Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Yost. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chris Yost. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 grudnia 2010

#644 - Zmutowane Czwartki (5): Rzut za 3

Na zakończenie moich "Zmutowanych Czwartków" chciałbym poświęcić nieco uwagi trzem komiksom, którym nie warto było pisać osobnych tekstów. Sięgnąłem po nie zachęcony nazwiskami twórców czy marką wyrobioną przez tytuły, i choć nie mogę powiedzieć, że się rozczarowałem, to z pewnością byłem daleki od zachwytu. Oto one:

"The Astonishing X-Men" (vol.3) #5: "Ghost Box" (Warren Ellis, Simone Bianchi)

Warren Ellis pisząc dla Marvela nie schodzi poniżej stałego, dobrego poziomu. Niekiedy spod jego ręki wychodzą rzeczy świetnie ("Nextwave", "Ultimate Trilogy"), a czasem "tylko" dobre (run w "Iron-Manie" i "Thunderbolts"). Na razie nie trafiłem na żaden komiks jego autorstwa, który okazałby się kompletnie nie wart uwagi. Pierwszy trejd "Astonishing X-Men" jego autorstwa nie był niewypałem, ale wyznaczył dolną granicę "dobrego poziomu" brytyjskiego twórcy.

W lecie 2008 roku, Ellis, wraz z rysownikiem Simonem Bianchim, przejął po Joshu Wheadonie i Johnie Cassaday'u świetnie przyjętą przez krytyków i czytelników serię "AXM". Ich run rozpoczął się w jubileuszowym, 25. numerze, kiedy nasi ulubieni mutanci byli już po przeprowadzce do słonecznej Kalifornii. Do sprawdzonego zespołu (Cyclops, Beast, Wolverine, Emma Frost, Armor) dołączyła Storm, a Collossus poszedł w odstawkę. Sześcioczęściowa historia "Ghost Box" rozpoczyna się od morderstwa, którego sprawcą miał być... mutant. Problem w tym, że żaden nowy homo superior od czasu Dnia M się nie urodził. Zespół Cyclopsa rozpoczyna więc dochodzenie, które naprowadzi ich na trop tajemniczych Ghost Boxów i tajnej wojny prowadzonej przez pewną postać z przeszłości X-Men, doskonale znaną polskiemu czytelnikowi...

Pisząc scenariusz Ellis poszedł po linii najmniejszego oporu, tworząc dość prostą opowieść. Niestety, jest w niej trochę głupot, w klasycznym, komiksowym stylu. Szału nie ma, choć fabuła ma przysłowiowe ręce i nogi. Momentów wywołujących w czytelniku uczucie zażenowania, jest (na szczęście) jak na lekarstwo. Nazwisko Ellis jednak zobowiązuje. Na wielki plus trzeba zaliczyć pyskatą Armor, która z miejsca zdobyła moją sympatię, na każdym kroku dogryzając Loganowi. Jeśli chodzi zaś o kreskę, to mam mieszane uczucia. Simone Bianchi z pewnością umie rysować, pytanie tylko brzmi - czy umie rysować komiksy? Oprawa graficzna w jego wykonaniu jest napakowana szczegółami, a kadry są gęsto zapchane do nieczytelności. Dodatkowo zabawa z układem ramek nie ułatwia lektury. Z drugiej strony nie można odmówić mu malarskiego rozmachu i przywiązania do detalu.

Jednym słowem: znośne.

"X-Force" (vol.3) #1: "Angels and Demons" (Craig Kyle i Chris Yost, Clayton Crain)

W Dniu M populacja mutantów licząca około 2 miliony w jednym momencie skurczyła się do kilku setek. Z małej społeczności, homo sapiens superior stali się gatunkiem na granicy wymarcia. Dla X-Men nastały ciężkie czasy, wymagające stanowczych metod, o czym doskonale wie Cyclops. W tajemnicy organizuje zespół od brudnej roboty, dowodzony przez Wolverine'a. Ich zadaniem jest uderzenie w tych, którzy chcieliby jeszcze bardziej uszczuplić populację mutantów. I trzeba przyznać, że Logan, Warpath, X-23, Wolfsbane, a później i Angel, nie cackają się. W swojej pierwsze misji na cel biorą Purifiers, organizację religijnych fanatyków, prowadzących świętą wojnę z mutantami.

Na chwilę obecną duet scenarzystów Yost-Kyle uchodzi za jedną z najlepszych rzeczy, jaka przytrafiła się x-tytułom od wielu, wielu lat. Pierwszy trejd nowego on-going ich autorstwa, który wystartował tuż po wydarzeniach związanych z "Messiah CompleX", nie zrobił na mnie wielkiego wrażenia. "Angels and Demons" to przeciętna opowieść o strzelających z wiadomo czego herosach, spośród innych wyróżniająca się sporą dawką brutalności. Poprowadzona bardzo poprawnie, choć niespecjalnie zachęcająca do zakupu kolejnych części. Yost z Kylem nie przekonali mnie, a przedłużyli jedynie swój kredyt zaufania.

Oprawa wizualna, za która odpowiedzialny jest Clayton Crain, jest niestety bliższa grafice z mini-serii "Ghost Rider: Droga do Zatracenia", niż rysunkom z "Universe" czy "Bez Honoru". Jego podrasowane cyfrowo rysunki są zwyczajnie paskudne i odpychające. Choć da się zauważyć postęp od czasów wołającego o pomstę do nieba "Ghost Ridera".

Jednym słowem: ujdzie.

"Madrox" (Peter A. David, Pablo Raimondi)

Peter A. David to ciekawy przypadek - jeden z wielu scenarzystów, o którym można powiedzieć, że nie jest specjalnie znany na polskim rynku, choć co nieco jego autorstwa się na nim ukazało. W przeciwieństwie do takiego Ellisa, popularność Davida ogranicza się jedynie do zaklętego grona geeków. Spod jego ręki nie wyszedł nigdy komiks czy książka, która przebiłaby się do "mainstreamu". Choć popularny PAD ma na swoim koncie kilka kultowych pozycji, takich jak run w "Incredible Hulku" czy "X-Factor” (do którego sześcioczęściowa mini-seria "Madrox” była swoistym wstępem), nigdy nie stał się supergwiazdą rynku komiksowego. Do takich twórców doskonale pasuje określenie "rzemieślnik".

"Madrox" zaczyna się jak rasowa historia kryminalna. Jeden z duplikatów Jamiego Madroxa (mutanta, który potrafi produkować swoje klony) zostaje zamordowany, a w niedawno założonym przez niego prywatnym biurze detektywistycznym pojawia się piękna kobieta i już wiadomo, że oznacza to tylko kłopoty. Dodajmy do tego wścibskiego reportera, płatnego zabójcę na tropie, szefa przestępczego kartelu, szczyptę tajemnicy i mamy ogólny obraz całego komiksu.

David to bardzo sprawny scenarzysta, o solidnym warsztacie. Z poczuciem humoru, drygiem do dialogów, świetnie czujący postacie, które pisze. Historia o Madroxie, który zrzuca trykot Multiple Mana i ubiera płaszcz detektywa jest jazdą bez trzymanki, pełną szalonych zwrotów akcji, humoru i mutanckich elementów. PAD napisał mocno pastiszowy kryminał, który nie do końca pasuje do profilu typowej opowieści z X-Menami w rolach głównych i wyszedł mu bardzo dobry, rozrywkowy komiks na poziomie. Wielka szkoda, że rysownik Pablo Raimondi to taki straszny przeciętniak. David po prostu nie ma szczęścia do rysowników, co doskonale widać w "X-Factor", po które mam nadzieję wkrótce sięgnąć.

Jednym słowem: obiecujące.

środa, 11 marca 2009

#142 - Tydzień crossoverów - Messiah CompleX

„Messiah CompleX” stanowi próbę uporządkowania potwornego bajzlu, jakim stał się światek mutantów Marvela. Saga, rozpisana na trzynaście rozdziałów, rozgrywa się na łamach najważniejszych x-serii, czyli „The Uncanny X-Men”, „X-Men”, „New X-Men” oraz „X-Factor” i kładzie fundamenty pod trwałe i diametralne zmiany ich status quo w cyklach „Divided We Stand” i „Manifest Destiny”. W „MC” Konflikt między przywódcą grupy, Cyclopsem, a jego mentorem, Charlesem Xavierem, nabiera nowej dynamiki, scenarzyści zabierają się za rozplątywanie alternatywnych przyszłości (wreszcie!), a komiksy z mutantami nabierają delikatnego sznytu science-fiction. W historii nie braknie niespodzianek, ktoś zginie, ktoś powróci, ktoś zmartwychwstanie, ktoś zdradzi, a Instytut Xaviera, jak to przy takich okazjach zwykle bywa, zostanie zrównany z ziemią.

Ale wszystko zaczyna się w małej wiosce na Alasce, gdzie po raz pierwszy od pamiętnego Dnia M, kiedy Wanda Maximoff wypowiedziała słynne „żadnych więcej mutantów”, urodzi się dziecko z aktywnym genem X. Potężna manifestacja jej, bo to dziewczynka, jak się później okaże, mocy, przyciąga na miejsce zdarzenia rasistowskie ugrupowanie The Purifiers, robiące powtórkę z biblijnej rzezi niewiniątek oraz Maraudersów, bandę mutantów służących Misterowi Sinisterowi, którym udaje się uprowadzić noworodka. X-Meni muszą odbić dzieciaka, mającego w przyszłości stać się mutanckim mesjaszem, ale, jak zwykle, nie wiedzą jeszcze, kto w tej grze jest pionkiem, a kto głównym graczem.

„Messiah CompleX” było rysowane przez kilku artystów, którzy prezentują bardzo różnorodne stylistyki, co sprawia, że pod względem wizualnym cała historia jest okropnie niespójna. Philip Tan, będący jednym z nielicznych amerykańskich grafików, którzy lepiej oddają fizjonomie kobiet, niż mężczyzn i Scott Eaton, o którym ciężko napisać coś więcej, niż tylko „rzemieślnik”, prezentują szkołę „super-bohaterskiego” realizmu. Na drugim biegunie znajdują się przedstawiciele swawolnej i zdeformowanej kreski, Humberto Ramos, którego wielkie stopy i pokraczne sylwetki znany są polskiemu czytelnikowi z kart „Spectacular Spider-Mana” i Chris Bachalo, który wyraźnie w „MCX” się nie popisał. Stawkę uzupełnia Marc Silvestri, który jak wiadomo nie należy do moich ulubionych rysowników, ale muszę przyznać, że tym razem wspiął się na wyżyny swojego stylu i umiejętności. Generalnie grafika, mimo wspomnianej niespójności, wypada raczej na plus.

Tej graficznej różnorodności wtóruje pisarski konglomerat odpowiedzialny za fabułę. Scenariusz bowiem padł łupem aż pięciu, różnych twórców i ten fakt niestety mocno odbił się na jego jakości. Osobno Peter David, Ed Brubaker, Mike Carey i duet Craig Kyle-Chris Yost to solidni albo wręcz znakomici scenarzyści, ale pracując razem przy „Messiah CompleX” nie potrafili odnaleźć wspólnego języka. Widać, że każdy z nich na łamach swojego tytułu ciągnie w swoją stronę, a w całym crossie brakuje kogoś, kto by te wszystkie wątki odpowiednio poukładał i zadbał, żeby wszystko do siebie pasowało.

Pierwsze dwa rozdziały Brubakera zapewniają świetne otwarcie historii, lecz z czasem tempo siada i „Kompleks Mesjasza” doszlusowuje do poziomu średniego marvelowego crossa. Im dalej brniemy w fabułę, im więcej tajemnic odkrywamy, tym wrażenie obcowania z nieco lepszą kopią niesławnej „Pieśnie Egzekutora” się pogłębia. I ani Peter David z Laylą Miller i Madroxem, ani Cyclops, który z wzorowego żołnierza staje się bad-assem, ani nowe X-Force, jakie uformuje się w połowie historii nie ratują sytuacji.

„Messiah CompleX” było przełomowym wydarzeniem dla komiksów spod znaku X i myślę, że głównie za tą reformatorską odwagę scenarzystów i redaktorów crossover jest ceniony przez fanów. Jak najbardziej możemy się spierać, czy kierunek, w którym zmierzają przygody mutantów jest słuszny, czy pracujący przy tytułach z charakterystycznym X-em na okładce, aby na pewno nie przedobrzyli i czy nie będzie tego wszystko za kilka lat brutalnie odkręcać. Mnie na przykład te zmiany średnio leżą. Natomiast jeśli oceniać „MCX” jako opowieść, to broni się ona dosyć średnio. Myślę, że to moje porównanie do ulepszonej wersji „Pieśni Egzekutora” jest jak najbardziej zasadne. Niemniej, całe wydarzenie okazało się sporym sukcesem i wątki poruszane w tej historii będą kontynuowane w rozpoczynającym się „Messiah War” i trzecim crossie, będącym dopełnieniem mesjańskiej trylogii.