Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chmurki za miedzą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chmurki za miedzą. Pokaż wszystkie posty

piątek, 4 października 2013

#1383 - Sea Bear & Grizzly Shark

Rekin buszujący w lesie? Niedźwiedź jako drapieżnik głębinowy? Oto przed wami przykład komiksowego neosurrealizmu.

Niedźwiedź, jak wiadomo, to najgroźniejsza bestia polująca w morskich odmętach. Choć bardzo rzadko, ale zdarza się, że ten agresywny ssak pojawia się u wybrzeży lądów celem schwytania co lepszego, ludzkiego kąska. Rekin z kolei, to najniebezpieczniejsze stworzenie lądowe, najczęściej zamieszkujące gęste lasy. Ten idealny zabójca potrafi wyczuć krew z odległości nawet kilkunastu kilometrów, a ofiarę rozszarpać w mgnieniu oka. Oba te stworzenia zamieszkiwały Ziemię w czasach, kiedy czas nie był jeszcze czasem, a przestrzeń przestrzenią, gdzie lądy były oceanami, a oceany lądami. I nadeszło Wielkie Odwrócenie, które sprawiło, że nasza planeta wygląda tak jak dziś ją znamy i widzimy. Wtedy też wspaniałe morskie stworzenia jak słoń, wilk czy ptak musiały osiąść na lądzie, a równie wspaniałe stworzenia lądowe jak wieloryb, ryba czy delfin zostały zmuszone do życia w wodzie. Jednak jednemu pechowemu niedźwiedziowi i rekinowi… wszystko się pomieszało.

Tak we wstępie do mini-albumiku „Sea Bear and Grizzly Shark” Robert Kirkman opisuje świat, w którym rozgrywają się dwie niezależne od siebie opowieści. Pierwsza z nich, stworzona przez Jasona Howarda, traktuje o morskim niedźwiedziu zamieszkującym okolice Karaibów. Podczas wakacji morduje on całą rodzinę, a z pogromu uchodzi jedynie chłopiec, świadek wydarzeń. Po dwudziestu latach wraca na wyspę aby dokonać krwawej zemsty. Odkrywa, że jej mieszkańcy to niebezpieczni kultyści-hybrydy, potomkowie niedźwiedzicy, składający jej w ofierze turystów. Pete, mściciel, ma jednak w rękawie asa. Tak naprawdę jest zaawansowanym technicznie cyborgiem bojowym na usługach amerykańskiego rządu. Wykorzystał okazję i zbiegł z pola walki aby załatwić prywatne porachunki. W pościg za nim wyrusza jeszcze bardziej podrasowany robot… „Sea Bear” to feeria krwawych potyczek, bijatyk i wybuchów przyprawiona odrobiną absurdalnego humoru, patetycznych dialogów, z zacięciem mocno rozrywkowym. Prosta historyjka o wendetcie to w rzeczywistości pretekst do zabawy motywami science-fiction i schematami z horrorów znanymi z kina i literatury. Nie aspiruje do niczego więcej niż wystrzałowego blockbustera klasy B.

Natomiast opowieść Ryana Ottley’a o rekinie grizzly to prawdziwa jazda bez trzymanki. Kalejdoskop coraz bardziej niedorzecznych scen i sytuacji, którym bez wyjątku towarzyszy unikatowy czarny humor. Każda kolejna plansza to przykład słownego bądź sytuacyjnego żartu dodatkowo potęgowanego przez quasi-dramatyczne wydarzenia. Ojciec i syn biwakują w lesie. Ten drugi kaleczy się i w mgnieniu oka traci dolne kończyny na rzecz czujnego rekina. Ci dwaj wraz z dwoma kuzynami i wynajętym łowcą oraz ich próby ukrycia się/upolowania bestii stanowią trzon fabuły. Jednak jest ona tu najmniej ważna, czego autor jest nad wyraz świadom. Prym wiodą bowiem pojedyncze komediowe sceny i równie barwne co zabawne prostolinijne postacie. Próby ratowania syna poprzez wrzucenie go na ognisko celem przypieczenia ran, zostawienie go na pastwę drapieżnika i bohaterska ucieczka ojca oraz absurdalne dowcipy o braku nóg wywołują spazmy niepohamowanego rechotu. Nie zapomnijmy jednak o rekinie, w końcu on jest tu gwiazdą. Kadry z jego udziałem to prawdziwie perełki. Krew ofiar wyczuwa z bardzo daleka, a jego umiejętności poruszania się w przestrzeni są zadziwiające, toteż najdrobniejsza ranka to praktycznie wyrok śmierci. Po ułamku sekundy od pierwszej krwi dopada skałkowego wspinacza, by chwilę potem w głębi lasu zaatakować urządzającą piknik wielodzietną rodzinę, a następnie na jego obrzeżach pożera spacerującą kobietę z miesiączką. A to nie wszystko; pomysłów na dostarczenie groteskowych scen Ottley’owi naprawdę nie brakuje.

„Sea Bear and Grizzly Shark” można spokojnie utożsamić z coraz popularniejszym gatunkiem literackim jakim jest bizarro. Album (a przynajmniej jego druga połowa) zdecydowanie wyłamuje się ze znanych schematów. Atakuje czytelnika przede wszystkim wykręconym pomysłem, brutalnym czarnym humorem, groteskowymi scenami i kreatywnością. I choć fabuły są w nim jedynie pretekstowe, powalają bezpretensjonalnością i spontanicznością. A zrodziły się one podczas pewnej nocy w trakcie trwania pewnego konwentu. Jak za starych czasów, niczym skauci przy ognisku, Ottley i Howard w hotelowym zaciszu torpedowali się głupkowatymi historiami. Od słowa do słowa, na kompletnym luzie zasiali ziarna, które w kolejnych miesiącach urabiali na zdatny do spożycia produkt. Produkt, który się przyjął. Znalazł się w połowie TOP10 najlepszych zeszytów 2010 r. (jako najbardziej zaskakujący i najzabawniejszy tytuł) i został nominowany do prestiżowej Eagle Award w kategorii ulubiona pojedyncza opowieść. Również cały nakład, a także dodruk rozszedł się jak ciepłe bułeczki. Sequel pozostaje więc tylko kwestią czasu.

Oby autorom nic się nie pomieszało i byli w stanie dostarczyć satyrę przynajmniej na podobnym poziomie. A zapowiedź crossovera daje taką nadzieję.

piątek, 27 września 2013

#1376 - Star Trek The Next Generation/ Doctor Who: Assimilation

Ziścił się mokry sen fanów, w którym przenikają się uniwersa dwóch słynnych serii telewizyjnych. Co ciekawe, wyszło to nadzwyczaj dobrze. Z crossoverami często bywa tak, że ich jedynym zadaniem jest wyłuskać z kieszeni fanów dwóch znanych marek trochę więcej grosza niż zazwyczaj.

Same historie nie reprezentują sobą zbyt wiele, a schemat takich spotkań jest zazwyczaj jeden: pojawia się wielkie zagrożenie, bohaterowie najpierw spuszczają sobie manto, potem okazuje się, że jednak stoją po tej samej stronie barykady, łączą siły i wspólnie zażegnują niebezpieczeństwo. Widzieliśmy i czytaliśmy takie opowieści wiele razy, ostatnio chociażby w „Avengersach” Jossa Whedona, czy wielu wspólnych komiksach Marvela i DC. A co się stanie, gdy dojdzie do interakcji pomiędzy bohaterami kierującymi się wyłącznie logiką i dyplomacją, o pokojowym nastawieniu, zajmującymi się eksploracją i badaniem obcych światów i cywilizacji? Nudy, pomyślicie. Niekoniecznie.

Zjednoczona Federacja Planet po raz kolejny zostaje zaatakowana przez kolektyw Borg. Jednak tym razem ich taktyka różni się od dotychczasowej. Szybki, niezapowiedziany napad kończy się śmiercią bądź asymilacją mieszkańców całej Delty IV. Okazuje się, że drony mają sprzymierzeńca w postaci Cyebrmanów – bezwzględnych, cybernetycznych wojowników. Gdy flota nieprzyjacielskich okrętów rozpoczyna inwazję na kolejne planety, Doctor, wraz ze swymi kompanami, Amy i Rorym, kończy pobyt w starożytnym Egipcie i wyrusza w następną emocjonującą przygodę. Jak to najczęściej bywa, nie trafiają tam gdzie chcą, a tam gdzie przeniesie ich Tardis - w miejsca, w których obecność ostatniego z żyjących Władców Czasu jest niezbędna. Tym samym lądują na pokładzie USS Enterprise, gdzie kapitanem jest Jean-Luc Picard. Po wymianie uprzejmości, w atmosferze lekkiego niepokoju i braku zaufania, na jaw wychodzi fakt napaści. Załoga NCC-1701-D nieoczekiwanie musi połączyć siły z Doctorem, który jako jedyny zdaje się posiadać informacje o nieznanych Federacji Cybermanach.

Dwutomowy komiks „Star Trek TNG/Doctor Who: Assimilation” to przykład klasycznego schematu crossovera, pozbawiony jednak żenujących przywar pierwszego spotkania. Zamiast klepać się po pyskach, zarówno Picard jak i Doctor obwąchują się, mierzą siły na zamiary, chcą poznać nieznane. W tym momencie można zauważyć jak wiele wspólnego mają ze sobą „Star Trek” i „Doctor Who”; obaj bohaterowie to analitycy, ciekawi świata, rozsądni, o pokojowym usposobieniu, a ich uniwersa zawierają wiele wspólnych elementów (jak właśnie cybernetyczne rasy Borg i Cybermen, czy wojowniczy Klingoni i Sontaranie).

Bracia Tipton, poruszający się po świecie Star Treka jak po własnej kieszeni, opowiedzieli nadzwyczaj wciągającą historię, przyjazną zarówno dla Trekkies jak i Whovian. „Assimilation” to typowy stand-alone, niewymagający znajomości innych opowieści, który świetnie zazębia się zarówno z jednym jak i drugim uniwersum. Scenarzyści po mistrzowsku ujęli atmosferę obu seriali telewizyjnych, sprawiając że przygoda ta, zamknięta w dwóch epizodach, mogłaby być częścią regularnie emitowanych odcinków. Choć można ją czytać bez znajomości obu marek, pełno w niej nawiązań, smaczków, retrospekcji i futurospekcji, a także gościnny występ załogi Eterprise NCC-1701, w osobach kpt. Kirka, Spocka i Scotty’ego a także czwartego Doctora. Jest też mnóstwo akcji, w której wykazują się zarówno Doctor, Worf, Rory czy Data. Nie brakuje również trzymających w napięciu cliffhangerów. Pomimo sporej ilości dialogów i monologów, nie uświadczymy tutaj nudy.

Uroku całości dodają fotorealistyczne grafiki J.K Wooodwarda, w pełni wykorzystującego swe malarskie zdolności. Odwzorowanie twarzy i mimiki aktorów, ilość szczegółów na drugim i trzecim planie, a także kolorystyka sprawiają wrażenie kadrów wyciętych prosto ze szpul taśmy filmowej. Pierwsze sceny ataku na Deltę IV, czy też wycieczka w przyszłość ukazującą Federację zdewastowaną przez Cybermanów, wręcz zapierają dech w piersiach. Artysta w niepowtarzalny sposób uwiarygodnia przedstawioną przygodę i nadaje jej odpowiedniej dynamiki.

„Assimilation” spotkało się z aprobatą zarówno wybrednych fanów jak i krytyków. Zasługa w tym nie tyle nadzoru ze strony stacji CBS i BBC, ale autentycznej fascynacji i dużego szacunku twórców do obu uniwersów. To nie tylko wciągająca i zapadająca w pamięć przygoda, ale też jeden z najciekawszych crossoverów ostatnich czasów, pozostawiający po sobie miłe wrażenia, a także małą furtkę na ewentualną kontynuację. Warto się zapoznać, chociażby w kontekście nowej odsłony kinowego „Star Treka”, czy też zbliżającej się, okrągłej rocznicy powstania „Doctora Who”.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch,. I jeszcze uwaga formalna - recenzowany komiks ma tytuł "Assimilation tu wstaw znaczek "do-kwadratu-którego-blogpsot-najwyraźniej-nie-zna"]"

piątek, 20 września 2013

#1373 - Frankenstin`s Womb

Znany i zasłużony pisarz, Brian W. Aldiss twierdzi, że książka Mary Shelley „Frankenstein” to pierwsza prawdziwa i pełnoprawna powieść science-fiction. Jak dowodzi, nie dość że jej bohater świadomie odnosił się do ówczesnych teorii i odkryć naukowych, to sama historia miała (i nadal ma) olbrzymi wpływ na literaturę i kulturę masową, inspirując twórców i przyczyniając się do rozwoju samego gatunku.

Nie można odmówić mu racji. Liczba adaptacji, wariacji, pastiszów i nawiązań wydaje się nie mieć końca, a i nazwiska artystów korzystających z dziedzictwa Shelley (m.in. Tim Burton, Danny Boyle, Kenneth Branagh czy Ridley Scott) zdają się potwierdzać słowa Aldissa. Cegiełkę do tej kolekcji dołożył również Warren Ellis, bezkompromisowy scenarzysta komiksowy wielokrotnie podejmujący w swych dziełach tematy związane z transhumanizmem. Swoją historię opowiada z punktu widzenia Mary Wollestonecraft-Godwin, podróżującej przez Związek Niemiecki wraz z przyszłym mężem (Percym Shelley) i kuzynką. Ich celem jest willa Diodati nad Jeziorem Genewskim i spotkanie towarzyskie z Geroge Byronem. Nim jednak tam dotrą, robią przystanek przy niesławnym zamku Frankenstein, niegdyś zamieszkiwanym przez Johanna Dippela – głośnego pisarza, teologa i alchemika.

Nieposkromiona ciekawość Mary prowadzi ją przez labirynty ruin, w których napotyka Potwora, echo dawnych wydarzeń a zarazem zwiastuna rewolucji naukowej. Żywy, czy też eteryczny (niczym duchy z „Opowieści Wigilijnej”) ukazuje jej przeszłość - Dippela próbującego rozwikłać tajemnicę kamienia filozoficznego, eksperymentującego z elektrycznością i ludzkimi zwłokami - oraz przyszłość, w której elektryczność wykorzystywana jest do monitorowania akcji serca pacjentów i przywracania ich do życia. Przez filozoficzny dialog i monolog oraz naświetlenie pewnych faktów z jej własnego życia próbuje przygotować ją na nadejście przyszłości, której ma być ona zarzewiem. Ellis w swej opowieści odnosi się nie tylko do biografii Mary ale też do jednego z przypuszczeń, jakoby inspiracją do stworzenia „Frankensteina” była domniemana wizyta na zamku i niechlubne eksperymenty Dippela. Świadomie, czy nie, popiera twierdzenie Aldissa, przedstawiając pisarkę jako Prometeusza, który dał ludzkości nowe spojrzenie na naukę, jednoznacznie przyczyniając się do powstania science-fiction jako gatunku.

„Frankenstein’s Womb” można potraktować jako bardzo osobisty list miłosny Warrena Ellisa do Mary Shelley, gdzie autor oddaje hołd prekursorce i wyraża swoje uwielbienie dla jej dokonań. Otacza ją aurą niesamowitości i chyba podświadomie, jako twórca również poruszający się w stylistyce science-fiction, zdradza swoją zazdrość o tak przełomowy debiut. Krytycy za oceanem, bardzo chłodno przyjęli ten album, zarzucając scenarzyście zbyt monotonną narrację, mało fascynującą historię i brak jakichkolwiek zwrotów akcji i napięcia. Mam jednak wrażenie, że jemu nie zależało na dogodzeniu publiczności, a jedynie na uzewnętrznieniu swojego podziwu dla Mary Shelley i wpływu jej dzieła na całą kulturę. Zrobił to w jedyny możliwy sposób: konstruując spokojną, nostalgiczną, intymną historię. Może Ellis nie błyszczy tutaj tak, jak w innych swoich – przecież również przełomowych i znaczących – dziełach, ale dzięki temu, tak naprawdę gwiazdą w tym albumie okazuje się być Marek Oleksicki, który pokazał wszystko to co ma najlepsze w swym arsenale twórczym.

Album narysowany dla Ellisa to debiut Marka na amerykańskim rynku. Wycisnął ze scenariusza wszystkie możliwe soki i wspaniale wpisał się w ponury i tajemniczy klimat opowieści, mimo że musiał ograniczać się jedynie to statycznych kadrów. Nadał jej bardzo gotyckiego charakteru – czyli takiego, w jakim został stworzony „Frankenstein” – z wielką pieczołowitością oddając wszystkie szczegóły zarówno samego zamku, otaczającej go przyrody jak i postaci. Scena z pędzącą karetą kipi enigmatyczną grozą, zaś pierwsze spojrzenie na potwora jest tyleż przejmujące co mocno zapadające w pamięć. Z kolei kadry z eksperymentującym Dippelem to prawdziwy majstersztyk, z którego aż wybuchają wulkany energii. W szczególności uwagę należy zwrócić na design samego potwora, zmęczonego swą egzystencją, dźwigającego na barkach ciężar doświadczenia, pooranego zmarszczkami rozkładu, z oczami zbitego psa. Cudownie niepokojący i mrożący krew w żyłach. Oleksicki, za oceanem pochwalony i doceniony, pokazał się z najlepszej strony dopisując przepiękne post scriptum pod listem Ellisa, a także wystawiając sobie fachowe portfolio, które być może zaowocuje kolejnymi zleceniami na tamtejszym rynku.

Choć „Frankenstein’s Womb” nie jest dziełem wybitnym, przełomowym, ani nawet rozrywkowym, pozostawia po sobie dobre wrażenie i miłe uczucie satysfakcji. Na pewno doceni je Brian Aldiss i wszyscy ci, na których swoje piętno odcisnęło dziedzictwo Frankesnteina.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch

piątek, 13 września 2013

#1367 - The Strange Talent of Luthor Strode

Od zera do bohatera, a potem na samo dno dzięki cudotwórczemu poradnikowi „Metoda Herkulesa”! W latach 90-tych, zarówno w Polsce jak i USA, w zeszytówkach normą było publikowanie wszelkiej maści reklam, począwszy od morskich małpek, poprzez latające spodki, a na poradnikach sztuk walki i suplementach diety kończąc. Nierzadko stanowiły one dodatkową treść (oczywiście w oderwaniu od treści komiksu), przyjmowały formę mini-komiksów, foto-story czy komiksowych dymków. 

Były one nieodłącznym elementem, który przez wiele lat utrwalał się w pamięci i niszczył psychiki ówczesnych dzieciaków. Jedną z takich ofiar był scenarzysta Justin Jordan. Zafascynowały go kulturystyczne kursy Charlesa Atlasa (bez większego trudu można je znaleźć w Internecie), opowiadające o tym jak bezlitośnie gnębiony kujon zamawia poradnik, po czym natychmiast przybywa mu mięśni, mści się na oprawcy i odbija jego dziewczynę. Jordan postanowił zadać sobie pytanie: co by było gdyby ten kurs faktycznie przynosił prawdziwe efekty? Gdyby chuderlawy nerd w kilka dni pojął techniki, których przyswojenie innym zajmowały lata? Gdyby mógł łoić tyłki łobuzom? Odpowiedzią jest „The Strange Talent of Luther Strode”.

Tytułowy Luther to wychudzony nastolatek, skrycie zakochany w koleżance z ławki. Oczywiście fan komiksów i popkultury (co jest zaznaczone bardzo subtelnie), nad którym znęca się osiłek z drużyny footballowej. Typowe. Po otrzymaniu "Metody Herkulesa" przechodzi metamorfozę. Poprawia mu się refleks, wyostrzają zmysły, dostrzega słabe punkty w strukturze ludzkiego ciała i oczywiście przybiera na masie i staje się nadludzko silny. Zaraz też zdobywa ukochaną i daje nauczkę drabowi. To tyle, jeśli chodzi o fabułę pierwszego z sześciu zeszytów. Dalej pojawiają się konsekwencje dokonanego zakupu. Okazuje się, że rzeczona "Metoda" to przedruk prastarych manuskryptów spisanych ludzką krwią, ukazujących morderstwo jako coś naturalnego dla człowieka, - drogę do samodoskonalenia, stania się silniejszym, potężniejszym (co ciekawe, jako użytkowników tej metody przedstawiono m.in. Kaina, Samsona czy Kubę Rozpruwacza). Tę wiedzę mogą wykorzystać tylko nieliczne, obdarzone niezwykłymi talentami osoby, których werbunkiem zajmuje się równie tajemniczy co przerażający, psychotyczny Bibliotekarz. Rzecz w tym, że Strode nie ma zamiaru przyłączać się do „klubu” maniakalnych zabójców.

Lutherowi wydaje się, że skoro ma mięśnie i potrafi skopać tyłek, to wszystkie jego problemy znikną. W rzeczywistości jest jednak inaczej, i to, co było spełnieniem marzeń (oferowanych w cukierkowej reklamie z komiksu) zaczyna przeradzać się w prawdziwy koszmar. Próby superbohaterskich wyczynów stają się drogą do coraz bardziej krwawych rajdów, które apogeum osiągną w nad wyraz dramatycznym finale. „Luther Strode” to najbardziej brutalny album z jakim miałem przyjemność obcować. Scenarzysta nie korzysta z półśrodków, idzie na całość. Doskonale rozumie estetykę splattera i slashera i z wdziękiem ją wykorzystuje przeszczepiając na grunt konwencji superbohaterskiej. Rzeki krwi, latające wnętrzności i ultraprzemoc są tutaj ważnym elementem opowieści: uzasadnionym, potrzebnym i usprawiedliwionym.

Bohaterowie również stanowią ciekawą galerię. Luther – na początku przypominający nieco Petera Parkera czy Dave’a Lizewskiego – to chłopaczek po przejściach, ukrywający się z matką przed sadystycznym ojcem, dobroduszny i mocno stąpający po ziemi. Pete – przyjaciel i sidekick Strode – lekkoduch, trochę tchórzliwy, ale jak się okazuje, potrafiący zdobyć się na akt wielkiego poświęcenia. Petra – wspomniana „zdobycz” Luthera – niezależna, chadzająca własnymi ścieżkami, twarda dziewczyna. No i Bibliotekarz – sadystyczny, wyrafinowany i bezwzględny werbownik dążący, dosłownie, po trupach do celu. Wszyscy mają spory bagaż doświadczeń i emocji, są wzorowo poprowadzeni i świetnie ze sobą współgrają bądź kontrastują.

Jordan, jak na debiutanta, sprawdził się wyśmienicie. Inspiracje zaczerpnął z tradycji klasycznych komiksów superbohaterskich i wymieszał ją z elementami kultowych filmowych horrorów (zwróćcie uwagę na maskę Luthera, która jest analogią do Jasona czy Leatherface’a), dzięki czemu otrzymaliśmy zupełnie inne spojrzenie na zagadnienia związane z mocami i wielką odpowiedzialnością. Stworzył efektowny dramat skąpany we krwi i flakach, zilustrowany przez – również debiutanta – genialnego Tradda Moore’a, którego kreska jest tak dynamiczna, a zarazem przejrzysta i dosłowna, że aż przechodzą ciarki. Strona wizualna przykuwa uwagę od pierwszych plansz i hipnotyzuje aż do samego końca opowieści. Styl Moore’a można porównać do Johna Romity Jr., ale bardziej dojrzałego, zupgradeowanego, z większym pazurem i błyskiem w oku.

„The Strange Talent of Luther Strode”, jak na komiks niezależny, spoza wielkiej dwójki, odniósł spory sukces na rynku amerykańskim. Docenili go czytelnicy, krytycy (pozytywne recenzje, a także nominacje do nagród Eagle, Stan Lee i Expocomic) i włodarze innych wydawnictw, którzy zwerbowali obu twórców. Jordan pisze scenariusze do „Shadowmana” z reaktywowanego wydawnictwa Valiant, a Moore tworzy już dla Marvela i DC). Dzięki temu wsparciu, mogą kontynuować dalsze losy utalentowanego mocarza na łamach „The Legend of Luther Strode”, którego sequel na początku wcale nie był tak oczywisty.

sobota, 7 września 2013

#1364 - Chew vol. 1: Tasters Choice

Zdawać by się mogło, że tematyka kulinarna nijak ma się do wątków związanych z zabójstwami, kosmitami, rządowymi spiskami czy dynamiczną akcją. A jednak.

Tony Chu jest cybopatą. Co oznacza, że po ugryzieniu np. jabłka, w jego głowie pojawiają się obrazy drzewa, na którym dojrzewało, jakich pestycydów użyto i kiedy zostało zerwane. Może także wziąć kęs hamburgera i zobaczyć cały proces jego powstawania. A jako, że pracuje w policji, swoje niezwykłe umiejętności wykorzystuje do rozwiązywania spraw kryminalnych. I nie, nie lubi gdy nazywa się go kanibalem. Tony Chu nie jest jedynym, który posiada zadziwiające zdolności związane z żywnością. Bardzo wąskie grono „dziwaków” – jak zwykło się ich nazywać – uzupełniają saboscrivnerzy, czyli osoby potrafiące opisywać dania z ogromną precyzją, tak barwnie, że ludzie czytając bądź słuchając ich, czują jakby fizycznie je spożywali; cybolokutorzy potrafiący komunikować się poprzez jedzenie i przekładać poematy czy prozę na język potraw; veresopherzy, którzy im więcej zjedzą tym mądrzejsi się stają; oraz inni z równie zdumiewającymi zdolnościami.

Wszystkim przyszło żyć w czasach drobiowej prohibicji, będącej następstwem pandemii ptasiej grypy, która pochłonęła 23 mln amerykańskich obywateli oraz 116 mln w pozostałych częściach świata. Handel nielegalnym mięsem, czarny rynek jaj i rozkwit podziemnych restauracji to sprawy, którym czoło stawia Tony oraz jego wspomagany bionicznymi wszczepami partner, John Colby. Obaj ekspresowo zostają wcieleni w szeregi Agencji ds. Żywności i Leków (FDA), będącej obecnie najpotężniejszą rządową komórką. Równie szybko okazuje się, że powyższe sprawy to tylko mało istotny czubek góry lodowej, gdyż na światło dzienne wypływają coraz bardziej zadziwiające fakty i zdarzenia. W ich centrum znajduje się malutka, polinezyjska wyspa Yamapalu, gdzie wysiały się kosmiczne ziarna owocu, po ugotowaniu smakującego identycznie jak kurczak. Kurjagoda szybko staje sie obiektem zainteresowań nie tylko FDA, ale też biznesmena próbującego wprowadzić na rynek zmodyfikowane genetycznie żaby, w wyglądzie jak i w smaku przypominające drób, o nazwie Chogs (chicken frogs). To wszystko to zaledwie promil pomysłów, jakimi obdarza nas scenarzysta John Layman.

Pierwszy numer serii „Chew” zadebiutował w 2009 r. i z miejsca stał się bestsellerem Image Comics (goszczącym m.in. na listach New York Timesa). Utrzymująca się wysoka sprzedaż i liczne nagrody (Eisner, Harvey, Eagle) potwierdziły tylko, że Layman do spółki z rysownikiem Robem Guillorym są wyśmienitymi kucharzami, potrafiącymi przyrządzić potrawę na długo zapadającą w pamięć. Zasługa tutaj licznych składników, wydawać by się mogło zupełnie od siebie nie pasujących: wypaczony czarny humor, uroczy sarkazm, niecodzienne moce, rządowe spiski, kosmiczne oddziaływania, kryminalne zagadki, wyśmiewanie społecznych obyczajów, gore, kanibalizm, szczypta love story. Danie główne zdaje się być kuchennym koszmarem, ale w rzeczywistości to oryginalny, smakowity, choć szalony posiłek. Na przystawkę scenarzysta podaje Poyo – krwiożerczego i zabójczego koguta (który uzyskał już status kultowego), oraz kuriozalne organizacje – Kościół Wyznawców Jajca, antyprohibicyjni radykałowie z E.G.G., a jako deser mamy tu niewyobrażalne zagrożenie o kosmicznej skali oraz tajemniczego i wpływowego wampira, z ukrycia wdrażającego swój równie zagadkowy plan. Całość, choć upichcona z przeróżnych gatunków, smakuje wręcz kapitalnie.

„Chew” prócz powyższych pomysłowych chwytów posługuje się niecodzienną narracją, często wykorzystując prologi, epilogi oraz retrospekcje, które w skali całej serii doskonale łączą się w całość. Uzupełnieniem są fantastycznie skrojone, mięsiste, żywe postacie oraz iskrzące relacje między nimi, dodające opowieści niebywałego kolorytu.

Mówiąc o „Chew” nie można pominąć Roba Guillory’a, który jest równoprawną gwiazdą serii. Jego cartoonowy, pełen szaleńczego dynamizmu i energii styl wymyka się wszelkim porównaniom. Bogaty w detale drugi plan dostarcza dodatkowych fal śmiechu, a kadry z powykręcaną twarzą Tony’ego konsumującego ludzką padlinę, niejednemu zapadną w pamięć. Kreska Guillory’a pasuje do opowieści jak białe wino do koziego sera, czyli idealnie.

Uwielbiam ten komiks. Jest niezwykle zabawny, oryginalny, świetnie narysowany i pozostawia po sobie słodki posmak genialności. Tak pięknie podanego, świetnie przyrządzonego i doprawionego posiłku nie powstydziłby się nawet Gordon Ramsey. Szkoda jedynie, że Circle of Confusion porzuciło plany adaptacji opowieści na serial telewizyjny, który mógłby okazać się hitem porównywalnym do „The Walking Dead”. Całe szczęście znajduje się ona dopiero na półmetku (zaplanowana jest na 60 zeszytów), więc przynajmniej jeszcze przez kilka lat, będzie można delektować się jej wybornością.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch 

sobota, 31 sierpnia 2013

#1362 - Do Androids Dream of Electric Sheep: Dust to Dust

Po długiej przerwie witamy na naszych łamach Pawła Deptucha. Od dziś, w każdą sobotę w ramach cyklu "Chmurki za miedzą" będziemy publikować jego teksty o interesujących z różnych powodów pozycjach, które nie ukazały się nakładem wielkiej dwójki. Teksty, pierwotnie publikowane był na łamach "Nowej Fantastyki". Zapraszamy do lektury! 

Czy Phillip K. Dick śnił o prequelu do swojej powieści, którego by się nie powstydził?

Amerykański pisarz odcisnął olbrzymie piętno na literaturze, a swoimi utworami zainspirował dziesiątki twórców z przeróżnych dziedzin sztuki. Jedną z najsłynniejszych powieści jest nagrodzona Nebulą i Locusem „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”, która doczekała się znakomitej ekranizacji w wykonaniu Ridleya Scotta (uchodzącej za jedno z najciekawszych dokonań kina science-fiction), adaptacji teatralnej, komiksowej, gry komputerowej, planszowej a także trzech autoryzowanych książkowych sequeli K.W. Jetera (w Polsce wydano dwa: „Dzień rozliczenia” i „Noc replikantów”). Ta mieszanka sensacji i filozofii, osadzona w realiach futurystycznego San Francisco rozpala umysły do dziś i pozostaje jedną z najlepszych książek w dorobku Dicka. W 2010 roku wydawnictwo Boom! Studios, z błogosławieństwem Electric Shepherd Productions (należącej do córek autora firmy zajmującej się adaptacjami dzieł Dicka na inne media) rozpoczęło publikację komiksowego prequela, odpowiadającego na pytanie kto polował na androidy przed Rickiem Decardem.

„Do Androids Dream of Electric Sheep: Dust to Dust” rozgrywa się tuż po ostatniej wojnie światowej, której efektem było zanieczyszczenie radioaktywnym pyłem. Zwierzęta zaczynają masowo wymierać, ludzie emigrują do pozaziemskich kolonii, a programator nastroju Penfielda, przyjacielski Buster i Merceryzm dopiero zagnieżdżają się w masowej świadomości. Z kolei łowcy androidów mogą jedynie pomarzyć o testach empatycznych identyfikujących zbuntowane maszyny. A modele C-V (efekt prac korporacji Grozzi) są znacznie groźniejsze niż znane z powieści Nexusy-6. Podczas, gdy te drugie chciały być wolne i traktowane na równi z ludźmi, wyposażone w moduły bojowe i zaprawione na polu walki C-V za cel postawiły sobie całkowitą eksterminację „brudnej i spoconej” ludzkości. Jedenaście takich egzemplarzy ukrywa się w San Francisco i wdraża swój okrutny plan. Charlie Victor (również C-V) zostaje przydzielony do ich eliminacji, a jedyną osobą, która może mu pomóc, jest Malcolm Reed, „specjal” posiadający gruczoł empatyczny wykształcony na skutek oddziaływania pyłu.

Scenarzysta Chris Roberson (współpracujący m.in. z Billem Wilinghamem przy odpryskach „Baśni”, pisarz s-f, trzykrotny finalista World Fantasy Award i John W. Campbell Award) w przeciwieństwie do wspomnianego Jetera nie próbował na siłę zszywać różnic pomiędzy filmem a książką (co w przypadku sequeli spotkało się z ogromną krytyką), a skupił się jedynie na literackiej wizji Dicka. Opowiadając zupełnie nową historię, z innymi bohaterami, w nieco zmienionych realiach, zdołał w pełni przenieść ducha i atmosferę pierwowzoru. Zawarł w niej wszystkie pytania i bolączki towarzyszące Dickowi w jego twórczości. Decard odnalazł w ludziach cechy robotów, z kolei pozbawiony uczuć Victor, w robotach szuka ludzkich przymiotów. Snuje teorie na temat człowieczeństwa, wylicza różnice między żywymi a andkami, zadaje pytania o zasadność czynów. Prócz filozoficznych dywagacji, całość obfituje w sensacyjne, pełne akcji wydarzenia, przeplatane licznymi nawiązaniami do książki, poszerzającymi o niej wiedzę (np. mamy wgląd w realia wojny będącej przyczyną radioaktywnego opadu) i fabularnymi twistami, dostosowanymi do obecnych czasów. Są też bonusy, umiejętnie wplecione smaczki w postaci obecności Twitera czy iPhone’ów.

Całość zilustrował nasz rodak, Robert Adler - prywatnie fan twórczości Dicka - który świetnie czuje klimaty science-fiction i cyberpunk, co udowodnił w gorąco przyjętych przez rodzimą publikę albumach „Breakoff” i „Overload”. Zaprezentowana wizja futurystycznego (ale jednak nie do końca) San Francisco, doskonale koresponduje z tym co opisywał Dick. Przysadziste, wyniszczone budynki, latające hoovery, rozpoczynający swą ekspansję chłam, wszędobylski pył, depresyjna atmosfera – wszystko przedstawione wiernie i z oddaniem. Rysunki, choć momentami sprawiające wrażenie robionych w pośpiechu, uwiarygodniają intrygę, ożywiają miasto przyszłości i nadają odpowiedniej, wręcz filmowej dynamiki (odcinając się jednocześnie do adaptacji Scotta).

„Dust to Dust” zaplanowano na dziesięć zeszytów. Niestety niezadowalająca sprzedaż zmusiła autorów do skrócenia opowieści do ośmiu epizodów, przez co niektóre wątki zdają się być lekko przycięte. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to dzieło stojące na wysokim poziomie, z szacunkiem podchodzące do oryginału i przepełnione duchem Phillipa K. Dicka. Dzieło, które choć przeszło bez większego echa, podobnie jak filmowy „Blade Runner”, mające szanse na zdobycie dużego uznania dopiero za jakiś czas.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch