektakularne tematy – coś z pozoru tak efektownego jak podróż w kosmos jest tylko pretekstem, bo tak naprawdę liczą się dla niego wewnętrzne dramaty jednostek, co sprawia, że bardzo zbliża się emocjonalnie do swojego czytelnika. Trzeba przy tym zaznaczyć, że mimo tego, że mistrzowsko gra na naszych uczuciach, to nigdy nie popada w tani, hollywoodzki sentymentalizm czy moralizatorstwo.
Jason w swojej twórczości bardzo chętnie obnaża kinofilskie zapędy. „Low Moon” jest właśnie zbiorem tego typu prac. Cechą łączącą wszystkie zawarte tu historie jest gatunek. Jego komiksy to jednak twory stricte artystyczne, korzystające z konwencji w taki sposób, w jaki użyli jej Jerzy Kawalerowicz w „Pociągu” albo Cassavetes w „Zabójstwie chińskiego maklera”. Odwoływanie się do podstawowych gatunkowych paradygmatów – pojedynków, męskiej przyjaźni (western), zbrodni, zdrady (noir) czy pozaziemskich cywilizacji i podróży w kosmos (SF) jest tylko punktem wyjścia, bo Jason chce nam zazwyczaj opowiedzieć o czymś zupełnie innym, bardziej skomplikowanym i bolesnym. Wyjątek w tym zbiorze stanowi „Proto film noir” – jako jedyny z całej kolekcji wydaje się być tylko zabawą z czarnym kryminałem i nie posiada egzystencjalnego ciężaru – ale trzeba zaznaczyć, że nabiera go w kontekście innych zawartych tu opowieści.
Narracje Jasona są proste, ale obdarzone przekonującym, wyważonym, inteligentnym stylem. Dialogi stosuje bardzo oszczędnie, a monologów wewnętrznych w jego komiksach nie uświadczymy wcale. Mimo różnic gatunkowych, jakie znajdziemy w poszczególnych odsłonach, ostatecznie do rąk dostajemy zbiór prezentujący całkiem spójną myśl – studium człowieka próbującego walczyć z losem, ale koniec końców zawsze przegranego. Podobnie ma się sprawa z warstwą graficzną. Z mordek bardzo konsekwentnie i niezmiennie rysowanych oszczędną kreską post-disnejowskich animorfów (porównywanych często do Bustera Keatona) bije szczerość, prawda, jaką spotkać możemy na twarzach aktorów naturszczyków. Mimo że Jason często bywa dla swoich bohaterów okrutny, to nie stawia się w pozycji wszechmogącego demiurga. Jest w tych komiksach duża doza współczucia i głębokiego zrozumienia dla człowieczeństwa – znajdziemy tu coś, co zbliża poetykę jego prac do twórczości Toma Waitsa. Szukając innych analogii, umiejscowiłbym je między wczesnym kinem Jima Jarmuscha a wierszami i miniaturami Charlesa Bukowskiego. Podobnie jak oni, Jason nie odwołuje się do symbolizmu i natchnionych poetyckich metafor – język jego komiksów jest bardzo prosty, ale przy tym dotykający sedna sprawy. Często poruszany temat bezsensowności działań jednostki przywodzi mi też na myśl wczesne arcydzieło Krzysztofa Kieślowskiego „Spokój”.
Pisząc o Jasonie używałem głównie porównywań ze świata filmu. Muszę jednak przyznać, że – pomijając takie oczywistości, jak to, że stosuje kojarzącą się z Hergém technikę ligne claire – osobiście trudno byłoby mi zestawić go z jakimkolwiek znanym mi twórcą komiksowym. Zapewne połączenie oryginalności stylu z uniwersalnością przekazywanych treści stało się kluczem do jego światowego sukcesu. Mimo tego, że Jason pochodzi z Norwegii, to na hermetycznym amerykańskim rynku w ciągu zaledwie dekady od pierwszej publikacji uzyskał status artysty stawianego w jednym szeregu z Danielem Clowesem, Charlesem Burnsem czy Jimem Woodringiem. Nie dziwię się, sam uważam go za jednego z największych mistrzów współczesnego komiksu – ale daleko mi do bezkrytyczności. Znając już sporo jego prac, wiem, że zdarzają mu się słabsze historie. Sam artysta zafascynowany jest mocno francuską nową falą i w wywiadach przyznaje, że tak jak przedstawiciele tego filmowego nurtu, lubi improwizować w czasie tworzenia – co w jakiś sposób musi odbijać się też na jakości. Nie każdy eksperyment jest w końcu udany, tak jak nie każdy dźwięk jest trafny podczas jazzowej improwizacji. Akurat „Low Moon” się to nie tyczy i wszystkie zaprezentowane tu historie są wysokiej próby. Jeśli tak jak ja tęsknicie za pracami Jasona, sięgnijcie po ten zbiór. To obok „Pssst!” i „Stój!” najlepszy jego album, jaki trafił w moje ręce.
Tekst pierwotnie opublikowano na łamach magazynu Kazet
Album otwiera „Emily Says Hello” – dekadencka, niepokojąca miniatura noir, zaaranżowana tak, by przypominała kameralny film rozgrywający się w jednym pomieszczeniu. To komiks mogący być wizytówką potęgi, jaka drzemie w pracach Jasona. Za pomocą kilkudziesięciu paneli autor rozrywa serce czytelnika na strzępy. Drugą opowieścią jest publikowany na łamach „Timesa” „pierwszy w historii western szachowy”, tytułowy „Low Moon”. Autor zmienia tonację, kierując się w stronę komediowej, ale niepozbawionej głębi parafrazy „W samo południe”. To jego kolejny popisowy numer – za pomocą prostej historii potrafi ukazać skomplikowane stosunki międzyludzkie. Następną odsłoną jest znakomicie skonstruowany i przewrotnie odnoszący się do filmowego montażu równoległego hitchcockowski thriller, korespondujący ze swoim enigmatycznym tytułem „&”. Do klasyki kina odwołuje się też w prześmiewczym, ale niesamowicie trafnym „Proto film noir”. Album zamyka historia z bardzo dosłownie zastosowanymi elementami SF, która tak naprawdę opowiada o braku bliskości między ludźmi i niemożności pogodzenia się ze stratą. Mimo że to nie najlepsza z wszystkich zawartych w „Low Moon” prac, to jej gatunkowe tło najbardziej kontrastuje z treścią, przez co uwypukla intencje twórcy. Jasona nie interesują wielkie, spektakularne tematy – coś z pozoru tak efektownego jak podróż w kosmos jest tylko pretekstem, bo tak naprawdę liczą się dla niego wewnętrzne dramaty jednostek, co sprawia, że bardzo zbliża się emocjonalnie do swojego czytelnika. Trzeba przy tym zaznaczyć, że mimo tego, że mistrzowsko gra na naszych uczuciach, to nigdy nie popada w tani, hollywoodzki sentymentalizm czy moralizatorstwo.
Jason w swojej twórczości bardzo chętnie obnaża kinofilskie zapędy. „Low Moon” jest właśnie zbiorem tego typu prac. Cechą łączącą wszystkie zawarte tu historie jest gatunek. Jego komiksy to jednak twory stricte artystyczne, korzystające z konwencji w taki sposób, w jaki użyli jej Jerzy Kawalerowicz w „Pociągu” albo Cassavetes w „Zabójstwie chińskiego maklera”. Odwoływanie się do podstawowych gatunkowych paradygmatów – pojedynków, męskiej przyjaźni (western), zbrodni, zdrady (noir) czy pozaziemskich cywilizacji i podróży w kosmos (SF) jest tylko punktem wyjścia, bo Jason chce nam zazwyczaj opowiedzieć o czymś zupełnie innym, bardziej skomplikowanym i bolesnym. Wyjątek w tym zbiorze stanowi „Proto film noir” – jako jedyny z całej kolekcji wydaje się być tylko zabawą z czarnym kryminałem i nie posiada egzystencjalnego ciężaru – ale trzeba zaznaczyć, że nabiera go w kontekście innych zawartych tu opowieści.
Narracje Jasona są proste, ale obdarzone przekonującym, wyważonym, inteligentnym stylem. Dialogi stosuje bardzo oszczędnie, a monologów wewnętrznych w jego komiksach nie uświadczymy wcale. Mimo różnic gatunkowych, jakie znajdziemy w poszczególnych odsłonach, ostatecznie do rąk dostajemy zbiór prezentujący całkiem spójną myśl – studium człowieka próbującego walczyć z losem, ale koniec końców zawsze przegranego. Podobnie ma się sprawa z warstwą graficzną. Z mordek bardzo konsekwentnie i niezmiennie rysowanych oszczędną kreską post-disnejowskich animorfów (porównywanych często do Bustera Keatona) bije szczerość, prawda, jaką spotkać możemy na twarzach aktorów naturszczyków. Mimo że Jason często bywa dla swoich bohaterów okrutny, to nie stawia się w pozycji wszechmogącego demiurga. Jest w tych komiksach duża doza współczucia i głębokiego zrozumienia dla człowieczeństwa – znajdziemy tu coś, co zbliża poetykę jego prac do twórczości Toma Waitsa. Szukając innych analogii, umiejscowiłbym je między wczesnym kinem Jima Jarmuscha a wierszami i miniaturami Charlesa Bukowskiego. Podobnie jak oni, Jason nie odwołuje się do symbolizmu i natchnionych poetyckich metafor – język jego komiksów jest bardzo prosty, ale przy tym dotykający sedna sprawy. Często poruszany temat bezsensowności działań jednostki przywodzi mi też na myśl wczesne arcydzieło Krzysztofa Kieślowskiego „Spokój”.
Pisząc o Jasonie używałem głównie porównywań ze świata filmu. Muszę jednak przyznać, że – pomijając takie oczywistości, jak to, że stosuje kojarzącą się z Hergém technikę ligne claire – osobiście trudno byłoby mi zestawić go z jakimkolwiek znanym mi twórcą komiksowym. Zapewne połączenie oryginalności stylu z uniwersalnością przekazywanych treści stało się kluczem do jego światowego sukcesu. Mimo tego, że Jason pochodzi z Norwegii, to na hermetycznym amerykańskim rynku w ciągu zaledwie dekady od pierwszej publikacji uzyskał status artysty stawianego w jednym szeregu z Danielem Clowesem, Charlesem Burnsem czy Jimem Woodringiem. Nie dziwię się, sam uważam go za jednego z największych mistrzów współczesnego komiksu – ale daleko mi do bezkrytyczności. Znając już sporo jego prac, wiem, że zdarzają mu się słabsze historie. Sam artysta zafascynowany jest mocno francuską nową falą i w wywiadach przyznaje, że tak jak przedstawiciele tego filmowego nurtu, lubi improwizować w czasie tworzenia – co w jakiś sposób musi odbijać się też na jakości. Nie każdy eksperyment jest w końcu udany, tak jak nie każdy dźwięk jest trafny podczas jazzowej improwizacji. Akurat „Low Moon” się to nie tyczy i wszystkie zaprezentowane tu historie są wysokiej próby. Jeśli tak jak ja tęsknicie za pracami Jasona, sięgnijcie po ten zbiór. To obok „Pssst!” i „Stój!” najlepszy jego album, jaki trafił w moje ręce.
Tekst pierwotnie opublikowano na łamach magazynu Kazet
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
#1100 - Usagi Yojimbo: Ronin
Gdyby nie „Wojownicze Żółwie Ninja” Stan Sakai prawdopodobnie nie miałby szanse wypłynąć na szersze wydawnicze wody ze swoim pomysłem na królika-samuraja. Niesamowity sukces bohaterów stworzonych przez Kevina Eastmana i Peter Lairda przyczynił się do zalewu pozycji z zantromorfizowanymi bohaterami w roli głównej. Tak się złożyło, że w tym czasie Sakai myślał o zrobieniu samurajskiego komiksu z głównym bohaterami stylizowanym na legendarnego mistrza miecz z epoki Edo – Miyamoto Musashim.
Legenda głosi, że Sakai projektując postacie narysował królika z groźną miną i uszami spiętymi w kucyk. Ta postać tak bardzo mu się spodobała, że z miejsca postanowił uczynić ją głównym bohaterem nadchodzącej serii. Pierwsza historia z Miyamoto Usagim (Usagi, bo z japońskiego to znaczy tyle, co królik) opublikowana została na łamach magazynu „Albedo”, w których prezentowane były podobne historie. Historia nie wzbudziła specjalnego zachwytu wśród czytelników i krytyków, ale była na tyle dobra, że pojawiły się jej kolejne części. Był to październik 1984 roku, a ta opowieść to „Goblin z Adachigory”, która przedrukowana została w tomie „Ronin”
Sakai miał szczęście, że już wkrótce miał wybuchnąć szał na punkcie czarno-białych, niezależnych produkcji komiksowych, mocno kontestujących ówczesne popkulturowe trendy. W forpoczcie tych tytułów znajdują się „Teenage Mutant Ninja Turtles” Eastmana i Lairda, którego oryginał nie miał zbyt wiele wspólnego z popularnym również w Polsce serialem animowanym i cyklem filmów fabularnych. Dziś, nikt o takich tytułach, jak „Adolescent Radioactive Black Belt Hamsters” nikt już nie pamięta, ale „Usagiemu” udało się wybić na fali podobnych produkcji i utrzymać na powierzchni dzięki kunsztowi swojego autora.
We wznowionym przez Egmont „Roninie”, który pierwotnie został wydany przez Mandragorę, zebrano najwcześniejsze przygody Usagiego. Większość pochodzi z okresu, kiedy długouchy nie mógł pochwalić się jeszcze własnym on-gongiem i występował gościnnie we wszelakiej maści antologiach – to niejako tłumaczy ich skrótowość i lapidarność. Stan Sakai był wtedy jeszcze niewprawnym komiksiarzem, który szukał swojej drogi. W jego wczesnych pracach razi nieporadność – czy to przy konstruowaniu fabuły, gdy zbyt często ucieka w schematyzm, czy warstwie wizualnej, której brakuje jeszcze jego charakterystycznej lekkości i finezji. Pod względem warsztatu kuleje czasem perspektywa, a ruchowi brakuje dynamiki. Usagi również się zmieniał, ewoluując z silnie zaantropomorfizowanego króla w bardziej ludzką postać Zresztą, wystarczy porównać pierwszy tomik z na przykład „Daisho”, aby dostrzec kolosalną wręcz różnicę. Ale już w „Roninie” pojawiają się kluczowe dla przyszłej fabuły wątki i bohaterowie, którzy wielokrotnie będą powracali na łamach serii. Pan Hikiji zawiąże spisek mający na celu uderzenie w klan Geishu. Usagi po raz pierwszy spotka na swojej drodze swojego syna Jotaro, łowcę nagród Gena, z który przeżyje niejedną przygodę i piękna Tomoe, która stanie się dla głównego bohatera kimś więcej, niż tylko towarzyszem broni.
Choć Sakai w swojej pracy oddaje hołd klasyce, spod znaku kina Akiry Kurosawy oraz klasycznym serialom takim, jak „Samotny Wilk i Szczenię” czy „Zatoichiemu”, całymi garściami czerpiąc z utrwalonych w gatunku tradycji, to od samego początku wyraźnie widać, że nie boi się bardzo szeroko podchodzić do samurajskiej konwencji. Od samego początku w jego serii pojawiają się elementy komediowe, melodramatyczne cz grozy, które z czasem wyewoluują w kierunku samodzielnych, gatunkowych historii, z historycznym tłem i Usagim, nierzadko znajdującym się na drugim planie. Ale dla mnie akurat nie takie fabuły stanowią o sile tego, tak znakomitego przecież, tytułu. Podobnie zresztą, jak pieczołowite odwzorowanie realiów XVII-wiecznej Japonii. Rozumiem, że dla Sakai, Amerykanina urodzonego na Hawajach, w którego żyłach płynie japońska krew, ma to pewnością niezwykłe znaczenie, ale nie dla postronnego czytelnika, doceniającego rzecz jasna ogrom pracy przy materiałach źródłowych, nie jest to takie istotne. Siła „Usagiego Yojimbo” tkwi w tych opowieściach, które traktują o ściśle samurajskich sprawach. Znajduje się ona w szlachetnej prostocie z pozoru trywialnych historii o zemście i honorze, w których świszczą miecze. Wydobywa z nich całą gamę emocji. Doskonale buduje napięcie. To banał, ale najtrudniej opowiedzieć te najprostsze historie. Sakaiowi udaje się to po mistrzowsku, wychodząc poza ramy zarówno formalna, jak i estetyczne, komiksu przeznaczonego dla masowego odbiorcy. To trochę, jak z podwójnym kodowaniem u Umberto Eco, bo „Usagi” poza tym, że dla niewyrobionego czytelnika będzie świetnym, atrakcyjnym czytadłem, zadowoli również nieco bardzie wymagającego odbiorcę.
Legenda głosi, że Sakai projektując postacie narysował królika z groźną miną i uszami spiętymi w kucyk. Ta postać tak bardzo mu się spodobała, że z miejsca postanowił uczynić ją głównym bohaterem nadchodzącej serii. Pierwsza historia z Miyamoto Usagim (Usagi, bo z japońskiego to znaczy tyle, co królik) opublikowana została na łamach magazynu „Albedo”, w których prezentowane były podobne historie. Historia nie wzbudziła specjalnego zachwytu wśród czytelników i krytyków, ale była na tyle dobra, że pojawiły się jej kolejne części. Był to październik 1984 roku, a ta opowieść to „Goblin z Adachigory”, która przedrukowana została w tomie „Ronin”
Sakai miał szczęście, że już wkrótce miał wybuchnąć szał na punkcie czarno-białych, niezależnych produkcji komiksowych, mocno kontestujących ówczesne popkulturowe trendy. W forpoczcie tych tytułów znajdują się „Teenage Mutant Ninja Turtles” Eastmana i Lairda, którego oryginał nie miał zbyt wiele wspólnego z popularnym również w Polsce serialem animowanym i cyklem filmów fabularnych. Dziś, nikt o takich tytułach, jak „Adolescent Radioactive Black Belt Hamsters” nikt już nie pamięta, ale „Usagiemu” udało się wybić na fali podobnych produkcji i utrzymać na powierzchni dzięki kunsztowi swojego autora.
We wznowionym przez Egmont „Roninie”, który pierwotnie został wydany przez Mandragorę, zebrano najwcześniejsze przygody Usagiego. Większość pochodzi z okresu, kiedy długouchy nie mógł pochwalić się jeszcze własnym on-gongiem i występował gościnnie we wszelakiej maści antologiach – to niejako tłumaczy ich skrótowość i lapidarność. Stan Sakai był wtedy jeszcze niewprawnym komiksiarzem, który szukał swojej drogi. W jego wczesnych pracach razi nieporadność – czy to przy konstruowaniu fabuły, gdy zbyt często ucieka w schematyzm, czy warstwie wizualnej, której brakuje jeszcze jego charakterystycznej lekkości i finezji. Pod względem warsztatu kuleje czasem perspektywa, a ruchowi brakuje dynamiki. Usagi również się zmieniał, ewoluując z silnie zaantropomorfizowanego króla w bardziej ludzką postać Zresztą, wystarczy porównać pierwszy tomik z na przykład „Daisho”, aby dostrzec kolosalną wręcz różnicę. Ale już w „Roninie” pojawiają się kluczowe dla przyszłej fabuły wątki i bohaterowie, którzy wielokrotnie będą powracali na łamach serii. Pan Hikiji zawiąże spisek mający na celu uderzenie w klan Geishu. Usagi po raz pierwszy spotka na swojej drodze swojego syna Jotaro, łowcę nagród Gena, z który przeżyje niejedną przygodę i piękna Tomoe, która stanie się dla głównego bohatera kimś więcej, niż tylko towarzyszem broni.
Choć Sakai w swojej pracy oddaje hołd klasyce, spod znaku kina Akiry Kurosawy oraz klasycznym serialom takim, jak „Samotny Wilk i Szczenię” czy „Zatoichiemu”, całymi garściami czerpiąc z utrwalonych w gatunku tradycji, to od samego początku wyraźnie widać, że nie boi się bardzo szeroko podchodzić do samurajskiej konwencji. Od samego początku w jego serii pojawiają się elementy komediowe, melodramatyczne cz grozy, które z czasem wyewoluują w kierunku samodzielnych, gatunkowych historii, z historycznym tłem i Usagim, nierzadko znajdującym się na drugim planie. Ale dla mnie akurat nie takie fabuły stanowią o sile tego, tak znakomitego przecież, tytułu. Podobnie zresztą, jak pieczołowite odwzorowanie realiów XVII-wiecznej Japonii. Rozumiem, że dla Sakai, Amerykanina urodzonego na Hawajach, w którego żyłach płynie japońska krew, ma to pewnością niezwykłe znaczenie, ale nie dla postronnego czytelnika, doceniającego rzecz jasna ogrom pracy przy materiałach źródłowych, nie jest to takie istotne. Siła „Usagiego Yojimbo” tkwi w tych opowieściach, które traktują o ściśle samurajskich sprawach. Znajduje się ona w szlachetnej prostocie z pozoru trywialnych historii o zemście i honorze, w których świszczą miecze. Wydobywa z nich całą gamę emocji. Doskonale buduje napięcie. To banał, ale najtrudniej opowiedzieć te najprostsze historie. Sakaiowi udaje się to po mistrzowsku, wychodząc poza ramy zarówno formalna, jak i estetyczne, komiksu przeznaczonego dla masowego odbiorcy. To trochę, jak z podwójnym kodowaniem u Umberto Eco, bo „Usagi” poza tym, że dla niewyrobionego czytelnika będzie świetnym, atrakcyjnym czytadłem, zadowoli również nieco bardzie wymagającego odbiorcę.
wtorek, 3 lipca 2012
#1069 - Epileptic
Michał Misztal redaguje dział komiksowy w "Kofeinie", regularnie współpracuje z Aleją Komiksu, jego teksty publikowane były w Grabarzu Polskim, Gildii Komiksu i ArtPapierze. Gdzieś w tym nawale pracy ma czas na prowadzenie autorskiego bloga Komiksofilia i na gościnny występ na Kolorowych Zeszytach.
Przymiotnikiem najbardziej pasującym do "Epileptic" Davida B, autora między innymi wydanego w 2009 przez Kulturę Gniewu komiksu "Uzbrojony ogród i inne historie", jest moim zdaniem sł owo "gęsty". Opisuje ono zarówno scenariusz, jak i przepełnioną czernią warstwę graficzną. Na stronach tej autobiograficznej opowieści jest wręcz duszno, co dla niektórych czytelników może okazać się wyjątkowo ciężkostrawne. W zbiorczym wydaniu "Epileptic", historii pierwotnie wydanej w sześciu tomach, David B. podjął się opisania wieloletnich zmagań całej swojej rodziny z chorobą Jeana-Christophe'a, jego starszego brata. Trochę przypomina to wydaną kilka miesięcy temu w Polsce "Parentezę", jednak jest o wiele trudniejsze w odbiorze i zdecydowanie bardziej przytłaczające.
Pierwsza scena: David B, scenarzysta i rysownik "Epileptic", w wieku trzydziestu pięciu lat odwiedza rodziców, u których niespodziewanie zastaje chorego brata. Jean-Christophe ma problemy z mówieniem, stracił kilka zębów, jego ciało pokryte jest masą blizn i strupów powstałych po upadkach spowodowanych atakami epilepsji. Poza tym jest otyły z powodu brania licznych leków i braku ruchu. Bracia nie za bardzo wiedzą, jak ze sobą rozmawiać. Tak naprawdę nawet nie mają o czym.
Zaraz po tej scenie cofamy się do wczesnego dzieciństwa Davida B, tuż przed pierwszym atakiem epilepsji, który zmienił wszystko. Autor opisuje każde wydarzenie ze szczegółami, tak precyzyjnie i rozlegle, że wcześniejsze nazwanie komiksu "Epileptic" opowieścią autobiograficzną nie jest do końca trafne. Tak naprawdę czytelnik ma do czynienia z kroniką całej rodziny autora, w tym z dziejami kilku jej członków, którzy w czasie powstawania "Epileptic" nie żyli już od wielu lat. W bardzo wielu momentach David B. odchodzi od tematu choroby swojego brata, przeskakuje z jednej opowieści do drugiej, opisując swoje dzieciństwo oraz cierpienia bliskich Jeana-Christophe'a i jego samego, by za chwilę przejść do przygód jednego ze swoich przodków, a potem zrelacjonować swój sen z 1973 roku. Można odnieść wrażenie, że chciał wrzucić do "Epileptic" dosłownie wszystko, każde wydarzenie, jakie miało miejsce w opisywanym przez niego czasie i każde rodzinne wspomnienie, które przypomniało mu się w trakcie pisania scenariusza. Bez jakiejkolwiek selekcji, co wcale nie wyszło jego historii na dobre. Przydałoby się choć kilka cięć. Pomimo tego, że liczne dygresje i wątki poboczne nie nudzą i są interesujące same w sobie, nie do końca pasują do tematu przewodniego, spychając główny problem na dalszy plan.
Matka Davida B, śledząca "Epileptic" w trakcie powstawania komiksu, w pewnej chwili pyta swojego syna, dlaczego pisze o tym wszystkim w opowieści poświęconej chorobie Jeana-Christophe'a. To samo pytanie przyszło mi do głowy w trakcie lektury. David odpowiada, że chciał porównać zmagania ich przodków do współczesnych cierpień całej ich rodziny, wynikających z licznych ataków epilepsji oraz braku chęci jego starszego brata do radzenia sobie z rzeczywistością. Chciał nadać wszystkiemu szerszą perspektywę. Zrobił dokładnie to, co chciał zrobić. Nie do końca odpowiada mi taka nadmierna wielowątkowość, ale na szczęście nie jest to wada, która odbiera dużą przyjemność z czytania "Epileptic". Jedynie trochę ją zmniejsza.
Świetna kreska Davida B, konsekwentnie posługującego się tym samym stylem przez 360 stron komiksu, własnie z powodu jednostajności mogłaby okazać się monotonna, jednak autor wykorzystuje różne motywy w granicach jednego sposobu ilustrowania opowieści. Często używa rysunkowych metafor, opisuje swoje sny i spotkania z istotami nadprzyrodzonymi, w tym z duchem swojego dziadka, będącymi efektem dziecięcej wyobraźni. Niektóre postacie są również ilustrowane tak, jak widział je David B. jako dziecko, na przykład jeden z lekarzy zajmujących się jego bratem jest antropomorficznym kotem. Dzięki takim zabiegom kreska nie nuży, co przy tak długiej opowieści mogłoby być sporym problemem, nawet pomimo tego, jak dobrym i oryginalnym rysownikiem jest autor "Epileptic". To, co mogłoby utrudniać lekturę, David B. zamienił w atut swojej opowieści.
Najciekawszą częścią komiksu są zmagania rodziców Jeana Christophe'a z jego chorobą. Kiedy konwencjonalna medycyna zawodzi, jego matka z ojcem chwytają się wszelkich możliwych rozwiązań, od różnych mniej albo bardziej rozsądnych diet, przez wywoływanie duchów, aż po magnetyzera dającego wszystkim amulety mające chronić ich przed złą energią. Każdy z tych amuletów od czasu do czasu należało doładować, oczywiście nie za darmo. To tylko jeden z bardziej niedorzecznych przykładów, niedorzecznych jedynie dla czytelnika. Z jednej strony miałem ochotę śmiać się z głupoty i naiwności głównych bohaterów, z drugiej David B. w przejmujący sposób opisał to, jak wielką nadzieję dawał im każdy z nowych sposobów leczenia. I to właśnie jest głównym atutem "Epileptic", dramatyzm i przedstawienie irracjonalnej nadziei w sytuacji z oczywistych dla odbiorcy powodów beznadziejnej. Poświęcenie całego swojego życia uzdrowieniu chorego syna i głupia wiara w to, że nowy amulet albo kolejny spirytystyczny seans okaże się inny od poprzednich i wreszcie zakończy koszmar. Czytelnik już od pierwszej strony komiksu wie, że nic takiego nie nastąpiło.
Przymiotnikiem najbardziej pasującym do "Epileptic" Davida B, autora między innymi wydanego w 2009 przez Kulturę Gniewu komiksu "Uzbrojony ogród i inne historie", jest moim zdaniem sł owo "gęsty". Opisuje ono zarówno scenariusz, jak i przepełnioną czernią warstwę graficzną. Na stronach tej autobiograficznej opowieści jest wręcz duszno, co dla niektórych czytelników może okazać się wyjątkowo ciężkostrawne. W zbiorczym wydaniu "Epileptic", historii pierwotnie wydanej w sześciu tomach, David B. podjął się opisania wieloletnich zmagań całej swojej rodziny z chorobą Jeana-Christophe'a, jego starszego brata. Trochę przypomina to wydaną kilka miesięcy temu w Polsce "Parentezę", jednak jest o wiele trudniejsze w odbiorze i zdecydowanie bardziej przytłaczające.
Pierwsza scena: David B, scenarzysta i rysownik "Epileptic", w wieku trzydziestu pięciu lat odwiedza rodziców, u których niespodziewanie zastaje chorego brata. Jean-Christophe ma problemy z mówieniem, stracił kilka zębów, jego ciało pokryte jest masą blizn i strupów powstałych po upadkach spowodowanych atakami epilepsji. Poza tym jest otyły z powodu brania licznych leków i braku ruchu. Bracia nie za bardzo wiedzą, jak ze sobą rozmawiać. Tak naprawdę nawet nie mają o czym.
Zaraz po tej scenie cofamy się do wczesnego dzieciństwa Davida B, tuż przed pierwszym atakiem epilepsji, który zmienił wszystko. Autor opisuje każde wydarzenie ze szczegółami, tak precyzyjnie i rozlegle, że wcześniejsze nazwanie komiksu "Epileptic" opowieścią autobiograficzną nie jest do końca trafne. Tak naprawdę czytelnik ma do czynienia z kroniką całej rodziny autora, w tym z dziejami kilku jej członków, którzy w czasie powstawania "Epileptic" nie żyli już od wielu lat. W bardzo wielu momentach David B. odchodzi od tematu choroby swojego brata, przeskakuje z jednej opowieści do drugiej, opisując swoje dzieciństwo oraz cierpienia bliskich Jeana-Christophe'a i jego samego, by za chwilę przejść do przygód jednego ze swoich przodków, a potem zrelacjonować swój sen z 1973 roku. Można odnieść wrażenie, że chciał wrzucić do "Epileptic" dosłownie wszystko, każde wydarzenie, jakie miało miejsce w opisywanym przez niego czasie i każde rodzinne wspomnienie, które przypomniało mu się w trakcie pisania scenariusza. Bez jakiejkolwiek selekcji, co wcale nie wyszło jego historii na dobre. Przydałoby się choć kilka cięć. Pomimo tego, że liczne dygresje i wątki poboczne nie nudzą i są interesujące same w sobie, nie do końca pasują do tematu przewodniego, spychając główny problem na dalszy plan.
Matka Davida B, śledząca "Epileptic" w trakcie powstawania komiksu, w pewnej chwili pyta swojego syna, dlaczego pisze o tym wszystkim w opowieści poświęconej chorobie Jeana-Christophe'a. To samo pytanie przyszło mi do głowy w trakcie lektury. David odpowiada, że chciał porównać zmagania ich przodków do współczesnych cierpień całej ich rodziny, wynikających z licznych ataków epilepsji oraz braku chęci jego starszego brata do radzenia sobie z rzeczywistością. Chciał nadać wszystkiemu szerszą perspektywę. Zrobił dokładnie to, co chciał zrobić. Nie do końca odpowiada mi taka nadmierna wielowątkowość, ale na szczęście nie jest to wada, która odbiera dużą przyjemność z czytania "Epileptic". Jedynie trochę ją zmniejsza.
Świetna kreska Davida B, konsekwentnie posługującego się tym samym stylem przez 360 stron komiksu, własnie z powodu jednostajności mogłaby okazać się monotonna, jednak autor wykorzystuje różne motywy w granicach jednego sposobu ilustrowania opowieści. Często używa rysunkowych metafor, opisuje swoje sny i spotkania z istotami nadprzyrodzonymi, w tym z duchem swojego dziadka, będącymi efektem dziecięcej wyobraźni. Niektóre postacie są również ilustrowane tak, jak widział je David B. jako dziecko, na przykład jeden z lekarzy zajmujących się jego bratem jest antropomorficznym kotem. Dzięki takim zabiegom kreska nie nuży, co przy tak długiej opowieści mogłoby być sporym problemem, nawet pomimo tego, jak dobrym i oryginalnym rysownikiem jest autor "Epileptic". To, co mogłoby utrudniać lekturę, David B. zamienił w atut swojej opowieści.
Najciekawszą częścią komiksu są zmagania rodziców Jeana Christophe'a z jego chorobą. Kiedy konwencjonalna medycyna zawodzi, jego matka z ojcem chwytają się wszelkich możliwych rozwiązań, od różnych mniej albo bardziej rozsądnych diet, przez wywoływanie duchów, aż po magnetyzera dającego wszystkim amulety mające chronić ich przed złą energią. Każdy z tych amuletów od czasu do czasu należało doładować, oczywiście nie za darmo. To tylko jeden z bardziej niedorzecznych przykładów, niedorzecznych jedynie dla czytelnika. Z jednej strony miałem ochotę śmiać się z głupoty i naiwności głównych bohaterów, z drugiej David B. w przejmujący sposób opisał to, jak wielką nadzieję dawał im każdy z nowych sposobów leczenia. I to właśnie jest głównym atutem "Epileptic", dramatyzm i przedstawienie irracjonalnej nadziei w sytuacji z oczywistych dla odbiorcy powodów beznadziejnej. Poświęcenie całego swojego życia uzdrowieniu chorego syna i głupia wiara w to, że nowy amulet albo kolejny spirytystyczny seans okaże się inny od poprzednich i wreszcie zakończy koszmar. Czytelnik już od pierwszej strony komiksu wie, że nic takiego nie nastąpiło.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









