Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Whilce Portacio. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Whilce Portacio. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 23 września 2014

#1745 - Non-Humans: Runaway American Dream

Losy Whilcego Portacio nierozerwalnie związane są z historią Image Comics. Pochodzący z Filipin artysta odszedł z Marvela wraz z innymi buntownikami”, aby założyć nowe wydawnictwo, lecz od tego czasu prześladował go pech. Najpierw stworzenie własnego studia nie doszło do skutku, ponieważ artysta mocno przeżył śmierć siostry. Po jakimś czasie wrócił do pracy i stworzył serię „Wetworks”, którą rysował przez trzy lata.


czwartek, 20 marca 2014

#1558 - Artifacts vol.2

Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.

Dziś więc w ramach nadrabiania potężnych zaległości ponownie przenosimy się do uniwersum Top Cow, by nieco bliżej przyjrzeć się drugiemu tomowi „Artifacts” – komiksowi, którego recenzję pierwszej odsłony napisałem chyba ze dwa lata temu, jeszcze na potrzeby mojej nieistniejącej już strony internetowej. 


poniedziałek, 11 listopada 2013

#1418 - Krótki zarys historii Image Comics cz.2: Wildstorm

Jest druga połowa września 2010 roku, gdy Dan DiDio, szef wydawnictwa DC Comics, ogłasza, że wraz z końcem roku przestaje istnieć Wildstorm Productions. Tym samym kończy się historia imprintu, który przeżył 18 lat i pod swoim szyldem wydał wiele ciekawych komiksów. A to, że te niemal dwie dekady obfitowały w wiele dobrych tytułów i udanych inicjatyw, postaram się udowodnić opowiadając historię Wildstormu.


Lata w Image Comics

Omawiane wydawnictwo zostaje zamknięte przez szefa DC, ale do życia powołano go wraz z uruchomieniem pięciu innych studiów, wchodzących w skład Image Comics – nowego gracza na komiksowym rynku z 1992 roku, który rzucił rękawicę ówczesnym gigantom Za jego powstanie odpowiedzialny jest jeden człowiek: Jim Lee. Przebojowy rysownik, który do dziś dzierży rekord sprzedanych egzemplarzy pojedynczego komiksu. Skłócony z poprzednim szefostwem Marveka, Lee przyjął ofertę Todda McFarlane’a oraz kilku innych uznanych twórców i rozpoczął budowanie rynkowej siły, która mogłyby konkurować "wielką dwójką". Jim Lee ochoczo zabrał się do roboty. Nie sam, bo u jego boku pojawili się młodzi i uzdolnieni komiksowi twórcy z Brandonem Choi`em, Scottem Campbellem i niedoszłym właścicielem własnego studia w Image – Whilce`m Portacio na czele. To właśnie oni stoją za wielkim sukcesem, który wkrótce potem odniosły tytuły z Wildstormu.

Za oficjalny początek życia Wildstormu należy uznać rok 1992, gdy na półki sklepowe trafiły premierowe numery serii „WildC.A.T.S.” i „Gen13”. Były to pierwsze, ale jednocześnie najważniejsze wyniki współpracy Jima Lee i Brandona Choi`a. Oba te tytuły nie tylko odniosły sukces, ale wywołały spory szum na rynku. Kontrowersje dotyczyły przede wszystkim zawartych w komiksach postaci kobiecych. Rysowane przez Jima Lee bohaterki „WildC.A.T.S.” charakteryzowały się tym, iż były możliwie minimalnie odziane i prezentowane w pozach, które eksponowały najbardziej ich „atuty”. Niemal te same oskarżenia dotykały serię „Gen13”, lecz tu sprawa była znacznie poważniejsza. Tytuł ten opowiadał o grupie kilku nastolatków obdarzonych supermocami, a wraz z kolejnymi przygodami kolejni rysownicy uparcie odbierali im kolejne części garderoby. Oberwało się również Choi`owi, który napisał do jednego z zeszytów dość „mocną”, jak na ówczesny komiks dla nastolatków, scenę miłosną pomiędzy dwoma dziewczynami.

Jak nietrudno się domyślić, kontrowersje te nie zaszkodziły wspomnianym tytułom, a wręcz przeciwnie - wywindowały je w górę w comiesięcznej liście sprzedaży. Sukces ten nie mógł przejść niezauważony, dlatego Lee i jego ekipa poszli za ciosem. W latach 1993-95 powstają takie tytuły jak „Stormwatch” (gdzie rysunkami zajmowali się między innymi Brett Booth czy Matt Broome), „Deathblow” czy „Wetworks” (którego współtwórcą był Whilce Portacio), a „WildC.A.T.S.” i Gen13” są z powodzeniem kontynuowane. Na rynku panuje wciąż dobra koniunktura, Wildstorm poczyna sobie coraz śmielej.


Aby wykorzystać niewątpliwy sukces przedsięwzięcia, Lee postanawia oddzielić swoje tytuły od reszty Imageverse. Tak powstaje projekt o nazwie „Wildstorm Rising”, który okazuje się pierwszym w historii wydawnictwa crossoverem. W tym wydarzeniu brały udział jedynie te tytuły, których twórcą był Jim lub jego najbliżsi współpracownicy. Po jego zakończeniu, Wildstorm staje się oficjalnie autonomicznym edytorem w ramach Image. By zdobyć jak najwięcej nowych odbiorców, wkrótce powstają dwa animowane projekty. Niestety, kreskówkowe „WildC.A.T.S.” zostaje szybko skasowane, a „Gen13” nie doczekuje nawet emisji pierwszego odcinka. Porażkę w tym polu wydawnictwo powetowało sobie dość dużą i na pewno bardzo niespodziewaną popularnością fabularnej gry karcianej osadzonej w realiach Wildstorm Universe.

Rok 1995 przynosi debiut pierwszego imprintu Wildstorm. Homage Comics skupia się na autorskich projektach wielu uznanych komiksowych twórców, nie mających jednak nic wspólnego z głównym uniwersum. I projekt ten okazuje się być kolejnym strzałem w przysłowiową dziesiątkę, gdyż przynosi wiele doskonałych tytułów. To właśnie pod szyldem Homage wydane zostają takie komiksy jak „Astro City” Kurta Busieka, „Strangers In the Paradise” Terry’ego Moore’a, „Red” Warrena Ellisa czy „The Maxx” i „Zero Girl” Sama Kietha. Imprint ten przetrwał do roku 2004, gdy tytuły wchodzące w jego skład zostały włączone do tworu zwanego Wildstorm Signature Series.

Niemal dokładnie dwa lata później Wildstorm Productions sprowadza na świat swoje drugie dziecko. Cliffhanger, bo o tym malutkim wydawnictwie mowa, założony został przez Joego Madureirę, J. Scotta Campbella i Humberto Ramosa. Panowie ci również stworzyli kilka udanych tytułów, takich jak „Battle Chasers”, „Steampunk” czy wydany i w naszym kraju „Arrowsmith”. Podobnie jak Homage, również i Cliffhanger stał się później częścią Signature Series, które połączyło oba te imprinty w jeden.


Rok 1997 okazał się przełomem dla Wildstormu. To właśnie wtedy zdecydowano się oddać wszystkie główne serie wydawcy w ręce nowych, pierwszoligowych scenarzystów i rysowników. Przykładowo, Alan Moore dostał za zadanie zakończyć z klasą pierwszy wolumin „WildC.A.T.S.”, a Joe Casey i Sean Phillips rozpoczęli pracę nad drugim. Adam Warren przejął pisanie „Gen13” vol. 2 i całkowicie zmienił oblicze tej serii. Największe i najważniejsze były jednak zmiany, których sprawcą został Warren Ellis. Scenarzysta ten zajął się odświeżeniem nieco podupadłej serii „Stormwatch”, a także wprowadził do Wildstorm Universe grupę bohaterów nazywających się DV8. Z obu tych zadań wywiązał się znakomicie, bo oba te tytuły, wraz z nowymi „WildCats”, stały się rynkowymi przebojami.

Niestety, kryzys, który dotknął branżę komiksową pod koniec XX wieku uderzył zwłaszcza w mniejszych edytorów. Zauważając malejące słupki sprzedaży, Jim Lee zaczął szukać sposobu, który sprawiłby, że twórcy związani Wildstormu mogliby spokojnie realizować swoje projekty. Gwarancją tego miało się stać wykupienie WS od Image Comics przez jednego z wydawniczej „wielkiej dwójki”. W 1998 Wildstorm przeniosło się do DC Comics, stając się tym razem imprintem tego edytora, nie tylko potężnie uderzając w komiksowe uniwersum Image, lecz też w samo wydawnictwo.



Lata w DC

Dziecko Jima Lee rozpoczęło działalność w nowym domu od mocnego uderzenia. Ellis, który odpowiednio wcześniej doprowadził do zamknięcia swojego „Stormwatch” vol. 2, zaatakował półki sklepowe dziełem kontrowersyjnym i zmieniającym wówczas podejście do kwestii superbohaterów. „The Authority”, bo o tej serii mowa, wraz z końcem XX wieku wprowadza do tego typu komiksów nieco świeżości. Postacie w niej występujące metodami działania są dalecy od ideału: nie boją się zabijać, są brutalni, a swoją działalność opierają na zastraszaniu i groźbach. Jeśli dodamy do tego homoseksualne wersje Batmana i Supermana, to mamy przepis na medialny szum i… murowany sukces. Ale to nie wszystko, bowiem wraz z Johnem Cassaday`em Ellis stworzył „Planetary” – serię opowiadającą o tajnej organizacji zrzeszającej post-ludzi (czyli osobników z nadprzyrodzonymi mocami), która zajmowała się poznawaniem tajemnic, jakie stoją za powstaniem świata. Pomimo ciągłych opóźnień, seria ta była jedną z najchętniej kupowanych pozycji z logiem Wildstormu aż do jej zakończenia w 2009 roku.

Rok 1999 wart jest jednak odnotowania z jeszcze jednego powodu – powstania trzeciego już imprintu w strukturach Wildstormu. Tym razem na jego czele stanęła jedna osoba i był nią sam Alan Moore. America`s Best Comics (niezbyt skromna nazwa, nieprawdaż?) startuje z takimi tytułami jak „Liga Niezwykłych Gentlemanów”, „Top 10” czy „Tom Strong”. Jako ciekawostkę dodam, że ABC formalnie nadal istniało do końca 2010 roku, choć już od ładnych paru lat nie wypuszczano więcej niż jeden tytuł rocznie (2009 – „Top Ten” vol.2, 2010 – „Tom Strong and the Robots of Doom”). Sam Alan Moore odszedł pod koniec 2008 roku, by ponownie pisać komiksy niezależne, a jedyny tytuł z ABC, jaki przy nim pozostał, to „Liga…”, której nowe przygody wydaje już Top Shelf.

Kolejną wartą odnotowania datą jest z pewnością rok 2001, gdy zdecydowano się na krok, który stał się pierwszym w kierunku zniszczenia Wildstormu. Tytuły dotąd związane z głównym uniwersum tego wydawcy dostały na okładkach znaczek „Eye of the Storm” i przemianowane zostały na komiksy dla dorosłego czytelnika (za wyjątkiem „Gen13” vol.2). Ruszają takie serie jak „The Authority” vol.2 Robbiego Morrisona, „Stormwatch: Team Achilles”, „Sleeper” Eda Brubakera i wreszcie „WildCats 3.0” Joego Casey`a. O ile dwie pierwsze nie zostały przez fanów przyjęte zbyt ciepło, o tyle kolejne aspirowały do miana najlepszych tytułów w historii Wildstormu. Żeby to udowodnić, wystarczy wspomnieć, że seria „WildCats 3.0” została uznana jedną z dziesięciu najlepszych comiesięcznych pozycji komiksowych lat 2001-2010. Niestety, całą wymienioną powyżej czwórkę łączyło jedno – sprzedaż znacznie poniżej oczekiwanych wyników. Kilka miesięcy po crossoverze „Coup D’Etat” wszystkie te serie zostały skasowane. Najbardziej uderzyło to w Joego Casey`a, który zrealizował jedynie nieco ponad połowę tego, co chciał pokazać w trzeciej serii o przygodach „Dzikich Kotów”.


Niepowodzenie to sprawiło, że serie spod szyldu Wildstorm Universe zaczęły być traktowane jako spory problem. Dlatego w latach 2004-2007 ciężko było doszukiwać się jakiejś porażającej ilości nowych propozycji. Z tego okresu, czytelnicy pamiętają w zasadzie jedynie „The Authority Revolution” Eda Brubakera, wydawane zaledwie rok „Gen13” vol.2 i promowanego nawet w regularnym DC „Majestica”. Oprócz tego pojawiło się kilka mini-serii, jednak żadna z nich nie odniosła spektakularnego sukcesu. Próbowano jednak odbić sobie tę porażkę poprzez reorganizację imprintów. Rok 2004 przynosi wspomniane już narodziny Wildstorm Signature Series, gdzie debiutują przykładowo znakomita „Ex Machina” Brian K. Vaughana, „Desolation Jones” Warrena Ellisa czy „Albion” napisany przez córkę Alana Moore’a. Jednakże już w 2006 znaczek W:SS zniknął z okładek komiksów, a sama ich liczba została drastycznie ograniczona.

Droga ku zagładzie

Ponieważ liczby nie kłamią, szefostwo Wildstormu zauważyło, że niemal wszystkie ich propozycje sprzedają się słabo. Postanowiono ratować jakoś finanse wydawnictwa i zrobiono to w najgorszy możliwy sposób. Dwa kroki, które postawiono, doprowadziły do tego, że wraz z końcem 2010 roku edytor przestał istnieć. Prześledźmy je.

Po pierwsze: by przyciągnąć nowych odbiorców, wydawca zaczął wydawać komiksy na licencjach znanych marek. Teoretycznie nie ma w tym nic złego, jeśli wybierze się odpowiedni produkt i wyda go na dobrym poziomie. Niestety, po sukcesie serii „World of Warcraft” – jednej z pierwszych, które Wildstorm wydał na licencji - szefowie uwierzyli w to, że wszystko, co wydadzą, przyniesie spory zysk. Od tego momentu rozpoczyna się zalewanie rynku rozmaitymi pozycjami, które prześcigały się w tym, która z nich będzie gorsza. Przez cztery lata tytuły licencjonowane sukcesywnie wypierały projekty autorskie, jednak o jakimkolwiek sukcesie można mówić tylko w przypadku trzech. Zarobiły na siebie i nie raziły głupotą wspomniany wyżej „WoW” i oparte na innych grach, czyli „Gears of War” oraz „God of War”.


Po drugie: w 2006 roku postanowiono dać jeszcze jedną szansę Wildstorm Universe. Uniwersum to zostało oficjalnie uznane za Ziemię-50 w świecie DC (co dało przykładowo możliwość konfrontowania Authority z Justice League of America), a następnie zatrudniono najlepszych scenarzystów, by przywrócili blask poszczególnym tytułom. Akcja znana pod nazwą „Worldstorm” zupełnie jednak nie wypaliła. Murowane hity, jakimi miały być „WildCats” vol.4 i „The Authority” vol.3, zostały skasowane po odpowiednio jednym i dwóch numerach. Powód? Scenarzysta obu tytułów, którym był Grant Morrison, zerwał kontrakt z Wildstormem, gdyż nie umiał porozumieć się z Jimem Lee w sprawie losów obu serii. Nieoficjalnie mówi się, że denerwowały go wieczne opóźnienia w pracach rysowników obu pozycji, a w końcu za stronę graficzną nowych „WildCats” odpowiadał sam założyciel wydawnictwa.

Inne tytuły również okazały się niewypałem, tym razem jednak pod względem finansowym. Nadmienić trzeba też jednak, że Brian Azzarello („Deathblow” vol.2) i Mike Carey („Wetworks” vol.2) stworzyli chyba najsłabsze dzieła w swych karierach. Z całego Worldstormu z życiem wyszły jedynie „Gen13” vol.4 i „StormWatch PHD”, które to zostało skasowane po numerze dwunastym, ale decyzję zmieniono i pół roku później wydano kolejny zeszyt.

W 2008 roku postacie z Wildstormverse uczestniczyły w kolejnym crossoverze, którego reperkusje dawały nadzieje na lepsze jutro. Trzy, następujące po sobie historie: „Wildstorm: Armageddon”, „Wildstorm: Revolutions” i „Number of the Beast” sprawiły, że Ziemia-50 została niemal zupełnie zniszczona w wyniku ataku post-ludzi, a 90% ludzkości zginęło. Głównym zajęciem bohaterów staje się ochrona tych, którym udało się przetrwać i zapewnienie im bytu, a także próba uratowania planety, która powoli zmienia się w martwą pustynię. Tu, do wspomnianych wyżej dwóch tytułów dołączają kolejne odsłony „The Authority” i „WildCats” i choć okres ten przynosi kilka naprawdę dobrych historii (z dobrej strony pokazał się zwłaszcza Ian Edginton w „StormWatch PHD”), to jednak słupki sprzedaży zatrzymały się w okolicach 6-8 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, co nie mogło nikogo zadowalać.


Początek roku 2010 przynosi kolejne ciosy – zakończone zostają najbardziej dochodowe serie, czyli „Ex Machina” i „World of Warcraft”, a Kurt Busiek ogłasza, że jego „Astro City” udaje się na kilkumiesięczny odpoczynek. Dodatkowo, ponieważ ostro promowane „DV8: Gods and Monsters” Briana Wooda i „Victorian Undead” Iana Edgintona nie okazały się być nadzwyczajnym sukcesem finansowym wiadomym było, że nad Wildstormem zbierają się ciemne chmury. W końcu, wrzesień 2010 przynosi wiadomość o likwidacji imprintu.

Tak wyglądała historia wydawnictwa, które przeszło długą drogę, ocierając się zarówno o bramy komiksowego nieba, kończąc jednak w ekonomicznym piekle. Życzę jednak Wam i sobie, by tytuły tego edytora zostały na długo zapamiętane. Z pewnością niektóre są tego warte.

Autorem tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a to już trzecie miejsce w sieci, gdzie jest publikowany. Najpierw był Kazet, a potem autorski blog Krzyśka, na który wszystkich serdecznie zapraszam.

środa, 6 listopada 2013

#1413 - Krótki zarys historii Image Comics

Na początku było... wydawnictwo Marvel Comics. Historia Image Comics rozpoczyna się w 1991 roku, gdy do biura Terry’ego Stewarda – ówczesnego prezydenta Domu Pomysłów – przychodzi grupka twórców niezadowolonych z tego, w jaki sposób są traktowani przez swoich szefów. W większości rysownicy mają pretensje o to, że ich prace traktowane są jako taśmowy wyrób, nie mają żadnego wpływu na proces twórczy, a najbardziej chyba boli ich fakt, że nie posiadają praw autorskich do stworzonych przez siebie postaci i historii.


Na czele grupy, która domagała się zmian w funkcjonowaniu Marvela stali Todd McFarlane oraz Rob Liefeld, twórcy w tamtym czasie z absolutnego topu. Niestety, Steward pozostał głuchy na ich prośby, więc obaj panowie postanowili odejść z wydawnictwa. Przy okazji pociągnęli za sobą innych niezadowolonych - Jima Lee, Erika Larsena, Marca Silvestriego, Jima Valentino, Whilce`go Portacio oraz Chrisa Claremonta. Rok później ósemka uciekinierów ogłosiła otwarcie wydawnictwa Image Comics. Nowa, założona przez artystów oficyna miała przede wszystkim zapewnić pełną wolność twórczą. Nikt już nie mógł powiedzieć Jimowi Lee, żeby kolejne numery pisanej przez niego serii mają być częścią większego crossovera. Kolejny fundamentem Image miało być to, że prawa autorskie do wszystkiego, co stworzyli poszczególni twórcy miały zostać w ich rękach. Jedyną „częścią” wydawnictwa będącą jego własnością okazało się znane już od dwudziestu lat logo, stworzone przez Hanka Kanalza

Od początku głównym założeniem twórców Image Comics było stworzenie osobnych studiów dla każdego z nich, aby w jego ramach mogli realizować swoje własne, nie narzucane przez nikogo, komiksowe pomysły. I tak każdy z twórców zrzeszonych w wydawnictwie stworzył swoją markę. Wyjątkami byli Chris Claremont, który wolał pozostać freelancerem i przeżywający w tym czasie zawirowania rodzinne Whilce Portacio. Ostatecznie Image dorobiło się sześciu imprintów:

Extreme Studios – założone przez Roba Liefelda. Tu publikowano takie tytuły jak „Youngblood”, „Prophet” czy „Supreme”.

Highbrow Entertainment
– którego twórcą był Erik Larsen, twórca „The Savage Dragon” oraz „Freak Force”.

Shadowline – stworzone przez Jima Valentino. Na początku największym hitem studia była seria „Shadowhawk”.

Todd McFarlane Productions – tu raczej nie trzeba pisać kto był założycielem, prawda? W tym studiu powstał „Spawn”.

Top Cow Productions – „dziecko” Marca Silvestriego i dom takich serii jak „Witchblade” czy „The Darkness”

Wildstorm Productions – gdzie swój dom znalazły wszystkie pomysły Jima Lee, na czele z „WildC.A.T.S.” oraz „StormWatch”.

Losy każdego z tych studiów, a także tych, które powstały w późniejszym okresie, zasługują na osobne notki. Ale wróćmy do Image. Na samym początku swojego funkcjonowania, nowy gracz na rynku podczepił się pod wydawnictwo Malibu Comics i korzystał z jego kanałów dystrybucji, marketingu oraz administracji. Trwało to tylko do 1993, ponieważ Image bardzo szybko stało się poważnym graczem na rynku i mogło się już ostatecznie usamodzielnić. Jak do tego doszło? Niemal każdy z opublikowanych przez nowe wydawnictwo komiksów stawał się rynkowym hitem. Tak było z historycznie pierwszą pozycją od Image – „Youngblood” #1, a także właściwie z każdym kolejnym komiksem. Przykładowo, „Spawn” #1” sprzedał się w nakładzie 1.7 miliona egzemplarzy, co do dziś jest rekordem wśród komiksów spoza Marvela i DC. Część spośród ojców-założycieli uznało, że warto stworzyć coś na kształt uniwersum Image i, przy zachowaniu swobody twórczej, niektóre serie zaczęły się przenikać. Dzięki temu czytelnicy mogli być świadkami team-upu Spawna z Youngblood czy Wild C.A.T.S. z Savage Dragonem. Erik Larsen oraz Jim Valentino obawiali się, że doprowadzi to do przekształcenia Image w korporację podobną do tej, którą z hukiem opuścili i z czasem zaczęli się wycofywać ze idei wspólnego uniwersum.

Stereotypowo wyobrażenie o komiksach z wczesnego Image równa się zbiorowi wszystkiego, co najgorsze w komiksie superbohaterskim lat dziewięćdziesiątych, ale pamiętać należy, że wydawnictwo nie publikowało jedynie pozycji napakowanych nawalankami kolorowych trykociarzy. Przejrzyste zasady funkcjonowania i stawianie artystów na pierwszym miejscu zaczęło stopniowo przyciągać kolejnych twórców, którzy chcieli stworzyć coś całkowicie po swojemu. I tak wkrótce Image zaczęło publikować takie tytuły jak „The Maxx” Sama Kietha, „Pitt” Dale’a Keowna czy „Astro City” Kurta Busieka oraz Alexa Rossa. Ale już wkrótce sielanka miała się skończyć...

Pierwsze kłopoty Image Comics pojawiły się w połowie lat 90-tych, gdy sklepy komiksowe dość mocno okroiły ilość zamawianych u wydawcy komiksów. Wszystko ze względu na dość niekorzystne dla nich zasad współpracy, przez które sprzedawcy zostawali z ogromną ilością komiksów, których nikt nie chciał kupować. To zabolało poszczególne studia, zwłaszcza pod względem finansowym. Rozwiązaniem okazało się zatrudnienie Larry’ego Mardera, który nawiązał nowe kontakty z poszczególnymi dostawcami komiksów i ustalił  jasne oraz korzystne zasady dla obu stron. Po jakimś czasie zamówienia na komiksy od Image znów zaczęły wzrastać, a kolejne serie pokroju „Witchblade” czy „Gen13” znowu lądowały na liście bestsellerów. Image wyprzedzając upadające już Malibu Comics oraz Valiant Comics stało się trzecią siłą na rynku, sadowiąc się tuż za plecami wielkiej dwójki.

Niestety, gdzie kucharek sześć tam... spore kłopoty. Jak to zwykle bywa sukces okazał się przyczyną upadku. Jak to się potocznie mówi, sodówka uderzyła do głowy. Pomiędzy ojcami-założycielami projektu, zaczęły pojawiać się spięcia. Rob Liefeld został naczelnym całości wydawnictwa i zaczął wykorzystywać swoją pozycję do promowania Maximum Press – autorskiego wydawnictwa komiksowego, którego nie włączył w struktury Image. Jako pierwszy zaprotestował Marc Silvestri, któremu nie podobały się próby podkupienia Michaela Turnera z jego studia przez Liefelda. Pierwszym odszczepieńcem okazało się Top Cow. Te wydarzenia odbiły się na całym Image. Po wielu naradach w 1996 roku postanowiono wyrzucić twórcę „Youngblood” z wydawnictwa. Ten zabrał ze sobą całość studia Extreme, połączył z Maximum Press i przekształcił w wydawnictwo Awesome Comics. Silvestri w reakcji na te wydarzenie powrócił z Top Cow w struktury Image. Gdy wydawało się, że nastały spokojniejsze czasy, w 1998 roku prawdziwą bombę zrzucił Jim Lee. Jego WildStorm zostało sprzedane DC Comics i można powiedzieć, że w tym momencie nastąpił faktyczny koniec „uniwersum Image”, co sprawiło sporo kłopotów poszczególnym twórcom i ich komiksom. Już odejście Liefelda sprawiło, że Todd McFarlane musiał dość poważnie zmienić origin Spawna, lecz zniknięcie WildStormu wpłynęło na takie serie jak „Cyber Force”, „Hunter Killer”, a także na miesięcznik, którego bohaterem był Al Simmons.

Wraz z odejściem Lee, poszczególne studia zmieniły nieco taktykę wydawniczą. Komiksy z Top Cow stały się praktycznie osobnym uniwersum, podobnie jak wspomniane już prace McFarlane’a. Erik Larsen skupił się wyłącznie na „The Savage Dragon”, co zresztą robi do dziś, a Shadowline zostało zamknięte. W 1999 roku z pracy odszedł Larry Marder, a zastąpił go Jim Valentino. Od tego czasu Image postanowiło zdywersyfikować swoją ofertę i skupić się na publikowaniu komiksów określanych jako „non-studio”, oczywiście nie zabraniając poszczególnym twórcom publikować pod własnym szyldem. Valentino ustąpił w 2004 roku, zastąpiony przez Erika Larsena. Ten nie wsławił się niczym, ponieważ kontynuował dzieło swojego poprzednika. Nie był to najlepszy okres dla Image, które osiągało coraz gorsze wyniki sprzedaży i musiało rywalizować z Dark Horse Comics oraz IDW Publishing o miano trzeciej siły na rynku. Wszystko miało zmienić się jednak w 2008 roku.

Wtedy też w Image pojawił się Eric Stephenson. Nie tylko namówił on Jima Valentino do wskrzeszenia Shadowline, ale przede wszystkim postawił na scenarzystę, który nazywał się Robert Kirkman. Chyba bez przesady można powiedzieć, że to właśnie ojciec „The Walking Dead” oraz „Invincible” uratował Image przed popadnięciem w całkowitą przeciętność i (być może) rychłym upadkiem. Komiksy Kirkmana wpłynęły na zmianę profilu wydawnictwa – superherosi zeszli na bok, a w cenie zaczęły być komiksy o znacznie bardziej różnorodnej tematyce. Niesamowitym przebojem okazały się „Żywe trupy”, ale znowu – ich fenomen to materiał na osobną notkę.

W Image znów wzrosła rola poszczególnych studiów, lecz komiksy „non-studio” nie straciły na swojej ważności. Dziś można śmiało powiedzieć, że aktualna oferta Image to w połowie pozycje studyjne, a w połowie komiksy wydawane pod wspólnym szyldem. W połowie 2010 roku Kirkman zakłada własny imprint Skybound, a w 2012 roku John Michael Straczynski reaktywuje Joe’s Comics. Wcześniej była to mała część Top Cow, dziś pełnoprawne studio Image. Wspomnieć należy także, że w 2007 roku do Image wraca Rob Liefeld. Próbuje on reanimować markę „Youngblood”, a w 2012 roku ze średnim skutkiem przywraca do życia studio Extreme.

Pomimo tego, rok 2012 ogólnie był pasmem sukcesów wydawnictwa. Z okazji dwudziestolecia istnienia Image, nie tylko przyciągnięto masę uznanych twórców, ale także ruszono ze sporą ilością nowych pozycji. Wśród nich „Saga”, „The Manhattan Project” czy „Fatale”. Image odzyskało pozycję trzeciej siły na rynku, a rok 2013 pokazał, że na tym wydawnictwo nie ma zamiaru poprzestać.

Autorem powyższego tekstu jest Krzysztof "Lokus" Tymczyński. Pierwotnie ukazał się on na  ostatnio założonym przez niego blogu poświęconym Image Comics. Wpadajcie tam, jak chcecie poczytać coś fajnego o wydawnictwie, które wydaje Spawna, Żywe trupy i przygody pewnego zielonego smoka.  

czwartek, 27 września 2012

#1138 - Spawn: Endgame Collection

Poniższy tekst pierwotnie został opublikowany na łamach serwisu Independent Comics, na którą przy tej okazji zapraszamy. Jego autorem jest Krzysztof Tymczyński.

Todd McFarlane potrafi zaskoczyć każdego czytelnika komiksów. Kto bowiem mógł przypuszczać, że najważniejszy moment w historii Spawna przypadnie nie na setny czy dwusetny numer jego solowej serii, tylko objawi nam się w numerze 185? Przecież to nie jest odpowiedni moment na takie zabiegi jak... ponowne uśmiercenie głównego bohatera! Tak, dobrze czytacie. "Spawn: Endgame Collection" to pożegnanie Ala Simmonsa, które trwa dokładnie... cztery strony. Potem rozpoczyna się zupełnie nowa era.


Po ostatnich wydarzeniach, które dziwnym zbiegiem okoliczności nie zostały jeszcze zebrane w formie wydania zbiorczego, Al Simmons nie chce już dłużej pełnić roli Spawna. Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że uwolni się od klątwy tylko w momencie, w którym popełni samobójstwo. Chwilę później tak właśnie się dzieje. Dokładnie w tym samym momencie, w pewnym szpitalu, ze śpiączki budzi się tajemniczy Pacjent 47. Blondwłosy mężczyzna stał się właśnie kolejną osobą, na którą spadła piekielna klątwa Spawna. Czy odnajdzie się on w nowej roli? Co zrobi wiedząc, że jego tropem podążają nie tylko starzy wrogowie, ale także zastęp zupełnie nowych przeciwników, prosto z piekła rodem?

Tak w skrócie przedstawia się fabuła "Spawn: Endgame Collection". Historia ta zebrana była już w dwóch albumach, lecz z powodu jej ogromnej popularności, Image Comics postanowiło połączyć je oba w jeden, grubszy tom, uzupełnić dodatkami i zarobić kilka dolarów więcej. Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że się udało.

"Endgame" to bardzo udany powrót Todda McFarlane’a do pisania przygód Spawna. Co prawda w pierwszej połowie historii towarzyszy mu jeszcze Brian Holguin – wieloletni, regularny scenarzysta serii "Spawn", lecz druga część to już solowy popis twórcy postaci Ala Simmonsa i Jima Downinga (bo tak naprawdę nazywa się Pacjent 47). Obdarzony dużym kredytem zaufania Holguin nigdy nie osiągnął takiego poziomu, żeby chociaż zbliżyć się do swoich poprzedników. Opowieść zawarta oryginalnie w numerach 185-197 przykuwa uwagę, pomimo tego, że jest w swojej konstrukcji bardzo podobna do pierwszych numerów "Spawna", znanych także polskiemu czytelnikowi. Gdy Jim zostaje Spawnem, zaczyna odkrywać dziedzictwo Ala Simmonsa, które jego fani dokładnie znają. Nic więc dziwnego, że "Endgame" jest idealnym momentem dla potencjalnych czytelników, by rozpocząć swoją znajomość ze Spawnem. Tu zwracam się do panów z Marvela i DC – jak widać nie potrzeba ciągle restartować serii z poszczególnymi bohaterami, aby odnieść pożądany sukces i docierać do nowych nabywców.

Scenarzyści komiksu zadbali jednak o to, by stali czytelnicy nie czuli się pominięci i zagubieni. Dlatego też nowy Spawn napotyka na swojej drodze znanych i lubianych: detektywów Sama i Twitcha, klauna Violatora, a swój mały epizod zalicza także Wanda Fitzgerald. Zwłaszcza scena z nią w roli głównej szczególnie zapada w pamięć, ponieważ to właśnie wtedy stali czytelnicy przygód Spawna uświadamiają sobie, że widzieli już twarz Jima Downinga w oryginalnym "Spawn" #2! Jest to bardzo ciekawy zabieg ze strony scenarzystów, ale po więcej szczegółów zapraszam do lektury.

Zeszytowe "Endgame" charakteryzowało się tym, do czego fani wydawnictwa Image mogli się już przyzwyczaić. Chodzi mi oczywiście o potężne opóźnienia. Dwanaście zeszytów składających się na całość historii ukazywało się przez blisko półtorej roku, co teoretycznie jeszcze nie jest tak złym wynikiem. Warto jednak wspomnieć o fakcie, że rysunki do zbioru musiało wykonywać aż czterech rysowników, ponieważ niemal każdy z nich miał spore kłopoty z wyrobieniem się w terminie. Pod tym względem nie zawiódł jedynie, znany ze swojej ekspresowej pracy, Rob Liefeld. No ale wszyscy doskonale wiemy, że jest to artysta strasznie kontrowersyjny i albo się go kocha, albo nienawidzi. Ja osobiście należę do tej drugiej grupy. Podziwiając szatę graficzną nie sposób nie zauważyć, że zarówno Liefield, Whilce Portacio jak i Greg Capullo, starali się jak najbardziej zbliżyć się do siebie stylowo, dzięki czemu przejścia od jednego rysownika do drugiego obywało się czasem nawet niezauważalnie. Najmocniej kłuło to w oczy w przypadku Whilce’a Portacio, który na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno obniżył loty i gdzieś zatracił swój własny, niepowtarzalny styl.

Oprócz dwunastu zeszytów serii "Spawn", zbiór zawiera całkiem pokaźną liczbę dodatków, chociaż zupełnie standardowych. Oprócz galerii okładek do poszczególnych rozdziałów historii, dostaliśmy też kilkanaście szkiców autorstwa poszczególnych rysowników, a także krótki komentarz samego. W sumie to blisko 30 stron dodatków, więc szału nie ma.

"Spawn: Endgame Collection" to nie lada gratka dla każdego fana tej postaci, a także doskonałe miejsce na rozpoczęcie przygody z Piekielnym Pomiotę dla nowego czytelnika. Wystawiam mu mocną czwórkę i zachęcam do kupna, ponieważ przedstawiona w zbiorze historia stanowi w prostej linii wstęp do numeru 201 oryginalnej serii, gdzie na stanowisku stałego artysty zawitał nasz rodak – Szymon Kudrański. Ale to jak się tam zadomowił, dowiecie się z kolejnych recenzji.

wtorek, 8 września 2009

#244 - Nadchodzi niebezpieczeństwo!

O zbliżającym się wielkimi krokami pierwszym w siedemnastoletniej historii wydawnictwa Image Comics crossoverze "Image United" przez długi czas nie było wiadomo nic ponad to, że ma się ukazać w bieżącym roku. Jednak im bliżej pojawienia się w sklepach pierwszego numeru tym szum medialny coraz większy, a języki twórców zamieszanych w całe przedsięwzięcie jakby bardziej rozwiązłe. Ostatnio nieco szczegółów wyjawił Robert Kirkman serwisowi Comic Book Resources.

W "Image United" główne role grają tacy herosi jak Spawn, Savage Dragon, Witchblade, Shadowhawk, członkowie grup Youngblood i Cyberforce oraz zupełnie nowa postać o imieniu Fortress. Dzięki połączonym siłom mają oni stawić czoła wielkiemu niebezpieczeństwu, zagrażającemu istnieniu świata w którym żyją, jednak czym ono jest, jak działa i kto za nim stoi - tego póki co nie wiadomo. Za stronę graficzną odpowiada sześciu (z siedmiu) założycieli wydawnictwa, czyli Todd McFarlane, Erik Larsen, Marc Silvestri, Whilce Portacio, Jim Valentino i Rob Liefeld. Brakuje jedynie Jima Lee, który ma podpisany kontrakt na wyłączność z DC Comics, ale czynione są starania, żeby mógł on chociażby stworzyć okładkę do jednego z sześciu numerów mini-serii. Scenarzystą serii mianowano Roberta Kirkmana, który od dobrych kilku lat z powodzeniem tworzy hitowe serie dla Image jak "Żywe Trupy" czy "Invincible".

Wyczekujący listopadowego terminu będą mogli już miesiąc wcześniej zacząć przygodę z "Image United" - na łamach czterech regularnych serii zostanie przedstawiony prolog do eventu, określanego przez Kirkmana jako "świetny, duży, mega-crossover". Wstęp ten skupi się nieco na herosie stworzonym przez Whilce'a Portacio (Fortress), który przyodziany w tajemniczy skafander nie wie skąd go ma, co się z nim ostatnio działo, jakie ma moce i jak to jest być superbohaterem. Wydarzenia przedstawione w prologu poprowadzą prosto do numeru pierwszego, który rozpocznie się wizją nowego bohatera dotyczącą zbliżającego się niebezpieczeństwa, któremu czoła będzie musiał stawić zarówno on jak i reszta tych "dobrych". Oprócz wymienionych wyżej herosów możliwe są występy gościnne innych postaci z Image Comics - Kirkman zapowiada w prologu występ kogoś, kogo czytelnicy się nie spodziewają, ale na pytanie czy będzie to jego Invincible odpowiada "Bez komentarza". Wszystko to co wydarzy się na łamach mini-serii ma odbić się na uniwersum Image, jak i na samych głównych bohaterach. Scenarzysta omówił z każdym z twórców postaci co może on zrobić ich "dzieciom" i należy się spodziewać, że zarówno Spawn, Witchblade, Dragon i reszta zapamiętają to wydarzenie na nieco dłużej.

"Image United" zapowiada się przede wszystkim jako świetny wizualnie komiks, będący swego rodzaju graficznym jam session. Już kilka razy pisaliśmy na czym będzie to polegać, ale nie zaszkodzi raz jeszcze - każdy z twórców rysuje tylko i wyłącznie swojego bohatera, więc jeśli na jednym kadrze występuje i Spawn i Fortress to można być pewnym, że nad obrazkiem pracował zarówno McFarlane jak i Portacio. Jeśli zaś chodzi o tła to będą one głównie zasługą Erika Larsena.

Szczerze przyznam, że o ile jestem bardzo zainteresowany tym crossem ze względu na udział Dragona i jego stwórcy, to nie specjalnie przyciąga mnie (na razie!) do niego dość sztampowa historia (wizja nadchodzącego niebezpieczeństwa) i chwyt z wprowadzeniem nowego herosa, który okaże się zapewne głównym rozgrywającym. Mam jednak nadzieję, że Kirkman stanie na wysokości zadania i w przeciwieństwie do swojego jednonumerowego crossoveru (jak określano sześćdziesiąty numer "Invincible") poradzi sobie o niebo lepiej z całą tą zgrają bohaterów. Jak na razie bowiem, całe to wydarzenie wygląda mi na dobrze się graficznie zapowiadający skok na kasę w stylu "chodźcie zobaczcie jak sobie świetnie radzimy po połączeniu sił!". Obym się mylił.

Pierwszy numer "Image United" trafi do sklepów 25 listopada, a prolog do tego wydarzenia rozegra się w październikowym "Savage Dragon" #153, "Witchblade" #131, "Invincible" #67 i "Spawn" #197.

(wszelkie nowości odnośnie tego wydarzenia można śledzić na imageunited.info)