Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Cornell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paul Cornell. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 30 sierpnia 2012

#1123 - Stormwatch vol.1: The Dark Side

Super-grupa Stormwatch zadebiutowała w 1993 roku w barwach Image Comics, będąc superbohaterskim zespołem, jakich wiele na komiksowych padole. Herosi stworzeni przez Jim Lee i Brandona Choia z wysokości unoszącej się na ziemskiej orbicie stacji pilnowali porządku na naszej planecie. Ich działalność była sankcjonowani przez fikcyjną międzynarodową organizację Narodów Zjednoczonych.

I pewnie "Stormwatch" pozostałby kolejnym, ginącym w natłoku podobnych produkcji tytułem, gdyby nie przybycie Warrena Ellisa w 1996. W lipcu, wraz z numerem #37 Brytyjczyk przejął stery w serii i skierował ją na nieco inne tory. Pojawiły się motywy grozy, seria zaczęła epatować seksualnością, a do jej treści przemycane były komentarze społeczne i polityczne. Komiks zaczął mieć więcej wspólnego z tym, co działo się wtedy w Vertigo, niż z klasycznymi, trykociarskimi produkcjami, z którymi dzielił swoje pochodzenie. W sierpniu 1998 roku większość członków zespołu została zmasakrowana przez kosmiczne xenomorfy. Ci, którzy przetrwali atak, dalej kontynuowali swoją pracę pod banderą nowego on-goinga zatytułowanego „Authority”. Pozbawiani kontroli ze strony jakiegokolwiek rządu decydowali o tym, co jest dobre dla ludzkości, a co nie. Z ich kilkoma pierwszymi przygodami polski czytelnik mógł się zapoznać dzięki wydawnictwu Manzoku.

Po tym, jak uniwersum WildStorm zostało ostatecznie zaanektowane przez DC Comics, wiele fajnych postaci i interesujących pomysłów znalazło się w wydawniczym limbo. Na szczęście nie „Stormwatch”, które stało się częścią Nowej 52. Odświeżeni przez Paula Cornella funkcjonują w nowym uniwersum DC, jako superbohaterska „grupa trzymająca władzę”. Kontrolowani przez członków tajemniczego Shadow Cabinet zajmują się ochroną naszej planety przed globalnymi zagrożeniami. Przez wiele setek lat działali w ukryciu unikając rozgłosu, od którego nie stronią współcześni, ubrani w kolorowe trykoty herosi. Stormwatch są bohaterami prosto ze spiskowej teorii dziejów – niczym masoni, Żydzi albo inny pakt antycznych racjonalnych myślicieli kształtuje historię świata pod przykrywką „ochrony obywateli”. Pomysł może nie poraża oryginalnością (wypisz-wymaluje marvelowskie „S.H.I.E.L.D.”), ale stwarza mnóstwo ciekawych możliwości.

W skład zespołu wchodzą byli członkowie starego Stormwatch i Authority, a więc Jack Hawksmoor, Apollo, Midnighter, Inżynier, Jenny Quantum, ale również J`onn J`onz, czyli Martian Manhunter z JLA. Zespołem dowodzi urodzony podczas Wielkiego Wybuchu, Adam One, swoimi mocami przypominający nieco starego Doktora. Innymi, całkowicie nowymi postaciami, wymyślonymi przez Cornella są Projectionist z mocami kontrolowania mass-mediów i Harry Tanner, superbohaterski odpowiednik Nicola Machiavelliego. Fabułą pierwszego tomu zatytułowanego „Dark Side” są próby zwerbowania do zespołu Apolla, gdy zainfekowany przez obcego Księżyc zaczyna zagrażać naszej staruszce Ziemi. Ale to tylko początek, zapewniam. W komiksie dzieje się dużo i szybko – niespodziewanych zwrotów akcji nie zabraknie! 

„Stormwatch” w pewien sposób ucieleśnia największy paradoks amerykańskiego przemysłu komiksowego. Teoretycznie twórcy, w przeciwieństwie do swoich kolegów z branży filmowej nie muszą przejmować się budżetem czy ograniczeniami technologicznymi. Jedynym ogranicznikiem jest ich wyobraźnia i (teoretycznie) nic nie stoi na przeszkodzenie w realizacji najbardziej śmiałych i efektownych pomysłów. Wylatujący ze słonecznego jądra heros okładający się z Księżycem zamieniony w wielkiego potwora? Proszę bardzo! Szkopuł tkwi gdzie indziej. Nad Cornellem dyszą redaktorzy ględzący ciągle o wynikach sprzedaży, straszący kasacją tytułu i nie dają mu rozwinąć skrzydeł. Po „Stormwatch” widać pewien pośpiech. Akcja rozwija się bardzo szybko. W takim tempie, że brakło miejsca na satysfakcjonującego rozwinięcie fabuły, odpowiednią ekspozycję i zarysowanie charakterów postaci, a narracja jest mocno skompresowana. Szkoda, że Cornell nie może liczyć na taki kredyt zaufania, jakim może pochwalić się Johns, który mógł dowolnie rozciągnąć fabułę swojego „Green Lanterna”.

To samo tyczy się oprawa graficznej. Szkoda, że na stanowisku grafika nie zatrudniono żadnego rysownika z pierwszej ligi. Miguel Sepulveda to wyrobnik, jakich wiele, któremu naprawdę dobre kadry zdarzają się sporadycznie. Przeważają te słabsze, choć w porównaniu z innymi tytułami relaunchu nie powinienem narzekać. Mogło być o wiele gorzej.

„Stormwatch” miało potencjał, aby stać się jednym z najlepszych tytułów Nowej 52. Po raz trzeci, wielka szkoda, że Paul Cornell, jeden z najbardziej utalentowanych scenarzystów branży jest tak cholernie nie doceniania i (kolejny raz!) nie dostał szansy, na jaką zasługiwał. Choć w porównaniu z „Authority” „The Dark Side” wypada słabiej, jest wciąż jedny, z najfajniej prezentujących się komiksów z pierwszej fali DCnU.

czwartek, 12 sierpnia 2010

#530 - Urlop na Kolorowo #1 - Captain Britain and MI: 13

Dzisiaj na Kolorowych Zeszytach zaczynamy małą wakacyjną zabawę!
W tekstach z cyklu "Urlop na Kolorowo" będziemy chcieli zabrać Was na komiksowe wycieczki po krajach, które z różnych względów doskonale nadają się na urlop. Część z Was powie zapewne "sierpień już, wakacje u schyłku; dlaczego tak późno?" A ja odpowiem Wam, że lipiec był dla nas miesiącem wytężonej pracy - pełnym podróży, fotografowania i skrupulatnego robienia notatek, by teraz najlepiej jak to możliwe przedstawić owoc naszych wakacyjnych wojaży. Mamy nadzieję, że będziecie zadowoleni!
Tyle więc tytułem wstępu. Zapraszając do Wielkiej Brytanii, oddaje głos Kubie.... (JT)

Captain Britain and MI: 13” była serią, która wystartowała przy okazji „Secret Invasion”, wielkiego letniego eventu Marvela w 2008 roku. Na jej łamach, w czteroczęściowej historii „Guns of Avalon” scenarzysta komiksowy i telewizyjny - Paul Cornell, najlepiej znany ze skryptów do najnowszej inkarnacji serialu „Doctor Who” miał pokazać, jak brytyjscy herosi radzą sobie z najazdem zmiennokształtnych Skruli na swoją ojczyznę.

Wyspiarski oddział Domu Pomysłów, założony w 1972, był przez długi czas bardzo ciekawym zakątkiem na komiksowej mapie Europy. Oprócz przedrukowywania pozycji zza Oceanu wykreował galerię oryginalnych łotrów i herosów, wylansował kilka, dużych nazwisk w branży (między innymi Alana Moore`a, Dave`a Gibbonsa, Johna Wagnera, Steve`a Dillona czy Granta Morrisona) i opublikował sporo, własnych komiksów („Digitek”, „Knights of the Pendragon”). Angielskiej oficynie udało się również wykreować unikalne uniwersum pełne nie tylko ubranych w trykoty herosów, ale również dziwacznych stworzeń znanych z baśni, mitów arturiańskich, folklorystycznych podań i twórczości Szekspira.

Paul Cornell od dłuższego czasu przymierzał się do stworzenia serii traktującej o superbohaterach ze Zjednoczonego Królestwa. Po sukcesie mini-serii „Wisdom” scenarzysta w 2007 roku miał pisać „Excalibura”, wskrzeszając najbardziej rozpoznawalną brytyjską markę w Stanach, ale nowa inkarnacja serii (pod tytułem „New Excalibur”) bardzo szybko zmieniła swój profil. Dopiero rok później, dzięki „Captain Britain and MI: 13” odkurzono nieco ten zapuszczony i zaniedbany zakątek Marvela.

Pierwsze cztery numery serii były tie-inem do „Secret Invasion”, w którym Wielka Brytania jest celem kosmicznej inwazji Skruli. W obronie Królowej staje tytułowy Kapitan Brytania, przez Cornella bardzo sprawnie odświeżony, oraz Pete Wisdom, dowodzący specjalną komórką MI: 13. Wspomagani przez innych brytyjskich herosów (wampirzycę Spitfire, byłego Avengera Black Knighta i debiutującą doktor Faizę Hussein) odpierają atak za cenę podpisania paktu z siłami piekielnymi, powracającymi całkiem szybko, bo już w drugiej historii. W „Hell Comes to Birmingham” wystąpią również Blade oraz Captain Midlands. Ostatnia, trzecia i zdecydowanie najlepsza opowieść pod tytułem „Vampire State” to kolejna napaść na Zjednoczone Królestwo, któremu tym razem przewodzi hrabia Dracula, pragnący zrobić z Wysp państwo wampirów. Atrakcji turystycznych w „Captain Britain and MI: 13” jest co niemiara – Londyn połączony z Avalon dzięki Siege Perilous (które hardkorowi fani X-Men powinni kojarzyć), Birmingham opanowane przez jednego z piekielnych lordów czy księżyc zamieszkały przez pijące krew monstra.

Oprawa graficzna nie prezentuje się dobrze. Stanowi jakiś dowód na to, że szefostwo Marvela nie wiązało zbyt wielkich nadziei z tym tytułem, nie desygnując nikogo z nazwiskiem do pracy z Cornellem. Leonard Kirk to rysownik przeciętny, a o wspomagających go w kilku numerach innych twórcach (Pat Ollife, Mike Collins, Adrian Syaf) nawet tego powiedzieć nie można. Natomiast Paul Cornell to cholernie sprawny scenarzysta, umiejący napisać porządną, wciągającą i całkiem oryginalną historię. Fantastycznie wychodzą mu cliffhangery i niespodziewane zwroty akcji. Gdyby „Guns of Avalon” mógł rozpisać na sześć, a nie cztery zeszyty, jestem pewien, że stworzyłby najbardziej epicki i porażający rozmachem komiksowy event od czasów „Sinestro Corps War”. Potrafi pięknie wymieszać w pulpowej konwencji fantastykę z science fiction, elementy horroru z estetyką superhero. Robi komiks dla geeka, którego cieszą kosmiczne galeony, cybernetyczne pułapki na duchy, mash-upy średniowiecznych rycerzy z agentami w służbie jaj królewskie mości, skrullowaty John Lennon czy futurystyczne maszyny napędzane zaklęciami. A całość pikantnie doprawia czarnym humorem.

W Stanach seria została bardzo entuzjastycznie przyjęta. Recenzenci rozpływali się w zachwytach nad najlepszą nową serią superbohaterską (CBR), namaszczając Paula Cornella na scenarzystę formatu Bendisa czy Johnsa (Newsarama), który poprowadzi nowe natarcie z angielskich wysp na Amerykę. Niestety, po czwartym numerze, „Captain Britain” nie sprzedawał się już tak dobrze. Właściwie sprzedawał się na tyle kiepsko, że zaczęły chodzić pogłoski o skasowaniu tytułu. Marvel długo je rozwiewał, aby w końcu zamknąć serię. W momencie, kiedy była nominowana do nagrody Hugo za trejd „Vampire State”. Na domiar złego Joe Quesada puścił Cornella do konkurencji, gdzie przywitano go z otwartymi ramiona kusząc lukratywnym kontraktem i oferując „Action Comics” na dobry początek. Nie mam wątpliwości, że brytyjski scenarzysta będzie świetnym nabytkiem dla DC Comics i z pewnością wysmaży kilka smakowitych komiksów. W tym wszystkim najbardziej szkoda Britanica, Wisdoma i reszty ekipy z MI: 13, których dalszych losów nigdy już nie poznamy (nie licząc kilku popierdółek przy okazji „Heroic Age”).