wtorek, 10 lutego 2015
#1806 - Garaż hermetyczny
piątek, 18 stycznia 2013
#1223 - Liga Niezwykłych Dżentelmenów: Stulecie
Bohaterowie wędrują przez wiek przeżywając niesamowite i bardziej przyziemne przygody. Szpiegują okultystów, ścierają się raz po raz ze złowrogim magiem, Olivierem Haddo, walczą z piratami, próbują powstrzymać apokalipsę, spotykają tajemniczego „więźnia Londynu”, biorą udział w koncercie rockowym/rytuale czarnomagicznym, by w końcu stanąć oko w oko z przepowiadanym Antychrystem.
Po pierwszych dwóch częściach byłem sceptycznie nastawiony do „Stulecia”. Szybkość i sposób prowadzenia narracji sprawiły, że opowieść wydała się dość chaotyczna. Moore bardzo skakał między wydarzeniami, początkowo mniej skupiał się na głównych, zdawałoby się bohaterach, sporo miejsca poświęcając pobocznym wątkom, m. in. historii córki kapitana Nemo. Jednak po lekturze całości muszę stwierdzić, że to wszystko jak najbardziej miało sens, a „Stulecie” znakomitym komiksem jest i basta. Mnożenie wątków i postaci to bardzo ryzykowna gra, wielu dobrych scenarzystów się w ten sposób zapętliło. Na szczęście Moore jest wybitny. Cała historia jest dokładnie przemyślana i starannie poprowadzona. Żaden element nie jest zbędny, a przeskoki między scenami dają pełny obraz całej opowieści wraz z przyległościami. Czarownik z Notrhampton zgrabnie pozamykał wiele wątków, jednocześnie tworząc multum furtek do potencjalnych kolejnych opowieści, dziejących się w jego patchworkowym uniwersum.
Pisząc o „Lidze Niezwykłych Dżentelmenów” nie można nie wspomnieć o warstwie graficznej. Kevin O’Neill jest z serią od samego początku i trudno by było sobie wyobrazić innego artystę na jego stołku. Jego charakterystyczna kreska i szczegółowe rysunki bardzo dobrze przedstawiają drugie plany, gdzie dzieje się tak wiele. Bogactwo jego grafik przepysznie oddaje klimat każdej sceny - czy będzie to wywołujący uczucie niesmaku spacer wśród biedoty londyńskiej dzielnicy portowej, wyniosła tajemniczość klubu dla okultystów, czy szaleństwo tłumu hipisów wymieszane z panicznymi halucynacjami.
Wielka szkoda, że Egmont nie opublikował wcześniejszego tomu: „Black Dossier” - mam wrażenie, że czytający „Stulecie” bez znajomości tego tomu mogą w pewnych miejscach poczuć się zagubieni. Większa część akcji „Black Dossier” dzieje się między wydarzeniami z pierwszego i drugiego tomu „Stulecia”, kilku bohaterów jest tam szerzej przedstawionych,. Ale cóż, czasami po prostu nie możemy mieć wszystkiego.
„Stulecie” można odczytywać na kliku płaszczyznach. Jak zawsze w przypadku „Ligi…” jest to postmodernistyczna zabawa, szalona mozaika nawiązań, zmuszająca czytelnika do uporczywego tropienia, wyszukiwania elementów znanych z kultury i popkultury - literatury, malarstwa, muzyki, sztuki użytkowej oraz historii współczesnej. W „Stuleciu” Moore podniósł poziom trudności w tej kwestii. Dzielny czytelnik, chcący odnaleźć wszystkie nawiązania natknie się na dzieła bardzo niszowe, przedwojenną brytyjską pulpę, opowiadania okultystyczne czy utwory znane Brytyjczykom, które niekoniecznie są popularne poza wyspami. Tym razem Moore nie ograniczył się do literatury - w XX wieku inne media doszły do głosu, tako więc i w „Lidze…” znajdzie się nawiązania do seriali, filmów, muzyki, a także do „Opery za trzy grosze”. Fragmenty utworu Brechta i Weilla pojawiają się w każdej części „Stulecia” - początkowo śpiewane przez postaci tła, w ostatnim w tej formie przedstawiony jest dialog Miny i Quatermaina. Można by pomyśleć, że taki komiksowy musical może być średnio strawny. Nic bardziej mylnego. Partie muzyczne zgrabnie wpasowują się w akcję i ładnie współgrają z resztą komiksu.
Moore, jako znany mag, często w swoich komiksach zawiera odniesienia do teorii oraz praktyk magicznych. „Stulecie” tymi znakami jest nasycone. Wspomniany wcześniej Haddo jest literackim odpowiednikiem najsłynniejszego dwudziestowiecznego okultysty, Aleistera Crowleya. Jest to postać z powieści „The Magician”, W. Somerseta Maughama. W komiksie Moore’a i O’Neilla ten „najbardziej zdeprawowany człowiek świata” stara się stworzyć Księżycowe Dziecko, mające być zwiastunem nowego eonu, Ery Wodnika. Czyli, w rozumieniu sił przeciwnych magowi - Antychrysta. Nawiązań do postaci ojca Thelemy jest więcej. Jednym z pomocników Haddo jest Simon Iff, bohater literacki stworzony przez samego Crowleya - występował w książce „Moonchild” oraz cyklu opowiadań kryminalnych. Odniesień do postaci angielskiego maga, nie tylko literackich, pojawia się jeszcze kilka.
Daty 1910, 1969 i 2009 można odczytywać jako okresy wzmożonego zainteresowania ludzkości magią. Pierwszy tom przedstawia czas rozkwitu wszelakiej maści towarzystw okultystycznych i ezoterycznych, lat działalności m. in. Crowleya, Ordo Templi Orientis czy Rudolfa Steinera. Drugi prezentuje epokę dzieci-kwiatów i fascynację magią wśród gwiazd rocka. Ostatni tom, to czasy współczesne, kiedy myślenie o magii zostało ograniczone do popkultury. Początek XXI wieku jest przedstawiony jako doba upadku magii jako dziedziny traktowanej poważnie. Świat czarodziejski istnieje gdzieś obok, ignorowany przez większość społeczeństwa.
„Stulecie” to też bardzo ostra krytyka XX wieku. Krocząc przez kolejne lata wraz niezwykłymi dżentelmenami, obserwujemy cywilizację postępującego regresu. Ostatnia część „Ligi…” (podobnie jak Black Dossier) jest dużo mroczniejsza, bardziej ponura od pierwszych dwóch tomów. Owszem, one też nie oszczędzały bohaterów - Moore od początku traktował bohaterów literackich jak żywych ludzi, z bagażem doświadczeń, wad i słabości. Jednak atmosfera belle epoque, przełomu wieków, odkryć i steampunkowych wynalazków dawała nadzieję. XX wiek pogrzebał te sny o wielkości. Wojny światowe, rządy Wielkiego Brata, zamachy terrorystyczne i upadek kultury - z każdą częścią „Stulecia” świat wygląda coraz gorzej, zmierza ku upadkowi, a bohaterowie razem z nim - ulegają swoim słabościom, tracą wiarę w sens swoich działań. Paradoksalnie, epoka wiktoriańska przedstawiona we wcześniejszych komiksach wypadła o wiele korzystniej od czasów współczesnych.
Panowie Moore i O’Neill po raz kolejny stworzyli fascynującą opowieść - pasjonującą, a przy tym wymagającą przygodę, która wciągnie waszego wewnętrznego dzieciaka, a także zaspokoi intelektualne pretensje.
wtorek, 9 sierpnia 2011
#829 - Julia i Roem
poniedziałek, 10 stycznia 2011
#665 - Liga Niezwykłych Dżentelmanów: Stulecie (1)

wtorek, 14 września 2010
#559 - Krzyk Ludu
W zależności od światopoglądowych preferencji zryw rewolucyjny z 1871 roku uchodzi za anarchistyczny bunt wobec państwa, pierwszą próbę komunistycznej rewolucji społecznej lub ostatnie z wielkich powstań romantycznych XIX wieku. Od jednoznacznej odpowiedzi o znaczenie Komuny Paryskiej uciekają Jean Vautrin i Jacques Tardi w albumie "Krzyk ludu", który już niektórzy zdążyli ogłosić kolejną, francuską lewacką propagandówką w obrazkach. Pewnie poczują się nieco zawiedzeni, bo komiks, oparty na kanwie powieści pod tym samym tytułem odżegnuje się od jakiegokolwiek ideologicznego zaangażowania. Krew na rękach maja zarówno obrońcy Paryża, mordujący bez litości swoich ciemiężycieli i księży, oraz wersalscy żołnierze zabijający wszystkich w zasięgu karabinu. Jedynie w ostatnim kadrze (oraz w posłowiu) Vautrin opowiada się po paryskiej stronie barykad, wpisując się w nieco przedrzeźniany stereotyp francuskiego intelektualisty o tyleż pięknych, co naiwnych socjalistycznych przekonaniach.
"Krzykowi ludu" bliżej jest do "Hrabiego Monte Christo", niż do "Komedii Ludzkiej" czy książek Emila Zoli. Czasy komuny paryskiej stanowią niezwykle barwne i bardzo znaczące tło sensacyjno-kryminalnej opowieści o zemście. Jedynie kątem oka można oglądać formowanie się barykad, masowe egzekucje, obrady Rady i wreszcie tragiczny upadek Komuny. Scenarzysta skupia się bowiem na losach ludzi z paryskiego półświatka, byłych galerników, wszelkiej maści rzezimieszków, zabójców i sutenerów oraz ścigających ich oficerach policji, którzy nie ustępują im w bezwzględności. Barykady formujące się na Montmartrze są dla nich doskonałą okazją do załatwiania swoich szemranych interesów, a przy okazji rewolucyjnej zawieruchy łatwiej można wyeliminować swoich konkurentów "z branży". W cieniu szlachetnych idei, w imię, których paryska biedota idzie na śmierć, w ludziach budzą się najgorsze instynkty. Stolica Francji zaczyna się roić od konfidentów i szpicli pracujących dla tego, kto da więcej, cmentarnych hien rabujących zwłoki poległych, spekulantów i złodziei. Inspektor Barthelemy stanowi wzorcowy przykład oportunisty, zręcznie lawirującego pomiędzy wersalczykami, a komunardami, by wypracować sobie jak najlepsze pozycję w rzeczywistości, która wyłoni się z gruzów Paryża.
Przyznam, że spodziewałem się po "Krzyku Ludu" nieco więcej historii, historiozofii nawet, a znacznie mniej sensacji. Fakt, że nieco się rozczarowałem, wynagrodził mi Jacques Tardi. Kolejny z mistrzów i klasyków europejskiego komiksu, który zadebiutował w Polsce. Obok francuskiej heroiny Adeli Blanc-Sec, znakomitego "Ici Meme" do scenariusza Jean-Claude Foresta (tego, od Barbarelii) i serii dotykającej traumy I Wojny Światowej ("C'était la guerre des tranchées"), "Krzyk Ludu" należy do jego najwybitniejszych osiągnięć. Tardi jest prawdziwym mistrzem komiksowego "bycia". Zgodnie z tym co pisał Scott McCloud, rysunki w komiksie dzielą się na te, które pozwalają swojemu czytelnikowi "widzieć" i te, dzięki którym może "być", brać udział w opowieści. Nieskomplikowana, mocna zikonizowana, ale bardzo dokładna kreska Tardiego jest niesamowicie angażująca. Przenosi na brudny bruk paryski, obskurne robotnicze dzielnice, płonące barykady, pod katedrę w Notre Dame, Luwr, na cmentarz Pere-Lachaise. Nie sposób nie ubrudzić dłoni krwią przewracając kolejne strony...
Egmontowi zwykle dostaje się za stronę edytorską ich komiksów. I słusznie, bo twarda oprawka nie jest żadnym wyznacznikiem ekskluzywności. W przypadku "Krzyku ludu" stanięto jednak na wysokości zadania. Maria Mosiewicz i Artur Szrejter znakomicie przysposobili komiks Vautrina i Tardiego polskiemu czytelnikowi, przekładając dziewiętnastowieczną gwarę paryską na warszawski slang półświatka. Obszerne przypisy przybliżą wiele z historycznych faktów i postaci występujących na kartach utworu, a obok obco brzmiącego wiersza Jean-Baptiste Clementa umieszczona "Komunę Paryską" Władysława Broniewskiego, odpowiednio nakreślającą kontekst polskiemu czytelnikowi. Oby takie podejście nie było tylko wyjątkiem od reguły, ale standardem wydawniczym komiksów spod znaku Wielkiego E.
Tak jakoś wyszło, że niewielkim odstępie czasowym czytałem "Krzyk Ludu" i "Katyń 1940. Zbrodnię na nieludzkiej ziemi", rodzimą historyczną super-produkcję, do której zaangażowaną czołówkę polskiej sceny komiksowej. Okładkę przygotowali graficy z Platige Image, a oprawą wizualną zajęli się Krzysztof Gawronkiewicz, Jerzy Ozga i Jacek Michalski. W porównaniu do poruszającego dzieła Vautrina i Tardiego, niejako przy okazji będącego kroniką wydarzenia, które wciąż dzieli Francuzów, komiks stworzony dzięki hojnemu wsparciu Narodowego Centrum Kultury wygląda, jak kiczowata historyjka obrazkowa. Te dwie pozycje dzieli przepaść. "Krzyk ludu" stanowi wzorzec, jak powinno robić się dobre komiks historyczne, natomiast "Katyń" jest podręcznikiem, czego przy takim przedsięwzięciu należy za wszelką cenę unikać.
poniedziałek, 10 maja 2010
#447 - Animal'z
W kolejnym projekcie, "Trylogii Nikopola", Bilal wraca do konwencji science-fiction i porusza szereg zagadnień, które będę później wracały w jego twórczości. W 2004 roku "Trylogia" doczekała się ekranizacji i do tej pory uchodzi za jego opus magnum. Niestety, jego następne dzieło, czyli "Tetralogia Potwora", nie powtórzyła sukcesu poprzedniego cyklu, okazując się (przynajmniej dla mnie) sporym rozczarowaniem. "Animal'z" to ostatni komiks urodzonego w Belgradzie twórcy. Ukazał się w marcu 2009 roku, a Bilal podejmie w nim tematykę manipulacji genetycznych, ekologii i etyki.
Świat, jaki znamy, przestał istnieć. Krwotok, seria niszczycielskich kataklizmów, przyczyniła się do rozregulowania klimatu i prawie całkowitej zagłady cywilizacji. Ludzkość znalazła się na granicy wyginięcia, a jej ostatnie niedobitki walczą o przetrwanie w postapokaliptycznej scenerii. Grupka sześciu szczęśliwców, którym udało się przeżyć i podróżują Przesmykiem 17 to główni bohaterowie opowieści. Z pozoru nic ich nie łączy, lecz wszyscy w kresu swojej wędrówki spotkają się ze sobą, w jednym miejscu. Okaże się, że są jedyną nadzieją na przetrwanie ludzkości.
Wizualnie "Animal'z" prezentuje się rewelacyjnie - sporo można zarzucać Bilalowi-scenarzyście, ale Bilal-rysownik to jeden z najwybitniejszych twórców, jacy przytrafili się sztuce komiksu. Ma znakomity warsztat, filmowe wyczucie narracji i intuicyjne rozumie specyfikę komiksowego medium. Do tego jest artystą odważnym, nie bojącym się eksperymentu, często próbującym czegoś nowego. Po gwałtownej "Tetralogii Potwora", przyszedł czas na dzieło bardziej wyciszone i stonowane, choć utrzymane w podobnej manierze graficznej. Utrzymane w odcieniach ponurej szarości kadry „Animal'z” doskonale oddające pustkowia zniszczonego świata. Podczas lektury na przemian zadziwiają i hipnotyzują. Nie ma zbyt wielu artystów, którzy potrafiliby wyczarować takie ilustracje tylko za pomocą ołówka, pasteli i szarego papieru.
Enkiemu Bilalowi udało się wyciągnąć wnioski z niepowodzeń, jakimi były ostatnie tomy "Tetralogii". Powściągnąwszy swój ideologiczny zapał i zamiłowanie do graficznych eksperymentów, stworzył kawał, naprawdę dobrego komiksu. "Animal'z" nie prezentuje może klasy wyśmienitego "Polowania" czy genialnie przerysowanej "Trylogii Nikopola", ale wciąż jest wartościową pozycją. Mnie przede wszystkim cieszy, że urodzonemu w Belgradzie artyście udało się uniknąć egzaltowanego bełkotu, którym raził w niektórych swoich komiksach. „Animal'z” to nastrojowa, posępna opowieść drogi. W swojej treści nie wychodzi poza ogólniki typu "nie igraj z potęgą natury", "żyj z nią w zgodzie" czy "w każdej sytuacji staraj się zachować człowieczeństwo", ale podaje je w bardzo sugestywnej i poetyckiej formie. Da się znaleźć kilka frapujących wątków, jak choćby postać profesora Owlesa, jednego z ocalałych. Ten współczesny doktor Mengele, naznaczony diabelskim znamieniem, pracował nad stworzeniem doskonałej hybrydy człowieka i zwierzęcia. Prezentuje to, co w ludzkości najgorsze, będąc jednocześnie jej jedyną nadzieją na przetrwanie. Dwaj tajemniczy rewolwerowcy, przemierzający umierający świat na konio-zebrach toczą ze sobą nierozstrzygnięte pojedynek na cytaty z klasyki literatury. Czy ich wieczny spór jest metaforą współczesnego impasu jałowej filozofii, na którą w nowym porządku, rządzonym prawami natury nie ma już miejsca? Nieco banalne w swoim przekazie "Animal'z" ma kilka takich interesujących elementów, dzięki którym staje się komiksem godnym uwagi.
wtorek, 22 grudnia 2009
#330 - All Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec
W roku 2005 wydawnictwo DC Comics, podążając ścieżką przetartą przez Marvela, swojego odwiecznego konkurenta na komiksowym rynku za Oceanem, uruchomiło linię tytułów All-Star. Wzorem marvelowego imprintu Ultimate oddało swoich najpopularniejszych super-bohaterów w ręce najzdolniejszych scenarzystów i rysowników w branży. Najlepsi z najlepszymi – prosty, acz genialny przepis na obrazkowe arcydzieło sprawdził się w przypadku „All-Star Supermana” autorstwa Granta Morrisona ("Azyl Arkham", "Misterium", "Batman i Syn") i Franka Quitely'ego (robione wraz z Grantem – "New X-Men", "JLA – Ziemia 2" i "New X-Men"). Na polską edycję najnowszego wcielenia Człowieka ze Stali zapewne jeszcze poczekamy, na razie na naszym rynku ukazał się "All Star Batman and Robin, the Boy Wonder".
W swoich założeniach "All Star Batman i Robin, Cudowny Chłopiec" miał połączyć historię młodego ("Rok Pierwszy") i powracającego z emerytury ("Powrót") Mrocznego Rycerza w jedną, spójną opowieść. Miller w swoim scenariuszu skupia się na relacjach Zamaskowanego Mściciela z jego nastoletnim pomagierem, Robinem. Główny trzon historii o osieroconym akrobacie i jego opiekunie pozostał niezmieniony, scenarzysta więcej uwagi poświęcił głównym bohaterom dramatu. Podjął kolejną, tyle śmiałą, co ryzykowną, próbę reinterpretacji postaci Batmana.
W nowej wizji Millera niewiele pozostało z klasycznego, gothamskiego pogromcy zbrodni. Zamiast słynącego ze swoich detektywistycznych zdolności, znikającego w cieniu i opanowanego herosa dostajemy bezwzględnego i impulsywnego brutala, przedkładającego skuteczność nad etykę w zwalczaniu przestępczości. "Nowy" Batman uwielbia rozprawiać się z przestępcami w ciemnych zaułkach, bijąc ich tak długo, aż zaczną dławić się własnymi zębami i uczyni ich kalekami do końca życia. Prowadzona w ten sposób walka jest upojnym przeżyciem, a nie smutną krucjatą, którą Bruce Wayne przysięgał prowadzić nad grobem swoich rodziców. Rozkoszne nocne polowania na oprychów i skakanie po dachach w blasku księżyca sprawiają, że "uwielbia być tym cholernym Batmanem!". Daleko mu do elegancji swojego pierwowzoru. Jest arogantem, nabuzowanym testosteronem pozerem, uwielbiającym robić wrażenie na kobietach, czego zwykle "normalny" Batman unikał. Z niepozbawionego romantycznych rysów super-bohatera stał się rozjątrzonym egomaniakiem, skłóconym z całym światem, brutalnie dążącym do własnych celów. Trudno dziwić się głosom, że Miller sprzeniewierzył się legendzie, którą sam współtworzył w swoich komiksach.
Takiej interpretacji Batmana znacznie bliżej do psychopatów z "Miasta Grzechu", niż klasycznego modelu super-herosa. Niestety, Miller, podobnie jak w przypadku Spirita, przesadził z przerysowaniem, które balansuje na krawędzi już nie groteski, ale śmieszności. Postać Mrocznego Rycerza jest wyraźnie przeszarżowana, niedopracowana i pełna nieścisłości, rażących nawet przy założeniu pewnej umowności komiksowych realiów.
Niestety, podobnie rzecz ma się z scenariuszem – neurotyczna narracja irytuje swoją chaotycznością, lekturze ciągle towarzyszy niedoparte wrażenie, że akcja zmierza w nieokreślonym kierunku. Fabuła zdaje się zbitkiem mniej lub bardziej udanych scen, urywa się w najdziwniejszych momentach, nie dotyczy jej żadna logika przyczynowo-skutkowa. Dialogi zostały zastąpione bufonadą, a jakąkolwiek psychologiczną wiarygodność swoich bohaterów Miller ma głęboko w nosie. Ta wrzaskliwość fabuły pozostaje w brutalnym kontraście z formalnym mistrzostwem "Powrotu" i "Roku Pierwszego", ale daje wielkie pole do popisu Jimowi Lee. Historia zdaje się być podporządkowana wizualnemu efekciarstwu. Każdy z poszczególnym numerów składających się na album ma co najmniej jeden splash page i kilka kadrów, zajmujących przynajmniej połowę strony. W komiksie dominują dwa motywy – seksu i przemocy. W pierwszym zeszycie pięć stron poświęcono na garderobę reporterki Vicky Vale, która przygotowując się do randki z Bruce'm Wayne'm lata półnaga po pokoju w poszukiwaniu odpowiedniej sukienki. W trzecim barowa rozróba z dekoltem i kabaretkami Black Canary w rolach głównych zajmuje stron piętnaście, w tym pięć paneli całostronicowych i jeden podwójny splash page. To tylko dwa przykłady z brzegu, kiedy wydarzenia zupełnie dla fabuły nieistotne prezentuje się tylko po to, aby Lee mógł narysować niemożliwie długie nogi i wielkie cycki.
To, co Millerowi udało się w "Sin City", czyli stworzenie maksymalnie przerysowanego i ikonicznego uniwersum, kompletnie nie wypaliło w przypadku Mrocznego Rycerza. Gotham pełne ponętnych suczy, przekupnych gliniarzy, strzeżone przez wariata w kostiumie nietoperza może i by mnie jakoś przekonała, gdyby komiks nie emanował tandetnym erotyzmem i bezrozumną brutalnością. Niestety, nie mogę zaliczyć "All Star Batmana i Robina, Cudownego Chłopca" (tytuł równie śmieszni brzmi po polsku, co po angielsku) do pozycji udanych.
piątek, 3 lipca 2009
#197 - Dzień Gniewu. Afrykańskie przygody Giuseppe Bergmana
Po przeczytaniu pierwszego albumu opowiadającego o przygodach Giuseppe Bergmana („HP i Giuseppe Bergman”) nie bardzo wiedziałem, co sądzić o balansującym na granicy niezrozumienia i grafomanii komiksie Milo Manary. Lektura drugiej części cyklu („Dzień Gniewu – Afrykańskie przygody Giuseppe Bergmana”) niewiele w tej materii wyjaśniła, a tylko pogłębiła moje poczucie skonfundowania i bezradności.Mój podstawowy problem z Bergamanem polega na tym, że kiedy zdaje mi się, że powoli zaczynam dostrzegać jakiś sens w rozgrywce Manary ze swoim odbiorcą, kiedy poszczególne elementy układanki zaczynają wskakiwać na swoje miejsca, autor robi gwałtowny zwrot i cała moja interpretacja rozsypuje się w drobny mak. Trudności sprawia już sama próba naszkicowania fabuły. Giuseppe Bergman, mający jak najlepszą świadomość tego, że jest bohaterem opowieści, kolejny raz podejmie próbę przeżycia swojej przygody. Wraz z seksowną Lou-Lou, garderobianą głównej bohaterki, która niestety nie da rady wystąpić w komiksie, będą zmagali się z Panną S. Ambrogio i próbowali trzymać się scenariusza, jaki został im narzucony. I gdy pretensjonalnie sensacyjna historia zaginionej teczki z bezcennymi dokumentami zaczyna się z wolna rozkręcać, Manara naglą ją urywa farsownym chwytem i ucieka w nieokiełznaną dygresyjność, dialog z czytelnikiem, szaleńczą grę.
Narracja w komiksie prowadzona jest na kilku poziomach. Główna historia jest regularnie rozbijana przez szereg równolegle rozgrywanych wątków pobocznych, które w niektórych momentach stykają się ze sobą i przenikają. Tematy i motywy nieustannie cyrkulują w komiksie, powracając w najdziwniejszych konfiguracjach i najmniej spodziewanych momentach. Opowiadana historia ciągle wymyka się czytelnikowi, zaskakuje i skręca w najmniej oczekiwane strony. Poszczególne wątki z pozoru nie mające ze sobą nic wspólnego, oprócz tego, że pojawiają się w ramach jednego albumu, nagle się łączą. Nasz nieszczęsny Bergman wchodzi w zaskakujące relacje z Rastamanem, którego rola nie została przewidziana w scenariuszu, plemieniem Masajów zajmujących się głównie molestowaniem nieletnich czy seksowną lolitką, prowadzącą rozmowę z czytelnikiem i rozmyślającą o swoim ontologicznym statusie postaci narysowanej. Manara porusza w szkatułkowo skonstruowanym i szalonym „Dniu Gniewu” szerokie spektrum tematów, historii i motywów, pełne enigmatycznych tropów i nawiązań, nurzając je w subtelnej erotyce, tak dobrze znanej polskiemu czytelnikowi z jego poprzednich utworów.
I o ile nie mogę być pewien czy „Dzień Gniewu” to pozycja wartościowa, której mój głupi rozumek zrozumieć nie może, o tyle nie mam żadnych wątpliwości, że Milo Manara wielkim komiksiarzem jest, jeśli chodzi o formę. Oprawa wizualna rozumiana, jako całość zabiegów narracyjnych, kompozycyjnych i czysto estetycznych stoi na mistrzowskim poziomie. Manara za pomocą najprostszych, prawie, że ascetycznych, środków graficznych kreśli urzekające swoją urodą kobiety, subtelne, niekiedy ledwie naszkicowane krajobrazy Czarnego Lądu, znakomicie oddaje emocje swoich bohaterów, czasem jednym grymasem, grą oczu. Konia i ciuchcię narysować umie, słonia i ciężarówkę również. A świetnym przykładem narracyjnych możliwości Manary jest otwierająca komiks sekwencja pojedynku o teczkę.Po lekturze „Afrykańskich przygód Giuseppe Bergmana” wróciłem do punktu wyjścia i wciąż nie potrafię rozgryźć tego komiksu. Co gorsza, nie umiem nawet wydać jednoznacznego sądu, czy praca Manary zasługuje na edycję w ekskluzywnej kolekcji „Mistrzów Komiksu” czy też jest zwykłą, bełkotliwą grą formalną, jazdą po bandzie swojego autora. Myślę, że odnośnie „Dnia Gniewu” trzeba sobie zadać dwa zasadnicze pytania – czy w szaleństwie włoskiego twórcy jest jakaś metoda i czy jest szansa, że czytelnik ją odnajdzie. Ja nie potrafię na nie odpowiedzieć.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
#194 - Big Guy i Rusty Robochłopiec
„Big Guy i Rusty Robochłopiec” jest drugim, po „Hard Boiled”, owocem współpracy Franka Millera i Geoffa Darrowa. W jakiej formie powracają twórca, uchodzący za jednego z przełomowych artystów amerykańskiego przemysłu komiksowego, nagrodzony w sumie sześcioma nagrodami Eisnera oraz rysownik z chorobliwą obsesją szczegółu, który zdobył dokładnie o połowę statuetek mniej ? Poprzednia praca tandemu Miller-Darrow bardzo luźno nawiązywała do krótkiego opowiadania Philipa K. Dicka „Elektryczna mrówka” („The Electric Ant”), a miłośnicy science-fiction mogli doszukiwać się w komiksie nawiązań do prozy Aldousa Huxleya czy „Łowcy Androidów”. Niesamowitemu graficznemu rozbuchaniu towarzyszyła opowieść o zdegenerowanym świecie przyszłości i subtelna refleksja nad tożsamością, utrzymana w cyber-punkowym guście. W porównaniu z raczej poważnym „Hard Boiled”, „Big Guy i Rusty Robochłopiec” jest komiksem parodiującym dzieła spod znaku „monster movies” z Godzillą, uchodzącą za jego modelową przedstawicielką. Schemat, będący obiektem pastiszu w utworze Millera i Darrowa, jest dosyć prosty. Fabuła filmów z gumowymi potworami w roli głównej koncentruje się na dramatycznych zmaganiach ludzkości z niepokonanym (przynajmniej w teorii) stworem, który jest najczęściej wynikiem jakiegoś nieudanego eksperymentu.
Rolę potwora w „Big Guy`u” odgrywa przypadkowo przywrócone do życia pradawne monstrum w japońskich laboratoriach genetycznych. Wojsko jest bezsilne wobec potwora niszczącego wszystko, co stanie na drodze jego przemarszu przez Tokio. Nawet Rusty Robochłopiec, tajna nukleoprotonowa broń japońskiego rządu jest bezsilna wobec bestii. Wszystko wskazuje na to, że nie tylko stolicę kraju kwitnącej wiśni, ale również cały świat czeka niechybna zagłada. Ostatnią nadzieją ludzkości jest Big Guy, najbardziej niesamowita zdobycz amerykańskiej myśli technicznej. Tylko bohaterski żołnierz zamknięty w ciele tytanowego kolosa ma szansę w starciu kreaturą. Komiks prowadzony jest właśnie w takim, ociekającym patosem stylu, pełnym dialogów i monologów charakterystycznych dla komiksu super-bohaterskiego złotego i srebrnego wieku. Rzecz w sam raz dla miłośników rasowej pulpy i przysłowiowej rozpierduchy.
Podobnie, jak w przypadku „Hard Boiled”, tak i na kartach „Big Guy`a…”, Geoff Darrow mógł w pełni popisać się swoim niesamowitym kunsztem graficznym. Te 80 stron zmagań ludzkości z dinozauropodobnym stworem wypełniają po brzegi szczegółowe, czasem aż do przesady, rysunki autora „Shaolin Cowboy”. Z niesamowitą pieczołowitością Darrow odtwarza samochody, budynki, automaty z zimnymi napojami, linie wysokiego napięcia, teczki biznesmenów, reklamy. Dosłownie wszystko. Najbardziej uważni czytelnicy powinni być w stanie policzyć ilu ludzi padło ofiarą krwiożerczej bestii. Rysownik w swojej pracy idzie pod prąd klasycznej i uchodzącej za najwłaściwszą technice opowiadania obrazem w komiksie. Zamiast wzorem Herge`a i innych klasyków upraszczać nieistotne elementy tła, drugiego i trzeciego planu, Darrow rysuje je jednakową dokładnością, co głównych bohaterów. Tym samym staje w poprzek założeniom ligne claire i wykładowi Scotta McClouda o dwóch rodzajach graficznego przedstawienie – tych, które pozwalają odbiorcy „widzieć” i tych, które pozwalają „być”. Jerzy Szyłak trafnie określił styl „Hard Boiled” i „Big Guy`a...” jako „kakofonia obrazów”, w której czytelnik atakowany feerią obrazów, zostaje pozbawiony jakichkolwiek wskazówek, na co zwracać uwagę, co w komiksie jest najistotniejsze.„Big Guy i Rusty Robochłopiec” niewątpliwie jest komiksem słabszym od „Hard Boiled”. Nie wiem, czy winą mogę obarczać pastiszową konwencję, na jaką zdecydowali się autorzy, ale po całkiem sympatycznej lekturze komiksu, chce się go odłożyć na półkę. Nie ma w nim nic, co przykuwałoby na dłużej moją uwagę, w przeciwieństwie do „Hard Boiled”, po którym zadawałem sobie pytanie, o co właściwie w tym komiksie chodzi. Po lekturze „Big Guy`a...” wiedziałem wszystko. Ale doskonale pamiętam, że w pierwszej ocenie poprzedniego komiksu Millera i Darrowa po prostu się myliłem i po pewnym czasie się zreflektowałem. Może tak będzie i w tym przypadku?
poniedziałek, 6 kwietnia 2009
#156 - Sygnał samotności w szumie codzienności
Po raz drugi (i mam nadzieję nie ostatni) gościmy Michała Chudolińskiego na łamach Kolorowych Zeszytów, który wziął na swój warsztat "Sygnał do szumu" Neila Gaimana i Dave`a McKeana. Oddaję Ci zatem głos, Chudy...
Coraz silniej dochodzę do wniosku, że żyjemy w świecie, który generalizuje. Uogólniamy rzeczy, zjawiska i ludzi wokół nas, bo jest to oszczędniejsze, łatwiejsze i przyjemniejsze od wprawienia w ruch szarych komórek. Ofiarą tej bezmyślności padł (już dawno temu zresztą) fenomen samotności. Już samo wymawianie tego słowa przez rozmówców jest zwykle naładowane negatywnymi odczuciami, kojarzące się ze skomleniem w ciemnym, zapomnianym przez Boga i bliskich, pokoju. A przecież samotność, tak jak miłość, ma wiele twarzy, które nie muszą kojarzyć się od razu z fizjonomią skazańców w zakładach karnych. Oblicza samotności odnaleźć można, czytając „Sygnał do szumu” Neila Gaimana i Dave’a McKeana.
Niech was nie zniechęca sraczkowata okładka rodzimej publikacji, ani zgraja literówek w środku. „Signal to Noise” jest komiksowym arcydziełem i nakazuje wręcz czytelnikowi zaangażować się w jego lekturę całym sercem. To natomiast, co ma do przekazania odbiorcy nie musi być koniecznie miłe, ale jest za to szczere i prawdziwe. Według mnie „dynamiczny duet” twórców pokazał dwie osobliwe odmiany samotności. Pierwsza jest rzadko spotykaną hybrydą odosobnienia jako sposobu radzenia sobie z umieraniem. Samotny jest główny bohater historii, reżyser filmowy dowiadujący się o swej nieuleczalnej chorobie. Jest to niezwykle fascynująca postać – introwertyk wydający się z zewnątrz dziwakiem, odludkiem (który introwertyk nie jest obecnie tak właśnie postrzegany?), skrywający w swym wnętrzu bogactwo myśli i wyobraźni, której pozazdrościłby mu niejeden filozof. Ten arystokrata ducha na naszych oczach zamienia strach przed przemijaniem w wenę do stworzenia dzieła przewyższającego wszystkie swoje poprzednie osiągnięcia artystyczne. Wydawać by się mogło, że reżyser pisze ten scenariusz dla uśmierzenia bólu istnienia i zabicia czasu. Nic bardziej mylnego. W tej chwili próby ukazuje siłę swojego ducha i potwierdza starą maksymę artystów: arcydzieła powstają w izolacji od świata zewnętrznego. Tylko wtedy można się zatracić w odmętach swej chaotycznej wyobraźni i wyłowić z niej elementy, z których można zbudować monumentalne dzieło, które zostanie na wieki zapamiętane i omawiane przez następne pokolenia. Opus magnum o sile potrafiącej zmieniać ludzkie charaktery.
Drugi typ psychicznej samotności reprezentuje Ianna, przyjaciółka reżysera. Jest to uczucie, z którym każdy z nas już się spotkał (lub też spotka), polegające na niemożności poradzenia sobie ze stratą bliskiego. Z poczuciem wyobcowania idzie w parze cierpienie, bo zmarła osoba była, w niektórych przypadkach, kluczowym elementem naszego mikrokosmosu. Taka utrata ma w sobie wielkie pokłady gorzkości, a sposobów na jej przezwyciężenie jest tyle, ilu jest ludzi. W przypadku Ianny jest to prawie na pewno sprawa nie do rozwiązania, gdyż reżyser był ludzką enigmą. Zagadką, która pozostawiła na swej życiowej drodze wiele wskazówek, ale nie podzieliła się nigdy z innym niczym osobistym, intymnym, własnym. Tacy ludzie pozostają w naszej pamięci na długo, zrywając często sen z powiek.
Jakby tego było mało, „Sygnał” porusza szereg innych problemów: subiektywność, miłość kreatora do swego dzieła, nieubłagana przemijalność czasu, wreszcie śmierć. W komiksowych preludiach do tej historii możemy odnaleźć również samotność, o której tak przejmująco opowiadali Pink Floydzi w albumie „The Wall”. Nie wspominam o tych tematach celowo, gdyż zostały one odpowiednio potraktowane w innych tekstach znamienitych osób. Powielanie tych tez byłoby jedynie zbędnym truizmem. Na zakończenie podzielę się jedynie ostatnim przemyśleniem. Od mojej lektury komiksu Gaimana i McKeana minął tydzień, ale wciąż nie daje mi spokoju. Za jego sprawą poznajemy irracjonalną stronę naszej duszy, najbardziej absurdalną i niedorzeczną, ale i najbardziej innowacyjną. Aby ta część naszego „ja” działała, potrzebne jest wyciszenie. Odejście od zgiełku i bałaganu zurbanizowanego świata, pełnego pobieżnych i powierzchownych relacji międzyludzkich, oraz oddanie się samotności, która często ma zbawienną i owocną postać. Nie bez powodu Mickiewicz nazywał ją „mistrzynią mędrców”.środa, 5 listopada 2008
#76 - Czy "Arzach" jest dobry?
Lektura „Arzacha” jest dla dzisiejszego czytelnika nie lada wyzwaniem. Tyczy się to zresztą większości komiksów autorstwa Moebiusa, które powszechnie, często bezmyślnie, uznaje się za pozycje klasyczne i ważne w historii komiksu, ale z dzisiejszej perspektywy niełatwe w lekturze. Przynajmniej dla mnie. „Arzach” jest to komiks na tyle niebanalny, że może zostać bardzo łatwo odrzucony i taka była moja początkowa reakcja. Bardzo długo musiałem się przekonywać do ponownej lektury. Pilnowałem się, aby mieć otwartą głowę i starałem się nie czytać Moebiusa naiwnie i powierzchownie. Czasami musiałem przymknąć oko na jakiś komiksowy archaizm, puścić płazem jakąś niedoróbkę, aby móc dać się ponieść potędze obrazkowego rzemiosła francuskiego mistrza komiksu.
publikował pod pseudonimem Moebius – pozostałe dwa to „Hermetyczny Garaż” i „Szalona z Sacre-Coeur”. Ta trójka może się zmienić niebawem w kwartet, gdyż forumowa fama głosi, że „Oczy Kota” są nie tylko najlepszą z kolaboracji Jodorowsky-Moebius, ale również jednym z najokazalszych dzieł rysownika pochodzącego z Nogent-sur-Marne. Znając ciśnienie Egmontu na wydawanie prac Moebiusa, prędzej czy później ujrzymy ten album na polskich półkach. „Hermetyczny…” to lubieżna igraszka fabularna, prawdziwy popis formy otwartej i dygresyjności w komiksowym wydaniu. To komiks niesłychanie męczący w lekturze, ale wzbudzający we mnie podziw, podobny do tego, który wywołuje Proust ze swoim „W poszukiwaniu straconego czasu” lub, choć w mniejszym stopniu i innego rodzaju, Słowacki jako autor „Beniowskiego”. Bez bicia przyznam, że „Szalonej” jeszcze nie czytałem, ale po lekturze recenzji Jerzego Szyłaka z Gildii liczę, że nie zawiodę się na tym komiksie. „Świat Edeny”, krótkie formy z „Erektomana”, a nawet niektóre dodatki do polskiej edycji „Arzacha” w większości mnie rozczarowały i wydają mi się komiksami słabszymi. Jak sądzę Moebius, idąc w nich na kompromis z konwencją science-fiction, próbuje być bardziej „zrozumiałym” dla czytelnika, stawał się płaski, infantylny, często nieznośnie dydaktyczny, oczywisty i nieciekawy. Chociaż kilka konceptów z tych komiksów zasługuje na nie lada uznanie.„Arzach” jest komiksem niezwykłym.
Tak wiem, to straszny truizm, ale chciałem mieć to wstępne i konieczne ustalanie już za sobą.
Wydaje mi się, że różnica, między „zwykłym” komiksem a „Arzachem” jest podobna do tej, która dzieli prozę od poezji. Fabuły, w tradycyjnym (a chciałoby się wręcz powiedzieć prozaicznym) tego słowa znaczeniu, w komiksie nie ma, tak jak nie ma jej w wierszu. Nie oznacza to wcale, że praca Moebiusa jest pozbawiona sensu. Treści w poezji mogą tworzyć na przykład obrazy poetyckie czy metafory i wydaję mi się, że w przypadku „Arzacha” tak właśnie jest. Komiks jest pewną sekwencją onirycznych obrazów przewijających się przez cały utwór, którego motywem przewodnim jest podróż głównego bohatera na skamieniałym ptaku, przypominającym prehistorycznego pterodaktyla. Próbując odczytać „przygody” bohatera i jego powietrznego wierzchowca jako tradycyjną komiksową opowieść, którą tworzą pewne wydarzenia, składające się na fabułę, nie doszedłem do niczego. A przynajmniej do niczego sensownego.
Jestem przekonany, że Moebius dążył do formalnej doskonałości. To trochę jak w muzyce i znacznie rzadziej w poezji, gdy kompozytor lub poeta próbują stworzyć idealny utwór, dążąc do czystej formy wyrazu. Dzieła doskonale brzmiącego, posługującego się autonomicznym językiem poetyckim czy muzycznym skupionym wyłącznie na funkcji estetycznej. Taki system znaków znajduje się gdzieś poza banalnym podziałem na znaczone i znaczące. Miał jedynie budzić podziw swoją konstrukcją, rozmachem i pięknem. „Arzach” jest taką próba stworzenia komiksowego dzieła doskonale czystego w sferze narracji, ale, mówiąc kolokwialnie, nie pozbawionego sensu. Bo to tylko jeden z aspektów tego komiksu i nie można go zamknąć w tylko takiej formule. Pierwotnie „Arzach” publikowany był na łamach magazynu „Metal Hurlant” i ta epizodyczność, na która zdecydował się Moebius strasznie zgrzyta i nie pasuje do takiej koncepcji.
Na narrację w „Arzachu” składają się cykle niesamowitych obrazów, przynoszących na myśl poetykę absurdalnego snu. Upewniony tym, co sam autor napisał we wstępie, odczytuje komiks jako eksperyment z własną nieświadomością. Moebius „wyłącza” swoją autorska osobowość i „daje się ponieść” historii siedzącej gdzieś głęboko w nim. Pozwala jej płynąć przez siebie, nie zważając na jakikolwiek reguły tworzenia historii komiksowych. Jest swoistym medium a dzięki temu zamilknięciu do głosu dochodzą treści, których nie mógłby wydobyć intencjonalnie. Znaczenie podświadomie tkwiące w nim, których istnienia mógł być zupełnie nieświadomy. I myślę, że tak właśnie można czytać tek komiks - jako swoiste egzystencjalne egzorcyzmy Moebiusa, rozprawienie się ze swoimi wewnętrznymi fobiami, lękami trawiącymi go gdzieś w środku. W swoim komiksowym dziele Moebius dosiada swego kamiennego pterodaktyla i rusza na spotkanie swoich archetypicznych demonów. I ja, nie będąc autorem, nigdy w pełni nie zrozumiem jego pracy.
Przyznam, że nie jestem znawcą komiksu francuskojęzycznego czy, mówiąc szerzej, europejskiego. Przeczytałem znakomitą większość komiksów tego kręgu kulturowego, które ukazały się na naszym rynku i całą dostępna w internecie publicystykę w języku polskim, ale podczas interpretowania i odczytywania niektórych komiksów Moebiusa właśnie czuje się momentami bezradny, głupieję i chyba nie do końca wszystko potrafię zrozumieć. Z pewnością odbiór utworu odartego z odpowiedniego kontekstu, przeszczepionego z innej komiksowej kultury, który nie jest poprzedzony odpowiednim doświadczeniem, musi być uboższy. Nie gorszy, ale mniej pełny, pozostawiający we mnie pewne uczucie niedosytu, jako czytelnika, który nie w pełni może „skonsumować” dzieła. Choć być może moi francuskojęzyczni poprzednicy też mieli takie wrażenie? Też czuli, że nie do końca pojmują, co ten Moebius wyprawia i było to celem samym w sobie? Być może, na tą chwilę nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie.
I jeszcze jedna sprawa – niektórzy z uporem maniaka przecinają Moebiusa na pół, dzieląc go na rysownika i scenarzystę. Zadziwia ich graficzny kunszt, przy kompletnym odrzuceniu scenariusza. Myślę, że to najgorsze, co można zrobić jakiemukolwiek komiksowi w ogóle, który przecież jest syntezą sfery wizualnej i werbalnej, a już w szczególności Moebiusowi. I świadczy to tylko źle o tych czytelnikach.Czy zatem „Arzach” jest komiksem dobrym? Myślę, że to odpowiedz na źle postawione pytanie nie będzie przedstawiała żadnej wartości. I tak naprawdę nie wiem, co mam w tym miejscu napisać, żeby nie zabrzmiało banalnie. Tak, „Arzach” jest komiksem dobrym, może jest nawet komiksem genialnym! Ale to przede wszystkim komiks, który warto przeczytać, z którym warto się zmierzyć. Warto nawet polec w starciu z Moebiusem.
niedziela, 18 maja 2008
# 32 - Ronin
MFK to same dobre wspomnienia - latałem od stoiska do stoiska, przeglądałem ORYGINALNE KOMIKSY Z USA (szpan!), naciągałem rodzicielkę na coraz to nowsze zakupy (nie ważne, że nie wiedziałem co kupuję, ważne ze amerykańskie) i ogólnie czułem się jak ryba w wodzie. Wtedy to pierwszy raz miałem okazję poznać Jeża Jerzego (praca konkursowa, wydrukowana w katalogu MFK), Spawna (#32 - kupiony w ciemno, bez przeglądania. Wtedy to był w końcu najlepszy komiks USA - a przynajmniej takie ploty ocierały do Polszy) i dostałem jeszcze parę Marvelovskich badzików (w tym np. głowa Spider-Mana w czapce Św. Mikołaja - dostępne na stoisku TM Semica [']). Nie ma co, byłem królem świata.
Oprócz giełdy trafiłem na prelekcję dotyczącą komiksów, gdzie Mądry Pan opowiadał co za wielką wodą się działo / dzieje, a o czym szara polska komiksowa rzeczywistość pojęcia nie ma. I jedną z opowieści była ta o 'Roninie' - samuraju, który walczył ze złem. Mądry Pan opowiadał, a ja chłonąłem każde jego słowo i całą akcję komiksu rozgrywałem u siebie w głowie, nie widząc żadnego kadru ani nic co zawierało wnętrze komiksu. Same słowa wystarczyły, aby uznać 'Ronina' za komiks genialny. Wtedy też pierwszy raz usłyszałem określenie 'ronin' i od tamtej pory, przez długie lata sądziłem, że termin ten powstał specjalnie na potrzeby tego właśnie komiksu, a film o tym samym tytule (z De Niro) wydawał mi się jego ekranizacją. I nawet kiedy już wiedziałem, co ono oznacza, to pierwsze co pojawiało się w głowie na dźwięk tego słowa to właśnie komiks Millera i chwile spędzone w Łodzi.
Kilkanaście lat później za sprawą Egmontu, komiks ten trafił w końcu w moje łapy. Solidna cegła wyszła w ramach Mistrzów Komiksu, a tutaj wiadomo - twarda oprawa i wysoka cena (99zł). Autora - Franka Millera - nie trzeba nikomu przedstawiać, więc o samym komiksie słów kilka. Pozbawiony swojego pana ronin musi walczyć z demonem Agatem, który odpowiada za jego śmierć. Mniej więcej w połowie pierwszej części udaje mu się pomścić mistrza (przez kilkanaście lat żyłem w przeświadczeniu, że to jest generalnie koniec historii i po tej chwili zapada kurtyna). Dalsza część opowiada o walce owej dwójki, tyle że w XXI wieku. I tam spotykamy już to co w twórczości Franka M. jest charakterystyczne - nazioli, gangi, zdeformowanych ludzi i tak dalej i tak dalej. Historia to standardowa walka dobra ze złem, podczas której rodzi się wielka miłość. Jak to się zakończy nie trudno się domyśleć. Ale to akurat nie jest minusem, czyta się dobrze, a dzięki grafikom Millera, kadrowaniu i niezłej kolorystyce jest i na czym oko zawiesić. Wrażenie robi pokazywanie co jakiś czas jak wchłaniane jest miasto oraz ostatnia część, ta ze stopniowym odzyskiwaniem elektryczności. Finał stanowi scena obejmująca cztery strony w formie rozkładówki - taka ciekawostka.




