Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmutowane Czwartki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zmutowane Czwartki. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 grudnia 2010

#644 - Zmutowane Czwartki (5): Rzut za 3

Na zakończenie moich "Zmutowanych Czwartków" chciałbym poświęcić nieco uwagi trzem komiksom, którym nie warto było pisać osobnych tekstów. Sięgnąłem po nie zachęcony nazwiskami twórców czy marką wyrobioną przez tytuły, i choć nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałem, to z pewnością byłem daleki od zachwytu. Oto one:

"The Astonishing X-Men" (vol.3) #5: "Ghost Box" (Warren Ellis, Simone Bianchi)

Warren Ellis pisząc dla Marvela nie schodzi poniżej stałego, dobrego poziomu. Niekiedy spod jego ręki wychodzą rzeczy świetnie ("Nextwave", "Ultimate Trilogy"), a czasem "tylko" dobre (run w "Iron-Manie" i "Thunderbolts"). Na razie nie trafiłem na żaden komiks jego autorstwa, który okazałby się kompletnie nie wart uwagi. Pierwszy trejd "Astonishing X-Men" jego autorstwa nie był niewypałem, ale wyznaczył dolną granicę "dobrego poziomu" brytyjskiego twórcy.

W lecie 2008 roku, Ellis, wraz z rysownikiem Simonem Bianchim, przejął po Joshu Wheadonie i Johnie Cassaday'u świetnie przyjętą przez krytyków i czytelników serię "AXM". Ich run rozpoczął się w jubileuszowym, 25. numerze, kiedy nasi ulubieni mutanci byli już po przeprowadzce do słonecznej Kalifornii. Do sprawdzonego zespołu (Cyclops, Beast, Wolverine, Emma Frost, Armor) dołączyła Storm, a Collossus poszedł w odstawkę. Sześcioczęściowa historia "Ghost Box" rozpoczyna się od morderstwa, którego sprawcą miał być... mutant. Problem w tym, że żaden nowy homo superior od czasu Dnia M się nie urodził. Zespół Cyclopsa rozpoczyna więc dochodzenie, które naprowadzi ich na trop tajemniczych Ghost Boxów i tajnej wojny prowadzonej przez pewną postać z przeszłości X-Men, doskonale znaną polskiemu czytelnikowi...

Pisząc scenariusz Ellis poszedł po linii najmniejszego oporu, tworząc dość prostą opowieść. Niestety, jest w niej trochę głupot, w klasycznym, komiksowym stylu. Szału nie ma, choć fabuła ma przysłowiowe ręce i nogi. Momentów wywołujących w czytelniku uczucie zażenowania, jest (na szczęście) jak na lekarstwo. Nazwisko Ellis jednak zobowiązuje. Na wielki plus trzeba zaliczyć pyskatą Armor, która z miejsca zdobyła moją sympatię, na każdym kroku dogryzając Loganowi. Jeśli chodzi zaś o kreskę, to mam mieszane uczucia. Simone Bianchi z pewnością umie rysować, pytanie tylko brzmi - czy umie rysować komiksy? Oprawa graficzna w jego wykonaniu jest napakowana szczegółami, a kadry są gęsto zapchane do nieczytelności. Dodatkowo zabawa z układem ramek nie ułatwia lektury. Z drugiej strony nie można odmówić mu malarskiego rozmachu i przywiązania do detalu.

Jednym słowem: znośne.

"X-Force" (vol.3) #1: "Angels and Demons" (Craig Kyle i Chris Yost, Clayton Crain)

W Dniu M populacja mutantów licząca około 2 miliony w jednym momencie skurczyła się do kilku setek. Z małej społeczności, homo sapiens superior stali się gatunkiem na granicy wymarcia. Dla X-Men nastały ciężkie czasy, wymagające stanowczych metod, o czym doskonale wie Cyclops. W tajemnicy organizuje zespół od brudnej roboty, dowodzony przez Wolverine'a. Ich zadaniem jest uderzenie w tych, którzy chcieliby jeszcze bardziej uszczuplić populację mutantów. I trzeba przyznać, że Logan, Warpath, X-23, Wolfsbane, a później i Angel, nie cackają się. W swojej pierwsze misji na cel biorą Purifiers, organizację religijnych fanatyków, prowadzących świętą wojnę z mutantami.

Na chwilę obecną duet scenarzystów Yost-Kyle uchodzi za jedną z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła się x-tytułom od wielu, wielu lat. Pierwszy trejd nowego on-going ich autorstwa, który wystartował tuż po wydarzeniach związanych z "Messiah CompleX", nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. "Angels and Demons" to przeciętna opowieść o strzelających z wiadomo czego herosach, spośród innych wyróżniająca się sporą dawką brutalności. Poprowadzona bardzo poprawnie, choć niespecjalnie zachęcająca do zakupu kolejnych części. Yost z Kylem nie przekonali mnie, a przedłużyli jedynie swój kredyt zaufania.

Oprawa wizualna, za która odpowiedzialny jest Clayton Crain, jest niestety bliższa grafice z mini-serii "Ghost Rider: Droga do Zatracenia", niż rysunkom z "Universe" czy "Bez Honoru". Jego podrasowane cyfrowo rysunki są zwyczajnie paskudne i odpychające. Choć da się zauważyć postęp od czasów wołającego o pomstę do nieba "Ghost Ridera".

Jednym słowem: ujdzie.

"Madrox" (Peter A. David, Pablo Raimondi)

Peter A. David to ciekawy przypadek - jeden z wielu scenarzystów, o którym można powiedzieć, że nie jest specjalnie znany na polskim rynku, choć co nieco jego autorstwa się na nim ukazało. W przeciwieństwie do takiego Ellisa, popularność Davida ogranicza się jedynie do zaklętego grona geeków. Spod jego ręki nie wyszedł nigdy komiks czy książka, która przebiłaby się do "mainstreamu". Choć popularny PAD ma na swoim koncie kilka kultowych pozycji, takich jak run w "Incredible Hulku" czy "X-Factor” (do którego sześcioczęściowa mini-seria "Madrox” była swoistym wstępem), nigdy nie stał się supergwiazdą rynku komiksowego. Do takich twórców doskonale pasuje określenie "rzemieślnik".

"Madrox" zaczyna się jak rasowa historia kryminalna. Jeden z duplikatów Jamiego Madroxa (mutanta, który potrafi produkować swoje klony) zostaje zamordowany, a w niedawno założonym przez niego prywatnym biurze detektywistycznym pojawia się piękna kobieta i już wiadomo, że oznacza to tylko kłopoty. Dodajmy do tego wścibskiego reportera, płatnego zabójcę na tropie, szefa przestępczego kartelu, szczyptę tajemnicy i mamy ogólny obraz całego komiksu.

David to bardzo sprawny scenarzysta, o solidnym warsztacie. Z poczuciem humoru, drygiem do dialogów, świetnie czujący postacie, które pisze. Historia o Madroxie, który zrzuca trykot Multiple Mana i ubiera płaszcz detektywa jest jazdą bez trzymanki, pełną szalonych zwrotów akcji, humoru i mutanckich elementów. PAD napisał mocno pastiszowy kryminał, który nie do końca pasuje do profilu typowej opowieści z X-Menami w rolach głównych i wyszedł mu bardzo dobry, rozrywkowy komiks na poziomie. Wielka szkoda, że rysownik Pablo Raimondi to taki straszny przeciętniak. David po prostu nie ma szczęścia do rysowników, co doskonale widać w "X-Factor", po które mam nadzieję wkrótce sięgnąć.

Jednym słowem: obiecujące.

czwartek, 9 grudnia 2010

#638 - Zmutowane czwartki (4): Ultimate X-Men

Zagmatwana mitologia i plątanina narastających latami, często w połowie porzucanych, wątków skutecznie odstraszała od sięgnięcia po komiksy z charakterystycznym iksem w tytule. Kolejne zmiany redaktorów i scenarzystów, zamiast rozwiązywać, jeszcze bardziej potęgowały problem. Kolejne próby uporządkowania tego bałaganu (wszelkiego rodzaju reloady, restarty, "nowe ery", zmiany tytułów i numeracji) przynosiły skutek odwrotny od zamierzonego, na dobre zniechęcając czytelników do mutantów Marvela.
Pomysł Joe Quesady na stworzenie specjalnego imprintu/uniwersum, w którym ikony Domu Pomysłów miały zostać odświeżone przez najlepszych twórców w branży, którzy opowiedzieliby na nowo ich historie, wydawał się wręcz stworzony dla X-serii. Dzięki sukcesowi filmowych "X-Men" pojawiła się grupa potencjalnych czytelników chcących zapoznać się z oryginałem, ale nie było komiksu, po który mogliby sięgnąć. W skomplikowanej strukturze fabularno-rodzinnej "Uncanny X-Men" czy "X-Men" gubili się nawet najwytrawniejsi x-fani, a same komiksy nie zaliczały się do wybitnych, komiksowych osiągnięć. Nawet w swojej kategorii. Ku uciesze pierwszych i drugich, w 2001 roku na rynku pojawili się "Ultimate X-Men".

Seria "Ultimate X-Men" trafiła również do Polski, trzy lata później na fali powrotu zeszytówek do kiosków. W swojej krótkiej karierze, wydawnictwu Axel Springer udało się wydać w sumie osiem numerów, publikując przy tym zawartość znaną z dwóch, pierwszych wydań zbiorczych "Tomorrow People" (numery 1-6) i "Return of Weapon X" (7-12) oraz fragment trzeciego, "World Tour" (16-20). Opuszczono dwuczęściową przygodę z Gambitem napisaną przez Chucka Austena i narysowaną przez Esada Ribica oraz numer piętnasty, w którym dowiadujemy się, że tak naprawdę Magneto wcale nie zginął w Waszyngtonie na oczach dziesiątek tysięcy telewidzów. Wśród czytelników wywołało to spore oburzenie, podobnie jak ocenzurowanie jednej ze scen z Charlesem Xavierem. Wszystkie to razem z "Hellfire and Brimstone" (21-25), czteroczęściową mini-serią "Ultimate War" i "Return of the King" (26-33) zamykają run Marka Millara w "UXM".

Dla pochodzącego ze Szkocji scenarzysty był to pierwszy kontakt z mutantami Marvela. Na początku 2001 roku Mark Millar był całkiem nieźle zapowiadającym się scenarzystą mającym na swoim koncie "The Authority", ale o zaplątanej mitologii X-Menów nie miał zielonego pojęcia. Nie może zatem dziwić dość swobodne podejście do najbardziej klasycznych historii i motywów. Wątki z przybyciem Kitty Pryde do szkoły, pojawienie się Hellfire Clubu, czy manifestacja Phoenix Force w Jean Grey rozegrane są zupełnie inaczej i właściwie tylko pojedynek z Proteusem (znany z "World Tour") czy rządowy projekt Sentineli bliskie są swoim oryginalnym wersjom.Nawet takiego konserwatywnego miłośnika X-Men, jak ja cieszy sposób, w jaki Millar reanimował świat mutantów. Nie bawił się w wieloczęściowe sagi, ciągnących się latami, kryjących się w cieniu villainów, manipulujących z ukrycia wypadkami i knujących swoje misterne plany. W zaplanowanych na kilka części historiach, akcja pędzie na złamanie karku, dzieje się dużo i szybko. Nowi mutanci są na tyle brutalni i realistyczni, na ile komiks akcji z superbohaterami tłukącymi superłotrów może być. Spandeks i pstrokate kostiumy zastąpiły nieco bardziej cywilne i mniej rzucające się w oczy wdzianka. Scenarzysta całkiem zgrabnie nawiązuje do ówczesnej sytuacji politycznej, kreując Bractwo, grupę mutantów skupioną wokół Magneto, sprzeciwiającej się ideom Xaviera, jako organizację terrorystyczną, kierującą się fundamentalistyczną ideologią, z którą Stany Zjednoczone toczą wojnę, przypominającą bushowską "war on terror". Zresztą cały konflikt światopoglądowy na linii Magneto-Xavier został przedstawiony o wiele bardziej wiarygodnie i ciekawie.

W "Hellfire and Brimstone", będącym zbiorem dość luźnie powiązanych wątków, X-Meni mogą zażyć trochę zasłużonego odpoczynku, bo żadne większe niebezpieczeństwo nie zagraża naszej planecie. Beast, po zerwaniu ze Storm, romansuje przez Internet z cierpiącą na bulimię supermodelkę z aktywnym genem x. Związek Jean i Scott kwitnie, co niekoniecznie podoba się Loganowi. Rodzice Icemana namawiają swojego syna, aby pozwał szkołę Xaviera i zgarnął milionowe odszkodowanie za doznane podczas walki z Magneto obrażenia. W finale poznajemy tajemniczych sponsorów szkoły Xaviera i pojawia się wątek Phoenix.

W "Ultimate War" prawda o losie Magneto wychodzi na jaw i stosunki Xaviera z rządem amerykańskim delikatnie się ochładzają. Na X-Menów poluje zespół Kapitana Ameryki - Ultimates i mutanci muszą zejść do podziemia. Ostatnim aktem tej trylogii jest powrót Mistrza Magnetyzmu w "Return of the King". Niestety, finał wypada dość blado, bo brakuje w nim tego, co było wizytówką Marka Millara – dynamicznej akcji i zaskakujących fabularnych zakrętów. Historia niemiłosiernie się dłuży, a Magneto z budzącego grozę terrorysty z "Tomorrow People" znowu przypomina groteskowego, komiksowego złoczyńcę, wygłaszającego pompatyczne przemowy.Rysowniczą robotą podzielili się Adam Kubert, Kaare Andrews i Chris Bachalo. Kreski Kuberta nigdy nie ceniłem zbyt wysoko i swojej opinii nie zmieniam. To szybki i bardzo sprawny ilustrator, ale w jego rysunkach rażą mnie nienaturalne skróty, sztuczne uproszczenia elementów drugiego planu i liczne niedokładności. A jego styl nie jest ani oryginalny, ani przyjemny dla oka. Co innego Bachalo, jeden z moich ulubionych twórców, nad którego rozbuchanym i ekspresyjnym stylem rozpływałem się przy okazji "Supernovas". Kaare Andrews prezentuje zupełnie inny styl rysowania, ciążący ku cartoonowemu uproszczeniu. W połączeniu z wyraźnymi i bardzo jaskrawymi kolorami, daje to dość infantylny efekt. Ale widziałem jego późniejsze prace w "Astonishing X-Men" i prezentują się naprawdę zacnie.

"Ultimate X-Men" dla Marka Millara była jedynie wprawką przed "Ultimates", które stanowi prawdziwie opus magnum brytyjskiego scenarzysty. Mściciele przebijają mutantów dosłownie we wszystkim – realizmie, wiarygodności, rozmachu, są bardziej uproszczeni, spodobają się młodszym czytelnikom. Wszystkie zalety "UXM" jeszcze mocniej uwypuklone zostały w "U" – akcja jest jeszcze bardziej dynamiczna, a fabuła nawet po kilkakrotnej lekturze robi wrażenie oryginalnej i dopracowanej. Co więcej, Millar w swojej późniejszej pracy ma jaja by naprawdę mieszać ze statusem quo swoich bohaterów i znakomicie ich prowadzi. Pomimo tego, "Ultimate X-Men" wciąż pozostają atrakcyjną lekturą, która miała potencjał stać się jeszcze lepszą pozycją.

czwartek, 2 grudnia 2010

#631 - Zmutowane Czwartki (3): X-Men Supernovas

Album "Supernovas" zbiera pierwsze historie napisane przez Mike'a Careya do miesięcznika "X-Men". Oprócz opowieści tytułowej są to trzyczęściowa "Primary Infection" i "Red Data" oraz wydanie annualowe. Brytyjski scenarzysta przejął pałeczkę po swoim rodaku, Peterze Milliganie w czerwcu 2006 wraz z numerem #188. i do dziś trwa na tym stanowisku. Jak autor znany z "Lucyfera" poradził sobie z mutantami Marvela?
W "Supernovas" sformował się jeden z najoryginalniejszych i najciekawszych zespołów X-Men w historii. Rogue, na prośbę Cyclopsa, ma zebrać specjalny odział szybkiego reagowania. W kryzysowych sytuacjach znajdowałby się na pierwszej linii frontu, kiedy reszta chroniłaby szkołę i młodych mutantów. Idea takiego zespołu bardzo przypomina dzisiejsze X-Force, choć według mnie tutaj została o wiele ciekawiej rozwinięta. Szkielet zespołu tworzą znane twarze - były New Mutant Cannonball i Iceman, członek oryginalnych X-Men. Rogue, która zgodnie z powiedzeniem, by trzymać przyjaciół blisko, ale wrogów jeszcze bliżej, do drużyny włączyła swoją przybraną matkę Mystique i Sabretootha. Victor Creed przybył do szkoły Xaviera prosząc o ochronę przed Children of the Vault. Ich pojawienie się i tajemnica pochodzenia stanowią oś fabularną pierwszej historii. Później do ekipy dołączają również Omega Sentinel, najnowszy model cybernetycznego zabójcy mutantów i Lady Mastermind, córka znanego z "Dark Phoenix Saga" Jasona Wyngarde'a. Stawkę uzupełnia Cable, powracający z jednego ze swoich wypadów w przyszłość.

Główną rolę gra jednak Rogue, która pod piórem Mike'a Careya przeżywa swoją drugą młodość. Jej melodramatyczny i nudny, jak flaki z olejem związek z Gambitem, wyciśnięty przez scenarzystów do ostatniej kropli, dobiegł swojego końca. Dziewczyna wydoroślała i spoważniała. Błyszczy, jako najskuteczniejszy przywódca polowy X-Men i badassuje, jak rzadko. Nie da się ukryć, że brytyjski pisarz po prostu zakochał się w zabijającej dotykiem mutantce, bo cały jego run ocieka uwielbieniem do tej postaci. Po dziś dzień Anna jest najważniejszą postacią w "X-Men: Legacy", x-miesięcznika pisanego obecnie przez Carey`a.

Na pisarstwo Careya narzekam regularnie przy okazji recenzowania kolejnych tomów "Lucyfera" i okazjonalnie innych jego albumów. Jako scenarzysta komiksów nieco ambitniejszych od superbohaterskiej sieczki sprawdza się dość słabo, natomiast, jako autor mutanckiej soap opery daje radę. Więcej – wychodzi mu to całkiem nieźle! Co ciekawe, wielu znacznie bardziej utalentowanych pisarzy, jak na przykład wspomniany Milligan czy Warren Ellis, zupełnie nie przekonali mnie, jako scenarzyści x-tytułów, a Carey'owi udało się wyjść z tej próby zwycięsko. Oczywiście to nie klasa Wheadona albo Claremonta (z jego najlepszego okresu), ale jego "Supernovas" to pozycja godna uwagi. Choć niekoniecznie za sprawą scenariusza, bo dla mnie numery "X-Men" to przede wszystkim popis grafika. A jest nim Chris Bachalo.
Mam ciągle wrażenie, że urodzony w Kanadzie, ale wychowany w Kalifornii artysta jest bardzo niedocenianym twórcą. Zarówno w Polsce, jak i za Oceanem. Pomimo tego, że pracował z takimi tuzami, jak Gaiman, Morrison czy Milligan i rysował najważniejsze serie dla Marvela ("Captain America", "Amazing Spider-Man" czy właśnie "X-Men") nie cieszy się statusem supergwiazdy. Próżno szukać jego nazwiska na plakatach reklamujących największe konwenty. Szkoda, bo to co wyprawia na kartach "Supernovas", stawia go w ścisłej czołówce amerykańskich grafików komiksowych.

Swoją karierę Bachalo zaczynał w Vertigo, kiedy dość sztywno trzymał się konwencji realistycznej. Jego stonowane prace z albumu "Śmierć: Wysoki Koszt Życia" bronią się do dziś. Z czasem jego styl zaczął się zmieniać, zgodnie z modnym swego czasu trendem na mangową deformację. I poszedł na całość, kompletnie zrywając ze swoją minimalistyczną estetyką. Jego rozbuchana krecha dojrzewała w między innymi w znanym polskiemu czytelnikowi "Ghost Riderze 2099" czy "Ultimate War", by w pełni zabłysnąć właśnie w "X-Men". Charakterystyczny, mocno zdeformowany i kanciasty styl wzbogacił się o chorobliwe umiłowanie szczegółu, a'la Geoff Darrow, dając w efekcie mieszankę wybuchową. Jego grubo ciosane, obficie doprawione tuszem rysunki to prawdziwa uczta dla konesera komiksowej grafiki. Bachalo w swoim życiu zarysował setki, jeśli nie tysiące stron i po jego dziełach widać niesamowitą moc w łapie. Obłędna dynamika, świetna kompozycja, pomysłowe gospodarowanie kadrem, oko do detalu i rasowa, komiksowa karykaturalność… Mógłbym tak jeszcze długo cmokać z zachwytu. Co ciekawe, w albumie jest szansa aby porównać go z innym cenionym twórcą, rysującym w podobnym (to jest zdeformowanym) stylu, Humberto Ramosem. Prace rysownika znanego ze "Spectacular Spider-Mana" również lubię, ale w zestawieniu z tym, co robi Bachalo wypadają zwyczajnie blado.

Moim zdaniem "Supernovas" jest pozycją godną uwagi głównie ze względu na oprawę wizualną. Mike Carey swoim scenariuszem niestety dupy nie urywa, bo "Supernovas" to tylko lekkostrawna, nieźle napisana papka dla lubiących przygody strzelających z (nome omen) dupy herosów. Przystępna także dla tych, którzy nie orientują się w skomplikowanej mutanckiej mitologii, pozbawiona mnóstwa wątków przepełzających z serii na serię. Ale za to jak narysowana! Dla Chrisa Bachalo mógłbym ten komiks czytać, przeglądać i podziwiać w nieskończoność.

czwartek, 25 listopada 2010

#624 - Zmutowane czwartki (2): Astonishing X-Men

Joss Wheadon przejmuje X-Menów po małej rewolucji, jaką urządził im Grant Morrison i wraca do korzeni. Na topie znowu są kolorowe trykoty, super-bohaterskie wyczyny, ratowanie świata przed inwazją kosmitów, a w przerwach zwyczajnie utarczki z super-łotrami. Scenarzysta "Buffy" bardzo wyraźnie nawiązuje do najlepszego okresu Chrisa Claremonta, puszczając oczko czytelnikom "Dark Phoenix Sagi" (Kitty w roli "It's payback time" Wolverine'a z kanałów), pisząc historię o podobnym, kosmicznym rozmachu, nawiązując do najlepszego dla tego typu opowieści schematu. Od pierwszego trejda, aż do wybuchowego finału będzie przewijał się wątek Breakworldu, przetykany licznymi, pomniejszymi przygodami.W porównaniu z nieco przegiętym (i nie do końca dopracowanym) "New X-Men" Morrisona czy zbyt uproszczonymi (i obdartymi z tradycji) "Ultimate X-Men" Millara, Wheadon wie, co jest esencją komiksów o mutantach z super-mocami, strzelającymi promieniami z różnych części ciała. Uszczuplając drużynę, skupia się na małej grupce najbardziej interesujących postaci. Świetnie prowadzi konflikt między wspomnianą Shadowcat, a Emmą Frost, pod jego piórem Cyclops wreszcie stał się przywódcą grupy z jajami, a nie płaskim harcerzykiem. Związkom w reszcie ekipy (Beast, Collossus, weteran Logan i nieopierzona Armor) nadają nową dynamikę. Papierowe zwykle postacie pod piórem Whaedona nabierają sporo charakteru i "mięsa". Autor z respektem wraca do szacownych murów Instytutu Xaviera, które przetrwały tylu super-łotrów, co scenarzystów, którzy, podobnie jak mutanci nie wierzący w pokojową koegzystencję z ludźmi, zostawili często tylko zgliszcza i ruiny. Dla wielu fanów x-serii "Astonishing X-Men" będzie komiksem, na który z wytęsknieniem czekali od wielu, długich lat, ale dla innych może okazać się jedynie kolejną, przeciętną rajtuzową nawalanką, może nieco lepiej narysowaną i sprawnie napisaną.
"AXM" jest klasycznym komiksem super-hero, w którym nie może braknąć klasycznych elementów sztandarowego x-komiksu. Będzie zatem spektakularny powrót poległego w boju herosa i ostateczne poświęcenie w dramatycznym finale, wątek nietolerancji ludzi wobec mutantów zostanie ponownie podniesiony, nie obejdzie się bez wielkiej rządowej intrygi i licznych gościnnych występów. Wszystko to już było dziesiątki razy, ale Wheadon na każdy z tych elementów ma jakiś pomysł, dzięki czemu fabuła ma przysłowiowe ręce i nogi. A podczas nieuniknionych scen okładania się promieniami z dupy, scenarzysta potrafi nieco rozluźnić atmosferę, zażartować z konwencji i mrugnąć okiem do czytelnika.
Nie ma wątpliwości, że w kwestii seriali Joss Wheadon nie jest żółtodziobem. Potrafi świetnie prowadzić fabułę, wikłać wątki, mnożyć (nieraz nawet irytujące) cliffhangery. Pełna niespodziewanych zwrotów akcja trzyma napięciu do samego końca, dialogi napisane są na wysokim poziomie Bendisa, a kilka scen już przeszło do x-menowej klasyki, na czele z "Do mnie, moi X-Meni". Wydaje się zresztą, że trzy pierwsze trejdy to tylko przygrywka przed znakomitym finałem w "Niepowstrzymanych", rozgrywanym na Breakworldzie. Także nowi przeciwnicy (Danger i Ord) i niekoniecznie sojusznicy (fantastyczna agentka Abigail Brand i organizacja S.W.O.R.D.) znakomicie wkomponowali się w mutancką mitologię.

Nie można również przejść obojętnie wobec oprawy graficznej. Zdobywca nagrody Eisnera w 2006 roku, John Cassaday jest jednym z moich ulubionych mainstramowych rysowników. Jego styl jest prosty, pozbawiony niepotrzebnych ozdobników i detali, a przy tym bardzo realistyczny – stanowi w pewnym sensie anty-tezę kreski Jima Lee. Kobiety wreszcie wyglądają, jak kobiety (choć nieco gorzej rysownik radzi sobie z ich twarzami), a mężczyźni nie składają się wyłącznie z mięśni. Cassaday świetnie, w iście filmowy sposób prowadzi narrację – jego kadry są zdekompresowane, dynamiczne, a dzięki nim komiks "oddycha" i znakomicie się go czyta. No i te smakowite okładki!

Cóż więcej mogę dodać w ostatnim akapicie tego tekstu? Setnie się ubawiłem przy trzecim woluminie "Astonishing X-Men" autorstwa Jossa Wheadona i Johna Cassadaya. Przyznam, że czytając pierwsze tomy nie byłem zachwycony, ale kiedy po lekturze "Niepowstrzymanych" wracałem do pierwszych trejdów, w pełni doceniłem "Zadziwiających". Teraz przymierzam się do kontynuacji, do której Marvel zatrudnił samego Warrena Ellisa i Simona Bianchiego, która podobna tak dobra, jak jej poprzednik może nie jest, ale trzyma solidny poziom, wśród większości miernych x-serii.

czwartek, 18 listopada 2010

#617 - Zmutowane Czwartki (1): Top X

Komiksy z serii "X-Men" nie były pierwszymi kolorowymi zeszytami, po które sięgnąłem. Przed 1992 rokiem czytałem (czy raczej oglądałem, bo dopiero na komiksach uczyłem się składać litery) fascynujące "Thorgale", pierwsze "Spider-Many" czy "Punishery". Ale to właśnie do mutantów Marvela zapałałem moją pierwszą, komiksową miłością.

Doskonale pamiętam pierwszy numer. Ubrani w pstrokate kostiumy superherosi z fantastycznymi mocami i ich "większe niż życie" przygody od razu mnie zauroczyły. Czego od komiksów mógł chcieć kilkuletni szkrab łaknący comiesięcznej dawki niesamowitości? Mutanci okazali się prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Dopiero z czasem na nowo odkryłem resztę Ameryki – przebojowego Człowieka Pająka, nastrojowego Mrocznego Rycerza w wersji Granta i Breyfogle'a i Punishera, konkurującego z męskim kinem w formacie VHS. Później były "Produkt", "Slaine", "Jeż Jerzy" i tak to z tymi komiksikami poszło. A wszystko zaczęło się uchodzących dziś za klasykę "Uncanny X-Men" w wersji Chrisa Claremonta i Johna Byrne'a.

Zamiast wstępu do nowego czwartkowego cyklu, krótkiego zarysu historii komiksów z iksem w tytule, chciałbym zafundować sobie małą wycieczkę w przeszłość. Do tych nieodżałowanych czasów, kiedy w każdym kiosku można było kupić komiks za pięć złotych. W zestawieniu dziesięciu najlepszych x-pozycji, jakie ukazały się na polskim rynku siłą rzeczy musiały dominować rzeczy wydane przez TM-Semic, bo inne wydawnictwa (Egmont, Mandragora, Axel Springer, a ostatnio Mucha Comics) jedynie okazjonalnie sięgały po przygody Wolverine'a i spółki.

Przy sporządzaniu listy najlepszych komiksów zmutowanych, trudno było mi przyjąć jakieś dobre, formalne kryterium. Bo jak dobrać wspólny mianownik dla rodziny komiksów, które prawie od dwudziestu lat wydawane były w najróżniejszych formatach? Od klasycznych, 24-stronicowych zeszytów, przez liczące dwa razy więcej "semiki", aż po edycje w twardych oprawach i zbiorcze essentiale. Niekiedy daną historię bardzo trudno przykroić do objętości trejda czy mini-serii, czasem chciałem wyróżnić jedną, konkretną historię, a innym razem – cały run.

Postanowiłem więc nie zwracać na to większej uwagi i wyróżnić po prostu dziesięć najlepszych historii. Oto i one:

10. "Sąd nad Magneto" ("The Trial of Magneto"); "X-Men" #09 (5/93), wyd. TM-Semic
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i John Romita Jr. (rysunek)


"Sąd nad Magneto" to jedna z tych zakurzonych perełek, które odnajdujemy w starym pudle z Semikami, przy okazji wiosennych porządków. Komiks, który w swoim czasie nie zwrócił na siebie niczym uwagi i przeszedł zupełnie bez echa, nie licząc pewnych kontrowersji związanych z umiejscowieniem jego akcji także w Polsce, dziś prezentuje się bardzo korzystnie. Role w tym sądowym dramacie zostały bezbłędnie rozpisane przez Claremonta. Trawiony chorobą Charles Xavier występuje w roli obrońcy skruszonego Magneto, który przed międzynarodowym trybunałem sprawiedliwości odpowiada za swoje zbrodnie przeciw ludzkości. W pozostałych rolach występuje para pragnących zemsty Niemców, francuski prokurator, pani mecenas żydowskiego pochodzenia i radziecki pułkownik w roli świadka. Sceny z rozprawy przeplatane są potyczkami X-Menów, więc obok retorycznych popisów nie braknie również typowej dla trykociarzy akcji. Do wysokiego poziomu Claremonta dostosował się John Romita młodszy, znajdujący się wówczas w wyśmienitej formie.

9. "Plan X-Terminacji" ("X-Tinction Agenda"); "X-Men" #14-15 (4-5/94), wyd. TM-Semic
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i Jim Lee (rysunek)


W roli regularnego rysownika X'ów Jim Lee miał prawdziwe wejście smoka. "Plan X-Terminacji" stanowi jeden z najlepszych crossoverów z mutantami w roli głównej. Szkoda, że w polskiej wersji został fatalnie przykrojony do trylogii z koszmarnie uciętą końcówką. Dlatego też klasyfikuje go oczko niżej od "Upadku Mutantów", nieco lepiej potraktowanego przez redaktorów Semika. Te dwa wiosenne numery były prawdziwym przeskokiem w historii mutantów z lat osiemdziesiątych, do dziewięćdziesiątych, zgodnie zresztą z krzyczącym sloganem na okładce ("nowa generacja mutantów!"). Historię o holocauście mutantów zorganizowanym przez fikcyjny afrykański kraj Genoshy brawurowo zilustrował Lee – czegoś takiego w komiksie jeszcze nie było. Fabularnie momenty też były, i to jakie! Pojedynek Archangela z Wolverinem, przerażający Cameron Hodge, polski debiut Cable'a i naśladująca Bruce'a Willisa Jubilee.

8. "Upadek Mutantów" ("The Fall of the Mutants"); "X-Men" #12-13 (2-3/94), wyd. TM Semic
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i Marc Silvestri (rysunek)


Wedle dzisiejszych standardów "Upadek Mutantów" uchodziłby za event pełną gębą. Crossover, w który zamieszane były właściwie wszystkie ważniejsze x-tytuły, opowiadał o walce mutantów z Adversarym, istotą pragnącą zniszczyć naszą rzeczywistość. Polskie wydanie tej historii oczywiście skupiło się na roli X-Men, występujących w dość nietypowym składzie ze Strom, Forgem, Wolverinem, Collosussem, Rogue i Havokiem w rolach głównych. W komiksie najbardziej ujmuje rozmach historii, udzielająca się atmosfera końca świata, zwieńczona bardzo dobrym finałem, co w przypadku takich dużych historii zawsze bywa równie dużą bolączką. Nie zdradzę chyba żadnej tajemnicy, że ostatecznie X-Menom udało się przeżyć, ale tym razem zostało to w miarę logicznie uzasadnione. Kolejny, dobry skrypt Claremonta na liście, solidnie zilustrowany przez dopiero wschodzącą gwiazdę Marka Silvestriego.

7. "Wolverine" mini-seria, wyd. Egmont
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz), Frank Miller (rysunki)


Miałem bardzo duże oczekiwania wobec wspólnego projektu dwóch supergwiazd amerykańskiego komiksu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, Chrisa Claremonta i Franka Millera. I chociaż nie wszystkie zostały spełnione, opowieść o podróży Logana do Japonii, wciąż pozostaje pozycją godną uwagi w mutanckiej bibliografii. Pomimo upływu czasu i sporej warstwy kurzu pokrywającej ten album, jego lektura wciąż sprawia sporo satysfakcji. Miller ze swojego okresu pracy w Marvelu rysował bardzo klasycznie, co mogło się podobać. Claremont do tajemniczej biografii Wolverine'a dopisał romantyczny epizod z kraju kwitnącej wiśni i pokazał go z nieco innej, do tej pory nieznanej strony.

6. "Wolverine: Origin"; sześć zeszytów, 9/2002-4/2003, wyd. Mandragora
Autorzy: Paul Jenkins (scenariusz), Andy Kubert (rysunki), Richard Isanove (kolory)


Tajemnica pochodzenia Wolverine'a, zdecydowanie najpopularniejszego z mutantów, przez wiele lat była przedmiotem dociekań i spekulacji fanów. Kiedy Joe Quesada i Bill Jemas zdecydowali się zdradzić historię jego przeszłości, zagwarantowali sobie tłumy fanów z pochodniami demonstrującymi swoje niezadowolenie pod siedzibą Domu Pomysłów i kontrowersje "łamiące Internet w pół". Według mnie, przesiąknięty amerykańskim duchem "Origin" wyszedł świetnie. Paul Jenkins, przerywający hegemonię Claremonta na mojej liście, wespół z Andy'm Kubertem i Richardem Isanove, stanęli na wysokości zadania, wzbogacając i tak interesującą Logana o jego narodziny. Pisząc "interesującą", mam oczywiście na myśli te odległe czasy, zanim Rosomak ciągnął trzy solowe tytuły i nie pojawiał się w kolejnych dziesięciu, by robić tłok w panelach i od czasu do czasu wysunąć pazury i mruknąć coś srogiego.

5. Pakiet "Życie/Śmierć" i "Ranny Wilk" ("Lifedeath" i "Wounded Wolf"); "X-Men" #07-08 (2-3/93), wyd. TM-Semic
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i Barry Windsor-Smith (scenariusz i rysunki)


Reakcjom czytelników na X-Menów w wersji Barry'ego Windsora-Smitha daleko było od zachwytów, w kolumnach z listami przeważały raczej negatywne recenzje. "Patetyczne romansidło" to jedno z lżejszych określeń, które wtedy padały. A "Ranny Wilk" i "Życie/Śmierć" były dwiema spokojnymi, obyczajowymi historiami skupionymi odpowiednio na bestii tkwiącej w Loganie i skomplikowanym związku Ororo Munroe z Forgem. Scenariuszowo może nie zachwycały, ale jak były narysowane! Myślę, że BWS doczeka się jeszcze rehabilitacji, jako jeden z mistrzów komiksu amerykańskiego i będzie stawiany w jednym rzędzie z takim tuzami, jak Bill Sienkiewicz czy Frank Miller. Jeśli już tak nie jest. A na tej liście będzie jeszcze miejsce, aby rozpływać się nad geniuszem tego twórcy…

4. Seria "Astonishing X-Men vol.3", wyd. Mucha Comics
Autorzy: Joss Wheadon (scenariusz) i John Cassaday (rysunki)

O trzeciej serii "Astonishing X-Men" będę pisał jeszcze w osobnym tekście. W tym miejscu tylko wspomnę, że Joss Wheadon i John Cassaday udowodnili, że w XXI wieku wciąż da się zrobić naprawdę dobry x-komiks, nawiązując przy tym do najlepszych, claremontowskich tradycji. Nieco gorzej wyszła kontynuacja "AXM" pisana przez Warrena Ellisa, który przyzwyczaił mnie, że umie pisać przygody umięśnionych mężczyzn w kolorowych trykotach, co nie jest wcale takie powszednie wśród scenarzystów, którzy markę wyrobili sobie w Vertigo lub na scenie niezależnej. Najnowszą serią "Astonishing" przygotują Daniel Way i Jason Pearson.

3. "X-Men" vol.2 #1-7; "X-Men" #23-26 (1/95-4/95)
Autorzy: Chris Claremont (scenariusz) i Jim Lee (rysunki)

Po tym, co Jim Lee pokazał w polskich "X-Menach" nie sądziłem, że można jeszcze lepiej, więc pierwsze numery serii z 1995 roku były dla mnie prawdziwym szokiem. Dziś rysunki do drugiego miesięcznika z mutantami nie robią może już takiego wrażenia jak dawniej, ale wciąż prezentują się korzystnie. Komiks, który w Ameryce bił rekordy popularności, sprzedając się w rekordowych, jak na zeszytówkę, nakładach sięgających 9 milionów egzemplarzy, opowiadał o trzeciej generacji mutantów (jeśli przyjmiemy, że pierwszą był oryginalny skład Lee i Kirby'ego, drugą "All New, All Different" Claremonta i Byrne'a, czwartą "New X-Men" Granta Morrisona, a jak na razie piątą i ostatnią – "Astonishing X-Men" Wheadona i Cassaday'a). Recepta Claremonta i Lee na sukces była prosta – więcej, szybciej i jeszcze efektowniej. I chwyciło!

2. "Weapon X"; "Mega Marvel" #05 (4/94)
Autor: Barry Windsor-Smith (scenariusz i rysunki)

Pierwszy, klasyczny origin Wolverine'a, wyjaśniający jak Logan wszedł w posiadanie swoich nasyconych adamantium pazurów. Jako scenarzysta Windsor-Smith nie umiał może wyjść poza schemat opowieści o walce Logana z rodzącą się w nim bestią i okrucieństwie, jakich dopuszczali się naukowcy w pracy nad Bronią X, ale jako grafik udowodnił, że jest jednym z najwybitniejszych współczesnych artystów komiksów. Tak, jak "Weapon X" jest prawdziwą perełką wśród innych, w zasadzie bardzo do siebie podobnych x-komiksów, tak BWS to artysta pełną gębą, a nie żaden komiksowy wyrobnik, jakich wielu wśród rysujących przygody X-Menów.

1. "Dark Phoenix Saga"; "X-Men" #01-05 (1/92-1/93), wyd. TM-Semic
Autorzy: Chris Claremont i John Byrne (scenariusz) i John Byrne (rysunki)

Nie wybrałem "Dark Phoenix Sagi" przez pryzmat mojego dziecięcego sentymentu. Dzieło Claremonta i Byrne'a to wciąż cholernie dobry komiks, w którym jest wszystko, co być powinno w takim utworze. Kosmiczne dekoracje w fantastycznym retrofuturystycznym stylu, superbohaterskie ratowanie wszechświata, sentymentalny wątek miłosny, a całość zwieńczona została znakomitym, chwytającym za gardło finałem, godnym greckiej tragedii. Claremont wspiął się na wyżyny swoich możliwości, a Byrne dołączył do szeregu klasyków amerykańskiej kreski, takich jak Jack Kirby, Steve Ditko czy George Perez. Po dziś dzień uwielbiam jego szlachetną kreskę z tamtego okresu i stanowi dla mnie archetyp amerykańskiego stylu rysowania komiksów.