Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warren Ellis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warren Ellis. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 31 marca 2020

#2521 - Transmetropolitan tom 5

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

W połowie mijającej już dekady w zachodnim Internecie nastąpił niepokojący proces konserwatywnej radykalizacji użytkowników mediów społecznościowych – głównie młodych mężczyzn szczególnie na tę radykalizację narażonych. Przyczyn było wiele i jeszcze długo będą one przedmiotem fascynujących dyskusji socjologów, politologów i zblazowanych blogerów, tym razem chciałbym się jednak skupić na pewnym konkretnym wycinku tego ruchu społecznego – YouTube. 


czwartek, 30 maja 2019

#2497 - Transmetropolitan tom 4

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

Czytanie "Transmetropolitan" w 2019 roku to dość… pouczające doświadczenie, pokazujące w jak innym kierunku podążała rzeczywistość jeszcze dwie dekady temu. Komiks Warrena Ellisa był bowiem – przede wszystkim – satyrą na Amerykę przełomu tysiącleci, jeszcze sprzed zamachu terrorystycznego na World Trade Center, wojny w Iraku, kryzysu ekonomicznego i całego tego Sajgonu, z którym musimy sobie radzić do dnia dzisiejszego. 

poniedziałek, 19 listopada 2018

#2462 - Transmetropolitan tom 3

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

Po wydarzeniach z drugiego tomu – w którym, przypomnę, Gary "Uśmiechnięty" Callahan, pozbawiony kręgosłupa moralnego polityk, wygrywa wybory prezydenckie – fabuła komiksu odrobinę zwalnia. Pierwsze kilkadziesiąt stron właściwie pozbawione jest jakiejkolwiek akcji i stanowi powolne budowanie świata przedstawionego, najpierw za pośrednictwem wściekłego rantu Pająka, potem dzięki fragmentom pisanego przez głównego bohatera felietonu ilustrowanym przebitkami z życia miasta. 




To może męczyć – tak duże stężenie statycznych, przeładowanych niekoniecznie relewantnym dla rozwoju fabuły tekstem niezbyt pozytywnie wpływa na dynamikę trzeciego tomu "Transmetropolitan". Tyczy się to szczególnie rozdziału "21 dni w mieście", na który składa się dwadzieścia jeden całostronicowych plansz opatrzonych wielkimi blokami tekstu. Tekstu dobrze napisanego, bo Warrenowi Ellisowi nie można odmówić ostrego jak brzytwa pióra, ale w tak wielkim stężeniu nierobiącego jednak należytego wrażenia.

Szczęściem im dalej, tym lepiej i już kolejny rozdział, noszący tytuł "W ogniu pytań", przywraca optymalną dla tego komiksu dynamikę – Pająk Jeruzalem w towarzystwie swoich asystentek brutalnie wdziera się w życie skorumpowanego senatora i, korzystając ze wszystkich najbrudniejszych dziennikarskich taktyk, obnaża jego powiązania ze skandalami w branży porno. To krótkie, bardzo intensywne interludium, w którym główny bohater ponownie przeistacza się w politycznego drapieżnika miażdżącego wszystko, co stanie mu na drodze. Ellis nie zapomina jednak, że Pająk – choć bez wątpienia antybohater i w żadnym razie wzór do naśladowania – jest mimo wszystko idealistą stojącym po stronie zwyczajnych ludzi. Swoją postawę moralną werbalizuje w trakcie rozmowy z asystentkami, które mają wątpliwości co do metod jego postępowania. Chodzi o to, żeby oddać coś tym draniom, tym ludziom, którym w jakiś sposób pozwoliliśmy kierować naszym życiem, deklaruje Pająk. Żeby dać im poczucie, jak to jest być nami.


Ten motyw kontynuowany jest w chyba najbardziej przejmującej historii opublikowanej w tym tomie – trzyzeszytowym "Samotnym mieście", w którym Pająk wywiera presję na policji próbującej ukręcić łeb sprawie morderstwa młodego mężczyzny będącego przedstawicielem mniejszości seksualnej. Biorąc pod uwagę napięcia społeczne w USA i na świecie (a również i w naszym kraju) związane z przemocą wobec osób LGBTQ+ "Samotne miasto" robi się szokująco aktualne. Ellis najwyraźniej nie ma zbyt wielkiej wiary w instytucję policji, biorąc pod uwagę sposób, w jaki przedstawił ją w tej historii – ale też nie da się ukryć, że "Transmetropolitan" w swym przesłaniu od samego początku wielkimi garściami czerpie z filozofii anarchistycznych.

Interesująca jest również następująca zaraz potem jednostrzałowa impresja "Nikt mnie nie kocha", w której Pająk najpierw ogląda w telewizji kilka programów inspirowanych jego osobą i twórczością – między innymi animowany program edukacyjny dla najmłodszych, wypakowany akcją serial sensacyjny oraz film porno – po czym pogrąża się w delirycznym półśnie, halucynując jeszcze kilka innych wariacji. W tym rozdziale gościnnie pojawia się kilkoro nowych rysowników którzy wprowadzają do komiksu odrobinę różnorodności i czynią ten rozdział przyjemnym dla oka wizualnym eksperymentem. Fabularnie jest natomiast przesileniem ciągnącego się przez cały trzeci tom motywu dyskredytacji Pająka poprzez uczynienie go ikoną kultury masowej, przefiltrowanej przez media, rozwodnionej, karykaturalnie wyostrzonej, a przez to trudnej do brania na poważnie.


Od tego momentu sytuacja się zmienia – główny bohater buntuje się przeciwko nałożonemu na niego zakazowi publikacji i próbie stępienia mu zębów poprzez wciągnięcie do mainstreamu. Jego walka z nowo powołanym prezydentem przechodzi w kolejną fazę. Równocześnie komiks robi się znacznie bardziej skupiony – wydarzenia zaczynają prześlizgiwać się z zeszytu na zeszyt w stopniu, który uniemożliwia opisywanie ich w autonomiczny sposób. To sprawne wykorzystanie struktury narracyjnej – rozsypanej i zdefragmentowanej na samym początku i wracającej do normy w momencie, w którym główny bohater przechodzi do kontrataku.

Jest w Jeruzalemie coś niesamowicie katarktycznego – obserwowanie, jak pełen ideałów degenerat metaforycznie przechodzi przez polityków jak nóż przez masło, udowadniając, że nawet jeśli niektórzy stoją ponad prawem, nie oznacza to, że nie jest w stanie dosięgnąć ich żadna forma sprawiedliwości. Pająk nie ma żadnych limitów jeśli chodzi o niszczenie ludzi, ale że zawsze są to ludzie zasługujący na najgorszą karę, kibicujemy mu bez większych oporów, a może nawet i z pewną dozą perwersyjnej przyjemności. W dzisiejszych czasach szczególnie jest to pożądane uczucie, ponieważ prawdziwi politycy w realnym świecie są w zasadzie nietykalni i nawet gigantyczne katastrofy wizerunkowe, niemal porównywalne z tym, co ujawnia główny bohater "Transmetropolitan", zdają się nie mieć wpływu na ich popularność sondażową i wyborczą. Trochę to zatrważające, że dekadenckie, zdegenerowane społeczeństwo z przesadzonej, fantastycznonaukowej satyry politycznej, jaką jest ten komiks, ma mocniejszy kręgosłup moralny niż nasze.

Pod względem szaty graficznej wszystko zostaje po staremu – Darick Robertson przesyca ilustracje koncepcyjnymi detalami przydającymi światowi przedstawionemu dodatkowych warstw. Czytanie graffiti na ścianach, nagłówków walających się po ulicach gazet czy holograficznych szyldów samo w sobie dostarcza wiele zabawy. Ekspresywne twarze i pozy bohaterów znakomicie wpisują się w satyryczny przekaz komiksu. Miasto z "Transmetropolitan" jest brudnym i nieprzyjemnym miejscem, ale jednocześnie miejscem, które posiada ogromny urok. Polskie wydanie również utrzymuje stały poziom, z dobrym tłumaczeniem i solidną oprawą gwarantującą wytrzymałość tomiszcza. 


Nie oszukujmy się – to trzeci tom zbiorczego wydania "Transmetropolitan" i ktokolwiek miał zacząć kolekcjonować tę serię, prawdopodobnie zaczął robić to już dawno. Jeśli jednak czyta tę recenzję ktoś, kto nadal się waha, spieszę zapewnić, że seria utrzymuje swój wysoki poziom. Tak, ten komiks w wielu aspektach się zestarzał – ale w wielu nabrał wyjątkowo niekomfortowej aktualności. Jednak nawet gdyby było inaczej, to punkowa drapieżność ellisowego pióra sprawia, że "Transmetropolitan" wciąż doskonale się broni – jeśli nie jako społeczny komentarz, to jako opowieść sama w sobie.

poniedziałek, 1 października 2018

#2461 - James Bond #2: Eidolon

W rok po premierze albumu "Warg" wydawnictwo Non Stop Comics opublikowało drugi tom serii "James Bond". Cykl ten ukazuje się od 2015, gdy za przygody agenta 007 wzięło się Dynamite Entertainment. Oficyna specjalizująca się w odświeżaniu klasycznych herosów, we współpracy z Ian Fleming Publications zapowiadała, że nowy wcielenie Bonda będzie adekwatne do współczesnych realiów, realistyczne, brutalnie, a jednocześnie w duchu literackiego oryginału. A jak wyszło?




niedziela, 2 września 2018

#2454 - James Bond #1: Warg

Komiks "James Bond: Warg" to oficjalny produkt sygnowany przez Ian Fleming Publications Ltd. Co znaczy mniej więcej tyle, że spadkobiercy i beneficjenci twórczości angielskiego pisarza wyrazili zgodę na napisaną przez Warrena Ellisa przygodę agenta 007. Niestety w tym konkretnym wypadku użycie znaku towarowego nie idzie w parze z jakością, bo scenariusz jest słaby i przewidywalny, bo oprawa graficzna jest mało atrakcyjna. 


piątek, 13 lipca 2018

#2435 - Transmetropolitan tom 2

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

Czytanie drugiego tomu zbiorczego wydania legendarnej komiksowej serii "Transmetropolitan" w epoce post-2016 jest przeżyciem, powiedziałbym, ambiwalentnym. Przypomina to trochę oglądanie pierwszej inkarnacji serialu "Star Trek", w której trafne przewidywania odnośnie tego, jak wyglądać będzie przyszłość (większa egalitarność płciowa i etniczna, superkomputery, błyskawiczna komunikacja na dalekie odległości, wyeliminowanie nałogu społecznego jakim jest palenie tytoniu, głosowe interfejsy) mieszają się z niekiedy komicznie wręcz przestrzelonymi. 


poniedziałek, 2 lipca 2018

#2432 - Injection

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

Powiedzmy, że posadzimy przy jednym stole wybitną naukowczynię o intelekcie, który przeraża nawet ją samą, supertajnego superagenta o nieludzkich umiejętnościach i wyszkoleniu, specjalistkę od komputerów i sztucznej inteligencji, genialnego prywatnego detektywa oraz potomka angielskich magów. 


sobota, 2 czerwca 2018

#2424 - Transmetropolitan tom 1

Autorem poniższego tekstu jest Michał Ochnik, który o kulturze popularnej i nie tylko pisze na blogu Mistycyzm popkulturowy.

"Wyjmij z ucha słuchawkę Bluetooth, odłącz router i odłóż czytnik Kindle Fire. Wracamy do 1997 roku" – pisze Stuart Moore w pierwszych słowach wstępu do opublikowanego właśnie przez wydawnictwo Egmont pierwszego tomu zbiorczego komiksowej serii "Transmetropolitan" autorstwa Warrena Ellisa (scenariusz) i Daricka Robertsona (rysunki). To dobra rada i każda osoba, która sięga po ten komiks powinna wziąć ją sobie do serca.


piątek, 18 listopada 2016

#2260 - Ministry of Space

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

W końcowym okresie działań związanych z II Wojną Światową, a także tuż po jej zakończeniu, Amerykanie przeprowadzili operację "Spinacz". Bez wiedzy Departamentu Stan, służby specjalne przerzucały na teren USA czołowych niemieckich naukowców. Byli to głównie fizycy i chemicy, ale znalazło się także i miejsce dla lekarzy. Alternatywna wersja tych wydarzeń stałą się kanwą mini-serii zatytułowanej"Ministry of Space", której pierwszy numer zadebiutował w 2001 roku.


wtorek, 8 listopada 2016

#2257 - Trees vol.2: Two Forests

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Długie osiemnaście miesięcy dzieli premierę pierwszego i drugiego tomu "Trees", świeżej serii sci-fi autorstwa Warrena Ellisa i Jasona Howarda. Przez moment zwątpiłem, iż kiedykolwiek doczekamy się zakończenia drugiego story-arcu i byłe przekonany, że czternasty zeszyt będzie finałem opowieści.


czwartek, 26 marca 2015

#1835 - Trees #1

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a został on pierwotnie opublikowany na łamach bloga poświęconego Image Comics.

Dziesięć lat temu Ziemia zmieniła się nie do poznania. Okazało się, że nie jesteśmy sami we wszechświecie. Na naszej planecie pojawili się oni. Wylądowali, górując nad miastami jak ogromne drzewa. I nie zrobili kompletnie nic – nie nawiązali kontaktu, nie przedstawili żądań. Po prostu są. Od dekady. W tym czasie niemal każdy aspekt ludzkiego życia musiał zostać podporządkowany temu, że nad głowami górują tytułowe drzewa.


czwartek, 8 maja 2014

#1594 - StormWatch

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Pierwsza odsłona „Z archiwum Image” traktowała o komiksie nieco bardziej ambitnym, ale nie pozbawionym wad. Dziś natomiast zajmę się fragmentem pewnej serii, która dopiero po czterech latach swojego istnienia stała się czymś zdatnym do czytania. Ale gdy to już nastąpiło, trudno było oderwać się od lektury. Panie i panowie, oto „StormWatch”.

poniedziałek, 11 listopada 2013

#1418 - Krótki zarys historii Image Comics cz.2: Wildstorm

Jest druga połowa września 2010 roku, gdy Dan DiDio, szef wydawnictwa DC Comics, ogłasza, że wraz z końcem roku przestaje istnieć Wildstorm Productions. Tym samym kończy się historia imprintu, który przeżył 18 lat i pod swoim szyldem wydał wiele ciekawych komiksów. A to, że te niemal dwie dekady obfitowały w wiele dobrych tytułów i udanych inicjatyw, postaram się udowodnić opowiadając historię Wildstormu.


Lata w Image Comics

Omawiane wydawnictwo zostaje zamknięte przez szefa DC, ale do życia powołano go wraz z uruchomieniem pięciu innych studiów, wchodzących w skład Image Comics – nowego gracza na komiksowym rynku z 1992 roku, który rzucił rękawicę ówczesnym gigantom Za jego powstanie odpowiedzialny jest jeden człowiek: Jim Lee. Przebojowy rysownik, który do dziś dzierży rekord sprzedanych egzemplarzy pojedynczego komiksu. Skłócony z poprzednim szefostwem Marveka, Lee przyjął ofertę Todda McFarlane’a oraz kilku innych uznanych twórców i rozpoczął budowanie rynkowej siły, która mogłyby konkurować "wielką dwójką". Jim Lee ochoczo zabrał się do roboty. Nie sam, bo u jego boku pojawili się młodzi i uzdolnieni komiksowi twórcy z Brandonem Choi`em, Scottem Campbellem i niedoszłym właścicielem własnego studia w Image – Whilce`m Portacio na czele. To właśnie oni stoją za wielkim sukcesem, który wkrótce potem odniosły tytuły z Wildstormu.

Za oficjalny początek życia Wildstormu należy uznać rok 1992, gdy na półki sklepowe trafiły premierowe numery serii „WildC.A.T.S.” i „Gen13”. Były to pierwsze, ale jednocześnie najważniejsze wyniki współpracy Jima Lee i Brandona Choi`a. Oba te tytuły nie tylko odniosły sukces, ale wywołały spory szum na rynku. Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim zawartych w komiksach postaci kobiecych. Rysowane przez Jima Lee bohaterki „WildC.A.T.S.” charakteryzowały się tym, iż były możliwie minimalnie odziane i prezentowane w pozach, które eksponowały najbardziej ich „atuty”. Niemal te same oskarżenia dotykały serię „Gen13”, lecz tu sprawa była znacznie poważniejsza. Tytuł ten opowiadał o grupie kilku nastolatków obdarzonych supermocami, a wraz z kolejnymi przygodami kolejni rysownicy uparcie odbierali im kolejne części garderoby. Oberwało się również Choi`owi, który napisał do jednego z zeszytów dość „mocną”, jak na ówczesny komiks dla nastolatków, scenę miłosną pomiędzy dwoma dziewczynami.

Jak nietrudno się domyślić, kontrowersje te nie zaszkodziły wspomnianym tytułom, a wręcz przeciwnie - wywindowały je w górę w comiesięcznej liście sprzedaży. Sukces ten nie mógł przejść niezauważony, dlatego Lee i jego ekipa poszli za ciosem. W latach 1993-95 powstają takie tytuły jak „Stormwatch” (gdzie rysunkami zajmowali się między innymi Brett Booth czy Matt Broome), „Deathblow” czy „Wetworks” (którego współtwórcą był Whilce Portacio), a „WildC.A.T.S.” i Gen13” są z powodzeniem kontynuowane. Na rynku panuje wciąż dobra koniunktura, Wildstorm poczyna sobie coraz śmielej.


Aby wykorzystać niewątpliwy sukces przedsięwzięcia, Lee postanawia oddzielić swoje tytuły od reszty Imageverse. Tak powstaje projekt o nazwie „Wildstorm Rising”, który okazuje się pierwszym w historii wydawnictwa crossoverem. W tym wydarzeniu brały udział jedynie te tytuły, których twórcą był Jim lub jego najbliżsi współpracownicy. Po jego zakończeniu, Wildstorm staje się oficjalnie autonomicznym edytorem w ramach Image. By zdobyć jak najwięcej nowych odbiorców, wkrótce powstają dwa animowane projekty. Niestety, kreskówkowe „WildC.A.T.S.” zostaje szybko skasowane, a „Gen13” nie doczekuje nawet emisji pierwszego odcinka. Porażkę w tym polu wydawnictwo powetowało sobie dość dużą i na pewno bardzo niespodziewaną popularnością fabularnej gry karcianej osadzonej w realiach Wildstorm Universe.

Rok 1995 przynosi debiut pierwszego imprintu Wildstorm. Homage Comics skupia się na autorskich projektach wielu uznanych komiksowych twórców, nie mających jednak nic wspólnego z głównym uniwersum. I projekt ten okazuje się być kolejnym strzałem w przysłowiową dziesiątkę, gdyż przynosi wiele doskonałych tytułów. To właśnie pod szyldem Homage wydane zostają takie komiksy jak „Astro City” Kurta Busieka, „Strangers In the Paradise” Terry’ego Moore’a, „Red” Warrena Ellisa czy „The Maxx” i „Zero Girl” Sama Kietha. Imprint ten przetrwał do roku 2004, gdy tytuły wchodzące w jego skład zostały włączone do tworu zwanego Wildstorm Signature Series.

Niemal dokładnie dwa lata później Wildstorm Productions sprowadza na świat swoje drugie dziecko. Cliffhanger, bo o tym malutkim wydawnictwie mowa, założony został przez Joego Madureirę, J. Scotta Campbella i Humberto Ramosa. Panowie ci również stworzyli kilka udanych tytułów, takich jak „Battle Chasers”, „Steampunk” czy wydany i w naszym kraju „Arrowsmith”. Podobnie jak Homage, również i Cliffhanger stał się później częścią Signature Series, które połączyło oba te imprinty w jeden.


Rok 1997 okazał się przełomem dla Wildstormu. To właśnie wtedy zdecydowano się oddać wszystkie główne serie wydawcy w ręce nowych, pierwszoligowych scenarzystów i rysowników. Przykładowo, Alan Moore dostał za zadanie zakończyć z klasą pierwszy wolumin „WildC.A.T.S.”, a Joe Casey i Sean Phillips rozpoczęli pracę nad drugim. Adam Warren przejął pisanie „Gen13” vol. 2 i całkowicie zmienił oblicze tej serii. Największe i najważniejsze były jednak zmiany, których sprawcą został Warren Ellis. Scenarzysta ten zajął się odświeżeniem nieco podupadłej serii „Stormwatch”, a także wprowadził do Wildstorm Universe grupę bohaterów nazywających się DV8. Z obu tych zadań wywiązał się znakomicie, bo oba te tytuły, wraz z nowymi „WildCats”, stały się rynkowymi przebojami.

Niestety, kryzys, który dotknął branżę komiksową pod koniec XX wieku uderzył zwłaszcza w mniejszych edytorów. Zauważając malejące słupki sprzedaży, Jim Lee zaczął szukać sposobu, który sprawiłby, że twórcy związani Wildstormu mogliby spokojnie realizować swoje projekty. Gwarancją tego miało się stać wykupienie WS od Image Comics przez jednego z wydawniczej „wielkiej dwójki”. W 1998 Wildstorm przeniosło się do DC Comics, stając się tym razem imprintem tego edytora, nie tylko potężnie uderzając w komiksowe uniwersum Image, lecz też w samo wydawnictwo.



Lata w DC

Dziecko Jima Lee rozpoczęło działalność w nowym domu od mocnego uderzenia. Ellis, który odpowiednio wcześniej doprowadził do zamknięcia swojego „Stormwatch” vol. 2, zaatakował półki sklepowe dziełem kontrowersyjnym i zmieniającym wówczas podejście do kwestii superbohaterów. „The Authority”, bo o tej serii mowa, wraz z końcem XX wieku wprowadza do tego typu komiksów nieco świeżości. Postacie w niej występujące metodami działania są dalecy od ideału: nie boją się zabijać, są brutalni, a swoją działalność opierają na zastraszaniu i groźbach. Jeśli dodamy do tego homoseksualne wersje Batmana i Supermana, to mamy przepis na medialny szum i… murowany sukces. Ale to nie wszystko, bowiem wraz z Johnem Cassaday`em Ellis stworzył „Planetary” – serię opowiadającą o tajnej organizacji zrzeszającej post-ludzi (czyli osobników z nadprzyrodzonymi mocami), która zajmowała się poznawaniem tajemnic, jakie stoją za powstaniem świata. Pomimo ciągłych opóźnień, seria ta była jedną z najchętniej kupowanych pozycji z logiem Wildstormu aż do jej zakończenia w 2009 roku.

Rok 1999 wart jest jednak odnotowania z jeszcze jednego powodu – powstania trzeciego już imprintu w strukturach Wildstormu. Tym razem na jego czele stanęła jedna osoba i był nią sam Alan Moore. America`s Best Comics (niezbyt skromna nazwa, nieprawdaż?) startuje z takimi tytułami jak „Liga Niezwykłych Gentlemanów”, „Top 10” czy „Tom Strong”. Jako ciekawostkę dodam, że ABC formalnie nadal istniało do końca 2010 roku, choć już od ładnych paru lat nie wypuszczano więcej niż jeden tytuł rocznie (2009 – „Top Ten” vol.2, 2010 – „Tom Strong and the Robots of Doom”). Sam Alan Moore odszedł pod koniec 2008 roku, by ponownie pisać komiksy niezależne, a jedyny tytuł z ABC, jaki przy nim pozostał, to „Liga…”, której nowe przygody wydaje już Top Shelf.

Kolejną wartą odnotowania datą jest z pewnością rok 2001, gdy zdecydowano się na krok, który stał się pierwszym w kierunku zniszczenia Wildstormu. Tytuły dotąd związane z głównym uniwersum tego wydawcy dostały na okładkach znaczek „Eye of the Storm” i przemianowane zostały na komiksy dla dorosłego czytelnika (za wyjątkiem „Gen13” vol.2). Ruszają takie serie jak „The Authority” vol.2 Robbiego Morrisona, „Stormwatch: Team Achilles”, „Sleeper” Eda Brubakera i wreszcie „WildCats 3.0” Joego Casey`a. O ile dwie pierwsze nie zostały przez fanów przyjęte zbyt ciepło, o tyle kolejne aspirowały do miana najlepszych tytułów w historii Wildstormu. Żeby to udowodnić, wystarczy wspomnieć, że seria „WildCats 3.0” została uznana jedną z dziesięciu najlepszych comiesięcznych pozycji komiksowych lat 2001-2010. Niestety, całą wymienioną powyżej czwórkę łączyło jedno – sprzedaż znacznie poniżej oczekiwanych wyników. Kilka miesięcy po crossoverze „Coup D’Etat” wszystkie te serie zostały skasowane. Najbardziej uderzyło to w Joego Casey`a, który zrealizował jedynie nieco ponad połowę tego, co chciał pokazać w trzeciej serii o przygodach „Dzikich Kotów”.


Niepowodzenie to sprawiło, że serie spod szyldu Wildstorm Universe zaczęły być traktowane jako spory problem. Dlatego w latach 2004-2007 ciężko było doszukiwać się jakiejś porażającej ilości nowych propozycji. Z tego okresu, czytelnicy pamiętają w zasadzie jedynie „The Authority Revolution” Eda Brubakera, wydawane zaledwie rok „Gen13” vol.2 i promowanego nawet w regularnym DC „Majestica”. Oprócz tego pojawiło się kilka mini-serii, jednak żadna z nich nie odniosła spektakularnego sukcesu. Próbowano jednak odbić sobie tę porażkę poprzez reorganizację imprintów. Rok 2004 przynosi wspomniane już narodziny Wildstorm Signature Series, gdzie debiutują przykładowo znakomita „Ex Machina” Brian K. Vaughana, „Desolation Jones” Warrena Ellisa czy „Albion” napisany przez córkę Alana Moore’a. Jednakże już w 2006 znaczek W:SS zniknął z okładek komiksów, a sama ich liczba została drastycznie ograniczona.

Droga ku zagładzie

Ponieważ liczby nie kłamią, szefostwo Wildstormu zauważyło, że niemal wszystkie ich propozycje sprzedają się słabo. Postanowiono ratować jakoś finanse wydawnictwa i zrobiono to w najgorszy możliwy sposób. Dwa kroki, które postawiono, doprowadziły do tego, że wraz z końcem 2010 roku edytor przestał istnieć. Prześledźmy je.

Po pierwsze: by przyciągnąć nowych odbiorców, wydawca zaczął wydawać komiksy na licencjach znanych marek. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, jeśli wybierze się odpowiedni produkt i wyda go na dobrym poziomie. Niestety, po sukcesie serii „World of Warcraft” – jednej z pierwszych, które Wildstorm wydał na licencji - szefowie uwierzyli w to, że wszystko, co wydadzą, przyniesie spory zysk. Od tego momentu rozpoczyna się zalewanie rynku rozmaitymi pozycjami, które prześcigały się w tym, która z nich będzie gorsza. Przez cztery lata tytuły licencjonowane sukcesywnie wypierały projekty autorskie, jednak o jakimkolwiek sukcesie można mówić tylko w przypadku trzech. Zarobiły na siebie i nie raziły głupotą wspomniany wyżej „WoW” i oparte na innych grach, czyli „Gears of War” oraz „God of War”.


Po drugie: w 2006 roku postanowiono dać jeszcze jedną szansę Wildstorm Universe. Uniwersum to zostało oficjalnie uznane za Ziemię-50 w świecie DC (co dało przykładowo możliwość konfrontowania Authority z Justice League of America), a następnie zatrudniono najlepszych scenarzystów, by przywrócili blask poszczególnym tytułom. Akcja znana pod nazwą „Worldstorm” zupełnie jednak nie wypaliła. Murowane hity, jakimi miały być „WildCats” vol.4 i „The Authority” vol.3, zostały skasowane po odpowiednio jednym i dwóch numerach. Powód? Scenarzysta obu tytułów, którym był Grant Morrison, zerwał kontrakt z Wildstormem, gdyż nie umiał porozumieć się z Jimem Lee w sprawie losów obu serii. Nieoficjalnie mówi się, że denerwowały go wieczne opóźnienia w pracach rysowników obu pozycji, a w końcu za stronę graficzną nowych „WildCats” odpowiadał sam założyciel wydawnictwa.

Inne tytuły również okazały się niewypałem, tym razem jednak pod względem finansowym. Nadmienić trzeba też jednak, że Brian Azzarello („Deathblow” vol.2) i Mike Carey („Wetworks” vol.2) stworzyli chyba najsłabsze dzieła w swych karierach. Z całego Worldstormu z życiem wyszły jedynie „Gen13” vol.4 i „StormWatch PHD”, które to zostało skasowane po numerze dwunastym, ale decyzję zmieniono i pół roku później wydano kolejny zeszyt.

W 2008 roku postacie z Wildstormverse uczestniczyły w kolejnym crossoverze, którego reperkusje dawały nadzieje na lepsze jutro. Trzy, następujące po sobie historie: „Wildstorm: Armageddon”, „Wildstorm: Revolutions” i „Number of the Beast” sprawiły, że Ziemia-50 została niemal zupełnie zniszczona w wyniku ataku post-ludzi, a 90% ludzkości zginęło. Głównym zajęciem bohaterów staje się ochrona tych, którym udało się przetrwać i zapewnienie im bytu, a także próba uratowania planety, która powoli zmienia się w martwą pustynię. Tu, do wspomnianych wyżej dwóch tytułów dołączają kolejne odsłony „The Authority” i „WildCats” i choć okres ten przynosi kilka naprawdę dobrych historii (z dobrej strony pokazał się zwłaszcza Ian Edginton w „StormWatch PHD”), to jednak słupki sprzedaży zatrzymały się w okolicach 6-8 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, co nie mogło nikogo zadowalać.


Początek roku 2010 przynosi kolejne ciosy – zakończone zostają najbardziej dochodowe serie, czyli „Ex Machina” i „World of Warcraft”, a Kurt Busiek ogłasza, że jego „Astro City” udaje się na kilkumiesięczny odpoczynek. Dodatkowo, ponieważ ostro promowane „DV8: Gods and Monsters” Briana Wooda i „Victorian Undead” Iana Edgintona nie okazały się być nadzwyczajnym sukcesem finansowym wiadomym było, że nad Wildstormem zbierają się ciemne chmury. W końcu, wrzesień 2010 przynosi wiadomość o likwidacji imprintu.

Tak wyglądała historia wydawnictwa, które przeszło długą drogę, ocierając się zarówno o bramy komiksowego nieba, kończąc jednak w ekonomicznym piekle. Życzę jednak Wam i sobie, by tytuły tego edytora zostały na długo zapamiętane. Z pewnością niektóre są tego warte.

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

piątek, 20 września 2013

#1373 - Frankenstin`s Womb

Znany i zasłużony pisarz, Brian W. Aldiss twierdzi, że książka Mary Shelley „Frankenstein” to pierwsza prawdziwa i pełnoprawna powieść science-fiction. Jak dowodzi, nie dość że jej bohater świadomie odnosił się do ówczesnych teorii i odkryć naukowych, to sama historia miała (i nadal ma) olbrzymi wpływ na literaturę i kulturę masową, inspirując twórców i przyczyniając się do rozwoju samego gatunku.

Nie można odmówić mu racji. Liczba adaptacji, wariacji, pastiszów i nawiązań wydaje się nie mieć końca, a i nazwiska artystów korzystających z dziedzictwa Shelley (m.in. Tim Burton, Danny Boyle, Kenneth Branagh czy Ridley Scott) zdają się potwierdzać słowa Aldissa. Cegiełkę do tej kolekcji dołożył również Warren Ellis, bezkompromisowy scenarzysta komiksowy wielokrotnie podejmujący w swych dziełach tematy związane z transhumanizmem. Swoją historię opowiada z punktu widzenia Mary Wollestonecraft-Godwin, podróżującej przez Związek Niemiecki wraz z przyszłym mężem (Percym Shelley) i kuzynką. Ich celem jest willa Diodati nad Jeziorem Genewskim i spotkanie towarzyskie z Geroge Byronem. Nim jednak tam dotrą, robią przystanek przy niesławnym zamku Frankenstein, niegdyś zamieszkiwanym przez Johanna Dippela – głośnego pisarza, teologa i alchemika.

Nieposkromiona ciekawość Mary prowadzi ją przez labirynty ruin, w których napotyka Potwora, echo dawnych wydarzeń a zarazem zwiastuna rewolucji naukowej. Żywy, czy też eteryczny (niczym duchy z „Opowieści Wigilijnej”) ukazuje jej przeszłość - Dippela próbującego rozwikłać tajemnicę kamienia filozoficznego, eksperymentującego z elektrycznością i ludzkimi zwłokami - oraz przyszłość, w której elektryczność wykorzystywana jest do monitorowania akcji serca pacjentów i przywracania ich do życia. Przez filozoficzny dialog i monolog oraz naświetlenie pewnych faktów z jej własnego życia próbuje przygotować ją na nadejście przyszłości, której ma być ona zarzewiem. Ellis w swej opowieści odnosi się nie tylko do biografii Mary ale też do jednego z przypuszczeń, jakoby inspiracją do stworzenia „Frankensteina” była domniemana wizyta na zamku i niechlubne eksperymenty Dippela. Świadomie, czy nie, popiera twierdzenie Aldissa, przedstawiając pisarkę jako Prometeusza, który dał ludzkości nowe spojrzenie na naukę, jednoznacznie przyczyniając się do powstania science-fiction jako gatunku.

„Frankenstein’s Womb” można potraktować jako bardzo osobisty list miłosny Warrena Ellisa do Mary Shelley, gdzie autor oddaje hołd prekursorce i wyraża swoje uwielbienie dla jej dokonań. Otacza ją aurą niesamowitości i chyba podświadomie, jako twórca również poruszający się w stylistyce science-fiction, zdradza swoją zazdrość o tak przełomowy debiut. Krytycy za oceanem, bardzo chłodno przyjęli ten album, zarzucając scenarzyście zbyt monotonną narrację, mało fascynującą historię i brak jakichkolwiek zwrotów akcji i napięcia. Mam jednak wrażenie, że jemu nie zależało na dogodzeniu publiczności, a jedynie na uzewnętrznieniu swojego podziwu dla Mary Shelley i wpływu jej dzieła na całą kulturę. Zrobił to w jedyny możliwy sposób: konstruując spokojną, nostalgiczną, intymną historię. Może Ellis nie błyszczy tutaj tak, jak w innych swoich – przecież również przełomowych i znaczących – dziełach, ale dzięki temu, tak naprawdę gwiazdą w tym albumie okazuje się być Marek Oleksicki, który pokazał wszystko to co ma najlepsze w swym arsenale twórczym.

Album narysowany dla Ellisa to debiut Marka na amerykańskim rynku. Wycisnął ze scenariusza wszystkie możliwe soki i wspaniale wpisał się w ponury i tajemniczy klimat opowieści, mimo że musiał ograniczać się jedynie to statycznych kadrów. Nadał jej bardzo gotyckiego charakteru – czyli takiego, w jakim został stworzony „Frankenstein” – z wielką pieczołowitością oddając wszystkie szczegóły zarówno samego zamku, otaczającej go przyrody jak i postaci. Scena z pędzącą karetą kipi enigmatyczną grozą, zaś pierwsze spojrzenie na potwora jest tyleż przejmujące co mocno zapadające w pamięć. Z kolei kadry z eksperymentującym Dippelem to prawdziwy majstersztyk, z którego aż wybuchają wulkany energii. W szczególności uwagę należy zwrócić na design samego potwora, zmęczonego swą egzystencją, dźwigającego na barkach ciężar doświadczenia, pooranego zmarszczkami rozkładu, z oczami zbitego psa. Cudownie niepokojący i mrożący krew w żyłach. Oleksicki, za oceanem pochwalony i doceniony, pokazał się z najlepszej strony dopisując przepiękne post scriptum pod listem Ellisa, a także wystawiając sobie fachowe portfolio, które być może zaowocuje kolejnymi zleceniami na tamtejszym rynku.

Choć „Frankenstein’s Womb” nie jest dziełem wybitnym, przełomowym, ani nawet rozrywkowym, pozostawia po sobie dobre wrażenie i miłe uczucie satysfakcji. Na pewno doceni je Brian Aldiss i wszyscy ci, na których swoje piętno odcisnęło dziedzictwo Frankesnteina.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch

wtorek, 6 marca 2012

#0984 - Zaginienie w druku

Łukasz Mazur w znakomitym tekście „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” pisał o komiksach, które z różnych przyczyn, nigdy nie ujrzały światła dziennego. Pisał o niedokończonych projektach i pochowanych gdzieś w piwnicach szkicach, którym nigdy nie było dane trafić na sklepowe półki w formie kolorowego zeszytu. Uznałem, że temat ten jest na tyle obszerny, że warto podjąć go w kolejnym tekście, będącym niejako kontynuacją pracy, jakiej podjął się wtedy Łukasz.

Bezpośrednim impulsem do jego napisania był artykuł (część pierwsza i druga) zbierający pasujące do powyższego opisu przypadki, jaki ukazał się na serwisie CBR. Nie łudzę się nawet, że uda mi się wyczerpać temat. Wziąłem na warsztat ledwie kilka najciekawszych przypadków, za którymi kryją się ciekawe historie. A swoją wyliczankę zacznę od tych komiksów, którym od czasu publikacji tekstu Łukasza, udało się jednak ukazać. 

Doktor, który mógł zmienić historię komiksu

Choć wielu postawiło krzyżyk na „Batman: Odyssey”, Nealowi Adamsowi udało się samodzielnie zrealizować połowę z planowanej na dwanaście zeszytów autorskiej mini-serii. Na styczeń 2012 roku zaplanowana premierę 4 zeszytu drugiego woluminu. Warto wspomnieć, że komiks spotkał się z druzgoczącą krytyką wśród fanów. Po kilku latach również Frankowi Millerowi dał radę wreszcie skończyć „Holy Terror!”. Album, który został zapowiedziany w 2006, ukazał się nakładem Dark Horse Comics we wrześniu minionego roku. Jego fabuła pierwotnie miała opowiadać o Batmanie broniącym Gotham City przed atakiem terrorystów. Po rozstaniu z DC Comics Miller musiał zrezygnować z postaci Mrocznego Rycerza i zastąpić go bohaterem zwanym Fixer, ale fabularny kościeć i treść z grubsza pozostała taka sama. A jak już jesteśmy przy Batku i Millerze – już rok temu zapowiedziano, że w 2011 roku „All Star Batman & Robin, Boy Wonder”, przemianowane na „Dark Knight: The Boy Wonder”, zostanie dokończone. Ale od tamtego czasu w tym temacie panuje cisza, a Jim Lee, który był jednym z architektów rebootu DC, ma w co ręce włożyć. Nie spodziewałbym się dalszych postępów w tym temacie. Podobne rzecz ma się w przypadku pozostałych tytułów linii „All Star”, a więc tych z Batgirl (Geoffa Johnsa i J.G. Jonesa) i Wonder Woman (Adama Hughesa), które wydają się nie pasować do obecnej linii wydawniczej Dana DiDio. Choć Hughes pytany o Dianę zaprzecza, że jest martwa – znajduje się jedynie w głębokiej śpiączce, z minimalnymi szansami na przebudzenie.

A pozostając jeszcze przy Franku Millerze – obok wspomnianego już przez Łukasza projektu „Jesus”, dla Dark Horse Comics, mającym być wierną, inspirowaną tyleż Pismem Świętym, co podaniami historycznymi biografią Jezusa z Nazaretu, warto wspomnieć o innym zarzuconym komiksie, na którego realizację dziś nie ma już żadnych szans. W seriach Marvela z datą „luty 1981” na okładce pojawiła się zapowiedz, że stery w on-goingu „Doctor Strange” przejmą scenarzysta Roger Stern i właśnie Miller, który miałby się zająć ilustracjami. Stern po latach wspomina, że jego wspólna praca z jednym z największych współczesnych amerykańskich komiksiarzy przy Mistrzu Sztuk Mistycznych skończyła się jedynie na omówienie koncepcji tego, co chcieliby ze Strange`m zrobić i jednej okładce. W końcu Marshall Rogers został przydzielony Sternowi, a Miller pracując przy „Daredevilu” dołoży pierwszą cegiełkę do rewolucji komiksowej lat osiemdziesiątych. Ciekawe jakby dziś wyglądała historia amerykańskiego komiksu, gdyby wtedy zdecydował się na rysowanie Strange`a. Inny wspólny projekt spółki Stern/Miller, mini-seria z Nickiem Fury`m, nigdy nie wyszedł poza luźne rozmowy.

Strange`owi nie poszczęściło się z Millerem, nie poszczęściło się mu również z Harlanem Ellisonem. Kiedy w 2000 roku Joe Quesada przejął władzę w Marvelu zaczął szukać twórców spoza branży, których nazwiska przyciągałyby nowych czytelników. W kwietniu na WonderConie pojawiła się sensacyjna wiadomość, że Stranege`m zaopiekuje się Ellison i John Romita Jr. O współpracy z Domem Pomysłów ten znakomity pisarz science-fiction rozmawiał już wcześniej i przymierzał się do przejęcia „Silver Surfera”, ale ostatecznie miał opowiedzieć historię o śmiertelnej chorobie Dormammu, którego śmierć mogłaby przyczynić się do zagłady całego wszechświata. Strange musi ruszyć mu na ratunek. Niestety, szefostwo Marvela bardzo szybko zdementowało rewelacje młodszego Romity, który przedwcześnie wyskoczył z luźnym pomysłem, a do współpracy Domu Pomysłów z Ellisonem nigdy nie doszło.

Kino i telewizja vs. komiks

Kolejną, bardzo ciekawą komiksową historią alternatywną są losy Człowieka Pająka. W sierpniu 2002 roku Quesada w wywiadze dla magazynu „Cinescape” zapowiedział odświeżeni linii spider-komiksów. Kevin Smith i Terry Dodson mieli przejąć „Amazing Spider-Mana”, „Spider-Man” miał powędrować na ręce innego scenarzysty związanego z branżą filmową J. Micheala Straczynskiego i Johna Romity Jra, a Paul Jenkins i Humberto Ramos mieli dostać nowy tytuł. Dwie trzecie z tych planów dało się zrealizować – JMS wylądował ostatecznie w „Amazingu” i wywrócił życie Petera Parkera do góry nogami, a Jenkins i Ramos odwalili kawał dobrej roboty w „Spectacular Spider-Manie”. Skrypty Smitha do Pajęczaka może jeszcze kurzą się w jego szufladach, a być może jakaś ich cześć została wykorzystana w mini-serii „Spider-Man/Black Cat: The Evil That Men Do”, kolejnym nigdy nie ukończonym projekcie. Nieudane podejście do Spidera zaliczył również Jeph Loeb. Wraz z J. Scottem Campbellem, który w 2006 roku, jako jeden z najgorętszych rysowników podpisał ekskluzywny kontrakt z Marvelem, mieli przejąć któryś z spider-on-goingów w 2008. Potem zaczęła się huśtawka. Rok wcześniej projekt został skasowany, tylko po to aby powrócić w 2010. Niedawno Tom Brevoort zapewniał, że nad komiksem wciąż trwają prace, ciągle jest planowany, ale wciąż jest za wcześnie, aby mówić o jakichkolwiek konkretach. Nie wierzę, żeby tego Spider-Mana udało się dociągnąć do końca, podobnie, jak loebowe projekty z „kolorowego” cyklu – „Captain Amercia: White” i „ Iron-Man: Gold”. Loeb w tej chwili pracuje w telewizyjnym departamencie Domu Pomysłów i ma inne rzeczy na głowie.

Chociaż Straczynski zamknął swój run w „ASM” (choć nie bez pewnych problemów), ma na sumieniu kilka innych niedokończonych historii. „Superman” i „Wonder Woman” to dwa bardzo dobre przykłady rozpoczęcia dłuższej fabuły i zostawienia jej innemu scenarzyście/rysownikowi, aby zająć się innymi projektami (w tym przypadku rolę nowej zabawki odgrywa „Superman: Earth One”). Wciąż nie wiadomo, jaki los czeka „Samaritan X”, ogłoszonej w marcu powieści graficznej o pracy szpitala w Gotham City. JMS potwierdza, że nie zrezygnował z tego pomysłu, zajęty innymi rzeczami, nie mógł poświęcić „SX” odpowiednio dużo uwagi. Obiecuje, że już niedługo będzie o tym komiksie głośno. Kończąc wątek o związkach ze światem filmu trzeba jeszcze napisać o Bryanie Singerze. Ojciec sukcesu dwóch pierwszych części filmowych mutantów, po premierze sequela miał wraz z Danem Harrisem i Michealem Dougherty`m miał przejąć „Ultimate X-Men”, ale niestety pochłonęła go praca nad obrazem „Superman Returns”. Obecnie pomysł, po licznych zawirowaniach w ultimateverse, nie ma szans na realizację.

Złośliwość rzeczy martwych

Zaginione w druku komiksy zdarzają się nie tylko majorsom. Jednym z najciekawiej zapowiadających się projektów, na którego publikację wciąż istnieje szansa, jest „Everest: Facing The Goddess”. Dwunastoczęściowa seria miała być opatą na faktach opowieścią o zdobywaniu najwyższej góry świata. Wydawca, Oni Press, podczas Free Comic Book Day w 2004 roku opublikowało nawet kilka plansz, ale od tamtego czasu nabrało wody w usta. Autorzy tej serii, Greg Rucka i Scott Morse (ach, już widzę tej majestatyczne pejzaże dachu świata!), nie uważają sprawy za zamkniętą. Obaj spotkali się ostatnio na którymś z mniejszych konwentów i pomysł odżył. Czy uda się go skutecznie przenieść na papier?

W kategorii zapowiedzianych, ale opuszczonych skryptów prawdziwym rekordzistą jest jednak Warren Ellis. Trudno zliczyć ile pomysłów przeleciało przez jego głowę, ile pojawiło się w formie szkicu, a o ilu pojawiła się oficjalna informacja. Po częśc winna jeste temu awaria jego dysku twardego, przez którą w 2008 roku bezpowrotnie stracił kilka ze swoich scenariuszy. W cyfrowych odmętach na zawsze pogrążyła się kontynuacja powieści graficznej „Orbiter” pod tytułem „Stealth Tribes”. Komiks miał ukazać się pod koniec 2004 roku i po ciągłym odkładaniu daty premiery zwieńczonym rzeczoną awarię wypadł z planów Vertio. Ale Ellis i Colleen Doran zapewniają, że końcu ujrzy światło dzienne. Do lamusa odłożono „The Operation” dla Oni Press z rysunkmi Phila Hestera i Andego Parksa. Obszerny preview serii ukazał się „Oni Press Color Special 2002”, w którym zaprezentowano przygody grupy tajnych agentów na tropie spraw tyle paranormalnych, co dziwacznych i humorystycznych.Dla Image Comics Ellis miał przygotować scenariusz do sequela „J.U.D.G.E”, dzięki któremu Greg Horn przebił się do Marvela. Rysownik w 2000 roku zapewniał, że przygody Victorii Grace i jej radosnej bandy psychopatów miały być kontynuowane przez scenarzystę „Transmetropolitan” i „Planetary”. Z początku Horn był zachwycony tym, co wychodziło spod ręki Ellisa, ale komiks zwyczajnie zaginął w akcji i kompletnie nie wiadomo, co się z nim dzieje.

„Morning Dragons” był jednym z najwspanialszych pitchów, jakich dokonał Jim Valentino, szefujący ówcześnie Image Comics. Japonia, 1180 rok. Kiyimori, był kapłan, a obecnie samuraj przechadza się po swojej wiosce. Nagle, na tle zachodzącego słońca widzi sylwetki dwóch smoków zbliżających się do brzegu – to drakkary Wikingów… Brzmi nieźle, co? Niestety, perspektwa robienia stustronnicowej powieści graficznej ze Stevenem Lieberem na kiepskim kontrakcie nie uśmiechała się Ellisowi i zarzucił ten projekt. Natomiast w Avatarze miała wystartować seryjna antologia zatytułowana „Night Radio”, w której młodzi scenarzyści dostaliby możliwość pokazania swoich talentów i zaistnienia na rynku. Wśród jej autorów oprócz Ellisa padały również nazwiska Matta Fractiona i Antony`ego Johnstona. Był to grudzień 2001 roku i zanim cokolwiek w tym temacie się ruszyło, to Fractionowi i Johnstone`owi udało się przebić innymi drogami.

Na tą chwilę to wszystko, ale wcale nie mam zamiaru wcale podsumowywać tematu. Materiału jest jeszcze tyle, że bez problemu wystarczy na kolejny odcinek. I wcale nie są to jakieś resztki! Zapowiadane niedawno, bo w ledwie w 2009, „Multiversity” Granta Morrisona, wspólny komiks Matta Fractiona i Fabio Moona, nowa, godna XXI wieku wersja Kapitana Ameryki Chucka Dixona i Grega Landa. I wreszcie, prawdziwa wisienka na torcie - mini-seria z Punisherem i Nickiem Fury rysowana przez Jima Lee, kreską z najwcześniejszych dziewięćdziesiątych, zanim jeszcze przejął „Uncanny X-Men”. To jeszcze nie koniec…

piątek, 2 marca 2012

#0980 - John Constantine:Hellblazer - Haunted

"Haunted" to początek nieoczekiwanie krótkiej przygody charyzmatycznego Warrena Ellisa ze światem Johna Constantine'a, która to, jak wiadomo, zakończyła się swego rodzaju skandalem. Przeglądając różne miejsca w sieci często spotykałem się z opinią, iż Ellis tak naprawdę nie zdążył wsiąknąć w tenże serial, że jego praca przerwana została w momencie, gdy dopiero zaczynał się rozkręcać. Na wszelki wypadek przygotowałem się więc na ewentualny niewypał. Dopiero w trakcie lektury uprzytomniłem sobie, że sugerowanie się opiniami innych  - tych, o których gustach nie ma się większego pojęcia - to jedna z najgłupszych rzeczy pod słońcem.


Fabuła jest stosunkowo prosta. Oto Constantine, chwilę po tym, jak kolejny dzień rozpoczął od sięgnięcia z łózka po paczkę papierosów, dowiaduje się z porannej gazety o brutalnym morderstwie dokonanym na jego ex-dziewczynie. Nie widział jej już kopę lat, ale jako, że jest jednym z tych wrednych skurwysynów, którzy jednak poszczycić się mogą dobrym sercem, na informację tę nie pozostaje obojętnym. Z pomocą pewnego zaprzyjaźnionego policjanta dociera na miejsce zbrodni, gdzie jasnym staje się, iż nazwanie mordu brutalnym to cokolwiek subtelne ujęcie rzeczy, a i sprawcy całego zamieszania daleko do "zwykłego" psychopaty. Chwilę później bohater przechadza się okolicznymi ulicami i spotyka uwięzionego ducha dziewczyny.

Pierwsza część historii nie zapowiada nic szczególnie oryginalnego, zresztą sama w sobie jest niekoniecznie interesująco opowiedziana (jeśli nie liczyć upiornego nastroju). Nie, żeby miało być od razu nijako, ale po prostu brakuje odpowiedniej dawki empatii. Tego czegoś, co sprawiłoby, iż łatwo byłoby uwierzyć, że zamordowana Isabel naprawdę coś dla bohatera znaczyła, a tym samym jej śmierć podziałałaby jakoś i na odbiorcę. Bo początkowo jedynym fragmentem, który w jakikolwiek sposób wpływa na emocje, jest wspomniana wizyta na miejscu zbrodni - ze względu na coraz to bardziej makabryczne szczegóły mordu.

Wkrótce jednak okazuje się, iż "Haunted" to rzecz diabelnie przemyślana, a przynajmniej w wypadku przeważającej większości składających się nań elementów. Co najważniejsze, główny wątek fabularny jest do pewnego stopnia pretekstowy. Scenarzysta posługuje się nim, aby móc wyprawić Constantine'a w niekończącą się podróż po najciemniejszych zakamarkach Londynu. Opowieść zaczyna w pewnym momencie budować na coraz liczniejszych, zawsze bardzo ciekawych dygresjach, od odniesień do polityki i kwestii społecznych po - przede wszystkim - specyficzne fakty historyczne dotyczącego angielskiej stolicy. Dygresje te początkowo jawią się jako ozdobniki głównego wątku, z czasem jednak zaczynają dominować, a wreszcie bardzo zgrabnie kleić się z nim w nierozerwalną całość, tworząc jeden wielki portret miasta - żyjącego organizmu u swoich podstaw mającego zbłąkane dusze zmarłych.

Wiecznie zbuntowany Ellis nadaje "Hellblazerowi" nonkonformistycznej tonacji. Szare tłumy pędzące za dnia do pracy, jak również pewne konsumpcyjne szopki, zestawia z tym, co brzydkie, brudne i paskudne, ale co, jak podkreśla, jest zdecydowanie prawdziwsze. Constantine'a czyni on przewodnikiem po miejskim krwiobiegu. Królem labiryntu składającego się ze slumsów, pustostanów czy podziemi, miejsc zamieszkałych lub regularnie odwiedzanych przez kolejnych społecznych wyrzutków. Autor tworzy więc nieco prowokacyjny portret nowoczesnej metropolii, dokładnie tak, jak robił to w kultowym "Transmetropolitan". Nie zapomina przy czym jednak o głównych wyznacznikach "Hellblazera", podporządkowując swój indywidualny styl oryginalnemu charakterowi serii. Londyn traktuje niczym narzędzie opowieści grozy. To żywe cmentarzysko zastępujące klasyczne gotyckie zamki, mroczne lasy czy bagna. Pod tym kątem Ellis robi więc mniej więcej to, za co we wstępie do tomu "Strach i wstręt" chwalił jednego ze swoich poprzedników, Gartha Ennisa. Grozę wyciska z szarej rzeczywistości, potworów odnajduje wśród ludzi.


Skojarzeń ze słynnym runem Ennisa jest zresztą ciut więcej. Pomijając co brutalniejsze fragmenty komiksu, największym podobieństwem jest portret samego Johna Constantine'a. Szybko dowiaduje się on, iż poszukiwany przezeń morderca Isabel jest magikiem, do tego zapatrzonym w okultystyczne eksperymenty legendarnego Aleistera Crowleya. Aby ułatwić sobie zadanie bohater odwiedza więc kolejnych starych znajomych po fachu, ci zaś okazują się odzwierciedlać jego ewentualne przyszłe oblicza, w zależności od tego, jaką drogą później podąży. A opcji do wyboru jest dużo. Brzmi znajomo? Wszak to - do pewnego stopnia - inna wariacja na temat kreacji bohatera zaprezentowanej przez Ennisa w tomie "Niebezpieczne nawyki".

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to John Higgins spisał się całkiem nieźle. Prostotą i czytelnością przypominał mi nieco prace Steve'a Dillona, aczkolwiek jest i mniej monotonny i jednocześnie mniej charakterystyczny. Początkowo przeszkadzała mi jego interpretacja twarzy bohatera, kojarzyła mi się bowiem raczej z jakąś postacią z opowieści szpiegowskiej ("John Constantine, dzielny agent jej królewskiej mości"). Na szczęście z czasem przyzwyczaiłem się i o swoich skojarzeniach zapomniałem. Gorzej, kiedy w kilku scenach przyszło bohatera rozebrać - ciężko uwierzyć, iż ciało tak łajdaczącej się jednostki pokryte może być takimi mięśniami. Jakby właśnie wyszedł z siłowni. Od początku za to podobał mi się okazjonalnie stosowany, całkiem pomysłowy układ rysunków na wybranych stronach - kiedy to subiektywna narracja otrzymuje swoje własne miejsce poza kadrami. Wygląda to bardzo estetycznie. Ale najlepsze są i tak same okładki kolejnych zeszytów autorstwa mistrza realistycznej grafiki Tima Bradstreeta. Jego prace niemal zawsze rozkładają mnie na łopatki.

Żeby jednak nie było za miło, należałoby wspomnieć o pewnym grzechu, jaki scenarzysta tu, niestety, popełnia. Jest nim mianowicie częściowa niespójność. Jakkolwiek, jak pisałem, kolejne elementy zaczynają się bardzo zgrabnie ze sobą kleić, to jednak sam główny wątek jest niewątpliwie na siłę wydłużany. Autor pewnymi niejasnościami zwyczajnie maskuje fakt, iż historia powinna być jakieś dwa razy krótsza. Czyli dużo krótsza. Tyle że wówczas nie mógłby snuć tylu opowieści o życiu i zbrodni, które to w połączeniu z zakończeniem czynią "Haunted" esejem na temat natury ludzkiej. Mało tego, w najlepszych, mniej czy bardziej oderwanych od głównego wątku fragmentach jasnym staje się dlaczego swego czasu postrzegano  go jako artystę, który kiedyś być może stanie się godnym następcą Alana Moore'a.

środa, 23 listopada 2011

#907 - Detektyw Fell: Zdziczałe miasto

Witajcie w Snowtown! To miasto, w którym diabeł mówi swoje przysłowiowe dobranoc, nocami dzikie psy zagryzają ludzi w samym centrum, a psychopaci faszerują tłuczonym szkłem banany w najbliższym spożywczaku. To nie Gotham, z galerią ubranych w kolorowe kostiumy wariatów, to nie przeestetyzowana Basin City, to nawet nie Opole, tylko opuszczone przez Boga siedlisko najobrzydliwszego zła. Nowoczesna Sodoma i Gomora, pogranicza naszej cywilizacji, etyki, prawa. Do Snowtown trafiają ludzie ze społeczenego marginesu, usunięci z "normalnego" świata, który w przestrzeni świata przedstawionego znajduje się za mostem.
Właśnie stamtąd przybywa do Snowtown tytułowy bohater, detektyw Fell. "Stąd jest wszędzie daleko. Zimniej tu niż w psiarni i cuchnie tu jak cholera" - tak wita go porucznik Beard. Fell nie jest żadnym rycerzem na śnieżnobiałym koniu. Nie wiemy dlaczego przybył na takie zadupie. Tłumaczy się, że na tle tak mizernych gliniarzy będzie mu łatwiej o awans, że podpadł swoim przełożonym zza mostu. Jakoś mu nie wierzę.

Choć "Detektyw Fell" w swojej konstrukcji może przypominać seriale traktujące o pracy gliniarzy i detektywów, to Fellowi bliżej do nieokreszanych szeryfów z (nota bene!) westernowych rubieży, niż eleganckim śledczym z "C.S.I.". Kiedy wyczerpią się legalne sposoby i zawiodą procedury, Fell wie, jak użyć pięści. Inaczej ciężko byłoby mu przetrwać w Snowtown, bo to nie jest zwyczajne miasto, tylko uniwersum surrealistycznej grozy, pełne budzącego niepokój zła czającego się w ulicznych zakamarkach. Miasto zamieszkują spedalone monstra prosto z sennych koszmarów, ale nie są to jakieś zombiaki czy wampiry, tylko "zwykli" ludzi zdolni do niewyborażalnych skurwysyństw. Tam, poza "normalnym" światem, gdzie ludzkie prawa, racjonalizm czy jakiekolwiek wartości nie obowiązują, czują się jak u siebie. A Fell, niczym Dante w "Boskiej Komedii", zapuszcza się coraz głębiej i głębiej w piekielne trzewia miasta.

Komiks utrzymany jest w bardzo przygnębiającym nastroju, choć nie brakuje w nim dziwacznego poczucia humoru. Warrenowi Ellisowi udało się wyczarować niesamowitą atmosferę grozy - niby opowieść utrzymana jest w realistycznej konwencji, ale w komiksie pojawiają się przedziwne elementy, których nijak (w owej konwencji) wytłumaczyć się nie da. Realne spotyka się z irracjonalnym. Świat przedstawiony tylko pozornie przypomina ten nasz, realny i czytelnik stale trzymany jest w niepewności co może wydarzyć się dalej. Czym są tajemnicze znaki mające chronić miasto przed złem? Kim jest groteskowa zakonnica w masce Richarda Nixona przemykająca na niektórych kadrach? W jakiś sposób taka konstrukcja "Fella" przypomina mi sensacyjne wydanie "Miasteczka Twin Peaks", w bardziej wielkomiejskim wydaniu.

Ellis biorąc na warsztat schemat popularnych proceduralnych tasiemców kształtuje go na własną modłę. Wbrew panującym w mainstreamie tendencjom do dekompresowania fabuły, rozciągania wątków na trejdy, a trejdów na ciągnące się jeszcze dłużej runy, scenarzysta maksymalnie ściska fabułę. Każdy epizod, każda sprawa zmieszczona została na 16 stronach, a scenarzysta narzuca dyscyplinę około 9 kadrów na stronę. To spora sztuka, aby upchnąć całą historię na takiej przestrzeni, ale w "Fellu" udało się to świetnie. Na początku nie mogłem się do takiej kompozycji przyzwyczaić (albo to Ellis się dopiero rozkręcał) i dopiero po dwóch, trzech takich epizodach złapałem odpowiedni rytm. Bardzo lakoniczny, ale nie pozbawiony pewnego kunsztu. Bo trzeba mieć jednak sporo talentu, aby za pomocą kilku kadrów opowiedzieć to, co innym autorom zajęłoby kilka stron, nie popadając przy tym w nadmierną skrótowość i nie roniąc nic z atmosfery.

Trudno wyobrazić mi sobie kogoś innego, kto mógłby zilustrować taką historię, niż Bena Templesmitha. Jego bardzo oszczędny, ocierający się wręcz o abstrakcje styl doskonale nadaje się do zobrazowania całej grozy Snowtown i jego mieszkańców. Podczas lektury komiksu czułem, że Templesmith i Ellis świetnie się rozumieli, co widocznie przełożyło się na efekt ich wspólnej pracy.

Kiedy, podobnie jak ja, zaczniecie tracić wiarę, że na amerykańskim, masowym rynku coraz trudniej trafić na jakąś perełkę, sięgnijcie po "Detektywa Fella". Do doskonały przykład, jak z ogranego do bólu schematu opowieści o tym, jak ten dobry łapie tych złych da się jeszcze wiele wycisnąć. Pomimo przeestetyzowania, pomimo podkreślenia komiksowej groteski bijącej z każdej strony "Fella", mieleniu klisz, komiksowi udało się zachować autentyczną świeżość. Najlepszy komiks od Muchy w tym roku i być może najlepsza rzecz, jaka wyszła spod prasy duńsko-polskiego edytora, a także kolejna produkcja Ellisa, która mnie nie zawiodła. To jeden z niewielu lubianych przeze mnie scenarzystów z USA, któremu (jeszcze?) udało się uniknąć skuchy.

czwartek, 17 listopada 2011

#902 - Nextwave

Co można dostać kiedy zmiesza się razem trzecioligowych, na poły zapomnianych bohaterów, psychopatyczną wersję Nicka Fury`ego, bandę najbardziej żenujących superłotrów, jakich możecie sobie wyobrazić i klony znalezione w kapuście? Nie, prawidłowa odpowiedz to "Nextwave: Agents of H.A.T.E.". Komiks, w którym Warren Ellis robi z bohaterami wszystko to, co chcieliby z nim zrobić stereotypowi fanboje komiksu w pelerynie i kalesonach po kilku piwkach, a co przy którejś z flagowych serii Marvela w typie Avengers spowodowałoby palpitację serca redaktora serii.

Seria do najświeższych nie należy, w zeszytach ukazywała się między 2006, a 2007 rokiem i zamknęła się w sumie 12 zeszytów zebranych w dwa trejdy ("This Is What They Want" i "I Kick Your Face"). Całkiem niedawno, w marcu 2010 roku ukazało się edycja Ultimate Collection zbierająca całość materiału w jednym tomie.

"Nextwave" nie jest kolejną "zwyczajną" grupa superherosów, którą możemy spotkać zaraz za rogiem, w komiksowym Nowym Jorku. To raczej przypadkowa zbieranina nieudaczników, których superbohaterskie kariery nie potoczyły się tak, jak to sobie wymarzyli. Jej liderem jest Monika Rambeu, znana lepiej jako Kapitan Marvel, która w swoim CV może wpisać sobie członkostwo w Avengers i udział w Secret Wars. W składzie znajduje się również Tabitha Smith, znana polskiemu czytelnikowi, jako Boom-Boom z X-Force, obecnie to "z-list celebrity", jak zgrabnie określa ją Kapitan **** (wykropkowane przekleństwo, prawdopodobnie "fuck"). Kolejny członek zespołu, którego "małe zielone ludziki" obdarowały kosmiczną mocą. Niestety, nie był to zbyt trafny wybór, bo nie przez przypadek jego koledzy z zespołu określają go mianem debila. Elsa Bloodstone`a to angielska łowczyni potworów, z typową dla mieszkańców Wysp pogardą dla wszystkiego, co amerykańskie i wielkimi spluwami, a Machine Man to android z problemami emocjonalnymi. Prawdziwą perełką w tym gronie jest Dirk Anger, przywódca organizacji H.A.T.E (Highest Anti-Terrorism Effort) walczącej z "niezwykłym" terroryzmem ze swoją genialną wejściowa gadką, którą częstuje nowoprzybyłych agentów.
Warren Ellis od kierownictwa Marvela otrzymał całkowitą swobodę w pracy nad "Nextwave" i postanowił pobawić się z konwencją i etosem superbohatera, jak dziesiątki scenarzystów przed nim. Właściwie cały komiks to jeden wielki, bardzo niewybredny dowcip. Agentom H.A.T.E przytrafiają się gafy, które "zwyczajnym" herosom zdarzyć się nie mają prawa. Komiks pełen jest ocenzurowanej golizny i wypikanych przekleństw, alkoholu, o który ciągle domaga się Machine Man i rubasznej niepoprawności politycznej. W każdym właściwie numerze nasi bohaterowie potykają się z jakimś wielkim, złym superłotrem, zagrażającym ludzkości. Może to być gigantyczna jaszczurka we fioletowych portkach, pozbawiona genitaliów, banda debili przebranych za żółte pterodaktyle uzbrojonych w lasery przecinające rzeczywistość (jeden z nich mówi po niemiecku) lub zwyczajne klony. Z kapusty.

No, ale nie samą walką przecież prawdziwy superbohater żyje! Chwilę odpoczynku członkowie zespołu poświęcają na refleksję nad orientacją seksualną Kapitana Ameryki, wspominają tragiczne wydarzenia, przez które weszli w posiadanie swoich nadludzkich zdolności, wreszcie dzielą się swoimi problemami moralnymi z kolegami z zespołu (w tym celuje Machine Man). Banał, klisza, wtórność? Jak najbardziej, ale Ellis jest scenarzystą takiej klasy, że nawet z marnych składników jest w stanie przyrządzić przepyszne danie.

Stuart Immonen rysuje pewną i czystą cartoonową kreską, na początku dokładniejszą, przy końcowych numerach – swobodniejszą, mniej szczegółową. Taka oprawa graficzna świetnie sprawdza się w komiksie, jest charakterystyczna i przykuwa uwagę. W scenach dialogowych Immonem mimiką i grą ciałem uzupełnia kwestie bohaterów, przez co nie pozwala się nudzić się czytelnikowi, zajętemu pochłanianiem dymków. Bo komiks jest dynamicznie napisany, doprawiony świetnymi dialogami i licznymi, fabularnymi smaczkami, które przedstawiają marvelowe mity z trochę innej strony. Dla miłośników kalesoniarzy mus!

środa, 7 września 2011

#850 - Transmetropolitan: Rok drania

Ostatni wydany w Polsce album "Transmetropolitan" okazuje się być tym zdecydowanie najsłabszym. Nie jest wprawdzie kiepski, ale zdaje się być zbiorem wszystkiego tego, co w Ellisie najbardziej szpanerskie. Bowiem tym razem co bardziej krzykliwe fragmenty nie są już tylko efektownym dodatkiem, lecz czymś, co wygląda, jakby miało maskować niedostatki scenariusza.

Zaczyna się całkiem obiecująco. Oto w Mieście nastaje prawdopodobnie najbardziej znienawidzony przez Pająka Jeruzalem okres - gorączka kampanii wyborczych. Naprzeciwko siebie stają dwaj najmocniejsi kandydaci na urząd prezydenta - konserwatysta wymownie nazywany Bestią oraz plastikowy liberał o pseudonimie Śmieszek. Pająk robi wszystko, by zdystansować się od zbliżającej się elekcji, ale jego "ukochany" pracodawca oczywiście mu na to nie pozwoli. Pod opiekę wysyła mu pewną gniewną outsiderkę, która ma być jego nową asystentką, pilnującą by wziął się w garść zamiast ćpać w domowym zaciszu. Oczywiście nie będzie to łatwa znajomość, ale w końcu najbardziej wywrotowy pismak w okolicy ruszy wraz z nią do boju, a czytelnicy otrzymają kolejną wykładnię bezkompromisowego dziennikarstwa w stylu Gonzo. Co rzecz jasna nie może się skończyć inaczej, jak wywróceniem kampanii polityków do góry nogami.

O ile przez pierwszych 60 stron historia rozwija się ciekawie, o tyle później Warrenowi Ellisowi chyba zabrakło odpowiedniej ilości pomysłów. Aczkolwiek już początek zdradza tendencję zniżkową - wątek nowej asystentki Pająka jest niemalże kalką jego znajomości z jej poprzedniczką, która odeszła we wcześniejszym tomie "Transmetropolitan". Oczywiście sytuacje, w jakich się z nią znajduje są inne (czasem diametralnie), ale ciężko nie nazwać tego inaczej, jak zwykłą powtórką z rozrywki. Zdaje się też to uwypuklać błąd, jakim było porzucenie tej bardzo fajnej przecież postaci. Ellis robi, co tylko może, aby Yelena znacznie różniła się od Channon, ale nie jest w stanie wypełnić pozostałej po niej luki, czy chociaż sprawić, aby rozwiązanie to było bardziej ożywcze. Być może byłoby inaczej, gdyby z wprowadzeniem jej odczekał jakiś czas (album czy dwa).

Tradycyjnie przygodom Pająka towarzyszy dawka czarnego humoru, wulgarności i absurdu. To pierwsze jest jak zwykle bardzo udane, ale zdaje się pojawiać w mniejszej, niż wcześniej ilości. To drugie jest z kolei nadużywane i to stopniowo coraz bardziej, aż można odnieść wrażenie, że według scenarzysty tylko przekleństwa i prostackie scenki (bohater oddający ze swojego balkonu mocz na ulicę) mogą uczynić jego satyrę ostrą. Absurd od początku mi w tej serii przeszkadzał, a przynajmniej przeważnie, bo zdarza mu się zamieniać opowiadaną historię w zwykłą farsę. I tak też bywa i tutaj. Lepiej jest z samą konstrukcją dramaturgiczną "Roku drania", ale ta niestety gdzieś w połowie słabnie, a coraz mniej oryginalne rozwiązania fabularne zdecydowanie jej nie pomagają. Cóż, faktem jest, że obecnie ciężko jest w futurystycznej satyrze politycznej powiedzieć coś nowego, więc Ellis podjął się nie lada wyzwania. Ale nie jest to wartością samą w sobie.

Choć zdarzają się fragmenty naprawdę dobre i zaskakujące, całość okazuje się rzeczą dosyć nijaką, silącą się na jakąś niekoniecznie potrzebną bezkompromisowość. Nawet sama postać Pająka czasem rozczarowuje, gdyż jego nieprzewidywalność wykorzystywana bywa w zupełnie niepotrzebnych do tego fragmentach. Jakkolwiek dziwacznie by to nie zabrzmiało - ten komiks jest nazbyt przerysowany. Na szczęście "Rok drania" to nie jedyna opowieść zawarta w tym albumie. Oto bowiem na zakończenie otrzymujemy deser w postaci bardzo gorzkiej opowiastki świątecznej. Tak samo prowokacyjnej, ale świeżej i szczerej. Szkoda, że to jedyny w pełni udany fragment całości. Cieszę się tylko, że kupiłem ten album za pół ceny na Allegro, lata po jego premierze. Bo jakbym miał za niego zapłacić 80 zł, to po lekturze wkurwiłbym się tak, jak Pająk Jeruzalem wkurwia się na szumowiny, z którymi walczy.

czwartek, 16 grudnia 2010

#644 - Zmutowane Czwartki (5): Rzut za 3

Na zakończenie moich "Zmutowanych Czwartków" chciałbym poświęcić nieco uwagi trzem komiksom, którym nie warto było pisać osobnych tekstów. Sięgnąłem po nie zachęcony nazwiskami twórców czy marką wyrobioną przez tytuły, i choć nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałem, to z pewnością byłem daleki od zachwytu. Oto one:

"The Astonishing X-Men" (vol.3) #5: "Ghost Box" (Warren Ellis, Simone Bianchi)

Warren Ellis pisząc dla Marvela nie schodzi poniżej stałego, dobrego poziomu. Niekiedy spod jego ręki wychodzą rzeczy świetnie ("Nextwave", "Ultimate Trilogy"), a czasem "tylko" dobre (run w "Iron-Manie" i "Thunderbolts"). Na razie nie trafiłem na żaden komiks jego autorstwa, który okazałby się kompletnie nie wart uwagi. Pierwszy trejd "Astonishing X-Men" jego autorstwa nie był niewypałem, ale wyznaczył dolną granicę "dobrego poziomu" brytyjskiego twórcy.

W lecie 2008 roku, Ellis, wraz z rysownikiem Simonem Bianchim, przejął po Joshu Wheadonie i Johnie Cassaday'u świetnie przyjętą przez krytyków i czytelników serię "AXM". Ich run rozpoczął się w jubileuszowym, 25. numerze, kiedy nasi ulubieni mutanci byli już po przeprowadzce do słonecznej Kalifornii. Do sprawdzonego zespołu (Cyclops, Beast, Wolverine, Emma Frost, Armor) dołączyła Storm, a Collossus poszedł w odstawkę. Sześcioczęściowa historia "Ghost Box" rozpoczyna się od morderstwa, którego sprawcą miał być... mutant. Problem w tym, że żaden nowy homo superior od czasu Dnia M się nie urodził. Zespół Cyclopsa rozpoczyna więc dochodzenie, które naprowadzi ich na trop tajemniczych Ghost Boxów i tajnej wojny prowadzonej przez pewną postać z przeszłości X-Men, doskonale znaną polskiemu czytelnikowi...

Pisząc scenariusz Ellis poszedł po linii najmniejszego oporu, tworząc dość prostą opowieść. Niestety, jest w niej trochę głupot, w klasycznym, komiksowym stylu. Szału nie ma, choć fabuła ma przysłowiowe ręce i nogi. Momentów wywołujących w czytelniku uczucie zażenowania, jest (na szczęście) jak na lekarstwo. Nazwisko Ellis jednak zobowiązuje. Na wielki plus trzeba zaliczyć pyskatą Armor, która z miejsca zdobyła moją sympatię, na każdym kroku dogryzając Loganowi. Jeśli chodzi zaś o kreskę, to mam mieszane uczucia. Simone Bianchi z pewnością umie rysować, pytanie tylko brzmi - czy umie rysować komiksy? Oprawa graficzna w jego wykonaniu jest napakowana szczegółami, a kadry są gęsto zapchane do nieczytelności. Dodatkowo zabawa z układem ramek nie ułatwia lektury. Z drugiej strony nie można odmówić mu malarskiego rozmachu i przywiązania do detalu.

Jednym słowem: znośne.

"X-Force" (vol.3) #1: "Angels and Demons" (Craig Kyle i Chris Yost, Clayton Crain)

W Dniu M populacja mutantów licząca około 2 miliony w jednym momencie skurczyła się do kilku setek. Z małej społeczności, homo sapiens superior stali się gatunkiem na granicy wymarcia. Dla X-Men nastały ciężkie czasy, wymagające stanowczych metod, o czym doskonale wie Cyclops. W tajemnicy organizuje zespół od brudnej roboty, dowodzony przez Wolverine'a. Ich zadaniem jest uderzenie w tych, którzy chcieliby jeszcze bardziej uszczuplić populację mutantów. I trzeba przyznać, że Logan, Warpath, X-23, Wolfsbane, a później i Angel, nie cackają się. W swojej pierwsze misji na cel biorą Purifiers, organizację religijnych fanatyków, prowadzących świętą wojnę z mutantami.

Na chwilę obecną duet scenarzystów Yost-Kyle uchodzi za jedną z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła się x-tytułom od wielu, wielu lat. Pierwszy trejd nowego on-going ich autorstwa, który wystartował tuż po wydarzeniach związanych z "Messiah CompleX", nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. "Angels and Demons" to przeciętna opowieść o strzelających z wiadomo czego herosach, spośród innych wyróżniająca się sporą dawką brutalności. Poprowadzona bardzo poprawnie, choć niespecjalnie zachęcająca do zakupu kolejnych części. Yost z Kylem nie przekonali mnie, a przedłużyli jedynie swój kredyt zaufania.

Oprawa wizualna, za która odpowiedzialny jest Clayton Crain, jest niestety bliższa grafice z mini-serii "Ghost Rider: Droga do Zatracenia", niż rysunkom z "Universe" czy "Bez Honoru". Jego podrasowane cyfrowo rysunki są zwyczajnie paskudne i odpychające. Choć da się zauważyć postęp od czasów wołającego o pomstę do nieba "Ghost Ridera".

Jednym słowem: ujdzie.

"Madrox" (Peter A. David, Pablo Raimondi)

Peter A. David to ciekawy przypadek - jeden z wielu scenarzystów, o którym można powiedzieć, że nie jest specjalnie znany na polskim rynku, choć co nieco jego autorstwa się na nim ukazało. W przeciwieństwie do takiego Ellisa, popularność Davida ogranicza się jedynie do zaklętego grona geeków. Spod jego ręki nie wyszedł nigdy komiks czy książka, która przebiłaby się do "mainstreamu". Choć popularny PAD ma na swoim koncie kilka kultowych pozycji, takich jak run w "Incredible Hulku" czy "X-Factor” (do którego sześcioczęściowa mini-seria "Madrox” była swoistym wstępem), nigdy nie stał się supergwiazdą rynku komiksowego. Do takich twórców doskonale pasuje określenie "rzemieślnik".

"Madrox" zaczyna się jak rasowa historia kryminalna. Jeden z duplikatów Jamiego Madroxa (mutanta, który potrafi produkować swoje klony) zostaje zamordowany, a w niedawno założonym przez niego prywatnym biurze detektywistycznym pojawia się piękna kobieta i już wiadomo, że oznacza to tylko kłopoty. Dodajmy do tego wścibskiego reportera, płatnego zabójcę na tropie, szefa przestępczego kartelu, szczyptę tajemnicy i mamy ogólny obraz całego komiksu.

David to bardzo sprawny scenarzysta, o solidnym warsztacie. Z poczuciem humoru, drygiem do dialogów, świetnie czujący postacie, które pisze. Historia o Madroxie, który zrzuca trykot Multiple Mana i ubiera płaszcz detektywa jest jazdą bez trzymanki, pełną szalonych zwrotów akcji, humoru i mutanckich elementów. PAD napisał mocno pastiszowy kryminał, który nie do końca pasuje do profilu typowej opowieści z X-Menami w rolach głównych i wyszedł mu bardzo dobry, rozrywkowy komiks na poziomie. Wielka szkoda, że rysownik Pablo Raimondi to taki straszny przeciętniak. David po prostu nie ma szczęścia do rysowników, co doskonale widać w "X-Factor", po które mam nadzieję wkrótce sięgnąć.

Jednym słowem: obiecujące.