Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą western. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 26 lutego 2018

#2390 - Comanche #8: Szeryfowie

Seria "Comanche" wraz ze swoim ósmym tomem osiągnęła półmetek. W bieżącej odsłonie powracają znane (lubiane i nie) postaci, po krótkiej przerwie pojawia się także tytułowa bohaterka. Dodatkowo kontynuowany jest wątek z poprzedniej części. Red Dust na ranczu Duncana, gdzie wiedzie spokojny żywot farmera, kolty schował w sypialni pod poduszką. Sielanka? Tak, ale do czasu…

środa, 14 lutego 2018

#2378 - Szósty rewolwer #3: Więzy

Z drugiego tomu serii Cullena Bunna (scenariusz) i Briana Hurtta (rysunki) dowiedzieliśmy się, że Sześć są bardzo potężnym artefaktem magicznym, który od wieków towarzyszy ludzkości. Broń obdarzona jest własną wolą i świadomością, co mocno komplikuje życie właścicieli. Na własnej skórze mogą się o tym przekonać Becky Montcrief (posiadająca jeden z Sześciu) oraz Drake Sinclair (posiadający cztery z Sześciu). Prawdziwą naturę broni znają przedstawiciele zakonu Miecz Abrahama oraz ich przeciwnicy – Rycerze Salomona.

piątek, 21 lipca 2017

#2350 - Comanche #6: Buntownicza furia

Pierwszy album "Comanche" ukazał się lata temu, bo w roku 1972. Cykl składa się łącznie z piętnastu albumów i był produkowany do roku 2002. Michel Greg oraz Hermann Huppen wspólnie pracowali do dziesiątej odsłony. Po Hermannie pałeczkę rysownika przejął Michel Rouge, a po śmierci Grega – scenariusz ostatniej odsłony ukończył Rodolphe D. Jacquette. Być może komiksy drukowane byłby dalej, gdyby nie tragiczna śmierć scenarzysty. W każdym razie czytając kolejne tomy warto w tyle głowy mieć informację, że całość wystartowała ona ponad 40 lat temu.

piątek, 2 czerwca 2017

#2318 - Comanche: Mroczna pustynia

Poprzednie tomy serii "Comanche" zaczynały się od scen, na których przedstawiono jadący dyliżans lub pociąg. W piątym epizodzie serii tradycja to zostaje przełamana - albuma rozpoczyna się zgoła inaczej. Na pierwszym kadrze widzimy mężczyznę, który przez tubę wykrzykuje słowa „numer 717!”. Kadr dalej okazuje się, że pod tą cyfrą kryje się Red Dust, który za zabicie bandyty Russa Dobbsa został skazany na pięć lat ciężkich robót w kamieniołomach.


poniedziałek, 16 stycznia 2017

#2282 - Comanche: Wilki z Wyoming/Czerwone niebo nad Laramie

Albumy "Wilki z Wyoming" oraz "Czerwone niebo nad Laramie" (odpowiednio 3 i 4 tom serii "Comanche") należy czytać razem. Znaczy się po przeczytaniu jednego od razu polecam sięgnąć po następny. A to dlatego, że fabularnie są ze sobą powiązane. Nie tylko faktem występowania znanych już postaci, które mieszkają i pracują na ranczu Triple Six: atrakcyjnej Comanche, staruszka Ten Gallonsa, mężnego Red Dusta, krzepkiego Toby’ego, narwanego Clema oraz Księżycowej Plamy – ten młody Indianin dołączył do ekipy w drugiej odsłonie cyklu.



piątek, 22 lipca 2016

#2183 - Jonah Hex #1: Oblicze pełne gniewu

Jonah Hex należy do uniwersum DC Comics od 1971 roku. Wychowany przez Apaczów, były żołnierz Konfederacji jest diabelnie sprawnym rewolwerowcem, który słynie z celności, małomówności, brutalności, bezwzględności, cynizmu oraz charakterystycznych blizn na twarzy. Daleko mu do szlachetnych westernowych bohaterów, to koleś raczej spod ciemnej gwiazdy, choć kierujący się niejakim kodeksem etycznym, który sprowadza się do zdania: „Miejsce złych ludzi jest w piekle, a Hex bardzo chętnie ich tam odeśle”.


czwartek, 21 lipca 2016

#2182 - All Star Western #1: Spluwy w Gotham

Albumem "Spluwy w Gotham" Egmont Polska poszerza swoją ofertę, w ramach eksploracji New 52, o trzecią w historii DC odsłonę serii All-Star Western. Omawiana książka składa się z czterech historii napisanych przez Justina Graya i Jimmy’ego Palmiotti. Bohaterem dwóch pierwszych jest rewolwerowiec Jonah Hex, w kolejnej na plan pierwszy wysuwa się postać El Diablo, bohaterką ostatniej jest piękna i mordercza Chinka ukrywająca się pod pseudonimem Duch z Barbary Coast.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

#2167 - Comanche #1: Red Dust

Belgijski serial „Comanche” wystartował dawno, dawno temu, bo w 1972 roku, ale dopiero od maja bieżącego roku polscy czytelnicy mają okazję się z nim zapoznawać. Oryginalnie wyprodukowano łącznie 15 albumów, ostatni w 2002. Pierwsze dziesięć zostało narysowanych przez Hermanna Huppena, dlatego nie dziwi fakt, że to Wydawnictwo Komiksowe wzięło na swoje barki krajową edycję.


środa, 19 sierpnia 2015

#1934 - Bez przebaczenia

„Bez przebaczenia” jest najnowszym komiksem, który wyszedł spod ręki Hermanna. Na rynku frankofońskim ukazał się w 2015 roku, a niedługo potem także i w Polsce. Scenariusz napisał syn urodzonego w Belgii klasyka komiksu europejskiego, Yves Huppen. Poprzednią produkcję tego duetu, sensacyjną „Stację 16”, uznałem za komiks nieudany. A jak sprawy mają się z albumem, którego tytuł może być nawiązaniem do znakomitego westernu w reżyserii Clinta Eastwooda?

czwartek, 22 maja 2014

#1606 - Durango t.1: Psy zdychają zimą

Już pierwszy rzut oka na samą okładkę „Durango” zdradza z jakim komiksem będziemy mieli do czynienia. Yves Swolfs stawia swojego czytelnika oko w oko z ćmiącym cygaro rewolwerowcem uzbrojonym w nieodzownego colta. Jego zarośnięta, parszywa gęba mocno przypomina fizjonomię Clinta Eastwooda, czy raczej Bezimiennego ze słynnej trylogii dolarowej Sergio Leone. Trudno więc spodziewać się czegoś innego, niż opowieści spod znaku spaghetti western.

sobota, 26 października 2013

#1404 - Z archiwum Jerzego Wróblewskiego t. 1 i 2

Jerzy Wróblewski z „Dziennikiem Wieczornym” współpracował przez 20 lat. Narysował blisko 70 historii, które łącznie miały 4000 odcinków. To szmat czasu i kartony papieru zarysowane komiksami. Dzisiaj to pewnie nie do pomyślenia, ale w 1959 roku, kiedy zakładano pierwszą popołudniówkę w Bydgoszczy, szukano kogoś, kto mógłby zająć się kolumną z komiksami i innymi ilustrowanymi historyjkami, żeby trafić w gusta młodych czytelników. Los chciał, że tym kimś miał stać się Wróblewski.


Jak pisze Maciej Jasiński istnieją dwie sprzeczne wersje opowieści o tym, jak Wróblewski rozpoczął współpracę z założoną przez Wiktora Malskiego gazetą. Mniejsza o to, która z nich jest prawdziwa – niezaprzeczalnym faktem jest, że urodzony w Inowrocławiu artysta swoją przygodę z komiksem zaczął jeszcze jako uczeń bydgoskiego Liceum Plastycznego (którego nota bene nigdy nie udało się ukończyć). Debiutował w wieku 17 lat historią szpiegowską zatytułowaną „Tajemnica czarnej teczki”. To właśnie na łamach „DW” przez następne dwie dekady przyszły rysownik przygód dzielnego kapitana Żbika, cyklu „Tajemnica Złotej Maczety”, autor perypetii niezapomnianego „Binio Billa” czy takich kultowych komiksów, jak „Figurki z Tilos” albo „Skradziony skarb” zdobywał swoje (nomen omen) ostrogi. Teraz, dzięki wysiłkom wydawnictwa Ongrys, Andrzeja Janickiego i Macieja Jasińskiego możemy cofnąć się w czasie i zobaczyć, nie tylko jak to się kiedyś robiło, ale także jak rozwijał się warsztat Wróblewskiego.

Dziś nikt nie powinien mieć wątpliwości, że ojciec szeryfa Rio Klawo stoi dumnie w jednym szeregu z takimi klasykami polskiego komiksu, jak Papcio Chmiel, Tadeusz Baranowski, Grzegorz Rosiński czy Janusz Christa. Moja przygoda z jego twórczością rozpoczęła się od... „Produktu”. Byłem zbyt młody, żeby załapać się na „Żbika” albo „Dziesięciu z Wielkiej Ziemi”, a kiedy swoją premierę miał „Binio Bill i skarb Pajutów” uczyłem się składać literki na pierwszym polskim „Spider-Manie”. Wróblewski dotarł do mnie za pośrednictwem tekstów Jasińskiego, Janickiego, Śledzia, Krzysztofa Mirowskiego i Marcina Jaworskiego. Zafascynowany ich opowieściami o tajemniczym „mistrzu z Bydgoszczy” ruszyłem na poszukiwanie jego prac. Na początku nowego wieku krążąc po krakowskich antykwariatach i targowiskach udało mi się skompletować niemałą kolekcję jego prac. Przyznam szczerze, że na początku nie byłem zachwycony. „Przyjaciele Roda Taylora” czy wspomniane „Figurki z Tilos” to nie było to, czego szukałem w komiksie. Ot, konwencjonalne historyjki przygodowo-sensacyjne na którym czas mocno odcisnął swoje piętno. Z czasem jednak zacząłem doceniać kunszt Wróblewskiego. Paradoksalnie dzisiaj jest chyba moim ulubionym polskim klasykiem. Ze swoją mocno zakorzenioną w amerykańskiej estetyce kreską doskonale gra na moich superbohaterskich resentymentach. Uwielbiam dyskretny urok starej szkoły, która unosi się nad jego pracami. Wciąż poraża mnie dynamika jego kadrów, wciąż zachwycają mnie detale, takie jak krój jego liternictwa (jeśli nie on wpisywał literki w dymki, to proszę o poprawę) i wciąż podkochuje się w Krystynie Korko...

Niestety (albo i stety) w obu albumach opublikowanych pod szyldem „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego” próżno szukać prac artysty w pełni ukształtowanego i dojrzałego. „James Hart”, „Nie z tej ziemi”, „Rycerze prerii” i „Tom Texas” to komiksowe juwenalia przyszłego klasyka. Najbliżej najbardziej klasycznemu Wróblewskiemu jest właśnie ta pierwsza pozycja. „James Hart” ukazywał się na łamach „Dziennika” od 1 września do 9 października 1971 roku. To dość typowa i schematyczna opowieść sensacyjna z dwójką pięknych kobiet w tle, intrygą szytą grubymi nićmi i obowiązkowymi pościgami. Jeśli idzie o to, co w tym przypadku interesuje mnie najbardziej, czyli oprawę graficzną to napisze tylko, że Wróblewski potrafi lepiej. „Nie z tej ziemi” (14.07-23.08.1965) to chyba najsłabsza pozycja w całym cyklu, choć graficznie prezentuje się dość solidnie. Nie jest żadną tajemnicą, że Wróblewski radził sobie z rysunkiem satyrycznym nie najgorzej, ale akurat w tym przypadku nieodzowny przy pracy w dzienniku pośpiech mocno odbił się na jakości ilustracji. Z fabułą tej fantastyczno-humorystycznej opowiastki jest jeszcze gorzej...

Drugi tom otwiera „Tom Texas”, który w „DW” ukazywał się przez cały kwiecień 1961 roku. Historia o lubującym się w lemoniadzie kowboju bliska jest duchowi „Lucky Luke`a”. Przygody małego ciałem, ale wielkiego duchem tytułowego bohatera to seria humorystyczno-sensacyjnych perypetii okraszonych (tu chyba nikogo nie zaskoczę) obowiązkowym happy-endem, w których Wróblewski skręca w stronę cartoonu i delikatnego slapsticku. Z całkiem niezłym skutkiem, zresztą. W przeciwieństwie do „Toma Texasa”, który był dość klasycznym komiksem z dymkami i kadrami, „Rycerze prerii” (goszczący w „DW” od 29 kwietnia do 13 lipca 1965) to raczej ilustrowane opowiadanie. Ostatni z komiksów prezentowanych w kolekcji wydaje się mieć najbardziej rozbudowaną fabułę i czytało mi się go najlepiej. Przygody trójki nieustraszonych kowbojów wędrujących po Dzikim Zachodzie najbliższe są westernowej (a więc tak przez Wróblewskiego hołubionej) konwencji. Szlachetnie rewolwerowcy Pete, Tex i Jim nie przepuszczą żadnemu zbirowi, czy to w Arizonie, czy to w Texasie. Wydaje się również, że historia skierowana jest raczej do nieco starszego czytelnika. Zarówno w „Tomie Texasie”, jak i w „Rycerzach prerii” można dostrzec sporo elementów, które zostaną później wykorzystane i rozwinięte w „Binio Billu”. Należy dodać, że całość uzupełniają różne materiały dodatkowe – ilustracje, rysunkowe konkursy i inne drobne grafiki.


Warto również zwrócić uwagę, że w komiksach zebranych w dwóch pierwszych tomach cyklu brakuje jakichkolwiek wyraźnych akcentów propagandowych. Nie jest żadną tajemnica, że w karierze bydgoskiego rysownika trafiały się zlecenia na komiksy jawnie propagandowe, traktujące o bohaterach Związku Radzieckiego i heroizmie Armii Ludowej. Na siłę można by się dopatrywać jakiś podtekstów w „Nie z tej ziemi”, ale po tym co przeczytałem w pierwszych dwóch "essentialach" wygląda na to, że komiksy z „Dziennika Wieczornego” wolne są od komunistycznej dydaktyki. 

Mnie, jako miłośnika twórczości Jerzego Wróblewskiego bardzo ucieszyła wieść o tym, że Kaczanowski, Janicki i Jasiński pogrzebali w starych rocznikach „Dziennika Wieczornego” i przygotują porządnie wydany album (a nawet dwa). Świetnie, że kolejne białe plamy historii polskiego komiksu zostają wypełnione, ale mam świadomość, że nie jest to komiks dla wszystkich. „Z archiwum Jerzego Wróblewskiego” to rzecz przeznaczona zdecydowanie dla koneserów i dla najbardziej hardcore`owych fanów polskiego komiksu.

poniedziałek, 13 grudnia 2010

#642 - Powroty Tadeusza Raczkiewicza

Pojawienie się serii "Tajfun" na łamach "Świata Młodych" można uznać za pewnego rodzaju przełom. Do tej pory w "piśmie młodzieży harcerskiej i szkolnej" dominowały komiksy humorystyczne, często zawierające mniej lub bardziej zakamuflowany ładunek dydaktyzmu, przeznaczone raczej dla młodszego czytelnika. Kolorowe historyjki uchodzące dziś za klasykę gatunku, "Tytus, Romek i A'Tomek" Papcia Chmiela, "Kajko i Kokosz" Janusza Christy, przygody Kudłaczka i Bąbelka Tadeusza Baranowskiego czy "Binio Bill" Jerzego Wróblewskiego w myśl szkolnego założenia uczyły, bawiąc.W 1984 roku pojawił się Tajfun. Najlepszy kosmiczny agent tajnej organizacji szpiegowskiej Nino, któremu nawet najtrudniejsze zadania nie były straszne. W niczym nie odbiegał od zachodniego wzorca herosa komiksów science-fiction, jeśli nie liczyć jego imponującego słowiańskiego wąsa. Podobnie, jak jego odpowiednicy spoza żelaznej kurtyny, był mistrzem karate i doskonałym pilotem, a także ucieleśnieniem męskości, do którego potajemnie wzdychały Maar i Kriss, partnerki z agencji. Przygody Tajfuna pełne wartkiej akcji, laserowych strzelanin, galaktycznych pościgów i zmagań z zagrażającymi całemu kosmosowi terrorystami pokazały polskiemu czytelnikowi zupełnie inny typ komiksu - wolny od ideologicznego przekazu i pozbawiony zadań moralizatorskich. Porywający swoją sensacyjną akcją i spełniający eskapistyczne założenia zwyczajnego zrelaksowania się przy lekturze komiks z miejsca zdobył sobie wielką popularność. Dlaczego zatem prace Tadeusza Raczkiewicza nie doczekały się licznych wznowień i wydań albumowych w przeciwieństwie do innych komiksowych mistrzów z tamtego czasu?

Z pewnością jedną z przyczyn były zbliżające się przemiany ustrojowe. Ciągle zawirowania na rynku prasowym, problemy z przydziałem papieru, a później trudne realia raczkującego kapitalizmu z początku lat dziewięćdziesiątych nie sprzyjały wielu inicjatywom wydawniczym. Nie pomagał również fakt, że Raczkiewicz mieszkał w Gubinie i w warszawskiej redakcji "Świata Młodych" pojawiał się dość rzadko. Szykowane przez wydawnictwo Old Baron na początku lat dziewięćdziesiątych wznowienia nigdy nie doszły do skutku, gdyż oryginalne plansze i matryce do druku zaginęły i odnalazły się dopiero w listopadzie 2010 roku. "Tajfun" na swoją albumową reedycję czekał aż do 2006 roku, kiedy nakładem nieistniejącego już wydawnictwa Mandragora ukazała się zbiorcza edycja zawierająca "Zagadkę układu C-2", "Aferę Bradleya" i "Na tropie Skorpiona". Jeszcze mniej szczęścia miały inne komiksy Raczkiewicza, które na wznowienie musiały czekać aż do 2009 roku.

Najpierw, w marcu zeszłego roku ukazała się przygotowana przez fanów publikacja "Tadeusz Raczkiewicz: Komiksy nieznane". Niewielkich rozmiarów broszurka zawierała początek piątej księgi przygód kosmicznego agenta Nino, kilka niedokończonych projektów, a także mnóstwo szkiców i ilustracji. Pozycja, której nakład liczył sobie zaledwie 170 egzemplarzy rozeszła się w mgnieniu oka, niemal natychmiast zapewniając sobie status białego kruka i kolekcjonerskiego rarytasu, sięgającego zawrotnych cen na rynku wtórnym. Pokazała również jak wielkie istnieje zapotrzebowanie na komiksy Raczkiewicza. Nieco później, bo już w październiku krakowska oficyna Ongrys przygotowała reedycję znakomitej większości dzieł ojca "Tajfuna". Komiksy Raczkiewicza zostały zebrane w dwóch wersjach. Jednoalbumowej "Tajemnicy Czerwonego Teepee" (oprócz tytułowej historii zawierającej "Dwa lata wakacji" i "Piętnastoletniego Kapitana", "Zawiszę Czarnego", "Tajemnicę Kamiennego Lasu" i "Toma Monka" oraz materiały dodatkowe) i dwualbumowej, w której osobno opublikowano adaptacje powieści Juliusza Verne'a i komiksy historyczno-fantastyczne.Ten tematyczny rozrzut, od westernów począwszy ("Tajemnica Czerwonego Teepee"), przez opowieści science-fiction ("Tajemnica Kamiennego Lasu"), przez komiksy oparte na wydarzeniach historycznych ("Zawisza Czarny"), a na przygodowych opowieściach ("Piętnastoletni Kapitan") skończywszy udowadnia niezwykłą wszechstronność Raczkiewicza. Artysta czuł się dobrze w każdej z tych konwencji ze swoją dynamiczną kreską i solidnym warsztatem, choć daleko mu było do kunsztu Rosińskiego czy Wróblewskiego. Niestety, współczesnego czytelnika jego ilustracje mogą razić nieporadnymi skrótami, niedbale zarysowanym tłem czy kiepską znajomością prawideł komiksowej sztuki, choć trafiają się i takie kadry, których młodsi twórcy mogą Raczkiewiczowi pozazdrościć.

Na tym jednak historia twórczości ojca "Tajfuna" się nie kończy. Podobnie, jak Tadeusza Baranowski czy Papcio Chmiel, Raczkiewicz nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i pozostaje aktywnym twórcą. Wraz ze scenarzystą Piotrem Ponaczewnym stworzył "Farę – bramę do gwiazd", opowieść o miejskim kościele parafialnym w Gubinie utrzymaną w fantastycznej konwencji. Komiks sponsorowany, ale nie pozbawiony artystycznego pomysłu.

Ja z racji swojego młodego wieku ani "Świata Młodych", ani komiksów Raczkiewicza w swoim czasie poznać nie mogłem. Z pewnością wydawnictwa Ongrysa najbardziej ucieszą tych, którzy polowali na "ŚM", przeczesując kolejne kioski. A co z innymi, dla których sięgnięcie po "Zawiszę Czarnego" i "Dwa lata wakacji" nie będzie oznaczało podróży sentymentalnej do czasów młodości? Nie ulega wątpliwości, że czas mocno odcisnął swoje piętno na tych pozycjach i dziś, w porównaniu z obecną komiksową produkcją, wyglądają bardzo archaicznie. Nie sądzę, aby mogły zainteresować kogoś, kto nie uważa, że polską klasykę znać warto…

środa, 1 grudnia 2010

#630 - Podniebny Orzeł

O tym, że Dziki Zachód to niegościnne miejsce na własnej skórze przekonali się Manzo Shiotsu i Hikosaburo Soma, dwaj samuraje, którzy przybyli do Nowego Świata z odległej Japonii. W stanie Wyoming prowadzą spokojnie, farmerskie życie, dopóki na ich drodze nie stanie pewna indiańska dziewczyna. To spotkanie zapoczątkuje wydarzenia w wyniku których Manzo z Hiko dołączą do plemienia Oglalów i wraz ze swoimi nowymi braćmi będą walczyć z "białymi diabłami"
Jiro Tanigchi w "Podniebnym Orle" opowiada o zderzeniu dwóch wymierających kultur, niszczonych przez postępującą modernizację. W epoce pary i elektryczności, banków i kapitałów zaczyna brakować miejsca dla amerykańskich Indian i japońskich samurajów, hołdujących tradycyjnym wartościom z dziada pradziada. Połączeni podobnym kodeksem honorowym w walce z armią Stanów Zjednoczonych gotowi są poświęcić swoje życie w obronie swojej ziemi i wartości, które wyznają.

W komiksie nominowanych do nagrody Japon Expo Awards w kategorii seinen jak w soczewce skupiły się niemal wszystkie tematy, jakie Taniguchi poruszał w innych utworach swojego autorstwa. Pojawia się zatem idealizacja prostych, męskich wartości (obecnych w "Ratowniku") i bohaterów, w tym wypadku akurat samurajów (znanych również z "Księgi Wiatru") i Indian, zawsze stających w obronie tego, w co wierzą. Dwaj, główni bohaterowie długo nie mogli się odnaleźć w obcym kraju, ale kiedy zetknęli się ze Siuksami, udało im się wstąpić na ścieżkę swojego przeznaczenia (podobny schemat pojawia się w "Zoo Zimą"). Życie rdzennych mieszkańców Ameryki to apologia spokojne egzystencji zgodnie z rytmem natury (co pojawiło się w "Wędrowcu z Tundry"), jak zwykle zachwycająco odmalowanej w kreską Taniguchiego.

Świat Dzikiego Zachodu wydaje się wręcz stworzony dla japońskiego artysty, który w swoim wycyzelowanym, ale bardzo surowym (aż chciałoby się dodać – męskim!) stylu oddał piękno Gór Skalistych, bezkres prerii, dzikość lasów, ale też polowania na monumentalne stada bizonów, spokój indiańskiej wioski i brutalność starć "niebieskich mundurów" z czerwonoskórymi. Graficznej maestrii Taniguchiego towarzyszy doskonały warsztat sprawiający, że lektura komiksu byłaby czystą przyjemnością gdyby nie jego fabuła. Irytująco banalna, godna najbardziej sztampowych westernów, przedstawiająca konflikt rozdzierający Amerykę u progu Ery Meji lub, jak kto woli, końca XIX wieku, jednostronnie i stereotypowo a rebours (Indianie to ci dobrzy, a Kowboje to ci źli). Siermiężna dydaktyka na poziomie szkolnej czytanki, waląca czytelnika po łbie swoim przesłaniem, zastępuje fabularne mięso i emocje. Drażniący patos bije niemal z każdej strony, każdej sceny, każdego dialogu. Wszystko to sprawia, że lektura "Podniebnego Orła" tak dopracowanego pod względem formalnym staje się momentami nieznośna.

Ale oceniając ten komiks jestem rozdarty. Bo z jednej strony nie jestem w stanie przymknąć oczu na wszystkie komiksowe grzechy popełnione przez Jiro Taniguchiego, a z drugiej mam świadomość, że jest to przecież radośnie przerysowana przygoda na Dzikim Zachodzie. Jakiż dzieciak zaczytany w kolorowych zeszytach nie chciałby zobaczyć jak dwóch samurajów z ostrymi, jak brzytwa mieczami, walczących u boku szlachetnych Indian pod wodzą Szalonego Konia stawia czoło armii dowodzonej przez generała Custera uzbrojonej w pierwsze działka gatlinga? Przecież to ziszczenie ledwo co pamiętanych marzeń i zebranie w jednej historii najbardziej kultowych motywów (brakuje tylko wojowników ninja i zombiaków)! Jak taki komiks mógłby się nie udać? Jak widać na przykładzie "Podniebnego Orła", mógłby…

czwartek, 17 czerwca 2010

#480 - Jerzego Wróblewskiego przygoda z Marvelem

Jerzy Wróblewski to jedna z największych legend polskiego komiksu, z dokonaniami której zetknął się zapewne niemal każdy fan kadrów i dymków znad Wisły. Natomiast Maciej Jasiński to wielki znawca i entuzjasta twórczości bydgoskiego mistrza, który od dłuższego czasu pracuje nad pełną ciekawostek biografią "Jerzy Wróblewski - Mistrz z Bydgoszczy". Podczas tegorocznej Bydgoskiej Soboty z Komiksem i spotkania z BB Team wśród publiczności rozdawano jeden z rozdziałów powstającej książki, który w dużej części traktował o "romansie" Jerzego Wróblewskiego z wydawnictwem Marvel! Dzięki uprzejmości Macieja, jest nam niezmiernie miło móc Wam zaprezentować obszerny fragment rozdziału "Od Roda do Sasa" (przy czym my skupiamy się na Rodzie, a tytułowy Sas znajdzie się w samej książce). Życzymy miłej lektury!W 1981 roku Jerzy Wróblewski podjął próbę skontaktowania się z amerykańskim wydawnictwem Marvel. Przygotowywał się do tego od dłuższego czasu. Dokładnie analizował amerykańskie komiksy, które miał w swojej biblioteczce, a nawet wypisał sobie w notesie wszystkie wyrazy dźwiękonaśladowcze, które znalazł w tych publikacjach. Postanowił stworzyć komiks, który miałby zaprezentować próbkę jego umiejętności. Jako temat wybrał oczywiście ukochany western.

Plansza komiksu "The Return of Speedy Missile" oddająca doskonale charakter amerykańskiego stylu rysowania komiksów (J. Wróblewski – 1981 lub 1982 rok)

W notatniku rysownika przewija się wiele rożnych pomysłów na ten komiks. Zaczął od wymyślenia bohatera – samotnego jeźdźca Roda Calma (nazwisko wybrał zaglądając wcześniej do słownika – w notatkach można bowiem znaleźć obok Calm dopisek "spokojny" oraz jego fonetyczny zapis). W pierwszej wersji scenariusza Rod Calm ratował przed powieszeniem dwunastoletniego chłopca, kolejna wersja rozpoczynała się od strzelaniny między Rodem, a innym kowbojem (powstała nawet próbna plansza tego komiksu – zamieszczona poniżej). Wreszcie Wróblewski napisał scenariusz ośmiostronicowej historii, którą zatytułował "Nieznajomi przyjaciele Roda Calma". Historia była prosta: kowboj przybywa do miasteczka gdzieś na Dzikim Zachodzie, pomaga Indiankom, które są napastowane przez zbirów. Gdy jeździec opuszcza miasteczko, bandyci zastawiają na niego pułapkę, ale oto niespodzianie pomoc przychodzi ze strony Indian.

Próbna plansza komiksu "Nieznani przyjaciele Roda Calma" (J. Wróblewski – 1981 rok)

Osiem stron Wróblewski narysował w takim samym formacie, w jakim rysował "Kapitana Żbika" – nieco większym od A5. W dołączonym do oryginalnych plansz liście (który rysownik samodzielnie przetłumaczył na język angielski) możemy przeczytać "Ośmielam się wysłać Panu krótkie opowiadanie rysunkowe z zapytaniem, czy istnieje możliwość ewentualnego opublikowania go przez Pańskie Wydawnictwo. Jestem autorem wielu tego rodzaju opowieści publikowanych w Polsce. Te, które przesyłam, jest także mojego autorstwa (tekst i rysunki) ale nigdzie dotąd nie drukowane. Wykonałem je z myślą o Pańskim Wydawnictwie i byłbym wielce zaszczycony, gdyby zostało przez Pana zaakceptowane". Na potrzeby komiksu Wróblewski zaprojektował też winietę, ale nie była ona dołączona do przesyłki.

Z dzisiejszej perspektywy i stanu wiedzy o ówczesnym rynku amerykańskim, trudno się spodziewać, aby wydawnictwo Marvel wyraziło chęć opublikowania tej historii, gdyż koncentrowało się na swoich flagowych seriach superbohaterskich. Co więcej działalność wydawnictwa opierała się na rysownikach pracujących na miejscu w firmie, realizujących zaakceptowane wcześniej scenariusze. Dlatego też krótki komiks od rysownika z odległej, pozostającej za żelazną kurtyną Polski, nie stanowił materiału, który wydawnictwo Marvel mogło w jakikolwiek sposób zagospodarować. Prawda jednak jest taka, że wówczas naprawdę niewiele osób w Polsce wiedziało jak wygląda rynek komiksowy w Stanach Zjednoczonych, więc Jerzy Wróblewski zapewne przypuszczał, że działa on podobnie, co ten w Polsce.

Większe szanse więc można było wiązać z oceną stylu rysunków. Szkoda jednak, że Jerzy Wróblewski nie zdecydował się pokazać większej próbki swoich możliwości , napisać nieco więcej o swoim imponującym dorobku, a także dołączyć do przesyłki kilku egzemplarzy opublikowanych w Polsce komiksów lub chociażby "Relaxu".

Korespondencja z Polski trafiła na biurko Jima Shootera, ówczesnego redaktora naczelnego Marvel Comics. W 1981 roku Shooter był niezwykle zapracowany – otwierał kolejne serie, walczył o rynek, budował nowe sieci dystrybucji i został wybrany przez kapitułę Junior Chamber International jednym z sześciu Nowojorczyków roku za "wkład w odnowienie przemysłu komiksowego i pomoc Marvel Comics w osiągnięciu nowego szczytu sukcesu" . Kilka lat później Jim Shooter został wyrzucony z wydawnictwa Marvel między innymi za brak sukcesów w wyławianiu talentów komiksowych w Europie (na tym polu duże sukcesy odnosiło wydawnictwo DC). Po rozstaniu się z Marvelem Jim Shooter założył wydawnictwo Voyager Communications, które wydawało komiksy pod szyldem Vailant Comics. Dziś fanom komiksu kojarzy się ono z żenującymi fabułami i fatalnie rysowanymi komiksami, podobnie zresztą jak kolejne wydawnictwo Shootera – Defiant Comics.

Jednak w 1981 roku Jim Shooter dzielił i rządził w Marvelu. Więc gdy trafiły do niego plansze i krótki list rysownika z Polski, zapewne nie zagłębiał się specjalnie w analizowanie materiału i zlecił swojej asystentce napisanie standardowego w takich okolicznościach listu. Linda Grant informuje, że Jim zapoznał się z przesłanym komiksem, docenia zainteresowanie Marvelem, ale uważa, że przesłana historia nie jest odpowiednia dla wydawnictwa, dlatego też zwraca plansze i ma nadzieję, że znajdzie się inny chętny na ten komiks.

List z wydawnictwa Marvel z 18 listopada 1981 roku.

List z Marvela wysłany 18 listopada 1981 roku pocztą lotniczą, dotarł do Bydgoszczy na kilka dni przed wprowadzeniem Stanu Wojennego. Wróblewski na pewno nie był zadowolony z otrzymanej odpowiedzi. Liczył, że uda się nawiązać jakiś kontakt zagraniczny i w ten sposób uzyskać źródło dochodu w czasie, gdy skończyły się zlecenia po zamknięciu "Relaxu", dla którego Wróblewski zrezygnował wcześniej z pasków publikowanych w "Dzienniku Wieczornym".

Już po otrzymaniu odpowiedzi z wydawnictwa Marvel, rysownik postanowił stworzyć planszę w stylu Marvela, w której nawiązał do popularnej serii komiksowej "The Rawhide Kid". Oglądając ją dziś można sobie tylko wyobrazić jakie komiksy Wróblewski mógłby stworzyć dla amerykańskiego wydawnictwa, gdyby dostał wówczas szansę od Jima Shootera.

Zgodnie z sugestią Lindy Grant, Wróblewski postanowił znaleźć wydawcę dla tego komiksu. Udało się już po zniesieniu stanu wojennego. W listopadzie 1983 roku rysownik podpisał umowę z wydawnictwem Interpress. Komiks zmienił tytuł z "Nieznani przyjaciele Roda Calma" na "Przyjaciele Roda Taylora". Zeszyt miał się ukazać w bardzo nietypowym formacie 18x19 centymetrów, a wszystko to za sprawą profilu druku wydawnictwa. Otóż Interpress realizował druk z arkuszy dla kontrahentów zachodnich i z druku tego pozostawały szerokie ścinki dobrej jakości papieru. Dlatego na części przewidzianej do ścięcia dodrukowywano tytuły na rynek polski. W ten sposób na kredowy papier (co dla komiksu było absolutną nowością) załapał się tytuł "Przyjaciele Roda Taylora", a później np. seria "Doman" z rysunkami Andrzeja Nowakowskiego.

Aby dostosować się do nietypowego formatu, Wróblewski musiał porozcinać narysowane plansze, a także część z nich przerobić. Dorysował również początek historii, aby komiks liczył 23 plansze. W wydaniu Interpressu nietypowe było również było zrezygnowanie ze strony tytułowej – komiks zaczynał się na wewnętrznej stronie przedniej okładki, natomiast kończył na zewnętrznej stronie tylnej okładki. Komiks na kredowym papierze prezentował się znakomicie i nic dziwnego, że znaleźli się nabywcy na liczący 200 tysięcy egzemplarzy nakład, jaki ukazał się w 1984 roku.

Pięć lat później gdyńskie wydawnictwo Intercor postanowiło wznowić komiks. Wykorzystano materiały przygotowane dla Interpressu, jednak zmieniono format - tym razem było to 16,7x19 centymetrów, więc wszystkie plansze proporcjonalnie zmniejszono. Dołożono stronę tytułową, wewnętrzne strony okładek zostały białe, natomiast na białej tylnej okładce zamieszczono jedynie stopkę redakcyjną. Na zmniejszeniu formatu ucierpiała okładka, na której przycięto grunt pod kopytami konia, jak i jego ogon. Całość tym razem wydano na cienkim, wręcz przezroczystym papierze, przez co kolorystyka pozostawiała wiele do życzenia. Drugie wydanie "Przyjaciół Roda Taylora" ukazało się w wakacje 1989 roku, a Jerzy Wróblewski otrzymał za nie okrągły milion złotych, co niestety przy szalejącej hiperinflacji nie było w momencie otrzymania przekazu już dużą kwotą.

autor: Maciej Jasiński

poniedziałek, 22 lutego 2010

#380 - Blueberry #2

"Blueberry" to kawał historii komiksu europejskiego, słusznie cieszący się statusem klasyka. Przez czterdzieści lat, od 1965 roku, wydano dwadzieścia osiem tomów, nie licząc szeregu odprysków - "La Jeunesse de Blueberry" ("Młodość Blueberry'ego"), "Marshall Blueberry" ("Porucznik Blueberry") i "Mister Blueberry" (hmm... "Pan Blueberry"?). W Polsce, pierwsze pięć albumów tej serii ukazało się nakładem wydawnictwa Podsiedlik, Raniowski i S-ka w latach 2002-2003, a potem "Blueberry" został przejęty przez Egmont, który w ramach kolekcji "Plansze Europy" zbiera po kilka tomów w jednym, opasłym tomie.

Autorami serii głównej byli scenarzysta Jean Michel-Charlier i jeden z najwybitniejszych rysowników komiksowych, Jean Giruad. Zanim urodzony we francuskim Nogent-sur-Marne artysta stał się eksperymentującym z formami graficznej narracji Moebiusem, był Girem, rzemieślnikiem rysującym w ramach konwencji realistycznej. Ale jak rysującym! Fantastyczna, filmowa niemal narracja, wzorowa kompozycja plansz, idealne wyważenie scen dynamicznych i statycznych. Znakomita komiksowa intuicja podpowiadająca, kiedy więcej, a kiedy mniej uwagi poświęcić detalom, a do tego fantastyczny styl, który jak wino z czasem nabiera szlachetnego smaku. Pomimo tych kilkudziesięciu lat na karku, pod względem graficznym "Blueberry" wciąż może służyć, jako podręcznik dla młodych rysowników, jak tworzyć komiksy i jak rysować w stylu realistycznym.

W swoich scenariuszach Charlier potrafił doskonale uchwycić legendę Dzikiego Zachodu, pionierskiego ducha Stanów Zjednoczonych drugiej połowy XIX wieku. Bez rewizjonizmu, ale też stroniąc od nadmiernej posągowości opowiada o amerykańskim micie. "Blueberry" przypomina westerny, które ledwo pamiętam z mojego dzieciństwa. Z fabułą przepełnioną akcją - pojedynkami, niekoniecznie o świcie, bójkami w saloonie, efektownymi strzelaninami, pościgami na koniach i starciami z Indianami. Jego bohaterowie to nie są nieskazitelnie szlachetni herosi w białych kapeluszach, lecz niestroniący od szklanki czegoś mocniejszego i dobrej bijatyki kowboje, którzy zawsze staną w obronie słusznej sprawy. Taki jest właśnie główny bohater tej opowieści, posiadający fizjonomię Jean-Paula Belmondo, porucznik Mike S. Blueberry, który tym razem zaplątał się w lada rozgrywkę między dwoma kompaniami kolejowymi.

Giruad jak nikt inny potrafił oddać piękno i dzikość amerykańskiego pogranicza. Linie kolejowe powoli przecinające krajobrazy Gór Skalistych, surowa uroda prerii i skalistych wąwozów. Małe miasteczka wyrosłe na środku pustyni z nieodzownymi saloonami, pełne zawadiaków i różnych podejrzanych typków. Indiańskie obozy, zamieszkane przez szlachetnych, choć bezwzględnych wojowników. Co ciekawe, w historii amerykańskiego komiksu brak takiego westernowego klasyka. Widać, za Oceanem autorów zajmowała bardziej fantastyka ("Prince Valiant" Hala Fostera), science-fiction ("Flash Gordon" Aleksa Raymonda) czy przygody pilotów ("Terry and the Pirates" Miltona Canifa), a Europejczycy zakochali się w egzotycznych przygodach kowbojów, czego dobrym przykładem, obok "Blueberry'ego", były spaghetti westerny i ko-produkcje niemiecko-jugosłowiańskie. Podobnie jak one, seria Charliera i Giruada trąci myszką, wydaje się trochę naiwna pod względem fabularnym, ale wciąż sprawdza się, jako wciągająca opowieść z Dzikiego Zachodu.