Pod koniec poprzedniej odsłony Z archiwum Image obiecałem, że do końca istnienia rubryki pojawi się już tylko jedna pozycja, którą będę odradzać jeszcze mocniej, niż bardzo słabe moim zdaniem mini-serie „Violator” oraz „Violator vs Badrock”. Dziś postanowiłem, że lepiej mieć to już za sobą i wziąłem na tapetę komiks, który jest kwintesencją kiczu lat 90-tych ubiegłego stulecia. Jest to seria tak zła, że aż chce się ją posiadać w swoich zbiorach, by móc pokazywać dzieciom i wnukom jak mocno zmieniło się Image Comics.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rob Liefeld. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rob Liefeld. Pokaż wszystkie posty
sobota, 20 września 2014
#1740 - Youngblood #1
Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam.
piątek, 19 września 2014
#1738 - Violator vs Badrock
Autorem poniższego tekstu jest Krzysztof Tymczyński, a pierwotnie ukazał się on na łamach bloga poświęconego Image Comics, na który serdecznie zapraszam
Poprzednie odsłony rubryki Z archiwum Image poświęciłem komiksom, które czasami być może nie były doskonałe, ale mimo tego podczas ich lektury bawiłem się na tyle dobrze, że z czystym sumieniem mogłem je polecać. Dziś pierwszy raz skupię się na pozycjach przed którymi chce Was ostrzec. Moim zadaniem dziś jest sprawienie, by żadne z Was nie sięgnęło ani po mini-serię „Violator” ani tym bardziej po jej kontynuację, czyli komiks pod tytułem „Violator vs Badrock”.
Etykiety:
Alan Moore,
Ameryka,
Bart Sears,
Brian Denham,
Image Comics,
importowane,
mainstream,
recenzja,
Rob Liefeld,
super-hero,
Todd McFarlane Productions,
występ gościnny
środa, 13 listopada 2013
#1421 - Krótki zarys historii Image Comics cz.4: Rob Liefeld
Dzisiejszy tekst poświęcony zostanie nie tyle jednemu ze studiów Image Comics, co osobie ją reprezentującej. W amerykańskim komiksowie Rob Liefeld to postać, obok której nie można przejść obojętnie. Z jednej strony od lat cieszy się ślepym uwielbieniem wśród swoich fanów, z drugiej - jest jednym z najczęściej wyśmiewanych i hejtowanych twórców. Czy słusznie uchodzi za jednego z najgorszych artystów komiksowych i kiepskiego biznesmena? W swoim tekście spróbuje odpowiedzieć na to pytanie.
Po odejściu z Marvela i założeniu Image Comics, Liefeld z wielką pompą otwiera studio Extreme i zabiera się do pracy. Ostatecznie jego "Youngblood" #1 został pierwszym w historii komiksem z wielkim "i" na okładce, a także pierwszym w pełni niezależnym komiksem (spoza DC i Marvela), który zameldował się na szczycie comiesięcznych list sprzedaży. Sukces? Tak, ale jak Liefeld przyznaje po latach, nawet on nie był zadowolony ze swojego dzieła, ponieważ powstawał on naprędce i z pewnymi problemami, ale twórca koniecznie chciał być "tym pierwszym". Obiecał również, że przy okazji wznowienia pierwszego zeszyty "Youngblood" scenariusz zostanie poprawiony, ale nie dotrzymał słowa. Poprawiona wersja nigdy się nie ukazała...
Sukces (rynkowy) został odniesiony i Extreme Studios, jako pierwsze rozwinęło swoją ofertę. Gdy pozostali twórcy powoli, lecz konsekwentnie starali się budować swoje marki, Liefeld już na samym początku uwierzył że potrafi sprzedać wszystko. Oprócz kolejnych numerów „Youngblood”, w katalogu jego studia szybko pojawiały się zapowiedzi kolejnych tytułów. Były to między innymi „Prophet”, „Glory”, „Brigade” czy „Badrock”. O ile oferta wczesnego Image charakteryzowała się tym, że komiksy nie stały na najwyższym poziomie opowiadanej historii, o tyle przedstawiciele studia Extreme w większości przypadków ocierali się wręcz o fabularne dno. Nic w tym dziwnego, skoro za scenariusze odpowiadał albo sam Liefeld, albo wyłowieni przez niego anonimowi twórcy, o których słuch dziś już zaginął. Słupki sprzedaży wciąż utrzymywały się dość wysoko, a reszta założycieli wydawnictwa nominowała go na naczelnego, co utwierdzało Liefelda w przekonaniu, że jest wielki i pisane jest mu usadowienie się na samym szczycie. Dlaczego więc będąc taką gwiazdą, koniecznie trzymać się jedynie Image?
Przełom lat 1993/1994 przyniósł światu narodziny Maximum Press. Było to nowe, niezależne do Image wydawnictwo założone przez Roba Liefelda. Tam publikował on komiksy, które nie pasowały do charaktery uniwersum Extreme. Swój dom znalazły tam między innymi „Avengelyne”, „Warchild” czy licencjonowany „Battlestar Galactica”. Oczywiście krok ten nie podobał się reszcie włodarzy wydawnictwa Image, lecz ostatecznie nie to stało się powodem wyrzucenia Liefelda z Image.
Zresztą, oficjalnie twórca nie został wyrzucony, lecz sam odszedł. Swoją rezygnację złożył na kwadrans przed podjęciem decyzji o usunięciu go ze struktur Image Comics. Stało się to w 1996, a powodem były nieczyste praktyki stosowane przez Liefelda. Innym ojcom-założycielom nie podobało się to, że artysta, który nie umie rysować stóp próbował podkradać twórców z innych studiów. Wpadł podczas prób przekonania Micheala Turnera, aby opuścił Top Cow i przeszedł do Extreme Studios. Michael Silvestri z Top Cow mocno urażony tym faktem postanowił odłączyć się od Image. Reszta szefów zgodziła się, że Liefeld przekroczył uprawnienia, jakie posiadał będąc naczelnym i postanowiło go usunąć.
Dla Liefelda był to spory cios. Być może go to otrzeźwiło, ponieważ zaczął działać z sensem. Połączył Extreme Studios z Maximum Press i utworzył Awesome Entertainment. Skromna nazwa, prawda? Będąc kompletnie niezależnym, Liefeld kontynuował prace nad tytułami znanymi z poprzednich dwóch wydawnictw, lecz tym razem nie stawiał na anonimowych twórców. Przekonał on Jepha Loeba i Alana Moore’a, by współpracowali wraz z nim. Tylko dzięki tej dwójce, Awesome utrzymało się kilka lat na rynku.
Końcówka poprzedniego stulecia była katastrofalna dla rynku komiksowego. Upadły wydawnictwa Malibu czy Valiant, bliski swojego końca był Marvel, ogromne straty generowało DC, a Image Comics utraciło swój rozpęd i wplątało się w konflikt ze sklepami komiksowymi. Liefeld uparcie twierdził, że jest na rynku miejsce dla nowego gracza i powoływał się na przykład wydawnictwa Dark Horse, które przez te ciężkie czasy przeszło praktycznie bez zawirowań. Na wszelki wypadek zatrudnił dwóch uznanych twórców, którzy mieli zapewnić mu wysoką sprzedaż. Alan Moore zajął się największymi markami Liefelda, a więc „Youngblood”, „Glory” i przede wszystkim „Supreme”. Jeph Loeb z kolei pisał scenariusze do serii „Coven” i „Lionheart”, a sam Liefeld zakupił prawa do postaci Fighting Americana i planował nową serię. Co więc poszło nie tak?
Komiksy wydawnictwa Awesome nie sprzedawały się źle. Wykończyły je koszty produkcji i... koszta sądowe. Liefeld uznawał bowiem, że wydanie komiksu w jedenastu wariantach okładkowych (!!!) to coś całkowicie normalnego, natomiast Marvel Comics uznało, że Fighting American to nic innego, ja nieco przerobiony Kapitan Ameryka. Sklepy komiksowe w końcu przestały zamawiać poszczególne alternatywne covery, co dobiło „Youngblood” i „Glory”. Jeph Loeb po zakończeniu własnych serii przyjął ofertę DC Comics i odszedł, a Rob Liefeld został zablokowany przez sąd i nie mógł wydać w planowanej formie "Fighting Americana". W latach 1999-2000 Awesome Comics wydało jedynie 13 komiksów (w tym jeden handbook i jeden reprint), aż w końcu Liefeld ogłosił śmierć swojego wydawnictwa.
Myślicie że czegoś go to nauczyło? Skądże znowu! Niedługo potem Liefeld zakłada Arcade Comics, gdzie chce raz jeszcze przywrócić światu markę „Youngblood”. Twórca zaplanował trzy projekty z tymi bohaterami i przyciągnął do współpracy głośne nazwiska. Efekt? Ukazały się jeden zeszyt serii „Bloodsport” (scen. Mark Millar), dwa numery cyklu „Genesis” (scen. Kurt Busiek, rys. Eric Walker) oraz jedna odsłona „Imperial” (scen. Robert Kirkman). Żaden z nich nie został dokończony, a Arcade Comics zniknęło z komiksowej mapy USA i dziś mało kto o nim pamięta.
Niespodziewanie, w lipcu 2007 roku Image Comics ogłasza, że Rob Liefeld powraca w szeregi wydawnictwa, które współtworzył. Nie zajmuje on w wydawnictwie żadnej poważnej roli, lecz kolejny raz próbuje odświeżyć nieco swoje własne dzieła. W pierwszej kolejności stawia na... tak, tak, zgadliście. „Youngblood” #1 ukazuje się w styczniu 2008 roku i po raz pierwszy w historii Liefeld nie przyłożył ręki do procesu produkcji komiksu. Przynajmniej początkowo, ponieważ szybko zmienił zdanie i samodzielnie stworzył #9 – ostatni zeszyt cyklu. Kolejne lata przynoszą nowe woluminy „Avengelyne” oraz „Brigade”, które trwają odpowiednio osiem i... jeden numer. Rok 2011 miał wszystko zmienić, gdy Robert Kirkman zaprosił Liefelda do współtworzenia serii „Infinite” dla studia Skybound. Jednak na skutek „twórczych różnic” cykl przetrwał jedynie dwa numery. Dodajmy jeszcze, że w międzyczasie twórca nawiązywał współpracę z Marvelem i DC, która także kończyła się hucznym odejściem.
Wreszcie w 2012 roku Image, zupełnie nie wiedzieć dlaczego, postanawia dać Liefeldowi kolejną szansę i ogłasza zmartwychwstanie studia Extreme. Oficjalnie, istnieje ono do dziś, ale... przyjrzyjmy się temu nieco bliżej. „Bloodstrike” startuje od numeru 26, chociaż #24-25 nigdy się nie ukazały. Scenarzysta Tim Seeley kontynuuje wątki z poprzednich serii, lecz cykl notuje najsłabsze wyniki spośród wszystkich ze studia Extreme i po ośmiu numerach następuje kasacja. Zakończenie można określić jako pół-otwarte. Dzieło Alana Moore`a, czyli „Supreme” kontynuuje Erik Larsen, korzystając ze skryptów genialnego scenarzysty. Komiks startuje od #63 i wytrzymuje sześć zeszytów, po których Larsen znów poświęca całą swoją uwagę serii „The Savage Dragon”. #68 ukazał się w styczniu 2013 roku i po kilku miesiącach otrzymuje off-panelową kasację. Zakończenie jest jak najbardziej otwarte.
Chyba nikogo nie dziwi, że kolejną szansę dostaje „Youngblood”. Seria rusza od numeru 71, chociaż znów nie wiadomo skąd wzięła się ta liczba (powinna wynosić 68). Za scenariusz odpowiedzialny jest debiutant John McLaughlin, który wytrzymuje na stanowisku zaledwie sześć zeszytów, po czym zastępuje go sam Liefeld. Od tego czasu ukazują się jedynie dwa numery, z czego ostatni w lipcu 2013 roku. Seria wciąż jednak widoczna jest na stronie Image Comics jako aktualna, więc jej kasacja nie została oficjalnie potwierdzona. Z kolei „Glory” to najbardziej niedoceniona seria odrestaurowanego studia Extreme. Joe Keatinge rusza od zeszytu #23 i całkowicie odmienia główną bohaterkę. Krytycy biją brawo za odwagę i przestawioną fabułę, czytelnicy kręcą nosem. Ostatecznie tytuł kończy się po dwunastu numerach, spójnym i jednoznacznym zakończeniem. Natomiast „Prophet” to największy hit nowego studia. Scenarzysta Brandon Graham tak mocno odcina się od poprzednich odsłon przygód tego bohatera, że tworzy z serii kandydata do nagrody Eisnera. Cykl rusza od numeru 21, a zapowiedziany na styczeń 2014 roku „Prophet #45” będzie jednocześnie ostatnim zeszytem. Zapewne także z konkretnym zakończeniem.
Jak więc widać odrestaurowanie studia Extreme nie okazało się sukcesem. Czy jest więc kolejnym gwoździem do trumny Roba Liefelda? Chyba nie, skoro twórca niedawno zbierał na Kickstarterze pieniądze na nową odsłonę serii „Brigade”.
środa, 6 listopada 2013
#1413 - Krótki zarys historii Image Comics
Na początku było... wydawnictwo Marvel Comics. Historia Image Comics rozpoczyna się w 1991 roku, gdy do biura Terry’ego Stewarda – ówczesnego prezydenta Domu Pomysłów – przychodzi grupka twórców niezadowolonych z tego, w jaki sposób są traktowani przez swoich szefów. W większości rysownicy mają pretensje o to, że ich prace traktowane są jako taśmowy wyrób, nie mają żadnego wpływu na proces twórczy, a najbardziej chyba boli ich fakt, że nie posiadają praw autorskich do stworzonych przez siebie postaci i historii.
Na czele grupy, która domagała się zmian w funkcjonowaniu Marvela stali Todd McFarlane oraz Rob Liefeld, twórcy w tamtym czasie z absolutnego topu. Niestety, Steward pozostał głuchy na ich prośby, więc obaj panowie postanowili odejść z wydawnictwa. Przy okazji pociągnęli za sobą innych niezadowolonych - Jima Lee, Erika Larsena, Marca Silvestriego, Jima Valentino, Whilce`go Portacio oraz Chrisa Claremonta. Rok później ósemka uciekinierów ogłosiła otwarcie wydawnictwa Image Comics. Nowa, założona przez artystów oficyna miała przede wszystkim zapewnić pełną wolność twórczą. Nikt już nie mógł powiedzieć Jimowi Lee, żeby kolejne numery pisanej przez niego serii mają być częścią większego crossovera. Kolejny fundamentem Image miało być to, że prawa autorskie do wszystkiego, co stworzyli poszczególni twórcy miały zostać w ich rękach. Jedyną „częścią” wydawnictwa będącą jego własnością okazało się znane już od dwudziestu lat logo, stworzone przez Hanka Kanalza
Od początku głównym założeniem twórców Image Comics było stworzenie osobnych studiów dla każdego z nich, aby w jego ramach mogli realizować swoje własne, nie narzucane przez nikogo, komiksowe pomysły. I tak każdy z twórców zrzeszonych w wydawnictwie stworzył swoją markę. Wyjątkami byli Chris Claremont, który wolał pozostać freelancerem i przeżywający w tym czasie zawirowania rodzinne Whilce Portacio. Ostatecznie Image dorobiło się sześciu imprintów:
Extreme Studios – założone przez Roba Liefelda. Tu publikowano takie tytuły jak „Youngblood”, „Prophet” czy „Supreme”.
Highbrow Entertainment – którego twórcą był Erik Larsen, twórca „The Savage Dragon” oraz „Freak Force”.
Shadowline – stworzone przez Jima Valentino. Na początku największym hitem studia była seria „Shadowhawk”.
Todd McFarlane Productions – tu raczej nie trzeba pisać kto był założycielem, prawda? W tym studiu powstał „Spawn”.
Top Cow Productions – „dziecko” Marca Silvestriego i dom takich serii jak „Witchblade” czy „The Darkness”
Wildstorm Productions – gdzie swój dom znalazły wszystkie pomysły Jima Lee, na czele z „WildC.A.T.S.” oraz „StormWatch”.
Losy każdego z tych studiów, a także tych, które powstały w późniejszym okresie, zasługują na osobne notki. Ale wróćmy do Image. Na samym początku swojego funkcjonowania, nowy gracz na rynku podczepił się pod wydawnictwo Malibu Comics i korzystał z jego kanałów dystrybucji, marketingu oraz administracji. Trwało to tylko do 1993, ponieważ Image bardzo szybko stało się poważnym graczem na rynku i mogło się już ostatecznie usamodzielnić. Jak do tego doszło? Niemal każdy z opublikowanych przez nowe wydawnictwo komiksów stawał się rynkowym hitem. Tak było z historycznie pierwszą pozycją od Image – „Youngblood” #1, a także właściwie z każdym kolejnym komiksem. Przykładowo, „Spawn” #1” sprzedał się w nakładzie 1.7 miliona egzemplarzy, co do dziś jest rekordem wśród komiksów spoza Marvela i DC. Część spośród ojców-założycieli uznało, że warto stworzyć coś na kształt uniwersum Image i, przy zachowaniu swobody twórczej, niektóre serie zaczęły się przenikać. Dzięki temu czytelnicy mogli być świadkami team-upu Spawna z Youngblood czy Wild C.A.T.S. z Savage Dragonem. Erik Larsen oraz Jim Valentino obawiali się, że doprowadzi to do przekształcenia Image w korporację podobną do tej, którą z hukiem opuścili i z czasem zaczęli się wycofywać ze idei wspólnego uniwersum.
Stereotypowo wyobrażenie o komiksach z wczesnego Image równa się zbiorowi wszystkiego, co najgorsze w komiksie superbohaterskim lat dziewięćdziesiątych, ale pamiętać należy, że wydawnictwo nie publikowało jedynie pozycji napakowanych nawalankami kolorowych trykociarzy. Przejrzyste zasady funkcjonowania i stawianie artystów na pierwszym miejscu zaczęło stopniowo przyciągać kolejnych twórców, którzy chcieli stworzyć coś całkowicie po swojemu. I tak wkrótce Image zaczęło publikować takie tytuły jak „The Maxx” Sama Kietha, „Pitt” Dale’a Keowna czy „Astro City” Kurta Busieka oraz Alexa Rossa. Ale już wkrótce sielanka miała się skończyć...
Pierwsze kłopoty Image Comics pojawiły się w połowie lat 90-tych, gdy sklepy komiksowe dość mocno okroiły ilość zamawianych u wydawcy komiksów. Wszystko ze względu na dość niekorzystne dla nich zasad współpracy, przez które sprzedawcy zostawali z ogromną ilością komiksów, których nikt nie chciał kupować. To zabolało poszczególne studia, zwłaszcza pod względem finansowym. Rozwiązaniem okazało się zatrudnienie Larry’ego Mardera, który nawiązał nowe kontakty z poszczególnymi dostawcami komiksów i ustalił jasne oraz korzystne zasady dla obu stron. Po jakimś czasie zamówienia na komiksy od Image znów zaczęły wzrastać, a kolejne serie pokroju „Witchblade” czy „Gen13” znowu lądowały na liście bestsellerów. Image wyprzedzając upadające już Malibu Comics oraz Valiant Comics stało się trzecią siłą na rynku, sadowiąc się tuż za plecami wielkiej dwójki.
Niestety, gdzie kucharek sześć tam... spore kłopoty. Jak to zwykle bywa sukces okazał się przyczyną upadku. Jak to się potocznie mówi, sodówka uderzyła do głowy. Pomiędzy ojcami-założycielami projektu, zaczęły pojawiać się spięcia. Rob Liefeld został naczelnym całości wydawnictwa i zaczął wykorzystywać swoją pozycję do promowania Maximum Press – autorskiego wydawnictwa komiksowego, którego nie włączył w struktury Image. Jako pierwszy zaprotestował Marc Silvestri, któremu nie podobały się próby podkupienia Michaela Turnera z jego studia przez Liefelda. Pierwszym odszczepieńcem okazało się Top Cow. Te wydarzenia odbiły się na całym Image. Po wielu naradach w 1996 roku postanowiono wyrzucić twórcę „Youngblood” z wydawnictwa. Ten zabrał ze sobą całość studia Extreme, połączył z Maximum Press i przekształcił w wydawnictwo Awesome Comics. Silvestri w reakcji na te wydarzenie powrócił z Top Cow w struktury Image. Gdy wydawało się, że nastały spokojniejsze czasy, w 1998 roku prawdziwą bombę zrzucił Jim Lee. Jego WildStorm zostało sprzedane DC Comics i można powiedzieć, że w tym momencie nastąpił faktyczny koniec „uniwersum Image”, co sprawiło sporo kłopotów poszczególnym twórcom i ich komiksom. Już odejście Liefelda sprawiło, że Todd McFarlane musiał dość poważnie zmienić origin Spawna, lecz zniknięcie WildStormu wpłynęło na takie serie jak „Cyber Force”, „Hunter Killer”, a także na miesięcznik, którego bohaterem był Al Simmons.
Wraz z odejściem Lee, poszczególne studia zmieniły nieco taktykę wydawniczą. Komiksy z Top Cow stały się praktycznie osobnym uniwersum, podobnie jak wspomniane już prace McFarlane’a. Erik Larsen skupił się wyłącznie na „The Savage Dragon”, co zresztą robi do dziś, a Shadowline zostało zamknięte. W 1999 roku z pracy odszedł Larry Marder, a zastąpił go Jim Valentino. Od tego czasu Image postanowiło zdywersyfikować swoją ofertę i skupić się na publikowaniu komiksów określanych jako „non-studio”, oczywiście nie zabraniając poszczególnym twórcom publikować pod własnym szyldem. Valentino ustąpił w 2004 roku, zastąpiony przez Erika Larsena. Ten nie wsławił się niczym, ponieważ kontynuował dzieło swojego poprzednika. Nie był to najlepszy okres dla Image, które osiągało coraz gorsze wyniki sprzedaży i musiało rywalizować z Dark Horse Comics oraz IDW Publishing o miano trzeciej siły na rynku. Wszystko miało zmienić się jednak w 2008 roku.
Wtedy też w Image pojawił się Eric Stephenson. Nie tylko namówił on Jima Valentino do wskrzeszenia Shadowline, ale przede wszystkim postawił na scenarzystę, który nazywał się Robert Kirkman. Chyba bez przesady można powiedzieć, że to właśnie ojciec „The Walking Dead” oraz „Invincible” uratował Image przed popadnięciem w całkowitą przeciętność i (być może) rychłym upadkiem. Komiksy Kirkmana wpłynęły na zmianę profilu wydawnictwa – superherosi zeszli na bok, a w cenie zaczęły być komiksy o znacznie bardziej różnorodnej tematyce. Niesamowitym przebojem okazały się „Żywe trupy”, ale znowu – ich fenomen to materiał na osobną notkę.
W Image znów wzrosła rola poszczególnych studiów, lecz komiksy „non-studio” nie straciły na swojej ważności. Dziś można śmiało powiedzieć, że aktualna oferta Image to w połowie pozycje studyjne, a w połowie komiksy wydawane pod wspólnym szyldem. W połowie 2010 roku Kirkman zakłada własny imprint Skybound, a w 2012 roku John Michael Straczynski reaktywuje Joe’s Comics. Wcześniej była to mała część Top Cow, dziś pełnoprawne studio Image. Wspomnieć należy także, że w 2007 roku do Image wraca Rob Liefeld. Próbuje on reanimować markę „Youngblood”, a w 2012 roku ze średnim skutkiem przywraca do życia studio Extreme.
Pomimo tego, rok 2012 ogólnie był pasmem sukcesów wydawnictwa. Z okazji dwudziestolecia istnienia Image, nie tylko przyciągnięto masę uznanych twórców, ale także ruszono ze sporą ilością nowych pozycji. Wśród nich „Saga”, „The Manhattan Project” czy „Fatale”. Image odzyskało pozycję trzeciej siły na rynku, a rok 2013 pokazał, że na tym wydawnictwo nie ma zamiaru poprzestać.
Na czele grupy, która domagała się zmian w funkcjonowaniu Marvela stali Todd McFarlane oraz Rob Liefeld, twórcy w tamtym czasie z absolutnego topu. Niestety, Steward pozostał głuchy na ich prośby, więc obaj panowie postanowili odejść z wydawnictwa. Przy okazji pociągnęli za sobą innych niezadowolonych - Jima Lee, Erika Larsena, Marca Silvestriego, Jima Valentino, Whilce`go Portacio oraz Chrisa Claremonta. Rok później ósemka uciekinierów ogłosiła otwarcie wydawnictwa Image Comics. Nowa, założona przez artystów oficyna miała przede wszystkim zapewnić pełną wolność twórczą. Nikt już nie mógł powiedzieć Jimowi Lee, żeby kolejne numery pisanej przez niego serii mają być częścią większego crossovera. Kolejny fundamentem Image miało być to, że prawa autorskie do wszystkiego, co stworzyli poszczególni twórcy miały zostać w ich rękach. Jedyną „częścią” wydawnictwa będącą jego własnością okazało się znane już od dwudziestu lat logo, stworzone przez Hanka Kanalza
Od początku głównym założeniem twórców Image Comics było stworzenie osobnych studiów dla każdego z nich, aby w jego ramach mogli realizować swoje własne, nie narzucane przez nikogo, komiksowe pomysły. I tak każdy z twórców zrzeszonych w wydawnictwie stworzył swoją markę. Wyjątkami byli Chris Claremont, który wolał pozostać freelancerem i przeżywający w tym czasie zawirowania rodzinne Whilce Portacio. Ostatecznie Image dorobiło się sześciu imprintów:
Extreme Studios – założone przez Roba Liefelda. Tu publikowano takie tytuły jak „Youngblood”, „Prophet” czy „Supreme”.
Highbrow Entertainment – którego twórcą był Erik Larsen, twórca „The Savage Dragon” oraz „Freak Force”.
Shadowline – stworzone przez Jima Valentino. Na początku największym hitem studia była seria „Shadowhawk”.
Todd McFarlane Productions – tu raczej nie trzeba pisać kto był założycielem, prawda? W tym studiu powstał „Spawn”.
Top Cow Productions – „dziecko” Marca Silvestriego i dom takich serii jak „Witchblade” czy „The Darkness”
Wildstorm Productions – gdzie swój dom znalazły wszystkie pomysły Jima Lee, na czele z „WildC.A.T.S.” oraz „StormWatch”.
Losy każdego z tych studiów, a także tych, które powstały w późniejszym okresie, zasługują na osobne notki. Ale wróćmy do Image. Na samym początku swojego funkcjonowania, nowy gracz na rynku podczepił się pod wydawnictwo Malibu Comics i korzystał z jego kanałów dystrybucji, marketingu oraz administracji. Trwało to tylko do 1993, ponieważ Image bardzo szybko stało się poważnym graczem na rynku i mogło się już ostatecznie usamodzielnić. Jak do tego doszło? Niemal każdy z opublikowanych przez nowe wydawnictwo komiksów stawał się rynkowym hitem. Tak było z historycznie pierwszą pozycją od Image – „Youngblood” #1, a także właściwie z każdym kolejnym komiksem. Przykładowo, „Spawn” #1” sprzedał się w nakładzie 1.7 miliona egzemplarzy, co do dziś jest rekordem wśród komiksów spoza Marvela i DC. Część spośród ojców-założycieli uznało, że warto stworzyć coś na kształt uniwersum Image i, przy zachowaniu swobody twórczej, niektóre serie zaczęły się przenikać. Dzięki temu czytelnicy mogli być świadkami team-upu Spawna z Youngblood czy Wild C.A.T.S. z Savage Dragonem. Erik Larsen oraz Jim Valentino obawiali się, że doprowadzi to do przekształcenia Image w korporację podobną do tej, którą z hukiem opuścili i z czasem zaczęli się wycofywać ze idei wspólnego uniwersum.
Stereotypowo wyobrażenie o komiksach z wczesnego Image równa się zbiorowi wszystkiego, co najgorsze w komiksie superbohaterskim lat dziewięćdziesiątych, ale pamiętać należy, że wydawnictwo nie publikowało jedynie pozycji napakowanych nawalankami kolorowych trykociarzy. Przejrzyste zasady funkcjonowania i stawianie artystów na pierwszym miejscu zaczęło stopniowo przyciągać kolejnych twórców, którzy chcieli stworzyć coś całkowicie po swojemu. I tak wkrótce Image zaczęło publikować takie tytuły jak „The Maxx” Sama Kietha, „Pitt” Dale’a Keowna czy „Astro City” Kurta Busieka oraz Alexa Rossa. Ale już wkrótce sielanka miała się skończyć...
Pierwsze kłopoty Image Comics pojawiły się w połowie lat 90-tych, gdy sklepy komiksowe dość mocno okroiły ilość zamawianych u wydawcy komiksów. Wszystko ze względu na dość niekorzystne dla nich zasad współpracy, przez które sprzedawcy zostawali z ogromną ilością komiksów, których nikt nie chciał kupować. To zabolało poszczególne studia, zwłaszcza pod względem finansowym. Rozwiązaniem okazało się zatrudnienie Larry’ego Mardera, który nawiązał nowe kontakty z poszczególnymi dostawcami komiksów i ustalił jasne oraz korzystne zasady dla obu stron. Po jakimś czasie zamówienia na komiksy od Image znów zaczęły wzrastać, a kolejne serie pokroju „Witchblade” czy „Gen13” znowu lądowały na liście bestsellerów. Image wyprzedzając upadające już Malibu Comics oraz Valiant Comics stało się trzecią siłą na rynku, sadowiąc się tuż za plecami wielkiej dwójki.
Niestety, gdzie kucharek sześć tam... spore kłopoty. Jak to zwykle bywa sukces okazał się przyczyną upadku. Jak to się potocznie mówi, sodówka uderzyła do głowy. Pomiędzy ojcami-założycielami projektu, zaczęły pojawiać się spięcia. Rob Liefeld został naczelnym całości wydawnictwa i zaczął wykorzystywać swoją pozycję do promowania Maximum Press – autorskiego wydawnictwa komiksowego, którego nie włączył w struktury Image. Jako pierwszy zaprotestował Marc Silvestri, któremu nie podobały się próby podkupienia Michaela Turnera z jego studia przez Liefelda. Pierwszym odszczepieńcem okazało się Top Cow. Te wydarzenia odbiły się na całym Image. Po wielu naradach w 1996 roku postanowiono wyrzucić twórcę „Youngblood” z wydawnictwa. Ten zabrał ze sobą całość studia Extreme, połączył z Maximum Press i przekształcił w wydawnictwo Awesome Comics. Silvestri w reakcji na te wydarzenie powrócił z Top Cow w struktury Image. Gdy wydawało się, że nastały spokojniejsze czasy, w 1998 roku prawdziwą bombę zrzucił Jim Lee. Jego WildStorm zostało sprzedane DC Comics i można powiedzieć, że w tym momencie nastąpił faktyczny koniec „uniwersum Image”, co sprawiło sporo kłopotów poszczególnym twórcom i ich komiksom. Już odejście Liefelda sprawiło, że Todd McFarlane musiał dość poważnie zmienić origin Spawna, lecz zniknięcie WildStormu wpłynęło na takie serie jak „Cyber Force”, „Hunter Killer”, a także na miesięcznik, którego bohaterem był Al Simmons.
Wraz z odejściem Lee, poszczególne studia zmieniły nieco taktykę wydawniczą. Komiksy z Top Cow stały się praktycznie osobnym uniwersum, podobnie jak wspomniane już prace McFarlane’a. Erik Larsen skupił się wyłącznie na „The Savage Dragon”, co zresztą robi do dziś, a Shadowline zostało zamknięte. W 1999 roku z pracy odszedł Larry Marder, a zastąpił go Jim Valentino. Od tego czasu Image postanowiło zdywersyfikować swoją ofertę i skupić się na publikowaniu komiksów określanych jako „non-studio”, oczywiście nie zabraniając poszczególnym twórcom publikować pod własnym szyldem. Valentino ustąpił w 2004 roku, zastąpiony przez Erika Larsena. Ten nie wsławił się niczym, ponieważ kontynuował dzieło swojego poprzednika. Nie był to najlepszy okres dla Image, które osiągało coraz gorsze wyniki sprzedaży i musiało rywalizować z Dark Horse Comics oraz IDW Publishing o miano trzeciej siły na rynku. Wszystko miało zmienić się jednak w 2008 roku.
Wtedy też w Image pojawił się Eric Stephenson. Nie tylko namówił on Jima Valentino do wskrzeszenia Shadowline, ale przede wszystkim postawił na scenarzystę, który nazywał się Robert Kirkman. Chyba bez przesady można powiedzieć, że to właśnie ojciec „The Walking Dead” oraz „Invincible” uratował Image przed popadnięciem w całkowitą przeciętność i (być może) rychłym upadkiem. Komiksy Kirkmana wpłynęły na zmianę profilu wydawnictwa – superherosi zeszli na bok, a w cenie zaczęły być komiksy o znacznie bardziej różnorodnej tematyce. Niesamowitym przebojem okazały się „Żywe trupy”, ale znowu – ich fenomen to materiał na osobną notkę.
W Image znów wzrosła rola poszczególnych studiów, lecz komiksy „non-studio” nie straciły na swojej ważności. Dziś można śmiało powiedzieć, że aktualna oferta Image to w połowie pozycje studyjne, a w połowie komiksy wydawane pod wspólnym szyldem. W połowie 2010 roku Kirkman zakłada własny imprint Skybound, a w 2012 roku John Michael Straczynski reaktywuje Joe’s Comics. Wcześniej była to mała część Top Cow, dziś pełnoprawne studio Image. Wspomnieć należy także, że w 2007 roku do Image wraca Rob Liefeld. Próbuje on reanimować markę „Youngblood”, a w 2012 roku ze średnim skutkiem przywraca do życia studio Extreme.
Pomimo tego, rok 2012 ogólnie był pasmem sukcesów wydawnictwa. Z okazji dwudziestolecia istnienia Image, nie tylko przyciągnięto masę uznanych twórców, ale także ruszono ze sporą ilością nowych pozycji. Wśród nich „Saga”, „The Manhattan Project” czy „Fatale”. Image odzyskało pozycję trzeciej siły na rynku, a rok 2013 pokazał, że na tym wydawnictwo nie ma zamiaru poprzestać.
Autorem powyższego tekstu jest Krzysztof "Lokus" Tymczyński. Pierwotnie ukazał się on na ostatnio założonym przez niego blogu poświęconym Image Comics. Wpadajcie tam, jak chcecie poczytać coś fajnego o wydawnictwie, które wydaje Spawna, Żywe trupy i przygody pewnego zielonego smoka.
Etykiety:
Ameryka,
Erik Larsen,
horror,
Image Comics,
importowane,
Jim Lee,
Jim Valentino,
mainstream,
Marc Silvestri,
publicystyka,
Rob Liefeld,
super-hero,
Todd McFarlane,
Whilce Portacio
czwartek, 27 września 2012
#1138 - Spawn: Endgame Collection
Poniższy tekst pierwotnie został opublikowany na łamach serwisu Independent Comics, na którą przy tej okazji zapraszamy. Jego autorem jest Krzysztof Tymczyński.
Todd McFarlane potrafi zaskoczyć każdego czytelnika komiksów. Kto bowiem mógł przypuszczać, że najważniejszy moment w historii Spawna przypadnie nie na setny czy dwusetny numer jego solowej serii, tylko objawi nam się w numerze 185? Przecież to nie jest odpowiedni moment na takie zabiegi jak... ponowne uśmiercenie głównego bohatera! Tak, dobrze czytacie. "Spawn: Endgame Collection" to pożegnanie Ala Simmonsa, które trwa dokładnie... cztery strony. Potem rozpoczyna się zupełnie nowa era.
Po ostatnich wydarzeniach, które dziwnym zbiegiem okoliczności nie zostały jeszcze zebrane w formie wydania zbiorczego, Al Simmons nie chce już dłużej pełnić roli Spawna. Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że uwolni się od klątwy tylko w momencie, w którym popełni samobójstwo. Chwilę później tak właśnie się dzieje. Dokładnie w tym samym momencie, w pewnym szpitalu, ze śpiączki budzi się tajemniczy Pacjent 47. Blondwłosy mężczyzna stał się właśnie kolejną osobą, na którą spadła piekielna klątwa Spawna. Czy odnajdzie się on w nowej roli? Co zrobi wiedząc, że jego tropem podążają nie tylko starzy wrogowie, ale także zastęp zupełnie nowych przeciwników, prosto z piekła rodem?
Tak w skrócie przedstawia się fabuła "Spawn: Endgame Collection". Historia ta zebrana była już w dwóch albumach, lecz z powodu jej ogromnej popularności, Image Comics postanowiło połączyć je oba w jeden, grubszy tom, uzupełnić dodatkami i zarobić kilka dolarów więcej. Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że się udało.
"Endgame" to bardzo udany powrót Todda McFarlane’a do pisania przygód Spawna. Co prawda w pierwszej połowie historii towarzyszy mu jeszcze Brian Holguin – wieloletni, regularny scenarzysta serii "Spawn", lecz druga część to już solowy popis twórcy postaci Ala Simmonsa i Jima Downinga (bo tak naprawdę nazywa się Pacjent 47). Obdarzony dużym kredytem zaufania Holguin nigdy nie osiągnął takiego poziomu, żeby chociaż zbliżyć się do swoich poprzedników. Opowieść zawarta oryginalnie w numerach 185-197 przykuwa uwagę, pomimo tego, że jest w swojej konstrukcji bardzo podobna do pierwszych numerów "Spawna", znanych także polskiemu czytelnikowi. Gdy Jim zostaje Spawnem, zaczyna odkrywać dziedzictwo Ala Simmonsa, które jego fani dokładnie znają. Nic więc dziwnego, że "Endgame" jest idealnym momentem dla potencjalnych czytelników, by rozpocząć swoją znajomość ze Spawnem. Tu zwracam się do panów z Marvela i DC – jak widać nie potrzeba ciągle restartować serii z poszczególnymi bohaterami, aby odnieść pożądany sukces i docierać do nowych nabywców.
Scenarzyści komiksu zadbali jednak o to, by stali czytelnicy nie czuli się pominięci i zagubieni. Dlatego też nowy Spawn napotyka na swojej drodze znanych i lubianych: detektywów Sama i Twitcha, klauna Violatora, a swój mały epizod zalicza także Wanda Fitzgerald. Zwłaszcza scena z nią w roli głównej szczególnie zapada w pamięć, ponieważ to właśnie wtedy stali czytelnicy przygód Spawna uświadamiają sobie, że widzieli już twarz Jima Downinga w oryginalnym "Spawn" #2! Jest to bardzo ciekawy zabieg ze strony scenarzystów, ale po więcej szczegółów zapraszam do lektury.
Zeszytowe "Endgame" charakteryzowało się tym, do czego fani wydawnictwa Image mogli się już przyzwyczaić. Chodzi mi oczywiście o potężne opóźnienia. Dwanaście zeszytów składających się na całość historii ukazywało się przez blisko półtorej roku, co teoretycznie jeszcze nie jest tak złym wynikiem. Warto jednak wspomnieć o fakcie, że rysunki do zbioru musiało wykonywać aż czterech rysowników, ponieważ niemal każdy z nich miał spore kłopoty z wyrobieniem się w terminie. Pod tym względem nie zawiódł jedynie, znany ze swojej ekspresowej pracy, Rob Liefeld. No ale wszyscy doskonale wiemy, że jest to artysta strasznie kontrowersyjny i albo się go kocha, albo nienawidzi. Ja osobiście należę do tej drugiej grupy. Podziwiając szatę graficzną nie sposób nie zauważyć, że zarówno Liefield, Whilce Portacio jak i Greg Capullo, starali się jak najbardziej zbliżyć się do siebie stylowo, dzięki czemu przejścia od jednego rysownika do drugiego obywało się czasem nawet niezauważalnie. Najmocniej kłuło to w oczy w przypadku Whilce’a Portacio, który na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno obniżył loty i gdzieś zatracił swój własny, niepowtarzalny styl.
Oprócz dwunastu zeszytów serii "Spawn", zbiór zawiera całkiem pokaźną liczbę dodatków, chociaż zupełnie standardowych. Oprócz galerii okładek do poszczególnych rozdziałów historii, dostaliśmy też kilkanaście szkiców autorstwa poszczególnych rysowników, a także krótki komentarz samego. W sumie to blisko 30 stron dodatków, więc szału nie ma.
"Spawn: Endgame Collection" to nie lada gratka dla każdego fana tej postaci, a także doskonałe miejsce na rozpoczęcie przygody z Piekielnym Pomiotę dla nowego czytelnika. Wystawiam mu mocną czwórkę i zachęcam do kupna, ponieważ przedstawiona w zbiorze historia stanowi w prostej linii wstęp do numeru 201 oryginalnej serii, gdzie na stanowisku stałego artysty zawitał nasz rodak – Szymon Kudrański. Ale to jak się tam zadomowił, dowiecie się z kolejnych recenzji.
Todd McFarlane potrafi zaskoczyć każdego czytelnika komiksów. Kto bowiem mógł przypuszczać, że najważniejszy moment w historii Spawna przypadnie nie na setny czy dwusetny numer jego solowej serii, tylko objawi nam się w numerze 185? Przecież to nie jest odpowiedni moment na takie zabiegi jak... ponowne uśmiercenie głównego bohatera! Tak, dobrze czytacie. "Spawn: Endgame Collection" to pożegnanie Ala Simmonsa, które trwa dokładnie... cztery strony. Potem rozpoczyna się zupełnie nowa era.
Po ostatnich wydarzeniach, które dziwnym zbiegiem okoliczności nie zostały jeszcze zebrane w formie wydania zbiorczego, Al Simmons nie chce już dłużej pełnić roli Spawna. Mężczyzna zdaje sobie sprawę, że uwolni się od klątwy tylko w momencie, w którym popełni samobójstwo. Chwilę później tak właśnie się dzieje. Dokładnie w tym samym momencie, w pewnym szpitalu, ze śpiączki budzi się tajemniczy Pacjent 47. Blondwłosy mężczyzna stał się właśnie kolejną osobą, na którą spadła piekielna klątwa Spawna. Czy odnajdzie się on w nowej roli? Co zrobi wiedząc, że jego tropem podążają nie tylko starzy wrogowie, ale także zastęp zupełnie nowych przeciwników, prosto z piekła rodem?
Tak w skrócie przedstawia się fabuła "Spawn: Endgame Collection". Historia ta zebrana była już w dwóch albumach, lecz z powodu jej ogromnej popularności, Image Comics postanowiło połączyć je oba w jeden, grubszy tom, uzupełnić dodatkami i zarobić kilka dolarów więcej. Nie odkryję Ameryki, jeśli napiszę, że się udało.
"Endgame" to bardzo udany powrót Todda McFarlane’a do pisania przygód Spawna. Co prawda w pierwszej połowie historii towarzyszy mu jeszcze Brian Holguin – wieloletni, regularny scenarzysta serii "Spawn", lecz druga część to już solowy popis twórcy postaci Ala Simmonsa i Jima Downinga (bo tak naprawdę nazywa się Pacjent 47). Obdarzony dużym kredytem zaufania Holguin nigdy nie osiągnął takiego poziomu, żeby chociaż zbliżyć się do swoich poprzedników. Opowieść zawarta oryginalnie w numerach 185-197 przykuwa uwagę, pomimo tego, że jest w swojej konstrukcji bardzo podobna do pierwszych numerów "Spawna", znanych także polskiemu czytelnikowi. Gdy Jim zostaje Spawnem, zaczyna odkrywać dziedzictwo Ala Simmonsa, które jego fani dokładnie znają. Nic więc dziwnego, że "Endgame" jest idealnym momentem dla potencjalnych czytelników, by rozpocząć swoją znajomość ze Spawnem. Tu zwracam się do panów z Marvela i DC – jak widać nie potrzeba ciągle restartować serii z poszczególnymi bohaterami, aby odnieść pożądany sukces i docierać do nowych nabywców.
Scenarzyści komiksu zadbali jednak o to, by stali czytelnicy nie czuli się pominięci i zagubieni. Dlatego też nowy Spawn napotyka na swojej drodze znanych i lubianych: detektywów Sama i Twitcha, klauna Violatora, a swój mały epizod zalicza także Wanda Fitzgerald. Zwłaszcza scena z nią w roli głównej szczególnie zapada w pamięć, ponieważ to właśnie wtedy stali czytelnicy przygód Spawna uświadamiają sobie, że widzieli już twarz Jima Downinga w oryginalnym "Spawn" #2! Jest to bardzo ciekawy zabieg ze strony scenarzystów, ale po więcej szczegółów zapraszam do lektury.
Zeszytowe "Endgame" charakteryzowało się tym, do czego fani wydawnictwa Image mogli się już przyzwyczaić. Chodzi mi oczywiście o potężne opóźnienia. Dwanaście zeszytów składających się na całość historii ukazywało się przez blisko półtorej roku, co teoretycznie jeszcze nie jest tak złym wynikiem. Warto jednak wspomnieć o fakcie, że rysunki do zbioru musiało wykonywać aż czterech rysowników, ponieważ niemal każdy z nich miał spore kłopoty z wyrobieniem się w terminie. Pod tym względem nie zawiódł jedynie, znany ze swojej ekspresowej pracy, Rob Liefeld. No ale wszyscy doskonale wiemy, że jest to artysta strasznie kontrowersyjny i albo się go kocha, albo nienawidzi. Ja osobiście należę do tej drugiej grupy. Podziwiając szatę graficzną nie sposób nie zauważyć, że zarówno Liefield, Whilce Portacio jak i Greg Capullo, starali się jak najbardziej zbliżyć się do siebie stylowo, dzięki czemu przejścia od jednego rysownika do drugiego obywało się czasem nawet niezauważalnie. Najmocniej kłuło to w oczy w przypadku Whilce’a Portacio, który na przestrzeni ostatnich kilku lat mocno obniżył loty i gdzieś zatracił swój własny, niepowtarzalny styl.
Oprócz dwunastu zeszytów serii "Spawn", zbiór zawiera całkiem pokaźną liczbę dodatków, chociaż zupełnie standardowych. Oprócz galerii okładek do poszczególnych rozdziałów historii, dostaliśmy też kilkanaście szkiców autorstwa poszczególnych rysowników, a także krótki komentarz samego. W sumie to blisko 30 stron dodatków, więc szału nie ma.
"Spawn: Endgame Collection" to nie lada gratka dla każdego fana tej postaci, a także doskonałe miejsce na rozpoczęcie przygody z Piekielnym Pomiotę dla nowego czytelnika. Wystawiam mu mocną czwórkę i zachęcam do kupna, ponieważ przedstawiona w zbiorze historia stanowi w prostej linii wstęp do numeru 201 oryginalnej serii, gdzie na stanowisku stałego artysty zawitał nasz rodak – Szymon Kudrański. Ale to jak się tam zadomowił, dowiecie się z kolejnych recenzji.
Etykiety:
Ameryka,
Brian Holguin,
Greg Capullo,
Image Comics,
importowane,
mainstream,
recenzja,
Rob Liefeld,
super-hero,
Todd McFarlane,
Whilce Portacio,
występ gościnny
wtorek, 8 września 2009
#244 - Nadchodzi niebezpieczeństwo!
O zbliżającym się wielkimi krokami pierwszym w siedemnastoletniej historii wydawnictwa Image Comics crossoverze "Image United" przez długi czas nie było wiadomo nic ponad to, że ma się ukazać w bieżącym roku. Jednak im bliżej pojawienia się w sklepach pierwszego numeru tym szum medialny coraz większy, a języki twórców zamieszanych w całe przedsięwzięcie jakby bardziej rozwiązłe. Ostatnio nieco szczegółów wyjawił Robert Kirkman serwisowi Comic Book Resources.

W "Image United" główne role grają tacy herosi jak Spawn, Savage Dragon, Witchblade, Shadowhawk, członkowie grup Youngblood i Cyberforce oraz zupełnie nowa postać o imieniu Fortress. Dzięki połączonym siłom mają oni stawić czoła wielkiemu niebezpieczeństwu, zagrażającemu istnieniu świata w którym żyją, jednak czym ono jest, jak działa i kto za nim stoi - tego póki co nie wiadomo. Za stronę graficzną odpowiada sześciu (z siedmiu) założycieli wydawnictwa, czyli Todd McFarlane, Erik Larsen, Marc Silvestri, Whilce Portacio, Jim Valentino i Rob Liefeld. Brakuje jedynie Jima Lee, który ma podpisany kontrakt na wyłączność z DC Comics, ale czynione są starania, żeby mógł on chociażby stworzyć okładkę do jednego z sześciu numerów mini-serii. Scenarzystą serii mianowano Roberta Kirkmana, który od dobrych kilku lat z powodzeniem tworzy hitowe serie dla Image jak "Żywe Trupy" czy "Invincible".
Wyczekujący listopadowego terminu będą mogli już miesiąc wcześniej zacząć przygodę z "Image United" - na łamach czterech regularnych serii zostanie przedstawiony prolog do eventu, określanego przez Kirkmana jako "świetny, duży, mega-crossover". Wstęp ten skupi się nieco na herosie stworzonym przez Whilce'a Portacio (Fortress), który przyodziany w tajemniczy skafander nie wie skąd go ma, co się z nim ostatnio działo, jakie ma moce i jak to jest być superbohaterem. Wydarzenia przedstawione w prologu poprowadzą prosto do numeru pierwszego, który rozpocznie się wizją nowego bohatera dotyczącą zbliżającego się niebezpieczeństwa, któremu czoła będzie musiał stawić zarówno on jak i reszta tych "dobrych". Oprócz wymienionych wyżej herosów możliwe są występy gościnne innych postaci z Image Comics - Kirkman zapowiada w prologu występ kogoś, kogo czytelnicy się nie spodziewają, ale na pytanie czy będzie to jego Invincible odpowiada "Bez komentarza". Wszystko to co wydarzy się na łamach mini-serii ma odbić się na uniwersum Image, jak i na samych głównych bohaterach. Scenarzysta omówił z każdym z twórców postaci co może on zrobić ich "dzieciom" i należy się spodziewać, że zarówno Spawn, Witchblade, Dragon i reszta zapamiętają to wydarzenie na nieco dłużej.
"Image United" zapowiada się przede wszystkim jako świetny wizualnie komiks, będący swego rodzaju graficznym jam session. Już kilka razy pisaliśmy na czym będzie to polegać, ale nie zaszkodzi raz jeszcze - każdy z twórców rysuje tylko i wyłącznie swojego bohatera, więc jeśli na jednym kadrze występuje i Spawn i Fortress to można być pewnym, że nad obrazkiem pracował zarówno McFarlane jak i Portacio. Jeśli zaś chodzi o tła to będą one głównie zasługą Erika Larsena.
Szczerze przyznam, że o ile jestem bardzo zainteresowany tym crossem ze względu na udział Dragona i jego stwórcy, to nie specjalnie przyciąga mnie (na razie!) do niego dość sztampowa historia (wizja nadchodzącego niebezpieczeństwa) i chwyt z wprowadzeniem nowego herosa, który okaże się zapewne głównym rozgrywającym. Mam jednak nadzieję, że Kirkman stanie na wysokości zadania i w przeciwieństwie do swojego jednonumerowego crossoveru (jak określano sześćdziesiąty numer "Invincible") poradzi sobie o niebo lepiej z całą tą zgrają bohaterów. Jak na razie bowiem, całe to wydarzenie wygląda mi na dobrze się graficznie zapowiadający skok na kasę w stylu "chodźcie zobaczcie jak sobie świetnie radzimy po połączeniu sił!". Obym się mylił.
Pierwszy numer "Image United" trafi do sklepów 25 listopada, a prolog do tego wydarzenia rozegra się w październikowym "Savage Dragon" #153, "Witchblade" #131, "Invincible" #67 i "Spawn" #197.
W "Image United" główne role grają tacy herosi jak Spawn, Savage Dragon, Witchblade, Shadowhawk, członkowie grup Youngblood i Cyberforce oraz zupełnie nowa postać o imieniu Fortress. Dzięki połączonym siłom mają oni stawić czoła wielkiemu niebezpieczeństwu, zagrażającemu istnieniu świata w którym żyją, jednak czym ono jest, jak działa i kto za nim stoi - tego póki co nie wiadomo. Za stronę graficzną odpowiada sześciu (z siedmiu) założycieli wydawnictwa, czyli Todd McFarlane, Erik Larsen, Marc Silvestri, Whilce Portacio, Jim Valentino i Rob Liefeld. Brakuje jedynie Jima Lee, który ma podpisany kontrakt na wyłączność z DC Comics, ale czynione są starania, żeby mógł on chociażby stworzyć okładkę do jednego z sześciu numerów mini-serii. Scenarzystą serii mianowano Roberta Kirkmana, który od dobrych kilku lat z powodzeniem tworzy hitowe serie dla Image jak "Żywe Trupy" czy "Invincible".
Wyczekujący listopadowego terminu będą mogli już miesiąc wcześniej zacząć przygodę z "Image United" - na łamach czterech regularnych serii zostanie przedstawiony prolog do eventu, określanego przez Kirkmana jako "świetny, duży, mega-crossover". Wstęp ten skupi się nieco na herosie stworzonym przez Whilce'a Portacio (Fortress), który przyodziany w tajemniczy skafander nie wie skąd go ma, co się z nim ostatnio działo, jakie ma moce i jak to jest być superbohaterem. Wydarzenia przedstawione w prologu poprowadzą prosto do numeru pierwszego, który rozpocznie się wizją nowego bohatera dotyczącą zbliżającego się niebezpieczeństwa, któremu czoła będzie musiał stawić zarówno on jak i reszta tych "dobrych". Oprócz wymienionych wyżej herosów możliwe są występy gościnne innych postaci z Image Comics - Kirkman zapowiada w prologu występ kogoś, kogo czytelnicy się nie spodziewają, ale na pytanie czy będzie to jego Invincible odpowiada "Bez komentarza". Wszystko to co wydarzy się na łamach mini-serii ma odbić się na uniwersum Image, jak i na samych głównych bohaterach. Scenarzysta omówił z każdym z twórców postaci co może on zrobić ich "dzieciom" i należy się spodziewać, że zarówno Spawn, Witchblade, Dragon i reszta zapamiętają to wydarzenie na nieco dłużej.
"Image United" zapowiada się przede wszystkim jako świetny wizualnie komiks, będący swego rodzaju graficznym jam session. Już kilka razy pisaliśmy na czym będzie to polegać, ale nie zaszkodzi raz jeszcze - każdy z twórców rysuje tylko i wyłącznie swojego bohatera, więc jeśli na jednym kadrze występuje i Spawn i Fortress to można być pewnym, że nad obrazkiem pracował zarówno McFarlane jak i Portacio. Jeśli zaś chodzi o tła to będą one głównie zasługą Erika Larsena.
Szczerze przyznam, że o ile jestem bardzo zainteresowany tym crossem ze względu na udział Dragona i jego stwórcy, to nie specjalnie przyciąga mnie (na razie!) do niego dość sztampowa historia (wizja nadchodzącego niebezpieczeństwa) i chwyt z wprowadzeniem nowego herosa, który okaże się zapewne głównym rozgrywającym. Mam jednak nadzieję, że Kirkman stanie na wysokości zadania i w przeciwieństwie do swojego jednonumerowego crossoveru (jak określano sześćdziesiąty numer "Invincible") poradzi sobie o niebo lepiej z całą tą zgrają bohaterów. Jak na razie bowiem, całe to wydarzenie wygląda mi na dobrze się graficznie zapowiadający skok na kasę w stylu "chodźcie zobaczcie jak sobie świetnie radzimy po połączeniu sił!". Obym się mylił.
Pierwszy numer "Image United" trafi do sklepów 25 listopada, a prolog do tego wydarzenia rozegra się w październikowym "Savage Dragon" #153, "Witchblade" #131, "Invincible" #67 i "Spawn" #197.
(wszelkie nowości odnośnie tego wydarzenia można śledzić na imageunited.info)
Etykiety:
Ameryka,
Erik Larsen,
Image Comics,
importowane,
Jim Valentino,
Marc Silvestri,
Rob Liefeld,
Robert Kirkman,
super-hero,
Todd McFarlane,
Whilce Portacio,
zapowiedź
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
.jpg)
.jpg)









