Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Deptuch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Paweł Deptuch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 czerwca 2025

#2496 - Kolorowe x Komiksopedia

Na oficjalnej stronie FB Komiksopedii Paweł Deptuch przy okazji zalinkowania mojej wczorajszej polemiki z tekstem Daniela Gizickiego wspomniał o tym, że dołączyłem do redakcji jego portalu. 

PS. To prawda. Jak jeszcze o tym nie wiedzieliście, to już wiecie.

Kilkukrotnie chwaliłem Pawła za kupę dobrej roboty, którą wykonuje przy Komiksopedii. No i skończyło się na tym, że kolega z komiksowa został moim naczelnym. 




środa, 18 stycznia 2017

#2285 - Rok 2016 wg. ludzi komiksu (3)

Ruszamy z trzecią rundą pytań skierowanych do osób piszących o komiksie. Z odpowiedzią spieszą Radosław Pisula ("ogólnie Marvel w tym roku radził sobie jednak słabiutko i zakopał się w mule"), Jakub Górecki ("mamy prawdziwe jankeskie hamburgery i nie jest to powód do płaczu"), Przemysław Pawełek ("sygnały że oferta zdaje się rosnąć nie do końca proporcjonalnie do rozwoju bazy klientów pojawiały się już w czasie festiwalu Komiksowa Warszawa") i Paweł Deptuch ("czuć co prawda przesyt, ale z drugiej strony jest w czym przebierać"). A na deser - mały bonusik!


wtorek, 26 stycznia 2016

#2064 - Rok 2015 wg. krytyków (2)

Podsumowanie roku na finiszu! Jako ostatni do głosu dochodzą ci, którzy o komiksie piszą. W drugiej odsłonie 2015 wg. krytyków o ocenę minionego roku poprosiliśmy Krzysztofa Tymczyńskiego, Pawła Deptucha, Łukasza Chmielewskiego i Macieja Gierszewskiego.


piątek, 4 października 2013

#1383 - Sea Bear & Grizzly Shark

Rekin buszujący w lesie? Niedźwiedź jako drapieżnik głębinowy? Oto przed wami przykład komiksowego neosurrealizmu.

Niedźwiedź, jak wiadomo, to najgroźniejsza bestia polująca w morskich odmętach. Choć bardzo rzadko, ale zdarza się, że ten agresywny ssak pojawia się u wybrzeży lądów celem schwytania co lepszego, ludzkiego kąska. Rekin z kolei, to najniebezpieczniejsze stworzenie lądowe, najczęściej zamieszkujące gęste lasy. Ten idealny zabójca potrafi wyczuć krew z odległości nawet kilkunastu kilometrów, a ofiarę rozszarpać w mgnieniu oka. Oba te stworzenia zamieszkiwały Ziemię w czasach, kiedy czas nie był jeszcze czasem, a przestrzeń przestrzenią, gdzie lądy były oceanami, a oceany lądami. I nadeszło Wielkie Odwrócenie, które sprawiło, że nasza planeta wygląda tak jak dziś ją znamy i widzimy. Wtedy też wspaniałe morskie stworzenia jak słoń, wilk czy ptak musiały osiąść na lądzie, a równie wspaniałe stworzenia lądowe jak wieloryb, ryba czy delfin zostały zmuszone do życia w wodzie. Jednak jednemu pechowemu niedźwiedziowi i rekinowi… wszystko się pomieszało.

Tak we wstępie do mini-albumiku „Sea Bear and Grizzly Shark” Robert Kirkman opisuje świat, w którym rozgrywają się dwie niezależne od siebie opowieści. Pierwsza z nich, stworzona przez Jasona Howarda, traktuje o morskim niedźwiedziu zamieszkującym okolice Karaibów. Podczas wakacji morduje on całą rodzinę, a z pogromu uchodzi jedynie chłopiec, świadek wydarzeń. Po dwudziestu latach wraca na wyspę aby dokonać krwawej zemsty. Odkrywa, że jej mieszkańcy to niebezpieczni kultyści-hybrydy, potomkowie niedźwiedzicy, składający jej w ofierze turystów. Pete, mściciel, ma jednak w rękawie asa. Tak naprawdę jest zaawansowanym technicznie cyborgiem bojowym na usługach amerykańskiego rządu. Wykorzystał okazję i zbiegł z pola walki aby załatwić prywatne porachunki. W pościg za nim wyrusza jeszcze bardziej podrasowany robot… „Sea Bear” to feeria krwawych potyczek, bijatyk i wybuchów przyprawiona odrobiną absurdalnego humoru, patetycznych dialogów, z zacięciem mocno rozrywkowym. Prosta historyjka o wendetcie to w rzeczywistości pretekst do zabawy motywami science-fiction i schematami z horrorów znanymi z kina i literatury. Nie aspiruje do niczego więcej niż wystrzałowego blockbustera klasy B.

Natomiast opowieść Ryana Ottley’a o rekinie grizzly to prawdziwa jazda bez trzymanki. Kalejdoskop coraz bardziej niedorzecznych scen i sytuacji, którym bez wyjątku towarzyszy unikatowy czarny humor. Każda kolejna plansza to przykład słownego bądź sytuacyjnego żartu dodatkowo potęgowanego przez quasi-dramatyczne wydarzenia. Ojciec i syn biwakują w lesie. Ten drugi kaleczy się i w mgnieniu oka traci dolne kończyny na rzecz czujnego rekina. Ci dwaj wraz z dwoma kuzynami i wynajętym łowcą oraz ich próby ukrycia się/upolowania bestii stanowią trzon fabuły. Jednak jest ona tu najmniej ważna, czego autor jest nad wyraz świadom. Prym wiodą bowiem pojedyncze komediowe sceny i równie barwne co zabawne prostolinijne postacie. Próby ratowania syna poprzez wrzucenie go na ognisko celem przypieczenia ran, zostawienie go na pastwę drapieżnika i bohaterska ucieczka ojca oraz absurdalne dowcipy o braku nóg wywołują spazmy niepohamowanego rechotu. Nie zapomnijmy jednak o rekinie, w końcu on jest tu gwiazdą. Kadry z jego udziałem to prawdziwie perełki. Krew ofiar wyczuwa z bardzo daleka, a jego umiejętności poruszania się w przestrzeni są zadziwiające, toteż najdrobniejsza ranka to praktycznie wyrok śmierci. Po ułamku sekundy od pierwszej krwi dopada skałkowego wspinacza, by chwilę potem w głębi lasu zaatakować urządzającą piknik wielodzietną rodzinę, a następnie na jego obrzeżach pożera spacerującą kobietę z miesiączką. A to nie wszystko; pomysłów na dostarczenie groteskowych scen Ottley’owi naprawdę nie brakuje.

„Sea Bear and Grizzly Shark” można spokojnie utożsamić z coraz popularniejszym gatunkiem literackim jakim jest bizarro. Album (a przynajmniej jego druga połowa) zdecydowanie wyłamuje się ze znanych schematów. Atakuje czytelnika przede wszystkim wykręconym pomysłem, brutalnym czarnym humorem, groteskowymi scenami i kreatywnością. I choć fabuły są w nim jedynie pretekstowe, powalają bezpretensjonalnością i spontanicznością. A zrodziły się one podczas pewnej nocy w trakcie trwania pewnego konwentu. Jak za starych czasów, niczym skauci przy ognisku, Ottley i Howard w hotelowym zaciszu torpedowali się głupkowatymi historiami. Od słowa do słowa, na kompletnym luzie zasiali ziarna, które w kolejnych miesiącach urabiali na zdatny do spożycia produkt. Produkt, który się przyjął. Znalazł się w połowie TOP10 najlepszych zeszytów 2010 r. (jako najbardziej zaskakujący i najzabawniejszy tytuł) i został nominowany do prestiżowej Eagle Award w kategorii ulubiona pojedyncza opowieść. Również cały nakład, a także dodruk rozszedł się jak ciepłe bułeczki. Sequel pozostaje więc tylko kwestią czasu.

Oby autorom nic się nie pomieszało i byli w stanie dostarczyć satyrę przynajmniej na podobnym poziomie. A zapowiedź crossovera daje taką nadzieję.

piątek, 27 września 2013

#1376 - Star Trek The Next Generation/ Doctor Who: Assimilation

Ziścił się mokry sen fanów, w którym przenikają się uniwersa dwóch słynnych serii telewizyjnych. Co ciekawe, wyszło to nadzwyczaj dobrze. Z crossoverami często bywa tak, że ich jedynym zadaniem jest wyłuskać z kieszeni fanów dwóch znanych marek trochę więcej grosza niż zazwyczaj.

Same historie nie reprezentują sobą zbyt wiele, a schemat takich spotkań jest zazwyczaj jeden: pojawia się wielkie zagrożenie, bohaterowie najpierw spuszczają sobie manto, potem okazuje się, że jednak stoją po tej samej stronie barykady, łączą siły i wspólnie zażegnują niebezpieczeństwo. Widzieliśmy i czytaliśmy takie opowieści wiele razy, ostatnio chociażby w „Avengersach” Jossa Whedona, czy wielu wspólnych komiksach Marvela i DC. A co się stanie, gdy dojdzie do interakcji pomiędzy bohaterami kierującymi się wyłącznie logiką i dyplomacją, o pokojowym nastawieniu, zajmującymi się eksploracją i badaniem obcych światów i cywilizacji? Nudy, pomyślicie. Niekoniecznie.

Zjednoczona Federacja Planet po raz kolejny zostaje zaatakowana przez kolektyw Borg. Jednak tym razem ich taktyka różni się od dotychczasowej. Szybki, niezapowiedziany napad kończy się śmiercią bądź asymilacją mieszkańców całej Delty IV. Okazuje się, że drony mają sprzymierzeńca w postaci Cyebrmanów – bezwzględnych, cybernetycznych wojowników. Gdy flota nieprzyjacielskich okrętów rozpoczyna inwazję na kolejne planety, Doctor, wraz ze swymi kompanami, Amy i Rorym, kończy pobyt w starożytnym Egipcie i wyrusza w następną emocjonującą przygodę. Jak to najczęściej bywa, nie trafiają tam gdzie chcą, a tam gdzie przeniesie ich Tardis - w miejsca, w których obecność ostatniego z żyjących Władców Czasu jest niezbędna. Tym samym lądują na pokładzie USS Enterprise, gdzie kapitanem jest Jean-Luc Picard. Po wymianie uprzejmości, w atmosferze lekkiego niepokoju i braku zaufania, na jaw wychodzi fakt napaści. Załoga NCC-1701-D nieoczekiwanie musi połączyć siły z Doctorem, który jako jedyny zdaje się posiadać informacje o nieznanych Federacji Cybermanach.

Dwutomowy komiks „Star Trek TNG/Doctor Who: Assimilation” to przykład klasycznego schematu crossovera, pozbawiony jednak żenujących przywar pierwszego spotkania. Zamiast klepać się po pyskach, zarówno Picard jak i Doctor obwąchują się, mierzą siły na zamiary, chcą poznać nieznane. W tym momencie można zauważyć jak wiele wspólnego mają ze sobą „Star Trek” i „Doctor Who”; obaj bohaterowie to analitycy, ciekawi świata, rozsądni, o pokojowym usposobieniu, a ich uniwersa zawierają wiele wspólnych elementów (jak właśnie cybernetyczne rasy Borg i Cybermen, czy wojowniczy Klingoni i Sontaranie).

Bracia Tipton, poruszający się po świecie Star Treka jak po własnej kieszeni, opowiedzieli nadzwyczaj wciągającą historię, przyjazną zarówno dla Trekkies jak i Whovian. „Assimilation” to typowy stand-alone, niewymagający znajomości innych opowieści, który świetnie zazębia się zarówno z jednym jak i drugim uniwersum. Scenarzyści po mistrzowsku ujęli atmosferę obu seriali telewizyjnych, sprawiając że przygoda ta, zamknięta w dwóch epizodach, mogłaby być częścią regularnie emitowanych odcinków. Choć można ją czytać bez znajomości obu marek, pełno w niej nawiązań, smaczków, retrospekcji i futurospekcji, a także gościnny występ załogi Eterprise NCC-1701, w osobach kpt. Kirka, Spocka i Scotty’ego a także czwartego Doctora. Jest też mnóstwo akcji, w której wykazują się zarówno Doctor, Worf, Rory czy Data. Nie brakuje również trzymających w napięciu cliffhangerów. Pomimo sporej ilości dialogów i monologów, nie uświadczymy tutaj nudy.

Uroku całości dodają fotorealistyczne grafiki J.K Wooodwarda, w pełni wykorzystującego swe malarskie zdolności. Odwzorowanie twarzy i mimiki aktorów, ilość szczegółów na drugim i trzecim planie, a także kolorystyka sprawiają wrażenie kadrów wyciętych prosto ze szpul taśmy filmowej. Pierwsze sceny ataku na Deltę IV, czy też wycieczka w przyszłość ukazującą Federację zdewastowaną przez Cybermanów, wręcz zapierają dech w piersiach. Artysta w niepowtarzalny sposób uwiarygodnia przedstawioną przygodę i nadaje jej odpowiedniej dynamiki.

„Assimilation” spotkało się z aprobatą zarówno wybrednych fanów jak i krytyków. Zasługa w tym nie tyle nadzoru ze strony stacji CBS i BBC, ale autentycznej fascynacji i dużego szacunku twórców do obu uniwersów. To nie tylko wciągająca i zapadająca w pamięć przygoda, ale też jeden z najciekawszych crossoverów ostatnich czasów, pozostawiający po sobie miłe wrażenia, a także małą furtkę na ewentualną kontynuację. Warto się zapoznać, chociażby w kontekście nowej odsłony kinowego „Star Treka”, czy też zbliżającej się, okrągłej rocznicy powstania „Doctora Who”.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch,. I jeszcze uwaga formalna - recenzowany komiks ma tytuł "Assimilation tu wstaw znaczek "do-kwadratu-którego-blogpsot-najwyraźniej-nie-zna"]"

piątek, 20 września 2013

#1373 - Frankenstin`s Womb

Znany i zasłużony pisarz, Brian W. Aldiss twierdzi, że książka Mary Shelley „Frankenstein” to pierwsza prawdziwa i pełnoprawna powieść science-fiction. Jak dowodzi, nie dość że jej bohater świadomie odnosił się do ówczesnych teorii i odkryć naukowych, to sama historia miała (i nadal ma) olbrzymi wpływ na literaturę i kulturę masową, inspirując twórców i przyczyniając się do rozwoju samego gatunku.

Nie można odmówić mu racji. Liczba adaptacji, wariacji, pastiszów i nawiązań wydaje się nie mieć końca, a i nazwiska artystów korzystających z dziedzictwa Shelley (m.in. Tim Burton, Danny Boyle, Kenneth Branagh czy Ridley Scott) zdają się potwierdzać słowa Aldissa. Cegiełkę do tej kolekcji dołożył również Warren Ellis, bezkompromisowy scenarzysta komiksowy wielokrotnie podejmujący w swych dziełach tematy związane z transhumanizmem. Swoją historię opowiada z punktu widzenia Mary Wollestonecraft-Godwin, podróżującej przez Związek Niemiecki wraz z przyszłym mężem (Percym Shelley) i kuzynką. Ich celem jest willa Diodati nad Jeziorem Genewskim i spotkanie towarzyskie z Geroge Byronem. Nim jednak tam dotrą, robią przystanek przy niesławnym zamku Frankenstein, niegdyś zamieszkiwanym przez Johanna Dippela – głośnego pisarza, teologa i alchemika.

Nieposkromiona ciekawość Mary prowadzi ją przez labirynty ruin, w których napotyka Potwora, echo dawnych wydarzeń a zarazem zwiastuna rewolucji naukowej. Żywy, czy też eteryczny (niczym duchy z „Opowieści Wigilijnej”) ukazuje jej przeszłość - Dippela próbującego rozwikłać tajemnicę kamienia filozoficznego, eksperymentującego z elektrycznością i ludzkimi zwłokami - oraz przyszłość, w której elektryczność wykorzystywana jest do monitorowania akcji serca pacjentów i przywracania ich do życia. Przez filozoficzny dialog i monolog oraz naświetlenie pewnych faktów z jej własnego życia próbuje przygotować ją na nadejście przyszłości, której ma być ona zarzewiem. Ellis w swej opowieści odnosi się nie tylko do biografii Mary ale też do jednego z przypuszczeń, jakoby inspiracją do stworzenia „Frankensteina” była domniemana wizyta na zamku i niechlubne eksperymenty Dippela. Świadomie, czy nie, popiera twierdzenie Aldissa, przedstawiając pisarkę jako Prometeusza, który dał ludzkości nowe spojrzenie na naukę, jednoznacznie przyczyniając się do powstania science-fiction jako gatunku.

„Frankenstein’s Womb” można potraktować jako bardzo osobisty list miłosny Warrena Ellisa do Mary Shelley, gdzie autor oddaje hołd prekursorce i wyraża swoje uwielbienie dla jej dokonań. Otacza ją aurą niesamowitości i chyba podświadomie, jako twórca również poruszający się w stylistyce science-fiction, zdradza swoją zazdrość o tak przełomowy debiut. Krytycy za oceanem, bardzo chłodno przyjęli ten album, zarzucając scenarzyście zbyt monotonną narrację, mało fascynującą historię i brak jakichkolwiek zwrotów akcji i napięcia. Mam jednak wrażenie, że jemu nie zależało na dogodzeniu publiczności, a jedynie na uzewnętrznieniu swojego podziwu dla Mary Shelley i wpływu jej dzieła na całą kulturę. Zrobił to w jedyny możliwy sposób: konstruując spokojną, nostalgiczną, intymną historię. Może Ellis nie błyszczy tutaj tak, jak w innych swoich – przecież również przełomowych i znaczących – dziełach, ale dzięki temu, tak naprawdę gwiazdą w tym albumie okazuje się być Marek Oleksicki, który pokazał wszystko to co ma najlepsze w swym arsenale twórczym.

Album narysowany dla Ellisa to debiut Marka na amerykańskim rynku. Wycisnął ze scenariusza wszystkie możliwe soki i wspaniale wpisał się w ponury i tajemniczy klimat opowieści, mimo że musiał ograniczać się jedynie to statycznych kadrów. Nadał jej bardzo gotyckiego charakteru – czyli takiego, w jakim został stworzony „Frankenstein” – z wielką pieczołowitością oddając wszystkie szczegóły zarówno samego zamku, otaczającej go przyrody jak i postaci. Scena z pędzącą karetą kipi enigmatyczną grozą, zaś pierwsze spojrzenie na potwora jest tyleż przejmujące co mocno zapadające w pamięć. Z kolei kadry z eksperymentującym Dippelem to prawdziwy majstersztyk, z którego aż wybuchają wulkany energii. W szczególności uwagę należy zwrócić na design samego potwora, zmęczonego swą egzystencją, dźwigającego na barkach ciężar doświadczenia, pooranego zmarszczkami rozkładu, z oczami zbitego psa. Cudownie niepokojący i mrożący krew w żyłach. Oleksicki, za oceanem pochwalony i doceniony, pokazał się z najlepszej strony dopisując przepiękne post scriptum pod listem Ellisa, a także wystawiając sobie fachowe portfolio, które być może zaowocuje kolejnymi zleceniami na tamtejszym rynku.

Choć „Frankenstein’s Womb” nie jest dziełem wybitnym, przełomowym, ani nawet rozrywkowym, pozostawia po sobie dobre wrażenie i miłe uczucie satysfakcji. Na pewno doceni je Brian Aldiss i wszyscy ci, na których swoje piętno odcisnęło dziedzictwo Frankesnteina.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch

piątek, 13 września 2013

#1367 - The Strange Talent of Luthor Strode

Od zera do bohatera, a potem na samo dno dzięki cudotwórczemu poradnikowi „Metoda Herkulesa”! W latach 90-tych, zarówno w Polsce jak i USA, w zeszytówkach normą było publikowanie wszelkiej maści reklam, począwszy od morskich małpek, poprzez latające spodki, a na poradnikach sztuk walki i suplementach diety kończąc. Nierzadko stanowiły one dodatkową treść (oczywiście w oderwaniu od treści komiksu), przyjmowały formę mini-komiksów, foto-story czy komiksowych dymków. 

Były one nieodłącznym elementem, który przez wiele lat utrwalał się w pamięci i niszczył psychiki ówczesnych dzieciaków. Jedną z takich ofiar był scenarzysta Justin Jordan. Zafascynowały go kulturystyczne kursy Charlesa Atlasa (bez większego trudu można je znaleźć w Internecie), opowiadające o tym jak bezlitośnie gnębiony kujon zamawia poradnik, po czym natychmiast przybywa mu mięśni, mści się na oprawcy i odbija jego dziewczynę. Jordan postanowił zadać sobie pytanie: co by było gdyby ten kurs faktycznie przynosił prawdziwe efekty? Gdyby chuderlawy nerd w kilka dni pojął techniki, których przyswojenie innym zajmowały lata? Gdyby mógł łoić tyłki łobuzom? Odpowiedzią jest „The Strange Talent of Luther Strode”.

Tytułowy Luther to wychudzony nastolatek, skrycie zakochany w koleżance z ławki. Oczywiście fan komiksów i popkultury (co jest zaznaczone bardzo subtelnie), nad którym znęca się osiłek z drużyny footballowej. Typowe. Po otrzymaniu "Metody Herkulesa" przechodzi metamorfozę. Poprawia mu się refleks, wyostrzają zmysły, dostrzega słabe punkty w strukturze ludzkiego ciała i oczywiście przybiera na masie i staje się nadludzko silny. Zaraz też zdobywa ukochaną i daje nauczkę drabowi. To tyle, jeśli chodzi o fabułę pierwszego z sześciu zeszytów. Dalej pojawiają się konsekwencje dokonanego zakupu. Okazuje się, że rzeczona "Metoda" to przedruk prastarych manuskryptów spisanych ludzką krwią, ukazujących morderstwo jako coś naturalnego dla człowieka, - drogę do samodoskonalenia, stania się silniejszym, potężniejszym (co ciekawe, jako użytkowników tej metody przedstawiono m.in. Kaina, Samsona czy Kubę Rozpruwacza). Tę wiedzę mogą wykorzystać tylko nieliczne, obdarzone niezwykłymi talentami osoby, których werbunkiem zajmuje się równie tajemniczy co przerażający, psychotyczny Bibliotekarz. Rzecz w tym, że Strode nie ma zamiaru przyłączać się do „klubu” maniakalnych zabójców.

Lutherowi wydaje się, że skoro ma mięśnie i potrafi skopać tyłek, to wszystkie jego problemy znikną. W rzeczywistości jest jednak inaczej, i to, co było spełnieniem marzeń (oferowanych w cukierkowej reklamie z komiksu) zaczyna przeradzać się w prawdziwy koszmar. Próby superbohaterskich wyczynów stają się drogą do coraz bardziej krwawych rajdów, które apogeum osiągną w nad wyraz dramatycznym finale. „Luther Strode” to najbardziej brutalny album z jakim miałem przyjemność obcować. Scenarzysta nie korzysta z półśrodków, idzie na całość. Doskonale rozumie estetykę splattera i slashera i z wdziękiem ją wykorzystuje przeszczepiając na grunt konwencji superbohaterskiej. Rzeki krwi, latające wnętrzności i ultraprzemoc są tutaj ważnym elementem opowieści: uzasadnionym, potrzebnym i usprawiedliwionym.

Bohaterowie również stanowią ciekawą galerię. Luther – na początku przypominający nieco Petera Parkera czy Dave’a Lizewskiego – to chłopaczek po przejściach, ukrywający się z matką przed sadystycznym ojcem, dobroduszny i mocno stąpający po ziemi. Pete – przyjaciel i sidekick Strode – lekkoduch, trochę tchórzliwy, ale jak się okazuje, potrafiący zdobyć się na akt wielkiego poświęcenia. Petra – wspomniana „zdobycz” Luthera – niezależna, chadzająca własnymi ścieżkami, twarda dziewczyna. No i Bibliotekarz – sadystyczny, wyrafinowany i bezwzględny werbownik dążący, dosłownie, po trupach do celu. Wszyscy mają spory bagaż doświadczeń i emocji, są wzorowo poprowadzeni i świetnie ze sobą współgrają bądź kontrastują.

Jordan, jak na debiutanta, sprawdził się wyśmienicie. Inspiracje zaczerpnął z tradycji klasycznych komiksów superbohaterskich i wymieszał ją z elementami kultowych filmowych horrorów (zwróćcie uwagę na maskę Luthera, która jest analogią do Jasona czy Leatherface’a), dzięki czemu otrzymaliśmy zupełnie inne spojrzenie na zagadnienia związane z mocami i wielką odpowiedzialnością. Stworzył efektowny dramat skąpany we krwi i flakach, zilustrowany przez – również debiutanta – genialnego Tradda Moore’a, którego kreska jest tak dynamiczna, a zarazem przejrzysta i dosłowna, że aż przechodzą ciarki. Strona wizualna przykuwa uwagę od pierwszych plansz i hipnotyzuje aż do samego końca opowieści. Styl Moore’a można porównać do Johna Romity Jr., ale bardziej dojrzałego, zupgradeowanego, z większym pazurem i błyskiem w oku.

„The Strange Talent of Luther Strode”, jak na komiks niezależny, spoza wielkiej dwójki, odniósł spory sukces na rynku amerykańskim. Docenili go czytelnicy, krytycy (pozytywne recenzje, a także nominacje do nagród Eagle, Stan Lee i Expocomic) i włodarze innych wydawnictw, którzy zwerbowali obu twórców. Jordan pisze scenariusze do „Shadowmana” z reaktywowanego wydawnictwa Valiant, a Moore tworzy już dla Marvela i DC). Dzięki temu wsparciu, mogą kontynuować dalsze losy utalentowanego mocarza na łamach „The Legend of Luther Strode”, którego sequel na początku wcale nie był tak oczywisty.

sobota, 7 września 2013

#1364 - Chew vol. 1: Tasters Choice

Zdawać by się mogło, że tematyka kulinarna nijak ma się do wątków związanych z zabójstwami, kosmitami, rządowymi spiskami czy dynamiczną akcją. A jednak.

Tony Chu jest cybopatą. Co oznacza, że po ugryzieniu np. jabłka, w jego głowie pojawiają się obrazy drzewa, na którym dojrzewało, jakich pestycydów użyto i kiedy zostało zerwane. Może także wziąć kęs hamburgera i zobaczyć cały proces jego powstawania. A jako, że pracuje w policji, swoje niezwykłe umiejętności wykorzystuje do rozwiązywania spraw kryminalnych. I nie, nie lubi gdy nazywa się go kanibalem. Tony Chu nie jest jedynym, który posiada zadziwiające zdolności związane z żywnością. Bardzo wąskie grono „dziwaków” – jak zwykło się ich nazywać – uzupełniają saboscrivnerzy, czyli osoby potrafiące opisywać dania z ogromną precyzją, tak barwnie, że ludzie czytając bądź słuchając ich, czują jakby fizycznie je spożywali; cybolokutorzy potrafiący komunikować się poprzez jedzenie i przekładać poematy czy prozę na język potraw; veresopherzy, którzy im więcej zjedzą tym mądrzejsi się stają; oraz inni z równie zdumiewającymi zdolnościami.

Wszystkim przyszło żyć w czasach drobiowej prohibicji, będącej następstwem pandemii ptasiej grypy, która pochłonęła 23 mln amerykańskich obywateli oraz 116 mln w pozostałych częściach świata. Handel nielegalnym mięsem, czarny rynek jaj i rozkwit podziemnych restauracji to sprawy, którym czoło stawia Tony oraz jego wspomagany bionicznymi wszczepami partner, John Colby. Obaj ekspresowo zostają wcieleni w szeregi Agencji ds. Żywności i Leków (FDA), będącej obecnie najpotężniejszą rządową komórką. Równie szybko okazuje się, że powyższe sprawy to tylko mało istotny czubek góry lodowej, gdyż na światło dzienne wypływają coraz bardziej zadziwiające fakty i zdarzenia. W ich centrum znajduje się malutka, polinezyjska wyspa Yamapalu, gdzie wysiały się kosmiczne ziarna owocu, po ugotowaniu smakującego identycznie jak kurczak. Kurjagoda szybko staje sie obiektem zainteresowań nie tylko FDA, ale też biznesmena próbującego wprowadzić na rynek zmodyfikowane genetycznie żaby, w wyglądzie jak i w smaku przypominające drób, o nazwie Chogs (chicken frogs). To wszystko to zaledwie promil pomysłów, jakimi obdarza nas scenarzysta John Layman.

Pierwszy numer serii „Chew” zadebiutował w 2009 r. i z miejsca stał się bestsellerem Image Comics (goszczącym m.in. na listach New York Timesa). Utrzymująca się wysoka sprzedaż i liczne nagrody (Eisner, Harvey, Eagle) potwierdziły tylko, że Layman do spółki z rysownikiem Robem Guillorym są wyśmienitymi kucharzami, potrafiącymi przyrządzić potrawę na długo zapadającą w pamięć. Zasługa tutaj licznych składników, wydawać by się mogło zupełnie od siebie nie pasujących: wypaczony czarny humor, uroczy sarkazm, niecodzienne moce, rządowe spiski, kosmiczne oddziaływania, kryminalne zagadki, wyśmiewanie społecznych obyczajów, gore, kanibalizm, szczypta love story. Danie główne zdaje się być kuchennym koszmarem, ale w rzeczywistości to oryginalny, smakowity, choć szalony posiłek. Na przystawkę scenarzysta podaje Poyo – krwiożerczego i zabójczego koguta (który uzyskał już status kultowego), oraz kuriozalne organizacje – Kościół Wyznawców Jajca, antyprohibicyjni radykałowie z E.G.G., a jako deser mamy tu niewyobrażalne zagrożenie o kosmicznej skali oraz tajemniczego i wpływowego wampira, z ukrycia wdrażającego swój równie zagadkowy plan. Całość, choć upichcona z przeróżnych gatunków, smakuje wręcz kapitalnie.

„Chew” prócz powyższych pomysłowych chwytów posługuje się niecodzienną narracją, często wykorzystując prologi, epilogi oraz retrospekcje, które w skali całej serii doskonale łączą się w całość. Uzupełnieniem są fantastycznie skrojone, mięsiste, żywe postacie oraz iskrzące relacje między nimi, dodające opowieści niebywałego kolorytu.

Mówiąc o „Chew” nie można pominąć Roba Guillory’a, który jest równoprawną gwiazdą serii. Jego cartoonowy, pełen szaleńczego dynamizmu i energii styl wymyka się wszelkim porównaniom. Bogaty w detale drugi plan dostarcza dodatkowych fal śmiechu, a kadry z powykręcaną twarzą Tony’ego konsumującego ludzką padlinę, niejednemu zapadną w pamięć. Kreska Guillory’a pasuje do opowieści jak białe wino do koziego sera, czyli idealnie.

Uwielbiam ten komiks. Jest niezwykle zabawny, oryginalny, świetnie narysowany i pozostawia po sobie słodki posmak genialności. Tak pięknie podanego, świetnie przyrządzonego i doprawionego posiłku nie powstydziłby się nawet Gordon Ramsey. Szkoda jedynie, że Circle of Confusion porzuciło plany adaptacji opowieści na serial telewizyjny, który mógłby okazać się hitem porównywalnym do „The Walking Dead”. Całe szczęście znajduje się ona dopiero na półmetku (zaplanowana jest na 60 zeszytów), więc przynajmniej jeszcze przez kilka lat, będzie można delektować się jej wybornością.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch 

sobota, 31 sierpnia 2013

#1362 - Do Androids Dream of Electric Sheep: Dust to Dust

Po długiej przerwie witamy na naszych łamach Pawła Deptucha. Od dziś, w każdą sobotę w ramach cyklu "Chmurki za miedzą" będziemy publikować jego teksty o interesujących z różnych powodów pozycjach, które nie ukazały się nakładem wielkiej dwójki. Teksty, pierwotnie publikowane był na łamach "Nowej Fantastyki". Zapraszamy do lektury! 

Czy Phillip K. Dick śnił o prequelu do swojej powieści, którego by się nie powstydził?

Amerykański pisarz odcisnął olbrzymie piętno na literaturze, a swoimi utworami zainspirował dziesiątki twórców z przeróżnych dziedzin sztuki. Jedną z najsłynniejszych powieści jest nagrodzona Nebulą i Locusem „Czy androidy śnią o elektrycznych owcach”, która doczekała się znakomitej ekranizacji w wykonaniu Ridleya Scotta (uchodzącej za jedno z najciekawszych dokonań kina science-fiction), adaptacji teatralnej, komiksowej, gry komputerowej, planszowej a także trzech autoryzowanych książkowych sequeli K.W. Jetera (w Polsce wydano dwa: „Dzień rozliczenia” i „Noc replikantów”). Ta mieszanka sensacji i filozofii, osadzona w realiach futurystycznego San Francisco rozpala umysły do dziś i pozostaje jedną z najlepszych książek w dorobku Dicka. W 2010 roku wydawnictwo Boom! Studios, z błogosławieństwem Electric Shepherd Productions (należącej do córek autora firmy zajmującej się adaptacjami dzieł Dicka na inne media) rozpoczęło publikację komiksowego prequela, odpowiadającego na pytanie kto polował na androidy przed Rickiem Decardem.

„Do Androids Dream of Electric Sheep: Dust to Dust” rozgrywa się tuż po ostatniej wojnie światowej, której efektem było zanieczyszczenie radioaktywnym pyłem. Zwierzęta zaczynają masowo wymierać, ludzie emigrują do pozaziemskich kolonii, a programator nastroju Penfielda, przyjacielski Buster i Merceryzm dopiero zagnieżdżają się w masowej świadomości. Z kolei łowcy androidów mogą jedynie pomarzyć o testach empatycznych identyfikujących zbuntowane maszyny. A modele C-V (efekt prac korporacji Grozzi) są znacznie groźniejsze niż znane z powieści Nexusy-6. Podczas, gdy te drugie chciały być wolne i traktowane na równi z ludźmi, wyposażone w moduły bojowe i zaprawione na polu walki C-V za cel postawiły sobie całkowitą eksterminację „brudnej i spoconej” ludzkości. Jedenaście takich egzemplarzy ukrywa się w San Francisco i wdraża swój okrutny plan. Charlie Victor (również C-V) zostaje przydzielony do ich eliminacji, a jedyną osobą, która może mu pomóc, jest Malcolm Reed, „specjal” posiadający gruczoł empatyczny wykształcony na skutek oddziaływania pyłu.

Scenarzysta Chris Roberson (współpracujący m.in. z Billem Wilinghamem przy odpryskach „Baśni”, pisarz s-f, trzykrotny finalista World Fantasy Award i John W. Campbell Award) w przeciwieństwie do wspomnianego Jetera nie próbował na siłę zszywać różnic pomiędzy filmem a książką (co w przypadku sequeli spotkało się z ogromną krytyką), a skupił się jedynie na literackiej wizji Dicka. Opowiadając zupełnie nową historię, z innymi bohaterami, w nieco zmienionych realiach, zdołał w pełni przenieść ducha i atmosferę pierwowzoru. Zawarł w niej wszystkie pytania i bolączki towarzyszące Dickowi w jego twórczości. Decard odnalazł w ludziach cechy robotów, z kolei pozbawiony uczuć Victor, w robotach szuka ludzkich przymiotów. Snuje teorie na temat człowieczeństwa, wylicza różnice między żywymi a andkami, zadaje pytania o zasadność czynów. Prócz filozoficznych dywagacji, całość obfituje w sensacyjne, pełne akcji wydarzenia, przeplatane licznymi nawiązaniami do książki, poszerzającymi o niej wiedzę (np. mamy wgląd w realia wojny będącej przyczyną radioaktywnego opadu) i fabularnymi twistami, dostosowanymi do obecnych czasów. Są też bonusy, umiejętnie wplecione smaczki w postaci obecności Twitera czy iPhone’ów.

Całość zilustrował nasz rodak, Robert Adler - prywatnie fan twórczości Dicka - który świetnie czuje klimaty science-fiction i cyberpunk, co udowodnił w gorąco przyjętych przez rodzimą publikę albumach „Breakoff” i „Overload”. Zaprezentowana wizja futurystycznego (ale jednak nie do końca) San Francisco, doskonale koresponduje z tym co opisywał Dick. Przysadziste, wyniszczone budynki, latające hoovery, rozpoczynający swą ekspansję chłam, wszędobylski pył, depresyjna atmosfera – wszystko przedstawione wiernie i z oddaniem. Rysunki, choć momentami sprawiające wrażenie robionych w pośpiechu, uwiarygodniają intrygę, ożywiają miasto przyszłości i nadają odpowiedniej, wręcz filmowej dynamiki (odcinając się jednocześnie do adaptacji Scotta).

„Dust to Dust” zaplanowano na dziesięć zeszytów. Niestety niezadowalająca sprzedaż zmusiła autorów do skrócenia opowieści do ośmiu epizodów, przez co niektóre wątki zdają się być lekko przycięte. Nie zmienia to jednak faktu, że jest to dzieło stojące na wysokim poziomie, z szacunkiem podchodzące do oryginału i przepełnione duchem Phillipa K. Dicka. Dzieło, które choć przeszło bez większego echa, podobnie jak filmowy „Blade Runner”, mające szanse na zdobycie dużego uznania dopiero za jakiś czas.

Autorem tekstu jest Paweł Deptuch 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

#1218 - Rok 2012 oczami krytyków (część pierwsza)

I to już ostatnia część naszych podsumowań za rok 2012. Tym razem wypowiadają się szeroko pojęci krytycy. A miniony rok żegnamy. Było miło, ale minęło!

 Przemysław Pawełek (dziennikarz Polskiego Radia):

Jak na czas kryzysu, to można chyba powiedzieć, że był to niezły rok, czyż nie? Ani medialne szopki, ani podniesienie VAT-u, ani cięcia budżetowe tu i tam, ani spowolnienie polskiej gospodarki nie zmieniły faktu, że działy się (i wychodziły) fajne rzeczy.

Na pewno wycofał się nieco Egmont, przestawiając się głównie na kontynuację znanych serii oraz reedycje ich starszych tomów (a jest tego trochę). Natura nie znosi jednak próżni. Centrala cały czas sprawia wrażenie nabierania wiatru w żagle, Timof i Kultura Gniewu świetnie sprawdzają się w tym, z czego są dobrze znani, a Taurus wziął na celownik rynek frankofoński. Nie poddają się mniejsze wydawnictwa, dalej swoje robią ziniarze. I bardzo dobrze. Ciekawych propozycji – ani z kraju, ani z za granicy – na pewno nie brakowało.

Ograniczę się tu tylko do paru tytułów, bo lista mogła by być zdecydowanie dłuższa. W końcu doczekaliśmy się "Zagubionych dziewcząt", jednego z ostatnich wielkich dzieł Alana Moore’a, którego brakowało na naszym rynku. Świetną rzeczą jest "Goliat" – prosty, lakoniczny, ale przewrotny, perełka dla tych fanów wizualnej narracji, którzy oczekują obrazkowej zabawy historią, nie akcji. Przypomniało o sobie wydawnictwo Mireki z "Wenus w futrze", co warto odnotować, bo na nadmiar Guido Crepaxa nigdy nie mogliśmy narzekać. Pojawił się "Dziki Gon" – jeden z najlepszych albumów o Hellboy`u. Są kolejne Batmany. Świetne debiuty zaliczyły Olga Wróbel i Agata Wawryniuk, udowadniając że nie trzeba histeryzować o komiksowej dyktaturze patriarchatu, bo miejsce dla kobiet na naszym wątłym poletku jest, wystarczy że zaproponują one coś wartościowego. Tak też jest w tych przypadkach. Rafał Szłapa domknął trylogię "Blera", przekonując że klimaty superbohaterskie nie muszą być tak oderwane od polskiej kultury, wystarczy wiedzieć jak je ugryźć. Z drugiej strony doczekaliśmy się też konwencjonalnego podejścia do trykociarstwa po polsku, pod postacią "Białego Orła". Zobaczymy, co dalej z tego wyniknie.

Rok 2012 nie miał dla niektórych litości. Z rynku papierowych wydań znikł "Konstrukt" i "Henryk Kaydan". Do histerii niektórych doprowadziło wydawnictwo Hachette, najpierw zapowiadając cykl komiksów Marvela za ludzką, jak na nasze warunki cenę, potem ograniczając się do wąskiej dystrybucji w wyselekcjonowanych miastach, by zniknąć i odrodzić się w całej Polsce niczym mityczny, czy też marvelowski, Feniks. Niepocieszeni fani zeszytówek smarczący po kątach, nieutulone w żalu sieroty po TM-Semic, w końcu mają swoją stałą porcję historyjek o superherosach, i pozostaje mieć nadzieje, że nie skończy się jak z Dobrym Komiksem. Nie mogło oczywiście zabraknąć skandalu – lubelskie bilety przywróciły wiarę, że tematyką komiksu mogą się zająć mainstreamowe media. Fajnie jednak by medialna szopka mogła się kiedyś skupić też na pozytywnych walorach tego typu akcji. Można dostrzec tu jednak pozytyw – Maciej Pałka i Dominik Szcześniak wysoko ustawili poprzeczkę w temacie nakładów. Kolejna sprawa to nieszczęsne ceny. Ja rozumiem, że rynek, że nakłady, że objętość komiksów, ale albumy powyżej 50 złotych, albo nawet i za 100, stały się już normą. To boli.

Moja wyliczanka wydaje mi się przydługa i nużąca. Prawda jest taka, że sporo się działo, pojawiły się fajne albumy, polscy komiksiarze nie zrażają się niszowością medium i dalej robią swoje, ale niczym szczególnym ten rok się dla mnie nie wyróżniał. Obawiam się tylko, że mógł to być ostatni tak dobry rok dla polskiego komiksu (i komiksu w Polsce) w ostatnim czasie. Jak prognozują ekonomiści, starzy górale i świstaki, dopiero teraz ma w nas pieprznąć kryzys. Odczują to wydawnictwa, odczujemy to my, czytacze, a potem jeszcze bardziej odczują to wydawnictwa. I będzie krucho.

Obym był w błędzie.

Paweł Deptuch (komiksowy publicysta "Nowej Fantastyki"):

Pomimo czarnowidztwa, jakie towarzyszyło w roku 2011, 2012 był pod wieloma względami lepszy i ciekawszy na naszym rynku. Po pierwsze otrzymaliśmy do rąk chyba rekordową ilość publikacji, a po drugie, ich jakość wcale nie ustępowała ilości i różnorodności. Co prawda mam jeszcze spore zaległości czytelnicze za tamten rok, ale kilka tytułów bardzo utkwiło mi w pamięci. Przede wszystkim "Szkicownik" Śledzia od chłopaków z ATY. Kolejny znakomitej jakości artbook, będący jednocześnie olbrzymią skarbnicą wiedzy. "Orbital" od Taurusa, bardzo zgrabnie narysowane i opowiedziane s-f w klasycznym wydaniu. Ostatni "Bler" od Rafała Szłapy, czyli superhero w bardziej interesującej odsłonie, niż marvele czy dc. Oraz „House of M”, czyli pierwszy ważny event z Marvela.

Cieszy fakt, że szczęśliwego końca doczekuje "Pluto" i "Battle Royale", że nadal wydawane są rewelacyjne "Baśnie", "Żywe Trupy" i "Hellboy", że od czasu do czasu pojawiają się takie tytuły jak "Pictures that Tick", "Daytripper", "Yorgi", a za chwilę do kiosków zawitają komiksy Marvela. Miłym zaskoczeniem był też kolejny "Koziorożec" od Manzoku, które albo ma pośmiertne drgawki, albo próbuje wrócić do życia.

Po raz kolejny napomknę też o wydawnictwach mangowych, które coraz częściej starają się wyjść poza własny krąg. Mam tu w szczególności na uwadze JPF, które w roku 2012 co prawda dało na tym polu ciała, ale w 2013 uderzy w moje ulubione struny, czyli grozę (kolejne tytuły Junji Ito – "Gyo" i "Black Paradox") i s-f ("7 Billion Needles"), by zaraz potem zaprezentować nam twórczość Tsutomu Nihei i kolejne tytuły Masamune Shirow. Szkoda jedynie "Domu" Otomo, który zablokował wydania swoich mang poza Japonią… Warto też zwrócić uwagę i porównać popularność, jaką cieszy się u nas komiks wschodni i zachodni na przykładzie takiego Facebooka. Profile JPF i Waneko mają po ok. 10 tyś. obserwatorów a tymczasem Mucha, Timof, Taurus, Ważka razem wzięte ledwo przekraczają 1 tysiąc (wyjątkiem jest Kultura Gniewu).Ot, taka zwykła obserwacja, ale o czym to świadczy?

Jeśli chodzi o rynek zagraniczny, to nadal głęboko siedzę w "Invincible" Kirkmana, który wciąż dostarcza mi najwyższej jakości rozrywki super-hero. Do tego stopnia, że praktycznie przestałem sięgać po inne tytuły tego gatunku. Bardzo miło zaskakuje mnie cały czas Image Comics, które co rusz wydaje bardzo interesujące tytuły. Ostatnio jaram się "Prophetem" Brandona Grahama, "Planetoidem" Kena Garinga, "Sagą" Vaughana, "Manhattan Projects" Hickmana, "Fatale" Brubakera, "Lutherem Strode" Jordana. Większość z nich to science-fiction najwyższej próby, a kolejka z następnymi nie maleje. Ciekawym doświadczeniem są też dla mnie tytuły ze zrestartowanego Valiant Comics. Nie są to co prawda jakieś nadzwyczajne pozycje, ale przyznam, że na tyle interesujące, że nadal po nie sięgam. Zgrabnie narysowane i przyzwoicie opowiedziane. Najciekawsze w tej chwili to "Harbinger", "Archer & Armstrong" i "Shadowman".

Żałuję, że tak marnie IDW radzi sobie z revampowanymi "Żółwiami Ninja". Jedne z najciekawszych postaci niezależnych trafiły w trybiki wielkich machin korporacyjnych i już nie są tym, czym były w runie Jima Lawsona pod pieczą Petera Lairda. Co prawda do ich współtworzenia powrócił Kevin Eastman, ale tak naprawdę niewiele ma do powiedzenia w temacie (tyle, że robi fajne okładki). Obecnie komiksowe "TMNT" to taka mieszanka oryginalnych pomysłów z vol.1 z „oryginalnymi” pomysłami z serialu animowanego z przełomu lat 80-tych i 90-tych. Widać, że twórcy nie mogą się zdecydować czy uderzyć w poważne tony czy te bardziej młodzieżowe. Znacznie lepiej na ich tle wypada serial robiony przez Nickelodeon, który ma określony target a przy tym jest fantastycznym widowiskiem, pełnym akcji i humoru.

W 2012 swoje 35-lecie obchodził kolejny z moich ulubionych bohaterów, a mianowicie Sędzia Dredd. Z tej okazji IDW postanowiło przygotować swoją wersję przygód stróża prawa z przyszłości i wydawać go, jako zeszytowy on-going na rynku amerykańskim. Po dwóch odcinkach mogę stwierdzić jedynie, że Amerykanie kompletnie nie rozumieją i nie czują tej postaci. Jest to żenująco słabe i w ogóle nie nadaje się do czytania. Po zakończeniu pierwszej opowieści podziękuję i wrócę do kompletowania "Complete Case Files".

Ten komiksowy rok był równie udany w kinach. Pojawiło się siedem adaptacji ("Ghost Rider 2", "Amazing Spider-Man", "Avengers", "Mroczny Rycerz Powstaje", "MiB3", "Dredd", kolejny "Asterix i Obelix") i dwa tytuły około-komiksowe ("Kronika" i "Comic-Con"). Dla mnie filmem roku został Dredd, niestety mocno niedoceniony i raczej z marnymi szansami na sequel. Świetnie zrealizowane, piękne, męskie, proste kino. Bardzo pozytywnym zaskoczeniem była też "Kronika" Maxa Landisa – niskobudżetówka o chłopaczkach z mocami i ze scenami, jak z Akiry. "Avengersi" też byli fajni. "Batman" też. I "Spider-Man".

Rok 2013 na pewno zapadnie w pamięć miłośnikom peleryniarzy. Hatchette wydaje Marvela, a Egmont wraca do DC. Zapowiedzi wydawców niezależnych są jeszcze ciekawsze i zdaje się, że trwający już rok będzie znowu lepszy od minionego.

Tomasz Pstrągowski (redaktor naczelny Komiksomanii):

Zgadzam się z Karolem Konwerskim, że 2012 rok był przede wszystkim rokiem kobiet. Dwa najgłośniejsze i najbardziej ambitne artystycznie albumy tego roku są ich autorstwa. Mowa oczywiście o "Ciemnej stronie księżyca" Olgi Wróbel i "Rozmówkach polsko-angielskich" Agaty Wawryniuk. I choć komiks Wróbel mi się nie podobał, to doceniam zamysł i szczerość. Za to komiksowi Wawryniuk nic zarzucić nie można i jest to dla nie tylko polski komiks 2012, ale i jedno z największych zaskoczeń w karierze.

Poza tym mamy jeszcze "Polski komiks kobiecy" pod redakcją Kingi Kuczyńskiej (trochę nie wypada mi komplementować, bo to moja przyjaciółka, ale wiedzcie, że jest co komplementować), drugi album Agaty Bary, świetne "Dzieci i ludzi" Marzeny Sowy, w końcu album Slo na papierze (niestety jeszcze nie czytałem, mam nadzieję, że dobre), wystawę i album kobiecych komiksów autobiograficznych od Centrali…

Dla odmiany, mężczyźni głównie mnie w tym roku rozczarowywali. Nie spodobały mi się nowe "Rewolucje" Skutnika i Szyłaka, całkowicie nie trawię pierwszego samodzielnego albumu Marcina Podolca, rozczarował mnie "NeST", zasmuciły "Bezdomne wampiry", a "Bler" zranił niemal fizycznie (taki potencjał!). Boli mnie także przedłużające się milczenie dwóch najzdolniejszych twórców "Produktu" - Karola Kalinowskiego i Michała Śledzińskiego. O ile pierwszy przynajmniej niczego nie obiecywał, to Śledziu zaliczył kolejny rok bez "Na szybko spisane 3".

Jeżeli chodzi o rynek, to cieszy mnie, że moje pesymistyczne prognozy z poprzedniego podsumowania się nie sprawdziły. Rodzimi wydawcy poradzili sobie z kryzysem zaskakująco dobrze. Wysoką formę utrzymują Timof Comics i Kultura Gniewu (wydawanie ciężkich, drogich arcydzieł gatunku widocznie się opłaca), naprawdę ciekawe rzeczy zaczęła wydawać Centrala, Post wciąż atakuje rzadko, ale jak już to perełką w stylu "Parentezy" (obcojęzyczny komiks roku!), nie rozumiem trochę wyborów Taurus Media, ale widocznie ktoś oszacował, że wydawanie europejskich średniaków się opłaca. Nawet propozycje Muchy w 2012 były jakieś takie bardziej strawne dla kogoś, kto facetów w trykotach niespecjalnie rozumie (zwłaszcza "All-Star Superman"). I tylko Egmontu żal, który coraz bardziej zwija swoje komiksowe skrzydło. Może ewentualny sukces kioskowych superherosów odwróci ten trend?

Łukasz J. Chmielewski (redaktor naczelny Alei Komiksu):

Wśród wielu ciekawych i ważnych wydarzeń, jakie miały miejsce w 2012 roku, na szczególną uwagę zasługują zmiany oferty wydawniczej. Największy wydawca na rynku, czyli Egmont, ograniczył swój katalog, ale inne wydawnictwa nie zwolniły kroku. Widać to zwłaszcza po zapowiedziach na 2013 rok. Efektem tych zmian może być nowy rozkład sił na polskim rynku komiksowym, który zaczął powoli rysować się już w 2012 roku. Egmont zaczął tracić mocarstwową pozycję. Odzyskać będzie mu ją trudno, bo ani Kultura Gniewu, ani Timof, ani Centrala, ani Taurus Media, które przejęło tytuły, z których wielki E zrezygnował, nie odpuszczą i powalczą o to, żeby ich działalność była jeszcze bardziej komercyjna.

Na rynku pojawił też się niespodziewanie nowy gracz. Hachette, z tanimi komiksami z oferty Marvela, może również sporo namieszać. Ciekawe, czy Musze uda się to przetrwać i czy zrobi się trochę więcej miejsca na rynku dla super-hero? Na zeszytówki bym jednak nie liczył, rynek odrzucił je w polskiej wersji dość wyraźnie. Ten format nie zniknie jednak w 100%. Choć Egmont wycofał się z mang, to ten segment rynku dobrze się trzyma. Około 1/4 wydanych wszystkich komiksów w Polsce w 2012 roku stanowił ten rodzaj komiksu. Powstały dwa nowe, specjalistyczne wydawnictwa. Wymowne spowolnienie Hanami, które kontynuuje jedynie zaczęte serie, wskazuje jednak, że manga dla dorosłych nie przyjęła się.

Bardzo ciekawym zjawiskiem, jakie można było zaobserwować w 2012 roku, było efektowne przełamanie maskulinizacji polskiego komiksu. Kobiety sięgnęły po mazaki i tablety zdecydowanie i w bardzo dobrym stylu. Nie dziwne, że okupują pierwsze miejsca mojego rankingu polskich komiksów. Najlepszy komiksem 2012 roku jest dla mnie "Ogród" Agaty Bary, albumową debiutantką roku i największym wydarzeniem zaś "Rozmówki polsko-angielskie" Agaty Wawryniuk.

czwartek, 5 stycznia 2012

#939 - Rok 2011 z perspektywy satelitów

Do kolejnej części naszego podsumowania zaprosiliśmy tych, których roboczo określiłem naszymi satelitami. Wypowiadają się zatem krytycy, którzy współpracują z nami okazjonalnie (Ochnik), tacy, którzy robili to wcześniej, a obecnie skupiają się na własnej twórczości (Gizicki), aktywiści, których działaniom mocno kibicujemy i wspomagamy, jak tylko możemy (Deptuch) czy z rozrzewnieniem wspominają pionierskie czasy Kolorowych (Mazur). Do kompletu opinii ich autorstwa dołączyłem również wypowiedz Krzysztofa Ryszarda Wojciechowskiego, regularnego członka naszej redakcji, która całkiem niedawno pojawiła się na jego blogu. A w następnym tygodniu głos zabiorą wydawcy.


Michał Ochnik (piszący o popkulturze bloger, gościnnie publikujący na Kolorowych):

Dziwny był to rok – wybitnie dziwny. Jedna komiksowa afera goniła drugą, wydawnictwa zaciskały pasa niekiedy bardzo mocno ograniczając ofertę, zaś stosunkowo niedawno przeciekająca rura empikowej polityki współpracy z wydawnictwami (nie tylko komiksowymi) pękła i szambo wybiło w internecie, aczkolwiek nie tylko. Ale po kolei.

Korowód afer rozpoczęła z hukiem antologia „Chopin. New Romantic”, a konkretniej – szokujące doniesienie TVN-u o przerażającym komiksie profanującym postać Wielkiego Polaka Fryderyka Chopina. Daruję sobie w tym miejscu głębszą analizę tej niesmacznej sytuacji, jako że chyba wszyscy chcemy o niej jak najszybciej zapomnieć. Niestety „chopingate” pokazała wyraźnie, że cała praca u podstaw polskiego środowiska komiksowego zdała się, za przeproszeniem, psu na budę, a przeciętny obywatel naszego kraju wciąż patrzy na komiks jak na medium infantylne i niegodne uwagi.

Drugą ważną rzeczą, o której należy wspomnieć jest nowa formuła Festiwalu Komiksowa Warszawa, który – w odróżnieniu od poprzedniej edycji imprezy – połączony był z Warszawskimi Targami Książki. Zdania o tej fuzji były podzielone, ja osobiście bawiłem się na tej imprezie całkiem przyzwoicie i nie rozumiem zarzutów o „zepchnięciu komiksiarzy do piwnicy”. Mógłbym jeszcze dość długo pisać o niesławnych karteczkach post-it, o innych mniejszych czy większych aferach, ale – szczerze powiedziawszy – kompletnie mi się nie chce. Ten rok był naprawdę nieciekawym czasem dla komiksu w Polsce i cieszy mnie, że zbliża się on już do końca.

Może zatem wspomnę na zakończenie o tym, czym anno domini 2011 przyjemnie mnie zaskoczył. Przede wszystkim – „Scienta Occulta”, naprawdę znakomity komiks duetu Sienicki/Okólski. Mainstreamowy, popkulturowy i bardzo przyjemny w odbiorze. Cieszy, że takie inicjatywy wciąż powstają w naszym kraju i na dodatek jest ich coraz więcej. Cieszy też, że polski komiks drobnymi kroczkami przebija się do ogólnie pojętego mainstreamu, czy to za sprawą analizy „Wilqa” w TVP Kultura, czy z powodu kinowej wersji Jeża Jerzego, czy nawet dzięki temu nieszczęsnym Chopinowi. Cieszy też – last but not least – deklaracja Śledzia o kontynuowaniu jego legendarnej sagi o Swobodnych Jeźdźcach.

Ostatni akapit poświęcę nie podsumowaniu, a pewnemu życzeniu – chciałbym, by polski komiks rozwijał się prężnie, konsekwentnie i na przekór kryzysowi, prezentując nam szeroki wachlarz komiksów mądrych, zabawnych, nietuzinkowych i, przede wszystkim, dobrych.


Daniel Gizicki (były redaktor Kolorowych Zeszytów, który po opuszczenia naszego pokładu wrócił na stare śmieci i realizowaniu własnych projektów, jako scenarzysta):

Od razu napiszę o komiksach, które najbardziej mi się podobały z wydanych w 2011, żeby mieć to z głowy. „Diefenbach” - najlepsze rysunki, „Czasem” - najlepsza historia, „Keft” - najlepszy zin z najlepszym dissem na różnych takich i owakich, najlepszy zin jako taki - „Deus Ex Machina”, najlepszy szorciak - „Ucieczka pod ziemię” Karola Konwerskiego i Mateusza Skutnika z komiksowego wydania śląskiego dodatku do „Gazety Wyborczej”, najlepszy pasek - ten o chomikach z zina „Mydło”.

Po kilkuletniej przerwie zacząłem też pojawiać się na komiksowych imprezach i bardzo pozytywnie zaskoczył mnie progres tychże. FKW i MFK, mimo że mają swoje wady, to udane festiwale. Jestem też bardzo rad, że tu i ówdzie w Polsce udają się takie komiksowe akcje, jak choćby wspominany dodatek do „Wyborczej” czy happeningi w Lublinie. Bardzo fajnie i bardzo dobrze.

Jeśli o mnie chodzi, jako twórcę i aktywistę, to ten rok był bardzo pracowity. Współorganizowałem kilka eventów takich choćby, jak komiksowe spotkania w katowickim Rondzie Sztuki (choć tu lwia zasługa Marcelego Szpaka), retrospektywną wystawę (nieskromnie powiem, że jak na razie chyba jedną z bardziej atrakcyjnych wystaw w Polsce) Marka Turka „Zabij czas w Melinie”, która podsumowywała 15-lecie twórczości tego autora czy ostatnią akcję „Dniówkę z komiksem”. Spontaniczny i radosny udział ludzi spoza komiksowa w tych wydarzeniach daje jasno do myślenia, że trzeba takie akcje robić kiedy i gdzie się tylko da.

Ponadto napisałem trochę scenariuszy. Cały czas pracujemy z Krzyśkiem Małeckim nad „Postapo” (tytuł roboczy), wraz z Mikołajem Ratką i Tomkiem Kontnym szaleliśmy na łamach „Ultramaryny” z komiksem o śląskim detektywie. Zabawa była o tyle przednia, że ja pisałem jeden odcinek a Tomek kontynuował go wedle własnego widzimisię, nie znając do momentu publikacji tego, co ja napisałem. A Mikołaj to z anielską cierpliwością i perfekcyjną dokładnością rysował.

Ale, ale! Śląsk! Zawiązała się nieformalna Śląska Ekipa Komiksowa (w skrócie „Sieka”?), która się wzięła do roboty i już na początku roku światło dzienne ujrzy zbiór komiksów historycznych o Gliwicach, gdzie lokalni twórcy dobitnie zamoczyli pióra i ołówki obok takich tuzów jak Przemysław Surma czy Rafał Szłapa. Ponadto na wiosnę będzie można poznać inny owoc wspólnej pracy, ale o tym na razie cicho sza.

2011? Dobry rok.


Łukasz Mazur (współzałożyciel Kolorowych Zeszytów, który obecnie prężnie działa w wydawnictwie ATY):

Mijający rok już na samym początku rozwiał moje nadzieje na to, że istnieje szansa, aby komiks, jako forma sztuki, miał realną szansę przebić się do głównego nurtu kultury i przestał być traktowany (przynajmniej przez tych z kulturą obytą), jako coś infantylnego, dla dzieci, jak jej – wspominając jedną z tegorocznych inicjatyw – bękart. Wszystko za sprawą rozdmuchanej afery z antologią „Chopin. New Romantic”, w której wystarczyło zestawić Szopena z przekleństwami by zniweczyć wieloletni trud w dopychaniu się komiksu na świecznik kultury. A może nawet nie zniweczyć, tylko pokazać, że trud ten szedł na marne, bo z tego, że recenzje komiksów pojawiają się w programach kulturalnych, gazetach lub czasopismach, co z tego, że kręci się dokumenty nt. zasłużonych twórców – wystarczyło, że TVN odkrył „wielki skandal”, a kadry i dymki wróciły tam gdzie ich miejsce.

Po tym przydługim i nieco dramatycznym wstępie musze jednak przyznać, że gdy owa nadzieja została rozwiana, to żyło mi się z tym znacznie lepiej. Po co praca u podstaw, jak i tak można dobrze się bawić. Numerem jeden tego roku był Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi, który pokazał siłę polskiego komiksu. Ukazały się od dawna zapowiadane „Szelki” oraz „Diefenbach”, „Fotostory” mianowane przez niektórych, jako następca kultowego „Osiedla Swoboda” czy w końcu gros zinów, który cieszył (i cieszy nadal – oby trwało to w najlepsze) jak mało co. Simon Bisley, Brian Azzarello czy Eduardo Risso w moim mniemaniu byli jedynie dodatkiem - w przypadku tego pierwszego trzeba jednak przyznać, że dość barwnym (w pozytywny sposób); a dwukrotny przyjazd (wcześniej na Bałtycki Festiwal Komiksu) posiadającego polskie korzenie artysty był również jednym z kilku najważniejszych wydarzeń 2011. I tych, które najmilej wspominać będę.

Jeśli chodzi o samo „mięcho”, czyli komiksy, to wszystko rozpoczęło się doskonałym „Pinokio” Winshlussa (wydanym przez Kulturę Gniewu), który w pierwszych tygodniach przez wielu określany był komiksem roku i jak dla mnie nie oddał żółtej koszulki lidera do samego końca. Przynajmniej jeśli chodzi o pozycje zagraniczne. Bo jeśli chodzi o rodzimych twórców, to pierwsze miejsce na podium należy się doskonałym „Szelkom” Szyłaka i Stefańca. Reporterzy tefałenu pewnie określiliby go porno-bełkotem, a Jerzego Szyłaka wysłaliby za kratki (bo wiadomo co takiemu jeszcze siedzi w głowie?), ale musieliby przynajmniej docenić fantastyczną grafikę (a raczej malunki) za które odpowiedzialny jest Wojciech Stefaniec. Komiks powstawał przez wiele lat (co czasem widać na kolejnych stronach), ale warto było czekać, by napawać się każdym kadrem. I tutaj płynnie przechodzę do artysty roku, którego imię i nazwisko padło parę sekund temu – Stefaniec nie miał sobie równych. I nie wiem czy w roku kolejnym znajdzie się śmiałek, którego mazy zachwycą bardziej, niż współtwórcy „Szelek”. Warto też wspomnieć, że świetnie daje on sobie radę nie tylko z kolorem, ale i z czarno-białymi tworami (które szczerze mówiąc są bliższe sercu memu i nie ograniczam się z tą „miłością” tylko do prac Stefańca). Cieszy bardzo powrót do czynnego komiksowania Michała Rzecznika (Mazola), którego humor i podejście do komiksowania bardzo sobie cenię. Czekam teraz jeszcze na jakiś album z jego pracami, który mam nadzieję pojawi się w roku kolejnym. Na koniec nie można nie wspomnieć o tegorocznym odkryciu, czyli Sławomirze Lewandowskim, który pojawił się znikąd z trzema albumami na Festiwalu Komiksowa Warszawa i zachwycił wielu. Niestety mam wrażenie, że nie tylu, co powinien, bo jego twórczość wydaje się nie dostrzegana i póki co nie doceniana tak, jak jej się to (w moim mniemaniu naturalnie) należy. Ale może kolejny rok (i kolejne albumy) to zmienią? Może jakiś wydawca zainteresuje się pracami Sławka?

Skoro już o nadziejach mowa, to do powyższych dołączę kilka innych – kolejny album/albumy Michała Śledzińskiego (w tym „Na szybko spisane 3” poproszę!) i Karola Kalinowskiego (coby godnie uczcić 10lecie twórczości), zapowiadający się świetnie komiks duetu Dominik Szcześniak/Marcin Rustecki czy papierowego „Ziniola” (nie tylko w postaci debestofów; chociaż te równie chętnie na półce postawię). I oczywiście jak od kilku lat z tęsknotą czekam na legendarną już chyba książeczkę do „Prosto z piekła”.

Z rozczarowań wymienię tylko jedno – „Konstrukt”. Miało być tak pięknie – 10 zeszytów rocznie, tysiące czytelników i powrót do złotych lat TM-Semica. A wyszło jak zawsze – pokazały się ledwo cztery numery (i to cudem), a niedawno cała inicjatywa przeszła z papieru do internetu (tzn. póki co zapowiedziano to przejście, bo szczerze wątpię czy tak będzie naprawdę i w takiej ilości jak to zapowiadano kilkanaście miesięcy temu). Wszystko to w akompaniamencie dezinformacji i bełkotu, jaki serwował głównodowodzący projektem, Jakub Kijuc – postać tragiczna tego przedsięwzięcia. Było ponoć przecież tak dobrze, wszystko sprzedawało się świetnie, a jednak „Konstrukt” upadł, zanim tak naprawdę wzniósł się na jakiekolwiek wyżyny. Szkoda (nawet pomimo tego, że cały czas nie jestem w stanie przedrzeć się przez pierwszy numer). Cieszę się natomiast, że Kubie udało się znaleźć nowe miejsce dla swoich bohaterów – tym razem nie jest to papier, a pluszowa forma. Oby tym razem wypaliło!

A tak zupełnie osobiście (ale nadal komiksowo) – po opuszczeniu pokładu Kolorowych w pierwszej połowie roku, wszystkie swe siły włożyłem w oficynę wydawniczą ATY, którą prowadzę z dwoma serdecznymi kumplami - Jackiem Jastrzębskim i Mateuszem Trąbińskim. W minionym roku wypuściliśmy cztery publikacje, z czego dwie nominowane zostały w trwającym jeszcze plebiscycie Komiksy Roku, a „La Masakra” pretendowała do tego miana również na łódzkiej emefce. Miało być tych publikacji pięć, lecz grudniowy „Triceps” dzięki drukarni musieliśmy przełożyć na początek kolejnego roku. Swoją drogą zawsze myślałem, że tłumaczenie wydawców o przełożeniu premier komiksów kłopotami z drukiem, to dobra wymówka. Jednak życie pokazało, że plakaty, ulotki wyborcze czy kalendarze są najwidoczniej nieco wyżej w priorytetach drukarni (i szczerze mówiąc ciężko się dziwić). Na przyszły rok planujemy minimum pięć publikacji (plus pierwszy „Triceps”), więc pracy trochę będzie. Mam nadzieję, że u nas i czytelników samej radości z tym związanej będzie tyle samo jak nie więcej.

I to tyle, jeśli chodzi o te mijające dwanaście miesięcy. Jak na te wszystkie problemy rynku, to było całkiem nieźle. Oby kolejny rok był równie udany (jeśli nie lepszy). A my, komiksiarze, róbmy swoje.

PS. Tego typu podsumowania, to również dobry moment, żeby nieco się "poklepać po plecach". Wiec i jak serdecznie klepię Dominika Szcześniaka i Maćka Pałkę za dobrą komiksową robotę, którą wykonują u siebie w Lublinie! Podziwiam Was, chłopaki!


Paweł Deptuch (jeden z największych polskich fanów „Invincible`a” i innych tworów Roberta Kirkmana, prowadzący stronę Kirkmania.pl)

Dla mnie mijający komiksowy rok był ciężki. Zauważyłem, że coraz rzadziej sięgam po importowe albumy wydawane w ojczystym języku, a częściej po oryginalne wydania zza granicy. Tytuły, które mnie interesują i chcę czytać są albo porzucane (ostatnio „Hellblazer” i „Swamp Thing”) albo w ogóle niewydawane. Zmęczyło mnie już obchodzenie się smakiem, czekanie na obiecywane, w nieskończoność przesuwane i w rezultacie zawieszane pozycje. Za dużo takich sytuacji było w ostatnich latach i już po prostu pękła mi żyłka.

Mogę ponarzekać na rodzimych wydawców tytułów frankofońskich i amerykańskich, ale z pewnością nie mam nic do zarzucenia edytorom mangowym. Dwa nowe, znakomite tytuły („Pluto” i „Uzumaki”), które ukazały się w tym roku, zakończenie serii „Heat” oraz zapowiedzi na przyszły rok („Domu”, „Gyo”, „Battle Royale”), podtrzymują we mnie wiarę na nadejście lepszych czasów tego gatunku w naszym kraju.

Cieszy mnie ostatnio wzmożona aktywność rodzimych twórców. Co prawda nie ogarniam liczby wydawanych zinów i wolałbym jednak dostawać do ręki całe albumy, to jednak budujący jest fakt, że mamy tylu utalentowanych artystów, którzy próbują się wybić. „Scienta Occulta”, „Bler”, „Biocosmosis”, „Diefenbach”, sukces Szymona Kudrańskiego na amerykańskim rynku (a także udane próby zaprezentowania się w mainstreamie Roberta Adlera i Anny Wieszczyk) to dowód, że polskie komiksowo ma się naprawdę dobrze. Smuci jedynie koniec „Konstruktu”, ale na jego miejsce już pojawiły się kolejne serie jak „Henryk Kaydan”, „Człowiek bez Szyi” czy szumnie zapowiadany „Biały Orzeł”.

Z imprez odwiedziłem jedynie BFK, ale nie mogę się nacieszyć tym, że w końcu do Polski zawitali twórcy z najwyższej międzynarodowej półki (nie twierdzę, że wcześniej się nie pojawiali, ale Amerykanie czy Brytyjczycy nie często nas odwiedzają) – Azzarello, Risso, Sandoval i Bisley to prawdziwe zaskoczenie tego roku. Jak widać, można zapraszać tego typu gości, jeśli się chce (i ma się na to środki). Gdzieś słyszałem, że Jim Lee pomieszkuje we Włoszech, a Charlie Adlard rysuje w swoim domku gdzieś na zboczach Wielkiej Brytanii ;)

Wielka szkoda, że nasz rynek coraz bardziej się kurczy, schodzi do podziemia, bądź w odmęty Internetu. Szkoda, że są problemy z dystrybucją, że casualowy czytelnik nie ma okazji sięgnąć po jakiś tani zeszyt. Ale dobrze, że są jakieś promienie nadziei, przecież po każdym pożarze zawsze przychodzi oczyszczenie i wszystko na nowo się odradza.


Krzysztof Ryszard Wojciechowski (bloger, członek redakcji Kolorowych Zeszytów, a nie żadne ciało niebieskie)

Nie będę ukrywał, że dla mnie osobiście był to dobry rok. Zacząłem publikować na Kolorowych, na pewno rozwinąłem warsztat recenzenta i zdobyłem wielu nowych wrogów, a jak mawiał Mussolini - molti nemici, molto onore. Napotkałem pewne miłe problemy z magazynowaniem - kolekcja wyszła poza regał i zaczęła rozprzestrzeniać się po pokoju. Jeśli chodzi o lektury, to dla mnie rok znowu stał pod znakiem uzupełniania zaległości - nie prowadzę dokładnego spisu, ale przeczytałem grubo ponad pięćdziesiąt albumów, z których co prawda nowości stanowiły mały procent, ale na pewno większy niż w latach ubiegłych. Niestety, dalej nie udaje mi się być na bieżąco. Najbardziej wstydliwy jest fakt, że nie mam jeszcze na półce "Sprawy rodzinnej" Eisnera i ostatnio wydanych Tintinów. Byłyby pewnie wysoko w moim rankingu.

Polski współczesny komiks nie bardzo mnie interesuje, bo zazwyczaj mija się z moimi oczekiwaniami, więc jako recenzent nawet się za to nie biorę. Tym bardziej, że ciężko było by mi się silić na obiektywizm gdy scenariusze są często pretekstowe a niekiedy strona graficzna wygląda jak projekty chust dla rezerwy. Gdybym coś takiego napisał w recenzji to mogła by być z tego tylko chryja. Tutaj więc mam na pewno największe zaległości. Z tegorocznych krajowych albumów najbardziej kuszą mnie "Rewolucje", "Diefenbach" i "Czasem", ale będą musiały poczekać na lepsze czasy dla mojej kieszeni. Prywatnie bardzo kibicuję Mei i uważam ją za prawdziwy talent - który, jeśli będzie się dalej rozwijał (scenariusze!), może stać się prawdziwą indywidualnością polskiego komiksu...

Trzema najważniejszymi zagranicznymi albumami, jakie ukazały się w tym roku na naszym rynku są według mnie : "Uzumaki", "Pinokio" i "Stuck Rubber Baby". Nie miałem wielkich problemów z selekcją - ich obecność w tym zestawieniu wydaje mi się oczywista. Tak się znakomicie składa, że te trzy tytuły prezentują trzy różne oblicza medium. Mamy tu wybitną obyczajową powieść graficzną, bezpretensjonalny europejski komiks artystyczny i japońskie arcydzieło horroru, gatunku z którym komiks zazwyczaj - warto to podkreślić - nie do końca sobie radzi. I chyba właśnie dlatego, jeśli miałbym wskazać tylko jeden tytuł, byłoby to właśnie "Uzumaki".

Z rzeczy nie wybitnych, ale wartych uwagi, przychodzi mi na myśl kilka tytułów. Bez większego wnikania w listy tegorocznych publikacji, wymieniłbym graficznie zachwycające "Wybryki Xinophixeroxa", intrygującego od strony formalnej "Carlos Gardel. Głos Argentyny" i znakomicie zapowiadającą się serię "Long John Silver". Wydaje mi się, że trochę bez echa przeszedł "projekt digitalizacji prasowych seriali obrazkowych z prasy i czasopism" i albumowe wydanie "Tajemnic Poznania", a szkoda, bo to przecież fajne inicjatywy. Najważniejszym wznowieniem był oczywiście "Maus".

Tyle dobrego. A co było złe w tym roku to wszyscy wiemy. Zainteresowanym problemy rynkowe są znane aż za dobrze. Z rzeczy, które mnie osobiście najbardziej zabolały, wymienię kilka - ostateczna decyzja Egmontu o rezygnacji z wydawania "Sagi o Potworze z Bagien", krótka kariera "Kaczogrodu" (dla mnie - ze względu na Dona Rosę - najatrakcyjniejszej serii kioskowej od wielu lat), kolejne przesunięcie daty publikacji "Lost Girls" i brak bardziej rozbudowanej zagranicznej oferty z Kultury Gniewu. Na szczęście na przyszły rok optymistycznie nastraja rozrastająca się oferta Centrali i odważniejsze wejście Taurusa w komiks europejski. Jeśli na rynku pojawi się więcej serii pokroju wspomnianego "Long John Silvera", a Centrala będzie wydawać tak dobre powieści graficzne jak  "SRB", to w tych dwóch segmentach będzie dobrze...