Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TM-Semic. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą TM-Semic. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 września 2025

#2517 - Fragment książki "Projekt: Rust" wywiadu rzeki z Marcinem Rusteckim

Nie mam żadnych wątpliwości, że jedną z najciekawszych i najważniejszych premier tegorocznej edycji Międzynarodowego Festiwalu Komiksu i Gier w Łodzi będzie "Projekt: Rust", czyli wywiad rzeka z Marcinem Rusteckim, artystą komiksowym i redaktorem naczelnym wydawnictwa TM-Semic przeprowadzony przez Jakuba Demiańczuka, krytyka komiksowego i filmowego, dziennikarza "Polityki".

W 2025 roku obchodzimy 35. rocznicę powstania wydawnictwa TM-Semic. Wydawnictwa, które określać można przymiotnikiem "legendarne" lub "kultowe" bez choćby krztyny przesady. Funkcjonująca od wczesnej wiosny 1990, początkowo jako TM-Systemgruppen, najpierw, dość krótko, w Krakowie, a potem - już znacznie dłużej - w Warszawie oficyna sprowadziła do Polski komiksy superbohaterskie. Stały się one jednym z pop-kulturowych fenomenów lat dziewięćdziesiątych w naszym kraju, "wychowując" przy tym nowe pokolenie fanów super-hero oraz opowieści spod znaku kadru i dymka. 

Być może gdyby nie one niektórzy z was, czytających te słowa, nie zaraziliby się miłością do komiksu. Z pewnością gdyby nie Semik byłoby mnie w tym miejscu. Nie byłoby tego bloga. Nie byłoby tego tekstu, a ja nie rozpocząłbym swojego - trwającego już trzecią dekadę! - romansu ze sztuką komiksu.


wtorek, 21 stycznia 2014

#1499 - Zarys historii Image Comics cz.8: Image w Polsce

Ostatnia część cyklu historii Image Comics poświęcona będzie obecności tego wydawnictwa na polskim rynku wydawniczym. Być może niektóre informacje z dzisiejszej odsłony Was zdziwią, bo w naszym kraju ukazało się kilka komiksów, które pierwotnie ukazały się w Image, choć nie jest to fakt powszechnie znany. Szkoda tylko, że przerażająca większość tytułów, które wspomniane zostaną w tym artykule, nigdy nie została dokończona. Ale o tym później. Najpierw przenieśmy się do 1996 roku.


niedziela, 1 grudnia 2013

#1444 - "Liefeld to najgorszy rysownik we wszechświecie" - wywiad z Marcinem Rusteckim

Rozmowa z Marcinem Rusteckim, redaktorem naczelnym TM-Semic była pierwszy wywiadem, jaki pojawił się na łamach bloga Image Comics Journal. Krzysztof Tymczyński wypytuje o kulisy importu marek Image i Top Cow do naszego kraju, o negocjacje z Toddem McFarlane`m i plany Mucha Comics w kontekście największego z niezależnych amerykańskich wydawnictw. 


poniedziałek, 25 listopada 2013

#1438 - TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce

Aż dziw bierze, że na książkę poświęconą dziejom TM-Semic musieliśmy czekać długie dziesięć lat od zamknięcia krakowsko-warszawskiej oficyny. Niestety, jeden z największych popkulturowych fenomenów współczesnej polskiej kultury, kultowe wydawnictwo, na którego publikacjach wychowały się setki, a może i tysiące czytelników opowieści z dymkiem, które po dziś dzień jest obiektem westchnień nieutulonych w żalu fanów poczeka jeszcze trochę na solidne opracowanie. "TM-Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce" Łukasza Kowalczuka to rzecz zrobiona z pasją, rzetelnie, ale ciekawa tylko momentami, a jej temat zasługuje na znacznie pełniejsze omówienie.



sobota, 19 października 2013

#1399 - Batman i Punisher (fragment książki "TM-Semic")

„Batman” to magazyn, który moim zdaniem ma najlepszy stosunek jakości prezentowanych historii do liczby numerów, które zostały wydane. Oto główne czynniki, które o tym zadecydowały.

O sile Batmana zawsze decydowali jego przeciwnicy. To prawda, że w innych przypadkach nie brakowało malowniczych szaleńców, jednak tutaj zawsze byli oni równie ważni, co główny bohater. Niezależnie, czy myślimy o arcywrogach pokroju Jokera czy Pingwina czy o postaciach stosunkowo nowych (Zsasz, Idiota). Niektórzy z nich działali nawet w myśl zrozumiałych pobudek (Anarch, Aborygen), choć ich metody budziły kontrowersje. Drugim komiksem, który ukazał się w ramach „Batmana” był „Zabójczy Żart” – jedna z najważniejszych historii o Człowieku Nietoperzu, jaka kiedykolwiek się ukazała, i jeden z najlepszych komiksów wydanych przez TM-Semic. Jednocześnie był to swoisty falstart. Trudno było później przeskoczyć poprzeczkę podniesioną tak wysoko i nie ulega wątpliwości, że dzieło Moore’a i Bollanda lepiej sprawdziłoby się kilka lat później jako „Wydanie Specjalne” lub numer jubileuszowy.

W kilkudziesięciu pierwszych zeszytach „Batmana” trudno znaleźć komiksy choć w części dorównujące „Zabójczemu Żartowi”, ale prezentowane historie były z reguły na przyzwoitym poziomie i często traktowały o poważnych problemach. Aborygen opowiadał o destrukcyjnej działalności białego człowieka. „Ekstaza” o narkotykach. „Szczurołap” obnażał znieczulicę, z jaką traktuje się bezdomnych. „Prywatny Pokaz” to chyba pierwszy w Polsce przypadek pokazania zjawiska snuff movies. Alan Grant, jeden z przedstawicieli brytyjskiej inwazji na amerykański rynek lat osiemdziesiątych, nie bał się poruszać trudnych kwestii. Rysownik Norm Breyfogle nie jest artystą wybitnym, ale czytelnicy przyzwyczaili się do jego kreski i polubili ją na tyle, że trudno było im zaakceptować Jima Aparro. Takich komiksów – poważnych historii mieszczących się w jednym zeszycie – zabrakło w późniejszym okresie.

Postać Mrocznego Rycerza stała się na tyle popularna, że zdominowała w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych „Wydania Specjalne”. W ramach regularnych zeszytów zaczęto korzystać ze stojących nawysokim poziomie oryginalnych serii „Legends of the Dark Knight” oraz „Shadow of the Bat”. Obie były adresowane do dojrzalszych odbiorców. „Legends” skupiało się na początkach kariery Bruce’a Wayne’a jako obrońcy Gotham. Pochodzą z niej takie historie jak „Sanctum” (debiut Mike’a Mignoli w Polsce), „Amerykański Brzydal” czy „Machiny” Teda McKeevera, które były ambitną porażką TM-Semic (najgorzej sprzedający się „Batman” w historii). „Ostatni Arkham” z „Shadow of the Bat” to najlepszy komiks spółki Grant / Breyfogle ozdobiony klimatycznymi okładkami Kelley’a Jonesa.

Pech chciał, że na scenę wkroczył arcyłotr Bane i nie tylko złamał Batmanowi kręgosłup, ale sprawił, że serię dotknął ten sam problem, co „Spider-Mana”. Wprowadzenie do KnightSaga stanowiły historie wydane w ramach „Wydań Specjalnych”, o których nieco później. Wątek upadku Mrocznego Rycerza, jego zastąpienia przez Azraela, następnie powrotu Batmana ciągnął się na łamach polskiego wydania kilka lat. W tę sagę uwikłane zostały również „Legends of the Dark Knight” oraz „Shadow of the Bat”. Na domiar złego następca Batmana – Jean Paul Valley – nie wzbudzał w czytelnikach sympatii. Szefowie DC zdawali sobie z tego sprawę. Bruce Wayne powrócił wkrótce w glorii i chwale, pokonując zakutego w zbroję młodzieńca. Kiedy wszystko w Gotham wróciło do normy i wymienione oryginalne serie stały się głównym źródłem polskich wydań (tym samym można było przeczytać naprawdę dobre komiksy), polski „Batman” sprzedawał się już na tyle źle, że połączono go z „Supermanem” w jeden tytuł, a po piętnastu numerach przestano wydawać.

Jak to się stało, że tak nieznana postać, jak Punisher, zadebiutowała we własnej serii na samym początku wydawnictwa? Skłaniałbym się ku dwóm przyczynom. Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych w Polsce stały się powszechne odtwarzacze kaset VHS. Nastąpił wysyp wypożyczalni, na dodatek ochrona praw autorskich była w powijakach i filmy kopiował oraz sprzedawał każdy, kto chciał. Oglądano głównie produkcje amerykańskie i azjatyckie, wśród których królowało kino akcji.

Najważniejsza była liczba walk i strzelanin, poziom produkcji schodził na dalszy plan – dostaję rumieńców, kiedy wracam do tych filmów po latach – bronią się zdecydowanie gorzej od większości komiksów. „Punisher” ze swoją sensacyjną fabułą i brutalnością trafił więc na idealny moment. „Wojownicy Cienia/Shadowmasters”, którzy zajmowali połowę zeszytu przez pierwsze osiem numerów, również mogli przypaść do gustu fanom tak zwanego kina kopanego.

Frank Castle to bohater całkowicie inny od Spider-Mana. Były komandos, którego rodzina zginęła w wyniku wojny gangów. Jest pozbawiony supermocy i morduje przeciwników z zimną krwią (zresztą zadebiutował w Stanach jako przeciwnik Człowieka Pająka). Przemoc ukazana w komiksach z jego udziałem nie jestprzerysowana ani groteskowa. Pozytywne postaci giną równie często, co złoczyńcy. Tylko ignorant mógł stwierdzić, że System Codem weszło na rynek z dwoma takimi samymi lub podobnymi komiksami.

W rzeczywistości „Spider-Mana” i „Punishera” łączyło jedynie uniwersum i format. Trudno dziś powiedzieć, czy było to rozmyślne działanie wydawcy, czy przypadek. Przez pierwsze trzy lata serii za scenariusz był odpowiedzialny głównie Mike Baron. Jego historie były sprawnie napisane, a elementy nadprzyrodzone odpowiednio dawkowane. Castle walczył głównie z „normalnymi” przeciwnikami – kartelami narkotykowymi, ulicznymi gangami czy włoską mafią. Czasem zdarzali się przeciwnicy przypominający pensjonariuszy Arkham, w jednym z zeszytów pojawił się Szatan we własnej osobie. W początkowym okresie Pogromcę (tak nazwano go na początku lat dziewięćdziesiątych) rysowali głównie przyszli założyciele Image. Whilce Portacio zilustrował pierwsze numery, opowiadające o walce z Kingpinem. Polski debiut Jima Lee był jednocześnie pierwszym pojawieniem się Wolverine’a – a wszystko w historii o dinozaurach (dwa lata przed szaleństwem wywołanym przez Park Jurajski Spielberga). Kilka numerów narysował też Erik Larsen.

Podobnie jak w przypadku „Batmana”, „Punisher” poruszał istotne problemy. Szczególnie w pamięć zapada zeszyt „Punisher w St. Paradine” opowiadający o wykorzystywaniu seksualnym kadetów w szkole wojskowej. Do tej poruszającej historii idealnie pasowała surowa kreska Marka Texeiry. Texeira był jednym z najlepszych wśród wielu rysowników „Punishera”. Być może czytelnicy znudzili się typowo sensacyjnymi komiksami. Przygody Castle’a przestały się dobrze sprzedawać i „Punisher” zmienił status na dwumiesięcznik. Niedługo potem ukazał się najlepszy numer w historii, czyli „Warzone” ze scenariuszem weterana branży Chucka Dixona i rewelacyjnymi ilustracjami Johna Romity Juniora. Rysunki Romity pojawiły się zresztą we wszystkich superbohaterskich seriach z Marvela wydawanych przez TM-Semic. Jak mówi Rustecki:

Rzeczywiście, komiks ten spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem, choć zdarzały się także głosy krytyki, zwłaszcza w kontekście niedoróbek edytorskich. Nie dziwi mnie to zresztą, bowiem w pewnym momencie postać Franka Castle urosła do rangi ikony TM-Semic. Gdy wyniki sprzedaży malały zastanawialiśmy się, co zrobić, by uratować serię. Właśnie wówczas przypomniałem sobie „War Zone”. Ów tytuł bardzo zachwalał mi Stan Lee, gdy spotkaliśmy się podczas jego wizyty w Warszawie na Starym Mieście (latem 1992 roku). Był to niesamowity eksperyment sam w sobie: Punisher z twarzą mordercy, walnięty sto razy w nos, który już nie ma chrząstek, a miast tego „galaretę” z gęby. To był istny przełom po dotychczasowej wersji Whilice’a Portacio (który swoją drogą też zasłużył się dla tej postaci), według której Castle prezentował się niczym nieco mroczny amant. John Romita Jr zrobił kawał świetnej roboty! Dla mnie rewelacja! Stąd w momencie kryzysowym namówiłem prezesów do publikacji tej serii, tym bardziej, że czarno-biały druk był znacznie tańszy. Zrezygnowaliśmy z kolekcjonerskiej okładki i stąd komiks mógł w ogóle zaistnieć.

Kolejnym „Punisherem” wartym odnotowania jest „Eurohit”. Za tę historię odpowiedzialni byli twórcy równie zasłużeni dla serii, co Baron czy Texeira. Scenariusz napisali Dan Abnett i Andy Lanning, całość narysował Doug Braitwhite – podobnie jak Romita Jr – specjalista od połamanych nosów. Castle w trakcie swojej europejskiej wycieczki walczy z szeregiem łotrów ze Starego Kontynentu. Dobry komiks, który zasłużył na niezłe wyniki sprzedaży. Potem było już niestety gorzej. Zarówno pod względem poziomu prezentowanych historii, jak i zainteresowania czytelników. TM-Semic wydał jeszcze świetny „Year One” (jedyny komiks tego typu w ofercie) i nadszedł czas na to, czego chociaż fanom Castle’a można było oszczędzić – długą opowieść o rzekomym zgonie i powrocie z grobu. Nie były to może komiksy złe, ale tendencja do uśmiercania głównego bohatera była irytująca. O popularności Pogromcy w Polsce niech świadczy fakt, że „Punisher” doczekał się bodaj największej liczby zeszytów wydanych przez inną oficynę, wrocławską Mandragorę.


piątek, 18 października 2013

#1398 - Kryzys na komiksowych ziemiach (fragment książki "TM-Semic")

Wraz z drugą połową lat dziewięćdziesiątych rozpoczął się w Stanach Zjednoczonych jeden z największych kryzysów w historii rynku komiksowego. W 1996 roku Marvel ogłosił bankructwo. Chapter 11 to zbiór przepisów pozwalających każdej firmie na kontrolowany upadek, najczęściej wykorzystywany przez duże koncerny. Z pomocą zasłużonemu wydawnictwu przyszła inna korporacja – Toy Biz. Sytuację udało się ustabilizować, tworząc Marvel Enterprises, ale nie był to łatwy proces. Również DC miało ogromne problemy z ciągłością finansową. Mniejsze firmy upadały – nie miały tak bogatej tradycji i nie były wystarczająco atrakcyjne dla inwestorów.

Ukazywało się za dużo serii. Bardzo długie historie były podzielone na poszczególne tytuły o przygodach tego samego bohatera. Czytelnicy nie byli w stanie śledzić wszystkich wątków, nie pomagały też słabe scenariusze oraz rysunki. Przygody superbohaterów nigdy nie były i nie musiały być prawdopodobne, ale kolejne opowieści o zgonach, powrotach, naśladowcach, sobowtórach i klonach osiągnęły za wysoki stopień niedorzeczności nawet dla amerykańskich fanów. Na dodatek poszczególne zeszyty były wydawane w kilku wariantach i koszty ich wydrukowania przestawały się zwracać. Wydawcy przeinwestowali również, walcząc o względy najpopularniejszych artystów. Marcin Rustecki w wywiadzie na Alei Komiksu mówi tak:

Pamiętajcie, że samego „Spider-Mana” wychodziło mnóstwo: „The Amazing Spider-Man”, „Web of Spider-Man”, „The Spectacular Spider-Man”, „Spider- Man”, nie licząc mini-serii. To samo z „X-Menami”, „Punisherem” itd. Tak komiksu się dzisiaj nie robi. Przypominam, że w pewnym momencie rynek w Stanach się załamał, a Marvel po bankructwie musiał kompletnie się przeorganizować i całkowicie zmienić politykę wydawniczą. Dużą zasługę trzeba przyznać nowemu naczelnemu Marvela, Joe Quesadzie. Wyciął w pień ogromną liczbę tytułów i zaczął od początku, jeśli można nazwać to początkiem oczywiście.

Tymczasem TM-Semic „opuszczone” przez skandynawską centralę czekały ciężkie czasy. Na nic zdawały się próby wydawania serii stworzonych na podstawie popularnego serialu albo filmów kinowych. Niezłe, jak na standardy licencjonowanych historii, „Z Archiwum X” od Topps Comics doczekało się sześciu zeszytów na przełomie 1997 i 1998 roku. Wydane wcześniej adaptacje kinowych filmów o Batmanie nie miały szans na powodzenie. Ich pierwowzory, czyli superprodukcje w reżyserii Joela Schumachera, były bardzo słabe. Doszło wreszcie do sytuacji, w której wydawane przez TM-Semic pozycje nie będące komiksami zaczęły utrzymywać produkcję komiksów. Bez wydawania kolekcjonerskich albumów z nalepkami wydawnictwo nie mogło sobie pozwolić na kontynuację komiksowych seriali. Na domiar złego redaktorzy byli angażowani do pracy nad magazynami sportowymi... Z czasem nakłady komiksów spadły niemal dwukrotnie! Rustecki w rozmowie na KZecie dodaje:

Zresztą w pewnym momencie naszych produkcji było zbyt wiele jak na możliwości nabywcze czytelników. Nastąpiło przesycenie rynku i niestety musiało się to skończyć katastrofą. Warto też wziąć pod uwagę, że właściciele kiosków mieli lepsze przebicie na innego rodzaju magazynach, przez co to właśnie te czasopisma lądowały na przysłowiową „górną półkę”, a nasze komiksy przywalano stertami gazet, co utrudniało dotarcie do nowych czytelników, dotąd niezaznajomionych z postaciami Marvela czy DC. Podjęliśmy co prawda konkurs dla kioskarzy eksponujących nasze tytuły, ale niestety nie bardzo mogę powiedzieć coś więcej na ten temat z tej przyczyny, że nie ja zajmowałem się promocją. […] Jeszcze raz powtarzam: było tego po prostu za dużo. Zjedliśmy własny ogon.

„Batman” został w 1997 roku połączony z „Supermanem”. Historie o Mrocznym Rycerzu były utrzymane na dobrym poziomie. Kończył się bowiem Knightfall oraz KnightQuest i zaczęły pojawiać się rysowane przez Kelly’ego Jonesa epizody z Shadow of the Bat. Jednak przygody Człowieka ze Stali były nie do zniesienia nawet dla niewybrednego czytelnika. Najdobitniej świadczy o tym historia, w której arcyłotr Metallo opanowuje wojenny pancernik i staje się potężnym statkiem-robotem. Superman uległ marginalizacji, jego przygody zajmowały jedną trzecią zeszytu, nie pojawiał się na okładkach. Trudno było w tej sytuacji nadążyć za oryginalnymi wydaniami i trafić na oryginalne historie warte przedruku.

Nie poprawiała się jakość druku. Na początku lat dziewięćdziesiątych można jeszcze było mówić o tym, że jest taka sama lub porównywalna do edycji zachodnich. Kiedy w Stanach zaczęto powszechnie stosować komputerowe kolory i lepszy papier w celu ich uwydatnienia, TM-Semic nie miało już wystarczających środków, żeby postępować podobnie. Inwestycja w „W.I.L.D. Cats” nie zwróciła się i nie było sensu powtarzać błędu. „Punisher” po kilku latach przegrał walkę o byt na wydawniczym rynku. Stosunkowo dobrze sprzedawał się „Spider-Man”. Było to o tyle dziwne, że szczególnie w ostatnich latach istnienia serii prezentował najsłabszy poziom.

Niepokojącym faktem było również zerwanie kontaktu z czytelnikami. Na łamach wydawanych serii ukazywała się strona traktująca o nowościach zza oceanu, ale to było wszystko. Zniknął bezpowrotnie dział z korespondencją. Przestały się ukazywać „Wydania Specjalne” oraz „Mega Marvele”. Co prawda pojawiły się w ich miejsce „Top Komiks” i „Mega Komiks”, z których część została wydana już pod nową nazwą. Liczba naprawdę wartościowych komiksów wydanych w ramach tych magazynów była mniejsza niż w przypadku ich poprzedników. „Mega Komiks” opanowały crossoveryw rodzaju „Witchblade/Aliens/Darkness/Predator: OverKill” czy  „Aliens vs. Predator vs. The Terminator”, natomiast „Top Komiks” prezentował niemal wyłącznie przygody Lobo, które w nadmiarze przestały bawić polskiego czytelnika.

Pojawiła się silna konkurencja w postaci Egmontu, który dzięki dobrej sprzedaży „Kaczora Donalda”, Asteriksa oraz Thorgala, mógł poszerzyć komiksową ofertę. W maju 1998 ukazał się pierwszy numer magazynu „Świat Komiksu”, a wkrótce po nim wystartowała seria Klub Świata Komiksu, w ramach której pojawiło się wiele tytułów znanych ze stron klubowych. Albumy były drogie, ale wydane o niebo lepiej od semicowskich zeszytów. Niedługo potem, w 2002 roku, rozpoczęła prężną działalność wrocławska Mandragora.

Spadek zainteresowania można było jeszcze tłumaczyć popularnością innych form rozrywki, takich jak filmy czy gry wideo. Problem w tym, że te media były niemniej popularne w najlepszych czasach TM-Semic. Kiedy wydawnictwo zniknęło na dobre z rynku, redaktor Wróblewski mógł zdobyć się na rachunek sumienia, tłumacząc przyczynę upadku firmy następująco:

Liczyło się tylko jedno – im więcej, tym lepiej. Czytelników przybywało, sprzedaż rosła, a ja miałem coraz więcej roboty. TM-Semic zawładnął komiksowym rynkiem w Polsce, i przez długi okres nie liczył się z nikim i z niczym. Nie było niespodzianką, że to właśnie eteryczne wręcz samozadowolenie z lekkim powiewem arogancji stały się najważniejszym powodem upadku wydawnictwa, choć oczywiście nie jedynym. Reszta historii jest, cóż, historią. Kiedy pierwsze tytuły zaczęły znikać z półek, stało się jasne, że czytelników znudziły niekończące się historie super-bohaterów i wciąż niezadowalająca jakość zeszytów. Niestety sygnały ostrzegawcze nie zostały odpowiednio zrozumiane, co więcej – ignorowane do samego końca – i nie trzeba było długo czekać, by z potężnej oferty Semica na rynku pozostały niedobitki na skraju wyczerpania. Ostatnie numery Lobo, Alienów i Predatorów ostatecznie pokazały, jak nie powinno robić się komiksów, a wejście do gry Egmontu i innych całkowicie zepchnęło dawniej prężne wydawnictwo w zapomnienie. Nawet zmiana nazwy firmy, próba zerwania z przeszłością za pomocą całkowicie nowych tytułów i w końcu zadbanie o lepszą jakość zeszytów, której wreszcie nie można było się powstydzić, nie były w stanie przywrócić utraconej pozycji.




czwartek, 17 października 2013

#1396 - Za kulisami "TM - Semic" Łukasza Kowalczuka

Na tegorocznym MFKiG w Łodzi jedną z najciekawszych premier była książka Łukasza Kowalczuka o przydługim tytule "TM - Semic. Największe komiksowe wydawnictwo lat dziewięćdziesiątych w Polsce". Niestety, na stoisku Centrali pojawiła się jedynie w niewielkim nakładzie, który rozszedł się dosłownie w mgnieniu oku. Wielu musiało obejść się ze smakiem i odchodziło ze stanowiska Centrali z pustymi rękami...

Dziś na łamach Kolorowych zaczyna publikację materiałów związanych z ta pozycją. Najpierw oddajemy głos jej autorowi, Łukaszowi Kowalczukowi, który opowie nieco o kulisach pracy nad "Semikiem", a od jutro rozpoczniemy publikowanie najciekawszych fragmentów.

Od czego się zaczęło?

Wszystko zaczęło się chyba od tego, że kilka osób wypowiedziało się pozytywnie na temat mojej pracy magisterskiej. Warto zaznaczyć, że książka wydana przez Centralę nie ma już za wiele wspólnego z nieszczęsną magisterką. Nieszczęsną dlatego, że na pewno bym jej już dzisiaj nikomu nie pokazał.

Pomyślałem, że fajnie by było uzupełnić ten materiał i wydać normalną książkę o TM-Semic. Zacząłem od końca. Poinformowałem na blogu o moim niecnym planie. Na wypadek, żeby nikt czasem nie wpadł na ten sam pomysł. Odezwała się Centrala, ku mojej ogromnej uciesze. To było dobre półtora roku temu!

Dlaczego tak długo to trwało?

Zajmuję się wieloma rzeczami, samych projektów o charakterze komiksowym też jest sporo. Okazało się, że to była najtrudniejsza rzecz związana z komiksem, za jaką się zabrałem. Magisterka do niczego się nie nadawała, trzeba było pisać prawie od nowa. Pojawiło się wiele nowych materiałów itd. Nie jestem typem osoby, która zamknie się na dwa tygodnie w mieszkaniu i po prostu napisze całość. Na szczęście wydawca był tak miły, że nie ścigał mnie z deadline'ami i wykazał się wyrozumiałością.

Jak się pracowało?

Najprzyjemniejszą częścią pracy było zbieranie materiałów. Spotkanie i późniejszy kontakt z Marcinem Rusteckim, wizyta u Mateusza "Teo" Trąbińskiego, ponowna lektura komiksów, surfowanie po sieci. Najgorzej z kolei było na końcu. Uparłem się, że biorę skład na siebie. Finisz był mocny, ale się udało. Jeszcze gdyby nie ta ilość egzemplarzy przesłanych do Łodzi...

Jeśli ktoś chce się podzielić uwagami na temat książki, to niech do mnie po prostu napisze: lk@smallpress.pl Będę wdzięczny!



czwartek, 4 lipca 2013

#1321 - Superdycha (edycja polska)

Superman, największy z komiksowych bohaterów obchodzi swoje 75. urodziny. Aby uczcić ten zacny jubileusz postanowiliśmy zaprezentować dwadzieścia najlepszych komiksów z udziałem Człowieka ze Stali. 

18 kwietnia 1938 roku, ukazał się premierowy numer serii komiksowej "Action Comics", w której po raz pierwszy pojawił się Superman. Postać, które wkrótce miała stać się jedną z ikon kultury popularnej i protoplastą kolejnych pokoleń superbohaterów, swój "debiut" zaliczyła jednak wcześniej. Wymyślony przez pochodzących z Cleveland scenarzystę Jerome "Jerry`ego" Siegela i rysownika Josepha "Joe" Shustera bohater pojawił się w fanzinie  "Science Fiction" w historii zatytułowanej "The Reign of the Super-Man". W niczym jednak nie przypominał dzisiejszego herosa. Zresztą, to samo można powiedzieć o pierwszych przygód ostatniego syna planety Krypton, które w porównaniu z dzisiejszych - fantastycznymi - było wiele bardziej zaangażowane polityczne. Potrzeba było dużo czasu, aby Superman stał się tym, kim jest dziś...

Przez 75 lat komiksowej kariery Kal El zdążył wystąpić w niezliczonej ilości komiksów, zeszytów, gazetowych stripów, seriali telewizyjnych i animowanych, słuchowiska radiowych, książek i filmów. Dziś prezentujemy pierwszą Superdychę, w której znalazło się 10 najlepszych historii z udziałem Człowieka ze Stali, które ukazały się w Polsce. Już jutro opublikujemy edycję amerykańską mieszcząca pozycje wydane za Oceanem. Zapraszamy do lektury!


10) "Śmierć Supermana" (Dan Jurgens, Jon Bogdanove, Tom Grummett, Brett Breeding, Jerry Ordway, Louise Simonson, Roger Stern, Jackson Guice, "Superman" #5-8/95, TM-Semic)

Choćby ze względu na doniosłość tego wydarzenia, opowieści o śmierci i zmartwychwstaniu Kal Ela na liście braknąć nie mogło. Pierwszy akt sagi jest jednocześnie najsłabszym z całej trylogii, niemniej opowieść o przybyciu do Metropolis tajemniczego Doomsday`a wciąż pozostaje pozycją wartą uwagi i znalezienia się w czołowej dziesiątce. Dziś mocno razi mnie tani dramatyzm i wyświechtany patos pojedynku ostatniego syna planety Krypton z tajemniczą kosmiczną istotą, ale przymykając oko na to i kilka innych rzeczy (finał!) „Śmierć Supermana” wciąż pozostaje satysfakcjonującą lekturą.

09) "Mroczny Rycerz nad Metropolis" (Jerry Ordway, Dan Jurgens, Roger Stern, Dennis Janke, Art Thibert i Bob McLeod, „Superman” #6-7/92, TM-Semic)

… czyli pierwsze spotkanie Człowieka ze Stali i Mrocznego Rycerza w Bronze Age. Krótka, niezwykle intensywna trylogia, w której Superman i Batman muszą połączyć siły, aby rozwiązać pewną kryminalną zagadkę. Po latach ta historia nieco się postarzała, ale wciąż ma moc. Szczególnie, jeśli porównać ją z tym, co z dwójką najważniejszych bohaterów DC wyprawiano w on-goingu „Superman/Batman”. Dobrze skrojony scenariusz, solidne rysunki, gangsterskie porachunki, pierścień z kryptonitem i początek przyjaźni dwóch, największych komiksowych ikon – czego chcieć więcej?

08) "Rządy Supermenów" (Dan Jurgens, Karl Kesel, Roger Stern, Louise Simonson, Tom Grummet, Jon Bogdanove, Jackson Guice, Brett Breeding, 1-10/96, TM-Semic)

Po trzech miesiącach nieobecności miesięczniki z wielkim eS na okładce powracają w wybuchowym stylu. „Reign of Supermen” to napakowana akcją opowieść o czterech kandydatach do przejęcia schedy po Człowieku ze Stali, która w Polsce ciągnęła się prawie przez rok, ale z pewnością nie można było się przy niej nudzić. Całkiem nieźle przemyślana, dynamiczna fabuła obfitująca w epickie momenty i zaskakujące zwroty akcji godna jest najlepszych eventów Geoffa Johnsa. Odpowiedzialny w największej mierze za scenariusz Dan Jurgens się spisał, ale stawili się też rysownicy – Jon Bogdanove, Brett Breeding, Tom Grummet pokazali klasę!

07) "Kryzys Czerwonego Kryptonitu" (Roger Stern, Jerry Ordway, Kerry Gammill, Brett Breeding, Bob McLeod, Art Thibert, Dennis Janke „Superman” #11-12/92, TM-Semic)

Dość niedoceniona opowieść o tym, jak Lex Luthor otrzymał od Mr. Mxyzptlka czerwony kryptonit. Solidnie napisana, trzymając w napięciu historia, w której Superman musi poradzić sobie z chwilową utratą swoich niezwykłych mocy. „Krisis of the Krimson Kryptonite” został absolutnie świetnie narysowany – przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych naznaczony został wysypem mnóstwa utalentowanych grafików. Superman miał szczęście do posługujących się bardzo klasyczną, nieco w stylu Johna Byrne`a kreską, twórców. Powtórzę to, co napisałem w przy okazji "Rządów" - Kerry Gammill, Brett Breeding, Bob McLeod odwalili kawał dobrej roboty!

06) "Czerwone Szkło" (James D. Hundall i Ed Hanningan, "Superman" #9-10/1993, TM-Semic)

Po wydarzeniach pokazanych w „Time and Time Again” Superman wraca do swoich czasów. Niestety, jego Metropolis wygląda zupełnie inaczej, niż je zapamiętał. Ludzie uciekają na sam dźwięk jego imienia, Lois Lane porusza się na wózku inwalidzkim, a w centrum miasta stoi Muzeum Martwych Złoczyńców. Pamiętam, jak wstrząsnęła mnie ta historia, kiedy czytałem ją po raz pierwszy. Zamknięta zaledwie w trzech zeszytach i z nieco rozczarowującym finałem wciąż przygniata swoją przynoszącą na myśl senne koszmary atmosferą.

05) "Exile" (Dan Jurgens, Jerry Ordway, Georgie Perez, Roger Stern, Kerry Gammill, Mike Mignola, Jerry Ordway, George Perez, Curt Swan, "Superman" #6/91, TM-Semic)

Semik zaprezentował jedynie okrutnie pocięty wybór z liczącej niemal 300 stron historii o tułaczce Supermana po kosmosie. Targany wyrzutami sumienia po zamordowaniu trójki kryptonijskich przestępców Quex-Ula, Zaory i Zoda Kal El wyrusza do gwiazd, aby szukać odkupienia. W wykonaniu zespołu twórców, którzy stanowili o obliczu Supermana na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wyszła z tego świetna historia science-fiction, nawiązująca do najlepszych tradycji tego gatunku, wzbogaconej o wątki dotyczące przeszłości rodzinnej planety Supermana.

04) "Pogrzeb przyjaciela" (Dan Jurgens, Jerry Ordway, Roger Stern, Louise Simonson, Tom Grummett, Jackson Guice i Jon Bogdanove, #9-12/95, TM-Semic)

Tuż poza podium to, co najlepsze w sadze o śmierci i zmartwychwstaniu Człowieka ze Stali. W "Funeral for a Friend" oglądamy pogrążone w żałobie Metropolis i przyjaciół rozpamiętujących stratę największego ziemskiego superbohatera. Trzeba bardzo uważać, gdy się chce napisać wyciszoną, kameralną opowieści w konwencji super-hero. Uderzanie w sentymentalne tony bez ocierania się o niepotrzebny patos i tanią melancholię to diablo trudna rzecz - na szczęście Dan Jurgens wraz z innymi scenarzystami wyszedł z tej próby (przeważnie) obronną ręką. I choć sprawą oczywistą był powrót herosa, to przy jesienno-zimowej lekturze "Pogrzebu przyjaciela" można było uronić łezkę...

03) "Superman: Na wszystkie pory roku" (Jeph Loeb i Tim Sale, 2006, Egmont)

Utrzymana nieco w stylistyce „kolorowego” cyklu Loeba i Sale mini-seria opowiada o początkach Człowieka ze Stali. W „Na wszystkie pory roku” dokopujemy się do człowieczego pierwiastka mitu Supermana. W interpretacji Loeba Kal El to chłopak wychowany na farmie w Kansas, nastolatek, dla którego w pewnym momencie Smallville staje się za ciasne. Dojrzewający młody człowieka, który z jednej strony zdaje sobie sprawę ze swojej potęgi i odpowiedzialności, a z drugiej – bojący się odrzucenia. To zdecydowanie jedna z najwybitniejszych opowieści z Supermanem, który na polskim ryku została przyjęta bardzo źle i na długi czas zniechęciła Egmont do wydania przygód eSa.

02) "Superman: Man of Steel" (John Byrne i Dick Giordano, "Superman" #1-4/91, Tm-Semic)

Z zadania napisania nowego originu dla największego komiksowego herosa wszechczasów John Byrne wywiązał się znakomicie. Oprócz tego, że w 1986 roku powstały komiksy dekonstruujące superbohaterów, DC Comics przedstawiło nowe, postkryzysowe originy swoich najważniejszych bohaterów, które tchnęły nowe życie w mity Batmana czy Supermana. Dziś, wśród licznych opowieści o pochodzeniu Kal Ela właśnie mini-seria "Człowiek ze Stali" pozostają dla mnie najlepszą i jedyną słuszną, choć znajdującą się obecnie poza oficjalną continuity. Prawdziwy popis komiksowej wirtuozerii Johna Byrne`a, który dla polskich czytelników stał się tym, kim jest Jack Kirby dla Amerykanów.

01) "All Star Superman" (Grant Morrison, Frank Quitely i Jamie Grant, 2012, Mucha Comics)

Grant Morrison na łamach "All Star Superman" udowodnił, że da się napisać znakomitą, ocierającą się wręcz o geniusz opowieść o Człowieku ze Stali, uchodzącym za bohatera ze wszech miar nudnego, z którego nic ciekawego nie da się wycisnąć. Morrison w wyborny sposób przerobił kiczowate dziedzictwo Złotej (znacznie mniej) i Srebrnej Ery (więcej) na mięsisty i niebanalny, choć w banale zanurzony, komiks. Urzekający, subtelny, nostalgiczny. W nowoczesnej formule pogodził staromodne elementy ze swoją nieokiełznaną i fantastyczną wyobraźnią. Na nowo odkrywał świat Supermana, świetnie się przy tym bawiąc, jak przypuszczam. W zamiana za to został obsypany nagrodami Eisnera i zyskał szacunek nie tylko wąskiego grona komiksowych geeków. Wstyd nie znać, nie sposób się nie zachwycać.

czwartek, 17 stycznia 2013

#1222 - Najlepsze z Semika: część druga

Kontynuując moje odliczanie najlepszych semicowych pozycji, warto również zwrócić uwagę na jedną rzecz. Komplementując Semica za to, że udało mu się stworzyć masowy rynek opowieści obrazkowych, często zapomina się, że Marcin Rustecki i Arkadiusz Wróblewski sięgali po utwory takich twórców, jak Neil Gaiman, Warren Ellis, Peter Milligan, Alan Moore, Frank Miller, Mike Mignola, John Romita Jr., Mike Zeck, J.M. DeMatteis, Simon Bisley, Alan Grant, Norm Breyfogle czy Barry Windsor-Smith i wielu innych, którzy dziś cieszą się statusem autorów wybitnych, a w kilku przypadkach uchodzą za klasyków amerykańskiego komiksu. Często był to rzeczy autentycznie znakomite, do dziś uchodzące za kultowe, a niekiedy nawet - ocierające się o genialność i arcydzielność.

13. "Wojownicze Żółwie Ninja" ("Teenage Mutant Ninja Turtles" #1/93; Kevin Eastman i Peter Laird)
Przyznaje się bez bicia, że na początku po prostu zapomniałem o tej pozycji, podobnie zresztą jak większość układających podobne rankingi. Mój błąd na szczęście naprawił Paweł Deptuch zwracając uwagę, że na liście powinien znaleźć się jeden z najważniejszych tytułów we współczesnej historii komiksu, który zapoczątkował (a potem jako jeden z niewielu przetrwał) modę na przygody antropomorficznych bohaterów. "Teenage Mutant Ninja Turtles" Eastmana i Lairda, bo o tej pozycji mowa, niestety nie przyjął się na polskim rynku. Na fali popularności serialu animowanego Semikowi udało się wydać zaledwie jeden trzy zeszyty oryginalnej serii o czwórce zmutowanych żółwi mieszkających w nowojorskich kanałach.

12. "Batman: Sanctum" ("Batman" #12/94; Dan Raspler i Mike Mignola)
Komiks, którym Mike Mignola zadebiutował na polskim rynku. Pewnie wtedy, w 1994 roku nikt nie spodziewał się, że rysownik śmiało operujący ograniczoną paletą kolorów i dość prostą kreską, stanie się jednym z najważniejszych amerykańskich twórców ostatnich dekad. Już wkrótce, zabłyśnie jako autor pewnego niezależnego projektu, który potem przekształci się w regularne uniwersum. I właściwie "Sanctum" stanowi przymiarkę do przygód "Piekielnego Chłopca", bo w historii pojawiają się wszystkie charakterystyczne mignolowskie motywy. Nikt tak efektownie nie łączy horrorowej estetyki z postacią Batmana, jak Mignola i aż dziw bierze, że teraz DC nie próbuje nakłonić go jeśli nie na serię, to chociaż na jakiś one-shot. Genialna okładka!

11. "Batman: Mroczny Rycerz Mrocznego Miasta" ("Batman" #8/91; Peter Milligan i Kieron Dwyer)
Czyli pojedynek Batmana z Riddlerem podany w konwencji dynamicznego i mrocznego thrillera. Mroczny Rycerz w pogoni za Riddlerem - który pod piórem Petera Milligana może być stawiany na równi z najlepszymi kreacjami villainów w historii komiksu - aby go powstrzymać musi stawić czoło przygotowanym przez Edwarda Nygmę zagadkom. 68 stron lektury z zapartym tchem, nerwowego przewracania kartek. A kiedy już dowiecie się czy i przede wszystkim jak udało się powstrzymać łotra, zatrzymajcie się na chwilę i docencie gotycki klimat całości oraz miasto Gotham, jako pełnoprawnego bohatera opowieści.

10. "Gren Lantern: Szmaragdowy Świt" ("Green Lantern" #1/92-2/93; Keith Giffen, Gerard Jones i M.D. Bright)
Originowa historia Hala Jordana, drugiego z ziemskich Zielonych Latarni. "Szmaragdowy Świt", podobnie jak i "Człowiek ze Stali", jest historią, która wydarzyło się po "Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach". Do czasu pojawienia się Geoffa Johnsa, stanowiła kanoniczną opowieść o początkach kariery strażnika sektora 2814 - dla wielu fanów po dziś dzień jedyną. Giffenowi i Jonesowi znakomicie udało się połączyć wypełniony po brzegi akcją komiks z historią o dojrzewaniu do odpowiedzialności, jaką niesie ze sobą użytkowanie zielonego pierścienia mocy. A wszystko to w pięknych, choć nie robiących już dziś takiego wrażenia, kosmicznych dekoracjach. Nie licząc "Zabójczego żartu", historii trudnej i nietypowej, trudno wyobrazić sobie lepszy start dla nowej serii.

9. "Spider-Man: Ostatnie łowy Kravena" ("Spider-Man" #1-3/94; J.M. DeMatteis i Mike Zeck)
Od samego początku reklamowany przez wydawcę, jako "klasyk", typowy "musiszmieć", historia, „której nie wolno było przegapić”. O dziwo, tak było w rzeczywistości – dzieło DeMatteisa i Zecka według mnie dystansuje najlepsze dokonania Todda McFarlane`a, takie jak "Torment" czy "Maski". Historia, która ukazała się w 1987 roku wpisuje się w okres wielkiego przełomu w komiksie superbohaterskim drugiej połowy lat osiemdziesiątych. Nasycona atmosferą grozy opowieść o śmierci, zmartwychwstaniu i ponownych narodzinach bohatera kryjącego się za pajęczą maską. Duszne od afrykańskiego upału, pełne poetyckiej metafizyki, wspartej cytatami z Williama Blake`a, "Łowy" stały się dla Człowieka Pająka tym, czym było "Born Again" dla Daredevila. O ile narracja, mocno oparta na monologu i obszernym komentarzu może wydawać się nico archaiczna, o tyle klasyczna kreska Mike`a Zecka nic, a nic się nie zestarzała.

8. "Superman: Człowiek ze Stali" ("Superman" #1/90-4/91; John Byrne)
Z zadania napisania nowego originu dla największego komiksowego herosa wszechczasów John Byrne wywiązał się znakomicie. Oprócz tego, że w 1986 roku powstały komiksy dekonstruujące superbohaterów, DC Comics przedstawiło nowe, postkryzysowe originy swoich najważniejszych bohaterów, które tchnęły nowe życie w mity Batmana czy Supermana. Dziś, wśród licznych opowieści o pochodzeniu Kal Ela właśnie mini-seria "Człowiek ze Stali" pozostają dla mnie najlepszą i jedyną słuszną, choć znajdującą się obecnie poza oficjalną continuity. Prawdziwy popis komiksowej wirtuozerii Johna Byrne`a, który dla polskich czytelników stał się tym, kim jest Jack Kirby dla Amerykanów.

7. "Aliens vs. Predator" ("Wydanie Specjalne" #3/94; Randy Stradley, Chris Warner i Phil Norwood)
O ile się nie mylę to komiks, który do dziś dzierży rekord największej ilości stron wśród produkcji Semica – w sumie jest ich 148 (w oryginale miał jeszcze więcej, bo aż 178). I pierwszy nie wyprodukowany przez Marvela albo DC Comics. Do dziś pamiętam jeden z listów do redakcji opublikowanych na stronach klubowych, napisany przez starszego już czytelnika, który nie do końca przepadał za superbohaterskimi komiksami. Ale pewnego bezsennego, bladego poranka sięgnął po komiks opowiadający o starciu Predatorów z Obcymi i był zachwycony. Nie ma się co dziwić, bo to absolutnie znakomita opowieść, poprowadzona w iście filmowym stylu.

6. "Weapon X" ("Mega Marvel" #4/94; Barry Windsor-Smith)
Pierwszy, klasyczny origin Wolverine`a, wyjaśniający jak Logan wszedł w posiadanie swoich nasyconych adamantium pazurów i stał się prawdziwą maszyną do zabijania. Jako scenarzysta Barry Windsor-Smith nie umiał może wyjść poza schemat opowieści o walce Logana z rodzącą się w nim bestią i o okrucieństwie, jakiego dopuszczali się naukowcy w pracy nad Bronią X, ale jako grafik udowodnił, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych artystów komiksowych. Tak, jak "Weapon X" jest prawdziwą perełką wśród innych, w zasadzie bardzo do siebie podobnych x-komiksów, tak BWS to artysta pełną gębą, a nie żaden komiksowy wyrobnik, jakich wielu wśród rysujących przygody X-Menów. Cacuszko!

5. "The Dark Phoenix Saga" ("X-Men" #1/92-1/93; Chris Claremont i John Byrne)
Oto historia, w której Chris Claremont i John Byrne, dwóch klasyków amerykańskiego komiksu superbohaterskiego lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych wznieśli się na wyżyny swoich nieprzeciętnych talentów. W dość typową superbohaterską opowieść o ratowaniu wszechświata w pysznych, retrofuturystycznych dekoracjach udało się wpleść ładunek dramatyzmu godny greckich tragedii. Niebywałe, że "Dark Phoenix Saga" wielkiemu, poruszającemu, sentymentalnemu melodramatowi z ubranymi w kolorowe kostiumy mutantami udało się uniknąć otarcia o kicz. Najlepszy wydany w Polsce komiks z charakterystycznym x`em na okładce, od którego Semic rozpoczął wydawanie serii "X-Men".

4. "Batman: Black and White" ("Wydanie Specjalne" #1-2/97; różni autorzy)
I kolejny "Specjal" na liście, który obok "Ostatniego Czarniana" mógł okazać się kolejnym komiksowym przełomem, otwierającym głowy i oczy czytelnikom na nieco inny typ komiksu. Może taki, w którym najważniejsze nie są gościnne występy, dynamiczna akcja pełna zawiłych zwrotów akcji, mnożąca kolejne perypetie i efektywne splasze. Pomysł na antologię z grającym pierwsze skrzypce Mrocznym Rycerzem w swojej prostocie okazał się genialny – dajemy postać Batmana i osiem stron najwybitniejszym artystom komiksowym swojego czasu. Zostawiamy im wolną rękę w opowiadaniu swoich historii, a potem liczymy zyski ze sprzedaży, planując kolejne sequele. W USA chwyciło, natomiast sukces podwójnego "Batmana: W czerni i bieli" w Polsce to sprawa dyskusyjna. Niekoniecznie szorciaki Teda McKeevera, Briana Bollanda, Matta Wagnera czy Neila Gaimana i Simona Bisley`a przypadły do gustu ówczesnym czytelnikom. Dziś jednak nie można o nich mówić inaczej, jako o małych arcydziełkach.

3. "Lobo: Ostatni Czarnian" ("Wydanie Specjalne" #2/94; Alan Grant, Keith Giffen i Simon Bisley)
Prawdziwy kamień milowy, zarówno w rozwoju wydawnictwa TM-Semic, jak i w historii polskiego komiksu. Śmiem twierdzić, że Simon Bisley właśnie w "Ostatnim Czarnianie", a nie w "Sądzie nad Gotham" pokazał przynajmniej kilku rodzimym artystom, jaka potęga drzemie w medium komiksowym. Opowieść o największym "bastichu" w galaktyce, pełna groteskowej, przerysowanej brutalności, której poziom można było mierzyć w milionach zabitych istot, w megalitrach krwi czy cwaniackich tekstach głównego bohatera, trudno było porównać do czegokolwiek innego. Po „Lobo” nic już nie było takie samo, a komiksy nie kojarzyły się już tylko z narysowanymi prostą kreską naiwnymi historyjkami obrazkowymi o tym, jak ubrani w kolorowe kostiumy herosi ratują niewinnych. Dzieło całkiem sprawnie napisane przez Alana Granta i Keitha Giffena, o czym zdaje się często zapominać, zapoczątkowało modę na Bisley`a (w mniejszym) i Lobo (w większym stopniu), która zaowocowała licznymi kontynuacjami, prezentującymi różny poziom.

2. "Daredevil: Man Without Fear" ("Mega Mavel" #2/95, Frank Miller i John Romita Jr.)
Reinterpretacja originu Matta Murdocka napisana przez niekoronowanego mistrza tego typu historii i jednocześnie twórcę nowoczesnej mitologii Daredevila, Franka Millera. To właśnie on nadał obecny kształt bohaterowi, który długo uchodził za tanią podróbkę Spider-Mana, na którą zabrakło oryginalnego. Wprowadzenie postaci Elektry, rozwinięcie relacji Matta z jego ojcem, nasycenie jego przygód kulturą japońską – to wszystko zasługi Millera, a mini-seria „Człowiek bez strachu” stanowi prawdziwą kwintesencję jego wieloletniej przygody ze Śmiałkiem. Wciąż, po tylu latach potrafię rozpływać się nad tym, w jaki sposób ze schematycznej do bólu, sensacyjnej opowieści o zemście, zrobiono autentycznie wzruszającą historię człowieka, który ciągle upada i zawsze ma siłę żeby wstać. W niczym nie ustępuje "Killing Joke", ale któraś z tych pozycji musiała zadowolić się drugim miejscem na podium.

1. "Batman: Zabójczy Żart" ("Batman" #1/91; Alan Moore, Brian Bolland i Jack Higgins)
Po dziś dzień nie mam pojęcia, co mogło kierować redakcją TM-Semic przy wyborze historii do premierowego zeszytu z przygodami Batmana, w którym głównym bohaterem jest przecież Joker. Nawet na tle innych komiksów z Mrocznym Rycerzem "Killing Joke" wyróżnia się swoją przytłaczającą atmosferą, w którym próżno szukać efektownych bijatyk i detektywistycznych zabawek. Jest prawdziwe szaleństwo, przytłaczająca atmosfera i analityczne podejście scenarzysty do tematu. Nie ulega najmniejszym wątpliwościom, że "Zabójczy Żart" należy do najwybitniejszych osiągnięć komiksu superbohaterskiego. Znakomitemu scenariuszowi pióra Alana Moore`a towarzyszy fantastyczna oprawa graficzna przygotowana przez Briana Bollanda, w jedynej, słusznej kolorystyce autorstwa Jacka Higginsa. Komiks totalny.

Niemal połowę wybranych przeze mnie tytułów ukazało się pod szyldem "Wydań Specjalnych", w formie klasycznego dziś trejda. Jeśli dodać do nich dwa numery "Mega Marvel", to okaże się , że sympatyczne tomiszcza liczące po 100 i więcej stron przechodziły w redakcji bardzo ostrą selekcję i w ramach tych dwóch serii udało się opublikować naprawdę wartościowe pozycje. W zestawieniu znajduje się również osiem komiksów z Mrocznym Rycerzem w roli głównej – pięć specjali i trzy historie z regularnej serii. Nie jest to żadnym zaskoczeniem – Semic utrafił w złote dla Batka czasy.

środa, 16 stycznia 2013

#1221 - Najlepsze z Semika: część pierwsza

Wydawnictwo TM-Semic, które później zostało przemianowano na Fun-Media, przez niemal 14 lat obecności na polskim rynku wydało w sumie ponad dziewięćset pozycji. W tym zalewie komiksowej taśmowej produkcji zza Oceanu, w większości schlebiającej najprostszym gustom miłośników przygód strzelających laserami z dupy herosów, da się wyłowić kilka rzeczy wybitnych i jeszcze więcej bardzo dobrych oraz dobrych. Takich, które po tylu latach i odarciu z sentymentalnej otoczki ulubionego komiksu z dzieciństwa, bronią się swoją jakością.

Odkurzając moje półki na święta i porządkując komiksozbiór, niejako przy okazji podjąłem się próby wytypowania najlepszych komiksów wydanych przez TM-Semic. Przeglądając, podczytując i selekcjonując wyszło mi, że optymalną liczbą, w której pomieszczą się wszystkie godne uwagi pozycje, będzie 25. Oczywiście, mój wybór naznaczony jest subiektywnością, ale jak zwykle chciałem wskazać to, co najciekawsze, istotne w historii polskiego i światowego komiksu (przynajmniej tego superbohaterskiego), a przy tym prezentuje wysoki poziom artystyczny.

25. "Zemsta Złowieszczej Szóstki" ("Spider-Man" #8-9/93; Erik Larsen)
Na mojej liście nie mogło zabraknąć typowo superbohaterskiej nawalanki, bo w tym przecież Semic się specjalizował. Wahałem się jeszcze pomiędzy szeregiem "X-Men" rysowanych przez Jima Lee, ale zdecydowałem się na "Zemstę Złowieszczej Szóstki", w której Erik Larsen stanął na wyżynach swoich możliwości. Wypełniona po brzegi akcją, gościnnymi występami i stworami z innych wymiarów opowieść o kolejnym pojedynku Człowieka Pająka z Doctorem Octopusem i jego złowieszczymi kolegami zasługuje aby znaleźć się choćby na ostatnim miejscu mojego rankingu.

24. "Torment" ("Mega Marvel" #1/93; Todd McFarlane)
Nigdy nie przepadałem za metodą opowiadania wypracowaną przez Todda McFarlane`a. Zawsze irytowało mnie jego odchodzenie od wizualnej płynności, na rzecz do przesady rozwleczonej narracji werbalnej i statycznej grafiki, ograniczonej często tylko do roli dekoraci. Nie mogę jednak nie docenić "Cierpienia" za jego sugestywny, niepokojący klimat, a przyszłemu twórcy "Spawna" trzeba przyznać, że miał własną, oryginalną wizję Człowieka Pająka – tego złośliwie powyginanego, oplecionego pajęczynami i z fryzurką rodem z "Mody na sukces". Oprócz swoich walorów artystycznych "Torment" okazał się wielkim sukcesem komercyjnym i sprzedawszy się łącznie w ponad 2 milionach egzemplarzy przyczynił się do wielkiego komiksowego boomu na początku lat dziewięćdziesiątych.

23. "Punisher: Rok pierwszy" ("The Punisher" #1/96; Dan Abnett, Andy Lanning i Dale Eaglesham)
Popularny DnA, czyli duet scenarzystów – Dan Abnett i Andy Lanning – dziś znani są z fantastycznego odnowienia kosmicznego zakątka uniwersum Marvela, w połowie lat dziewięćdziesiątych na nowo opowiedzieli historię o tym, jak Frank Castle stał się Punisherem. A było to jeszcze zanim Garth Ennis zrobił z Pogromcy psychopatycznego mordercę, nie różniącego się niczym od swoich ofiar. W tej świetnie napisanej i niezgorzej narysowanej historii zobaczymy zrozpaczonego ojca rodziny z perspektywy detektywów prowadzących śledztwo w sprawie morderstwa rodziny Castle`ów.

22. "Green Lantern: The Road Back" ("Green Lantern" #3-6/93; Gerard Jones i Pat Broderick)
I mamy pierwszą historię, która zdefiniowała status jednego z najważniejszych bohaterów DC po pierwszym "Kryzysie". "The Road Back" otwiera trzeci on-going, którego bohaterem jest Zielona Latarnia. Dziś określilibyśmy ją jako superbohaterskiego snuja, w którym Hal Jordan, sprzed ery Geoffa Johnsa i Nowej 52, przemierzając pieszo Amerykę próbuje pogodzić się z niełatwą rolą międzygalaktycznego stróża prawa i zrozumieć samego siebie. Choć momentami Gerard Jones popada w pretensjonalne tony, a narracja jest mocno niedzisiejsza, komiks wciąż robi wrażenie swoją dojrzałością. W ogóle "Green Lantern" przez cały, krótki okres pobytu w Polsce miał szczęście do naprawdę dobrych historii.

21. "Lobo: Nieamerykańscy gladiatorzy" ("Wydanie Specjalne" #1/98; Alan Grant, John Wagner i Cam Kennedy)
Świetny cover Mike`a Mignoli skrywa najlepszy komiks z Ważniakiem, który nie został narysowany przez Simona Bisley`a. Choć Cam Kenndy silący się na bardziej przystępną mainstreamowi kreskę nie może się równać z Bizem, to na wysokości zadania stanęli Grant i Wagner, opowiadając historię o kosmicznym teleturnieju odbywającym się na planecie Mondo Carno, w którym bierze udział ostatni Czarnianin. Zarówno w sportowej, jak i niesportowej walce nikt z Lobo nie może się równać, nawet nieuczciwi organizatorzy chcący wydymać zwycięzcę. Głupi, naprawdę głupi błąd.

20. "The Punisher: Warzone" ("The Punisher" #3/93; Chuck Dixon i John Romita Jr.)
W epoce Semica Punisher miał szczęście do świetnych rysowników – wczesny Larsen i Lee, odważny Mark Texiera, okazjonalnie Bisley, czy właśnie znajdujący się w swojej szczytowej formie John Romita Jr. Autor jednego z najbardziej charakterystycznych portretów Franka miał szczęście pracować z Chuckiem Dixonem, solidnym komiksowym scenarzystą, przy rozkręcaniu nowej serii z Pogromcą. Warto również pamiętać, że dzięki sukcesowi komercyjnemu tego czarno-białego grubaska (jak na tamte czasy) TM-Semic wrócił do publikowania komiksów o większej, niż zwykły zeszyt, objętości. Bez "Warzone" nie byłoby ani "Wydań Specjalnych", ani "Mega Marveli".

19. "Batman/Sędzia Dredd: Sąd nad Gotham" ("Wydanie Specjalne" #4/93; Alan Grant, John Wagner i Simon Bisley)
To był szok. W epoce, kiedy superbohaterowie jeszcze raczkowali, a o miszczowskich edycjach i ekskluzywnych folijkach jeszcze nikt nie marzył, ukazał się komiks, który stał się potem legendą. Przede wszystkim standard wydania komiksu w formacie graphic novel, na kredowym papierze i z lakierowaną okładką był czymś zupełnie niecodziennym. Po wtóre – był to debiut Simona Bisley`a na polskim rynku, którymi swoim rysunkami robionymi z malarskim rozmachem, pełnymi nieokiełznanej energii pokazał, jak wielka moc drzemie w medium. Przez przyzwoitość przemilczę fabułę, która choć raziła swoją crossoverową schematycznością, mogła robić wrażenie mrocznym klimatem. W 1993 roku "Sąd nad Gotham", pod względem komercyjnym okazał się spektakularną klapą i przyniósł Semikowi duże straty, na jakiś czas lecząc go z wydawania komiksów albumowych. W kilka lat później cieszył się już statusem komiksu kultowego i jednego z najbardziej poszukiwanych reliktów lat dziewięćdziesiątych.

18. "Batman vs. Predator" ("Wydanie Specjalne" #2/93; Dave Gibbons i Andy Kubert)
Niewiele crossoverów polegających na wrzucaniu Alienów lub Predatorów gdzie tylko popadnie wychodzi dobrze, ale przybycie Łowców do upalnego Gotham i zaaranżowanie jego pojedynku z Mrocznym Rycerzem wypadło nie tylko naturalnie, ale okazało się znakomitą opowieścią. Dave Gibbons, który przeszedł do historii, jako autor oprawy wizualnej w "Strażnikach", tym razem występuje w roli scenarzysty. Jego skrypt przynoszący na myśli naprawdę świetne kino sensacyjne brawurowo zilustrował Andy Kubert. O ile o dwóch kontynuacjach "B. vs. P." można spokojnie zapomnieć, tak na pierwszą naprawdę warto się skusić.

17. "Batman: Venom" ("Wydanie Specjalne" #4/94; Dennis O`Neil, Trevor Von Eeden, Russel Braun i Jose Luis Garcia Lopez)
Kolejny z preludiów do upadku nietoperza. Znajdujący się na początku swojej kariery Bruce Wayne wciąż uczy się fachu zamaskowanego obrońcy Gotham. Uczy się na własnych błędach – kiedy Batmanowi nie udało się uratować małej dziewczynki musi stać się lepszy. Pomoże mu w tym narkotyk, zwany Jadem, ale lekcja, jaką odbierze Mroczny Rycerz będzie ciężka i bolesna. "Venom" pokazuje bardziej ludzką stronę Bruce`a, który zmaga się z narkotykowym nałogiem. W końcu, jako człowiek, triumfuje. Dennis O`Neil poruszając problem uzależnienia unika zarówno nachalnego dydaktyzmu, jak i spłycenia tematu.

16. "Lobo Powraca" ("Wydanie Specjalne" #1/96; Alan Grant, Keith Giffen i Simon Bisley)
Co tu dużo pisać – Lobo powraca! I robi to w znakomitym stylu szczerząc gołe, blade dupsko na okładce. Tym razem Ważniakowi przypadkiem zdarza się wyciągnąć kopyta i trafia do… nieba. Grant, Giffen i Bisley dalej brną w radosną brutalność, przy okazji starając się urazić uczucia religijne, jak największej liczby wyznań. Jeśli miałbym coś wytknąć temu albumowi to zwróciłbym uwagę Bizowi, że nie końca się przykłada. Jasne, chłop ma talent nieziemski, ale porównując "Lobo powraca" z "Ostatnim Czarnianinem", ten drugi wygląda zdecydowanie korzystniej.

15. "Batman: Miecz Azraela" ("Wydanie Specjalne" #1/94; Dennis O`Neil, Joe Quesada i Kevin Nowlan)
Jeden z prequeli do "Knightfallu" i w tym gronie zdecydowanie najlepszy, wprowadzający do batmanowego continuity postać Jeana-Paula Valley`a, który w niedalekiej przyszłości miał stać się następcą Bruce`a Wayne`a. Zdecydowanie najefektowniej narysowana opowieść z Mrocznym Rycerzem (Biz na drugim) – Joe Quesada na początku lat dziewięćdziesiątych znajdował się u szczytu formy, ale nie dałby rady bez znakomitego Kevina Nowlana (blisko listy był jego "Superman/Aliens"). Co ciekawe, Batman odgrywa tu raczej dość poślednią rolę – pełna wartkiej akcji fabuła skupia się na zmaganiach Jean-Paula z Zakonem Świętego Dumasa. Historia jest na poziomie, ale "Miecz Azraela" swoje miejsce na liście zawdzięcza fantastycznym rysunkom – ach, te niezapomniane sceny zimowe!

14. "Najlepsi wrogowie" ("Spider-Man" #10/95; J.M. DeMatteis i Sal Buscema) oraz "Dziedzictwo Osbornów" ("Spider-Man" #10/93; J.M. DeMatteis i Sal Buscema)
Wyjątkowo na jednej pozycji postanowiłem wyróżnić dwa komiksy, które nie są kolejnymi częściami jednej historii, ale połączone są ze sobą wątkiem Harry`ego Osborna. Przyjaciel Petera Parkera jeszcze ze szkolnych czasów, który idąc drogą swojego ojca Normana, oryginalnego Green Goblina, podobnie jak on, zatraca się w otchłani szaleństwa. Jednak pojedynek pomiędzy łotrem a herosem zamiast nad wieżowcami Nowego Jorku, rozgrywa się w sferze psychologicznej i emocjonalnej. DeMatteis jak zwykle po mistrzowsku naszkicował dylemat Petera i Harry`ego, a pomógł mu w tym Sal Buscema - artysta, którego styl i charakterystyczne kwadratowe głowy były przedmiotem gwałtownych dyskusji na stronach klubowych, a dziś nie sposób nie docenić jego kunsztu.