Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eric Powell. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Eric Powell. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 czerwca 2012

#1050 - Goon vol. 3: Heaps of Ruination

Oto najlepszy znany mi goonowy tom. O jakiejkolwiek nierówności nie ma już mowy - wysoki poziom od początku do końca. Dla mnie każda z czterech zaprezentowanych tu historii była (jest i będzie?) knockoutem. I po każdej utracie przytomności wstawałem pragnąc więcej. Panie Powell, pan jest nienormalny. Panie Powell, stworzył pan majstersztyk rozrywkowego komiksu, moim skromnym zdaniem.

No dobra, nie tylko moim - tak jak w 2004 roku, tak i w 2005 autor został za "Goona" nominowany do nagród Eisnera. Ponownie w tych samych czterech kategoriach. W kończącej tom opowieści pt."The Vampire Dame Had To Die!" pojawiła się nawet chamska dygresja na temat owych nominacji. Oto na scenie stoi ubrany w garnitur Franky i przedstawia publiczności niedorozwiniętego chłopca zwącego się Peaches Valentine, specjalizującego się w rozsmarowywaniu swoich odchodów w przeróżnych miejscach (po raz pierwszy pojawił się w poprzednim wydaniu zbiorczym, w równie krótkiej opowieści o "amerykańskiej dziewczynce posiadającej kretyna"). Młodzieniec robi to, co umie najlepiej, choć tym razem ekskrementy lądują na jego głowie. Na koniec przedstawienia dumnie wyciąga tabliczkę z napisem "2004 Nominee For Four Eisner Awards!". Na scenę wkraczają wówczas komiksowi krytycy, będący zapewne członkami eisnerowskiej komisji, i rozpoczynają pseudo-intelektualną analizę tego, co właśnie ujrzeli. Dopiero Franky, dzierżąc w dłoni spluwę, wyprowadza ich z błędu, w typowy dla siebie sposób. Zgaduję, że bardziej bezczelnego (i głupiego) żartu Powell już chyba nie mógł na ten temat wymyślić. Ale komisja wcale się nie obraziła - tym razem otrzymał już nie jedną, a dwie statuetki, w kategoriach Best Humor Publication oraz Best Continuing Series.

Muszę tu jednak zaznaczyć, że opisany żart doceniam za odwagę, nie za jakość, bo od pozostałej zawartości albumu odstaje. Ale to tylko 2 strony na wszystkich 128. W każdym razie z chamstwem i prostactwem jest w "Goonie" tak samo, jak z absurdem i czarnym humorem, który nieoczekiwanie ustępuje czasem miejsca śmiertelnej powadze. Czy też jak z gatunkami, którymi Powell ciągle żongluje - od komedii przez western po horror i noir. Ten komiks to - w swoich najlepszych odsłonach - mieszanka wszystkiego, pod niemalże każdym względem. W ten sposób nigdy nie wiadomo, kiedy w danej historii pojawi się coś brutalnego czy wulgarnego, a kiedy inteligentnego czy nawet uroczego. W tym właśnie tkwi jego siła. Ale przejdźmy do poszczególnych historii, jakim przyszło znaleźć się w tym znakomitym zbiorze.

Oto w twierdzy Bezimiennego Kapłana od miesięcy już więziony i torturowany jest Buzzard, nieśmiertelny ex-szeryf pożywiający się trupim mięsem. Resztką sił udaje mu się uwolnić trzymanego w słoiku obok duszka będącego "dzieckiem mgły i Księżyca", który w ramach podziękowania (i nie tylko) przybiera postać szkieletu sępa, aby poinformować o nieciekawym położeniu Buzzarda samego Goona. I poprosić o ratunek, oczywiście. No i nasz bohater zbiera w końcu ekipę przeróżnych znajomych bandziorów i rusza do akcji. Bardzo proste i bardzo wkręcające (jeśli tylko zdążyło się wcześniej poznać odpowiednie postaci). Pozornie niezbyt oryginalne, ale ostatecznie zmierza w bardzo zaskakującym kierunku. Dużo akcji i humoru, rozbrajające dialogi i hasła (mój faworyt to: "There's a werewolf and a giant robot killing my zombies! Release the great zombie chimp!"). No i bardzo fajnie zobaczyć wreszcie wilkołaka Merle'a w scenie innej niż gra w pokera czy chlanie alkoholu (nie, żeby takie sceny nie były tu fajne).

Kolejna historia, to już zupełnie inna bajka. "Lagarto Hombre", bo tak się nazywa, to nominowana do Eisnera w kategorii Best Single Issue opowieść o wielookiej kreaturze z innego wymiaru, która z bardzo pustym żołądkiem przybywa do świata Goona. Co wzbudza zainteresowanie zarówno bohatera, jak i szalonego Dr. Alloya, który przecież nie marzy o niczym innym, jak o uratowaniu ludzkości przed jakimkolwiek zagrożeniem. Jest to jedna wielka parodia - czy może pastisz - starych monster movies, choć grzechem byłoby nie wspomnieć też o pewnym fragmencie stylizowanym na western, a nawiązującym do kina Sergio Leone (sposób, w jaki Powell to zrobił, rozłożył mnie to na łopatki). To, co w historii najlepsze - po mocnych punktach zwrotnych - to sama narracja. Do bólu patetyczna i tak samo ironiczna, wzorowana na trailerach starych horrorów i sci-fi klasy B (do głowy przychodzą też hollywoodzkie produkcje, z "King Kongiem" na czele).

Najbardziej z całego tomu lubię historię numer 3, gdzie do akcji wkracza Hellboy. Początek historii spłodził sam jego ojciec, Mike Mignola. Oto Piekielny Chłopiec przybywa do nawiedzonego domu. Błądzi miedzy obserwującymi go z obrazów postaciami, aż wreszcie znajduje stary, zniszczony komiks - "The Goon Magazine". Ledwie go podnosi, a otrzymuje solidny cios w tył głowy. Kiedy otwiera oczy, znajduje się w goonowym uniwersum, gdzie ze względu na kolor skóry automatycznie brany jest za komunistę. Od tego miejsca historię rysuje już Eric Powell. Oczywiście Hellboy szybko spotyka Goona i Franky'ego, co owocuje masą zabójczych dialogów (Franky nadaje mu imię Rosie), a w końcu bierze udział w masakrowaniu zombiaków przemycających świńskie kotlety. Ale to dopiero początek. Szaleństwo za szaleństwem, prawda?

Nie wiem czy to, co piszę brzmi zachęcająco, bo ciężko chyba w pełni oddać charakter tego komiksu. Mam wrażenie, że opisując jego komiczne elementy pozbawiam je komizmu. Cóż, to trzeba po prostu samemu poznać. W każdym razie wspomniane historie to - pomijając pewien bardzo smutny akcent - czysto rozrywkowa rozpierducha. Lekka, bezpretensjonalna, emocjonująca, oryginalna, odważna, upiorna, nieobliczalna, do łez rozśmieszająca... I tak dalej. W związku z tym ostatnia opowieść - wspomniana wcześniej "The Vampire Dame Had To Die!" - jest ich niemalże przeciwieństwem. Zaczyna się absurdalną szyderą z wampirów, ale szybko przekształca się w całkowicie poważny, gotycki melodramat. Romantyczny i w pewnym momencie naprawdę poruszający. Niemożliwe? Cóż...

wtorek, 29 maja 2012

#1044 - Goon vol. 2: My Murderous Childhood

To tutaj zaczyna się ten naprawdę dobry "Zbir". "Nigdy wcześniej nie widziałem, aby jakiś artysta wkroczył na komiksową scenę z tak dopracowanymi i dojrzałymi historiami i rysunkami" - miał napisać we wstępie do tomu niejaki Frank Cho. Nie jest to jeszcze szczyt możliwości Erica Powella, ale jest już dosyć blisko. Trzeba jednak zaznaczyć, że chodzi mi o cały zbiór, który jest jeszcze trochę nierówny, a nie o poszczególne historie, które go tworzą. Jedna z nich jest jedną z najlepszych goonowych historyjek, jakie miałem do tej pory okazję poznać.

Łącznie otrzymujemy tu siedem opowieści. Pierwsza z nich skupia się na losach pewnej przeklętej rodzinki o wielce wymownym nazwisku Grave. Zdeformowany ojciec i dwóch monstrualnych synków chowających swoje twarze pod workami. Wyglądają naprawdę upiornie, do tego trudnią się odpowiednio złą robotą - grabią cmentarze z kolejnych zwłok dla Bezimiennego Kapłana, który tworzy z nich później swoje zombiaki. W pewnym wywiadzie Powell powiedział, że dumny jest z tego, iż - pomijając kilka wyjątków - "Goona" można zacząć czytać od któregokolwiek miejsca. Przypadkowy czytelnik rozpoczynający z nim przygodę od środka serii nie będzie miał żadnych problemów z połapaniem się w poszczególnych historiach, bo tworzą one zamknięte całości. Nie oznacza to, że serii brakuje konsekwencji czy też, że się nie rozwija, ale Powell bardzo zgrabnie unika kłopotu pt. "nowy odbiorca nie rozumieć o co chodzić".

I właśnie historia "The Goon And The Family Grave" jest tego bardzo dobrym przykładem. Zaczyna się bowiem od dwóch ekspozycji różnych bohaterów. W pierwszej autor przypomina czytelnikom tragiczną przeszłość Zbira. Krótko, treściwie i efektownie, dzięki czemu czytelnicy znający ją na pamięć na nudę narzekać wcale nie mogą. Druga ekspozycja przedstawia nam smutną historię tego, jak wspomniana rodzinka stała się sługusami Bezimiennego. Po niej przechodzimy do sedna sprawy, czyli historii rozgrywającej się w tzw. teraźniejszości, gdzie ścieżka Zbira (w towarzystwie Franky'ego, rzecz jasna) już nie pierwszy raz przecina się ze ścieżką państwa Grave'ów. W ten sposób z tonacji serio przechodzimy do pełnego akcji slapsticku. A w międzyczasie pojawiają się fragmenty nawiązujące do wcześniejszych zeszytów, które to dla stałych czytelników będą czystą przyjemnością, a dla nowych - lekkostrawnym wprowadzeniem w goonowe uniwersum. Właśnie ta opowieść przyniosła Powellowi pierwszą w życiu statuetkę Eisnera (w kategorii Best Single Issue).

Kolejne dwie historie są wg mnie lepsze. Najpierw zmyłka w postaci dwustronicowego "All The World Is Wonderful When You're An Idiot", opowiadającego o tym, jak to "każda dziewczynka powinna posiadać własnego kretyna". Owe dwie strony to szczyt chamstwa i szowinizmu. Bardzo prostackie, ale też bardzo ironiczne. A że przy okazji piekielnie zabawnie... Po tym następuje właściwa część historii, gdzie po raz pierwszy pojawia się jedna z najciekawszych postaci z całego serialu - szalony naukowiec znany jako Dr. Alloy. Czyli pozornie standardowy antagonista jak żywcem wyjęty z nieśmiertelnego kina grozy i SF lat 50. ubiegłego wieku. W rzeczywistości jest z nim dużo lepiej, niż można by sądzić. Co by ewentualnym przyszłym czytelnikom nie psuć zabawy, ograniczę się do dwóch rzeczy. Po pierwsze, ten bardzo niebezpieczny geniusz ma naprawdę dobre serce i wszystko, co robi, ma służyć dobru ludzkości (to że pozostaje niedoceniony, jak również powody tego stanu rzeczy, to już inna sprawa). Po drugie, jego obecność zawsze jest gwarancją pojawienia się jakiegoś zabójczego robota w okolicy. Jego historia przypomina pod kątem zakończenia pierwszą opowieść z udziałem kapitalnego Buzzarda. Bo kończy się w najmniej oczekiwanym miejscu, co z jednej strony pozostawia odbiorcę z pewnym niedosytem, z drugiej jest swego rodzaju obietnicą złożoną mu na przyszłość przez autora. I jak w wypadku Buzzarda - obietnicą później spełnioną. No, może w nieco mniejszym stopniu.

Inaczej ma się sprawa z "The Lost Goon Tale", zeszytem, który w kręgach fanów twórczości Powella jest już chyba pozycją kultową. Znowuż zaczyna się od pomysłowego wstępu - tym razem galerii fotosów przedstawiających chłopca uciekającego z domu. Zatrzymuje się on w pewnej zdezelowanej, opuszczonej stodole, a w niej znajduje w końcu stary, zniszczony komiks. Gdy zaczyna go czytać, przenosimy się do świata Zbira, aby poznać jedyną w swoim rodzaju opowieść o tym, jak to tytułowy bohater będąc jeszcze chłopcem zrezygnował z życia w cyrku na rzecz gangsteryzmu. Przyczyny tego dobrze już znamy, ale to tutaj widzimy, jak po raz pierwszy pojawił się w Miasteczku, jakim sposobem stał się prawą ręką słynnego mafiosa Labrazia i wreszcie jak zaprzyjaźnił się z Franky'm (który za młodu był zapłakanym chłopcem do bicia; kto by pomyślał?). Świetne dramaturgicznie i tak samo absurdalne, co... prawdziwe. Bardzo sentymentalna, ale zupełnie bezpretensjonalna historia wielkiej przyjaźni. Miazga.

Tak więc każda kolejna historia jest lepsza od poprzedniej, no nic, tylko się w tomie tym zakochać. Ale na koniec nie jest już, niestety, tak różowo. Całość kończą trzy krótkie opowiastki i każda kolejna jest tym razem coraz słabsza. Zdecydowanie najlepiej broni się pierwsza z nich, szalony melodramat (sic!) pt. "The Sea Hug". Rozpoczyna się od kapitalnego wstępu będącego hołdem dla "najgorszego reżysera w historii kina", czyli Edwarda Wooda, rozwija się naprawdę ciekawie i zabawnie (jedną z centralnych postaci jest mój ukochany Rybi Pete), ale kończy się już dosyć ogranym żartem. Takim, z którego naprawdę chciałbym się zaśmiać, ale nic ponad lekki uśmieszek wydobyć z siebie nie potrafię. Kolejna opowieść - o pewnej śmiertelnie groźnej małpie mającej pierdolca na punkcie ciasta jagodowego - zawiera kilka zaskakujących pomysłów i fajnych gagów, ale w mniejszej ilości niż "The Sea Hug", za to z równie ogranym - ale już kompletnie nieśmiesznym - zakończeniem. Warto jednak odnotować, że to tu po raz pierwszy na łamach "Goona" pojawił się rysownik inny niż sam Powell, a mianowicie Kyle Hotz, z którym zresztą współpracuje okazjonalnie do dziś (np. jakiś czas temu stworzyli razem serię "Billy The Kid's Old Timey Oddities").

Ostatni tytuł wart jest odnotowania już tylko ze względu na tego typu "historyczny" akcent. Bowiem to w nim po raz pierwszy pojawiają się w goonowym universum bracia Mud, którzy wkrótce stali się jednymi z ważniejszych postaci drugoplanowych komiksu. Szkoda tylko, że opowieść o tym, jak to Zbir owych zidiociałych zabójców poznał, jest zupełnie przeciętna. Ciężko nie odnieść wrażenia, iż napisanie jej było tylko dla autora pretekstem, aby braciszków przedstawić. A i wcześniej i później tego typu historie pisał dużo, dużo lepiej (ciekawiej przede wszystkim). Myślę, że jednak można na te kończące całość mniejsze czy większe niewypały przymknąć oko. W końcu pozostałe 80% to bardzo porządna robota.

wtorek, 22 maja 2012

#1039 - Zbir tom 1: Ciągle pod górkę

"(...) Po prostu musiałem zrobić ten komiks. Jeśli istnieje coś takiego, jak kosmiczne przeznaczenie - w co wątpię - to moim przeznaczeniem było narysowanie komiksu o gościu, który ma wystające zęby oraz bije zombi i włóczęgów. (...)"

Eric Powell (przedmowa do drugiego wydania albumu "Rozróba")

Powyższy cytat chyba najbardziej oddaje luz i bezpretensjonalność "Zbira". Masz doła, bo rzuciła Cię dziewczyna, bo nie starczyło kasy na piwo, bo zupa była za słona? Sięgnij po ten komiks i po sprawie! To, co natychmiast rzuca się w oczy po przekartkowaniu którejkolwiek z części "Ciągle pod górkę", to wyraźny postęp Powella, jeśli chodzi o stronę graficzną. Rysunki są zdecydowanie bardziej dopracowane, a i wygląd głównego bohatera trochę się zmienił - ciągle wygląda jak przerośnięta małpa, ale już bez tak wyraźnego uzębienia, które czyniło z niego hybrydę wspomnianej małpy z jakimś rasowym redneckiem z lat 50-tych ubiegłego wieku. Zresztą, wystarczy spojrzeć na same okładki - są dużo ładniejsze, niż ta z "Rozróby". A gdy zaczniemy czytać, z czasem okaże się, że i od strony scenariuszowej Powell jest coraz lepszy. Właśnie ten jakże nierówny zbiór najlepiej pokazuje jego rozwój. Im bliżej końca, tym lepiej (zamykająca zbiór opowiastka pt. "Atak jednookiej kanalii z kosmosu" to absolutne mistrzostwo świata!). 

W albumie zerowym byliśmy świadkami wielokrotnych prób zamordowania bohatera (i jego bossa Labrazia) przez bezimiennego kapłana zombie i jego wysłanników. Poznaliśmy kilka ważnych postaci zamieszkujących miasto będące areną ich starć, a wreszcie zapoznaliśmy się z tajemniczą przeszłością Zbira skupioną wokół pewnego cyrku. Pomijając to ostatnie, o którym wiemy więcej, niż każdy prócz samego Zbira, mamy tu prawie bezpośrednią kontynuację poprzednich wydarzeń. Tak więc, zaczynamy od tego, że po swoją zemstę przybywa Rybi Pete, któremu ostatnio Zbir odciął kilka kończyn gadającą piłą łańcuchową. Tym razem będzie trochę trudniej, bo Pete zdążył założyć "gang zabójczych ryboludzi". Do tego czeka nas przeprawa przez pewien nawiedzony dom, starcie z nowym zbójem bezimiennego kapłana, odwiedziny mistrza magii i jego próba wywołania niezwykłej ezoterycznej istoty, mordercze elfy, które uciekły sadystycznemu Św. Mikołajowi czy wreszcie próba inwazji na Ziemię przez pewnego gangsterskiego kosmitę. Dzieje się.

Epizodyczny charakter komiksu - dzięki któremu przypomina serial animowany (tyle że dla dorosłych) - znacznie te wszystkie przygody "ułatwia". Dzięki temu nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć, kiedy i jak kolejna opowieść może się zakończyć. Jedyne, czego można być pewnym, to ogromnej ilości czarnego humoru, absurdu oraz pulpy. A w tym wszystkim pojawia się w końcu POWAGA. W "Rozróbie" było jej niewiele - głównie w postaci mocno zaskakującego finału. Tutaj, nie jest jej wprawdzie dużo więcej, tak jak to będzie w przyszłych albumach, lecz nieoczekiwane kontrastowanie jej z całym tym kiczowatym szaleństwem staje się już powoli normą/znakiem rozpoznawczym. Tym razem za sprawą pojawienia się w mieście nowej postaci - Buzzarda (w Polsce tłumaczony, jako Zgred). Co trzeba odnotować, jego smutna historia stylizowana jest na western.

I bardzo ładnie to Powellowi wychodzi. Buzzard jest zresztą jedną z najciekawszych postaci w całym tym uniwersum. Każde jego pojawianie się jest gwarancją pewnej dawki... egzystencjalizmu. No i westernu. Oto bowiem jest on ex-szeryfem, który w ramach okrutnego żartu stracił nie tylko najbliższych, ale także życie. Pod wpływem magii stał się kuriozalnym nieumarłym, który żywić się może wyłącznie trupami, a który w "życiu" ma dwa cele: zemsta na kapłanie zombie oraz własna śmierć. Która jest niemożliwa. Zakończenie opowieści o nim jest tutaj rozczarowujące, ale z drugiej strony jest też złożoną czytelnikom obietnicą na przyszłość. Dwa tomy później zostanie spełniona. I to jak.

wtorek, 15 maja 2012

#1034 - Zbir tom 0: Rozróba

Postmodernizm pełną gębą. Akcja dzieje się w jakimś anonimowym miasteczku, nie wiadomo kiedy. Stylizacja na Amerykę czasu Wielkiego Kryzysu, ale pojawiają się przeróżne elementy wyrwane z innych, późniejszych okresów. W owym miasteczku toczy się odwieczna (sic!) wojna między dwoma gangami.  

Pierwszy z nich ogranicza się z reguły do postaci trzech gangsterów: enigmatycznego bossa Labrazia, tytułowego bohatera będącego jego prawą ręką, oraz jego kumpla, wyjątkowo wyszczekanego kurdupla imieniem Franky. Drugi gang składa się z setek zombie pod przywództwem bezimiennego kapłana. Ich wojna jest dla fabuły komiksu najważniejsza, ale gwoli ścisłości pomniejsze terytoria zajmowane są przez inne ekipy - dokami rządzi ogromna piracka ryba o jakże zaskakującej ksywie Rybi Pete, pewną alejką ogromne, wiecznie głodne szczury, a przedmiejskie bagna gang kanibali. To wcale nie wszyscy, ale mniejsza z tym.

Podstawą jest slapstick. Ultra-slapstick. Absurd osiąga kosmiczne rozmiary, humor czarny jest jak smoła, a najlepszym określeniem na narrację będzie tu chyba surrealizm. Dodajmy do tego masę inspiracji z kina grozy i science fiction lat 50-tych oraz cytaty i parafrazy z wielu przeróżnych filmów - od kultowych "Dziwolągów" Teda Browninga (z czym bardzo związana jest przeszłość głównego bohatera), przez "Conana Barbarzyńcę" po "Skazanych na Shawshank". To najbardziej spontaniczny komiks, z jakim miałem do czynienia. Czasem miałem wrażenie, że scenariusze - tudzież szczegóły - poszczególnych historii Eric Powell wymyślał dopiero w trakcie ich rysowania. I najlepsze w tym wszystkim jest to, że ta domniemana prowizorka wychodzi mu znakomicie. No dobra, nie zawsze. Przecież nie od razu Rzym zbudowano...

Chyba najtrafniejszym określeniem "Zbira", z jakim się spotkałem, jest - wymyślone przez pewnego amerykańskiego krytyka - redneck zombie noir. Tyle że początkowo noir są tu naprawdę jedynie śladowe ilości. Bo, wracając do tego Rzymu, pierwsze albumy to dopiero rozgrzewka. Ten i kolejne dwa nie umywają się do późniejszych. I tutaj muszę przyznać, że gdyby nie to, że jakiś czas temu* ściągnąłem kilka późniejszych zeszytów w wersji cyfrowej, to pewnie w ogóle bym się za kolekcjonowanie tego komiksu nie brał. Tzn. już od tego albumu jest to rzecz zaskakująco oryginalna i świeża, ale jeszcze nie tak. No i ten specyficzny humor, jak żywcem wyjęty z gagów "Latającego Cyrku Monty Pythona", jest tu często zwyczajnie prostacki. A w kilku miejscach po prostu na siłę i wcale nie bawi. Nie mówię, że prostactwo do "Zbira" nie pasuje, bo pasuje nawet bardzo, ale lepiej w mniejszych ilościach. To raz.

Dwa - wracając trochę do noir - nie ma tu jeszcze smutku. Tak jest, smutku. Potwory z kosmosu, mordercze roboty, wampiry, demony, kanibale i inne zombiaki, a wśród nich ogromny brutal zwący się Zbir i jego... cierpienia. Oczywiście do młodego Wertera mu daleko, ale tym, co najbardziej w tej upiornie zabawnej pulpie lubię, jest taki właśnie radykalny kontrast. Bo "Zbir" to rzecz kompletnie nieprzewidywalna. Powell jest jednym z tych nielicznych artystów, którzy osiągnęli mistrzostwo w łączeniu ze sobą elementów teoretycznie niedających się połączyć. Jeszcze nie w tym albumie, ale jednak. Tutaj mamy bowiem najwcześniejsze zbirowe historyjki. Trzy dłuższe, zapowiadające przyszłe przygody, oraz kilka krótkich "dowcipów".

W Polsce komiks się niestety nie przyjął i Taurus Media zrezygnowało z jego publikacji. Może to wina tego, że tak bardzo osadzony jest w tradycji amerykańskiej popkultury. Na pewno spieprzyło też wydawnictwo zaczynając od wydawania komiksu w złej kolejności. U nas skończyło się na trzech albumach, a właściwie na dwóch, bo drugi podzielony został niestety na pół. A szkoda, bo najlepszy "Zbir" zaczyna się od numeru trzy. W każdym razie ja, mimo wszystko, bardzo polecam. Dobra rzecz. Jej bohaterowie, to najfajniejsi badass motherfuckers pod słońcem. Bo oprócz handlu meksykańską pornografią zajmują się np. obroną bezbronnych staruszek. Jeśli tylko są mieszkańcami ich terytorium i nie mówią za dużo.


* Już nie tak niedawno. Niniejsza recenzja to tzw. tekst archiwalny.

środa, 7 grudnia 2011

#917 - Goon #35

Eric Powell wraca do świata żywych. To znaczy do regularnego pisania przygód bandziora znanego w Polsce jako Zbir. Po około dwóch latach przerwy - podczas których zajmował się pomniejszymi projektami komiksowymi, jak również próbą pre-produkcji (sic!) pełnometrażowej adaptacji swojego najbardziej znanego dzieła - wraca też do swoich pierwotnych założeń. A więc "Goon" jako kupa dobrej - choć niekoniecznie zdrowej - zabawy, ot czysta rozrywka; wreszcie "Goon" jako seria odrębnych, luźno tylko powiązanych ze sobą epizodów. Bo, przypomnijmy, gdzieś od połowy serii owe założenia uległy znacznym przeobrażeniom. Humor z czasem przestał dominować nad pozostałymi elementami, zaś Powella zaczęły interesować coraz dłuższe, a tym samym nieco bardziej złożone historie. Teraz mówi: "Stop! Wracamy na stare śmieci."


Powell wrócił do gry 34. numerem serii, a ja o zeszycie kolejnym, gdyż ten pierwszy po prostu ominął moje łapy. To tak gwoli ścisłości. Numer 35. jest z pewnego względu wyjątkowy. Otóż pierwszy raz w historii "Goona" scenariuszem zajął się tu ktoś inny niż sam Powell, mianowicie niejaki Evan Dorkin. Nie, żeby to była całkowita nowość, ale wcześniej cudze pomysły w goonowym universum pojawiały się albo w postaci szortów (zebranych później w "Vol. 5: Wicked Inclinations") albo - w wyniku pewnego nieporozumienia - w postaci klasycznej prozy ("Vol. 4: Virtue and the Grim Consequences Thereof"). Była też mini-seria "The Goon Noir", ale o tym później. Teraz czas na przygodę w Brigadoon's Dreamland Carnival.

Goon i Franky jadą samochodem po wykonaniu pewnego "zadania". Niespodziewanie przed kołami przebiega im pozbawiony nóg kaleka o iście szatańskim uśmiechu, czym doprowadza do kraksy. Bohaterowie - pewni celowości jego występku - nie zamierzają puścić mu tego płazem i ruszają w pościg przez las. W ten sposób trafiają do znajdującego się w nim (nie)wesołego miasteczka. Całkowite odludzie, brak jakiejkolwiek reklamy, o drodze doń prowadzącej nie wspominając. Od początku wiadomo więc, iż o klasycznym miasteczku tego typu mowy nie ma. Na czym polega jego wyjątkowość? Na tym, iż zwiedzające je postaci nie są tak zwanymi normalnymi ludźmi, lecz tymi, których zwykło nazywać się dziwolągami. Tutaj to zdrowi fizycznie ludzie zajęli ich miejsca jako atrakcje. Bynajmniej nie z własnej woli. Tak, tak, moi mili, oto okrutna zemsta tych, którzy przez całe życie byli wyśmiewani. Teraz to oni wyśmiewają. A także torturują i mordują.

Początkowo rzecz jest piekielnie zabawna, z czasem zaś zamienia się w klasyczną rozpierduchę. Nie znaczy to, że zaczyna brakować gagów, pozostają one jednak w cieniu niekończącego się mordobicia. Inna sprawa, że humor z czasem robi się coraz słabszy, a historia kończy się dosyć nijako. Tak jakby pan Dorkin wymyślił wszystko oprócz rozwiązania akcji, do samego rozwinięcia nie przyłożył się jakoś szczególnie, a za wartość samą w sobie uznał finiszowy, czysto postmodernistyczny cytat z kultowego filmu Toda Browninga pt. "Dziwolągi". Ale tak nie jest, nie w tym wypadku. I w zasadzie na tym recenzja ta mogłaby się skończyć (jeśli oczywiście pominie się opisanie większej ilości fabularnych szczegółów czy chwalenie ciągle tak samo świetnych rysunków Powella). Ale jest coś jeszcze.

Dorkinowi udała się bowiem rzecz dosyć trudna - bardzo wiarygodna imitacja stylu Powella. O tym, jak bardzo może być to krok samobójczy najlepiej świadczy wspomniana wcześniej mini-seria "The Goon Noir", gdzie ogromna większość opowieści różnych artystów wygląda zwyczajnie sztucznie. Zresztą owi twórcy swoją wtórną i powierzchowną interpretacją przygód charyzmatycznego bandziora uwidaczniali też swoją nieznajomość (niewystarczającą znajomość, o) komiksu Powella. Ale to swoją drogą. Oczywiście jest to uogólnienie, bo znalazło się tam miejsce i na udane historyjki, a do tego zacnego grona należałoby dołożyć też wspomniane także na początku szorty i opowiadanie. Niemniej jednak dopiero Dorkin napisał hołd tak naturalny, iż już po kilku stronach zapomina się, iż scenariusz nie wyszedł spod pióra Powella. I nawet, kiedy jakość opowieści spada w dół, by zakończyć się zupełnie byle jak, ciągle wygląda to jak owoc pracy autora Goona. W końcu i on miał w serii swoje słabsze chwile.

Ostatecznie jest to więc rzecz bardzo ciekawa, szkoda tylko, że udana jedynie do pewnego stopnia i niewiele więcej da się o niej napisać.

środa, 2 listopada 2011

#890 - Goon vol.5: Wicked Inclinations

Choć trzyczęściowa historia rozpadającego się Dr. Alloy'a (Vol. 4: "Virtue and the Grim Consequences Thereof") należy do najsłabszych z uniwersum Goona, Eric Powell niewątpliwie musiał polubić takie właśnie dłuższe, teoretycznie bardziej złożone opowiadania. Oto bowiem w piątym tomie przygód jego mafijnego goryla kolejne historie mimo, iż stanowią zamknięte całości, bez siebie nawzajem na dłuższą metę nie są w stanie funkcjonować. No dobra, część z nich jest, ale kluczowym elementem jest jeden, stale przewijający się wątek fabularny. Niezmiernie ważny nie tylko dla tego tomu, ale i dla całej serii.


Niedziwne więc, że jest to zbiór bardziej jednorodny od poprzednich. Oczywiście nie przeszkadza to autorowi, by dalej sięgać po różne gatunki i konwencje - od lovecraftowskiego horroru przez noir po monster movie - jednak każdy z elementów wynika bezpośrednio z poprzedniego. Innymi słowy nie ma tu już tyle miejsca na improwizacje. Nie, żeby całkiem ich miało zabraknąć, ale Powell wyjątkowo starał się tu chyba trzymać wyobraźnię na wodzy. I słusznie, bo efektem tego jest tom dużo równiejszy od poprzedniego. Nie ma tu wprawdzie żadnej perły, ale nie ma też historii zaniżającej poziom. Kupa dobrej roboty, nie mniej, nie więcej.

Trzon całości stanowi jej pierwsza część - utrzymana w poetyce koszmaru sennego historia wegetacji Buzzarda. Przypomnijmy: zbuntowany przeciwko narzuconej mu naturze padlinożercy zakopał się on pod jednym z "nawiedzonych drzew". Odmawiając sobie jakichkolwiek posiłków liczył na to, że może w ten sposób uda mu się w końcu umrzeć. Upragniona śmierć w jego wypadku nie wchodzi w rachubę, ale trwające niezliczoną ilość czasu ascetyczne cierpienie doprowadza jego umysł do ciągu wizji, w których przemieszcza się on w czasie i przestrzeni. Bynajmniej nie sam i - oczywiście - nie bez powodu.

Konsekwencje wspomnianych wizji będą ściśle związane z życiem zarówno Goona, jak i Kapłana Zombie, ale grzechem byłoby tu cokolwiek na ten temat zdradzać. Kolejnym historiom nieobce są przeróżne dygresje, a główny wątek tomu stale przeplata się z głównymi wątkami poszczególnych numerów - a to do Miasta zawita pewna potężna Cyganka, a to ponownym zagrożeniem stanie się pozbawione opieki doktora Alloy'a monstrum znane jako Lagarto Hombre. Nie mniej jednak tym, co nadaje rytmu całemu zbiorowi są przede wszystkim efekty działań Buzzarda.


Choć humoru nie brakuje, dominuje raczej ponura tonacja. Miejscami jest naprawdę mrocznie i makabrycznie, tym samym śmiało można stwierdzić, że to najbardziej "horrorowy" album serii. Cieszy fakt, że Powell wrócił do niejednoznacznego portretowania Goona - w przeciwieństwie do poprzedniego tomu, tutaj jest nie nie tylko mięśniakiem o dobrym sercu, ale też bezlitosnym skurwielem. To przecież ten kontrast sprawiał wcześniej, iż postać ta była tak ciekawa. Coś podobnego - w mniejszym stopniu, ale jednak - spotyka też choćby Franky'ego czy otoczenie samego Kapłana Zombie. Cóż, Powell stawia tu wyraźny krok naprzód w rozwoju swojego komiksu. I bardzo dobrze. Wprawdzie nie obyło się bez pewnego zgrzytu na koniec, ale nie ma on nic wspólnego ze spadkiem formy. To po prostu rozwiązanie fabularne, które mi osobiście nie do końca podeszło, ale nie wątpię, że niejednej osobie może przypaść do gustu.

Po lekturze ostatniej z zeszytowych historii składających się na "Wicked Inclinations" otrzymujemy deser w postaci sześciu bardzo krótkich opowiastek narysowanych i napisanych przez różnych artystów (sam Powell spłodził dwa z tych scenariuszy). Są to takie zupełnie niezobowiązujące rzeczy - od ballady o Lagarto Hombre po ilustrację pewnej barowej bójki. Pozornie mają one za zadanie rozluźnienie atmosfery po wcześniejszych, mocno upiornych wydarzeniach zawartych w całym tomie (no dobra, ostatnia ze znajdujących się tu zeszytówek jest sympatyczniejsza od pozostałych). Ale mimo swojego czysto humorystycznego charakteru okazują się one nazbyt niegrzeczne - niektóre chyba tak bardzo, jak to tylko możliwe - aby faktycznie można było mówić o naprawdę lekkiej tonacji. Czym zresztą doskonale się w całość wpisują.

środa, 26 października 2011

#885 - The Goon vol.4: Virtue and the Grim Consequences Thereof

Jeden z najbardziej różnorodnych stylistycznie tomów o przygodach Goona - od dramatu sportowego i gangsterskiego (tak jest, dramatu, sportowego i gangsterskiego jednocześnie), przez slapstickową parodię literatury klasycznej, po pulpowe science fiction. A na deser jeszcze kilkustronicowa komedia przygodowa w formie prozy (!), gdzie główny bohater jest jedynie postacią epizodyczną. Tym samym istne spektrum emocji. Inna sprawa, że równocześnie jest to też jeden z najbardziej nierównych jakościowo tomów - od scenariopisarskich wyżyn Erica Powella, po fragmenty niedopracowane, popadające nawet w sztampę.


Pierwsza opowieść dzieje się w czasach, kiedy to Miasto nie niepokoiły jeszcze trupie oddziały Bezimiennego Kapłana, a gang Labrazia dzielił się władzą wraz z trzema innymi rodzinami mafijnymi. Pod koniec tej epoki w rodzinne strony powróciła legenda futbolu amerykańskiego, Harley Labeau, celem założenia własnej drużyny. Problem polegał na tym, że w tej wyjątkowo smutnej mieścinie ciężko było o odpowiednich zawodników. Zmieniło się to, gdy świeżo upieczonemu trenerowi udało się pozyskać Goona, który na swój specyficzny sposób rekrutował zawodników spośród miejscowych bandziorów.

Historia legendarnych The Fighting Fish Canners opowiedziana jest poprzez dwie różne narracje. Klamrę stanowi sentymentalny artykuł poświęcony wspomnianej drużynie, napisany przez lokalnego dziennikarza lata po przedstawionych wydarzeniach. Kolejne fragmenty jego tekstu wraz z fotografiami ukazującymi zawodników czy fragmenty meczów, przeplatane są z opowiadaniem stricte obiektywnym. Bo tam, gdzie dziennikarz snuje domysły na temat szczegółów wybranych wydarzeń, tam Powell zabiera czytelnika do samego ich centrum, wyjaśniając wszystko, co trzeba. To wzajemne uzupełnianie się narracji tworzy niezwykłą całość, płynnie przechodząc z historii sportowej w gangsterski dramat czerpiący z klasyki kina spod znaku Ojca chrzestnego. Powell unika tu jednak cytowania, skupiając się na spójności historii, a w kilku miejscach sprytnie podpierając się podstawami psychologii społecznej. Efektem tego otrzymujemy dramaturgiczny majstersztyk. Najpierw rozbawia do łez, następnie łamie serce.

Kolejna opowieść to już zupełnie inna tonacja. Jest to bowiem całkowicie popieprzona parodia" "Opowieści wigilijnej", której sam podtytuł mówi sporo o jej charakterze: "A Complete Bastardization of a Piece of Classic Holiday Literature". Cała prześmiewcza parafraza polega tu na obsadzeniu bohaterów "Goona" w rolach postaci z dzieła Dickensa. Zmiana ta z reguły nie ma jakiegoś większego wpływu na ich (postaci powellowskich, nie dickensowskich) pierwotne charaktery, co oczywiście doprowadza do mocnej deformacji oryginału. Ebenezera Scrooge'a gra tu sam Kapłan Zombie, zmarłego Jakoba Marley'a odgrywa dr. Hieronymous Alloy, a w kolejne Duchy Świąt wcielają się Franky, Goon oraz... No tego ostatniego nie wypada zdradzać. Za to należałoby wspomnieć, że charyzmatycznych postaci z uniwersum Powella jest tu więcej. I co z tego powstaje? Coś naprawdę chamskiego, ale jednocześnie piekielnie zabawnego. No może pomijając średnie zakończenie.Trzeba jednak zaznaczyć, że opowieść ta charakteryzuje się powalającą oprawą wizualną.


Niestety lwią część tego tomu stanowi jego najsłabszy element - trzyczęściowa historia pt. "The Dimension of the Flesh-Eating Eye!" (sic!)*. A zaczyna się całkiem obiecująco. Oto pewnego dnia Dr. Alloy budzi się i z przerażeniem odkrywa, że jego sztuczne ciało rozpada się na kawałki. Aby zatrzymać ten proces potrzebuje kryształu znanego jako lewisiam. Szkopuł polega na tym, że zaopatrzyć można się w niego tylko w równoległej rzeczywistości, w której to armia robotów Alloy'a nie jest w stanie funkcjonować. Szalony geniusz prosi więc o pomoc swojego niedawnego wroga, tj. - oczywiście - Goona. Bohater w towarzystwie Franky'ego rusza w podróż, która szybko okaże się surrealistyczną jazdą bez trzymanki. A to dopiero początek, bo dzieje się tu naprawdę dużo. Niestety za dużo.

Historia próby ocalenia Dr. Alloy'a, oraz tego zaskakujące konsekwencje, to właściwie jakościowa równia pochyła. Trzon pełnej akcji fabuły stanowią ostre punkty zwrotne. Wcześniej wielokroć zachwycałem się niewątpliwym darem Powella do improwizacji, jednak tutaj ta prowizorka ewidentnie zaprowadziła go na manowce - kolejne przewrotki prowadzą nas w coraz dalsze tereny, znacznie penetrując bogaty świat komiksu, ale jednocześnie sprawiają wrażenie zrobionych na siłę. Powell zamiast skupić się na konkretnym wydarzeniu, czym prędzej przeskakuje do następnego, tak jakby bał się, że zanudzi czytelnika. Tym sposobem nie nudzi, niestety równocześnie wprawia w zobojętnienie. Wprawdzie historia niepozbawiona jest mocnych plusów, jak przezabawne dialogi czy orzeźwiające epizody (to tutaj debiutuje** jedna z najfajniejszych postaci komiksu - pacyfistyczny zombiak imieniem Willy Nagel, później zaś urocza ekipa łobuziaków znana jako The Unholly Bastards), ale im bliżej końca, tym większe rozczarowanie. Co ze świetnych elementów, jakie się po drodze pojawiają, skoro najważniejsza pozostaje główna fabuła, a ta okazuje się niedopracowana, zaś ostatecznie - przeciętna, pozbawiona odpowiedniej dawki oryginalności i wiarygodności. Cóż, autor niewątpliwie podczas tworzenia jej miał akurat słabszy okres.

Na szczęście "Virtue and the Grim Consequences Thereof" kończy się rzeczą zdecydowanie bardziej udaną, mianowicie opowiadaniem pt. "Jimmy Turtle and the Legendary Boxcar of Well-Made Ladies Shoes". Zostało ono napisane na prośbę Powella przez niejakiego Thomasa Lennona. Tyle, że miał to być materiał wyjściowy do scenariusza komiksowego, ale panowie się zwyczajnie nie do końca zrozumieli. Twórcy "Goona" na tyle się to jednak spodobało, iż postanowił już w żaden sposób w jego formę nie ingerować (pomijając ozdobienie opowiadania kilkoma ilustracjami). No i nie ma czego żałować, bo spłodzona przez Lennona historyjka broni się sama. Nie dość, że jest bardzo sprawnie napisana - autor poszczycić się może zarówno pisarską dyscypliną oraz elokwencją, jak i darem lekkiego pióra - to jeszcze stanowi świetne uzupełnienie universum Goona. Głównym bohaterem jest tu bowiem sam Franky, wyprawiający się w niezwykłą przygodę ku czci odpowiednio wielkiej fortuny. Od dawna marzyła mi się lektura historii opowiadanej właśnie z jego perspektywy i wreszcie się doczekałem. A rzecz to nie byle jaka - ironiczna, zabawna, zaskakująca i urocza. Tyko krótka. Mam nadzieję, że sam Powell jeszcze do umiejscowienia Franky'ego na pierwszym planie wróci. Kolega Lennon - wcale przecież nie ingerując w konstrukcję postaci - udowodnił, że pomocnik Goona bez jakichkolwiek problemów sam jest w stanie udźwignąć daną historię.


* Opowieść ta w rzeczywistości nie ma żadnego tytułu. Ten wspomniany, to jedynie napis, jaki znalazł się na okładce pierwszego tworzącego ją zeszytu (typowo powellowska stylizacja na pulpowy plakat filmowy). Na okładce drugiego zeszytu widnieje z kolei "The Diabolical Dr. Alloy Rises Again!", zaś na "trójce" nie ma już nic.

** Tak naprawdę pojawił się już w poprzednim tomie, kapitalnym "Heaps of Ruination", ale ciężko go tam nazwać inaczej, niż tylko statystą.

czwartek, 31 grudnia 2009

#337 - Kolorowe Zeszyty (7)

Odchodzący w niepamięć rok 2009 postanowiłem pożegnać kolejną odsłoną niezwykle popularnego i wyczekiwanego z utęsknieniem cyklu, w którym na warsztat biorę kilka kolorowych zeszytów z ostatnich miesięcy. Dzisiaj pomaga mi w tym Janusz, który z kolei - dla urozmaicenia - w zwięzłej recenzji nie zaprezentuje ani nic kolorowego, ani nic zeszytowego. Korzystając z okazji, życzymy wszystkim czytelnikom udanego roku 2010 - niech będzie lepszy od poprzednika, nawet jeśli ten wydawał się najlepszy i nie możliwy do pobicia! A wszystkim nam życzymy również, aby te nadchodzące 12 miesięcy obfitych było w możliwie jak najwięcej pozytywnych wrażeń jeśli chodzi o sprawy komiksowe! Czuj duch!

All Star Batman and Robin, The Boy Wonder #10 (DC Comics)
scenariusz: Frank Miller
rysunki: Jim Lee


W jakiś czas po lekturze wypuszczonego niedawno przez Egmont zbiorczego wydania dziewięciu pierwszych zeszytów serii, przypomniałem sobie o posiadanej od dłuższego czasu dziesiątej odsłonie "Cholernego Batmana" i nie bez oporów zabrałem się za jej lekturę. Nie oczekiwałem, że nagle tytuł ten stanie się w chociażby małej części strawny, ale to co dostałem jeszcze bardziej pogrążyło w moich oczach kolejną odsłonę przygód millerowatego Nietoperza. Główny zarzut jest następujący: jest przeraźliwie nudno (nadal). Przebrnięcie przez monologi komisarza Gordona jest nie lada torturą, a sceny akcji nawet w drobnej mierze nie sprawiają, że puls zacznie bić nieco szybciej i nie ratują tego zeszyciku w żadnym stopniu. Batman zachwyca się swoim nowym podwładnym, a młodziutka Batgirl rusza do boju, który nie kończy się dla niej zbyt szczęśliwie. Gdzieś tam jeszcze miga poobijana Catwoman i to wszystko co udało mi się zapamiętać po lekturze tej póki co ostatniej odsłony serii. Lee i Miller co jakiś czas obiecują, że kolejne części już niebawem, ale ciężko w to wierzyć, kiedy słyszy się o następnych projektach komiksowo-filmowych twórcy "Powrotu Mrocznego Rycerza". Nie napiszę, że gorzej być nie może, bo coś czuję, że lektura kolejnej części ze zdwojoną siłą udowodni mi, że właśnie jednak może. (a.)

Goon #33 (Dark Horse)
scenariusz i rysunki: Eric Powell

Po kilku miesiącach przerwy fani Zbira i Franky'ego dostali kolejną część ich przygód. Po ciężkawej kilkunastoczęsciowej historii zaprezentowanej w roku 2008, "chrystusowy" zeszyt przynosi nieco odprężenia. Jest on o tyle ciekawy, że nie występuje w nim ani jedno słowo, a wszelkie potrzebne do zaprezentowania myśli bohaterów są wrysowane w dymki. O samej historii nie ma co się rozpisywać, tym bardziej, że jest to lektura na jakieś trzy minuty, ale mimo tego warto się z tym niepozornym zeszytem zapoznać, żeby móc podziwiać kunszt pracy pana Powella. Całość utrzymana jest w odcieniach szarości z minimalną ilością koloru (zwykle czerwieni) i jak to ostatnio bywa w przygodach "Zbira", typowo komiksowa stylistyka z pierwszych zeszytów (wydanych i u nas), zastąpiona została przyciągającymi uwagę malunkami. Po fatalnym one-shocie z Deathklokiem, śmiało można powiedzieć, że "Zbir" wrócił na właściwe sobie tory. Oby jeszcze czas oczekiwania na następny zeszyt był nieco krótszy. (a.)

Green Lantern #43 (DC Comics)
scenariusz: Geoff Johns
rysunki: Doug Mahnke


Umiłowani w komiksach - ten niepozorny zeszycik będący prologiem do "Najczarniejszej Nocy" w moim osobistym odczuciu jest najlepszym z tych, które dane mi było przeczytać na przestrzeni ostatnich 365 dni. Geoff Johns i Doug Mahnke na dwudziestu kilku stronach prezentują narodziny pierwszego z Czarnych Latarników - Black Handa (William Hand). Znając życie, dziewięciu na dziesięciu scenarzystów przy próbie wiarygodnej kreacji postaci, poślizgnęli by się gdzieś pomiędzy demonstrowaniem zamiłowań młodego Williama, tworzeniem przez niego kostiumu z worka na zwłoki, odpoczywaniu w świeżym grobie a ogólnym zamiłowaniem do śmierci. Wyszłoby to pewnie żałośnie łamane przez śmiesznie. Ale nie w tym przypadku - Johnsowi udało się na tej niewielkiej przestrzeni wiarygodnie przedstawić postać Black Handa, jego pogardę dla życia i zamiłowanie do tak zwanego mroku. Wysokiej formie scenarzysty wtóruje rysownik Doug Mahnke, który właśnie od tego zeszytu rozpoczął swoją przygodę z serią "Green Lantern". Póki co jest to jedyna rzecz z "Blackest Night" w mojej kolekcji i mam nadzieję, że wydarzenia z głównej serii stoją na równie dobrym poziomie co ten jeden zeszycik. Ale o tym przekonam się dopiero przy okazji jakiegoś sympatycznego trejda. (a.)

Invincible Presents: Atom Eve (Image Comics)
scenariusz: Benito Cereno
rysunki: Nate Bellegarde


Atomowa Ewa to jedna z głównych drugoplanowych postaci serii "Invincible" Roberta Kirkmana, z originem której można się zapoznać dzięki tej odpryskowej mini-mini-serii (#1-2). Jej pochodzenie nie jest jakieś szczególne jak na standardy komiksów superhero - ot, Samantha Eve Wilkins to nic innego jak efekt eksperymentów tajnej jednostki przynależącej do Pentagonu (tej samej, która chce sklonować Brita), która to przed długie lata nie wiedziała, że efekt badań przeżył narodziny. Sprawcą tego był Dr. Elias Brandyworth, prawdziwy ojciec i stwórca Eve, który po wydaleniu z rządowej agencji (po rzekomej śmierci Eve przy narodzinach) przez lata obserwował dorastanie swojego najdoskonalszego dzieła. Kiedy Ewa odkrywa swoje niecodzienne zdolności (możliwość manipulacji atomami) i na własną rękę zaczyna wymierzać sprawiedliwość, zwraca na siebie uwagę Złych Ludzi z Rządu, którzy rozpoznają w niej swój dawny eksperyment. Dalszy przebieg akcji jest łatwy do przewidzenia. Scenarzystą komiksu jest niejaki Benito Cereno, ale czuć w tym wszystkim rękę Kirkmana, który nadzorował projekt. Grafika jest natomiast dziełem solidnego rzemieślnika Nate'a Bellegarde'a, który w scenach pojedynków daje mocno do pieca i pokazuje, że zna się na swojej robocie. Z tego co wiem, obie części mini-serii nie weszły w skład żadnego TP, więc edycja sprzed kilku miesięcy (zbierająca je w jeden, gruby zeszyt) jest obecnie jedyną możliwością na zapoznanie się z początkami Atom Eve. Do czego zachęcam, ale raczej tych, którzy mają już na koncie przygodę z "Niezwyciężonym". Dla innych będzie to raczej mało znaczący i szybki do zapomnienia komiksowy epizodzik. (a.)

The Walking Dead, volume 11: Fear the Hunters (Image Comics)
scenariusz: Robert Kirkman
rysunki: Charlie Adlard


Była już zdrada, samobójstwa, gwałty, wyłupywanie oka łyżeczką i inne wymyślne tortury. W końcu była też utrata najbliższych i pogranicze szaleństwa. Ale tego co zafundował Robert Kirkman w jedenastym już trejdzie "The Walking Dead" w ogóle się nie spodziewałem. Zaczęło się od "ostrzeżenia" pokroju "The dead do not hunt... but we do", i przyznaję, że obawiałem się, iż twórcy zafundują nam powtórkę z Woodbury. Ale ich plany okazały się zupełnie inne. W "Fear the Hunters" bohaterowie nie bez powodu spotykają na swojej drodze księdza. Co prawda w świecie opanowanym przez zombie nie mówi się wiele o zbawieniu, ale za to potępienie jest tam bardzo popularnym tematem. Dlatego też pojawienie się kapłana jest świetnym "punktem odniesienia" do zastanowienia się nad moralnością ocalałych bohaterów. A jest nad czym się zastanawiać, bo Kirkman puścił wszystkie postaci swojej opowieści po bardzo stromej równi pochyłej. Pisząc o "Fear the Hunters" nie sposób nie wspomnieć o Charliem Adlardzie, bo zakończenie tej historii znajduje się nie w słowach, lecz twarzach. Zdecydowanych i skupionych na przeżyciu, przerażonych i osłupiałych wobec otaczającego świata i tych pełnych z bezsilności łez wobec własnych uczynków. Kirkman zaskoczył tym trejdem, gdyż skierował historię na zupełnie inne tory niż mogło się to z początku zdawać. Mogę szczerze napisać, że wielokrotnie byłem zszokowany podczas lektury "The Walking Dead", ale dopiero teraz po raz pierwszy byłem przerażony. Dla tych czytających polskie wydanie mam dwa słowa: warto czekać. (t.)

Najlepszego w 2010!

środa, 26 sierpnia 2009

#232 - Kolorowe Zeszyty (6)

Zgodnie z obietnicą daną kilkadziesiąt wpisów temu, dzisiejszy tekst poświęcony będzie kolejnym krótkim recenzjom pojedynczych numerów. Niektórzy może już zauważyli, że brak u nas notki o numerze 231, ale uspokajamy - przez naszą mini zabawę z blogowym continuum, żaden wpis nie ucierpi i nie przepadnie, o czym będzie można przekonać się już jutro. A starsze pozycje, zapowiadane przy wspomnianej wyżej okazji, musiały mimo wszystko ustąpić miejsca nowościom. Ale ich czas jeszcze nadejdzie. Poniżej pięć zeszytów (każdy z innego wydawnictwa) ułożonych rosnąco pod względem numeracji - endżoj!

Deathklok versus The Goon (one-shot, Dark Horse 2009)
scenariusz: Eric Powell, Brandon Small
rysunki: Eric Powell

Po pracowitym roku dwa tysiące ósmym Eric Powell zwolnił nieco tempa i obecnie odpoczywa, raz na jakiś czas wydając na świat swoje nowe twory. Tym razem padło na dziwną hybrydę świata Zbira i fikcyjnej deathmetalowej kapeli Deathklok, stworzonej na potrzeby kreskówki "Metalocalypse" przez Brendona Smalla i Tommy'ego Blacha. Panowie - w sensie muzycy - są ponoć całkiem znani (mają na koncie płytę "The Dethalbum", a druga jej część jest w drodze), ale dla mnie był to pierwszy z nimi kontakt. I to bardzo nieudany. Po przeczytaniu tego zeszytu, pierwsze co powiedziałem to "Boże, co za syf". Podobnie jak w przypadku ponoć niezwykle kontrowersyjnego "Satan's Sodomy Baby" z 2007 roku, żarty o penetrowaniu odbytu i tym podobnych nie śmieszą zupełnie. A że wypełniają niemal cały komiks, to przejście przez niego jest niezwykle męczące i momentami załamujące - jeśli fabułę opiera się na tanich chwytach w stylu stosunek ze staruszką, to ja wolę jednak tego nie czytać. Jedyne co ratuje ten zeszyt przed rzuceniem w kąt to niezawodny Franky i jego pokokainowe jazdy. No i sama grafika, która jak zwykle w przypadku Powella stoi na najwyższym poziomie. Ciekaw tylko jestem, czy Eric rzeczywiście jest całkowicie za nią odpowiedzialny (tak stoi w creditsach), bo przy połączeniu świata Goona i deathmetalowców postanowiono pozostać przy obydwu sposobach rysowania, bez przeciągania którejkolwiek ze stron na bardziej malowniczy świat Zbira, czy bardziej kreskówkowy styl Dethkloka. I wygląda to tak, jakby rzeczywiście pracowało przy tym dwóch artystów. Tak czy inaczej słabiutko i nie warto zawracać sobie tym zeszytem głowy.

Bigfoot #1 (IDW 2005)
scenariusz: Steve Niles, Rob Zombie
rysunki: Richard Corben


Szybki rzut oka na nazwiska twórców tej czteroczęściowej mini-serii wystarczy, żeby mniej więcej wyczuć o czym może być ten komiks. Niles, Corben i Zombie - mistrzowie horroru z różnych dziedzin - do swojego trio dołożyli jeszcze tajemniczą Wielką Stopę, której to postanowili poświęcić nieco czasu i talentu. Pierwsza część, to szybki, nieco szablonowy wstęp do historii na który złożyły się takie elementy jak: las, drewniana chatka na odludziu, szczęśliwa rodzina szukająca kilku dni odpoczynku i Wielka Stopa kręcąca się wokół ich schronienia. Nie muszę pisać, że kiedy zapada zmrok, robi się jeszcze ciekawiej. Richard Corben - znany u nas ze średnio przyjętego "Bannera" - czuje się jak ryba w wodzie, mając okazję rysować wielkie monstra, dużo juchy i goliznę, a wszystko to w leśnych krajobrazach, które wychodzą mu fenomenalnie (jak chociażby w późniejszym "Hellboy: The Crooked Man"). Na tych dwudziestu kilku stronach scenariusz dopiero co się rozkręca i ciężko powiedzieć / przewidzieć, co też będzie miało miejsce w kolejnych trzech zeszytach (szczególnie po lekturze ostatniej strony). Niestety, pierwszy numer był dla mnie tym ostatnim i dopiero teraz, po kilku latach, znalazłem go pośród sterty innych mu podobnych. Wydanie zbiorcze jest jeszcze dostępne, ale nie powiem, żeby znajdowało się na szczycie mojej listy życzeń - przy okazji, po przecenie, można by kupić.

Ultimate Comics Avengers #1 (Marvel 2009)
scenariusz: Mark Millar
rysunki: Carlos Pacheco


"Ultimates" Loeba i Madureiry zapisało się w pamięci fanów jako jedna z najgorszych serii ostatnich miesięcy, a może i lat. I nikt się chyba nie spodziewał, że Loeb w niedługim czasie sam jeszcze bardziej podniesie poprzeczkę o nazwie "żenada i kał", tak jak to zrobił przy okazji zakończonego niedawno "Ultimatum". O obydwu tych seriach - które znacznie wpłynęły na ogromny spadek poziomu świata ultimate - wielu chciałoby szybko zapomnieć. Zapewne miał w tym pomóc twórca pierwszych "Ultimates" Mark Millar, którego ponownie sprowadzono do przygód nowocześniejszych Mścicieli. Pierwszy zeszyt "Ultimate Comics Avengers" jego autorstwa pod względem akcji nie różni się aż tak bardzo od tego co prezentował Loeb - pojedynek Capa, Hawkeye'a i debiutującego Red Skulla wypełnia niemal cały numer. Mimo to, różnica pomiędzy tym co zrobił wcześniej Jeph, a tym co robi obecnie Millar jest ogromna - na korzyść tego drugiego oczywiście. Lektura tych dwudziestu kilku stron zajmuje mniej niż dziesięć minut, ale nie pozostawia niedosytu. Nie jest to może jeszcze to co przygody Starka, Capa i spółki sprzed kilku lat, ale mam nadzieję, że w szybkim czasie poziom zrówna się z tym co było prezentowane przy "Ultimates" v1 i v2. Mangowy styl Madureiry został zastąpiony bardziej realistycznym dzięki Carlosowi Pacheco, który w przeszłości pracował już nad Mścicielami (do scenariusza Busieka) - tyle, że tymi z uniwersum 616. Jedynym minusem jest cliffhanger, który zaskoczył chyba tylko Kapitana Amerykę - tak jak w przypadku "Ultimates" Loeba wszyscy wiedzieli co naprawdę łączy Pietro i Wandę, tak i tutaj każdy ukrywał przed Rogersem wyjawioną na ostatniej stronie tajemnicę. Czytelnicy natomiast już kilka miesięcy temu mieli okazję przeczytać w jednym z "Wizardów" o co chodzi z Czerwoną Czaszką, przez co zakończenie tego numeru kompletnie nie zaskakuje. No ale taka teraz widać polityka wydawnicza - najpierw wyjawić sekrety, a dopiero później wypuścić komiks z nimi na światło dzienne. Numerze drugi - przybywaj!

Savage Dragon #151 (Image 2009)
scenariusz: Erik Larsen
rysunki: Erik Larsen


Zeszyt ten rozpoczyna drugą połowę drugiej setki przygód Dragona i podobnie jak sto numerów temu, tytułowy bohater praktycznie w nim nie występuje - co tutaj związane jest z wydarzeniami z ostatnich stron jubileuszowego #150. Swoją drogą ciekawe, czy za kolejne sto numerów Larsen podtrzyma tę tradycję? Mimo tej nieobecności, jest to jeden z lepszych ostatnio zeszytów (które i tak prezentują wysoki poziom) - akcja skupia się na dzieciakach Dragona (Malcolmie i Angel), które muszą stawić czoła rekinogłowemu Mako demolującemu ulice i przy okazji DareDevila. Standardowa superbohaterska bijatyka kończy się dosyć emocjonalnym monologiem Mako, na temat swojego fatalnego przeobrażenia w szaroskórą kreaturę i przykrych tego konsekwencji - co nie powiem, daje do myślenia. Ostatnie dwie strony wyglądają jak zapowiedź tego, co zbliża się wielkimi krokami czyli "Dragon War". Larsen w formie, Koutsis (kolory) w formie. Nic więcej do szczęścia nie potrzeba.

Superman #666 (DC 2007)
scenariusz: Kurt Busiek
rysunki: Walter Simonson


Na początek ciekawostka (może przydać się krzyżówkowiczom): lęk przed liczbą 666 to inaczej heksakosjoiheksekontaheksafobia. W październiku 2007 roku, seria z przygodami bohatera z loczkiem osiągnęła taki imponujący i budzący uznanie wynik, więc i jego tematyka musiała być iście "szatańska". W historii Kurta Busieka nawiedzony przez Phantom Strangera Clark Kent ma dosyć dziwny jak na siebie sen - nie jest on już poczciwym do-rany-przyłóż superbohaterem, a złośliwą i egoistyczną super istotą, która bierze odwet zarówno na wrogach jak i przyjaciołach, którzy przez tyle lat "wykorzystywali" jego dobrotliwość i miękkie serce i koniec końców ląduje w piekle jako (Super)Szatan. Nie jestem niestety zbyt dobrze zaznajomiony z mitologią Supermana, więc nie trafiają do mnie nawiązania do śmierci planety Krypton i pewnie kilka innych smaczków, które ze względu na moją niewiedzę mi umknęły, ale i tak czyta się to nad wyraz dobrze. Po numer ten sięgnąłem (oprócz trzech szóstek rzecz jasna) ze względu na gościnny udział obecnie nieco chyba zapomnianego Waltera Simonsona - noszonego niegdyś na rękach za to co zrobił przy okazji swojej przygody z serią "Thor" czy "Fantastic Four", a obecnie zajmującego się jak nie pisaniem scenariuszy ("World of Warcraft") to robieniem okładek dla serii klasy B ("Hawkgirl", "Vigilante"). Tutaj, na tych dwudziestukilku stronach, udowadnia, że spokojnie dałby sobie radę w mejnstrimie z XXI wieku, w jakimś hitowym tytule czy crossoverze - bez zbędnych fajerwerków odwracających uwagę od hitorii, z dynamicznymi rysunkami podrasowanymi kolorami wprost z komputera pokazuje młodziakom starą szkołę kadrów i dymków. Choćby dlatego warto nabyć ten zeszycik. No i może dla sceny zagwizdania na śmierć piegowatego Olsena. O! I może jeszcze ze względu na tyci-tyci występ Szatańskiej Ligi Sprawiedliwości!

Tyle na dziś. Kolejna porcja zeszytowych recenzji zaatakuje niespodziewanie. Uprzejmie prosi się o zachowanie czujności!

środa, 13 lutego 2008

# 2 - Goon: Chinatown and the Misery Of Mr. Wicker

"This Ain't Funny" - głosi pierwsza strona. Ciężko uwierzyć, w końcu Goon / Zbir to czysta rozrywka, a Powell nie dość że rysować umie to i humor ma przedni.

Ale tutaj tego humoru jest malutko, ot pare motywów przy których uśmiechniecie się pod wąsem (i to młodzieńczym, bo wiadomo że komiksy są dla zakompleksionych chłopaków - dziewczyna komiksu nie weźmie nawet przez papier i po pijaku).
Więc o czym ten komiks zapytacie? A ja Wam odpowiem: o miłości i przyjaźni jest ten komiks. Ohyda co? No ale niestety, jest o czym jest i zmienić sie tego nie da. Co najwyżej można nie czytać.

A nie czytając straci się sporo.

Zaczyna się to dawno, dawno temu, kiedy Zbir wychowywał się u cyrkowej ciotki Kizzy i kiedy po raz pierwszy (to sobie chyba dopowiedziałem w sumie) dopuścił się kradzieży.

Dalej natomiast mamy dwie przeplatające się historie - przeszłość i teraźniejszość. Przeszłość to już ta gdzie główny heros jest prawą ręką Labrazzia, a jego twarz nie jest jeszcze oszpecona. Ta część to "Chinatown". Teraźniejszość to historia "Mystery of Mr. Wicker" i znany nam Norton's Pub i brzydszy Zbir.

Dzięki tym historiom możemy poznać Zbira od trochę innej - nie bucowej - strony, gdzie gada sporo i coś chce w swoim życiu zmienić. Bójki i szemrane interesy schodzą na dalszy plan (ale są), a na pierwszym mamy przyjaźń wystawioną na próbę i miłości trochę.

Wszystko to w świetnej oprawie graficznej z dużą ilością akwareli. Pan Powell przeszłość pokazuje nam w sepii, teraźniejszość to już trochę więcej kolorów, jednak nie tyle co chociażby w Taurusowych wydaniach Zbira.

Jest cicho, smutno i pusto, czyli chyba tak jak w środku Zbir się czuje.

Co warto jeszcze nadmienić, to to, że mamy tutaj do czynienia z nowelą graficzną, nigdy wcześniej nie publikowaną. Tzn nie w zeszytach.
Od początku do końca obcujemy z całkowicie premierowym materiałem, ładnie wydanym, na grubej kredzie, w HC'ku. Bez dodatków w postaci przedmowy, czy szkiców ale tutaj jest to zbędne - historia broni się sama.

Polecam? Polecam.

Na deser jeszcze Zombies vs Robots vs Amazons #2 - znacznie to lepsze niż numer pierwszy, który ciekawą miał jedynie ostatnią stronę. Zombie walczą z Amazonkami a Roboty mają pełne ręce roboty z Zombie Minotaurem (moooeeeat!). Dobre. Ashley Wood w formie. Za jakiś czas finał tej historii, zobaczymy czy będzie kontynuacja.

PS. A jeśli miałby powstać film fabularny o Zbirze to zgłaszam kandydata do roli Frankiego aka "Nóż w oko!" - Masuka z Dextera. A tak z imienia i nazwiska to Charlie Lee.