wtorek, 31 marca 2020
#2521 - Transmetropolitan tom 5
czwartek, 30 maja 2019
#2497 - Transmetropolitan tom 4
poniedziałek, 19 listopada 2018
#2462 - Transmetropolitan tom 3
poniedziałek, 1 października 2018
#2461 - James Bond #2: Eidolon
niedziela, 2 września 2018
#2454 - James Bond #1: Warg
piątek, 13 lipca 2018
#2435 - Transmetropolitan tom 2
poniedziałek, 2 lipca 2018
#2432 - Injection
sobota, 2 czerwca 2018
#2424 - Transmetropolitan tom 1
"Wyjmij z ucha słuchawkę Bluetooth, odłącz router i odłóż czytnik Kindle Fire. Wracamy do 1997 roku" – pisze Stuart Moore w pierwszych słowach wstępu do opublikowanego właśnie przez wydawnictwo Egmont pierwszego tomu zbiorczego komiksowej serii "Transmetropolitan" autorstwa Warrena Ellisa (scenariusz) i Daricka Robertsona (rysunki). To dobra rada i każda osoba, która sięga po ten komiks powinna wziąć ją sobie do serca.
piątek, 18 listopada 2016
#2260 - Ministry of Space
wtorek, 8 listopada 2016
#2257 - Trees vol.2: Two Forests
czwartek, 26 marca 2015
#1835 - Trees #1
czwartek, 8 maja 2014
#1594 - StormWatch
Pierwsza odsłona „Z archiwum Image” traktowała o komiksie nieco bardziej ambitnym, ale nie pozbawionym wad. Dziś natomiast zajmę się fragmentem pewnej serii, która dopiero po czterech latach swojego istnienia stała się czymś zdatnym do czytania. Ale gdy to już nastąpiło, trudno było oderwać się od lektury. Panie i panowie, oto „StormWatch”.
poniedziałek, 11 listopada 2013
#1418 - Krótki zarys historii Image Comics cz.2: Wildstorm
Aby wykorzystać niewątpliwy sukces przedsięwzięcia, Lee postanawia oddzielić swoje tytuły od reszty Imageverse. Tak powstaje projekt o nazwie „Wildstorm Rising”, który okazuje się pierwszym w historii wydawnictwa crossoverem. W tym wydarzeniu brały udział jedynie te tytuły, których twórcą był Jim lub jego najbliżsi współpracownicy. Po jego zakończeniu, Wildstorm staje się oficjalnie autonomicznym edytorem w ramach Image. By zdobyć jak najwięcej nowych odbiorców, wkrótce powstają dwa animowane projekty. Niestety, kreskówkowe „WildC.A.T.S.” zostaje szybko skasowane, a „Gen13” nie doczekuje nawet emisji pierwszego odcinka. Porażkę w tym polu wydawnictwo powetowało sobie dość dużą i na pewno bardzo niespodziewaną popularnością fabularnej gry karcianej osadzonej w realiach Wildstorm Universe.
Rok 1997 okazał się przełomem dla Wildstormu. To właśnie wtedy zdecydowano się oddać wszystkie główne serie wydawcy w ręce nowych, pierwszoligowych scenarzystów i rysowników. Przykładowo, Alan Moore dostał za zadanie zakończyć z klasą pierwszy wolumin „WildC.A.T.S.”, a Joe Casey i Sean Phillips rozpoczęli pracę nad drugim. Adam Warren przejął pisanie „Gen13” vol. 2 i całkowicie zmienił oblicze tej serii. Największe i najważniejsze były jednak zmiany, których sprawcą został Warren Ellis. Scenarzysta ten zajął się odświeżeniem nieco podupadłej serii „Stormwatch”, a także wprowadził do Wildstorm Universe grupę bohaterów nazywających się DV8. Z obu tych zadań wywiązał się znakomicie, bo oba te tytuły, wraz z nowymi „WildCats”, stały się rynkowymi przebojami.
Niepowodzenie to sprawiło, że serie spod szyldu Wildstorm Universe zaczęły być traktowane jako spory problem. Dlatego w latach 2004-2007 ciężko było doszukiwać się jakiejś porażającej ilości nowych propozycji. Z tego okresu, czytelnicy pamiętają w zasadzie jedynie „The Authority Revolution” Eda Brubakera, wydawane zaledwie rok „Gen13” vol.2 i promowanego nawet w regularnym DC „Majestica”. Oprócz tego pojawiło się kilka mini-serii, jednak żadna z nich nie odniosła spektakularnego sukcesu. Próbowano jednak odbić sobie tę porażkę poprzez reorganizację imprintów. Rok 2004 przynosi wspomniane już narodziny Wildstorm Signature Series, gdzie debiutują przykładowo znakomita „Ex Machina” Brian K. Vaughana, „Desolation Jones” Warrena Ellisa czy „Albion” napisany przez córkę Alana Moore’a. Jednakże już w 2006 znaczek W:SS zniknął z okładek komiksów, a sama ich liczba została drastycznie ograniczona.
Po drugie: w 2006 roku postanowiono dać jeszcze jedną szansę Wildstorm Universe. Uniwersum to zostało oficjalnie uznane za Ziemię-50 w świecie DC (co dało przykładowo możliwość konfrontowania Authority z Justice League of America), a następnie zatrudniono najlepszych scenarzystów, by przywrócili blask poszczególnym tytułom. Akcja znana pod nazwą „Worldstorm” zupełnie jednak nie wypaliła. Murowane hity, jakimi miały być „WildCats” vol.4 i „The Authority” vol.3, zostały skasowane po odpowiednio jednym i dwóch numerach. Powód? Scenarzysta obu tytułów, którym był Grant Morrison, zerwał kontrakt z Wildstormem, gdyż nie umiał porozumieć się z Jimem Lee w sprawie losów obu serii. Nieoficjalnie mówi się, że denerwowały go wieczne opóźnienia w pracach rysowników obu pozycji, a w końcu za stronę graficzną nowych „WildCats” odpowiadał sam założyciel wydawnictwa.
Początek roku 2010 przynosi kolejne ciosy – zakończone zostają najbardziej dochodowe serie, czyli „Ex Machina” i „World of Warcraft”, a Kurt Busiek ogłasza, że jego „Astro City” udaje się na kilkumiesięczny odpoczynek. Dodatkowo, ponieważ ostro promowane „DV8: Gods and Monsters” Briana Wooda i „Victorian Undead” Iana Edgintona nie okazały się być nadzwyczajnym sukcesem finansowym wiadomym było, że nad Wildstormem zbierają się ciemne chmury. W końcu, wrzesień 2010 przynosi wiadomość o likwidacji imprintu.
Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.
piątek, 20 września 2013
#1373 - Frankenstin`s Womb
Nie można odmówić mu racji. Liczba adaptacji, wariacji, pastiszów i nawiązań wydaje się nie mieć końca, a i nazwiska artystów korzystających z dziedzictwa Shelley (m.in. Tim Burton, Danny Boyle, Kenneth Branagh czy Ridley Scott) zdają się potwierdzać słowa Aldissa. Cegiełkę do tej kolekcji dołożył również Warren Ellis, bezkompromisowy scenarzysta komiksowy wielokrotnie podejmujący w swych dziełach tematy związane z transhumanizmem. Swoją historię opowiada z punktu widzenia Mary Wollestonecraft-Godwin, podróżującej przez Związek Niemiecki wraz z przyszłym mężem (Percym Shelley) i kuzynką. Ich celem jest willa Diodati nad Jeziorem Genewskim i spotkanie towarzyskie z Geroge Byronem. Nim jednak tam dotrą, robią przystanek przy niesławnym zamku Frankenstein, niegdyś zamieszkiwanym przez Johanna Dippela – głośnego pisarza, teologa i alchemika.
Nieposkromiona ciekawość Mary prowadzi ją przez labirynty ruin, w których napotyka Potwora, echo dawnych wydarzeń a zarazem zwiastuna rewolucji naukowej. Żywy, czy też eteryczny (niczym duchy z „Opowieści Wigilijnej”) ukazuje jej przeszłość - Dippela próbującego rozwikłać tajemnicę kamienia filozoficznego, eksperymentującego z elektrycznością i ludzkimi zwłokami - oraz przyszłość, w której elektryczność wykorzystywana jest do monitorowania akcji serca pacjentów i przywracania ich do życia. Przez filozoficzny dialog i monolog oraz naświetlenie pewnych faktów z jej własnego życia próbuje przygotować ją na nadejście przyszłości, której ma być ona zarzewiem. Ellis w swej opowieści odnosi się nie tylko do biografii Mary ale też do jednego z przypuszczeń, jakoby inspiracją do stworzenia „Frankensteina” była domniemana wizyta na zamku i niechlubne eksperymenty Dippela. Świadomie, czy nie, popiera twierdzenie Aldissa, przedstawiając pisarkę jako Prometeusza, który dał ludzkości nowe spojrzenie na naukę, jednoznacznie przyczyniając się do powstania science-fiction jako gatunku.
„Frankenstein’s Womb” można potraktować jako bardzo osobisty list miłosny Warrena Ellisa do Mary Shelley, gdzie autor oddaje hołd prekursorce i wyraża swoje uwielbienie dla jej dokonań. Otacza ją aurą niesamowitości i chyba podświadomie, jako twórca również poruszający się w stylistyce science-fiction, zdradza swoją zazdrość o tak przełomowy debiut. Krytycy za oceanem, bardzo chłodno przyjęli ten album, zarzucając scenarzyście zbyt monotonną narrację, mało fascynującą historię i brak jakichkolwiek zwrotów akcji i napięcia. Mam jednak wrażenie, że jemu nie zależało na dogodzeniu publiczności, a jedynie na uzewnętrznieniu swojego podziwu dla Mary Shelley i wpływu jej dzieła na całą kulturę. Zrobił to w jedyny możliwy sposób: konstruując spokojną, nostalgiczną, intymną historię. Może Ellis nie błyszczy tutaj tak, jak w innych swoich – przecież również przełomowych i znaczących – dziełach, ale dzięki temu, tak naprawdę gwiazdą w tym albumie okazuje się być Marek Oleksicki, który pokazał wszystko to co ma najlepsze w swym arsenale twórczym.
Album narysowany dla Ellisa to debiut Marka na amerykańskim rynku. Wycisnął ze scenariusza wszystkie możliwe soki i wspaniale wpisał się w ponury i tajemniczy klimat opowieści, mimo że musiał ograniczać się jedynie to statycznych kadrów. Nadał jej bardzo gotyckiego charakteru – czyli takiego, w jakim został stworzony „Frankenstein” – z wielką pieczołowitością oddając wszystkie szczegóły zarówno samego zamku, otaczającej go przyrody jak i postaci. Scena z pędzącą karetą kipi enigmatyczną grozą, zaś pierwsze spojrzenie na potwora jest tyleż przejmujące co mocno zapadające w pamięć. Z kolei kadry z eksperymentującym Dippelem to prawdziwy majstersztyk, z którego aż wybuchają wulkany energii. W szczególności uwagę należy zwrócić na design samego potwora, zmęczonego swą egzystencją, dźwigającego na barkach ciężar doświadczenia, pooranego zmarszczkami rozkładu, z oczami zbitego psa. Cudownie niepokojący i mrożący krew w żyłach. Oleksicki, za oceanem pochwalony i doceniony, pokazał się z najlepszej strony dopisując przepiękne post scriptum pod listem Ellisa, a także wystawiając sobie fachowe portfolio, które być może zaowocuje kolejnymi zleceniami na tamtejszym rynku.
Choć „Frankenstein’s Womb” nie jest dziełem wybitnym, przełomowym, ani nawet rozrywkowym, pozostawia po sobie dobre wrażenie i miłe uczucie satysfakcji. Na pewno doceni je Brian Aldiss i wszyscy ci, na których swoje piętno odcisnęło dziedzictwo Frankesnteina.
Autorem tekstu jest Paweł Deptuch
wtorek, 6 marca 2012
#0984 - Zaginienie w druku
Doktor, który mógł zmienić historię komiksu
Choć wielu postawiło krzyżyk na „Batman: Odyssey”, Nealowi Adamsowi udało się samodzielnie zrealizować połowę z planowanej na dwanaście zeszytów autorskiej mini-serii. Na styczeń 2012 roku zaplanowana premierę 4 zeszytu drugiego woluminu. Warto wspomnieć, że komiks spotkał się z druzgoczącą krytyką wśród fanów. Po kilku latach również Frankowi Millerowi dał radę wreszcie skończyć „Holy Terror!”. Album, który został zapowiedziany w 2006, ukazał się nakładem Dark Horse Comics we wrześniu minionego roku. Jego fabuła pierwotnie miała opowiadać o Batmanie broniącym Gotham City przed atakiem terrorystów. Po rozstaniu z DC Comics Miller musiał zrezygnować z postaci Mrocznego Rycerza i zastąpić go bohaterem zwanym Fixer, ale fabularny kościeć i treść z grubsza pozostała taka sama. A jak już jesteśmy przy Batku i Millerze – już rok temu zapowiedziano, że w 2011 roku „All Star Batman & Robin, Boy Wonder”, przemianowane na „Dark Knight: The Boy Wonder”, zostanie dokończone. Ale od tamtego czasu w tym temacie panuje cisza, a Jim Lee, który był jednym z architektów rebootu DC, ma w co ręce włożyć. Nie spodziewałbym się dalszych postępów w tym temacie. Podobne rzecz ma się w przypadku pozostałych tytułów linii „All Star”, a więc tych z Batgirl (Geoffa Johnsa i J.G. Jonesa) i Wonder Woman (Adama Hughesa), które wydają się nie pasować do obecnej linii wydawniczej Dana DiDio. Choć Hughes pytany o Dianę zaprzecza, że jest martwa – znajduje się jedynie w głębokiej śpiączce, z minimalnymi szansami na przebudzenie.
A pozostając jeszcze przy Franku Millerze – obok wspomnianego już przez Łukasza projektu „Jesus”, dla Dark Horse Comics, mającym być wierną, inspirowaną tyleż Pismem Świętym, co podaniami historycznymi biografią Jezusa z Nazaretu, warto wspomnieć o innym zarzuconym komiksie, na którego realizację dziś nie ma już żadnych szans. W seriach Marvela z datą „luty 1981” na okładce pojawiła się zapowiedz, że stery w on-goingu „Doctor Strange” przejmą scenarzysta Roger Stern i właśnie Miller, który miałby się zająć ilustracjami. Stern po latach wspomina, że jego wspólna praca z jednym z największych współczesnych amerykańskich komiksiarzy przy Mistrzu Sztuk Mistycznych skończyła się jedynie na omówienie koncepcji tego, co chcieliby ze Strange`m zrobić i jednej okładce. W końcu Marshall Rogers został przydzielony Sternowi, a Miller pracując przy „Daredevilu” dołoży pierwszą cegiełkę do rewolucji komiksowej lat osiemdziesiątych. Ciekawe jakby dziś wyglądała historia amerykańskiego komiksu, gdyby wtedy zdecydował się na rysowanie Strange`a. Inny wspólny projekt spółki Stern/Miller, mini-seria z Nickiem Fury`m, nigdy nie wyszedł poza luźne rozmowy.
Strange`owi nie poszczęściło się z Millerem, nie poszczęściło się mu również z Harlanem Ellisonem. Kiedy w 2000 roku Joe Quesada przejął władzę w Marvelu zaczął szukać twórców spoza branży, których nazwiska przyciągałyby nowych czytelników. W kwietniu na WonderConie pojawiła się sensacyjna wiadomość, że Stranege`m zaopiekuje się Ellison i John Romita Jr. O współpracy z Domem Pomysłów ten znakomity pisarz science-fiction rozmawiał już wcześniej i przymierzał się do przejęcia „Silver Surfera”, ale ostatecznie miał opowiedzieć historię o śmiertelnej chorobie Dormammu, którego śmierć mogłaby przyczynić się do zagłady całego wszechświata. Strange musi ruszyć mu na ratunek. Niestety, szefostwo Marvela bardzo szybko zdementowało rewelacje młodszego Romity, który przedwcześnie wyskoczył z luźnym pomysłem, a do współpracy Domu Pomysłów z Ellisonem nigdy nie doszło.
Kino i telewizja vs. komiks
Kolejną, bardzo ciekawą komiksową historią alternatywną są losy Człowieka Pająka. W sierpniu 2002 roku Quesada w wywiadze dla magazynu „Cinescape” zapowiedział odświeżeni linii spider-komiksów. Kevin Smith i Terry Dodson mieli przejąć „Amazing Spider-Mana”, „Spider-Man” miał powędrować na ręce innego scenarzysty związanego z branżą filmową J. Micheala Straczynskiego i Johna Romity Jra, a Paul Jenkins i Humberto Ramos mieli dostać nowy tytuł. Dwie trzecie z tych planów dało się zrealizować – JMS wylądował ostatecznie w „Amazingu” i wywrócił życie Petera Parkera do góry nogami, a Jenkins i Ramos odwalili kawał dobrej roboty w „Spectacular Spider-Manie”. Skrypty Smitha do Pajęczaka może jeszcze kurzą się w jego szufladach, a być może jakaś ich cześć została wykorzystana w mini-serii „Spider-Man/Black Cat: The Evil That Men Do”, kolejnym nigdy nie ukończonym projekcie. Nieudane podejście do Spidera zaliczył również Jeph Loeb. Wraz z J. Scottem Campbellem, który w 2006 roku, jako jeden z najgorętszych rysowników podpisał ekskluzywny kontrakt z Marvelem, mieli przejąć któryś z spider-on-goingów w 2008. Potem zaczęła się huśtawka. Rok wcześniej projekt został skasowany, tylko po to aby powrócić w 2010. Niedawno Tom Brevoort zapewniał, że nad komiksem wciąż trwają prace, ciągle jest planowany, ale wciąż jest za wcześnie, aby mówić o jakichkolwiek konkretach. Nie wierzę, żeby tego Spider-Mana udało się dociągnąć do końca, podobnie, jak loebowe projekty z „kolorowego” cyklu – „Captain Amercia: White” i „ Iron-Man: Gold”. Loeb w tej chwili pracuje w telewizyjnym departamencie Domu Pomysłów i ma inne rzeczy na głowie.
Chociaż Straczynski zamknął swój run w „ASM” (choć nie bez pewnych problemów), ma na sumieniu kilka innych niedokończonych historii. „Superman” i „Wonder Woman” to dwa bardzo dobre przykłady rozpoczęcia dłuższej fabuły i zostawienia jej innemu scenarzyście/rysownikowi, aby zająć się innymi projektami (w tym przypadku rolę nowej zabawki odgrywa „Superman: Earth One”). Wciąż nie wiadomo, jaki los czeka „Samaritan X”, ogłoszonej w marcu powieści graficznej o pracy szpitala w Gotham City. JMS potwierdza, że nie zrezygnował z tego pomysłu, zajęty innymi rzeczami, nie mógł poświęcić „SX” odpowiednio dużo uwagi. Obiecuje, że już niedługo będzie o tym komiksie głośno. Kończąc wątek o związkach ze światem filmu trzeba jeszcze napisać o Bryanie Singerze. Ojciec sukcesu dwóch pierwszych części filmowych mutantów, po premierze sequela miał wraz z Danem Harrisem i Michealem Dougherty`m miał przejąć „Ultimate X-Men”, ale niestety pochłonęła go praca nad obrazem „Superman Returns”. Obecnie pomysł, po licznych zawirowaniach w ultimateverse, nie ma szans na realizację.
Złośliwość rzeczy martwych
Zaginione w druku komiksy zdarzają się nie tylko majorsom. Jednym z najciekawiej zapowiadających się projektów, na którego publikację wciąż istnieje szansa, jest „Everest: Facing The Goddess”. Dwunastoczęściowa seria miała być opatą na faktach opowieścią o zdobywaniu najwyższej góry świata. Wydawca, Oni Press, podczas Free Comic Book Day w 2004 roku opublikowało nawet kilka plansz, ale od tamtego czasu nabrało wody w usta. Autorzy tej serii, Greg Rucka i Scott Morse (ach, już widzę tej majestatyczne pejzaże dachu świata!), nie uważają sprawy za zamkniętą. Obaj spotkali się ostatnio na którymś z mniejszych konwentów i pomysł odżył. Czy uda się go skutecznie przenieść na papier?
W kategorii zapowiedzianych, ale opuszczonych skryptów prawdziwym rekordzistą jest jednak Warren Ellis. Trudno zliczyć ile pomysłów przeleciało przez jego głowę, ile pojawiło się w formie szkicu, a o ilu pojawiła się oficjalna informacja. Po częśc winna jeste temu awaria jego dysku twardego, przez którą w 2008 roku bezpowrotnie stracił kilka ze swoich scenariuszy. W cyfrowych odmętach na zawsze pogrążyła się kontynuacja powieści graficznej „Orbiter” pod tytułem „Stealth Tribes”. Komiks miał ukazać się pod koniec 2004 roku i po ciągłym odkładaniu daty premiery zwieńczonym rzeczoną awarię wypadł z planów Vertio. Ale Ellis i Colleen Doran zapewniają, że końcu ujrzy światło dzienne. Do lamusa odłożono „The Operation” dla Oni Press z rysunkmi Phila Hestera i Andego Parksa. Obszerny preview serii ukazał się „Oni Press Color Special 2002”, w którym zaprezentowano przygody grupy tajnych agentów na tropie spraw tyle paranormalnych, co dziwacznych i humorystycznych.Dla Image Comics Ellis miał przygotować scenariusz do sequela „J.U.D.G.E”, dzięki któremu Greg Horn przebił się do Marvela. Rysownik w 2000 roku zapewniał, że przygody Victorii Grace i jej radosnej bandy psychopatów miały być kontynuowane przez scenarzystę „Transmetropolitan” i „Planetary”. Z początku Horn był zachwycony tym, co wychodziło spod ręki Ellisa, ale komiks zwyczajnie zaginął w akcji i kompletnie nie wiadomo, co się z nim dzieje.
Na tą chwilę to wszystko, ale wcale nie mam zamiaru wcale podsumowywać tematu. Materiału jest jeszcze tyle, że bez problemu wystarczy na kolejny odcinek. I wcale nie są to jakieś resztki! Zapowiadane niedawno, bo w ledwie w 2009, „Multiversity” Granta Morrisona, wspólny komiks Matta Fractiona i Fabio Moona, nowa, godna XXI wieku wersja Kapitana Ameryki Chucka Dixona i Grega Landa. I wreszcie, prawdziwa wisienka na torcie - mini-seria z Punisherem i Nickiem Fury rysowana przez Jima Lee, kreską z najwcześniejszych dziewięćdziesiątych, zanim jeszcze przejął „Uncanny X-Men”. To jeszcze nie koniec…
piątek, 2 marca 2012
#0980 - John Constantine:Hellblazer - Haunted
środa, 23 listopada 2011
#907 - Detektyw Fell: Zdziczałe miasto
czwartek, 17 listopada 2011
#902 - Nextwave

"Nextwave" nie jest kolejną "zwyczajną" grupa superherosów, którą możemy spotkać zaraz za rogiem, w komiksowym Nowym Jorku. To raczej przypadkowa zbieranina nieudaczników, których superbohaterskie kariery nie potoczyły się tak, jak to sobie wymarzyli. Jej liderem jest Monika Rambeu, znana lepiej jako Kapitan Marvel, która w swoim CV może wpisać sobie członkostwo w Avengers i udział w Secret Wars. W składzie znajduje się również Tabitha Smith, znana polskiemu czytelnikowi, jako Boom-Boom z X-Force, obecnie to "z-list celebrity", jak zgrabnie określa ją Kapitan **** (wykropkowane przekleństwo, prawdopodobnie "fuck"). Kolejny członek zespołu, którego "małe zielone ludziki" obdarowały kosmiczną mocą. Niestety, nie był to zbyt trafny wybór, bo nie przez przypadek jego koledzy z zespołu określają go mianem debila. Elsa Bloodstone`a to angielska łowczyni potworów, z typową dla mieszkańców Wysp pogardą dla wszystkiego, co amerykańskie i wielkimi spluwami, a Machine Man to android z problemami emocjonalnymi. Prawdziwą perełką w tym gronie jest Dirk Anger, przywódca organizacji H.A.T.E (Highest Anti-Terrorism Effort) walczącej z "niezwykłym" terroryzmem ze swoją genialną wejściowa gadką, którą częstuje nowoprzybyłych agentów.

Stuart Immonen rysuje pewną i czystą cartoonową kreską, na początku dokładniejszą, przy końcowych numerach – swobodniejszą, mniej szczegółową. Taka oprawa graficzna świetnie sprawdza się w komiksie, jest charakterystyczna i przykuwa uwagę. W scenach dialogowych Immonem mimiką i grą ciałem uzupełnia kwestie bohaterów, przez co nie pozwala się nudzić się czytelnikowi, zajętemu pochłanianiem dymków. Bo komiks jest dynamicznie napisany, doprawiony świetnymi dialogami i licznymi, fabularnymi smaczkami, które przedstawiają marvelowe mity z trochę innej strony. Dla miłośników kalesoniarzy mus!
środa, 7 września 2011
#850 - Transmetropolitan: Rok drania
czwartek, 16 grudnia 2010
#644 - Zmutowane Czwartki (5): Rzut za 3
Na zakończenie moich "Zmutowanych Czwartków" chciałbym poświęcić nieco uwagi trzem komiksom, którym nie warto było pisać osobnych tekstów. Sięgnąłem po nie zachęcony nazwiskami twórców czy marką wyrobioną przez tytuły, i choć nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałem, to z pewnością byłem daleki od zachwytu. Oto one:
"The Astonishing X-Men" (vol.3) #5: "Ghost Box" (Warren Ellis, Simone Bianchi)
Warren Ellis pisząc dla Marvela nie schodzi poniżej stałego, dobrego poziomu. Niekiedy spod jego ręki wychodzą rzeczy świetnie ("Nextwave", "Ultimate Trilogy"), a czasem "tylko" dobre (run w "Iron-Manie" i "Thunderbolts"). Na razie nie trafiłem na żaden komiks jego autorstwa, który okazałby się kompletnie nie wart uwagi. Pierwszy trejd "Astonishing X-Men" jego autorstwa nie był niewypałem, ale wyznaczył dolną granicę "dobrego poziomu" brytyjskiego twórcy.
W lecie 2008 roku, Ellis, wraz z rysownikiem Simonem Bianchim, przejął po Joshu Wheadonie i Johnie Cassaday'u świetnie przyjętą przez krytyków i czytelników serię "AXM". Ich run rozpoczął się w jubileuszowym, 25. numerze, kiedy nasi ulubieni mutanci byli już po przeprowadzce do słonecznej Kalifornii. Do sprawdzonego zespołu (Cyclops, Beast, Wolverine, Emma Frost, Armor) dołączyła Storm, a Collossus poszedł w odstawkę. Sześcioczęściowa historia "Ghost Box" rozpoczyna się od morderstwa, którego sprawcą miał być... mutant. Problem w tym, że żaden nowy homo superior od czasu Dnia M się nie urodził. Zespół Cyclopsa rozpoczyna więc dochodzenie, które naprowadzi ich na trop tajemniczych Ghost Boxów i tajnej wojny prowadzonej przez pewną postać z przeszłości X-Men, doskonale znaną polskiemu czytelnikowi...
Pisząc scenariusz Ellis poszedł po linii najmniejszego oporu, tworząc dość prostą opowieść. Niestety, jest w niej trochę głupot, w klasycznym, komiksowym stylu. Szału nie ma, choć fabuła ma przysłowiowe ręce i nogi. Momentów wywołujących w czytelniku uczucie zażenowania, jest (na szczęście) jak na lekarstwo. Nazwisko Ellis jednak zobowiązuje. Na wielki plus trzeba zaliczyć pyskatą Armor, która z miejsca zdobyła moją sympatię, na każdym kroku dogryzając Loganowi. Jeśli chodzi zaś o kreskę, to mam mieszane uczucia. Simone Bianchi z pewnością umie rysować, pytanie tylko brzmi - czy umie rysować komiksy? Oprawa graficzna w jego wykonaniu jest napakowana szczegółami, a kadry są gęsto zapchane do nieczytelności. Dodatkowo zabawa z układem ramek nie ułatwia lektury. Z drugiej strony nie można odmówić mu malarskiego rozmachu i przywiązania do detalu.
Jednym słowem: znośne.
"X-Force" (vol.3) #1: "Angels and Demons" (Craig Kyle i Chris Yost, Clayton Crain)
W Dniu M populacja mutantów licząca około 2 miliony w jednym momencie skurczyła się do kilku setek. Z małej społeczności, homo sapiens superior stali się gatunkiem na granicy wymarcia. Dla X-Men nastały ciężkie czasy, wymagające stanowczych metod, o czym doskonale wie Cyclops. W tajemnicy organizuje zespół od brudnej roboty, dowodzony przez Wolverine'a. Ich zadaniem jest uderzenie w tych, którzy chcieliby jeszcze bardziej uszczuplić populację mutantów. I trzeba przyznać, że Logan, Warpath, X-23, Wolfsbane, a później i Angel, nie cackają się. W swojej pierwsze misji na cel biorą Purifiers, organizację religijnych fanatyków, prowadzących świętą wojnę z mutantami.
Na chwilę obecną duet scenarzystów Yost-Kyle uchodzi za jedną z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła się x-tytułom od wielu, wielu lat. Pierwszy trejd nowego on-going ich autorstwa, który wystartował tuż po wydarzeniach związanych z "Messiah CompleX", nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. "Angels and Demons" to przeciętna opowieść o strzelających z wiadomo czego herosach, spośród innych wyróżniająca się sporą dawką brutalności. Poprowadzona bardzo poprawnie, choć niespecjalnie zachęcająca do zakupu kolejnych części. Yost z Kylem nie przekonali mnie, a przedłużyli jedynie swój kredyt zaufania.
Oprawa wizualna, za która odpowiedzialny jest Clayton Crain, jest niestety bliższa grafice z mini-serii "Ghost Rider: Droga do Zatracenia", niż rysunkom z "Universe" czy "Bez Honoru". Jego podrasowane cyfrowo rysunki są zwyczajnie paskudne i odpychające. Choć da się zauważyć postęp od czasów wołającego o pomstę do nieba "Ghost Ridera".
Jednym słowem: ujdzie.
"Madrox" (Peter A. David, Pablo Raimondi)
Peter A. David to ciekawy przypadek - jeden z wielu scenarzystów, o którym można powiedzieć, że nie jest specjalnie znany na polskim rynku, choć co nieco jego autorstwa się na nim ukazało. W przeciwieństwie do takiego Ellisa, popularność Davida ogranicza się jedynie do zaklętego grona geeków. Spod jego ręki nie wyszedł nigdy komiks czy książka, która przebiłaby się do "mainstreamu". Choć popularny PAD ma na swoim koncie kilka kultowych pozycji, takich jak run w "Incredible Hulku" czy "X-Factor” (do którego sześcioczęściowa mini-seria "Madrox” była swoistym wstępem), nigdy nie stał się supergwiazdą rynku komiksowego. Do takich twórców doskonale pasuje określenie "rzemieślnik".
"Madrox" zaczyna się jak rasowa historia kryminalna. Jeden z duplikatów Jamiego Madroxa (mutanta, który potrafi produkować swoje klony) zostaje zamordowany, a w niedawno założonym przez niego prywatnym biurze detektywistycznym pojawia się piękna kobieta i już wiadomo, że oznacza to tylko kłopoty. Dodajmy do tego wścibskiego reportera, płatnego zabójcę na tropie, szefa przestępczego kartelu, szczyptę tajemnicy i mamy ogólny obraz całego komiksu.
David to bardzo sprawny scenarzysta, o solidnym warsztacie. Z poczuciem humoru, drygiem do dialogów, świetnie czujący postacie, które pisze. Historia o Madroxie, który zrzuca trykot Multiple Mana i ubiera płaszcz detektywa jest jazdą bez trzymanki, pełną szalonych zwrotów akcji, humoru i mutanckich elementów. PAD napisał mocno pastiszowy kryminał, który nie do końca pasuje do profilu typowej opowieści z X-Menami w rolach głównych i wyszedł mu bardzo dobry, rozrywkowy komiks na poziomie. Wielka szkoda, że rysownik Pablo Raimondi to taki straszny przeciętniak. David po prostu nie ma szczęścia do rysowników, co doskonale widać w "X-Factor", po które mam nadzieję wkrótce sięgnąć.
Jednym słowem: obiecujące.



























