piątek, 20 stycznia 2017
#2288 - Kościsko
piątek, 4 lipca 2014
#1645 - Na wakacje są komiksy dla dzieci
piątek, 14 marca 2014
#1556 - Przygody Dorotki w krainie czarów
środa, 15 stycznia 2014
#1488 - Ludzie rysują Blera: sezon pierwszy (2)
czwartek, 30 maja 2013
#1303 - Komix-Express na Dzień Dziecka (187)
Co by było, gdybyście mieli stworzyć własną mleczną drogę, ułożyć planety według własnego pomysłu, pomalować kosmos jak wam się tylko chce? A co by było, gdybyście mogli ułożyć słońce ze strzępków gazety, gwiazdy z nakrętek. A gdyby tak odcisnąć własną dłoń na księżycu? Wszystko to stanie się możliwe na kosmicznych warsztatach z okazji Dnia Dziecka. Z zebranych materiałów, również recyklingu – do którego przynoszenia… zachęcamy wszystkich rodziców – stworzymy wielki kosmos, opowiemy sobie o tym jak o taki kosmos zadbać, posłuchamy kosmicznych dźwięków i opowiemy sobie kilka kosmicznych historyjek. Te warsztaty poprowadzą BACHOROWE MAMY.
#2 Dzień Dziecka, czyli raz, dwa, trzy Łauma patrzy w Teatr Studio (Plac Defilad 1, Warszawa), start o godzinie 11.30.
W planach: bazgranie po ścianie, podchody i zawody, warsztaty muzyczne, zabawy i konkursy (do wygrania m.in. wejściówki na spektakl dla dzieci "Łauma. Komiks na żywo").
#3 Weekend premier w Badecie – "Opowieści z najdalszych przedmieść" (ul. Lentza 35a, Warszawa). Uwaga! Wydarzenie ma miejsce 30 maja, w czwartek o godz. 17.00
Badet kluboksięgarnia dziecięca zaprasza na spotkanie z niezwykłą prozą Shauna Tana i warsztaty plastyczne inspirowane książką Opowieści z najdalszych przedmieść. Wspólnie z dziećmi stworzymy miniaturowy ogród z przedmiotów znalezionych, a po zajęciach wydawnictwo Kultura Gniewu zaprosi nas na nagrodzony film "The Lost Thing".
#4 Łauma. Bajka zbyt straszna dla dorosłych. Komiks na żywo w Teatr Studio (Plac Defilad 1, Warszawa). Uwaga! Wydarzenie ma miejsce 2 czerwca o godzinie 16.00.
Komiks na żywo w teatrze - trójka aktorów, kostiumy prawie zlewające się z tłem, scenografia niemal nieobecna. Rzutnik i kadry z komiksu. Obrazy „dziejące się” na oczach widzów. Aktorzy stający się częścią świata kreskówek. Rysunkowe postaci z komiksu „wychodzące do nas” na scenę.
Rodzice Dorotki decydują się porzucić zgiełk wielkiego miasta i wracają na rodzinną Suwalszczyznę. Tam dziewczynka odkrywa tajemniczy, zapomniany świat bałtyjskich wierzeń, bogów i leśnych stworów. Ale też jest to bajka na wskroś nowoczesna, mówiąca o problemach współczesnego człowieka. To połączenie dziecięcej perspektywy opowiadania i „dorosłej” narracji budującej napięcie i pchającej akcję do przodu w zawrotnym tempie. Kim jest tytułowa Łauma i dlaczego budzi strach w najodważniejszych? Przyjdź i przekonaj się sam!
#5 Dzień Dziecka w Tekturze.
Już po raz drugi Tektura (Wieniawska 15a, Lublin) organizuje Dzień Dziecka. Zabawa trwa od 12.00 do 15.00. W tym roku skupimy się na propagowaniu zdrowego i bezpiecznego trybu życia.
Podczas Dnia Dziecka w sobotę Dominik Szcześniak, scenarzysta komiksu "Tim i Miki: W Krainie Psikusów" opowie o tym, skąd bierze się pomysły na komiksy dla dzieci, ile osób trzeba, aby taki komiks zrobić i jak taki komiks powstaje. Dla przybyłych dzieci przewidziane są niespodzianki – komiks "Tim i Miki: W Krainie Psikusów", który dotrze do Tektury dzięki uprzejmości wydawnictwa timof i cisi wspólnicy oraz strony Sklep.gildia.pl.
#6 Tytus na Dzień Dziecka.
Uwaga! Wydarzenie będzie miało miejsce 31 maja od godziny 11.00 (w: Sala Widowiskowa i Galeria GOK, ul. Nadbrzeżna 20, Ustronie Morskie ).
W programie: pokaz filmu "Tytus, Romek i A’Tomek wśród złodziei marzeń", rozwiązanie konkursu plastycznego z nagrodami, warsztaty komiksowe, wystawa komiksu.
piątek, 24 września 2010
#566 - Karton 5!
Jest solidnie - do czego przy okazji ostatnich odsłon można się było przyzwyczaić. To co bardzo podoba mi się w "Kartonie" to to, że redaktorzy nie osiedli na laurach i cały czas zaskakują czymś nowym - czy to w środku pisma, czy w działaniach marketingowych... W przypadku #3 była to nowa, fenomenalna seria "Rubino" Patricio Didlo, a w #4 może niespecjalnie oryginalny acz sympatyczny jednorazowy (póki co) wyskok w postaci "Nerdówka" Karola Konwerskiego i Pawła Zycha oraz nowej serii pasków "Robić nie ma komu" Tomasza Kontnego i Tomasza Zycha. W piątce nowością jest seria autorstwa magistra Macieja Łazowskiego "Odpowiedzi na palące pytania", która jest zdecydowanie najmocniejszym punktem numeru, któremu nie postawił się nawet różowy jednorożec ze swoimi dwiema nowymi planszami przygód. Magister Łazowski w jednoplanszowych przerywnikach pomiędzy regularnymi kartonowymi seriami, z mądrością i humorem odpowiada na dręczące kolejne pokolenia pytania pokroju "dlaczego kobiety są głupsze od mężczyzn?" (pokochacie tę planszę!) czy też "dlaczego dzieci nie mówią?". Chylę czoła i proszę o więcej.Nie jest to jednak jedyny komiks Maćka w "Kartonie" bowiem w środku znajduje się jeszcze jedna plansza "Cyberdetektywów z kosmosu". Jedna jedyna i będąca finałem tej sympatycznej (szczególnie w dwóch ostatnich numerach) serii. Szkoda, tym bardziej, że ostatnia strona wygląda jakby była zrobiona na siłę, ot, żeby już zakończyć przygody K.R.Y.S.T.I.A.N.A. i spółki.
No ale w zamian jest Łazowski solo.
Nieustannie wysoką formę prezentują "Ćmy" Tomasza Pastuszki, "Flatties" tego samego pana oraz Ewy Juszczuk (chociaż tutaj mówiąc o wysokiej formie mam na myśli warstwę graficzną) oraz komiks Marka Lachowicza (tym razem kolejne perypetie Grand Bandy!). Podobnie jak w poprzednich numerach raczej średnio wypada "Byle do piątku trzynastego" Bartosza Sztybora i Piotrka Nowackiego - po lekturze nowego epizodu ciężko powiedzieć mi cokolwiek innego ponad to, że był. Podobnie ma się rzecz z "168" Marcina Surmy oraz "Diogenesem" Przemysława Surmy. Tyle tylko, że przy tych seriach zaczęła mi przeszkadzać konieczność zapoznania się z poprzednimi ich epizodami aby zrozumieć (bądź przynajmniej mieć wrażenie, że się zrozumiało) sens dotychczas opublikowanej części historii. O ile w przypadku poprzednich odsłon miałem jeszcze siły na te "powroty do przeszłości", o tyle teraz jedynie przeczytałem, a ze zrozumieniem poczekam do ostatniego epizodu (ewentualnie jakiegoś albumowego wydania). Paskowe "Wyjście" i "Robić nie ma komu" na plus.
Jak co numer jest również gość zagraniczny. Prawie co numer, bo w czwórce nie było. Za to w najnowszym numerze jest dwóch - i to jakich! Tym razem Szczypta Realizmu należy do Filipe Andrade, który ma na swoim koncie m.in. pracę dla Marvela (!), a dwie plansze skradł znany w naszym kraju z "Trupa i sofy" oraz "Nokturno" Tony Sandoval!
Piąty numer trzyma poziom i ten piątak, który trzeba na niego wydać nie jest żadną kwotą! Jednak jeśli komuś za mało będzie komiksowych wrażeń to za kolejne 3zł może zaopatrzyć się w pierwszą kartonową zeszytówkę "Terror na wizji" Tomka Niewiadomskiego, którego pierwszą recenzję można przeczytać na Komiksofilii. Za to jutro odbędzie się wernisaż wystawy z pracami twórcy m.in. Nerwolwera, na którym bardzo możliwe, że będzie można zakupić ową zeszytówkę z nowymi przygodami Ratmana. W naszym kolorowym imieniu zapraszamy i do Kawangardy i do zakupienia nowych wydawnictw od Jaszcza i spółki - jak zawsze warto!
środa, 23 czerwca 2010
#486 - Karton 4
Podczas ubiegłorocznej BeeFKi jedną z ciekawszych informacji, która "wyciekła" podczas imprezy, była zapowiedź nowego magazynu komiksowego o nazwie "Karton", który miał być pierwszą od czasu "Produktu" tego typu profesjonalną i cykliczną publikacją. Równo rok później, jedną z premier Bałtyckiego Festiwalu Komiksu będzie czwarty numer magazynu prowadzonego przez Piotra Nowackiego, Bartosza Sztybora i Tomka Pastuszkę i tym samym dobry to moment do podsumowania tej prawie rocznej (pierwszy numer miał premierę we wrześniu) obecności "kwartalnika kultury kartonowej" na naszym rynku (tudzież w świadomości czytelników).Patrząc po nazwiskach osób zaangażowanych w "Karton" spodziewałem się mocnego uderzenia od samego początku - co jak co, ale trio ojców założycieli, bracia Surma, Karol Kalinowski czy Marek Lachowicz powinni gwarantować dobrą zabawę od pierwszej do ostatniej strony. W przypadku debiutu i numeru drugiego jednak tak nie było (przynajmniej w moim przypadku). O ile przy pierwszym "Kartonie" mógłbym to tłumaczyć niezaznajomieniem z bohaterami i seriami, o tyle w przypadku "dwójki" powinno być już nieco lepiej. A cały czas nie było, czemu "przysłużył" się również długi (prawie półroczny) okres oczekiwania na kontynuację przygód Flitlicza i całej reszty kartonowych bohaterów.
Zawiedzeni kibice z mniejszą werwą dmuchali w wuwuzele i z lekkim niepokojem czekali na "drugą połowę" w której dream-team powinien w końcu strzelać gole.
I zaczął! Trzeci "Karton" był co najmniej o klasę lepszy od poprzedników (o czym pisałem już w kwietniowej recenzji) - z ławki rezerwowych wyskoczył nagle przesympatyczny jednorożec Rubino (autorstwa Patricio Didlo), a "Cyberdetektywi z kosmosu" (duetu Szymkiewicz/Łazowski) bez problemu rozmontowali ponurą obronę przeciwnika, zostawiając na jej obliczu sporej wielkości uśmiech. O świetnej okładce (Jakub Tschierse), "Ćmach" (Tomasza Pastuszki) i bardzo dobrym występie Człowieka Paroovki (Marka Lachowicza) wspominać nie będę - KCTW (Kto Czytał, Ten Wie). Po dwóch miesiącach przyszedł czas na numer czwarty, który swoją premierę będzie miał właśnie na zbliżającej się beefce. Przechodząc z terminologii piłkarskiej w muzyczną - o klasie zespołu można się ponoć przekonać dopiero przy czwartej płycie. O ile debiut, drugi album czy nawet trzeci mogą być nie wiadomo jak dobre, o tyle właśnie po czwartej pozycji w dyskografii można stwierdzić, czy wcześniejsze były "chwilowym" wybrykiem czy też dany band ma rzeczywiście pomysł na swoją twórczość.
Od razu zdradzę, że kartonowa ekipa jak najbardziej te pomysły ma. Czwarty numer jest równie dobry, jak nie lepszy od swojego kwietniowego poprzednika!
Dla wszystkich znanych z poprzednich numerów serii znalazło się miejsce również w najnowszej odsłonie magazynu. Marek Lachowicz, wspomagany w szarościach przez Tomka Kuczmę, zaprezentował kolejny epizod z życia psotnej "Grand Bandy" i przy okazji po raz kolejny pokazał, kto znajduje się w czołówce polskiego cartoonu. "Ćmy" Tomasza Pastuszki zaliczyły nieco spokojniejsze chwile, co nie znaczy, że obyło się bez śmiechu - najnowszy epizod, chwalonej chociażby przez Tomasza Pstrągowskiego serii, spotkał się u mnie z najbardziej entuzjastyczną reakcją. Ciężko powiedzieć coś konkretnego o nowym odcinku innej serii do której scenariusz napisał Asu, bowiem "Flatties" tym razem zajmuje tylko jedną planszę. Acz na rysunki Ewy Juszczyk zawsze miło się patrzy. Coraz lepiej radzi sobie wspomniany już Flitlicz i reszta kompanów, która w kolejnym epizodzie "Byle do piątku trzynastego" musi poradzić sobie z wydarzeniami z poprzedniej części. A sądząc po ostatniej stronie serii Bartosza Sztybora i Piotrka Nowackiego na horyzoncie czają się kolejne problemy (z Domatorem i jego nowym wyglądem w roli głównej). Po poszukiwaniu złodzieja obrazu, "Cyberdetektywi z kosmosu" stają przed kolejnym zadaniem - tym razem muszą sprawdzić czy pewien jegomość zdradza swoją żonę. Jako że obserwacja to dosyć żmudna i nieciekawa sprawa, to bohaterzy próbują wypełnić sobie czas przyjemniejszymi rzeczami - jednak cały czas zachowując czujność i uwagę. Kolejny epizod komiksu twórców odpowiedzialnych za "Hell Hotel" to taka futurystyczna wersja przygód Pierre'a Dragona ("RG: Rijad nad Sekwaną") pokazująca, że praca detektywa nie jest tak obfita w adrenalinę jak można by się tego spodziewać. W przypadku "168" Marcina Surmy nadal niezbyt wiele wiadomo i domyślam się, że cała zagadka zostanie rozwiązana dopiero w ostatnim epizodzie, po którym to będzie można właściwie ocenić całą serię. Gwiazdą numeru, podobnie jak w poprzednim numerze, jest widniejący również na okładce "Rubino" za którego przygody odpowiada niejaki Patricio Didlo. Tym razem na czytelników czeka aż sześć epizodów jego perypetii - w tym spotkanie twarzą w twarz z trolem Karolem, czy... własnym bratem! A jak wiadomo z komiksów (i nie tylko), nagłe pojawienie się takiej persony musi oznaczać jeszcze większe niż zwykle kłopoty. Szczególnie, jeśli brat ów uznany był za zmarłego! Przy okazji rozkoszny jednorożec potwierdza, że mógłby stanąć do pojedynku na bucowatość z samym WilQ'iem! A wynik nie musiałby być tak oczywisty jak to się wydaje.Oprócz rzeczy dobrze już znanych czytelnikom "Kartonu", w środku numeru czwartego znajdują się także dwie nowości za których warstwę graficzną odpowiadają bracia Zych. Tomek (znany również jako Titos) wraz ze swoim imiennikiem, Tomaszem Kontnym, co numer, w kilku kadrach nowej serii "Robić nie ma komu" będą przedstawiać "zmagania pewnego człowieczka ze sprawdzaniem się w różnych zawodach". Na pierwszy ogień poszła fucha trenera psów. Drugi z braci Zych, Paweł, wraz z Karolem Konwerskim postanowili przedstawić losy trio Dejzi, Makrela i Promyczka, którzy są głównymi bohaterami "Nerdówka" - dosyć stereotypowo i niezbyt zaskakująco przedstawiającego losy twórców gier. Mimo tego, dobrze by było zobaczyć jeszcze ową trójkę w kolejnych numerach "Kartonu", chociaż przypisanie Konwerskiemu i Zychowi roli gości numeru oznacza raczej, że to jednorazowy wyskok. A szkoda.
Oprócz tego w środku tradycyjnie znajduje się "Szczypta realizmu" za którą tym razem odpowiada Wojtek Stefaniec; Zuzanna Kochańska powraca z rubryką "Kar://Net" i prezentuje komiks "The Meek" Der-Shing Helmera; Karol Kalinowski prezentuje kolejną część "Wyjścia" - komiksu z życia wziętego, którego wszystkie epizody (oby jak najwięcej) za kilka lat z chęcią zobaczyłbym w osobnym wydawnictwie. Dwie ostatnie strony okładki to tradycyjnie komiks sponsorski, który tym razem jest komiksem-prezentem, oraz czwarta plansza "Diogenesa" Przemka Surmy, w której podobnie jak w "168" jego brata niezbyt wiele wiadomo ponad to, że jest ona półmetkiem komiksu.W numerze zabrakło tym razem komiksowego występu gości z zagranicy, ale wspomniany "Nerdówek" bardzo dobrze wypełnia tę lukę. Jednak co swoi to swoi.
Dwa ostatnie numery "Kartonu" to zdecydowany progres jeśli chodzi zarówno o sam kształt magazynu, jak i serie w nim występujące. Widać, że twórcy za nie odpowiedzialni mają pomysły na zaskakiwanie swoich czytelników i w przypadku samych komiksów (w zasadzie z każdym odcinkiem coraz lepszych) i promocji samego magazynu/całej jego "otoczki". Przy pierwszym numerze sympatycznym doń dodatkiem była karta kolekcjonerska, a przy wystawie "Kartonowe ludziki" odbywającej się w Lorelei (z okazji Komiksowej Warszawy) można było dostać/zakupić piwo "Krew Vladymira" z etykietą autorstwa Tomka Pastuszki - niby drobiazgi, ale cieszą. Dużym plusem jest również strona magazynu na której pojawiają się wszelkie informacje kartonowe (i około kartonowe), a od jakiegoś czasu można na niej również podziwiać kolejne epizody (póki co dwa) z życia sympatycznego generała znanego z komiksów sponsorskich.
środa, 21 kwietnia 2010
#428 - Karton po raz trzeci
O komiksowym kwartalniku Piotra Nowackiego, Tomasza Pastuszki i Bartosza Sztybora szersza publiczność miała okazję dowiedzieć się podczas ubiegłorocznej beefki. Po wyjściu na światło dzienne szczegółów projektu, w tym głównie listy twórców mających odpowiadać za historie w nim zamieszczone, wiązano z "Kartonem" spore nadzieje, przebąkując gdzieniegdzie o nadchodzącym następcy "Produktu". Jednak pierwsze dwa numery (wrzesień 2009, luty 2010) spotkały się głównie - przynajmniej z tego co kojarzę po recenzjach, czy rozmowach - z mniejszym lub większym rozczarowaniem. Jak jest więc z "trójką", która na zbliżającej się wielkimi krokami Komiksowej Warszawie będzie mieć swoją premierę?Rozwiewając już na samym wstępie wątpliwości powiem, że jest dobrze. Ba, bardzo dobrze!* Po lekturze najnowszego numeru nie było mowy o niedosycie, czy zawodzie, który towarzyszył mi przy wcześniejszych częściach. Hitami trzeciego "Kartonu" są dwie serie - debiutujący "Rubino" oraz "Cyberdetektywi z kosmosu". W komiksie Karola Kali... W komiksie Patricio Didlo tytułowy jednorożec borykać się musi nie tylko z elfami i trolami, ale też z malejącym zapotrzebowaniem wśród czytelników na jego przygody. Jednak z każdym z tych problemów radzi sobie z wyjątkowym wdziękiem i klasą. Jest przy tym tak sympatycznym stworzeniem (wiadomo - legendarny jednorożec), że tylko kwestią czasu jest, kiedy trafi na koszulki czy badziki (jedną stronę już zaatakował). Natomiast kolejny odcinek serii Łazowskiego i Szymkiewicza to nie tylko pełnokrwista zagadka kryminalna z którą zmierzyć się może sam czytelnik, ale i kilka innych łamigłówek rodem z "Kaczora Donalda" czy innych periodyków dla tych nieco młodszych komiksiarzy. Stałą (czyt. wysoką) formę trzymają "Ćmy" Tomasza Pastuszki oraz "Flatties" tego samego pana i fantastycznie rysującej Ewy Juszczuk. Widniejący na (uznawanej przez wielu za najlepszą dotychczas) okładce Człowiek Paroovka znalazł swoje miejsce i w środku numeru, w historii, gdzie głównym miejscem akcji jest Bar Bara, a gościnny występ zalicza jedna z ciekawszych postaci stworzonych przez Marka Lachowicza (wcześniej można było ją zobaczyć w wydanym w 2007 roku albumie "Człowiek Paroovka. Dorysuj mu wąsy"). Po lekturze "Gangu Wąsaczy" nieco zwątpiłem w trójmiejskiego twórcę, ale ten jeden odcinek przywraca mą wiarę i wzmaga apetyt na kolejny album przygód tego bohatera (i spółki).
Nieco lepiej (w porównaniu z poprzednimi odcinkami) jest w przypadku "Byle do piątku trzynastego" Sztybora i Nowackiego. Jednak o ile nie można się czepiać warstwy graficznej, o tyle sama historia jest nadal niezbyt wciągająca. Póki co wygląda na to, że oprócz tytułowej daty, główni bohaterowie nie mają za wiele do roboty. A przynajmniej nic takiego co mogłoby się równać z morderczym szałem, który ma zapewne miejsce kiedy już nadejdzie ten właściwy dzień. Chyba jednak oprócz perypetii związanych z szukaniem pracy, wolałbym, aby Flitlicz i spółka zajęli się tym co potrafią robić najlepiej - mordowaniem. Mam nadzieję, że ostatni kadr jest tego miłą zapowiedzią. Jeśli chodzi o dwie ostatnie stałe serie wchodzące w skład "Kartonu" to obie one wychodzą spod rąk braci Surma. Przy lekturze komiksu "168", warto by przypomnieć sobie poprzednie dwa odcinki, tak żeby wszystkie one mogły łączyć się w jedną, jeszcze nie do końca logiczną, całość. Obyczajowa seria Marcina Surmy wydaje się idealną historią do czytania za jednym razem, bo w przypadku rozpoczynania jej lektury załóżmy od tego odcinka, czytelnik będzie mocno zdezorientowany. Na szczęście, patrząc po numeracji poszczególnych stron, w przyszłości można się spodziewać takiego właśnie wydania zbiorczego. Co do komiksu drugiego z braci, Przemysława, zarzut jest od początku ten sam - za mało! A przymykając oko na ten fakt, pełen profesjonalizm - i kreska i kolor to najwyższy poziom rodzimego cartoonu. Chociaż nie miałbym nic przeciwko pomysłowi rzuconemu na spotkaniu z Surpiko podczas ubiegłorocznej emefki, aby przynajmniej w jednym numerze "Diogenes" zagościł na większej ilości stron. Nawet kosztem koloru.
To tyle jeśli chodzi o stałe serie komiksowe. Oprócz nich w środku znalazła się bardzo klimatyczna grafika Pawła Sambora (w ramach "Szczypty realizmu"), oraz cztery pozbawione słów i niezwykle zabawne jednoplanszówki zagranicznego gościa, Oscara Mediny Hernandeza (który jak dla mnie mógłby co numer dorzucać przynajmniej jeden taki smakowity kąsek do zawartości kwartalnika). Nie można też nie wspomnieć o paskach Karola Kalinowskiego z serii "Wyjście" traktujących o codziennych perypetiach wielbiciela mocnych trunków - przy ich lekturze niejeden czytelnik zaduma się i powie "tak było" (tudzież "tak właśnie jest"). Na trzeciej stronie okładki tradycyjnie znajduje się komiks sponsorowany i moim zdaniem - naszym redakcyjnym pewnie też - jest to najśmieszniejszy i najlepszy komiks, który póki co wszedł w skład tej umiejętnie łączącej wątki serii. W porównaniu z poprzednim numerem zabrakło tylko rubryki "Kar://Net" Zuzanny Kochańskiej i jej gościa, ale z dobrze poinformowanych źródeł wiem, że wróci ona na łamy magazynu w przyszłym numerze (planowanym na Bałtycki Festiwal Komiksu)
Reasumując - trzeba ten "Karton" na swej półce mieć. Szczególnie, że za dodatkowe cztery strony komiksów (łącznie jest ich 40 + okładka) nie trzeba dopłacać ani grosza więcej do tych i tak już symbolicznych i niezmiennych od pierwszego numeru pięciu złotych.
A na dodatkową zachętę, która powinna rozwiać wszelkie wątpliwości (jeśli jeszcze jakieś są) prezentujemy wcześniej nigdzie nie publikowany pierwszy odcinek z serii "Rubino" Patricio Didlo (pozostałe przykładowe plansze z trzeciego "Kartonu" do wglądu na WRAKu).
wtorek, 6 kwietnia 2010
#414 - W sąsiednich kadrach. Polacy i Czesi o sobie w komiksie
Zachęcenie polskich i czeskich komiksiarzy do przygotowania rzetelnych, mających oparcie w materiale źródłowym lub własnym doświadczeniu dokumentalnych komiksów zdaje się tyle oryginalnym, co ryzykownym pomysłem. Reportażowy "Komiks W-Wa" Kłosia, Kwaśniewskiego i Truścińskiego to raczej odosobniony przypadek utworu tego typu w skali rodzimego rynku, zdominowanego przez autorskie ambicje.
Paradoksalnie, typowej literatury faktu w polsko-czeskiej antologii jest jak na lekarstwo. Właściwie jedynym komiksem, który do takiego miana mógłby pretendować, są "Perspektywy" Tomka Kontnego i Pawła Piechnika, którzy ruszyli z piórem i ołówkiem do Cieszyna, aby zrobić reportaż o ludziach z pogranicza. Cóż z tego, jeśli ich efekt pracy jest zwyczajnie nieciekawy, choć spełniający założenia wydawnictwa? Inni twórcy, jak Maciej Pałka, którego praca otwiera album czy Karol Kalinowski, ograniczyli się jedynie do wypytania swoich znajomych o to, z czym im kojarzą się Czechy. Na tym ich reporterska praca się skończyła. Pół biedy gdyby potrafili jeszcze zrobić z takiego materiału dobre komiksy, ale niestety obaj nie mogą wyjść poza banał stereotypowych skojarzeń. Czechy, w "Piwie i knedliczkach" (Pałki) i "Czeskich dziewczętach" (KRLa) to… no cóż, piwo i knedliczki. I dziewczyny. Krecik i "Szpital na peryferiach", ateizm i beheroovka, Hrabal i Prokupek (najbardziej znany czeski artysta komiksowy).
Nieco inną drogą poszli Dennis Wojda i Krzysztof Gawronkiewicz, którzy przygotowali nową opowieść z miasteczka Mikropolis. Od strony warsztatowej w żaden sposób do "Klątwy Wodnika" nie można się przyczepić. Jeden z najlepszych polskich duetów scenarzysta-rysownik wciąż znajduje się w mistrzowskiej formie. Gawron w swojej kresce świetnie przeplata realistyczną manierę (tła) z karykaturalnym przerysowaniem (postacie), a Wojda snuje oniryczną, nieco kafkowską opowieść pełną czeskich smaczków, nie mającą zupełnie nic wspólnego z reportażem. Nieco bardziej tej konwencji trzyma się Tomasz Niewiadomski ("Spotkanie") opowiadając bardzo ciepłą opowieść o miłosnych perypetiach między dwoma zaprzyjaźnionymi narodami. Równie sympatyczna jest historia pewnej urodzinowej peregrynacji, z fabularnymi zakrętasami godnymi Guy'a Ritchiego, opowiedziana przez Grzegorza Janusza. "Plan", zilustrowany przez Berenikę Kołomycką, obok "Klątwy Wodnika", najbardziej przypadł mi do gustu.
Z autorów czeskich obecnych w antologii najlepiej zaprezentowali się twórcy znani z trylogii "Alois Nebel", Jaroslav Rudis i Jaromir 99. W krótkich, jednostronicowych fabułkach pokazują codzienne życie w Białym Potoku, prowincjonalnym miasteczku zagubionym w Sudetach, na polsko-czeskiej granicy. I jak to w życiu - łzy mieszają się z gromkim śmiechem, absurd i groteska towarzyszą uważniej obserwacji miejscowych obyczajów, a ludzkie dramaty wyzierają z pustych kufli po piwie. Słabiej prezentuje się praca Ticho 762, Bohumira Tabaka i Petra Vicka "
Z prac konkursowych najlepiej prezentuje się zwycięski komiks Emilii Skupień o przydługim tytule "Co Olza widziała. Rzecz o kontrabandzie na Moście
Z reguły wydawnictwa dwujęzyczne publikowane są jako flipbooki - z jednej strony znajduje się rodzima wersja językowa, a z drugiej, tzn. od końca - obca. W przypadku produkcji Centrali jest inaczej - najpierw mamy stronę po polsku, potem (tą samą) - po czesku. Może i pomaga to w nauce czeskiego, ale z pewnością nie w lekturze. Wyjątkiem od tej reguły jest komiks Gawronkiewicza i Wojdy tłumaczony z polskiego na czeski przez asteriksy.
Niestety, obraz, jaki wyłania się z kart antologii "W sąsiednich kadrach - Polacy i Czesi o sobie w komiksie" nie nastraja zbyt optymistycznie. Wzajemna wiedza Polaków o Czechach i Czechów o Polakach nie wykracza poza stek stereotypów i powierzchownych opinii. Niewielu z autorów biorących udział w antologii kwapiło się, aby swoimi pracami pogłębić wiedzę czytelników o sąsiedzie zza południowej (czy północnej) granicy. Sądzę, że sporo w tym winy organizatorów projektu, którzy zaprosili do współpracy autorów nie mających nic ciekawego do powiedzenia na "zadany temat" i narzucili zbyt sztywne regulamin krępujący twórców. Może gdyby go nieco rozluźnić, wyszłoby z tego coś lepszego, bardziej wartościowego i spełniające swoje zadanie?
czwartek, 4 lutego 2010
#364 - KRL: Tak jakoś wyszło.
Tak jakoś wyszło. Sam jestem zaskoczony. Wmawiam sobie, że to normalna kolej rzeczy, że po tylu latach rysowania komiksów w końcu na to zapracowałem. Czasami też pomaga takie przysłowie, że nawet ślepej kurze czasami się trafi.
Jak w ogóle doszło do tego, że przygodami Dorotki i spółki zainteresowali się filmowcy? Decyzja o ekranizacji to kwestia ostatnich tygodni, czy może rozmowy prowadzone były jeszcze zanim trafiła ona do szerszego obiegu?
"Łauma" otarła się wcześniej o dwie filmowe opcje. Zaraz po MFKiG dostałem pierwszą propozycję - przyjaciel Śledzia kończy Łódzką Filmówkę i chciał zrealizować "Łaumę" jako swój debiut reżyserski. W tym czasie Szymon Holcman lobbował u Bagińskiego, który nie powiedział co prawda stanowczego NIE, ale też nie pozostawił żadnych złudzeń. Firma pracuje już nad paroma projektami i nie ma szans na nowe rzeczy - nie teraz. I nagle zgłosili się ludzie z Lava Films. Pracowali wcześniej przy kilku filmach, a teraz chcieli wyprodukować większą rzecz pod swoim własnym szyldem. Zaproponowali film aktorski. Podczas pierwszej rozmowy przedstawili swoją wizję i pomysły. Nie ukrywam też, że aktorska wersja "Łaumy" najbardziej mnie zainteresowała. Ja wiem jak będzie wyglądał film animowany - to będą moje rysunki, które się ruszają, a wizja filmu z aktorami do tej pory mnie nurtuje. Co ciekawe - film w zamierzeniu jest projektem międzynarodowym, co daje również spore szanse na jego rozpowszechnienie w innych krajach Europy.
Jaka będzie Twoja rola przy tej ekranizacji?
Postawiłem kleksa na umowie. Na dzień dzisiejszy na tym się moja rola kończy. Mówię - na dzień dzisiejszy, gdyż istnieje możliwość mojej pracy przy concept artach i tym podobnych. Ale na razie cisza.
Zastanawiałeś się może, kto mógłby zagrać rolę głównych postaci? Chciałbyś, wzorem np. Stana Lee, wystąpić w jakimś epizodziku?
Broń boże - żadnych epizodów. Ja się nadaję co najwyżej na wspólne zdjęcie podczas wigilii. O obsadzie myślę cały czas - to zupełnie naturalne. Nie mam jednak wpływu na takie rzeczy – z czego bardzo się cieszę, bo gdybym miał, to postać ojca zagrał by Ben Affleck.
Sukcesy "Łaumy" to raczej dosyć mocny prztyczek w nos dla wszystkich narzekających na miernotę współczesnego komiksu znad Wisły...
Polskie środowisko komiksowe to bardzo skomplikowany twór. Już dokładnie wiem jakie będą reakcje na wiadomość o ekranizacji. Ci, którym komiks się podobał będą zadowoleni, natomiast osoby, które postawiły na mnie krechę, zdążą nie raz jeszcze skrytykować i wrzucić w sieć stosowną ilość marudzenia, narzekania i niezadowolenia. Tak więc pstryczka nie będzie.
Czy jest szansa, że kiedyś w przyszłości usiądziesz nad kontynuacją, bądź prequelem, przygód Dorotki i spółki?
Mam taką umowę z Szymonem, że nie siądę do drugiej części jeżeli "naprawdę" nie będę miał na nią pomysłu. A ten już jest. Wszystko jest możliwe, ale nie zamierzam w najbliższym czasie do tego siadać.
Promocja "Łaumy" zaczęła się ponad pół roku przed jej publikacją, kiedy to na blogu Kultury Gniewu, co kilka dni, pojawiały się kolejne plansze z pierwszego rozdziału. Czy podobna akcja będzie miała miejsce przy okazji Twoich kolejnych projektów?
Bardzo bym chciał. Przy "Łaumie" oszczędziłem w ten sposób komentarzy ludzi, którzy kupili komiks, który ich zupełnie nie interesuje, a takie fikołki miały wcześniej miejsce.
Znany jesteś z tego, że często zmieniasz swoje plany (np. "Ostatnia Kronika", "Planet of the Robots"), więc czy podczas tworzenia "Łaumy" dopadły Cię wątpliwości czy jest sens tworzyć tę historię dalej, czy może skupić przy czym innym?
Oczywiście, że tak. Każdy album jest na starcie kupą zabawy, potem jest już tylko męka pańska. To jest swoisty filtr - mechanizm selekcji. Tylko najlepsze pomysły przechodzą próbę czasu i rypania w krzyżu. Publikacja pierwszego rozdziału "Łaumy" w sieci i komentarze pod planszami były takim motorem, kiedy przychodził kryzys, więc bardzo możliwe, że podobny zabieg zastosujemy przy moich następnych projektach.
Rogate bóstwo jest moją ulubioną postacią z tego komiksu. Tak więc, chociażby dla samego siebie, muszę spytać: wyjaśnisz kiedyś na łamach przyszłych komiksów jaka jest jego przeszłość i jak brzmi jego imię?
Nie wydaje Ci się , że gdybyś poznał historię bezimiennego, ta postać przestałaby Cię interesować?
Ciężko powiedzieć - wszystko zależy od tego jak sprawnie poradziłbyś sobie z tym zadaniem. Ale wydaje mi się, że tak, kiedyś chciałbym poznać jego przeszłość bez względu na to jak wpłynęłoby to na mój odbiór postaci. Idziemy dalej - zanim "Łauma" trafiła do szerszego obiegu, zdobyła największą ilość głosów w MFK'owym konkursie na najlepszy komiks roku, którym ostatecznie została jednak reedycja albumu Jeża Jerzego - czujesz się moralnym zwycięzcą tego konkursu?
Cieszyłem się, że komiks był zauważony, ale zwyciężyć można tylko w ramach określonych zasad i regulaminu. To nam pokazało jedynie, że mieliśmy dobrą promocję. I w tym sensie wygrałem - na promocję komiksu w tym roku.
Skoro mówisz już o wygranych - w wielu podsumowaniach minionych dwunastu miesięcy "Łauma" określana była najlepszym polskim komiksem 2009 roku. Tak szczerze i bez zbędnej skromności - czy Twoim zdaniem był jakiś poważny kandydat, który mógłby zagrozić Twojemu albumowi?
Faktycznie nie było zbyt wiele polskich komiksów w 2009. Mało, ale przecież i tak "wszyscy mają w dupie polski komiks". Myślę, że "Hmmarlowe i niedole Julitty" jest cholernie dobrym komiksem, to srogi kandydat do tytułu polskiego albumu roku.
Wysyp wszelkich podsumowań o którym wspomniałem wyżej, jest już co prawda za nami, ale nie mogę Cię nie spytać o Twoje wrażenia z 2009 roku i o nadzieje na ten obecny. Zarówno te komiksowe jak i poza komiksowe.
Dla mnie rok 2009 to przede wszystkim "Uzbrojony Ogród", "Trzy Cienie" i "Łajka". Jedne z ważniejszych komiksów jakie czytałem wyszły właśnie w ostatnich dwunastu miesiącach. Piękny rok. Poza tym z bananem wspominam BFK i MFKiG - dwie bardzo dobre imprezy, które przywróciły mi wiarę w sens organizowania konwentów, bo ostatnio zacząłem się zastanawiać czy nie lepiej w tym czasie nawalić się piwem w domu oszczędzając kasę i zdrowie na PKP. Teraz też myślę, że "Komiksowe Becikowe" powinno się zaliczyć do 2009, bo chyba tylko ja i Jaszczu dowiedzieliśmy się o tym albumie w styczniu. Tak - to był największy strzał minionego roku. 2010 kojarzy mi się z moją córką. Ale tata już planuje zaliczyć BDK, Komiksową Warszawę, BFK i MFKiG. I jakiś nowy komiks zrobić między zmienianiem pieluch.
Kiedyś myślałeś o podbiciu zachodnich rynków z "Yoelem", ale nic z tego nie wyszło. A jak będzie z "Łaumą" - planujesz jakiś wyskok z Dorotką poza granice Polski?
Odezwał się wydawca z pewnego bałtyjskiego kraju i trwają rozmowy. Poza tym Kultura Gniewu odwiedziła Angoulême i poza podrywaniem hostess i smakowaniem miejscowych alkoholi, prowadziła rozmowy z wydawcami. Podobno było zainteresowanie. Teraz musimy uzbroić się w cierpliwość i grzecznie czekać. Życie mnie już nauczyło, żeby się zbytnio nie nastawiać. Wolę miłe niespodzianki, niż przykre rozczarowania. Poczekamy, zobaczymy.
Cofnijmy się na chwilę do Twoich początków. "Produkt" pojawił się w kioskach ponad 10 lat temu i był dla wielu pierwszym miejscem gdzie mogli się natknąć na Twoją twórczość. Dziesięć lat później wydajesz "Łaumę", najbardziej docenione Twoje dzieło, któremu wszyscy w zasadzie nie szczędzą pochwał. Jak rozumiem, jest to dla Ciebie pewne ukoronowanie tych wszystkich lat podczas których ciskałeś kolejne kadry, plansze i albumy..
Życzę wszystkim twórcom komiksowym takiego kopa jakiego ja dostałem z "Łaumą", kiedy z dnia na dzień okazało się, że z tego całego rysowania może coś jednak grubszego wyjść. To takie prozaiczne i żałosne, ale dla nas komiksiarzy pieniądze, które się kręcą dookoła komiksu są jednak pewną wyrocznią dla dalszej pracy, zwłaszcza kiedy pojawia się w życiu własna rodzina: żona, dziecko. Kiedy byłem jeszcze studentem to wszystko pięknie się układało, nawet jeżeli rysowało się za darmo. Dzisiaj każda minuta poświęcona na komiks jest ważona z czasem, który mógłbym poświęcić roli męża (i już ojca). Często komiks przegrywa. No i wtedy pojawia się coś takiego jak telefon z wytwórni filmowej. Kop w dupę jakich mało.
Po upadku "Produktu" ciężko było znaleźć twórczość Product Crew na łamach zinów, czy wydawnictw zinopodobnych. Jaki był/jest tego powód?
Nie wiem co powiedzieć. Może tak pół serio - Produktywni mierzyli w autorskie albumy? Ale tak całkiem serio - mi się wydaje, że nie było aż tak źle. Ja się udzielałem. Chyba. Może chłopaków nie zapraszano? Sam miałem kilka razy takie dziwne sytuacje, kiedy dowiadywałem się, że ktoś chciał kiedyś mnie o coś poprosić, ale nie miał śmiałości, bo to wiesz - Produkt Crew. Jak byśmy byli jakimiś kosmitami. Chociaż... Gdybym miał o coś poprosić Minkiewiczów to bym chyba ze strachu popuścił. Dopiero niedawno oswoiłem taki strach przed Skutnikiem i Adlerem. (śmiech)
Gdybyś miał dzisiaj okazję tworzyć coś w rodzaju "Produktu 2.0", z pozycji jedynie redaktora, to kogo byś z chęcią widział przy takim projekcie?
Były takie przebłyski nowego "Produktu" w rzeczywistości. I na liście był między innymi Asu, Jaszczu, Kirkor i jeszcze kilka osób. Ale trzeba powiedzieć, że sama technika i warsztat nie były warunkiem. Produkt Crew to osobowości. Nie ma tu miejsca dla drewnianych person, choćby rysowały jak sam Mike Mignola. Poza robieniem komiksów, trzeba też umieć dogadać się z takimi mistrzami dialogu jak Simson czy Marian i mieć przy tym wytrzymałą wątrobę. Osoby które zapychają forum postami o hermetyczności polskiego środowiska, które piszą o jakichś klikach i klubach wzajemnej adoracji, byłyby przekreślone na starcie. Z prostego powodu – nie dałyby się nam poznać, bo nie są w stanie podejść do stolika gdzie taka banda siedzi. A każdy z nas musiał kiedyś do takiej zgrai podejść i wyciągnąć łapkę na dzień dobry. Każdy. Bez wyjątków.
Mówisz, że przebłyski były – czego więc zabrakło, żeby P2.0 znalazł się na sklepowych półkach?
Kogoś kto wziąłby na siebie te wszystkie nieprzyjemne sprawy związane z wydawaniem magazynu, jak: reklama, skład, promocja, kolportaż i kasa dla rysowników. Brakowało kogoś, kto pozwoliłby Produkt Crew tylko i wyłącznie rysować komiksy i wydawać kasę na nich zarobioną.
Co dalej z Twoją komiksową karierą? Można spodziewać się jakiegoś nowego projektu w tym roku, czy będziesz chciał się bardziej skupić na swoich poza komiksowych planach?
Co kilka miesięcy mówię sobie, że czas zmienić priorytety, że bardzo chciałbym na przykład zająć się ilustracją książkową i prasową, no i zaraz potem siadam do nowego komiksu. Tak więc mam już małe plany na komiksową przyszłość. Cały czas też chodzi za mną jakiś wspólny komiks ze Śledziem. Jak tyko spotkam się z nim po powrocie do kraju, znów będę go namawiał. Poza komiksami naprawdę chciałbym ugryźć ilustracji książkowej. Tylko nie wiem jak.
A czy przy kolejnych komiksowych projektach masz zamiar trzymać się stylu wypracowanego przy "Łaumie"?
Według mnie można zachować styl przy jednoczesnym kombinowaniu z kreską. Nie chcę powtarzać kreski z "Łaumy" w innych projektach, ale mój styl na pewno zostanie zachowany. To jest jak kod genetyczny - nie oszukasz.
Kadry i dymki to nie jedyna Twoja pasja - na swoim świętej pamięci blogu rozpisywałeś się czasem o tworzeniu własnymi rękami noży, znany również jesteś jako twórca muzyczny. Masz jeszcze czas na te wszystkie pasje?
Oczywiście, że nie mam. Brzdąkam sobie tak czasami na gitarze, mam nawet kilka piosenek, które chciałbym sobie nagrać. A noże czekają na wiosnę.
A jak idą przygotowania do roli taty? Podpytywałeś innych ojców-komiksiarzy jak to jest, kiedy w życiu pojawia się mały berbeć?
Kilka rad od nich dostałem. Poza tym moje szykowanie do roli ojca wygląda zupełnie tak samo jak milionów innych mężczyzn w podobnej sytuacji. To jest mieszanka zniecierpliwienia, zdenerwowania i rozmyślania o przyszłości - ogólnie pozytywnie. (w czasie korekty tego wywiadu przyszła na świat Dorotka Kalinowska.)
Nadal zbierasz kamienie z całego świata i myślisz o użyciu ich do fundamentu pod dom?
Z kamieniami jest o tyle fajnie że nie ja je zbieram, a one zbierają się u mnie. Mam już fragmenty całkiem pokaźnej części naszej planety. Mam kamień z Himalajów, z Bombaju, Florencji, Puerto Rico i wiele, wiele innych.
A z Rodos jakiś kamyk masz?
Z Rodos jeszcze nie (śmiech).
No to szykuj miejsce pomiędzy tym z Bombaju, a tym z Himalajów. Ostatnie pytanie i jesteś wolny – co słychać u Sylwii Sputnik?
Sylwia Sputnik zamknęła się w domku na Mazurach i zajęła się swoją poezją. Czeka na smutniejsze czasy polskiego komiksu. Może kiedyś znowu napisze komuś w komentarzach: "Więcej uśmiechu!".
No właśnie: Więcej uśmiechu!
środa, 3 lutego 2010
#363 - Łauma The Movie
Tak jak przez wiele tygodni środowisko komiksowe utrzymywało w tajemnicy przed Piotrem Nowackim i Karolem Kalinowskim "Komiksowe Becikowe", tak ten drugi przez długi czas miał swój własny sekret, który z dniem dzisiejszym postanowił (wraz z Kulturą Gniewu) wypuścić na światło dzienne. Panowie i Panie! Przygody Dorotki, Ajwara i spółki za czas jakiś będzie można podziwiać na wielkim ekranie (i w dolby surround)! Przy czym ekranizacja hitowego komiksu KRLa "Łaumy" nie jest pobożnym życzeniem, jak może się to wydawać w przypadku planowanych ponoć filmowych przygód Funky Kovala czy Thorgala. Kilkadziesiąt godzin temu jej twórca złożył podpis na opcyjnej umowie – na której podstawie, producenci mają półtora roku na przygotowanie projektu do produkcji - i od teraz można zaciskać kciuki za powodzenie tego planu i jak najszybsze pojawienie się "Łaumy" na ekranach kin. Trzeba jednak mieć na uwadze, że to dopiero początek trudnej drogi.O "Łaumie" po raz pierwszy można było usłyszeć niemal równo rok temu, kiedy to na blogu Kultury Gniewu zaczęto publikować kolejne strony z pierwszego rozdziału komiksu. Akcja ta spotkała się z bardzo pozytywnym przyjęciem wśród czytelników, którzy po lekturze "Węża, szeptuchy i starego kredensu" musieli poczekać jeszcze kilka miesięcy na możliwość zapoznania się z pozostałymi dwoma rozdziałami. Premiera "Łaumy" miała miejsce podczas XX Międzynarodowego Festiwalu Komiksu w Łodzi i z miejsca stała się hitem, który w komiksowych podsumowaniach ubiegłego roku wielokrotnie mianowany był "polskim albumem roku". A teraz przyszła pora na film. Za przeniesienie losów Dorotki z papieru na taśmę celuloidową odpowiedzialna będzie firma Lava Films, za którą stoi czwórka absolwentów Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi, posiadających kilkunastoletni staż przy filmach fabularnych, dokumentalnych, animowanych, jak również teledyskach. Współpraca przy różnych projektach zaowocowała założeniem własnej firmy, której jednym z pierwszych dzieł ma być właśnie ekranizacja "Łaumy" Karola Kalinowskiego. Jak podkreślają producenci, komiks jest idealnym materiałem na "mądry i zabawny, atrakcyjny wizualnie, trafiający do szerokiej publiczności" film, który jest jednocześnie ogromnym wyzwaniem. Póki co, ekranizacja ta planowana jest jako film aktorski z wykorzystaniem efektów specjalnych (jak np. przy "Where the Wild Things Are"), a Lava Films ma półtora roku na nadanie sprawie oficjalnego toku. Oznacza to ni mniej, ni więcej, jak kilkanaście miesięcy mocnego trzymania kciuków. Ale wierzę, że będzie się to opłacało.
A jutrzejszym "daniem dnia" na Kolorowych będzie wywiad z KRLem, który pojawi się na naszych łamach w samo południe - będzie zarówno o filmowej jak i papierowej wersji "Łaumy", "Produkcie", komiksowych planach, jak i o.. Sylwii Sputnik. Zapraszamy!
środa, 2 grudnia 2009
#314 - Inspektor Gadżet prezentuje (5): łaumowy papercraft

Tym razem występ Inspektora Gadżeta nie będzie się sprowadzał do prezentacji figurkowych zdobyczy czy innych komiksowych gadżetów. Jego piąte pojawienie się na naszych łamach związane jest z - mam nadzieję - sympatyczną wycinanką wprost z łaumowego świata KRLa. Ta rogata postać po raz pierwszy pojawiła się na ostatniej stronie pierwszego rozdziału "Łaumy" (ten wiekopomny moment widoczny jest po lewej stronie) i z miejsca zdobyła moje serce. Tak więc, mając od dłuższego czasu chęć zmierzenia się z papercraftową materią, nie było problemu z wyborem postaci i po kilku tygodniach dosyć leniwych działań w końcu mogę zaprezentować efekt finalny.Zadanie jest w sumie proste i złożenie całości nie powinno zająć więcej niż 45/60 minut. Najgorszym (czyt. wymagającym najwięcej precyzji i cierpliwości) etapem jest wycięcie poroża, które za każdym razem gdy zabierałem się za tego papercrafta (łącznie 5-6 razy) potrafiło mnie na dłuższy czas zniechęcić do kolejnej sesji z machaniem nożyczkami. Aby w miarę sprawnie i bezboleśnie zamienić zadrukowaną kartkę papieru w kanciastego herosa, wypadałoby się zaopatrzyć w następujące przybory przedszkolaka:
- nożyczki* jeśli klej ten nie jest w sztyfcie a w płynie, to można również wytrzasnąć wieczko ze słoika i patyczek do uszu do pomocy (odrobinę kleju wylewamy na wieczko, a patykiem smarujemy co trzeba)
- nożyk do wykładziny
- najtańszy klej biurowy*
- linijka (lub cokolwiek prostego o długości min 10cm)
Kiedy wszystkie sześć elementów będzie zgrabnie wyciętych, można zabrać się za ich montaż. Tak jak ryba psuje się od głowy, tak z tej samej strony polecałbym zacząć sklejanie papercrafta (nieco przeszkadza mi brak imienia dla tej postaci i określanie jej po prostu "papercraftem" jest nieco dziwne). Zanim jednak spadnie pierwsza kropla kleju, należy pamiętać o wycięciu nożykiem małej przerwy po bokach głowy (dokładnie tam gdzie statystyczny homo sapiens ma uszy), gdzie później zamontuje się eleganckie poroże, oraz delikatnym przejechaniu jednym z ostrzy nożyczek po każdej krawędzi każdego z elementów (przy linijce!). Proponowana kolejność sklejania jest następująca: głowa (tylko z boku), następnie sklejamy ją z szyją, którą w kolejnym kroku montujemy w jedną zgrabną całość. Zanim "zamknie się" głowę od góry, należy skleić dwie pary rogów (nie nakładać kleju na ich "skrzydełka"!) i umieścić je we wcześniej wyciętych nożykiem otworach (kropla kleju do wewnątrz, żeby nie odpadały). Dalej już z górki - górną część wycinanki montujemy z dolną i voilà!Efekt finalny powinien być mniej więcej taki jak powyżej. Jako że przyzwyczaiłem się do czarno-białej wersji tej postaci, to w takich też barwach ona jest, ale jeśli ktoś woli wersję kolorową (z okładki "Łaumy", czy torby) to na naszym flickr'ze i taka jest do pobrania. Jak na pierwszy raz z tworzeniem papercrafta wyszło chyba całkiem poprawnie i może w dalszej przyszłości wezmę na warsztat innych herosów znanych z komiksów polskich autorów (może WilQ?). Ale raczej nie tych co mają tak efektowne poroże jak bohater dzisiejszego wpisu.
środa, 21 października 2009
#278 - Trzy w jednym - relacja ze spotakań z Marvano, KRLem i Ivanem Brunem
Rozmowa Kamila Śmiałkowskiego z Markiem van Oppenem rozpoczęła się od omawiania "Berlinu", który miał premierę na łódzkiej imprezie. Jak się okazało, Marvano nigdy nie był w stolicy Niemiec. Pisząc o rzeczach, które właściwie nie istnieją, których już nie ma, musiał spędzić bardzo wiele czasu w archiwach, przeglądając mnóstwo dokumentów i wdychając tony kurzu. Ale poszukiwanie materiałów to ta część procesu twórczego, którą Mark lubi najbardziej. W kontekście jego dotychczasowej pracy, trylogia "Berlin", której był scenarzystą i rysownikiem, była raczej skokiem w bok, chociaż przyznał, że pracuje obecnie nad innym tytułem, utrzymanym w podobnej konwencji. Marvano nie miał pojęcia, że ktoś inny za Oceanem tworzy komiks pod takim samym tytułem (chodzi oczywiście o "Berlin" Jasona Lutesa), choć był przekonany, że niemiecka stolica była zapewne interesującym tematem dla wielu pisarzy. Dla niego Berlin stanowi bardzo ważne miejsce na mapie Europy. To tutaj narodził się nazizm, tutaj swój początek miały dwie wielkie wojny, tędy przebiegała Żelazna Kurtyna i tu upadał komunizm. Berlin to bardzo ważne miasto w nowoczesnej historii, które w znacznym stopniu wpłynęło na kształt całego świata.
Jego przyjaźń i współpraca z Joe Haldemanem rozpoczęła się od "Wiecznej Wojny". Lektura książki wywarła na nim wielkie wrażenie i uznał, że mógłby coś takiego narysować. Na pewnym konwencie w Brighton Marvano pokazał kilka szkiców, które bardzo spodobały się Haldemanowi i to właściwie cała historia powstania tego komiksu. Okazało się, że był to początek współpracy dwóch twórców – później pracowali nad znanymi przez polskich czytelników "Wieczną Wolnością" i "Dallas Barrem". Marvano długo nie wiedział, jak ważnym komiksem "Wieczna Wojna" dla Polaków była, dopóki nie zorientował się, że jego komiks ukazał się w momencie, gdy komunizm w Polsce się wykrwawiał i był jedną z pierwszych "powieści graficznych". Porównując "Wieczną Wojnę" z "Wieczną Wolnością", wyżej stawia ten drugi tytuł. Uważa go za znacznie głębszy, ciekawszy, napisany przez człowieka o dwadzieścia lat starszego. Widać, że zarówno twórca, jak i jego dzieło dojrzały. "Wojna" jest mądra, ale "Wolność" mądrzejsza. To bardzo dobry argument przy całej krytyce, która spadła na sequel. Na pytanie Repka odnośnie adaptacji trzeciej części trylogii, czyli "Wiecznego Pokoju", Marvano odpowiedział "na razie nie ma takich planów". Wraz z Haldemanem pracują nad projektem o bardzo wymownym tytule - "1968" będzie komiksem odnoszącym się bezpośrednio do wojennych doświadczeń Haldemana z Wietnamu i niemożności powrotu do kraju, który zostawił.
Marvano sprawił wrażenie osoby oddanej swojej pracy. Czuć, że tworzenie komiksów jest dla niego bardzo ważne i nie cierpi na "komiksowy kompleks". Nie wstydzi się tego, że robi komiksy. Nie musi na każdym kroku udowadniać wszystkim, że komiks może podejmować ważne problemy, bo przecież podejmuje. Mówił mądrze, ale bez kaznodziejskiego napuszenia. Martwił się tym, że ludzie zapominają o przeszłości, o historii i bezmyślnie uciekają w przyszłość Nie ma nic złego w rozwoju, lecz trzeba wiedzieć skąd się przyszło. W Polsce jest to zapewne mniej widoczne, bo nasz kraj został bardzo mocno doświadczony przez historię i jej pamięć jest wciąż świeża, ale wiele narodów, jak na przykład Belgowie, bardzo szybko zapomina o swojej przeszłości. Amnezja skazuje ich kraje na ciągłe przerabianie tych samych lekcji, powtarzanie tych samych błędów. Marvano swoimi pracami chce przekazać coś czytelnikom. Cały ten sztafaż science-fiction służy jako środek do celu, a nie cel sam w sobie. To nośnik, sposób opowiadania historii, poruszenia pewnych problemów w przystępny i zrozumiały sposób.
Belgijski autor nie ma najmniejszego problemu z wydaniami zbiorczymi. Na patrzy na integrale, jako na lata ciężkiej pracy, ściśnięte w jeden tomik. Bo liczy się zawartość. A radość z wydania pojedynczego albumu czy wydania zbiorczego nadal pozostaje ta sama.
Spotkanie z zabójcą polskiego komiksu Karolem "KRLem" Kalinowskim przebiegało w bardzo sympatycznej i kameralnej atmosferze za sprawą prowadzącego Łukasza Babiela, który na festiwalu dorobił się zaszczytnego tytułu Redaktora. W założeniach spotkanie miało być warsztatami scenariuszowymi, ale wyszło według klasycznego schematu pytanie-odpowiedź. Karol opowiadał głównie o premierowej "Łaumie", która dostała najwięcej głosów od publiczności w konkursie na komiks roku 2008, a nagrodę i tak zgarnął Jeż Jerzy. Z rozbrajającą szczerością stwierdził, że wtręty autobiograficznie w jego ostatnim komiksie pojawiły się po części z lenistwa. Gdyby ojciec Dorotki był na przykład szewcem, KRL musiałby przerobić mnóstwo materiałów żeby zobaczyć jak wygląda pracownia szewska, w jakiej pozycji pracuje, jakie ma narzędzia. Tego problemu nie będzie, jeśli bohater będzie rysownikiem. Oczywiście te biograficzne wtręty, detale, które podporządkowane są historii. Co do eksperymentu z opublikowaniem 1/3 albumu w sieci, to KRL nie ma z tym żadnego problemu. Jeśli miałoby to tylko podnieść sprzedaż, jest gotów puszczać w Internecie nawet połowę zawartości swoich albumów. Takie pytanie powinno być raczej skierowane do wydawcy, choć wróbelki ćwierkają, że akurat "Łauma" w Łodzi sprzedała się na pniu.
Jeśli chodzi o charakterystyczne zamiłowanie KRLa do bohaterów dziecięcych to po prostu tak wychodzi. Autor "Łaumy" lepiej dogaduje się z dzieciakami, które przychodzą do niego, do biblioteki, niż z dorosłymi. Jeśli im się coś nie podoba, to po prostu mówią, na co wielu dorosłych po prostu nie stać i zaczynają kręcić. Dzieciństwo to wdzięczny temat dla twórcy, ale KRL nie tworzy swoich komiksów dla dzieci. Nie rozumie, dlaczego do "Łaumy" przylgnęła etykietka komiksu dla dzieci, bo w założeniach miał to być utwór all-age, coś w stylu "Muminków", przy których frajdę będą mieli zarówno dorośli, jak i małoletni odbiorcy. Dlatego właśnie nie unikał przekleństw, za namową Śledzia, które zawęziłoby mu audytorium. Pierwotnie "Łauma" miała być opowiadaniem, ale ta koncepcja bardzo szybko upadła. Zanim KRL zabrał się do pisania, już zaczął rozrysowywać story-boardy. A jeśli już zahaczamy o wątek literacki, to autor "Yoela" przyznał, że chciałby kiedyś napisać ilustrowaną książkę. Ale nie dlatego, że jest zmęczony komiksem. Chciałby, żeby jego czytelnicy choć raz nie czuli się gorsi, gdy pożyczają czy kupują komiks, od tych którzy to samo robią z książką.
Kończąc wątek "Łaumy" KRL wspomniał jeszcze o gościnnym występie Jakuba Rebelki. To właściwie zasługa Łukasza, który zauważył, że w scenariuszu zabrakło sceny oddzielającej jeden dzień, od drugiego i zaproponował scenę nocnego koszmaru w stylu Rebelki. Karol przyznał mu rację i przygotował taką sekwencję, a kiedy Szymon Holcman ją zobaczył stwierdził – "Hmm, to wygląda całkiem jak Rebelka. To może jego poprosimy o narysowanie tej sceny?". I oto cała historia.
Jeśli chodzi o projekty, nad którymi KRL ślęczy obecnie, to wiadomo, że nie będzie to obiecana seria ("New Kids on the Blok"?) dla KG. "Serię się nie sprzedają" i tyle w tym temacie. Natomiast inaczej rzecz się ma z "Ostatnią Kroniką", która znowu wylądowała na bocznicy ze względu na genialny pomysł, który zaprząta obecnie uwagę autora "Łaumy". KRL raczej nieprędko do tego tytułu wróci, a bardzo by chciał. Dużo frajdy sprawiło mu projektowanie postaci, kosmicznych pojazdów i prace były już mocno zaawansowane. Problem z "Ostatnią Kroniką" polega na tym, że była pomyślana jako komiks, a nie jako opowieść.
Kalinowski poruszył również tematy, na które dosyć mocno wypowiadał się na swoim blogu czy forach, czyli zasadności robienia antologii lesbijskiej i działalności pewnego komiksologa. Uronił również łezkę nad "Produktem", który był dla niego prawdziwą szkołą robienia komiksów. KRL okazał się nad wyraz skromnym, czy wręcz nieśmiałym facetem, który spuszczał oczy, gdy robiono mu zdjęcia i nie kwapił się do buńczucznych wypowiedzi o tym, jak jego komiksy są genialne i przełomowe, jak mają w zwyczaju niektórzy.
Ivan Brun, po którym spodziewałem się mnóstwa punkowej energii, okazał się nadzwyczaj spokojnym i wyciszonym człowiekiem, nieco w typie francuskiego intelektualisty. Prowadzący z nim spotkanie Szymon Holcman na początku rozmowy skupił się na jego polskim debiucie, czyli świetnie przyjętym "Bez Komentarza". Okazało się, że dopiero po wydaniu tego albumu, Ivan zdecydował, że zajmie się tworzeniem komiksów na poważnie. Jego poprzednie prace nie wychodziły poza punkowe getto. Paradoksalnie, praca pełna drastycznych scen seksu i przemocy dotarła do masowego odbiorcy, ale samego Bruna to nie dziwi – pisze o ważnych sprawach i czytelników to interesuje. Okazało się, że były plany wydania "Bez Komentarza" na rynku amerykańskim, ale wydawca stwierdził, że "jest zbyt brutalny". Bruna ucieszyło, że jego komiks znalazł się w ścisłej selekcji na festiwalu w Angouleme i został ciepło przyjęty przez krytyków i czytelników, ale nie przełożyło się to na jego sprzedaż. Cieszy się również, że wreszcie za pracę nad opowieścią obrazkową otrzymał godziwą zapłatę, gdyż do tej pory, pracujący dla małych wydawców, mógł liczyć ewentualnie na jakąś premię w przypadku naprawdę dobrej sprzedaży. Los chciał, że taką właśnie małą oficynę komiksów kupił potentat na francuskim rynku, czyli Glenat.
Prowadzący wprost spytał Bruna o jego zaangażowanie – czy jawnie lewackie poglądy, które pojawiają się w jego komiksach, są jego poglądami. Brun ze spokojem odpowiedział, że owszem, są to jego poglądy, ale odżegnuje się jakiegokolwiek zaangażowania i stronniczości. On jest obserwatorem i w swoich pracach stara przedstawić się jedynie obiektywną prawdę. Pisze o tym, jak w rzeczywistości działa kapitalizm, stroniąc o jakiejkolwiek propagandy. Ta wypowiedz autora "Bez Komentarza" dała mi sporo do myślenia i pokazała, jak wygląda postrzeganie lewicowość we Francji. Ocenę tego, co pokazuje na kartach swoich komiksów, pozostawia swoim czytelnikom. Ma świadomość, że swoimi pracami nie zmieni świata, ale liczy, że ktoś po ich lekturze dostrzeże problemy, które porusza na łamach swojego komiksu. Może zacznie się nad nimi zastanawiać, choć nie zdarzyło mu się jeszcze, aby ktoś podszedł do niego na konwencie i powiedział, że jego komiksy zmieniły całkowicie postrzeganie rzeczywistości, że dzięki niemu przejrzał na oczy.
Jako rasowy punkowiec, Ivan od czasów liceum gra w zespołach w klimatach hc/punk i traktuje to jako świetną zabawę. Próbował swoich sił, jako tekściarz i wokalista, a obecnie gra na gitarze basowej, komponuje muzykę i sprawia mu to mnóstwo frajdy. Przyznaje jednak, że żadnym wirtuozem nie jest. Wydaje płyty, koncertuje we Francji i tam, gdzie go zaproszą. A że światek hc/punk jest mały, zna polską Siekierę, podobnie jak mnóstwo innych zespołów z całego świata. Co ciekawe, w jego twórczej bibliografii można znaleźć komiksy pornograficzne, przeznaczone bodaj na rynek włoski, które tworzył pod pseudonimem. Było to ówczesne źródło jego utrzymania, gdy pracował nad innym komiksem, bodaj "Otaku". Pozostawiam to bez komentarza.
Dość mgliście opowiadał o swoich dotychczasowych osiągnięciach. Wspomniane "Otaku" było dosyć specyficznym komiksem, który opowiadał o życiu we Francji za 10 lat, natomiast "No Life" to praca podobna do "Bez komentarza". Obecnie pracuje nad komiksem utrzymanym również w konwencji krótkich, niemych komiksów, traktujących o sprawach społecznych, odnoszących się tym razem do wojen prowadzonych z pobudek ekonomicznych, a nie ideologicznych. Na pytanie Śledzia, że takie wojny wydają się bardziej racjonalne, Brun stwierdził, że oba rodzaje wojen są tak samo złe i wyrządzają tyle samo szkód.
poniedziałek, 12 października 2009
#271 - Karton
Po drugie, dostrzegłem w magazynie potencjał na choć niewielki sukces poza komiksowym grajdołem. Liczyłem, że ktoś zobaczywszy zachęcająco wyglądająca okładkę, po przejrzeniu kilku stron będzie gotów wysupłać te pięć złotych. Może to jest właśnie recepta na sukces? Po trzecie – no cóż, wystarczy spojrzeć na listę płac, aby poznać ostatni z moich powodów. Lachowicz, Kalinowski, Pastuszka, Nowacki, bracia Surmowie, coraz bardziej jaśniejąca gwiazda Sztybora – same uznane firmy, po których można i należy spodziewać się komisów na wysokim poziomie. Moje oczekiwania były dodatkowo podgrzewane przez hype wokół tego tytułu, do którego Kolorowe Zeszyty również przyłożyły rękę. Kończąc ten przydługi wstęp – czy "Karton" przysłowiowo daje radę?
Jeśli chodzi o prezentowane komiksy, to (głównie) "jest nieźle", ale "jak na pierwszy raz" mogło być lepiej. Czterokadrówki KRLa ilustrujące walkę ze zgubnym nałogiem alkoholowym należą właśnie do grupy "jest nieźle". Natomiast otwierająca numer i wracająca po dłuższej nieobecności "Grand Banda" Marka Lachowicza stanowi chyba najjaśniejszy punkt numeru. Tym bardziej boli, że kolejna absurdalna przygoda dwójki poczciwych staruszek, Kazi i Mirki, pozbawiona jest kolorów. O prymat najlepszego komiksu numeru mógłby ubiegać się jeszcze Tomek Pastuszka ze swoimi "Ćmami". Trzeba sporego kunsztu, by z tak wyświechtanego motywu, jak parodia super-bohatera, wycisnąć tak wiele, jak Asu. Tym bardziej dziwi obecność kilku końcowych kadrów, które wydają się zupełnie zbędne. A strony to towar deficytowy w "Kartonie". Pierwszy epizod "Flatties" wspomnianego już Pastuszki i Ewy Juszczyk przynosi na myśl "Atomówki" i stanowi niezłe wprowadzenie serii. Podobnie rzecz ma się w przypadku "Cosmocosmosis" Bartosza Szymkiewicza i Macieja Łazowskiego, którzy sprytnie poradzili sobie mając do dyspozycji zaledwie dwie strony. "168" pod względem graficznym prezentuje się wybornie - Marcin Surma ze swoim "realistic cartoon" stylem pozamiatał. Fabularnie – nieco zamotane. Jak na wstęp do dłuższej historii sprawdza się słabo i tematyką (historia obyczajowa?) nieco odstaje od przyjętej konwencji pisma. Na drugiej stronie okładki autorstwa jego brata, Przemka "Surpiko" Surmy ciężko cokolwiek napisać, napiszę więc – zapowiada się nieźle. Rewelacyjnie prezentuje się natomiast reklamowy szorciak, do którego rękę przyłożył każdy z trzech ojców założycieli. Gościa numeru, czyli Hiszpana Juanele jak dla mnie mogłoby nie być. Największy zgryz mam jednak z "Byle do piątku trzynastego" Bartosza Sztybora i Piotra Nowackiego. Humor, będący parodystycznym ujęciem slapstickowego żartu jest doprawdy uroczy, ale pod względem fabularnym Sztyborak poległ i jako wprowadzenie nowej serii jest dosyć nieskładnie i chaotycznie.
Lektura "Kartonu" pozostawia spory niedosyt. Nie wiem czy dobrym pomysłem jest upchanie na 38 stronach wstępów do historii zaplanowanych na kilka odcinków, które będą ukazywać się w rytmie trzymiesięcznym. A na tym, już niejeden się przejechał. Ja wolałbym zamiast tych wprowadzeń i introdukcji kilka konkretnych i zamkniętych szortów. Podsumowując ogólny poziom pierwszego numeru – jest nieźle. Muszę jednak napisać, że nieco się zawiodłem, bo moje oczekiwania nie miały zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością. Zamiast rasowego periodyku komiksowego, który ma koncept na trafienie do szerszego audytorium, dostałem coś na kształt "Jeju Bis". Zin, a nie magazyn, tyle że za piątkę i w nieco wyższym nakładzie (500 egzemplarzy). W ten sposób "Karton" będzie kolejnym tytułem, który zginie w konwentowej nawałnicy zakupów i innych zinów.
poniedziałek, 21 września 2009
#258 - KRL, Kultura i Album Roku?
arcz: Pierwszy kadr "Łaumy" (wtedy jeszcze będącej tajemniczym-projektem-bez-tytułu) został zaprezentowany na blogu KRLa w ostatnią sobotę stycznia b.r. i od razu zwrócił na siebie uwagę zupełnie innym stylem rysowania, który można by porównać - nieco na wyrost, ale pierwsze skojarzenie się liczy - do zabawy ze światłem i cieniem Franka Millera w "Mieście Grzechu". Na szczegóły nie trzeba było długo czekać - w połowie lutego na stronie Kultury opublikowano pierwszą planszę z pierwszego rozdziału komiksu pt. "Wąż, szeptucha i stary kredens". Kolejne odsłony pojawiały się przez następne miesiące w każdą środę i sobotę, aż do 19 kwietnia kiedy to pojawił się ostatni odcinek, który tylko wzmógł apetyt na cały album (a mnie oczarował tajemniczy stwór z rogami z ostatniego kadru).
Po lekturze wszystkich trzech rozdziałów mogę śmiało powiedzieć, że Karol Kalinowski stworzył komiks, który przeniósł mnie kilkanaście lat wstecz, do momentu gdy z zapartym tchem oglądałem "Muminki" na TVP1 i chowałem się za fotelem jak tylko pojawiała się przerażająca Buka. Te same emocje odnalazłem przy lekturze "Łaumy" - i niech nikogo nie zwiedzie w miarę spokojny rozdział pierwszy (przy czym nie należy tego traktować jako wady, bo dzięki temu idealnie sprawdza się jako wstęp do historii), ponieważ dalej jest już zdecydowanie żwawiej i bardziej "muminkowo". Jeśli ktoś zna KRLa, czy to osobiście czy z wpisów na blogu lub wywiadów, to z łatwością wyłapie charakterystyczne dla jego osoby elementy jak praca w bibliotece, fascynacja country czy (a jakże!) zamiłowanie do rysowania. Jak mniemam koty w "Łaumie" też nie pojawiają się przypadkowo. W zasadzie każdy z głównych bohaterów "skażony" jest jakąś częścią obywatela Kalinowskiego, ale badania nad tym ile KRLa jest w tej historii pozostawię tęższym umysłom. Oprócz powyższych nawiązań bystre oko dojrzy mały tribute dla pewnej serii komiksowej oraz ucieszy się zapewne na widok gościnnego udziału innego artysty ze stajni KG. A to wszystko na kilkudziesięciu stronach przepięknie ilustrowanej historii o Jaćwingach, leśnych duchach i pradawnych bóstwach. Kilka lat temu, kiedy twórca popularnych kaerelków wypuścił na światło dzienne "Yoela", wielu czytelników nieco na wyrost ogłosiło ten komiks polskim albumem roku i nic to, że był dopiero marzec. Teraz, co prawda na trzy miesiące przed końcem roku, mianowanie "Łaumy" tym samym tytułem nie będzie jakąkolwiek przesadą. I to nie ze względu na stosunkowo małą ilość rodzimych premier, a ze względu na postawioną niesamowicie wysoko poprzeczkę przez autora "Łaumy". Brawo!
Brawa należą się również Kulturze Gniewu - jednak nie za to, że po prostu wypuściła ten album, a za to, że dała mu szansę, spróbowała dosyć ryzykownego kroku jakim była publikacja 1/3 albumu za darmo w sieci i mam nadzieję, że taka forma promocji przełoży się na jego sprzedaż. Swoją drogą kto wie czy gdyby nie pojawiające się co kilka dni kolejne plansze to czy KRLowi nie wpadłoby coś innego do głowy i miałby motywację do skończenia tego albumu? Tyle tytułem wstępu - poniżej rasowe recenzje tranwaya i julka!
tranway: Neil Gaiman opowiadając o "Koralinie" mówił, że współczesne dzieci potrzebują współczesnych bajek. Takich, w których sensacja połączona jest z odrobiną tajemniczości, a nawet czegoś strasznego. KaeReL ze swoją "Łaumą" wpisał się właśnie w ten w nurt bajki nowoczesnej. I choć nie jest ona tak drastyczna jak "Koralina", to akcji i niesamowitości w niej nie brakuje....
Historia jednak nie pędzi od pierwszego kadru. "Łauma" składa się z trzech rozdziałów, i pierwszy - znany już co bardziej obeznanym z tematem - raczej "leniwie" wprowadza czytelnika w nastrój panujący na Suwalszczyźnie. Poznajemy Dorotkę, która opowiada, bardzo ciekawie, nie tylko o swojej rodzinie. Sposób, w jaki czytelnik zaznajamiany jest z tajemnicami Łojm, to udane połączenie dziecięcej perspektywy i narracji budującej napięcie. Świat rozrysowany na stronach komiksu pełen jest magicznych istot - od pomniejszego domowego ducha do niezwykle groźnego boga piorunów. Dodajmy do tego odrobinę realizmu magicznego, gdzie siła bóstw uzależniona jest od składanych mu modlitw, i otrzymujemy bardzo ciekawy świat, gdzie "wszystko jest możliwe".
Jednak trudno jest zachwycać się wykreowanym światem, ponieważ historia przez większość komiksu pędzi do przodu. O ile na początku Dorotka jest zwyczajną małą dziewczynką, o tyle od drugiego rozdziału przypomina bardziej Atomówkę - nie tylko od strony graficznej - która przejmuje inicjatywę i odważnie stara się walczyć z nadciągającym niebezpieczeństwem. Oczywiście nie zawsze jest w pełni świadoma otaczającego ją świata i mechanizmów nim rządzącymi. Wtedy jednak do pomocy przychodzą rysunki - najmocniejszy moim zdaniem element całego komiksu.
KaeReL świetnie dopowiada grafiką to, czego Dorotka nie jest w stanie nam powiedzieć. I nie ma znaczenia czy jest to coś tak banalnego jak chciwość księdza, czy magiczne zjawisko. Nie można także zapomnieć o fantastycznie rozrysowanych postaciach. Już po pierwszym spojrzeniu na policjanta, baby ze wsi czy pana Leszka wiadomo jakimi są osobami. Największe brawa należą się jednak za czarno-białe kadry. Duże, przejrzyste i proste w konstrukcji rysunki powodują, że komiks zachował coś z atmosfery starych bajek. Absolutnym mistrzostwem jest dla mnie całostronicowy kadr Łaumy, na którym kojarzy mi się ona z Buką z "Muminków".
Połączenie nowoczesnej historii z rysunkami niczym z bajek sprzed lat stworzyło nad wyraz ciekawą mieszankę. Komiks jest bardzo przyjemną lekturą, lecz niestety krótką. I to chyba jest jedyna wada "Łaumy". Wszystkie udane motywy - ciekawa narracja, elementy tajemniczości, celnie dopowiadające rysunki - nie są w pełni wykorzystane, ponieważ co chwilę zmienia się nastrój historii, a z nim i narzędzia do jego budowania. Lecz nie zmienia to faktu, że KaeRel stworzył bardzo udany komiks. Oby więcej polskich premier z tylko taką "wadą"...
Pod względem oprawy graficznej "Łauma" prezentuje się znakomicie. Po rysunkach widać, jak wiele pracy musiał w nie włożyć ich autor, by uzyskać zadowalający efekt. Pierwszy album Kalinowskiego w barwach Kultury Gniewu stanowi kolejny etap w rozwoju jednego z najciekawszych polskich rysowników. To już nie autor nieco nieporadnych ludzików, znanych z pierwszych produktywnych szorciaków czy "Ligi Obrońców Planety Ziemia", to nie rysownik bawiący się w eksperymenty z realistycznym cartoonem znanym z kart "Yoela", tylko rasowy komiksiarz, nawiązujący do europejskiej klasyki spod znaku Herge'a. Napisanie, że KRL nawrócił się na "czystą linię" byłoby sporym nadużyciem, ale w jego stylu da się zauważyć tendencję do mocnego przerysowywania postaci i realistycznego odwzorowania tła. Bohaterowie przedstawieni są w taki sposób, aby maksymalnie podkreślić ich cechy charakteru – chciwość interesownego księdza z prowincjonalnej parafii czy eteryczną urodę matki Dorotki. Natomiast backgroundy narysowane są z wielką pieczołowitością – od desek, z których zbudowane są suwalskie domy po wzory na stołowym obrusie.
Mam świadomość, że "Łauma" to komiks specyficzny i nie każdemu może się on spodobać. Głównie ze względu na jego "dziecięcy" charakter. Jestem bardzo daleki od okrzyknięcia dzieła Karola Kalinowskiego albumem roku, lub nawet najlepszą polską produkcją 2009. To pięknie opowiedziana i znakomicie narysowana, pełna magii historia, którą chciałbym przeczytać razem z moim dzieckiem, kiedy tylko się go doczekam.
"Łauma"Karol KRL Kalinowski
Kultura Gniewu, październik 2009
76 stron w czerni i bieli / 24,90zł
www komiksu
niedziela, 13 kwietnia 2008
# 24 - koko ist ein falafel
Ze 3x próbowałem już napisać tę notkę, ale nie wychodziło. Może tym razem się uda.
Weekend w Berlinie bardzo pozytywny. Główny cel wyjazdu - koncert Dropkick Murphys. Columbiahalle pękało w szwach (obecnych było kilkudziesięciu rodaków), nagłośnienie było takie jak być powinno, a Niemcy pokazali, że jak chcą to potrafią się bawić. Oprócz DK grali również:
+ Deadly Sins - taki sobie punkowy zespolik z laską na wokalu. Kojarzyło mi się to z naszym CF98. Pitu pitu.
+ Against Me! - wraz z ostatnią płytą zagościli na listach przebojów i różnych muzycznych telewizjach. I więcej niż połowa koncertu to były właśnie numery z "New Wave". O ile na płycie średnio bawią, tak na koncertach sprawdzają się wyśmienicie. Oprócz tego było min "Pints of Guinness Make You Strong" czy "Touch". I mimo znikomej ilości starszych hitów podeszli mi bardziej niż w ubiegłym roku w Wawie.
Po dwóch 'rozgrzewaczach' na scenę weszli Dropkiki i zamietli. Półtorej godziny grania, mnóstwo hiciorów (drugie mnóstwo nie zagranych), zabawa z zapraszaniem fanów na scenę podczas bisów. Kozak! Zaczęli od "Famous for Nothing" a skończyli "Citizen CIA". Oby o PL zahaczyli przy najbliższej okazji.
Kolejny Berliński punkt programu to komiksy. Wcześniej wyguglałem sobie co i jak, wypytałem i odwiedziłem Modern Graphics na Oranienstrasse 22. Ogrom asortymentu na chwilę mnie ogłuszył. Trzy salki - w jednej to co wychodzi po niemiecku (sporo Marveli aktualnych), w drugiej Europa + Niemcy, w ostatniej USA (nowości na bieżąco) i komiksowy merch. Do kolekcji trafiły: "Skin Deep" Burnsa, trzy rzeczy Lewisa Trondheima "Nein, Nein, Nein" , "Mr I" oraz "Die Fliege" (ciekawostka: "Mr I" i "Die Fliege" drukowane w Kielcach) oraz nowość z Marvela - pierwszy numer Secret Invasion.
Poniżej trzy fotki - MG z zewnątrz i dwie foty z sali z USA.
Parę słów o samym mieście. Berlin zadziwił mnie i koka swoją czystością, ilością rowerów na ulicach, klimatycznymi kafejkami poza centrum (np. takie Cafe Zapata) czy też zajebistymi falaflami. W pojedynku Warszawa vs Berlin, nasza stolica przegrywa w 1 rundzie przez nokaut techniczny. Zachęcam władze Wawy, żeby przejechały się do Berlina (tanie bilety! za 70zl da radę!) i zobaczyły jak mogą wyglądać dworce kolejowe, czy też promocja miasta w postaci różniastych gadżetów. Uczyć się!
Na pożegnanie strzeliliśmy sobie po Guinnessie w kozackim Irish Pubie i obejrzeliśmy Kubicę tamże. Sześć godzin później wysiedliśmy na Centralnym.
Z nowości u nas:
- Śledziu zaprezentował u siebie okładkę do długo wyczekiwanego 'Na Szybko Spisane 1990-2000'. Premiera niedługo.
- po paru miesiącach komiksowego milczenia KRL uderza z nowym projektem pt. 'Ostatnia Kronika' i prezentuje się to całkiem, całkiem!
*pow*



