Kevin Smith rusza z autorskim imprintem w Dark Horse Comics - jego linia będzie nazywać się Secret Stash Press, na cześć (jak nietrudno się domyślić) jego sklepu z komiksami w New Jersey. W jego ramach będą publikowane pozycje do scenariuszy kochanego przez nerdów filmowca, a na pierwszy ogień pójdzie "Masquerade". Ośmiozeszytowa mini-seria traktująca o początkującej mścicielce zadebiutuje na jesień i to w zasadzie wszystko, co wiadomo o tym tytule, ale tuż po niej wystartuje antologia "Quick Stops". Historie publikowane na jej łamach będą osadzone View Askewniverse. Powiem, że trochę się jaram i pewnie sprawdzę co i zacz. Od lat jestem fanem filmów Kevina. Faktem jest, że mamy ze sobą wiele wspólnego. Oboje pracowaliśmy w naszych własnych sklepach z komiksami, pracowaliśmy w branży filmowej, ale przede wszystkim namiętnie kochamy komiksowe medium - słodził Smithowi w oficjalnym komentarzu prezes i założyciel DHC, Mike Richardson.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kevin Smith. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kevin Smith. Pokaż wszystkie posty
sobota, 16 kwietnia 2022
piątek, 14 grudnia 2012
#1195 - Daredevil wg Kevina Smitha
Komiksowa zajawka Kevina Smitha jest powszechnie znana. W jego filmach mnóstwo jest odniesień do kultury komiksowej, jak refleksje nad seksualnością superherosów w „Szczurach z supermarketu”, a niekiedy bywają wręcz podstawą ich fabuły (jak miało to miejsce w „W pogoni za Amy”, którego akcja rozgrywa się w amerykańskim środowisku komiksowym). Oprócz tego, że Smitha jest fanem, to próbował swoich sił również, jako ich autor.
Zaczynał od komiksów bezpośrednio powiązanych ze swoimi pierwszymi produkcjami filmowymi. W magazynie „Oni Double Feature” pojawiały się szorciaki jego autorstwa, w których Dante i Randall odkrywają, że Święty Mikołaj mieszka pomiędzy sklepem Quick Stop a wypożyczalnią RST Video, Bluntman z Chronikiem zwalczają zbrodnie i wreszcie możemy zobaczyć co stało się na pogrzebie Postona. Po koniec ubiegłego wieku nazwisko reżysera i scenarzysty pracującego nad „Dogmą” zaczęło zamieniać się w hollywoodzką markę. Joe Quesada, ówczesny redaktor imprintu Marvel Knights, a w tamtym czasie to, co najciekawsze w Domu Pomysłów działo się właśnie tam, obudził w Smithcie fan-boy`a i skusił go ofertą odnowienia jednego z jego ulubionych bohaterów – Daredevila.
Po zamknięciu regularnej serii z udziałem Śmiałka już po miesiącu wystartowała nowa oznaczona, jako vol. 2 z Smithem jako scenarzystą na pokładzie. Oprawą graficzną miał zająć się sam Quesada, który ze Smithem współpracował już na planie „Chasing Amy”, gdzie zadowolił się małą rólką. Premierowy zeszyt ośmioczęściowej historii „Guardian devil” („Diabeł stróż” w polskiej egmontowej wersji) ukazał się listopadzie 1998 roku, a ostatni – w lipcu 1999. Wstęp do wydania zbiorczego napisał Ben Affleck, który zagrał Matta Murdocka w ekranizacji przygód DD.
Z dzisiejszej perspektywy „Diabła stróż” wypada ocenić, jako pomost pomiędzy klasycznym, a nowoczesnym ujęciem mitu Daredevila. Z jednej strony komiks oddaje ostatni hołd przede wszystkim Frankowi Millerowi, co według niektórych było bezczelnym plagiatem. Z drugiej zapowiada to, co z ślepym strażnikiem Hell`s Kitchen zrobią Brian M. Bendis i Ed Brubaker, redefiniujący status superbohatera i bycia Daredevilem. Smith buduje swoją opowieść z motywów i fabularnych schematów, które fani Śmiałka doskonale znają. Pojawi się zatem skryty w cieniu villain, który knuje misterną sieć intryg mającą doprowadzić Matta Murdocka do szaleństwa i upadku. Powracająca Karen Page odgrywa rolę Elektry, wielkiej miłości, która-musi-zginąć-z-rąk-zgadnijcie-kogo.
Krytykujący wizję Smitha w „Diable stróżu” dostrzegają jedynie nieudolną kopię „Born Again”, w której Smith próbował udowodnić, że jest tak samo wybitnym komiksowym scenarzystom, jak Miller. Trudno jest mi się z tym zgodzić, bo uważam, że w tej zabawie kliszami opowieści z odzianym w szkarłatny kostium herosie, pełnej cytatów, wpisanej w tekst ironii i autorskiej autoironii Smith jest świadom, że nie tylko opowiada historię, ale (może przede wszystkim?) gra. Gra, w przypadku Smitha, może nie należy do zbyt subtelnych i wyrafinowanych, polega na igraniu z czytelniczymi oczekiwaniami.
Fantastycznie widać to w finale, który jednocześnie jest parodią i dekonstrukcją sceny tyrady superłotra, rozpływającego się nad genialnością swojego planu, aby za chwilę rozpłaszczyć się na podłodze po celnym uderzeniu wracającego do siebie bohatera. Smith dodatkowo nasyca specyficznym spojrzeniem na… branże filmową. Jak to w filmach Smitha zwykle bywa humor (zwykle niewybredny) przeplata się z tragizmem. Zresztą, nad całym komiksem unosi się pewien „smithowy” klimat. Pojawiają się nawiązania do filmów autora scenariusza (scena z pojawieniem się Bullseye`a), dialogi pisane są w bardzo specyficzny sposób, zdradzające ich komiksową konwencjonalność i wypełnione hermetycznymi dowcipami. Wiem, że niektórym roztyte ego Smitha może irytwać, ale dla mnie to raczej niegroźne sztubackie kawały. Czasem są nawet zabawne. Nie brakuje również specyficznie potraktowanego wątku religijności Murdocka, którego przed osunięciem się w odmęty szaleństwa chroni także wiara.
Wypada napisać kilku słów o oprawie graficzne. Ci, którzy kojarzą Joe Quesadę z pełnych komiksowej energii i dynamiki kadrów z „Miecza Azraela” czytają „Diabła stróża” srodze się zawiodą. Przyszły rednacz Domu Pomysłów poszedł w modnym niegdyś kierunku cartoonizacji swojej kreski, zapatrując się na mangę. Do pełni fatalnego efektu dochodzą jeszcze fatalne, rażące swoją sztucznością (spójrzcie tylko na oczy bohaterów) komputerowe kolory i efekty.
O „Guardian devil” można napisać, że jest postmodernistyczną przeróbka, ponowoczesnym kolażem, utworem otwartym i ładnie pobawić się z nim Gerarda Genetta teorią palimpsestowości. Ale równie dobrze widać w komiksie Kevina Smitha i Joego Quesady klasyczny komiksowy chwyt retellingu kanonicznej dla danego herosa opowieści w zmienionej formie. Uaktualnionej, unowocześnionej, przystępnej dla nowych czytelników, ale jednocześnie podtrzymującej mit Daredevila. Kto, jak kto, ale komiksairze uwielbiają czytać te historie, które już znają.
Zaczynał od komiksów bezpośrednio powiązanych ze swoimi pierwszymi produkcjami filmowymi. W magazynie „Oni Double Feature” pojawiały się szorciaki jego autorstwa, w których Dante i Randall odkrywają, że Święty Mikołaj mieszka pomiędzy sklepem Quick Stop a wypożyczalnią RST Video, Bluntman z Chronikiem zwalczają zbrodnie i wreszcie możemy zobaczyć co stało się na pogrzebie Postona. Po koniec ubiegłego wieku nazwisko reżysera i scenarzysty pracującego nad „Dogmą” zaczęło zamieniać się w hollywoodzką markę. Joe Quesada, ówczesny redaktor imprintu Marvel Knights, a w tamtym czasie to, co najciekawsze w Domu Pomysłów działo się właśnie tam, obudził w Smithcie fan-boy`a i skusił go ofertą odnowienia jednego z jego ulubionych bohaterów – Daredevila.
Po zamknięciu regularnej serii z udziałem Śmiałka już po miesiącu wystartowała nowa oznaczona, jako vol. 2 z Smithem jako scenarzystą na pokładzie. Oprawą graficzną miał zająć się sam Quesada, który ze Smithem współpracował już na planie „Chasing Amy”, gdzie zadowolił się małą rólką. Premierowy zeszyt ośmioczęściowej historii „Guardian devil” („Diabeł stróż” w polskiej egmontowej wersji) ukazał się listopadzie 1998 roku, a ostatni – w lipcu 1999. Wstęp do wydania zbiorczego napisał Ben Affleck, który zagrał Matta Murdocka w ekranizacji przygód DD.
Z dzisiejszej perspektywy „Diabła stróż” wypada ocenić, jako pomost pomiędzy klasycznym, a nowoczesnym ujęciem mitu Daredevila. Z jednej strony komiks oddaje ostatni hołd przede wszystkim Frankowi Millerowi, co według niektórych było bezczelnym plagiatem. Z drugiej zapowiada to, co z ślepym strażnikiem Hell`s Kitchen zrobią Brian M. Bendis i Ed Brubaker, redefiniujący status superbohatera i bycia Daredevilem. Smith buduje swoją opowieść z motywów i fabularnych schematów, które fani Śmiałka doskonale znają. Pojawi się zatem skryty w cieniu villain, który knuje misterną sieć intryg mającą doprowadzić Matta Murdocka do szaleństwa i upadku. Powracająca Karen Page odgrywa rolę Elektry, wielkiej miłości, która-musi-zginąć-z-rąk-zgadnijcie-kogo.
Krytykujący wizję Smitha w „Diable stróżu” dostrzegają jedynie nieudolną kopię „Born Again”, w której Smith próbował udowodnić, że jest tak samo wybitnym komiksowym scenarzystom, jak Miller. Trudno jest mi się z tym zgodzić, bo uważam, że w tej zabawie kliszami opowieści z odzianym w szkarłatny kostium herosie, pełnej cytatów, wpisanej w tekst ironii i autorskiej autoironii Smith jest świadom, że nie tylko opowiada historię, ale (może przede wszystkim?) gra. Gra, w przypadku Smitha, może nie należy do zbyt subtelnych i wyrafinowanych, polega na igraniu z czytelniczymi oczekiwaniami.
Fantastycznie widać to w finale, który jednocześnie jest parodią i dekonstrukcją sceny tyrady superłotra, rozpływającego się nad genialnością swojego planu, aby za chwilę rozpłaszczyć się na podłodze po celnym uderzeniu wracającego do siebie bohatera. Smith dodatkowo nasyca specyficznym spojrzeniem na… branże filmową. Jak to w filmach Smitha zwykle bywa humor (zwykle niewybredny) przeplata się z tragizmem. Zresztą, nad całym komiksem unosi się pewien „smithowy” klimat. Pojawiają się nawiązania do filmów autora scenariusza (scena z pojawieniem się Bullseye`a), dialogi pisane są w bardzo specyficzny sposób, zdradzające ich komiksową konwencjonalność i wypełnione hermetycznymi dowcipami. Wiem, że niektórym roztyte ego Smitha może irytwać, ale dla mnie to raczej niegroźne sztubackie kawały. Czasem są nawet zabawne. Nie brakuje również specyficznie potraktowanego wątku religijności Murdocka, którego przed osunięciem się w odmęty szaleństwa chroni także wiara.
Wypada napisać kilku słów o oprawie graficzne. Ci, którzy kojarzą Joe Quesadę z pełnych komiksowej energii i dynamiki kadrów z „Miecza Azraela” czytają „Diabła stróża” srodze się zawiodą. Przyszły rednacz Domu Pomysłów poszedł w modnym niegdyś kierunku cartoonizacji swojej kreski, zapatrując się na mangę. Do pełni fatalnego efektu dochodzą jeszcze fatalne, rażące swoją sztucznością (spójrzcie tylko na oczy bohaterów) komputerowe kolory i efekty.
O „Guardian devil” można napisać, że jest postmodernistyczną przeróbka, ponowoczesnym kolażem, utworem otwartym i ładnie pobawić się z nim Gerarda Genetta teorią palimpsestowości. Ale równie dobrze widać w komiksie Kevina Smitha i Joego Quesady klasyczny komiksowy chwyt retellingu kanonicznej dla danego herosa opowieści w zmienionej formie. Uaktualnionej, unowocześnionej, przystępnej dla nowych czytelników, ale jednocześnie podtrzymującej mit Daredevila. Kto, jak kto, ale komiksairze uwielbiają czytać te historie, które już znają.
środa, 24 października 2012
#1164- Kevin Smith`s Green Hornet vol .1: Sins of the Fathers
Znowu Krzysztof Tymczyński użycza jednego ze swoich tekstów, tym razem poświęconego "Green Hornetowi" i jak zwykle przy tej okazji polecamy jego stronę Independent Comics.
Przygody Zielonego Szerszenia znajdowały swoich odbiorców w najróżniejszych mediach. Pojawiał się on w słuchowiskach radiowych, filmach i serialach telewizyjnych, a całkiem niedawno zagościł także w niezbyt udanej produkcji kinowej. Green Hornet był także obecny na kartach komiksów, lecz wielokrotnie zmieniał wydawców. Najpierw jego przygody publikował Helnit, następnie Harley, Dell, Gold Key i NOW. To w tym ostatnim Szerszeń zadomowił się na nieco dłużej, lecz w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zniknął on z komiksowych półek. Ten stan trwał do połowy roku 2009, gdy prawa do wydawania komiksów z Green Hornetem pozyskało wydawnictwo Dynamite Entertainement.
W 2004 roku Smith został zatrudniony przez Miramax do napisaniu scenariusza do filmowego "Horneta". Niestety, do realizacji tej produkcji nie doszło - ostatecznie to Seth Rogen i Evan Goldberg wraz ze reżyserem Michealem Gondry`m przenieśli postać stworzoną przez George`a W. Trendle`a i Frana Strikera na kinowe ekrany w 2011 roku. Ale skrypt autora "Clerks" nie zmarnował się i stał się podstawą dla nowego komiksowego on-goinga, który z pewnością skorzystał na medialnym szumie wokół filmowego "Zielonego Szerszenia"
Pomysł Smitha był genialny w swej prostocie. Zamiast bawić się w udowadnianie czy i jakie poprzednie przygody bohatera są wciąż aktualne, jednocześnie nie przekreślając żadnej z nich, scenarzysta po prostu przeniósł bohatera do czasów współczesnych. Dodatkowo szybko okazuje się, że maskę nosi nie kto inny, jak syn oryginalnego Horneta, czyli mężczyzna o imieniu (a jakże) Britt Reid Junior. Pojawiają się także postaci znane z poprzednich serii, lecz również uwspółcześnione. I tak Kato staje się młodą, piękną kobietą i oczywiście okazuje się być córką oryginalnego pomocnika Zielonego Szerszenia. W iście komiksowy sposób, ta dwójka kontynuuje krucjatę przeciw przestępczości, którą rozpoczęli ich rodzice. Proste? Oczywiście. Fajne? Według mnie - jak najbardziej.
Historia zawarta pierwszym wydaniu zbiorczym skupia się na dość tradycyjnych początkach kariery Green Horneta, który odkrywa kim był jego ojciec. Smith przedstawia Reida Juniora jako pewnego siebie, chociaż nieco fajtłapowatego mężczyznę, któremu wymarzyła się kariera superbohatera, chociaż na pierwszy rzut oka zupełnie się do tego nie nadaje. Podczas jednej z pierwszych swoich misji natrafia on nie tylko na nową Kato, ale też na Black Horneta – arcywroga jego ojca. Praktycznie każdy aspekt tego komiksu mówi nam cicho „hej, kiedyś już to na pewno widziałeś/aś”. Fabuła skonstruowana jest według klasycznego schematu początków nowego herosa. Popełnia on błędy, wpada w niepotrzebne tarapaty, zraża do siebie ludzi, a na końcu i tak wychodzi ze wszystkiego bardziej lub mniej obronną ręką. Jednym słowem: standard.
Mimo to Smithowi udało się jednak nie tylko zatrzymać mnie przy tej historii, ale także nabrać ochoty na zapoznanie się z kolejnymi odsłonami. Pomimo całej wtórności tej historii jest ona dość fajnie poprowadzona i przystępna dla potencjalnego czytelnika. Pomimo wieloletniej historii przygód Green Horneta, tu zupełnie nie ma presji na chociażby szczątkową znajomość jakichkolwiek z nich. Jest to zupełnie nowy start, ale z zachowaniem szacunku dla przeszłości i z puszczeniem oka do współczesnego czytelnika. Od początku bowiem wiadomo, że zrobienie z Kato kobiety oznacza ni mniej ni więcej, że prędzej czy później pomiędzy nią a Hornetem nawiążą się jakieś bliższe relacje. Pytanie brzmi tylko: kiedy dokładnie? Tego na szczęście Smith nie ujawnił.
Rysownikiem zawartej w zbiorze historii jest Jonathan Lau. Artysta ten jest jednym z niewielu, który obecnie posiada kontrakt na wyłączność z Dynamite. I trudno dziwić się szefom wydawnictwo, bo Lau był moim zdaniem najmocniejszą stroną całości "Sins of the Father". Jego wyraziste, bardzo ładne ilustracje mogą się podobać. Na pewno spodobały się Kevinowi Smithowi, który zaprosił rysownika do zadbania o oprawę graficzną do kolejnego projektu dla Dynamite zatytułowanego "Bionic Men".
Jako że w moje łapska wpadła edycja w twardej okładce, warto by wspomnieć o jakości wydania i zawartych w nich dodatkach. Zwłaszcza te drugie prezentują się dość okazale, ponieważ oprócz standardowej galerii okładek, (a zapewniam że jest ich mnóstwo), zaprezentowano także kilka szkiców oraz dość obszerny fragment scenariusza do kinowego "Green Horneta" - oczywiście komiks nie ma nic wspólnego z ową produkcją. A jak oceniam "Sins of the Father"? Z jednej strony nie zaprezentowano na jego łamach nic spektakularnego, ale jednak po jego lekturze nie czuję się wcale zawiedziony. Mało tego, jestem pewny, że jeszcze nieraz do tego komiksu wrócę, a obecnie wystawiam mu mocną czwórkę.
Przygody Zielonego Szerszenia znajdowały swoich odbiorców w najróżniejszych mediach. Pojawiał się on w słuchowiskach radiowych, filmach i serialach telewizyjnych, a całkiem niedawno zagościł także w niezbyt udanej produkcji kinowej. Green Hornet był także obecny na kartach komiksów, lecz wielokrotnie zmieniał wydawców. Najpierw jego przygody publikował Helnit, następnie Harley, Dell, Gold Key i NOW. To w tym ostatnim Szerszeń zadomowił się na nieco dłużej, lecz w połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia zniknął on z komiksowych półek. Ten stan trwał do połowy roku 2009, gdy prawa do wydawania komiksów z Green Hornetem pozyskało wydawnictwo Dynamite Entertainement.
W 2004 roku Smith został zatrudniony przez Miramax do napisaniu scenariusza do filmowego "Horneta". Niestety, do realizacji tej produkcji nie doszło - ostatecznie to Seth Rogen i Evan Goldberg wraz ze reżyserem Michealem Gondry`m przenieśli postać stworzoną przez George`a W. Trendle`a i Frana Strikera na kinowe ekrany w 2011 roku. Ale skrypt autora "Clerks" nie zmarnował się i stał się podstawą dla nowego komiksowego on-goinga, który z pewnością skorzystał na medialnym szumie wokół filmowego "Zielonego Szerszenia"
Pomysł Smitha był genialny w swej prostocie. Zamiast bawić się w udowadnianie czy i jakie poprzednie przygody bohatera są wciąż aktualne, jednocześnie nie przekreślając żadnej z nich, scenarzysta po prostu przeniósł bohatera do czasów współczesnych. Dodatkowo szybko okazuje się, że maskę nosi nie kto inny, jak syn oryginalnego Horneta, czyli mężczyzna o imieniu (a jakże) Britt Reid Junior. Pojawiają się także postaci znane z poprzednich serii, lecz również uwspółcześnione. I tak Kato staje się młodą, piękną kobietą i oczywiście okazuje się być córką oryginalnego pomocnika Zielonego Szerszenia. W iście komiksowy sposób, ta dwójka kontynuuje krucjatę przeciw przestępczości, którą rozpoczęli ich rodzice. Proste? Oczywiście. Fajne? Według mnie - jak najbardziej.
Historia zawarta pierwszym wydaniu zbiorczym skupia się na dość tradycyjnych początkach kariery Green Horneta, który odkrywa kim był jego ojciec. Smith przedstawia Reida Juniora jako pewnego siebie, chociaż nieco fajtłapowatego mężczyznę, któremu wymarzyła się kariera superbohatera, chociaż na pierwszy rzut oka zupełnie się do tego nie nadaje. Podczas jednej z pierwszych swoich misji natrafia on nie tylko na nową Kato, ale też na Black Horneta – arcywroga jego ojca. Praktycznie każdy aspekt tego komiksu mówi nam cicho „hej, kiedyś już to na pewno widziałeś/aś”. Fabuła skonstruowana jest według klasycznego schematu początków nowego herosa. Popełnia on błędy, wpada w niepotrzebne tarapaty, zraża do siebie ludzi, a na końcu i tak wychodzi ze wszystkiego bardziej lub mniej obronną ręką. Jednym słowem: standard.
Mimo to Smithowi udało się jednak nie tylko zatrzymać mnie przy tej historii, ale także nabrać ochoty na zapoznanie się z kolejnymi odsłonami. Pomimo całej wtórności tej historii jest ona dość fajnie poprowadzona i przystępna dla potencjalnego czytelnika. Pomimo wieloletniej historii przygód Green Horneta, tu zupełnie nie ma presji na chociażby szczątkową znajomość jakichkolwiek z nich. Jest to zupełnie nowy start, ale z zachowaniem szacunku dla przeszłości i z puszczeniem oka do współczesnego czytelnika. Od początku bowiem wiadomo, że zrobienie z Kato kobiety oznacza ni mniej ni więcej, że prędzej czy później pomiędzy nią a Hornetem nawiążą się jakieś bliższe relacje. Pytanie brzmi tylko: kiedy dokładnie? Tego na szczęście Smith nie ujawnił.
Rysownikiem zawartej w zbiorze historii jest Jonathan Lau. Artysta ten jest jednym z niewielu, który obecnie posiada kontrakt na wyłączność z Dynamite. I trudno dziwić się szefom wydawnictwo, bo Lau był moim zdaniem najmocniejszą stroną całości "Sins of the Father". Jego wyraziste, bardzo ładne ilustracje mogą się podobać. Na pewno spodobały się Kevinowi Smithowi, który zaprosił rysownika do zadbania o oprawę graficzną do kolejnego projektu dla Dynamite zatytułowanego "Bionic Men".
Jako że w moje łapska wpadła edycja w twardej okładce, warto by wspomnieć o jakości wydania i zawartych w nich dodatkach. Zwłaszcza te drugie prezentują się dość okazale, ponieważ oprócz standardowej galerii okładek, (a zapewniam że jest ich mnóstwo), zaprezentowano także kilka szkiców oraz dość obszerny fragment scenariusza do kinowego "Green Horneta" - oczywiście komiks nie ma nic wspólnego z ową produkcją. A jak oceniam "Sins of the Father"? Z jednej strony nie zaprezentowano na jego łamach nic spektakularnego, ale jednak po jego lekturze nie czuję się wcale zawiedziony. Mało tego, jestem pewny, że jeszcze nieraz do tego komiksu wrócę, a obecnie wystawiam mu mocną czwórkę.
wtorek, 6 marca 2012
#0984 - Zaginienie w druku
Łukasz Mazur w znakomitym tekście „Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie” pisał o komiksach, które z różnych przyczyn, nigdy nie ujrzały światła dziennego. Pisał o niedokończonych projektach i pochowanych gdzieś w piwnicach szkicach, którym nigdy nie było dane trafić na sklepowe półki w formie kolorowego zeszytu. Uznałem, że temat ten jest na tyle obszerny, że warto podjąć go w kolejnym tekście, będącym niejako kontynuacją pracy, jakiej podjął się wtedy Łukasz.
Bezpośrednim impulsem do jego napisania był artykuł (część pierwsza i druga) zbierający pasujące do powyższego opisu przypadki, jaki ukazał się na serwisie CBR. Nie łudzę się nawet, że uda mi się wyczerpać temat. Wziąłem na warsztat ledwie kilka najciekawszych przypadków, za którymi kryją się ciekawe historie. A swoją wyliczankę zacznę od tych komiksów, którym od czasu publikacji tekstu Łukasza, udało się jednak ukazać.
Doktor, który mógł zmienić historię komiksu
Choć wielu postawiło krzyżyk na „Batman: Odyssey”, Nealowi Adamsowi udało się samodzielnie zrealizować połowę z planowanej na dwanaście zeszytów autorskiej mini-serii. Na styczeń 2012 roku zaplanowana premierę 4 zeszytu drugiego woluminu. Warto wspomnieć, że komiks spotkał się z druzgoczącą krytyką wśród fanów. Po kilku latach również Frankowi Millerowi dał radę wreszcie skończyć „Holy Terror!”. Album, który został zapowiedziany w 2006, ukazał się nakładem Dark Horse Comics we wrześniu minionego roku. Jego fabuła pierwotnie miała opowiadać o Batmanie broniącym Gotham City przed atakiem terrorystów. Po rozstaniu z DC Comics Miller musiał zrezygnować z postaci Mrocznego Rycerza i zastąpić go bohaterem zwanym Fixer, ale fabularny kościeć i treść z grubsza pozostała taka sama. A jak już jesteśmy przy Batku i Millerze – już rok temu zapowiedziano, że w 2011 roku „All Star Batman & Robin, Boy Wonder”, przemianowane na „Dark Knight: The Boy Wonder”, zostanie dokończone. Ale od tamtego czasu w tym temacie panuje cisza, a Jim Lee, który był jednym z architektów rebootu DC, ma w co ręce włożyć. Nie spodziewałbym się dalszych postępów w tym temacie. Podobne rzecz ma się w przypadku pozostałych tytułów linii „All Star”, a więc tych z Batgirl (Geoffa Johnsa i J.G. Jonesa) i Wonder Woman (Adama Hughesa), które wydają się nie pasować do obecnej linii wydawniczej Dana DiDio. Choć Hughes pytany o Dianę zaprzecza, że jest martwa – znajduje się jedynie w głębokiej śpiączce, z minimalnymi szansami na przebudzenie.
A pozostając jeszcze przy Franku Millerze – obok wspomnianego już przez Łukasza projektu „Jesus”, dla Dark Horse Comics, mającym być wierną, inspirowaną tyleż Pismem Świętym, co podaniami historycznymi biografią Jezusa z Nazaretu, warto wspomnieć o innym zarzuconym komiksie, na którego realizację dziś nie ma już żadnych szans. W seriach Marvela z datą „luty 1981” na okładce pojawiła się zapowiedz, że stery w on-goingu „Doctor Strange” przejmą scenarzysta Roger Stern i właśnie Miller, który miałby się zająć ilustracjami. Stern po latach wspomina, że jego wspólna praca z jednym z największych współczesnych amerykańskich komiksiarzy przy Mistrzu Sztuk Mistycznych skończyła się jedynie na omówienie koncepcji tego, co chcieliby ze Strange`m zrobić i jednej okładce. W końcu Marshall Rogers został przydzielony Sternowi, a Miller pracując przy „Daredevilu” dołoży pierwszą cegiełkę do rewolucji komiksowej lat osiemdziesiątych. Ciekawe jakby dziś wyglądała historia amerykańskiego komiksu, gdyby wtedy zdecydował się na rysowanie Strange`a. Inny wspólny projekt spółki Stern/Miller, mini-seria z Nickiem Fury`m, nigdy nie wyszedł poza luźne rozmowy.
Strange`owi nie poszczęściło się z Millerem, nie poszczęściło się mu również z Harlanem Ellisonem. Kiedy w 2000 roku Joe Quesada przejął władzę w Marvelu zaczął szukać twórców spoza branży, których nazwiska przyciągałyby nowych czytelników. W kwietniu na WonderConie pojawiła się sensacyjna wiadomość, że Stranege`m zaopiekuje się Ellison i John Romita Jr. O współpracy z Domem Pomysłów ten znakomity pisarz science-fiction rozmawiał już wcześniej i przymierzał się do przejęcia „Silver Surfera”, ale ostatecznie miał opowiedzieć historię o śmiertelnej chorobie Dormammu, którego śmierć mogłaby przyczynić się do zagłady całego wszechświata. Strange musi ruszyć mu na ratunek. Niestety, szefostwo Marvela bardzo szybko zdementowało rewelacje młodszego Romity, który przedwcześnie wyskoczył z luźnym pomysłem, a do współpracy Domu Pomysłów z Ellisonem nigdy nie doszło.
Kino i telewizja vs. komiks
Kolejną, bardzo ciekawą komiksową historią alternatywną są losy Człowieka Pająka. W sierpniu 2002 roku Quesada w wywiadze dla magazynu „Cinescape” zapowiedział odświeżeni linii spider-komiksów. Kevin Smith i Terry Dodson mieli przejąć „Amazing Spider-Mana”, „Spider-Man” miał powędrować na ręce innego scenarzysty związanego z branżą filmową J. Micheala Straczynskiego i Johna Romity Jra, a Paul Jenkins i Humberto Ramos mieli dostać nowy tytuł. Dwie trzecie z tych planów dało się zrealizować – JMS wylądował ostatecznie w „Amazingu” i wywrócił życie Petera Parkera do góry nogami, a Jenkins i Ramos odwalili kawał dobrej roboty w „Spectacular Spider-Manie”. Skrypty Smitha do Pajęczaka może jeszcze kurzą się w jego szufladach, a być może jakaś ich cześć została wykorzystana w mini-serii „Spider-Man/Black Cat: The Evil That Men Do”, kolejnym nigdy nie ukończonym projekcie. Nieudane podejście do Spidera zaliczył również Jeph Loeb. Wraz z J. Scottem Campbellem, który w 2006 roku, jako jeden z najgorętszych rysowników podpisał ekskluzywny kontrakt z Marvelem, mieli przejąć któryś z spider-on-goingów w 2008. Potem zaczęła się huśtawka. Rok wcześniej projekt został skasowany, tylko po to aby powrócić w 2010. Niedawno Tom Brevoort zapewniał, że nad komiksem wciąż trwają prace, ciągle jest planowany, ale wciąż jest za wcześnie, aby mówić o jakichkolwiek konkretach. Nie wierzę, żeby tego Spider-Mana udało się dociągnąć do końca, podobnie, jak loebowe projekty z „kolorowego” cyklu – „Captain Amercia: White” i „ Iron-Man: Gold”. Loeb w tej chwili pracuje w telewizyjnym departamencie Domu Pomysłów i ma inne rzeczy na głowie.
Chociaż Straczynski zamknął swój run w „ASM” (choć nie bez pewnych problemów), ma na sumieniu kilka innych niedokończonych historii. „Superman” i „Wonder Woman” to dwa bardzo dobre przykłady rozpoczęcia dłuższej fabuły i zostawienia jej innemu scenarzyście/rysownikowi, aby zająć się innymi projektami (w tym przypadku rolę nowej zabawki odgrywa „Superman: Earth One”). Wciąż nie wiadomo, jaki los czeka „Samaritan X”, ogłoszonej w marcu powieści graficznej o pracy szpitala w Gotham City. JMS potwierdza, że nie zrezygnował z tego pomysłu, zajęty innymi rzeczami, nie mógł poświęcić „SX” odpowiednio dużo uwagi. Obiecuje, że już niedługo będzie o tym komiksie głośno. Kończąc wątek o związkach ze światem filmu trzeba jeszcze napisać o Bryanie Singerze. Ojciec sukcesu dwóch pierwszych części filmowych mutantów, po premierze sequela miał wraz z Danem Harrisem i Michealem Dougherty`m miał przejąć „Ultimate X-Men”, ale niestety pochłonęła go praca nad obrazem „Superman Returns”. Obecnie pomysł, po licznych zawirowaniach w ultimateverse, nie ma szans na realizację.
Złośliwość rzeczy martwych
Zaginione w druku komiksy zdarzają się nie tylko majorsom. Jednym z najciekawiej zapowiadających się projektów, na którego publikację wciąż istnieje szansa, jest „Everest: Facing The Goddess”. Dwunastoczęściowa seria miała być opatą na faktach opowieścią o zdobywaniu najwyższej góry świata. Wydawca, Oni Press, podczas Free Comic Book Day w 2004 roku opublikowało nawet kilka plansz, ale od tamtego czasu nabrało wody w usta. Autorzy tej serii, Greg Rucka i Scott Morse (ach, już widzę tej majestatyczne pejzaże dachu świata!), nie uważają sprawy za zamkniętą. Obaj spotkali się ostatnio na którymś z mniejszych konwentów i pomysł odżył. Czy uda się go skutecznie przenieść na papier?
W kategorii zapowiedzianych, ale opuszczonych skryptów prawdziwym rekordzistą jest jednak Warren Ellis. Trudno zliczyć ile pomysłów przeleciało przez jego głowę, ile pojawiło się w formie szkicu, a o ilu pojawiła się oficjalna informacja. Po częśc winna jeste temu awaria jego dysku twardego, przez którą w 2008 roku bezpowrotnie stracił kilka ze swoich scenariuszy. W cyfrowych odmętach na zawsze pogrążyła się kontynuacja powieści graficznej „Orbiter” pod tytułem „Stealth Tribes”. Komiks miał ukazać się pod koniec 2004 roku i po ciągłym odkładaniu daty premiery zwieńczonym rzeczoną awarię wypadł z planów Vertio. Ale Ellis i Colleen Doran zapewniają, że końcu ujrzy światło dzienne. Do lamusa odłożono „The Operation” dla Oni Press z rysunkmi Phila Hestera i Andego Parksa. Obszerny preview serii ukazał się „Oni Press Color Special 2002”, w którym zaprezentowano przygody grupy tajnych agentów na tropie spraw tyle paranormalnych, co dziwacznych i humorystycznych.Dla Image Comics Ellis miał przygotować scenariusz do sequela „J.U.D.G.E”, dzięki któremu Greg Horn przebił się do Marvela. Rysownik w 2000 roku zapewniał, że przygody Victorii Grace i jej radosnej bandy psychopatów miały być kontynuowane przez scenarzystę „Transmetropolitan” i „Planetary”. Z początku Horn był zachwycony tym, co wychodziło spod ręki Ellisa, ale komiks zwyczajnie zaginął w akcji i kompletnie nie wiadomo, co się z nim dzieje.
„Morning Dragons” był jednym z najwspanialszych pitchów, jakich dokonał Jim Valentino, szefujący ówcześnie Image Comics. Japonia, 1180 rok. Kiyimori, był kapłan, a obecnie samuraj przechadza się po swojej wiosce. Nagle, na tle zachodzącego słońca widzi sylwetki dwóch smoków zbliżających się do brzegu – to drakkary Wikingów… Brzmi nieźle, co? Niestety, perspektwa robienia stustronnicowej powieści graficznej ze Stevenem Lieberem na kiepskim kontrakcie nie uśmiechała się Ellisowi i zarzucił ten projekt. Natomiast w Avatarze miała wystartować seryjna antologia zatytułowana „Night Radio”, w której młodzi scenarzyści dostaliby możliwość pokazania swoich talentów i zaistnienia na rynku. Wśród jej autorów oprócz Ellisa padały również nazwiska Matta Fractiona i Antony`ego Johnstona. Był to grudzień 2001 roku i zanim cokolwiek w tym temacie się ruszyło, to Fractionowi i Johnstone`owi udało się przebić innymi drogami.
Na tą chwilę to wszystko, ale wcale nie mam zamiaru wcale podsumowywać tematu. Materiału jest jeszcze tyle, że bez problemu wystarczy na kolejny odcinek. I wcale nie są to jakieś resztki! Zapowiadane niedawno, bo w ledwie w 2009, „Multiversity” Granta Morrisona, wspólny komiks Matta Fractiona i Fabio Moona, nowa, godna XXI wieku wersja Kapitana Ameryki Chucka Dixona i Grega Landa. I wreszcie, prawdziwa wisienka na torcie - mini-seria z Punisherem i Nickiem Fury rysowana przez Jima Lee, kreską z najwcześniejszych dziewięćdziesiątych, zanim jeszcze przejął „Uncanny X-Men”. To jeszcze nie koniec…
Na tą chwilę to wszystko, ale wcale nie mam zamiaru wcale podsumowywać tematu. Materiału jest jeszcze tyle, że bez problemu wystarczy na kolejny odcinek. I wcale nie są to jakieś resztki! Zapowiadane niedawno, bo w ledwie w 2009, „Multiversity” Granta Morrisona, wspólny komiks Matta Fractiona i Fabio Moona, nowa, godna XXI wieku wersja Kapitana Ameryki Chucka Dixona i Grega Landa. I wreszcie, prawdziwa wisienka na torcie - mini-seria z Punisherem i Nickiem Fury rysowana przez Jima Lee, kreską z najwcześniejszych dziewięćdziesiątych, zanim jeszcze przejął „Uncanny X-Men”. To jeszcze nie koniec…
Subskrybuj:
Posty (Atom)









