Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Bachalo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Bachalo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 czerwca 2019

#2501 - Doktor Strange - tom 1


Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.


Zawsze bardzo lubiłem komiksy z Doktorem Strange w roli głównej. Z kilku względów. Przede wszystkim magia i mistycyzm w świecie Marvela to narracyjne obszary, które zawsze były eksplorowane znacznie mniej chętnie niż chociażby kosmos (Strażnicy Galaktyki, Nova, Kapitan Marvel, Silver Surfer i inni), mutanci (X-Men, X-Factor, X-Force i inne) czy nowojorska subkultura ulicznych superbohaterów i antybohaterów (Daredevil, Elektra, Punisher, Spider-Man i inni). 



sobota, 17 czerwca 2017

#2326 - Uncanny X-Men #3: Dobry, zły, Inhuman

Albumowe okładki serii "Uncanny X-Men" są po prostu świetne. Ilustracja jaka zdobi trójkę wygląda wspaniale. Widzimy na niej Scotta Summersa w stroju Cyklopsa, który został ukazany w typowym ujęciu popiersiowym – półpostać, przedstawienie do ramion. Głowa modela przechylona jest w kierunku prawej krawędzi ilustracji, ponieważ z drugiej strony ktoś przyciska mu lufę pistoletu. 


piątek, 6 stycznia 2017

#2275 - Uncanny X-Men #2: Złamani

W albumie "Złamani" dostajemy dalszy ciąg opowieści o rebelii zapoczątkowanej i prowadzonej przez Cyclopsa. Uprzednia odsłona cyklu (klik! klik!) była na tyle interesująca, że na dwójkę czekałem niecierpliwie. Ciekawiło mnie w jakim kierunku Bendis popchnie akcję. Interesowała mnie odpowiedź na pytanie: czy alternatywny zespół X-Men to rewolucjoniści, czy może terroryści?



środa, 2 maja 2012

#1022 - Shade, The Changing Man - The American Scream

Tę recenzję sponsoruje rzeczownik "szaleństwo" i wszystkie jego synonimy, chociaż trzeba przyznać, że sam Shade jest osobnikiem bardzo spokojnym i racjonalnym. Przybywa z planety Meta, aby ratować nas przed szerzącym się szaleństwem. Aby tego dokonać, wskakuje w ciało osoby, która i tak miała umrzeć, i gotów jest bohaterzyć. 

Gorzej jednak, że ta osoba to psychopatyczny morderca, który miał właśnie zginąć na krześle elektrycznym. Shade w nowym ciele teleportuje się więc na zewnątrz więzienia. Tam, ląduje tuż obok Kathy, naszej drugiej bohaterki. Kathy jest trochę niestabilna. Trzy lata temu przeżyła załamanie nerwowe, kiedy jej rodzice zostali zamordowani przez "pewnego" psychopatę.

To dopiero początek naszej drogi przez szaleństwo. Drogi, która podobnie jak w "Kaznodziei" Gartha Ennisa poprowadzi nas przez całe Stany Zjednoczone Ameryki. Zaczniemy w Teksasie i stamtąd ruszymy szukać ich tożsamości. Może nawet znajdziemy ich duszę, jakkolwiek czarna by nie była. Zagłębimy się w rozbitej czaszce JFK i odpowiemy sfinksowi o jego twarzy na pytanie, któż to, go zabił? Potem znowu odwiedzimy Hollywood i przyjrzymy się grzechom ludzi, którzy tam pracują. Oczywiście w technikolorze. Są to historie, które łatwo można by sknocić i utopić w kliszach. Napisał je jednak Peter Milligan w latach dziewięćdziesiątych – zamiast nudno, jest więc absurdalnie i brawurowo.

"Shade, the Changing Man" to seria z czasów kiedy wielcy scenarzyści komiksowi lgnęli do DC. Pod czujnym okiem Karen Berger, chwytali jakąś starą postać, taką jak Sandman, Animal Man albo właśnie Shade, stworzonego przez Steve’a Ditko w 1977 roku, i wrzucali ją do naszego świata. "Radź sobie!", wydawali się krzyczeć. Niedługo potem powstało Vertigo, żeby ten obłęd pomieścić. 

Warto też zauważyć, że cała seria ma aż siedemdziesiąt zeszytów. W pierwszym tomie "The American Scream" zawarte są cztery zamknięte historie – dwie o których już wspomniałem, i dwie przedstawiające parę głównych bohaterów. Niestety, większość nie trafiła do wydań zbiorczych. DC skończyło wznawianie na trzecim tomie i więcej nie będzie. Szkoda, bo pod względem jakości "Shade" nie odstaje od innych, bardziej znanych, serii z Vertigo. Jak widać, za Oceanem nazwisko Milligan nie osiąga odpowiednich nakładów. 

Poza tym "Shade" to niełatwa lektura. Historia opowiadana jest głównie przez narratorów, rzadziej trafiają się dialogi. Dodatkowo, zwykle w komiksach wchodzących na podobne poziomy szaleństwa znajduje się też sporo humoru, który mógłby równoważyć co bardziej pokręcone pomysły autora. Milligan jednak flirtuje głównie z horrorem. Tu szaleństwo nie jest bezpieczne czy zabawne, jest za to brutalne, albo wręcz śmiertelne.

Kolejnym elementem utrudniającym lekturę są kolory. "Shade" powstał w czasach kiedy amerykański przemysł komiksowy dopiero zaczynał kolorować swoje komiksy na komputerach. Efekt więc, niczym we wczesnych "Sandmanach", jest czasami dość chaotyczny – wyblakłe kolory rozlewają się bez ładu i składu, że już o logice nie wspomnę. 

Rysunki Chrisa Bachalo są natomiast realistyczne. Jego kreska z okresu "Shade'a" nie przypomina ani tego, co robił w wydanej u nas "Śmierci", ani jego aktualnego stylu. Robi też, co może, żeby nadążyć za Milliganem, i portretuje całe szaleństwo bardzo efektownie. Gdy kontrastujemy go z Brendanem McCarthy, robiącym okładki do serii, wypada słabiej. Mimo to, trudno wytknąć mu braki w rzemiośle. Na każdej stronie widać, że w rysunki zostało włożone bardzo dużo pracy. Nie ma też problemów z przejrzystością w kadrach. Subiektywnie wolę to co robi współcześnie, ale jego kreska w "Shade" również może się podobać.

W swoim "Kaznodziei" Ennis preferował realizm. To tu, to tam wrzucał pewne elementy fantastyczne, ale koniec końców zawsze wolał dobre burdy w barze. Milligan ma odwrotne podejście do opowieści. W „Shadzie” celuje w chmury i w strefę szaleństwa umieszczoną gdzieś na granicach naszej rzeczywistości. Po paru stronach nic już nie będzie prawdziwe. Po paru stronach kostucha przebrana za wujka Sama wmówi Ci, że nie istniejesz.

czwartek, 9 grudnia 2010

#638 - Zmutowane czwartki (4): Ultimate X-Men

Zagmatwana mitologia i plątanina narastających latami, często w połowie porzucanych, wątków skutecznie odstraszała od sięgnięcia po komiksy z charakterystycznym iksem w tytule. Kolejne zmiany redaktorów i scenarzystów, zamiast rozwiązywać, jeszcze bardziej potęgowały problem. Kolejne próby uporządkowania tego bałaganu (wszelkiego rodzaju reloady, restarty, "nowe ery", zmiany tytułów i numeracji) przynosiły skutek odwrotny od zamierzonego, na dobre zniechęcając czytelników do mutantów Marvela.
Pomysł Joe Quesady na stworzenie specjalnego imprintu/uniwersum, w którym ikony Domu Pomysłów miały zostać odświeżone przez najlepszych twórców w branży, którzy opowiedzieliby na nowo ich historie, wydawał się wręcz stworzony dla X-serii. Dzięki sukcesowi filmowych "X-Men" pojawiła się grupa potencjalnych czytelników chcących zapoznać się z oryginałem, ale nie było komiksu, po który mogliby sięgnąć. W skomplikowanej strukturze fabularno-rodzinnej "Uncanny X-Men" czy "X-Men" gubili się nawet najwytrawniejsi x-fani, a same komiksy nie zaliczały się do wybitnych, komiksowych osiągnięć. Nawet w swojej kategorii. Ku uciesze pierwszych i drugich, w 2001 roku na rynku pojawili się "Ultimate X-Men".

Seria "Ultimate X-Men" trafiła również do Polski, trzy lata później na fali powrotu zeszytówek do kiosków. W swojej krótkiej karierze, wydawnictwu Axel Springer udało się wydać w sumie osiem numerów, publikując przy tym zawartość znaną z dwóch, pierwszych wydań zbiorczych "Tomorrow People" (numery 1-6) i "Return of Weapon X" (7-12) oraz fragment trzeciego, "World Tour" (16-20). Opuszczono dwuczęściową przygodę z Gambitem napisaną przez Chucka Austena i narysowaną przez Esada Ribica oraz numer piętnasty, w którym dowiadujemy się, że tak naprawdę Magneto wcale nie zginął w Waszyngtonie na oczach dziesiątek tysięcy telewidzów. Wśród czytelników wywołało to spore oburzenie, podobnie jak ocenzurowanie jednej ze scen z Charlesem Xavierem. Wszystkie to razem z "Hellfire and Brimstone" (21-25), czteroczęściową mini-serią "Ultimate War" i "Return of the King" (26-33) zamykają run Marka Millara w "UXM".

Dla pochodzącego ze Szkocji scenarzysty był to pierwszy kontakt z mutantami Marvela. Na początku 2001 roku Mark Millar był całkiem nieźle zapowiadającym się scenarzystą mającym na swoim koncie "The Authority", ale o zaplątanej mitologii X-Menów nie miał zielonego pojęcia. Nie może zatem dziwić dość swobodne podejście do najbardziej klasycznych historii i motywów. Wątki z przybyciem Kitty Pryde do szkoły, pojawienie się Hellfire Clubu, czy manifestacja Phoenix Force w Jean Grey rozegrane są zupełnie inaczej i właściwie tylko pojedynek z Proteusem (znany z "World Tour") czy rządowy projekt Sentineli bliskie są swoim oryginalnym wersjom.Nawet takiego konserwatywnego miłośnika X-Men, jak ja cieszy sposób, w jaki Millar reanimował świat mutantów. Nie bawił się w wieloczęściowe sagi, ciągnących się latami, kryjących się w cieniu villainów, manipulujących z ukrycia wypadkami i knujących swoje misterne plany. W zaplanowanych na kilka części historiach, akcja pędzie na złamanie karku, dzieje się dużo i szybko. Nowi mutanci są na tyle brutalni i realistyczni, na ile komiks akcji z superbohaterami tłukącymi superłotrów może być. Spandeks i pstrokate kostiumy zastąpiły nieco bardziej cywilne i mniej rzucające się w oczy wdzianka. Scenarzysta całkiem zgrabnie nawiązuje do ówczesnej sytuacji politycznej, kreując Bractwo, grupę mutantów skupioną wokół Magneto, sprzeciwiającej się ideom Xaviera, jako organizację terrorystyczną, kierującą się fundamentalistyczną ideologią, z którą Stany Zjednoczone toczą wojnę, przypominającą bushowską "war on terror". Zresztą cały konflikt światopoglądowy na linii Magneto-Xavier został przedstawiony o wiele bardziej wiarygodnie i ciekawie.

W "Hellfire and Brimstone", będącym zbiorem dość luźnie powiązanych wątków, X-Meni mogą zażyć trochę zasłużonego odpoczynku, bo żadne większe niebezpieczeństwo nie zagraża naszej planecie. Beast, po zerwaniu ze Storm, romansuje przez Internet z cierpiącą na bulimię supermodelkę z aktywnym genem x. Związek Jean i Scott kwitnie, co niekoniecznie podoba się Loganowi. Rodzice Icemana namawiają swojego syna, aby pozwał szkołę Xaviera i zgarnął milionowe odszkodowanie za doznane podczas walki z Magneto obrażenia. W finale poznajemy tajemniczych sponsorów szkoły Xaviera i pojawia się wątek Phoenix.

W "Ultimate War" prawda o losie Magneto wychodzi na jaw i stosunki Xaviera z rządem amerykańskim delikatnie się ochładzają. Na X-Menów poluje zespół Kapitana Ameryki - Ultimates i mutanci muszą zejść do podziemia. Ostatnim aktem tej trylogii jest powrót Mistrza Magnetyzmu w "Return of the King". Niestety, finał wypada dość blado, bo brakuje w nim tego, co było wizytówką Marka Millara – dynamicznej akcji i zaskakujących fabularnych zakrętów. Historia niemiłosiernie się dłuży, a Magneto z budzącego grozę terrorysty z "Tomorrow People" znowu przypomina groteskowego, komiksowego złoczyńcę, wygłaszającego pompatyczne przemowy.Rysowniczą robotą podzielili się Adam Kubert, Kaare Andrews i Chris Bachalo. Kreski Kuberta nigdy nie ceniłem zbyt wysoko i swojej opinii nie zmieniam. To szybki i bardzo sprawny ilustrator, ale w jego rysunkach rażą mnie nienaturalne skróty, sztuczne uproszczenia elementów drugiego planu i liczne niedokładności. A jego styl nie jest ani oryginalny, ani przyjemny dla oka. Co innego Bachalo, jeden z moich ulubionych twórców, nad którego rozbuchanym i ekspresyjnym stylem rozpływałem się przy okazji "Supernovas". Kaare Andrews prezentuje zupełnie inny styl rysowania, ciążący ku cartoonowemu uproszczeniu. W połączeniu z wyraźnymi i bardzo jaskrawymi kolorami, daje to dość infantylny efekt. Ale widziałem jego późniejsze prace w "Astonishing X-Men" i prezentują się naprawdę zacnie.

"Ultimate X-Men" dla Marka Millara była jedynie wprawką przed "Ultimates", które stanowi prawdziwie opus magnum brytyjskiego scenarzysty. Mściciele przebijają mutantów dosłownie we wszystkim – realizmie, wiarygodności, rozmachu, są bardziej uproszczeni, spodobają się młodszym czytelnikom. Wszystkie zalety "UXM" jeszcze mocniej uwypuklone zostały w "U" – akcja jest jeszcze bardziej dynamiczna, a fabuła nawet po kilkakrotnej lekturze robi wrażenie oryginalnej i dopracowanej. Co więcej, Millar w swojej późniejszej pracy ma jaja by naprawdę mieszać ze statusem quo swoich bohaterów i znakomicie ich prowadzi. Pomimo tego, "Ultimate X-Men" wciąż pozostają atrakcyjną lekturą, która miała potencjał stać się jeszcze lepszą pozycją.

czwartek, 2 grudnia 2010

#631 - Zmutowane Czwartki (3): X-Men Supernovas

Album "Supernovas" zbiera pierwsze historie napisane przez Mike'a Careya do miesięcznika "X-Men". Oprócz opowieści tytułowej są to trzyczęściowa "Primary Infection" i "Red Data" oraz wydanie annualowe. Brytyjski scenarzysta przejął pałeczkę po swoim rodaku, Peterze Milliganie w czerwcu 2006 wraz z numerem #188. i do dziś trwa na tym stanowisku. Jak autor znany z "Lucyfera" poradził sobie z mutantami Marvela?
W "Supernovas" sformował się jeden z najoryginalniejszych i najciekawszych zespołów X-Men w historii. Rogue, na prośbę Cyclopsa, ma zebrać specjalny odział szybkiego reagowania. W kryzysowych sytuacjach znajdowałby się na pierwszej linii frontu, kiedy reszta chroniłaby szkołę i młodych mutantów. Idea takiego zespołu bardzo przypomina dzisiejsze X-Force, choć według mnie tutaj została o wiele ciekawiej rozwinięta. Szkielet zespołu tworzą znane twarze - były New Mutant Cannonball i Iceman, członek oryginalnych X-Men. Rogue, która zgodnie z powiedzeniem, by trzymać przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej, do drużyny włączyła swoją przybraną matkę Mystique i Sabretootha. Victor Creed przybył do szkoły Xaviera prosząc o ochronę przed Children of the Vault. Ich pojawienie się i tajemnica pochodzenia stanowią oś fabularną pierwszej historii. Później do ekipy dołączają również Omega Sentinel, najnowszy model cybernetycznego zabójcy mutantów i Lady Mastermind, córka znanego z "Dark Phoenix Saga" Jasona Wyngarde'a. Stawkę uzupełnia Cable, powracający z jednego ze swoich wypadów w przyszłość.

Główną rolę gra jednak Rogue, która pod piórem Mike'a Careya przeżywa swoją drugą młodość. Jej melodramatyczny i nudny, jak flaki z olejem związek z Gambitem, wyciśnięty przez scenarzystów do ostatniej kropli, dobiegł swojego końca. Dziewczyna wydoroślała i spoważniała. Błyszczy, jako najskuteczniejszy przywódca polowy X-Men i badassuje, jak rzadko. Nie da się ukryć, że brytyjski pisarz po prostu zakochał się w zabijającej dotykiem mutantce, bo cały jego run ocieka uwielbieniem do tej postaci. Po dziś dzień Anna jest najważniejszą postacią w "X-Men: Legacy", x-miesięcznika pisanego obecnie przez Carey`a.

Na pisarstwo Careya narzekam regularnie przy okazji recenzowania kolejnych tomów "Lucyfera" i okazjonalnie innych jego albumów. Jako scenarzysta komiksów nieco ambitniejszych od superbohaterskiej sieczki sprawdza się dość słabo, natomiast, jako autor mutanckiej soap opery daje radę. Więcej – wychodzi mu to całkiem nieźle! Co ciekawe, wielu znacznie bardziej utalentowanych pisarzy, jak na przykład wspomniany Milligan czy Warren Ellis, zupełnie nie przekonali mnie, jako scenarzyści x-tytułów, a Carey'owi udało się wyjść z tej próby zwycięsko. Oczywiście to nie klasa Wheadona albo Claremonta (z jego najlepszego okresu), ale jego "Supernovas" to pozycja godna uwagi. Choć niekoniecznie za sprawą scenariusza, bo dla mnie numery "X-Men" to przede wszystkim popis grafika. A jest nim Chris Bachalo.
Mam ciągle wrażenie, że urodzony w Kanadzie, ale wychowany w Kalifornii artysta jest bardzo niedocenianym twórcą. Zarówno w Polsce, jak i za Oceanem. Pomimo tego, że pracował z takimi tuzami, jak Gaiman, Morrison czy Milligan i rysował najważniejsze serie dla Marvela ("Captain America", "Amazing Spider-Man" czy właśnie "X-Men") nie cieszy się statusem supergwiazdy. Próżno szukać jego nazwiska na plakatach reklamujących największe konwenty. Szkoda, bo to co wyprawia na kartach "Supernovas", stawia go w ścisłej czołówce amerykańskich grafików komiksowych.

Swoją karierę Bachalo zaczynał w Vertigo, kiedy dość sztywno trzymał się konwencji realistycznej. Jego stonowane prace z albumu "Śmierć: Wysoki Koszt Życia" bronią się do dziś. Z czasem jego styl zaczął się zmieniać, zgodnie z modnym swego czasu trendem na mangową deformację. I poszedł na całość, kompletnie zrywając ze swoją minimalistyczną estetyką. Jego rozbuchana krecha dojrzewała w między innymi w znanym polskiemu czytelnikowi "Ghost Riderze 2099" czy "Ultimate War", by w pełni zabłysnąć właśnie w "X-Men". Charakterystyczny, mocno zdeformowany i kanciasty styl wzbogacił się o chorobliwe umiłowanie szczegółu, a'la Geoff Darrow, dając w efekcie mieszankę wybuchową. Jego grubo ciosane, obficie doprawione tuszem rysunki to prawdziwa uczta dla konesera komiksowej grafiki. Bachalo w swoim życiu zarysował setki, jeśli nie tysiące stron i po jego dziełach widać niesamowitą moc w łapie. Obłędna dynamika, świetna kompozycja, pomysłowe gospodarowanie kadrem, oko do detalu i rasowa, komiksowa karykaturalność… Mógłbym tak jeszcze długo cmokać z zachwytu. Co ciekawe, w albumie jest szansa aby porównać go z innym cenionym twórcą, rysującym w podobnym (to jest zdeformowanym) stylu, Humberto Ramosem. Prace rysownika znanego ze "Spectacular Spider-Mana" również lubię, ale w zestawieniu z tym, co robi Bachalo wypadają zwyczajnie blado.

Moim zdaniem "Supernovas" jest pozycją godną uwagi głównie ze względu na oprawę wizualną. Mike Carey swoim scenariuszem niestety dupy nie urywa, bo "Supernovas" to tylko lekkostrawna, nieźle napisana papka dla lubiących przygody strzelających z (nome omen) dupy herosów. Przystępna także dla tych, którzy nie orientują się w skomplikowanej mutanckiej mitologii, pozbawiona mnóstwa wątków przepełzających z serii na serię. Ale za to jak narysowana! Dla Chrisa Bachalo mógłbym ten komiks czytać, przeglądać i podziwiać w nieskończoność.

środa, 11 marca 2009

#142 - Tydzień crossoverów - Messiah CompleX

„Messiah CompleX” stanowi próbę uporządkowania potwornego bajzlu, jakim stał się światek mutantów Marvela. Saga, rozpisana na trzynaście rozdziałów, rozgrywa się na łamach najważniejszych x-serii, czyli „The Uncanny X-Men”, „X-Men”, „New X-Men” oraz „X-Factor” i kładzie fundamenty pod trwałe i diametralne zmiany ich status quo w cyklach „Divided We Stand” i „Manifest Destiny”. W „MC” Konflikt między przywódcą grupy, Cyclopsem, a jego mentorem, Charlesem Xavierem, nabiera nowej dynamiki, scenarzyści zabierają się za rozplątywanie alternatywnych przyszłości (wreszcie!), a komiksy z mutantami nabierają delikatnego sznytu science-fiction. W historii nie braknie niespodzianek, ktoś zginie, ktoś powróci, ktoś zmartwychwstanie, ktoś zdradzi, a Instytut Xaviera, jak to przy takich okazjach zwykle bywa, zostanie zrównany z ziemią.

Ale wszystko zaczyna się w małej wiosce na Alasce, gdzie po raz pierwszy od pamiętnego Dnia M, kiedy Wanda Maximoff wypowiedziała słynne „żadnych więcej mutantów”, urodzi się dziecko z aktywnym genem X. Potężna manifestacja jej, bo to dziewczynka, jak się później okaże, mocy, przyciąga na miejsce zdarzenia rasistowskie ugrupowanie The Purifiers, robiące powtórkę z biblijnej rzezi niewiniątek oraz Maraudersów, bandę mutantów służących Misterowi Sinisterowi, którym udaje się uprowadzić noworodka. X-Meni muszą odbić dzieciaka, mającego w przyszłości stać się mutanckim mesjaszem, ale, jak zwykle, nie wiedzą jeszcze, kto w tej grze jest pionkiem, a kto głównym graczem.

„Messiah CompleX” było rysowane przez kilku artystów, którzy prezentują bardzo różnorodne stylistyki, co sprawia, że pod względem wizualnym cała historia jest okropnie niespójna. Philip Tan, będący jednym z nielicznych amerykańskich grafików, którzy lepiej oddają fizjonomie kobiet, niż mężczyzn i Scott Eaton, o którym ciężko napisać coś więcej, niż tylko „rzemieślnik”, prezentują szkołę „super-bohaterskiego” realizmu. Na drugim biegunie znajdują się przedstawiciele swawolnej i zdeformowanej kreski, Humberto Ramos, którego wielkie stopy i pokraczne sylwetki znany są polskiemu czytelnikowi z kart „Spectacular Spider-Mana” i Chris Bachalo, który wyraźnie w „MCX” się nie popisał. Stawkę uzupełnia Marc Silvestri, który jak wiadomo nie należy do moich ulubionych rysowników, ale muszę przyznać, że tym razem wspiął się na wyżyny swojego stylu i umiejętności. Generalnie grafika, mimo wspomnianej niespójności, wypada raczej na plus.

Tej graficznej różnorodności wtóruje pisarski konglomerat odpowiedzialny za fabułę. Scenariusz bowiem padł łupem aż pięciu, różnych twórców i ten fakt niestety mocno odbił się na jego jakości. Osobno Peter David, Ed Brubaker, Mike Carey i duet Craig Kyle-Chris Yost to solidni albo wręcz znakomici scenarzyści, ale pracując razem przy „Messiah CompleX” nie potrafili odnaleźć wspólnego języka. Widać, że każdy z nich na łamach swojego tytułu ciągnie w swoją stronę, a w całym crossie brakuje kogoś, kto by te wszystkie wątki odpowiednio poukładał i zadbał, żeby wszystko do siebie pasowało.

Pierwsze dwa rozdziały Brubakera zapewniają świetne otwarcie historii, lecz z czasem tempo siada i „Kompleks Mesjasza” doszlusowuje do poziomu średniego marvelowego crossa. Im dalej brniemy w fabułę, im więcej tajemnic odkrywamy, tym wrażenie obcowania z nieco lepszą kopią niesławnej „Pieśnie Egzekutora” się pogłębia. I ani Peter David z Laylą Miller i Madroxem, ani Cyclops, który z wzorowego żołnierza staje się bad-assem, ani nowe X-Force, jakie uformuje się w połowie historii nie ratują sytuacji.

„Messiah CompleX” było przełomowym wydarzeniem dla komiksów spod znaku X i myślę, że głównie za tą reformatorską odwagę scenarzystów i redaktorów crossover jest ceniony przez fanów. Jak najbardziej możemy się spierać, czy kierunek, w którym zmierzają przygody mutantów jest słuszny, czy pracujący przy tytułach z charakterystycznym X-em na okładce, aby na pewno nie przedobrzyli i czy nie będzie tego wszystko za kilka lat brutalnie odkręcać. Mnie na przykład te zmiany średnio leżą. Natomiast jeśli oceniać „MCX” jako opowieść, to broni się ona dosyć średnio. Myślę, że to moje porównanie do ulepszonej wersji „Pieśni Egzekutora” jest jak najbardziej zasadne. Niemniej, całe wydarzenie okazało się sporym sukcesem i wątki poruszane w tej historii będą kontynuowane w rozpoczynającym się „Messiah War” i trzecim crossie, będącym dopełnieniem mesjańskiej trylogii.